125525.fb2 Otch?a? Rozgrzeszenia - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 32

Otch?a? Rozgrzeszenia - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 32

TRZYDZIEŚCI JEDEN

Obok Araratu, 2675

Kiedy tylko prom siadł na kołysce dokującej i wpiął się we właściwe miejsce w hangarze przylotów, Scorpio natychmiast przeszedł przez śluzę powietrzną. Drugi statek, który im towarzyszył — o wiele mniejszy i bardziej opływowy — dostrzegał tylko jako plamę atramentu w kształcie krzemienia, jak jeden z tych przypadkowych kleksów stosowanych w badaniach psychologicznych. Po prostu spoczywał, sycząc i pachnąc mocno antyseptycznie niczym szafka z lekarstwami. Wyglądał całkowicie dwuwymiarowo, jakby wykrojony sztancą z kawałka cienkiego czarnego metalu.

Wyglądał jak coś, czym można się skaleczyć.

Milicja Sił Bezpieczeństwa już otoczyła kordonem obydwa statki. Rozpoznali prom, ale zaniepokoili się drugim przybyszem. Scorpio zwolnił większość z nich, zatrzymując pod ręką tylko kilku na wypadek, gdyby statek rzeczywiście zawierał jakąś przykrą niespodziankę.

Uniósł rękaw i powiedział do komunikatora:

— Antoinette? Jesteś gdzieś w pobliżu?

— Idę właśnie na górę, Scorp. Będę za około minutę. Czy macie naszego gościa?

— Nie jestem pewien — odparł.

Podszedł do czarnego statku. Nie był o wiele większy od kapsuły, w której wylądowała Khouri. Ocenił, że jest w nim miejsce dla jednej, maksimum dwóch osób. Postukał kłykciami w czarną powierzchnię. Była zimna w dotyku.

Ostry łuk różowego światła przełamał czarną maszynę w połowie i sekcja kadłuba odsunęła się, odsłaniając ciemne wnętrze. Jakiś mężczyzna wydostawał się z fotela akceleracyjnego i rozwiniętych wokół kontrolek. To był Remontoire, tak, jak Scorpio się spodziewał. Trochę starszy, niż go pamiętał, ale zasadniczo taki sam: bardzo chudy, bardzo wysoki, bardzo łysy, ubrany w obcisłe czarne ubranie, które podkreślało jego pajęcze cechy. Miał czaszkę szczególnego kształtu — wydłużoną niczym łza.

Scorpio pochylił się nad maszyną, by pomóc mu wyjść.

— Pan Pink, jak przypuszczam — powiedział Remontoire. Scorpio zawahał się chwilę. To nazwisko coś oznaczało, ale skojarzenie było zagrzebane gdzieś w przeszłości, pod dziesięcioleciami. Wreszcie przypomniał sobie czasy, kiedy razem z Remontoirem podróżowali incognito przez Pas Złomu i Chasm City, ścigając Clavaina, kiedy po raz pierwszy zbiegł Hybrydowcom. Pan Pink to było nazwisko, pod którym Scorpio podróżował. Jak Remontoire nazywał wtedy siebie?

— Pan Clock — powiedział w końcu, dokładnie w chwili, kiedy pauza stawała się krępująca.

Wtedy obydwaj serdecznie się nienawidzili. Remontoire nie lubił świń (w jego przeszłości był pewien incydent, kiedy był torturowany przez jedną z nich), ale był zmuszony zatrudnić Scorpia ze względu na jego znajomość lokalnych warunków. Scorpio zaś nie lubił Hybrydowców (nikt ich nie lubił, chyba że sam był Hybrydowcem), a już zwłaszcza nie lubił Remontoire’a. Ale musiał im pomagać, gdyż w zamian obiecali mu wolność. Odmowa oznaczała wydanie go władzom, które miały już dla niego przygotowany śliczny pokazowy proces.

Ale nienawiść stopniowo wyparowała, wspierana ich wspólnym szacunkiem dla Clavaina. Teraz Scorpio naprawdę się ucieszył na widok mężczyzny — to reakcja, która by zaszokowała i przeraziła jego młodsze ego.

— Niezła z nas para reliktów — zauważył Remontoire. Wstał, przeciągnął kończyny, jakby chciał upewnić się, że żadna z nich nie została zwichnięta.

— Obawiam się, że mam złe wieści — powiedział Scorpio.

— Clavain?

— Przykro mi.

— Oczywiście domyśliłem się. W chwili, gdy cię zobaczyłem, wiedziałem, że nie żyje. Kiedy to się stało?

— Parę dni temu.

— I jak umarł?

— W bardzo tragiczny sposób. Ale zginął za Ararat. Był bohaterem do końca, Rem.

Przez chwilę Remontoire był gdzie indziej. Zamknął oczy, pozostał tak może przez dziesięć sekund, a potem znowu je otworzył.

Teraz jego wzrok był czujny, nie było w nim widać ani śladu żalu.

— Cóż, opłakałem go — powiedział.

Scorpio nie był taki głupi, by wątpić w słowa Remontoire’a — właśnie w ten sposób Hybrydowcy załatwiali sprawy. Remontoire tak szanował swego starego przyjaciela i sprzymierzeńca, że uznał, iż niezbędny jest okres żałoby. Złożył wielki hołd Clavainowi, nawet jeżeli trwał on tylko dziesięć czy dwanaście sekund.

— Czy jesteśmy bezpieczni? — spytał Scorpio.

— Na razie tak. Zaplanowaliśmy starannie waszą ucieczkę, organizując poważną akcję dywersyjną przy wykorzystaniu naszych pozostałych atutów. Wiedzieliśmy, że wilki zdołają przemieścić część swych zasobów, by was zniszczyć, ale nasza prognoza pokazała, że damy sobie z nimi radę, pod warunkiem, że wyruszycie dokładnie według rozkładu.

— Możecie pobić wilki?

— Nie, pobić ich nie możemy, Scorpio. — Remontoire mówił tonem nauczyciela, z łagodną nutą nagany. — Możemy pokonać małą liczbę wilczych maszyn w określonym miejscu, przy dobrze przemyślanym użyciu koncentracji energii. Możemy spowodować jakieś szkody, odepchnąć ich, zmusić do przegrupowania. Ale tak naprawdę to jak rzucanie kamieniami w stado psów. Nadal niewiele możemy zrobić przeciw tak wielkiemu zgrupowaniu. I w dłuższej perspektywie przegramy. Tak mówią nasze prognozy.

— Ale dotychczas udało wam się przeżyć.

— Owszem, dzięki broni i technikom dostarczonym przez Aurę. Ale ta studnia niemal już wyschła. A wilki wykazały zadziwiającą sprawność w dorównywaniu nam. — Oczy Remontoire’a zaiskrzyły podziwem. — Te maszyny są bardzo skuteczne.

Scorpio zaśmiał się.

— Więc mamy przesrane, tak?

— W dłuższej perspektywie, przynajmniej według bieżących prognoz, rokowania nie są dobre.

Czarny statek Remontoire’a zamknął się i znowu stał kawałkiem cienia o ostrych krawędziach.

— Więc dlaczego już teraz nie zrezygnujemy?

— Ponieważ istnieje szansa — chociaż bardzo mała — że pro gnozy mogą grubo się mylić.

— Myślę, że powinniśmy porozmawiać — powiedział Scorpio.

— A ja znam odpowiedni lokal — dodała Antoinette Bax, wchodząc do hangaru. Skinęła głową Remontoire’owi, jakby się widzieli zaledwie przed kilkoma minutami.

— Chodźcie za mną obydwaj, myślę, że pokochacie to miejsce.

Hela, 2727

Rashmika ujrzała katedry.

Wyobrażała sobie to wszystko inaczej. Nie przypuszczała, że będzie miała okazję je zobaczyć — małe i schludne, usadzone na horyzoncie niczym ornamenty. A tymczasem były, kilkanaście kilometrów od niej, a jednak wyraźnie widoczne. Mogła wyciągnąć dłoń i złapać każdą z tych katedr pomiędzy kciuk a palec wskazujący. Mogła zamknąć oko i katedra wyglądałaby jak śliczna zabaweczka, obiekt magiczny, drogocenny i delikatny.

I równie łatwo mogła sobie wyobrazić, że zgniata je w pięści.

Było ich zbyt wiele, by je policzyć. Przynajmniej trzydzieści, czterdzieści. Niektóre skupiły się w zwarte grupy, jak galeony toczące armatni bój. Kiedy były tak blisko siebie, z gąszczu wieży i iglic trudno było wyróżnić oddzielne struktury. Niektóre katedry miały tylko jedną iglicę czy wieżę; inne przypominały połączone razem całe miejskie parafie. Rashmika widziała wygięte wieże i ekstrawaganckie minarety. Były też iglice — kolczaste, z flankami i przyporami, witrażowe okna, wysokie na setki metrów. Przez niektóre z nich mógłby przelecieć nawet statek. Obiekty przyczepione w połowie wysokości do niektórych katedr niczym skorupiaki z mniejszej odległości okazywały się samodzielnymi budynkami wzniesionymi w nieładzie jeden na drugim.

Znowu pomyślała o Breughlu.

W miarę jak karawana zbliżała się do Drogi, widać było wielkość poszczególnych katedr. Dalsze kościoły żeglowały za horyzontem, daleko w tyle, ale to była główna grupa, przednia straż procesji.

Nad nimi Haldora stała w idealnym zenicie, na szczycie kopuły niebios.

Prawie dotarła na miejsce.

Przy Araracie, 2675

Scorpio siedział przy drewnianym stole na polanie. Rozglądał się wokół, chłonąc każdy szczegół, ale jednocześnie starał się nie okazać, że jest pod wrażeniem. Naprawdę nie przypominało to żadnego z miejsc, które kiedykolwiek zwiedził. Niebo było niebieskie niebieskością czystszą i głębszą niż kolor nieba Araratu. Drzewa, zadziwiająco złożone, mieniły się szczegółami. Oddychały. Scorpio widział wcześniej obrazy tych drzew, ale obrazom absolutnie nie udało się przekazać ogromnej, przyprawiającej o zawrót głowy złożoności tych obiektów. Wrażenie było podobne do tego, kiedy po raz pierwszy zobaczył ocean: rozległa przepaść między oczekiwaniami a rzeczywistością przyprawiała o mdłości. Nie była to po prostu kwestia powiększenia znajomej rzeczy w postaci szklanki wody. Istniała cała esencja „morskości”, której nigdy nie mógłby przewidzieć.

Szczerze mówiąc, drzewa go niepokoiły. Były takie olbrzymie, takie żywe. A jeśli uznają, że go nie lubią?

— Scorp — odezwała się Antoinette. — Załóż je, dobrze? Wziął gogle, nachmurzony.

— Mam to zrobić z jakiejś szczególnej przyczyny?

— Byś mógł porozmawiać z Johnem. Ci bez maszyn w głowach prawie wcale go nie widzą. Nie przejmuj się, nie będziesz jedynym, który głupio wygląda.

Umocował gogle na miejscu. Zaprojektowano je dla ludzi, nie dla świń, ale kiedy je dostosował do kształtu twarzy, okazały się dość wygodne. Patrzył przez nie, ale nic się nie zmieniło.

— John za chwilę tu przyjdzie — zapewniła go Antoinette. Zebranie zwołano bardzo szybko. Wokół stołu, prócz niego i Antoinette, siedział Vasko Malinin, Ana Khouri z córką — nadal w przenośnym inkubatorze, który Khouri trzymała na kolanach — doktor Valensin i troje niższych rangą reprezentantów kolonii. Byli to po prostu najstarsi z około czternastu tysięcy obywateli, którzy znaleźli się na pokładzie „Nostalgii za Nieskończonością”.

Zwykli starsi członkowie — Orca Cruz, Blood, Xavier Liu i inni — nadal byli na Araracie. Remontoire usiadł naprzeciw Scorpia, pozostawiając przy stole tylko jedno wolne miejsce.

— To musi krótko trwać — powiedział. — Za niecałą godzinę muszę wracać.

— Nie zostaniesz na obiedzie? — zażartował Scorpio i poniewczasie przypomniał sobie, że Remontoire nie ma poczucia hu moru.

Hybrydowiec pokręcił delikatnie głową.

— Obawiam się, że nie. „Światło Zodiakalne” i inne atuty Hybrydowców pozostaną w tym układzie przynajmniej tak długo, jak długo będziecie w czystej przestrzeni międzygwiezdnej. Od ciągniemy od was Inhibitorów. Niektóre elementy mogą za wami polecieć, ale prawie na pewno nie będą to główne siły. — Zrobił z palców wieżyczkę. — Powinniście sami sobie z nimi poradzić.

— Dla mnie to wygląda na samopoświęcenie — zauważyła Antoinette.

— Nie jest. Nadal są takie rodzaje broni, których nie stosowaliśmy i których jeszcze nawet nie wyprodukowaliśmy. Niektóre z nich mogą trochę zmienić sytuację, przynajmniej lokalnie. — Przerwał i sięgnął do niewidocznej kieszeni w kurtce. Jego palce zniknęły, jakby wykonywał jakiś trik prestidigitatora, a potem wynurzyły się zaciśnięte na małej szarej drzazdze, którą położył na stole. Postukał w nią palcem wskazującym. — Zanim zapomnę: to schematy kilku militarnie użytecznych technik. O niektórych Aura czy Khouri być może wspominały. Oczywiście wszystkie je zawdzięczamy Aurze, ale mimo że wskazała nam drogę i podpowiedziała podstawowe zasady, musieliśmy wiele rzeczy zaczynać od zera. Te pliki powinny być kompatybilne ze standardowymi protokołami wytwórczymi.

— Nie mamy wytwórni — zauważyła Antoinette. — Wszystkie przestały działać przed wielu laty.

Remontoire zacisnął wargi.

— Więc dostarczymy wam nowe, odporne na większość odmian zarazy. Podrzucę je, zanim opuścicie układ, razem z zapasami medycznymi i częściami do urządzeń zimnego snu. Wprowadźcie do nich pliki, a one wyprodukują broń i urządzenia. Jeśli będziecie mieli jakieś pytania, kierujcie je do Aury, a ona powinna być w stanie wam pomóc.

— Dzięki, Rem — powiedziała Antoinette.

— To jest dar — oznajmił. — Dajemy go bez żadnych zobowiązań i jesteśmy tak samo szczęśliwi, przekazując wam Aurę. Teraz jest wasza. Ale możecie nam coś dać w zamian.

— Powiedz, co — zachęciła go Antoinette.

Ale Remontoire nic nie odpowiedział. Patrzył na postać idącą ku nim z chrzęstem miażdżonej trawy.

— Cześć, Johnie — powitała go Antoinette.

Scorpio na widok zbliżającej się postaci odchylił się sztywno na ławie. Na pierwszy rzut oka postać w ogóle mało przypominała człowieka. Szła, miała ręce, nogi i głowę, ale na tym kończyło się podobieństwo. Połowa ciała mężczyzny — noga, ramię i pół kadłuba — była mniej więcej z ciała i kości. Ale drugą połowę — ciężką i mechaniczną, niemal groteskową — tworzyły tłoki i ogromne wieloczłonowe zawiasy. Przesuwający się metal błyszczał od ciągłego polerowania i smarowania. Ramię po tej stronie ciała sięgało do kolan i kończyło się złożonym układem wielonarzędziowym. Wyglądało to tak, jakby jakaś jednostka sprzętu do robót ziemnych z brutalną szybkością zderzyła się z człowiekiem i w wyniku tego stopiła się z nim.

Głowa kapitana wyglądała prawie normalnie. Prawie, gdyż w gałki oczne były wciśnięte czerwone wielofasetkowe kamery. Z nozdrzy wyłaniały się rurki, które biegły w tył po bokach twarzy i łączyły się z jakimś niewidocznym mechanizmem. Owalna krata zakrywała usta kapitana. Miał łysą czaszkę, jeśli nie liczyć kilkunastu zmierzwionych loków rosnących na szczycie głowy, związanych w cienki warkoczyk opadający na kark. Kapitan nie miał uszu. O ile Scorpio się zorientował, kapitan nie miał w ogóle widocznych otworów. Może został przeprojektowany, by znosić twardą próżnię bez ochrony hełmu kosmicznego.

Jego głos zdawał się wydobywać zza kraty. Był cichy i metaliczny, jak głos zepsutej zabawki.

— Hej, widzę tu całą bandę!

— Siadaj, Johnie — powiedziała Antoinette. — Czy trzeba cię wprowadzić w przedmiot rozmowy? Remontoire właśnie wyjaśniał nam zasady wymiany technicznej. Daje nam kilka ślicznych nowych zabawek.

— Wnioskuję, że w zamian chce czegoś innego.

— Nie — odparł Remontoire. — Projekty techniczne i inne szczegóły są naprawdę podarunkiem. Ale jeśli macie ochotę nam się zrewanżować, mamy na myśli coś konkretnego.

John Brannigan usiadł z sykiem wsuwanych tłoków.

— Chcecie pozostałej broni kazamatowej — stwierdził. Remontoire zaszczycił jego uwagę skinieniem głowy.

— Prawidłowo odgadł pan nasze pragnienia.

— Dlaczego jej chcecie? — spytał John Brannigan.

— Nasze prognozy mówią, że będziemy jej potrzebować do przeprowadzenia skutecznej dywersji.

— My też będziemy uciekali przed maszynami — powiedział Scorpio. — Kto wie, czy sami nie będziemy potrzebować tej broni?

— Nikt nie wie — odparł Remontoire. Jak zawsze był niewzruszony, niczym dorosły proponujący dzieciom gry w bawialni. — Rzeczywiście, możecie jej potrzebować. Ale wy będziecie przed wilkami uciekali, a nie będziecie z nimi się bili. Jeśli jesteście rozsądni, powinniście unikać dalszych potyczek tak długo, jak to możliwe.

— Powiedziałeś, że możemy nadal mieć wilki na ogonie — przy pomniała mu Antoinette. — Co z nimi zrobimy? Miło poprosimy, by sobie odeszli?

Remontoire powtórnie postukał w leżący na stole zapis danych.

— To pokaże wam, jak zbudować system broni hipometrycznej. Nasze prognozy wskazują, że trzy z tych urządzeń wystarczą do rozproszenia małej wilczej grupy pościgowej.

— A jeśli wasze prognozy okażą się mylne? — spytał Scorpio.

— Będziecie mieli inne środki.

— To nie wystarczy. Broń kazamatowa była jedyną przyczyną, dla której w ogóle udaliśmy się do układu Resurgamu. To ona właśnie nas wpakowała w tę parującą kupę gówna. A teraz mówisz, że po prostu powinniśmy z niej zrezygnować?

— Nadal jestem waszym sprzymierzeńcem — oznajmił Remontoire. — Proponuję tylko, by broń została przeniesiona do miejsc jej maksymalnej przydatności.

— Nie łapię tego. — Antoinette wskazała głową na drzazgę z danymi. — Macie środki, by robić rzeczy, o jakich my jeszcze nie możemy nawet marzyć, a w dalszym ciągu chcecie tej zapleśniałej starej broni kazamatowej?

— Nie możemy nie doceniać broni kazamatowej — powiedział Remontoire. — Była podarunkiem z przyszłości. Dopóki nie zostanie wyczerpująco przetestowana, nie możemy zakładać, że jest czymś gorszym niż to, co dała nam Aura. Musicie się zgodzić z tym rozumowaniem.

— Chłopak ma argument — stwierdziła Antoinette.

John Brannigan poruszył się z sykiem systemów motorycznych. To musiała być imaginacja Scorpia, ale wydało mu się, że czuje olej maszynowy. Kapitan znowu odezwał się blaszanym głosem.

— Może i ma argument, ale możliwości Aury również są nie — przetestowane. My przynajmniej wykorzystaliśmy część broni kazamatowej i przekonaliśmy się, że działa. Nie mogę dać pozwolenia na przekazanie reszty broni.

— Musimy osiągnąć kompromis — powiedział Remontoire. Kapitan spojrzał na niego bez wyrazu.

— Zamieniam się w słuch.

— Nasze prognozy wskazują na statystycznie znaczącą szansę sukcesu jedynie z podzbiorem broni kazamatowej.

— Tak więc weźmiecie część broni, ale nie całą, tak? — zapytała Antoinette.

Remontoire kiwnął raz głową.

— Tak, ale kiedy będziemy mieli do dyspozycji zredukowany zestaw broni kazamatowej, może okazać się, że powstrzymanie większego pościgu za wami jest niemożliwe.

— Taa — mruknęła Antoinette — ale wtedy będziemy mogli na nich rzucić więcej broni, prawda?

— Tak jest — potwierdził Remontoire — ale nie bagatelizujcie ryzyka niepowodzenia.

— Zaryzykujemy — stwierdził Scorpio.

— Czekajcie — przerwała im Khouri. Drżała, jedną ręką trzy mała inkubator na kolanach, drugą ściskała drewniany stół. — Czekajcie. Ja… Aura… — Jej oczy stały się całe białkami, mięśnie szyi naciągnęły się. — Nie. Zdecydowanie nie.

— Co nie? — spytał Scorpio.

— Nie. Nie, nie, nie. Róbcie tak, jak mówi Remontoire. Dajcie całą broń. To zrobi różnicę. Wierzcie mu.

Jej paznokcie żłobiły białe ślady na drewnie.

Vasko pochylił się naprzód i po raz pierwszy się odezwał.

— Aura może mieć słuszność.

— Mam słuszność — powiedziała Khouri.

— Powinniśmy jej słuchać — ciągnął Vasko. — Wydaje się wyrażać zupełnie jasno na ten temat.

— Skąd by wiedziała? — spytał Scorpio. — Wie pewne rzeczy, ale nikt nie mówił, że widzi przyszłość.

Starsi potaknęli jak jeden mąż.

— W tej sprawie zgadzam się ze Scorpiem — powiedziała Antoinette. — Nie możemy dać Remowi całej broni. Musimy zatrzymać trochę dla siebie. A jeśli nie uda nam się zmusić manufaktur do działania? Albo rzeczy, które wyprodukują, też nie będą działały?

— Będą działały. — Remontoire nadal był całkowicie spokojny i odprężony, choć od tych decyzji bardzo wiele zależało.

Scorpio pokręcił głową.

— To nie wystarczy. Damy ci niektóre rodzaje broni kazamatowej, ale nie wszystkie.

— Doskonale.

— Scorpio… — zaczął Vasko.

Świnia miał dosyć. To była jego kolonia, jego statek, jego kryzys. Sięgnął i zerwał gogle, przy okazji je łamiąc.

— To zdecydowane — warknął. Remontoire rozłożył szeroko palce.

— W takim razie zaczniemy przygotowania. Przyślemy holowniki transportowe, by przewieźć broń. Drugi prom przybędzie z nowymi manufakturami i pewnymi prefabrykowanymi detalami. Hybrydowcy pomogą wam w zainstalowaniu broni hipometrycznej i innych nowych technik. Czy trzeba zabrać z powierzchni jakiś dodatkowy personel?

— Tak — odparła Antoinette.

— Poważna ewakuacja nie wchodzi w rachubę — oznajmił Remontoire. — Możemy otworzyć bezpieczne przejście z powierzchni i na powierzchnię jeszcze raz, może dwa razy — to wystarczy na parę lotów promem, ale na nic więcej.

— To nam wystarczy.

— A co z resztą? — spytał jeden ze starszych.

— Mieli swoją szansę — odparł Scorpio.

Remontoire uśmiechnął się półgębkiem, jakby ktoś w kulturalnym towarzystwie popełnił faux pas.

— Nie powinno im zagrażać bezpośrednie niebezpieczeństwo. Gdyby Inhibitorzy chcieli zniszczyć biosferę Araratu, już mogliby to zrobić — oznajmił.

— Ale będą tam na dole więźniami — zauważyła Antoinette. — Wilki nigdy nie pozwolą im odlecieć.

— Ale my nadal będziemy żyć — powiedział Remontoire. — I możemy mieć szansę zredukowania wilczej obecności wokół Araratu. Jednak bez dostępu do kompletu broni kazamatowej nie możemy tego gwarantować.

— A czy moglibyście zagwarantować, gdybyście mieli całą broń? — spytał Scorpio.

Po chwili rozważań Remontoire pokręcił głową.

— Nie — oznajmił. — Nawet wtedy nie byłoby gwarancji.

Scorpio spojrzał po zgromadzonych delegatach i po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że był wśród nich jedyną świnią. Tam, gdzie siedział kapitan, teraz pozostało jedynie puste miejsce, przyciągające uwagę wszystkich pozostałych. Kapitan nadal tam jest, pomyślał Scorpio. Nadal tam siedzi, nadal słucha. Wydawało mu się nawet, że czuje zapach oleju maszynowego.

— Więc nie będzie mnie to prześladowało po nocach — rzekł.

* * *

Antoinette przyszła po zebraniu zobaczyć się ze Scorpiem, który udał się na górę statku, by pomóc przy załatwianiu spraw ewakuowanych osób. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, ludzie tłoczyli się w brudnych, zimnych, wilgotnych, krętych korytarzach.

Szedł jednym z tych korytarzy, patrząc na przestraszone twarze i odpowiadając na pytania o plany dotyczące statku i jego pasażerów. Mówił, że się nimi zajmą, że niektórzy z nich zostaną zamrożeni, ale dołożą wszelkich starań, by proces był jak najbardziej bezbolesny i bezpieczny. Sam przez chwilę w to wierzył, ale potem dotarła do niego myśl, że widział tylko kilkaset osób spośród tysięcy znajdujących się na statku.

Spotkał Antoinette u zbiegu korytarzy, gdzie Milicja Sił Bezpieczeństwa kierowała ludzi do działających wind, aby zabrały ich do centrów obsługi usytuowanych w dole statku.

— Wszystko będzie w porządku, Scorp — powiedziała.

— Czy tak łatwo poznać, co myślę?

— Jesteś zmartwiony, jakbyś nosił na ramionach brzemię całego świata.

— Dziwne, ale mniej więcej tak się czuję.

— Dasz sobie z tym radę. Pamiętasz, jak było z Clavainem, kiedy byliśmy w Zamku Mademoisselle?

— Od tamtej pory upłynęło sporo czasu.

— Cóż, ja pamiętam, nawet jeśli ty nie. Wyglądał tak samo jak ty teraz, Scorp, jakby całe życie było ciągiem błędów mających kulminację w tej jednej chwili kompletnej katastrofy. Omal wtedy nie zwariował. Ale jednak przetrzymał. I w końcu ten ciąg błędów okazał się serią właściwych decyzji.

Uśmiechnął się.

— Dziękuję za pocieszenie, Antoinette.

— Pomyślałam tylko, że powinieneś o tym wiedzieć. Sprawy się komplikują, Scorp, i wiem, że czasami myślisz, że rządzenie to nie jest twój żywioł, jeśli łapiesz, co chcę powiedzieć. Ale się mylisz. Takiego rodzaju przywództwa teraz potrzebujemy: bez ogródek i do rzeczy. Nie jesteś politykiem, Scorp, i dzięki za to Bogu. Clavain zgodziłby się z tym, wiesz.

— Tak myślisz?

— Ja to wiem. Chciałabym tylko, żebyś nie załamał się przy nas. Nie teraz.

— Spróbuję.

Westchnęła i figlarnie uderzyła go po ramieniu.

— Chciałam tylko, żebyś to usłyszał, zanim odlecę.

— Odlecisz?

— Lecę na Ararat jednym z promów Remontoire’a. Xavier jest tam na dole.

— To będzie ryzykowne — ostrzegł ją. — Dlaczego po prostu nie pozwolisz Remontoire’owi przywieźć tu Xaviera? Już zgodził się, że przywiezie Orkę. Nie cierpię mówić tego wprost — przepraszam — ale jeśli wilki dopadną prom, stracimy tylko jedno z was.

— Ja nie wracam — wyjaśniła. — Lecę na Ararat i tam zostaję. Dopiero po chwili te słowa do niego dotarły.

— Ale przecież udało ci się stamtąd wydostać.

— Nie, Scorp, poleciałam na górę z „Nieskończonością”, po nieważ nie miałam w tej sprawie wielkiego wyboru. Ale moje miejsce jest tam na dole, z tysiącami, które zostawiamy za sobą. Och, przypuszczam, że oni nie potrzebują mnie, tylko Xaviera. On jest chyba jedynym, który wie, jak naprawić wszystko, co się zepsuje.

— Jestem przekonany, że będziesz użyteczna — powiedział Scor — pio z uśmiechem.

— Cóż, jeśli pozwolą mi od czasu do czasu czymś latać, chyba całkowicie nie zwariuję.

— Nadal możemy cię wykorzystać tu na górze. Bez przerwy potrzebuję sojuszników.

— Masz sojuszników, Scorp, po prostu jeszcze o tym nie wiesz.

— Podjęłaś śmiałą decyzję — powiedział.

— To nie takie okropne miejsce — odparła. — Nie rób ze mnie męczennicy. Tak naprawdę nigdy nie miałam nic przeciwko Ara ratowi. Lubię zachody słońca. Chyba nawet przez te lata polubi łam smak wodorostów. Zostaję po prostu w domu.

— Będzie nam ciebie brakować.

Spuściła wzrok. Miał wrażenie, że nie może patrzeć mu w twarz.

— Nie wiem, co teraz się stanie, Scorp. Może weźmiesz statek na Helę, jak mówi Aura. A może polecisz gdzie indziej. Ale czuję, że już nigdy się nie spotkamy. Tam na zewnątrz wszechświat jest wielki i szanse, że nasze drogi kiedyś znowu się przetną…

— Jest wielki — przytaknął — ale z drugiej strony chyba dzięki temu jest w nim miejsce na zbiegi okoliczności.

— Być może dla pewnych ludzi, ale nie dla takich jak ty czy ja, Scorp. — Podniosła wzrok i popatrzyła mu twardo w oczy. — Kiedy cię spotkałam, bałam się ciebie, mogę to teraz przyznać. Ale cieszę się, że to wszystko się wydarzyło i że znałam cię przez kilka lat.

— To było pół mego życia.

— To były dobre lata, Scorp, nie zapomnę ich. — Jeszcze raz spuściła wzrok. Zastanawiał się, czy patrzy na jego małe jak dla dziecka buciki. Nagle poczuł się niezgrabny, żałował, że nie jest większy, bardziej ludzki, że nie ma mniej ze świni, a więcej z człowieka.

— Remontoire zaraz przygotuje prom — powiedziała. — Lepiej już pójdę. Uważaj na siebie, dobrze? Jesteś dobrym człowiekiem. Dobrą świnią.

— Spróbuję.

Objęła go i pocałowała.

A potem już jej nie było. Już nigdy jej nie zobaczył.