125605.fb2
MUSZĘ, nim umrą, znaleźć JAKIŚ sposób wypowiedzenia tego co we mnie jest najistotniejsze, czego nigdy dotąd nie powiedziałem — a co nie jest ani miłością, ani nienawiścią, ani litością ani pogardą, ale prawdziwym tchnieniem życia, nieokiełznanym i pochodzącym gdzieś z głębi, a wnoszącym w ludzkie życie bezkresną przestrzeń i przeraźliwą, beznamiętną siłę będącą czymś ponadludzkim.
(Przekład: Beata Moderska i Tadeusz Zysk)
Faktem oczywistym i nie wymagającym żadnych uzasadnień jest, że III wolumin Cambridge History of the Nuclear Agę poświęcamy w całości nowemu wydaniu dokumentu, znanego pod nazwą Pasożyty umysłu autorstwa prof. Gilberta Austina.
Pasożyty umysłu to oczywiście dokument będący kompilacją wielu materiałów: pism, nagrań czy stenogramów rozmów z prof. Austinem. Wydanie pierwsze, obejmujące ledwie połowę obecnie prezentowanego materiału, ukazało się krótko po tym, jak prof. Austin zniknął w 2007 roku, ale jeszcze przed odnalezieniem przez kapitana Ramsaya „Pallas”. W skład wydania wchodziły głównie notatki czynione na prośbę pułkownika Spencera i nagrania skatalogowane pod numerem 12xm w Bibliotece Uniwersytetu Londyńskiego. Wydanie późniejsze, które ukazało się w 2012 roku, zawierało stenogram rozmowy przeprowadzonej przez Leslie Purvison 14 stycznia 2004 roku. Pomiędzy tymi materiałami umieszczono inny artykuł, wybrany spośród dwóch napisanych przez prof. Austina dla Historical Review, oraz jego przedmowy do Refleksji Historycznych autorstwa Karela Weissmana.
Wydanie niniejsze zachowuje w całości stary tekst i jest poszerzone dodatkowo o materiały zupełnie nowe, pochodzące z tak zwanych Martinus File, będących przez wiele lat w posiadaniu Sylvii Austin i znajdujących się, obecnie w Światowym Archiwum Historycznym. Wydawca wyjaśnia za pomocą odnośników, z jakich źródeł pochodzą odpowiednie partie materiału, a także korzysta z dotąd nie opublikowanych Notatek Autobiograficznych, napisanych przez prof. Austina w 2001 roku.
Żadne wydanie Pasożytów umysłu nie stanowi wersji ostatecznej. Staraliśmy się tak zredagować materiał, aby zachować ciągłość narracji. W kilku miejscach, gdzie, jak sądziliśmy, było to szczególnie uzasadnione omawianą treścią, włączono materiały z prac filozoficznych prof. Austina oraz jeden krótki rozdział ze wstępu do Homage to Edmund Husserl, wydanym przez Austina i Reicha. Opowieść, która się z tego wyłoni, zdaje się potwierdzać, według opinii wydawców, poglądy przedstawione przez nich w New Light on the Pallas My stery. Należy jednak podkreślić z naciskiem, że nie to było ich celem. Usiłowali oni objąć całość związanych z tą sprawą materiałów wierząc, że zasadność tego ujęcia zostanie w pełni potwierdzona, gdy Northwestern University zakończy pracę nad edycją Complete Papers of Gilbert Austin.
Historia o tak wielkim zasięgu jak ta nie zaczyna się w jakimś konkretnym punkcie; nie potrafię też zadośćuczynić prośbie pułkownika Spencera, aby „zacząć wszystko od początku i następnie dojść aż do końca”, jako że historia ta ma w zwyczaju tworzyć meandry. Być może najlepszym rozwiązaniem będzie, jeśli opowiem po prostu historię mojej bitwy z pasożytami umysłu, a całą resztę pozostawię historykom.
Tak więc, moja opowieść rozpoczyna się 20 grudnia 1994 roku. Wówczas to wróciłem do domu z zebrania Middlesex Archaeological Society, na którym wygłosiłem wykład o starożytnych cywilizacjach zamieszkujących obszary Azji Mniejszej. Był to niezwykle stymulujący i ożywczy wieczór; trudno o większą satysfakcję niż ta, która płynie z głoszenia spraw bliskich sercu przed uważnymi słuchaczami. Powinienem do tego jeszcze dodać, że do kolacji po wykładzie podano znakomite czerwone wino rocznik 1980 — by stało się całkiem jasne, że kiedy wkładałem klucz w drzwi mego mieszkania w Covent Garden, byłem w radosnym i pełnym optymizmu nastroju.
Gdy wchodziłem, zadzwonił videotelefon, ale ucichł, nim zdołałem do niego dobiec. Rzuciłem okiem na odtwarzacz, pokazywał numer abonenta z Hampstead; był to numer Karela Weissmana. Była za piętnaście dwunasta i chciało mi się spać, postanowiłem więc oddzwonić rano. Rozbierając się, czułem się jednak jakoś nieswojo. Byliśmy przyjaciółmi od dawna i wiedziałem, że często dzwonił do mnie późną nocą prosząc, bym mu coś tam sprawdził w British Museum (gdzie spędzałem większą część czasu przed południem). Tym razem jednak coś trudnego do uchwycenia nie dawało mi spokoju; już w szlafroku podszedłem do videotelefonu i nacisnąłem jego numer. Długo nie było odpowiedzi. Już zamierzałem odłożyć słuchawkę, gdy na ekranie pojawiła się twarz jego sekretarza.
— Słyszał pan już? — zapytał.
— O czym?
— Doktor Weissman nie żyje.
Wiadomość ta tak mną wstrząsnęła, że musiałem usiąść. W końcu zdecydowałem się zapytać:
— Skąd mogłem o tym wiedzieć?
— Wieczorne gazety zamieściły wiadomość.
Odpowiedziałem mu, że dopiero co wróciłem do domu.
— Ach tak — odparł. — Próbowałem się do Pana dodzwonić przez cały wieczór. Czy mógłby Pan zaraz tu przyjechać?
— Ale dlaczego? W czym mógłbym pomóc? Czy pani Weissman czuje się dobrze?
— Jest w szoku.
— Jaką miał śmierć?
Baumgart udzielił mi odpowiedzi nie zmieniając wyrazu twarzy:
— Popełnił samobójstwo.
Pamiętam, że dłuższy czas gapiłem się na niego, nie wypowiadając żadnego słowa i dopiero później krzyknąłem:
— O czym, do diabła, pan mówi? To jest niemożliwe.
— Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Proszę, niech Pan przyjedzie jak najszybciej.
Zaczął się rozłączać, więc wrzasnąłem:
— Czy chce pan, bym oszalał? Co się stało?
— Otruł się. Nic więcej nie potrafię Panu powiedzieć. Ale w liście, jaki zostawił, prosi, abyśmy się jak najszybciej z panem skontaktowali. Tak więc proszę przyjechać. Wszyscy jesteśmy bardzo zmęczeni.
Zamówiłem aerotaxi, a następnie w stanie jakiegoś odrętwienia zacząłem się ubierać, powtarzając w kółko, że to niemożliwe. Znałem Karela Weissmana od trzydziestu lat, od czasu kiedy wspólnie studiowaliśmy w Uppsali. Był to pod każdym względem człowiek niezwykły: wybitnie inteligentny, wrażliwy, cierpliwy, a nade wszystko posiadający ogromną wewnętrzną energię. Nie, to było niemożliwe. Tacy ludzie jak on nigdy nie popełniają samobójstw. Oczywiście wiedziałem, że przez ostatnie pół wieku liczba samobójstw wzrosła pięćdziesięciokrotnie i że czasami samobójstwa dokonują osoby, o których sądzimy, że nigdy by tego nie uczynili. Ale wiadomość, że Karel Weissman popełnił samobójstwo znaczyła dla mnie tyle, co twierdzenie, że dwa plus dwa równa się pięć. Nic nie zapowiadało, by targnął się na swoje życie. Pod każdym względem był jedną z najmniej neurotycznych i jednocześnie najbardziej zintegrowanych osób, jakie poznałem.
Zastanawiałem się, czy to nie było morderstwo. Czy przypadkiem nie był to zamach którejś z grup terrorystycznych Central Asiatic Powers? Słyszałem już o sprawach nawet dziwniejszych. Wiedza o terrorze politycznym stała się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych solidną nauką, a śmierć Hammelmanna i Fullera nauczyły nas, że nawet naukowcy, otoczeni specjalną opieką, nie mogą się czuć w pełni bezpieczni. Ale Karel był przecież psychologiem i, o ile wiem, nie miał żadnych powiązań z projektami realizowanymi na zamówienia rządowe. Głównym źródłem jego dochodów było potężne towarzystwo przemysłowe, które płaciło mu za opracowywanie metod leczenia nerwic dynamicznych oraz, ogólnie rzecz biorąc, za zwiększanie efektywności funkcjonowania zawodowego pracowników.
Baumgart czekał już na mnie, kiedy taksówka lądowała na dachu. Gdy tylko zostaliśmy sami, zapytałem:
— Czy to nie mogło być morderstwo?
Odparł: — Nie można tego wykluczyć, ale nie ma też podstaw, aby tak sądzić. O trzeciej po południu i profesor udał się do swego pokoju, by pisać; powiedział, że nie chce, aby mu przeszkadzano. Okno w jego pokoju było zamknięte, a ja sam siedziałem w holu przy biurku przez następne dwie godziny. O piątej jego żona przyniosła herbatę i… znalazła go martwego. Zostawił własnoręcznie napisany list, a truciznę popił wodą z toalety.
Pół godziny później byłem już przekonany, że mój przyjaciel rzeczywiście popełnił samobójstwo. Jedyną możliwością przeczącą tej hipotezie mogło być założenie, że to Baumgart go zabił — w to jednak nie wierzyłem. Baumgart był po szwajcarsku opanowany i beznamiętny, ale czułem, że był głęboko wstrząśnięty, wręcz na granicy nerwowego załamania. Żaden człowiek nie byłby w stanie tak dobrze odegrać tego, co on przeżywał. Poza tym był jeszcze ten, własnoręcznie napisany przez Karela, list. Od czasu jak Pomercy wynalazł Elektroniczne Urządzenie Porównawcze, fałszerstwa dokumentów stały się najrzadszym z przestępstw.
O drugiej nad ranem opuściłem ten pełen smutku dom, nie rozmawiając z nikim oprócz Baumgarta. Nie widziałem mego zmarłego przyjaciela; zresztą nie chciałem tego wiedząc, że twarz człowieka umierającego po zażyciu cyjanku wygląda strasznie. Tabletki, których użył, pochodziły od neurotycznego pacjenta i mogły być zabrane przez Karela jedynie tego samego dnia, rano.
List sam w sobie był dziwny. Nie zawierał ani słowa żalu z powodu podjęcia próby samobójstwa. Mimo iż pismo było chwiejne, to jednak słownictwo jakiego używał, było bardzo precyzyjne. Rozdysponował swój majątek, określił, co przekazuje synowi, a co żonie. Prosił o to, aby jak najszybciej zawiadomić o jego śmierci mnie, jako osobę sprawującą pieczę nad jego pracami naukowymi. Podał sumę pieniędzy, jaka miała zostać mi wypłacona oraz kolejną sumę, która miałaby być w razie potrzeby użyta po to, aby je opublikować. Widziałem fotokopię listu — oryginał miała policja — i byłem absolutnie przekonany, że to był jego list. Elektroniczna analiza potwierdziła to przekonanie następnego dnia.
Tak, list był w najwyższym stopniu dziwny. Długi na trzy strony, pisany z rzucającym się w oczy spokojem. Dlaczego jednak nalegał, aby natychmiast skontaktować się ze mną? Czyżby pozostawione prace zawierały jakiś klucz? Taką możliwość rozpatrywał już Baumgart, który spędził cały wieczór, dokładnie je przeglądając. Nie znalazł w nich jednak nic, co mogłoby wyjaśnić uporczywe żądanie Karela, aby się spieszyć. Duża część materiału dotyczyła Anglo-Indian Computers Corporation, jego pracodawcy. Dokumenty te, oczywiście, miały być udostępnione innym pracownikom badawczym firmy. Pozostały materiał stanowiły rozmaite prace dotyczące psychologii egzystencjalnej, transakcjonizmu Masłowa — jak i inne rozprawy; prace ukończone przez niego oraz książka, omawiająca zastosowanie środków psychodelicznych.
W ostatniej z wymienionych prac znalazłem, jak mi się wydało, klucz, którego tak poszukiwałem. Gdy Karel i ja studiowaliśmy w Uppsali, spędziliśmy dużo czasu na dyskusjach dotyczących takich problemów, jak: znaczenie śmierci, granice ludzkiej świadomości i tym podobnych. Pisałem wówczas pracę dotyczącą Egipskiej Księgi Zmarłych, której dosłowny tytuł brzmi Ru nu pert em hru i oznacza: Księga podążania naprzód za dnia. Uwaga moja skupiała się przede wszystkim na symbolice owej „ciemnej nocy duszy”, na niebezpieczeństwach, które napotyka pozbawiony ciała duch w swej długiej jak noc podróży do Amentet. Karel nalegał, bym dodatkowo przestudiował jeszcze Tybetańską Księgę Umarłych — stanowiącą zupełnie inne zagadnienie — i porównał obydwie. Tymczasem, co wie każdy, kto się z tymi dziełami zetknął, Tybetańska Księga jest dokumentem buddyjskim, a zawarty w niej system religijny nie wykazuje żadnych podobieństw do religii Starożytnego Egiptu. Wydawało mi się, że takie porównanie będzie tylko stratą czasu, rodzajem bezsensownej, pedantycznej wprawki. Karelowi udało się jednak w końcu rozbudzić we mnie pewne zainteresowanie samą Tybetańską Księgą Umarłych i w konsekwencji spędziliśmy wiele długich wieczorów, dyskutując na ten temat. Środki psychodeliczne były w owym czasie prawie nieosiągalne, gdyż książka Aldousa Huxley’a, poświęcona meskalinie, wprowadziła na nie wśród nałogowców swoistą modę. Odkryliśmy jednak pewien artykuł, autorstwa Renę Daumala, opisujący jak podobne eksperymenty wykonywał on za pomocą eteru. Daumal nasączał chustkę do nosa eterem i przykładał ją następnie do nosa. Kiedy tracił świadomość, upadająca ręka powodowała szybkie ocknięcie się. Daumal próbował opisać swe doznania wywołane eterem i opis ten wywarł na nas bardzo silne wrażenie. Jego zasadniczy wniosek był zbieżny z opisami pozostawionymi przez wielu mistyków. Mimo że autor był „nieprzytomny” na skutek działania eteru, miał poczucie, że to co przeżywał, było daleko bardziej realne, niż codzienne doświadczenie świata. Obydwaj, Karel i ja — bez względu na różnice w zapatrywaniach na wiele innych kwestii — zgadzaliśmy się co do jednego: codzienne życie ma w sobie element nierealności. Doskonale wówczas rozumieliśmy słowa Chuang Tzu, który pewnego razu śnił, że jest motylem i doznawał świata tak jak motyl, a gdy się obudził nie był pewien, czy to Chuang Tzu śniło się, że jest motylem, czy to motyl śnił, że jest Chuang Tzu.
Chyba przez miesiąc, mniej więcej, Karel Weissman i ja próbowaliśmy „eksperymentować ze świadomością”. Podczas ferii świątecznych przeprowadzaliśmy doświadczenie polegające na tym, aby nie spać przez trzy dni, pijąc tylko czarną kawę i paląc cygara. Rezultatem, oczywiście, była niezwykła intensywność percepcji intelektualnej. Pamiętam, że powiedziałem wówczas:
— Gdybym mógł tak żyć przez cały czas, to poezja stałaby się bezwartościowa, potrafię bowiem widzieć głębiej niż jakikolwiek poeta.
Próbowaliśmy także eteru i czterochlorku węgla. Jeśli o mnie chodzi, te doznania były znacznie mniej interesujące. Oczywiście, doświadczałem niezwykle intensywnego wglądu — jaki czasami osiągamy w momencie zasypiana — ale były to przeżycia krótkotrwałe i ulotne. Użycie eteru powodowało wielodniowy ból głowy, tak więc po dwóch eksperymentach, postanowiłem dać sobie z tym spokój. Karel utrzymywał, że jego własne doznania były, poza pewnymi różnicami, zbieżne z doznaniami Daumala. Wydaje mi się, że pamiętam, jak sformułował teorię uporządkowania szeregu kropek, którą uznał za nadzwyczaj istotną. Ale i on w końcu stwierdził, że fizyczne efekty uboczne są zbyt silne i zaprzestał eksperymentowania. Później, kiedy został psychologiem eksperymentalnym, mógł otrzymywać na zamówienie meskalinę i lizergid. Wielokrotnie namawiał mnie, bym spróbował. W tym czasie jednak miałem inne zainteresowania i odmówiłem. Chciałbym obecnie opowiedzieć coś więcej o tych „innych zainteresowaniach”.
Ten przydługi wtręt był konieczny, by wyjaśnić, dlaczego byłem przekonany, że pojąłem ostatnią próbę mego przyjaciela. Jestem archeologiem, nie psychologiem. Ale byłem jego starym przyjacielem i kiedyś razem z nim interesowałem się problemami ludzkiej świadomości. Zapewne, podczas ostatnich chwil swojego życia, powrócił do naszych długich nocnych rozmów w Uppsali. Czy myślał o beczkach piwa, które wypijaliśmy w maleńkiej restauracyjce nad rzeką, czy może o butelkach wódki, które pijaliśmy w moim pokoju do drugiej nad ranem? Coś w tym wszystkim niepokoiło mnie: jakiś ulotny, niepojęty lęk; coś, co przywodziło mi na myśl uczucie, które zmusiło mnie, bym zadzwonił o północy do domu Karela w Hampstead. Ale tym razem nie mogłem zrobić nic, by je — rozładować, tak więc jedyne co mi zostało — to spróbować o tym zapomnieć.
W czasie pogrzebu mojego przyjaciela przebywałem na Hybrydach — zostałem tam wezwany, by zbadać znakomicie zachowane neolityczne szczątki w Harris — a gdy wróciłem, spostrzegłem na półpiętrze przed swoim mieszkaniem kilka skrzyń z posegregowanymi materiałami Weissmana. Głowę miałem pełną myśli o człowieku neolitycznym, więc gdy sięgnąłem do pierwszej i wyciągnąłem brulion zatytułowany Spostrzeganie kolorów u zwierząt poddanych deprywacji emocjonalnej, czym prędzej zamknąłem go. Wszedłem do mieszkania i otworzyłem „Archeological Journal”, w którym natrafiłem na artykuł Reicha omawiający zastosowanie elektronicznego datowania bazaltowych figurek ze świątyni Bogazkóy. Byłem niezwykle podekscytowany, zadzwoniłem do Spencera z British Museum i popędziłem na spotkanie z nim. Przez następne czterdzieści osiem godzin wszystko co robiłem, wiązało się z figurkami ze świątyni i cechami pozwalającymi odróżnić rzeźby hetyckie od innych.
To, oczywiście, uratowało mi życie. Nie wątpię, że Tsathogguany oczekiwały mego powrotu i obserwowały to, co robię. Na całe szczęście umysł mój był wypełniony archeologią. Łagodnie szybował po bezkresnych przestworzach przeszłości, kołysany prądami historii. Psychologia napawała go wstrętem. Gdybym ochoczo przestudiował materiały mego przyjaciela w poszukiwaniu przyczyn jego samobójstwa, mój własny umysł zostałby przez nie zaatakowany, a następnie, w przeciągu paru godzin, zniszczony.
Nawet dzisiaj drżę, gdy tylko o tym pomyślę. Byłem otoczony złymi, obcymi umysłami. Byłem jak nurek na dnie morza; tak zaabsorbowany poszukiwaniem skarbu w zatopionym okręcie, że nie będący w stanie, zauważyć zimnych oczu ośmiornicy, wyczekującej za jego plecami. Gdybym miał inny nastrój, może bym je zauważył, jak to się stało później w Karatepe. Jednakże odkrycie Reicha tak mnie zaaferowało, że zapomniałem o poczuciu obowiązku wobec zmarłego przyjaciela.
Stwierdzam, że znajdowałem się pod ciągłą obserwacją Tsathogguanów przez wiele kolejnych tygodni. W tym właśnie czasie zdałem sobie sprawę, że jeśli chcę się uporać z kłopotami wynikającymi dla mnie z krytyki Reicha, dotyczącej mego sposobu datowania znalezisk, muszę wrócić do Azji Mniejszej. I znowu: mam poczucie, że było to zrządzenie losu. Decyzja ta musiała utwierdzić Tsathogguany w przekonaniu, że nie muszą się z mojej strony niczego obawiać. Było jasne, że Karel się pomylił w swoich rachubach; nie mógł znaleźć gorszego wykonawcy swej ostatniej woli. Miałem jednak wyrzuty sumienia wobec nieżyjącego przyjaciela i w trakcie ostatnich tygodni pobytu w Anglii raz czy dwa zmusiłem się do tego, by zajrzeć do owych skrzyń. Za każdym razem czułem to samo obrzydzenie dla kwestii psychologicznych i, w konsekwencji, zamykałem je niezwłocznie. Pamiętam, że ostatnim razem, kiedy to uczyniłem, zastanawiałem ’się, czy nie byłoby prościej poprosić dozorcę, aby spalił to wszystko w piwnicznej kotłowni. Pomysł ten jednak wydał mi się skrajnie niemoralny i zaniechałem go — trochę, prawdę mówiąc, zdziwiony, że mi to w ogóle przyszło do głowy. Nie miałem wówczas pojęcia, że to nie „ja” to wymyśliłem.
Często zastanawiałem się później, na ile wybór mnie jako wykonawcy testamentu stanowił część planu mojego przyjaciela, a na ile była to desperacka decyzja podjęta w ostatniej chwili życia. Niewątpliwie niewiele na ten temat myślał, w przeciwnym bowiem wypadku one wiedziałyby o tym. Czyżby to było nagłe olśnienie, ostatni błysk intuicji jednego z najgenialniejszych umysłów XX wieku? A może zostałem wybrany jako faute de mieux? Być może poznamy odpowiedź pewnego dnia, gdy uda nam się dotrzeć do archiwów Tsathogguanów. Przywiązałem się jednak do myśli, że to był wybór intencjonalny, majstersztyk oszustwa mego przyjaciela. Jeśli bowiem podczas tej decyzji opatrzność była po jego stronie — to przez następne sześć miesięcy, kiedy myślałem o wszystkim poza pismami Weissmana, z pewnością była po mojej.
Przed wyjazdem do Turcji wydałem polecenie, by Baumgart miał w czasie mej nieobecności swobodny dostęp do mojego mieszkania. Zgodził się bowiem przeprowadzić wstępną segregację materiałów. Rozpocząłem również negocjacje z dwoma amerykańskimi wydawnictwami z zakresu psychologii, które były zainteresowane wydaniem prac Weissmana. Następnie przez parę miesięcy przestałem myśleć o psychologii, jako że kwestie związane z datowaniem bazaltowych figurek pochłonęły całą moją uwagę. Reich urządził się w laboratorium Turkish Uranium Company w Diyarbakir. Interesował się głównie — jak dotąd — datowaniem ” szczątków ludzkich i zwierzęcych metodą argonową i w tym zakresie stał się największym autorytetem światowym. Kiedy przesunął swoje zainteresowania z prehistorii na czasy panowania Hetytów, znalazł się w dziedzinie stosunkowo dla siebie nowej. Człowiek istnieje od miliona lat; inwazja Hetytów na Azję Mniejszą miała miejsce około 1900 roku p.n.e. Był zachwycony moim pojawieniem się w Diyarbakir, gdyż moja książka o cywilizacji Hetytów stanowiła w tej materii podstawowy podręcznik od czasu, kiedy ukazała się w 1980 roku.
Ja z kolei uznałem, że Reich jest fascynującym człowiekiem. Jeśli chodzi o dowolny okres pomiędzy 2500 rokiem p.n.e. a końcem 1000 roku n.e., mój intelekt czuł się jak u siebie w domu. Umysł Reicha natomiast czuł się swobodnie w dowolnym okresie począwszy od ery karbońskiej. Potrafił mówić o plejstocenie — drobne miliony lat temu — jakby to była historia najnowsza. Byłem kiedyś obecny przy tym, jak badał ząb dinozaura i rzucił uwagę, że nie jest możliwe, aby pochodził on z tak wczesnego okresu jak kreda — że umieściłby go raczej w trzeciorzędzie — to jest około pięćdziesięciu milionów lat później. Byłem obecny także przy tym, jak licznik Geigera potwierdził jego tezę. W tych sprawach miał niesamowitego nosa. Ponieważ Reich będzie odgrywał istotną rolę w tej historii, powinienem powiedzieć o nim coś więcej. Podobnie jak ja, był to potężny mężczyzna, w przeciwieństwie jednak do mnie wielkość jego postury nie wynikała z przerostu tkanki tłuszczowej. Miał bary jak zapaśnik i niezwykle wysuniętą szczękę. Głos jego zawsze stanowił niespodziankę dla słuchacza, był bowiem delikatny i raczej wysoki — rezultat, jak sądzę, jakiejś infekcji w dzieciństwie.