125605.fb2
Naszą rozmowę przerwał w południe Reubke, który przyszedł nas zobaczyć. Wszystkie gazety świata na pierwszych stronach opisywały „noc samobójców”; snuły rozmaite spekulacje na temat roli Reicha i mojej w tym wydarzeniu. Powiedziano mi, że całe przedsiębiorstwo — obejmujące osiemset akrów — stało się niedostępne z powodu tysięcy helikopterów dziennikarskich czekających na zewnątrz.
Krótka sonda umysłowa wykazała, że Reubke nie był wystarczająco silny, aby można mu było powiedzieć całą prawdę. Kusiło mnie, by zapanować całkowicie nad jego umysłem; mógłbym to zrobić już wczesnym rankiem. Jednak uczucie „szacunku dla jednostki” powstrzymywało mnie od uczynienia tego. W zamian opowiedzieliśmy mu historyjkę bardzo bliską prawdy, ale łatwiejszą dla niego do przyjęcia.
Sprowadzało się to do stwierdzenia, że Towarzystwo „Anty-Kadath” miało rację: wykopaliska w Karatepe spowodowały uwolnienie potężnych i niebezpiecznych sił Wielkich Dawnych… Pozostała część była już zgodna, mniej lub bardziej, z prawdą: że stworzenia te dysponują nadnaturalnymi mocami, które mogą doprowadzić ludzi do obłędu. Powiedzieliśmy mu, że ich celem jest zniszczenie gatunku ludzkiego, lub co najmniej przemienienie go w niewolników tak, by rasa Dawnych ponownie zawładnęła Układem Słonecznym. Jak dotąd jednak nie dysponują wystarczającą siłą, aby tego dokonać. Gdybyśmy zdążyli, moglibyśmy wyprzeć ich z naszej galaktyki, albo nawet zupełnie zniszczyć.
Prawdę o pasożytach ubraliśmy w strój bajki dla dzieci po to, żeby była w ten sposób łatwiejsza do uchwycenia i mniej przerażająca. Nadaliśmy tym stworzeniom nazwę — Tsathogguany — zapożyczoną z mitologii Lovecrafta.
Na zakończenie postanowiliśmy postawić go przed dylematem: czy należy poinformować świat o zaistniałym niebezpieczeństwie, czy też nie, mając na uwadze fakt, że wzbudzimy tym panikę stanowiącą jeszcze większe zagrożenie? Reubke zbladł jak ściana; z trudem łapiąc oddech, przemierzał pokój; usiłował powstrzymać atak astmy; w końcu oświadczył, iż sądzi, że musimy jednak przedstawić całą prawdę światu. Ciekawe było to, że nie wątpił w ani jedno wypowiedziane słowo; nasze umysły miały go całkowicie w swej mocy.
Ale „Tsathogguany” wprzedziły nas o jeden krok, jak to stwierdziliśmy w godzinę później. Georges Ribot oświadczył dla „United Press”, że całą winę za zaistniałą sytuację ponosimy my i oskarżył Rekha wraz ze mną o to, że jesteśmy mordercami i oszustami, zręcznie wykorzystującymi cudze zaufanie. Część z jego oświadczenia brzmiała następująco: „Miesiąc temu Vincent Gioberti, asystent profesora Sigmunda Fleishmana z Uniwersytetu Berlińskiego powiadomił mnie, że niewielka grupa naukowców utworzyła Światową Ligę Bezpieczeństwa — i proponuje mi członkostwo w niej. W związku z tym zostałem przedstawiony innym członkom (tu wymienia nazwiska tych innych) oraz twórcom Ligi: Wolfgangowi Reichowi i Gilbertowi Austinowi, odkrywcom Kadathu. Odkrycie to nasunęło im pomysł uratowania świata: uznali, że wszyscy muszą zjednoczyć się przeciwko wspólnemu wrogowi; tym wspólnym wrogiem mieli być Wielcy Dawni z Kadath. Wszyscy musieli zgodzić się popierać to oszustwo, niezależnie od tego, co by się stało. Reich i Austin sądzili, że tylko powszechnie znani naukowcy mogą przekonać świat o prawdziwości ich zupełnie fantastycznej koncepcji… Zaproponowano mi, abym — jak pozostali — poddał się hipnozie, ale odmówiłem. W końcu, pod groźbą utraty życia, zgodziłem się na jedną sesję. Ponieważ posiadam zdolności hipnotyczne, udało mi się udawać przekonywająco, że stałem się ich niewolnikiem…”
Krótko mówiąc, Ribot utrzymywał, że to co wydarzyło się w nocy, stanowiło rezultat myśli samobójczej narzuconej przez nas członkom zespołu w transie hipnotycznym. Naszym celem było bezwzględnie przekonanie świata, że stoi on w obliczu groźnego wroga. Utrzymywaliśmy rzekomo z Reichem, że umrzemy razem z innymi, a po naszej śmierci opublikowane zostaną materiały dotyczące Wielkich Dawnych.
Wszystko to było wyssane z palca, choć zrobione genialnie. Brzmiało niewiarygodnie, ale śmierć dwunastu największych naukowców była równie nieprawdopodobna, tak jak i nasza wersja wydarzeń była w równym stopniu fantastyczna i mało prawdopodobna.
Gdyby nie nasze zwycięstwo nad pasożytami, właśnie to byłoby najbardziej przygnębiającym zdarzeniem. Dwadzieścia cztery godziny temu wszystko szło doskonale… liczyliśmy, że za jakiś miesiąc będziemy gotowi, by przedstawić światu nasze doświadczenie; wówczas bylibyśmy już zgranym zespołem. Teraz wszystko legło w gruzach, a Ribot stał się sprzymierzeńcem (albo ofiarą) pasożytów, obracając nasze własne, świetnie przemyślane plany przeciwko nam. Gdy chodzi o przekonanie świata, z całą pewnością pasożyty były górą. Nie dysponowaliśmy żadnymi dowodami na ich istnienie, a one dołożą wszelkich starań, aby żaden taki dowód nie był możliwy. Gdybyśmy teraz ogłosili nasze oświadczenie o Tsathogguanach, Ribot po prostu zażądałby dowodu na to, że sami ich nie wymyśliliśmy. Jedynymi, którzy mogliby nam uwierzyć, byli członkowie Towarzystwa „Anty-Kadath”!
Tym, który nagle przerwał ciszę, był Reich:
— Nie ma sensu siedzieć tu i roztrząsać tego, co się stało. Działamy zbyt wolno i pozwalamy się im wyprzedzać. Szybkość zachowania jest tu sprawą najistotniejszą.
— Co, zatem, proponujesz?
— Musimy sprawdzić co z Fleishmanem, braćmi Grau i spotkać się z nimi. Jeśli są wyczerpani, tak jak ja byłem cztery godzin temu, to pasożyty mogą ich zniszczyć.
Próbowaliśmy skontaktować się za pomocą wideo-telefonu z Berlinem, ale nie było to możliwe. Ilość połączeń, możliwych do zrealizowania w Diyarbakirze, zablokowała realizację rozmów zamiejscowych.
Zadzwoniliśmy do Reubkego i oświadczyliśmy mu, że potrzebna jest nam natychmiast rakieta, aby polecieć do Berlina, a fakt ten musi zachować w całkowitej tajemnicy. Było jasne, że Reubke zaniepokojony był „wyznaniami” Ribota — straciliśmy z dziesięć minut na to, by „doenergetyzować” jego umysł. Było to niewdzięczne zadanie: umysł Reubkego był zupełnie pozbawiony wyrazu, tak że nasze działanie przypominało wypełnianie wodą dziurawego wiadra. Udało się nam w końcu to osiągnąć, odwołując się do jego chciwości i żądzy sławy; wykazaliśmy mu, że jego nazwisko — jako naszego głównego sprzymierzeńca — przejdzie do historii, a jego firma na pewno na tym nie ucierpi. Wspólnie z Reubkem zaaranżowaliśmy małe oszustwo, aby skierować dziennikarzy na fałszywy trop. Nakręciliśmy scenę, w której Reich rozmawia przez wideotelefon, a ja jestem widoczny w tle. Reich z irytacją krzyczał na pracownika centrali, by ten nie łączył żadnych rozmów z zewnątrz. Nagranie miało być pokazane pół godziny po naszym odlocie przez „przypadek” jakiemuś dziennikarzowi, który wykorzystywałby akurat łącza.
Podstęp się udał; kiedy dotarliśmy do Berlina, mogliśmy zobaczyć samych siebie na ekranie telewizora zamontowanego w rakiecie. Dziennikarz, któremu trafiła się taka gratka, nagrał tę rozmowę, a w ciągu dwudziestu minut nadała ją telewizja w Diyarbakirze. Zdaje się, że było moc spekulacji na temat tego, iż zostaliśmy przy życiu pomimo oświadczenia Ribota dla prasy — tak, że informację tę natychmiast szybko rozpowszechniono. W rezultacie jedna czy dwie osoby, którym wydawało się wcześniej, że nas rozpoznają, uznały to za pomyłkę.
Kiedy dotarliśmy do domu Fleishmana, nie mieliśmy innego wyjścia jak ujawnić, kim jesteśmy. Był tak obstawiony dziennikarzami, że nigdy nie dostalibyśmy się do środka. Obydwaj odkryliśmy nowy, użyteczny aspekt naszych psychokinetycznych umiejętności: ponieważ musieliśmy w jakiś sposób stać się „niewidzialnymi” — byliśmy w stanie odwrócić od siebie wszelką uwagę i skierować ją gdzie indziej, tak że ludzie po prostu nas nie zauważyli. Zdołaliśmy dotrzeć do samych drzwi i zadzwonić, nim nas rozpoznano. Na szczęście usłyszeliśmy przez domofon głos Fleishmana i w momencie, gdy ten zidentyfikował nas, uchyliły się drzwi. Chwilę później byliśmy już w środku, a dziennikarze stukali w drzwi i wykrzykiwali przez otwór od skrzynki na listy jakieś wiadomości.
Fleishman wyglądał lepiej, niż się spodziewaliśmy, ale widać było, że jest wyczerpany. W ciągu paru minut dowiedzieliśmy się, że jego zmagania z pasożytami były identyczne z przeżyciami Reicha — całonocna potyczka i nagła ulga dokładnie o ósmej dwadzieścia pięć rano, wziąwszy pod uwagę dwugodzinną różnicę czasu pomiędzy Berlinem a Diyarbakirem. Bardzo podniosło to mój nastrój: uratowałem życie przynajmniej dwóm moim kolegom, dzięki czemu cała ta okropna noc nie była zupełną klęską.
Fleishman wiedział także o braciach Grau, którzy byli w swym domu w Poczdamie. Zdołał się z nimi skontaktować rano, zanim dziennikarze zablokowali wszelkie połączenia zamiejscowe. Jak się okazało, swe bezpieczeństwo zawdzięczali temu, że byli powiązani telepatycznie. Tak jak potrafili używać wzajemnie swych umysłów jako wzmacniaczy zdolności PK, tak tym razem dodali sobie wzajemnie sił podczas nocnej walki. Jak dowiedział się Fleishman, pasożyty usiłowały również „podkopać” ich umysłowe fundamenty — podobnie jak to czyniły ze mną — ale znowu ich telepatyczny związek stanowił główną broń. Później poznałem różnicę — nie stanęli oni wobec problemu pozbawienia tożsamości, tak jak ja. Po prostu jeden drugiemu dodawał otuchy, aby nie podejmować tej kwestii i skoncentrować się na czymś innym. Powodzenie techniki „podkopywania” w dużej mierze zależy więc od tego, czy ofiara jest sama. Następny problem wydał się nam nie do rozwiązania: jak dostać się do Poczdamu i zabrać braci Grau, albo przynajmniej sprawić, by ci dostali się natychmiast do Diyarbakiru. Dom otoczony był dziennikarzami, a tuzin helikopterów wisiał nam nad głowami. Kiedy rozeszła się wiadomość o naszej obecności, ich liczba wzrosła do stu. Każda próba telefonicznego skontaktowania się z Poczdamem wywołałaby natychmiast ich pielgrzymkę tam, jako że łatwiej jest podsłuchać rozmowę lokalną, niż zamiejscową. O ile wiedzieliśmy, nazwisko braci Grau nie zostało dotąd przypisane do całego wydarzenia, w rezultacie prawdopodobnie mieli wciąż jeszcze swobodę poruszania się. To Fleishman wpadł na rozwiązanie problemu. Po godzinie spędzonej z nami czuł się już trochę lepiej; proces reenergetyzacji jego umysłu przebiegał szybciej niż w przypadku Reubkego. Historia mojego zwycięstwa wywołała u niego podobny efekt, co i u Reicha — przywróciła w pełni dawny optymizm i podstawowy cel działania. Nagle Fleishman zauważył:
— Dowiedzieliśmy się ciekawej rzeczy o pasożytach. Ich istnienie nie jest związane w żaden sposób z przestrzenią. Tłum, który mnie tutaj zaatakował, musiał być w jakimś stopniu tym samym tłumem, który zaatakował was obu w Diyarbakirze, w przeciwnym bowiem razie nie ustąpiłyby wszystkie w tym samym momencie.
Już wcześniej zastanawialiśmy się nad tym problem. Fleishman dostrzegł jeszcze inną tego konsekwencję.
— W takim razie myliliśmy się ujmując pasożyty w kategoriach fizykalnych. Przedstawiając Wszechświat w kategoriach umysłowych można powiedzieć, że jest on rozmiaru punktu. Pasożyty nie muszą podróżować, by dostać się do Diyarbakiru. Są one w obydwu tych punktach jednocześnie.
— I w Poczdamie też — dodał Reich.
Wszyscy natychmiast zrozumieliśmy konsekwencje tego faktu. Jeśli, w pewnym sensie, pasożyty były tu i w Poczdamie równocześnie, to i my byliśmy równocześnie tam i tu.
Już dawno powinno to być dla nas oczywiste! Istoty ludzkie istnieją wyłącznie w świecie fizycznym tylko w takim stopniu, w jakim brakuje im odwagi, by wejść do krainy swego umysłu. Człowiek, który może podążyć do swego wnętrza podczas długiej podróży pociągiem, wymyka się spod władzy czasu i przestrzeni, podczas gdy podróżny gapiący się w okno i ziewający z nudy musi przeżyć każdą minutę i każdą milę. Nasza zdolność do zwalczania pasożytów również zależała od zdolności zanurzania się w sobie i podjęcia walki na ich własnym terenie. Człowiek pływający na powierzchni łatwo pada łupem rekinów, ale nurek wyposażony w skafander i pływający w głębinach z harpunem staje się równorzędnym partnerem dla rekina. Stopień, w jakim potrafilibyśmy zanurzyć się w swój umysł, oznaczał zarazem poziom naszych umiejętności pozwalających wkroczyć nam w tę samą co pasożyty, bezkresną i ponadczasową, rzeczywistość. Ponieważ bracia byli w stanie telepatycznie kontaktować się między sobą, to dlaczego my sami nie moglibyśmy nawiązać w ten sam sposób z nimi kontaktu?
Pomysł był prosty, ale jak to zrobić? Każdy, kto wszedłby do naszego pokoju, pomyślałby, że bierzemy udział w jakimś seansie spirytystycznym, siedzieliśmy bowiem z pochylonymi głowami wzajemnie dotykając swych rąk.
Zacząłem pierwszy. Kiedy usiedliśmy, wysłałem mentalnie sygnał:
— Czy jesteście gotowi? — Nie uzyskałem odpowiedzi. Nagle, z ogromnym zadowoleniem usłyszałem w klatce piersiowej jakby głos Reicha pytający:
— Czy jesteś gotów?
Wysłałem mu odpowiedź: — Tak. Czy słyszysz mnie?
Jego głos znowu się pojawił: — Niezbyt dobrze.
Fleishman potrzebował dziesięciu minut, by włączyć się do naszej gry. Przez ten czas potrafiliśmy z Reichem komunikować się dość dobrze. Pewnie dlatego, że jak bracia Grau, wzajemnie się zgraliśmy. Po jakimś czasie potrafiliśmy uchwycić myśli Fleishmana, które podobne były do krzyku z oddali. Stwierdziliśmy, że potrafimy komunikować się między sobą. Ale czy uda nam się nawiązać kontakt z braćmi Grau?
Minęła pełna intensywnego wysiłku godzina, czułem się jakbym zagubił się w górach i wołał ciągle bezskutecznie o pomoc. Cały czas wysyłałem mentalne sygnały do Louisa i Heinricha Grauów, ale przekształcały się one jedynie w puste słowa, jak gdybym wykrzykiwał tylko ich imiona. Należało wysłać czysty, wyraźny impuls, pozbawiony werbalnej otoczki.
Nagle Reich powiedział:
— Chyba coś mam.
Wszyscy skoncentrowaliśmy się na tym, by odesłać wiadomość, że „odebraliśmy sygnał”. I wtedy, z zadziwiającą czystością, która spowodowała, że nieomal podskoczyliśmy, wprost do ucha krzyknął nam:
— Słyszę was. Czego chcecie?
Spojrzeliśmy po sobie zdziwieni triumfem. Następnie zamknęliśmy oczy ponownie i skoncentrowaliśmy się jeszcze bardziej. Czysty, jasny głos powiedział:
— Nie wszyscy naraz. Mówcie pojedynczo. Reich, czy ty możesz nadawać? Ciebie słychać najwyraźniej.
Rozmowa nasza podobna była do jednostronnej komunikacji na trasie Poczdam-Berlin, która raptem udrożniła się i stała się obustronna. Czuliśmy, jak Reich pompuje w kierunku braci Grau informacje na podobieństwo stacji wysyłającej impulsy energii.
— Czy możecie dostać się do Diyarbakiru? — Musiał to powtórzyć z tuzin razy. Słuchając go, bezwiednie wzmacnialiśmy jego sygnały. W pewnej chwili bracia Grau zaprotestowali:
— Pojedynczo!
Po pewnym czasie udało nam się wejść jakby w rytm nadawania Reicha, tak że bez problemu mogliśmy wzmacniać jego sygnały i przesyłać dalej. Natychmiast głos braci przekazał nam słowa:
— Już lepiej. Teraz słyszę was wyraźnie.
Od tego momentu nie mieliśmy już żadnych problemów we wzajemnym porozumieniu. Byliśmy nawet w stanie opisać im sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, tak jakbyśmy rozmawiali przez telefon. Przez cały ten czas pozostawaliśmy w pokoju nieobecni duchem. Byliśmy całkowicie zatopieni w sobie, jak ludzie w trakcie głębokiej modlitwy. Nagle zdałem sobie sprawę, że powód zakłóceń w nadawaniu to fakt, że niewystarczająco zanurzyłem się w swoim umyśle, byłem zbyt blisko powierzchni. Wynikało to z tego, że jeśli zatapiałem się zbyt głęboko w swym umyśle, to po prostu zasypiałem. Język i znaczenie należą do rzeczywistości ciała. Trudno jest je wnieść w głębiny umysłu, tak jak trudno jest wnieść logikę do marzenia sennego. Wspominam o tym, bowiem wówczas po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z ogromu mej niewiedzy. Owe głęboko skryte obszary mego umysłu zamieszkiwane są głównie przez wspomnienia i marzenia, które dryfują w oceanie umysłu jak ryby. Na tej głębokości niezwykle trudno jest zachować poczucie celu działania, odróżnić rzeczywistość od iluzji. Jednak by skutecznie przekazywać informacje drogą telepatyczną, trzeba „nadawać” właśnie z tej głębokości.
W naszym przypadku nie miało to żadnego praktycznego znaczenia. Fleishman, Reich i ja wzajemnie wzmacnialiśmy się. Takie właśnie doświadczenie — wzajemnego powiązania i wzmacniania — pozwala w pełni zrozumieć słowa „jesteśmy członkami jedni drugich”.
Kiedy skończyliśmy rozmowę z braćmi Grau, poczuliśmy się dziwnie szczęśliwi, jakbyśmy obudzili się z jakiegoś głębokiego i spokojnego snu. Fleishman powrócił do dawnego wyglądu. Jego żona, która przyniosła kawę, usiłowała ukryć swą wrogość do mnie i Reicha. Patrzyła na niego ze zdziwieniem i z pewnością zrewidowała swój pogląd na nas. Nawiasem mówiąc, ciekawe jest, że czułość, jaką darzył Fleishman swoją żonę — a była ona od niego o trzydzieści lat młodsza, zaś pobrali się dopiero rok temu — udzielała się Reichowi i mnie, tak że patrzyliśmy na nią z uczuciem będącym mieszaniną pożądania i intymnej wiedzy o jej ciele. Po prostu wpadła w nasz telepatyczny krąg i w pewnym sensie stała się żoną nas trzech (nawiasem mówiąc, pożądanie, którego wówczas z Reichem doświadczyliśmy, nie było zwykłym męskim pragnieniem posiadania kobiety, gdyż — że się tak wyrażę — myśmy ją już przez Fleishmana posiedli).
Około trzeciej nad ranem dziennikarze w helikopterach poczuli się zmęczeni czekaniem na nas. Poza tym liczba ich przekroczyła dopuszczalne normy wyznaczone przez miejskie przepisy bezpieczeństwa powietrznego. Jednak tłum na zewnątrz zbytnio nie zmniejszył się. Ulica zastawiona była samochodami, w których spali dziennikarze. Weszliśmy na poddasze i przystawiliśmy drabinę do świetlika. Około godziny trzeciej dwadzieścia usłyszeliśmy nad domem warkot helikoptera. Szybko otworzyliśmy okno. Po chwili manewrowania spuszczono z helikoptera drabinę sznurową i wówczas Fleishman, Reich i ja wspięliśmy się po niej jak najszybciej, by nie zauważyli nas dziennikarze. Bracia Grau pomogli nam dostać się na pokład i wciągnęli drabinę. Wówczas helikopter z maksymalną prędkością ruszył ku lotnisku… Operacja udała się doskonale. Dziennikarze byli pewni, że nie dysponujemy żadnymi możliwościami wezwania helikoptera, gdyż w samochodach dysponowali urządzeniami podsłuchowymi (zresztą zupełnie nielegalnie). Tak więc, jeśli któryś z nich zauważył helikopter, uznał, że leci nim inny dziennikarz czy też patrol z Sił Bezpieczeństwa Powietrznego. Dotarliśmy na lotnisko bez śladu pogoni. Pilot połączył się drogą radiową z pilotem rakiety. O trzeciej trzydzieści pięć byliśmy w drodze do Paryża. Uznaliśmy, że sprawą wymagającą natychmiastowego rozwiązania jest problem Georgesa Ribota.
Kiedy wylądowaliśmy na Le Bourget, właśnie świtało. Mogliśmy lądować na bardziej dogodnym lotnisku, znajdującym się na Polach Elizejskich, ale wymagało to uzyskania zgody drogą radiową, co z kolei mogło zdekonspirować nas przed dziennikarzami. Zamiast tego wzięliśmy z Le Bourget taksówkę powietrzną. Podróż do centrum zajęła nam dwadzieścia minut.