125512.fb2 Ostateczna diagnoza - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 4

Ostateczna diagnoza - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 4

ROZDZIAŁ TRZECI

Hewlitt widział już wcześniej zdjęcia Melfian, dostrzegł też kilka osobników podczas podróży korytarzem, ale po raz pierwszy miał okazję oglądać któregoś naprawdę z bliska i prawie w bezruchu. Ten nadal przypominał mu gigantycznego kraba ze szkieletem na zewnątrz ciała. Ziemianin nie patrzył na wystające ze szczelin między płytami pancerza nogi, jego uwagę zwracała, bowiem przede wszystkim głowa z wielkimi oczami, na które co chwila nasuwały się pionowe powieki, ogromne żuwaczki, szczypce wyrastające w miejscach, gdzie normalna istota powinna mieć uszy, i sterczące z kącików ust czułki, które wyglądały na absurdalnie cienkie i kruche.

— Jak pan się czuje, pacjencie Hewlitt? — spytała istota i, jak można się było spodziewać, przysunęła bliżej przerażający łeb.

— Dobrze — odparł Hewlitt, co też zapewne nikogo nie zaskoczyło.

— W porządku. Jestem doktor Medalont i jeśli pan pozwoli, chciałbym wstępnie pana zbadać oraz zadać kilka pytań. Proszę odsunąć nakrycie i położyć się na brzuchu. Nie musi pan zdejmować odzieży, gdyż skaner łatwo ją przeniknie. Wszystko wyjaśnię panu zresztą w trakcie badania.

Skaner był płaskim, prostokątnym urządzeniem, które skojarzyło się Hewlittowi z dawnymi ziemskimi książkami. Jak powiedział Medalont, widoczny z jednej strony panel kontrolny pozwalał regulować zasięg i głębokość pola badania, matowy spód zaś pokrywały mikroczujniki. Niewielki ekran ukazywał ze szczegółami wnętrze organizmu pacjenta. Ten sam obraz, tylko powiększony, pojawił się na stojącym obok łóżka monitorze, zapewne na użytek pielęgniarki. Hewlitt wykręcił głowę, aby go dojrzeć.

— Proszę się nie wiercić, pacjencie Hewlitt — powiedział lekarz. — Teraz niech się pan położy twarzą ku górze. Dziękuję.

Szczypce złapały delikatnie jego nadgarstek i ułożyły rękę wzdłuż tułowia. Jeden z czułków oparł się o łokieć, wznosząc końcówkę ku górze, drugi zległ w poprzek twarzy Hewlitta. Był lekki jak piórko, ale podrażnił nos na tyle, że Ziemianin musiał zmobilizować wszystkie siły, aby nie kichnąć. Chwilę potem lekarz odsunął się i wyprostował.

— Na ile pamiętam anatomię ziemskiej klasy DBDG, wszystko wydaje się w porządku i skłonny jestem zgodzić się z tym, co pan powiedział o swym samopoczuciu — stwierdził Melfianin i dodał kilka cichych dźwięków, które musiały być śmiechem, gdyż autotranslator ich nie przetłumaczył. — Jeśli nie liczyć zbyt wielkiego napięcia mięśni, które jest zrozumiałe w tych okolicznościach, jest pan w świetnej kondycji fizycznej.

Hewlitt przypomniał sobie ze złością, że tak samo kończyła się dotąd większość podobnych badań. Inni lekarze, też się z niego śmiali, a kilku zarzuciło mu nawet, że marnuje ich czas. Medalont wydawał się jednak wystarczająco uprzejmy, by nie wygłaszać żadnych komentarzy, chociaż był obcym. Pewnie zastanawiał się teraz w duchu, co począć z takim przypadkiem.

— Chciałbym zadać panu kilka pytań, pacjencie Hewlitt — powiedział lekarz. — Bez wątpienia słyszał pan te pytania już wiele razy, a pańskie odpowiedzi zapisano w historii choroby, pragnę jednak zadać je osobiście. Istnieje, bowiem ryzyko, że przez częste powtarzanie tych samych kwestii jakaś istotna informacja umknęła uwagi moich poprzedników. Poza bardzo wczesnym dzieciństwem, które spędził pan na Etli, nie opuszczał pan Ziemi, prawda?

— Zgadza się — odparł Hewlitt.

— Czy na Etli miał pan jakieś kontakty z przedstawicielami innych gatunków?

— Pamiętam, że widziałem kilku obcych, ale nie potrafiłbym teraz powiedzieć, do jakich ras należeli. Miałem wówczas tylko cztery lata i bardzo mnie przerażali. Rodzice mówili, że z tego wyrosnę, ale pilnowali, bym nie kręcił się w pobliżu, gdy obcy przychodzili do nas. Najwyraźniej jednak nie wyrosłem z tej przypadłości.

— Wszystko jeszcze przed panem — stwierdził Medalont. — Pamięta pan, na co chorował w dzieciństwie? Proszę zacząć od najwcześniejszego okresu, jeśli można.

— Pamiętam niewiele — odparł Hewlitt. — Byłem bardzo zdrowym niemowlakiem, jak powiedziano mi później. Ale gdy moi rodzice zginęli w katastrofie ślizgacza, postanowiono odesłać mnie na Ziemię, do dziadków, i zaszczepiono przeciwko ludzkim chorobom wieku dziecięcego oraz dojrzałego. Wtedy właśnie zaczęły się kłopoty. Na Etli mieszkało bardzo niewielu Ziemian, a moi rodzice nie planowali powrotu, więc nie widzieli potrzeby mnie szczepić.

— Sądzi pan, że właśnie szczepienia wywołały chorobę? — spytał lekarz.

— Tak.

— Wyjaśni mi pan, na jakich podstawach opiera to przypuszczenie? Mogłoby trochę nam to pomóc. Szczególnie panu, skoro przebywa pan obecnie wśród obcych.

Hewlitt nie lubił takiego paternalistycznego traktowania. Nie był ani dzieckiem, ani zniedołężniałym starcem i irytowało go, gdy wszystkowiedzący lekarze sugerowali, że jest słaby na umyśle albo, co gorsza, niewykształcony.

— Jeśli pan kichnie, nie zarazi mnie pan melfiańskim katarem i vice versa — rzekł. — To samo odnosi się do wszystkich form życia w Szpitalu. Wiąże się to z niepowtarzalną specyfiką organizmów, które wyewoluowały w takim, a nie innym środowisku. Mikroby zrodzone na jakimś świecie nie mogą się rozwijać w istotach, które z tego świata nie pochodzą. Na Ziemi mawiano kiedyś, że szpital to miejsce, gdzie może cię wyleczą, ale na pewno zarażą przy okazji całą masą innych chorób. Dotyczyło to zwłaszcza tych starszych i gorzej zarządzanych. Czy dlatego właśnie dbacie tutaj, aby na każdym oddziale był zawsze tylko jeden pacjent danego gatunku? Aby uniknąć przypadkowej infekcji wewnątrzgatunkowej?

Medalont zamrugał na tyle energicznie, że Hewlitt usłyszał postukiwanie chitynowych płytek.

— Nikt w Szpitalu nie potwierdzi panu tego oficjalnie, a są też jeszcze inne powody. Wydaje się pan całkiem dobrze wyedukowany w pewnych kwestiach medycznych, ale czy mógłby pan teraz wrócić do opisu wczesnych objawów pańskiej choroby?

— Wysłuchując dziesiątków debatujących nad moją głową lekarzy, nie mogłem nie nauczyć się przez lata tego i owego — odpowiedział Hewlitt. — Ale dobrze, wróćmy do objawów. Zaraz po pierwszym zastrzyku miałem wysoką temperaturę, wysypkę na całym ciele i podrażnione błony śluzowe. Wszystko przeszło po paru dniach, jednak nie były to symptomy chorób, przeciwko którym zostałem zaszczepiony. Sprawa powtórzyła się po przybyciu na Ziemię, tyle, że z innymi objawami i odmiennym czasem powrotu do zdrowia. Zdarzało się też, że bardzo źle się czułem, choć trudno to było wytłumaczyć zmęczeniem po zabawie, bez wyraźnego powodu dostawałem mdłości i wymiotowałem, nagle dopadała mnie gorączka czy pojawiały się wykwity na skórze. Nigdy jednak nie chodziło o dolegliwości na tyle poważne, abym o nich pamiętał. Moi dziadkowie byli ciekawi, co się ze mną dzieje, ale nie widzieli powodów do niepokoju. Wzięli mnie do miejscowego lekarza, a ten zgodził się z nimi, że jestem po prostu chorowity i łapię każdego wirusa, który się nawinie. Jednak to nie było to — stwierdził Hewlitt, wspomniawszy ze złością owo pierwsze niesprawiedliwe oskarżenie. — Poza czasem choroby byłem w wyśmienitej formie i z powodzeniem udzielałem się w szkolnym zespole…

— Pacjencie Hewlitt — przerwał mu Medalont — te przejściowe mdłości, podrażnienia skóry i inne objawy nie były zapewne, na ile jesteśmy to w stanie dzisiaj stwierdzić, powiązane z zastrzykami. Może występowały po przyjmowaniu innych farmaceutyków? Na przykład środków przeciwko bólowi głowy albo specyfików uśmierzających stosowanych przy urazach sportowych? Mógł pan być wtedy czymś zbyt pochłonięty, aby to pamiętać. A może jadał pan czasem coś, czego nie powinien, jak niegotowane albo niemyte warzywa?

— Nie — rzucił Hewlitt. — Gdyby ktoś walnął mnie w brzuch podczas meczu, na pewno bym to zapamiętał. Tak samo, gdybym zjadł coś, co by mi zaszkodziło. I na pewno nie tknąłbym tego więcej. Nie jestem aż tak głupi i nigdy nie byłem.

— Zatem proszę kontynuować — powiedział doktor.

Zły i zniecierpliwiony, Hewlitt podjął opowieść, jak robił to już wiele razy przy lekarzach, którzy tylko udawali, że go słuchają. Opisał nagłe rozszerzenie się listy objawów, które trudno było powiązać z jakąkolwiek przyczyną. Niekiedy tylko kłopotliwych, innym razem zawstydzających, ale nigdy szczególnie poważnych. Gdy miał dziewięć lat, pięć wiosen po przylocie na Ziemię, ciotka wzięła go do starszego już lekarza rodzinnego. On pierwszy nie zlekceważył problemu, nawet, jeśli nie uznał go za nic istotnego, i postanowił nie podawać jakichkolwiek leków, chyba, że pojawiłyby się jakieś symptomy bólowe. Na razie zaś takie nie występowały. Doktor uznał, że każdorazowe nasilenie objawów ma związek ze zwiększeniem liczby zalecanych lekarstw, tak, więc rozsądnie będzie odstawić je wszystkie i obserwować rezultaty. W razie ich nawrotu miał ponownie stawić się w gabinecie, na razie jednak to było wszystko.

Skierowano go także do psychiatry, który wysłuchiwał go ze współczuciem kilka tygodni, aż w końcu powiedział jego babce, że Hewlitt jest całkiem zdrowym, wysoce inteligentnym i obdarzonym bujną wyobraźnią młodym człowiekiem, który z nadejściem dojrzałości wyrośnie ze swoich problemów.

— Dopiero później zrozumiałem — kontynuował Ziemianin — że żaden z nich nie uważał mnie za chorego. Psychiatra powiedział to między wierszami, lekarz zaś zrobił tyle dobrego, że nie zrobił nic. Przez trzy lata po zaordynowaniu tej negatywnej terapii objawy słabły i o ile na widocznych partiach skóry nie pojawiały się żadne plamy, nie wspominałem nawet, że coś mi jest. Jednak w okresie dojrzewania problem wrócił. Powtarzał się, co kilka tygodni, a objawy były bardzo kłopotliwe. Lekarz rodzinny nadal nie podawał mi leków i częstotliwość nawrotów zaczęła spadać. Pomiędzy czternastym a dwudziestym rokiem życia miałem tylko trzy ataki, niemniej niektóre symptomy oraz ich skutki poważnie mi dokuczały.

— Teraz rozumiem, dlaczego w pańskiej historii choroby widnieje notatka przestrzegająca przed podawaniem leków bez uprzedniej konsultacji z pacjentem — wtrącił się Medalont. — Pański wiekowy lekarz wykazał się sporym rozsądkiem, którego brakuje wielu jego młodszym i bardziej entuzjastycznie nastawionym kolegom. Gdy stan pacjenta nie zagraża życiu i gdy nie wiadomo dokładnie, co robić, rzeczywiście najlepiej nie robić nic. Skoro jednak choroba stała się naprawdę dokuczliwa, będzie pan musiał nam zaufać. Nie jesteśmy w stanie pana wyleczyć, nadal niczego nie robiąc.

— Wiem — mruknął Hewlitt. — Mam mówić dalej?

— Za chwilę — powiedział lekarz. — Niebawem pora głównego posiłku, a Leethveeschi dałaby mi do wiwatu, gdyby pana przegłodził. Siostro, proszę o przejście na kanał konsultacji.

Lekarz i pielęgniarka zmienili ustawienia autotranslatorów i Hewlitt przestał cokolwiek rozumieć. Zachowywał cierpliwość, dopóki się dało, ale w końcu nie wytrzymał.

— Rozmawiacie o mnie? — rzucił ze złością. — Jeśli tak, to róbcie to w taki sposób, bym was rozumiał. Jesteście tacy sami jak cała reszta. Uważacie, że wcale nie jestem chory i wszystko sobie uroiłem. Tak?

Oboje znowu pomanipulowali przy autotranslatorach.

— Może pan się przysłuchiwać naszej rozmowie, jeśli panu na tym zależy, pacjencie Hewlitt — powiedział lekarz. — Nie zamierzamy czegokolwiek przed panem ukrywać, może poza zakłopotaniem klinicystów, którzy trafili na nietypowy przypadek. Czy naprawdę ważne jest dla pana, co inni o panu myślą?

— Nie lubię, gdy ludzie mają mnie za kłamcę — powiedział spokojniej Hewlitt. — Albo, gdy próbują mi wmówić, że jestem zdrowy.

Medalont milczał chwilę.

— W ciągu najbliższych dni albo tygodni usłyszy pan wiele dziwnych rzeczy. Różne istoty będą wyrażać swoje domysły na pański temat, próbując dojść istoty problemu. Nikt jednak nie uzna pana za kłamcę. Gdyby był pan zdrowy, nigdy by pan tu nie trafił. Ale teraz proszę mi wybaczyć. — Przeniósł spojrzenie wielkich, wybałuszonych oczu na Hudlariankę. — Nie ma większych wątpliwości, że stan pacjenta Hewlitta ma pewien związek z jego psychiką. Niezależnie od poczynań klinicznych poprosimy psychologię o przeprowadzenie odpowiednich badań. Ponieważ znane nam objawy wskazują na występowanie ksenofobii, któryś z Ziemian, O'Mara albo Braithwaite, będzie chyba najwłaściwszy…

— Z całym szacunkiem, doktorze — powiedziała pielęgniarka — moim zdaniem major O'Mara to nie najlepszy kandydat.

— Zapewne ma pani rację — rzekł Medalont. — Należy do tego samego gatunku i jest utalentowanym psychologiem, ale brakuje mu podejścia. Porucznik Braithwaite jest mniej szorstki. Na razie — kontynuował — pozostaniemy przy zasadzie nie podawania żadnych lekarstw z wyjątkiem łagodnych środków uspokajających, jeśli pacjent ich sobie zażyczy. Nie przebywał jeszcze tak długo w jednym pomieszczeniu z tyloma obcymi i może mieć przez to kłopoty z zaśnięciem, proszę jednak obserwować, czy środki te nie wywołają kolejnego ataku. Symptomy mogą pojawić się nagle i być poważne. Z tego też względu chcę, aby poza zwykłym monitorowaniem nosił osobisty czujnik medyczny z priorytetem sygnału. Pacjent może wstawać, swobodnie poruszać się po oddziale i zawierać znajomości z innymi pacjentami, o ile tylko będzie pozwalał na to ich stan kliniczny. Nie zalecam żadnych ograniczeń diety, na razie jednak powinien jadać sam, przy swoim łóżku. — Spojrzał znowu na Hewlitta. — Wiele przybywających tu istot nie potrafi z początku znieść widoku przedstawicieli innych ras podczas przyjmowania pokarmu. Nie ma w tym nic wstydliwego. Sam dostałem mdłości, gdy po raz pierwszy zobaczyłem Kelgianina spożywającego potrawkę klejową.

— Nie! — krzyknął przerażony Hewlitt. — Nie mam zamiaru bratać się lub jadać w niczyim towarzystwie, ani teraz, ani w przyszłości, ani nigdy. Wystarczy, że to słoniowate coś, co weszło właśnie na oddział i stoi przy dyżurce, wygląda, jakby zaraz miało mnie pożreć.

— Pacjent Cossunallen jest roślinożerny, nie ma się, więc czego obawiać — powiedział lekarz. — Co zaś do nawiązywania kontaktów towarzyskich z innymi pacjentami, nie jest to obowiązkowe, ale ile można leżeć w łóżku, wstając tylko do toalety? Przy pańskiej niezłej kondycji zacznie pan w końcu odczuwać nudę, a wówczas rozmowy z pozostałymi pacjentami mogą się okazać atrakcyjną perspektywą.

Hewlitt jęknął przeciągle, wiedząc, że autotranslator zignoruje ten dźwięk.

— Na razie dam panu spokój — stwierdził Medalont. — Gdyby miał pan pytania, z którymi personel pielęgniarski nie mógłby sobie poradzić, w co zresztą wątpię, zjawię się ponownie, nim pan zaśnie. A teraz życzę smacznego obiadu.

Postukiwanie melfiańskich kończyn i cięższe stąpanie macek Hudlarianki oddaliły się z wolna i ucichły. Hewlitt wpatrzył się w parawan. Nie miał pojęcia, co podadzą mu do jedzenia, ale oczekiwał najgorszego. Kilka minut później między osłonami pojawiła się hudlariańska siostra z tacą i umieściła ją na stoliku obok łóżka.

— Nie wiemy nic o pańskich upodobaniach żywieniowych, zamówiliśmy, więc najpopularniejszy zestaw wybierany przez ziemski personel. Składa się on z płaskiego kawałka materii organicznej zwanego stekiem, podawanego z mało kształtnymi obiektami o cechach warzyw. Ale nim zacznie pan jeść, muszę przyczepić to urządzenie do pańskiego ciała. Czujnik na piersi pozwoli pielęgniarkom czuwać na bieżąco nad pańskim stanem. Translator proszę zawiesić na szyi. Jest zaprogramowany na języki używane przez pacjentów i personel tego oddziału. Teraz będzie pan już zawsze wiedział, o czym się rozmawia w pańskiej obecności. Pomyślałam — ciągnęła — że na razie wolałby pan zachować nieco prywatności podczas posiłku, i nie uniosłam parawanu. Muszę już iść, ale gdyby pan czegoś potrzebował, proszę skorzystać z przycisku przywołania. Wszystko w porządku, pacjencie Hewlitt?

— Tak, tak, dziękuję — odparł. — Chociaż, siostro…

Przerwał zmieszany, nie rozumiejąc, dlaczego poczuł nagle tak wielki przypływ wdzięczności do tej istoty. Chciałbym powiedzieć jej coś więcej niż zwykłe „Dziękuję”. Może jakiś komplement?

Pielęgniarka cofnęła się, rozchylając fragment parawanu. Pokrywająca jej ciało substancja zostawiła na nim ciemną smugę.

— Tak, pacjencie Hewlitt?

— Siostro, nie oczekiwałem aż takiej troski — powiedział, lekko się jąkając. — Nie przypomina pani żadnej ziemskiej istoty…

— No myślę.

— Nie tylko w sensie dosłownym — dodał. — Przede wszystkim chcę jednak podziękować i powiedzieć, że świetnie pani w tym makijażu.

Pielęgniarka zamamrotała coś niezrozumiale.

— Hudlarianie nie malują ciała, pacjencie Hewlitt — powiedziała. — To mój obiad.