125605.fb2
Naszą jedyną nadzieją było to, że działamy przez zaskoczenie. Jeśli pasożyty obserwowały nas wcześniej, z pewnością zapobiegłyby spotkaniu z Ribotem. Mógł bowiem zostać ostrzeżony na wiele godzin przed naszym przybyciem. Z drugiej jednak strony poniosły znaczne straty poprzedniej nocy i przez to mogły być mniej czujne. I na to właśnie liczyliśmy.
Wystarczyło sięgnąć po gazetę, by dowiedzieć się gdzie przebywał Ribot. Był bowiem osobą ważną jak nigdy dotąd. W zgubionym przez kogoś egzemplarzu „Paris-Soir” znaleźliśmy informację, że przebywał on w klinice Curel na Boulevard Haussman. Hospitalizowany był z powodu jakiegoś załamania nerwowego. Doskonale wiedzieliśmy, co to oznacza.
Teraz trzeba było tylko użyć siły, choć byliśmy przeciwni takiemu rozwiązaniu. Klinika była zbyt mała, byśmy mogli niepostrzeżenie do niej się dostać. Jednak godzina naszego przybycia — piąta rano — sprzyjała nam. Była nadzieja, że nie spotkamy zbyt wielu ludzi. Zaspany portier patrzył na nas zdumiony zza szyby, pięć umysłów dopadło go i trzymało znacznie mocniej niż pięć rąk. Gapił się na nas niezdolny pojąć, co się dzieje. Fleishman zapytał go łagodnie:
— Czy nie wie Pan, w jakim pokoju znajduje się Ribot?
Skinął głową oszołomiony. Musieliśmy zwolnić uchwyt, by pozwolić mu odpowiedzieć na nasze pytanie.
— Proszę nas do niego zaprowadzić — powiedział Fleishman.
Mężczyzna nacisnął przycisk automatycznego otwierania drzwi i wpuścił nas. Któraś z pielęgniarek wybiegła nam na spotkanie pytając:
— A dokąd to?
Chwilę później z wdziękiem prowadziła nas korytarzami. Zapytaliśmy, czemu nie ma tu dziennikarzy.
— Pan Ribot ma konferencję prasową o dziewiątej — miała na tyle przytomności umysłu, by dodać:
— Sądzę, że moglibyście do tej godziny zaczekać.
Spotkaliśmy dwie pielęgniarki ze zmiany nocnej, które zupełnie nie zdziwiły się na nasz widok, pewnie uznały naszą wizytę za coś normalnego. Specjalny, prywatny pokój Ribota mieścił się na samej górze budynku. Drzwi do niego otwierały się jedynie za pomocą specjalnego kodu. Na szczęście portier znał go. Fleishman powiedział bardzo łagodnie:
— A teraz muszę panią prosić, by zechciała pani zaczekać na nas w pokoju obok i nie próbowała uciekać. Nie uczynimy pacjentowi żadnej krzywdy.
Nie było to tak oczywiste, ale trzeba ją było jakoś uspokoić.
Reich odsunął zasłonę, hałas obudził Ribota. Był nieogolony i wyglądał na bardzo chorego. Kiedy nas zobaczył, przez chwilę niemo wpatrywał się w nas, by potem powiedzieć:
— No tak, panowie. Wiedziałem, że mnie odwiedzicie.
Zajrzałem do jego umysłu i to, co zobaczyłem, przeraziło mnie. Był on jak miasto, którego mieszkańcy zostali zmasakrowani, a następnie zastąpieni przez wojsko. Nie było w nim żadnych pasożytów, ich obecność nie była konieczna. Ribot poddał się pasożytom ze strachu. Wkroczyły do jego umysłu i opanowały wszystkie jego struktury nawykowe. Po ich zdewastowaniu był już całkowicie bezbronny, przecież teraz każda czynność musiała być wykonywana z ogromnym wysiłkiem. Większość czynności życiowych wykonujemy w oparciu o nawyki — oddychanie, jedzenie, trawienie, czytanie, reagowanie na innych ludzi. U pewnych osób — na przykład u aktorów — nawyki stanowią rezultat pracy całego życia. Im lepszy aktor, tym bardziej rozbudowane struktury nawykowe, tak że tylko sam szczyt jego sztuki pozostawiony jest wolnej woli. Zniszczyć komuś jego nawyki na jego oczach jest czymś okrutniejszym niż zamordowanie mu żony i dzieci. Oznacza to odarcie go ze wszystkiego. Życie staje się równie niemożliwe, jak gdyby obdarto go ze skóry.
Pasożyty zniszczyły mu nawyki, a następnie zastąpiły je nowymi. Pewne zespoły nawyków zostały zachowane: oddychanie, mówienie, jak również swoisty dla danej osoby styl bycia (co było konieczne, aby przekonać otoczenie, że ma do czynienia z tą samą osobą, że jest w pełni władz umysłowych). Jednak pewne nawyki ulegają pełnej likwidacji — na przykład nawyk głębokiego myślenia. Na to miejsce umieszcza się nową serię reakcji. Byliśmy wrogami i wzbudziliśmy w nim bezgraniczną nienawiść oraz wstręt. Wypływało to, w pewnym sensie, z niego samego: gdyby nie zdecydował się na te uczucia, połowa z zespołów obumarłaby ponownie. Innymi słowy, kiedy poddał się pasożytom, pozostał nadal „wolnym” człowiekiem tylko w tym sensie, że pozostawał przy życiu i mógł dokonywać wyborów między różnymi działaniami. Ale była to świadomość funkcjonująca na ich warunkach — albo ta, albo w ogóle żadna świadomość. Był posłuszny jak ktoś, kto ma przytknięty do głowy pistolet.
Stojąc przy jego łóżku, nie patrzyliśmy na niego oczami mścicieli. Czuliśmy litość i przerażenie, tak jakbyśmy patrzyli na okaleczone ciało.
Nie odzywaliśmy się. Czterech z nas zmusiło go, przy użyciu sił PK, do leżenia. W tym czasie Fleishman szybko badał zawartość jego umysłu. Nie sposób było stwierdzić, czy może powrócić do stanu poprzedniego, gdyż w dużej mierze zależało to od tego, jakimi siłami dysponuje i czy jest odważny. Jedno było pewne, musiałby wykrzesać z siebie niezwykle dużo siły i woli, znacznie więcej, niż dysponował w walce przeciw pasożytom, nim skapitulował.
Nie mieliśmy czasu na długie rozważania. Nasza siła przekonała go, że jesteśmy dla niego nie mniej groźni niż pasożyty. Każdy z nas bez trudu wkraczał w struktury jego umysłu, które kontrolowały mechanizmy motoryczne i poznawał je. (Trudno jest to wyjaśnić komuś, kto nie ma zdolności telepatycznych, komunikacja z innymi umysłami zależy od poznania określonej kombinacji, która stanowi odpowiednik długości ich fał mózgowych. Umożliwia to kontrolę na odległość).
Fleishman powiedział mu łagodnie, że jesteśmy nadal jego przyjaciółmi i zdajemy sobie sprawę, iż „pranie mózgu”, jakie przeszedł, nie było jego winą. Jeśli nam zaufa, to uwolnimy go od pasożytów.
Następnie wyszliśmy. Pielęgniarka i portier eskortowali nas do samego wyjścia. Wręczyliśmy portierowi napiwek w dolarach (były one w owym czasie obiegową walutą na świecie). Nie minęło pół godziny, gdy byliśmy już w połowie drogi do Diyarbakiru.
Dzięki utrzymywaniu mentalnego kontaktu z Ribotem, udało nam się stwierdzić, co stało się po naszym wyjściu. Ani pielęgniarka, ani portier nie mogli w pełni pojąć, jak dali się skłonić do tego, by zaprowadzić nas do Ribota; nie wierzyli, że zrobili to z własnej woli. Nie było więc lamentów ani pościgu. Pielęgniarka poszła z powrotem do Ribota, który nie spał i jak się wydawało, czuł się dobrze. Postanowiła nic nie mówić o naszej wizycie.
Kiedy wylądowaliśmy w Diyarbakirze, Reich powiedział:
— Jest siódma. Za dwie godziny odbędzie się konferencja prasowa. Miejmy nadzieję, że one nie…
Przerwał mu krzyk Fleishmana, który utrzymywał kontakt telepaty czyny z Ribotem. Powiedział:
— Odkryły, co się stało. Atakują!
— Co możemy zrobić? — zapytałem.
Usiłowałem skoncentrować się, wykorzystując wiedzę o mózgu Ribota i próbując nawiązać z nim kontakt, ale bez rezultatu. Jakbym usiłował odnaleźć jakąś stację radiową w aparacie, którego nie włączyłem do sieci.
Zapytałem Fleishmana:
— Czy nadal masz z nim kontakt?
Potrząsnął przecząco głową. Próbowaliśmy kolejno wszyscy, jednak bez rezultatu.
Godzinę później wiedzieliśmy już, co się stało. W wiadomościach telewizyjnych podano, że Ribot popełnił samobójstwo, wyskakując z okna swego pokoju. Czy była to nasza porażka? Trudno powiedzieć. Samobójstwo uniemożliwiało ujawnienie całej sprawy na konferencji prasowej i odwołanie przez niego wcześniejszego „wyznania”. Ale zapobiegło także ewentualnym szkodom, jakie mógłby nam jeszcze wyrządzić. Z drugiej strony, gdyby nasza wizyta w szpitalu wyszła na jaw, z pewnością oskarżono by nas o morderstwo…
Nigdy jednak nie wyszła na jaw. Prawdopodobnie pielęgniarka myślała, że byliśmy po prostu natrętnymi dziennikarzami. Widziała po naszym wyjściu Ribota znajdującego się w dobrym nastroju. Tak więc nic o naszej wizycie nie mówiła.
Tego samego ranka, o godzinie jedenastej, zaaranżowaliśmy w specjalnie przygotowanej na ten cel wynajętej sali konferencyjnej spotkanie z prasą. Po obu stronach drzwi stali bracia Grau, Fleishman i Reich, którzy sondowali każdego z wchodzących. To nam się opłaciło. Jedną z ostatnich osób wchodzących do sali był potężny, łysy mężczyzna. Nazywał się Kilbridge i pracował dla „Washington Examiner”. Reich skinął w kierunku jednego ze strażników A.I.U. Podszedł on do Kilbridge’a i poprosił go, by poddał się kontroli. Ten jednak zaczął gwałtownie i hałaśliwie protestować wykrzykując, że postępowanie takie wobec niego jest obrazą. Nagle wyrwał się strażnikowi i podbiegł do mnie, sięgając do kieszeni. Całą siłą mego umysłu powstrzymałem go. Trzech strażników rzuciło się na niego i wywlekło go z sali. Znaleziono w jego kieszeni pistolet automatyczny walter załadowany sześcioma nabojami i z jednym znajdującym się z lufie. Kilbridge protestował twierdząc, że broń nosi zawsze dla swojej ochrony, ale jego ewidentną próbę zastrzelenia mnie widzieli wszyscy. (Później sondowaliśmy jego umysł i stwierdziliśmy, że został on zaatakowany przez pasożyty dzień wcześniej, gdy był pijany — miał opinię alkoholika).
Wydarzenie to spowodowało napiętą atmosferę oczekiwania. Na konferencji obecnych było około pięciuset dziennikarzy — tyle tylko mogła pomieścić sala. Reszta obserwowała spotkanie na zewnątrz na ekranach monitorów telewizji przemysłowej. Na podium dołączyli do mnie Reich, Fleishman i bracia Grau — w rzeczywistości ich celem było przebadanie, czy na sali nie ma jeszcze innych potencjalnych zamachowców, a ja głośno przeczytałem oświadczenie następującej treści:
„Dziś celem naszym jest ostateczne ostrzeżenie ludzkości o zagrożeniu większym niż te, w obliczu których kiedykolwiek dotąd stawała. Planeta nasza jest w chwili obecnej obiektem inwazji ogromnej liczby inteligentnych obcych, których celem jest zniszczenie naszego gatunku lub zniewolenie go.
Kilka miesięcy temu, kiedy kierowaliśmy pierwszymi badaniami na Czarnej Górze w Karatepe, profesor Reich i ja dostrzegliśmy, że towarzyszą nam niepokojące zjawiska. Byliśmy świadomi siły, która stawiała aktywny opór naszym wysiłkom zmierzającym do odkrycia tajemnicy tego, co znajduje się pod ziemią. W tym czasie zakładaliśmy, że moce te mogą mieć naturę pola sił wywołanego przez paranormalne zjawiska indukowane przez dawno zmarłych mieszkańców, a pozostawione zostały, by chronić ich groby. Obydwaj, ja i Reich, przez długi czas przekonani byliśmy co do tego, że wyjaśnia to, na przykład, trudności, na jakie natknęli się odkrywcy grobu Tutenchamona. Byliśmy przygotowani na ryzyko wywołania tej klątwy, jeśli taka była jej natura, i kontynuowaliśmy badania.
W ostatnich tygodniach przekonaliśmy się jednak, że stoimy w obliczu czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego niż klątwa. Jesteśmy przekonani, że uruchomiliśmy siły panujące kiedyś na Ziemi, a obecnie chcące ową dominację przywrócić. Siły te są bardziej niebezpieczne, niż znane dotąd gatunkowi ludzkiemu, ponieważ są niewidzialne i mogą zaatakować bezpośrednio umysł ludzki. Potrafią doprowadzić do obłędu każdą osobę, którą zaatakują i doprowadzić ją do samobójstwa. Są również zdolne do zniewolenia pewnych ludzi i używania ich zgodnie ze swoimi celami.
Jednocześnie wierzymy, że ludzkość nie ma powodu do paniki: w porównaniu z nami jest ich niewiele i jesteśmy świadomi zagrożenia. Walka może być długa, ale, jak sądzę, mamy wszelkie podstawy do tego, by ją wygrać.
Spróbuję obecnie podsumować to, co udało nam się dowiedzie o pasożytach umysłu…”
Mówiłem przez jakieś pół godziny i opisałem pokrótce większość wydarzeń, wcześniej tu omówionych. Opowiedziałem historię zniszczenia naszych kolegów i to, w jaki sposób został zmuszony do zdrady Ribot. Następnie wyjaśniłem, jak to się dzieje, że jeśli ktoś uświadamia sobie obecność pasożytów, to jest w stanie je pokonać. Zadałem sobie wiele trudu, by uwydatnić fakt, że siły te nie są jeszcze aktywne, że są ślepe i instynktowne. Ważną rzeczą jest to, by uniknąć paniki. Większej części ludzkości pasożyty nie zagrażają i najlepiej byłoby, gdyby się całą sprawą nie przejmowali. Ostatnie piętnaście minut mojej godzinnej przemowy poświęciłem na podkreślanie napawających optymizmem aspektów tej sprawy. Dowodziłem, że zostaliśmy teraz ostrzeżeni, a zniszczenie pasożytów powinno być tylko kwestią czasu.
Spotkanie zakończyło się pytaniami. Niestety, większość z dziennikarzy starała się energicznie dotrzeć do najbliższego videotelefonu, tak że czas pytań był bardzo krótki. Dwie godziny później wiadomości te były na pierwszych stronach gazet.
Prawdę mówiąc, to cała sprawa zaczęła mnie nużyć. Nasza piątka była badaczami przygotowującymi się do odkrycia nowego i fascynującego świata, nie miała żadnej ochoty na marnowanie czasu dla jakichś dziennikarzy. Było to męczące. Uznaliśmy jednak, że jest to najlepszy sposób zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Sądziliśmy, że dla pasożytów najlepszym wyjściem będzie próba zdyskredytowania nas — gdy wszystko będzie toczyło się normalnie przez miesiąc albo przez rok, wówczas wszyscy uznają to za mistyfikację. Ogłaszając nasze oświadczenie właśnie teraz kupowaliśmy czas, a w każdym razie było to naszym zamiarem. Sporo czasu musiało upłynąć, nim zdaliśmy sobie sprawę, że pasożyty były w stanie „wpuścić nas w maliny”.
Nasz cel był oczywisty — nie chcieliśmy tracić czasu na pasożyty. Wyobraźmy sobie bibliofila, który otrzymał właśnie paczkę zawierającą długo poszukiwaną książkę; wyobraźmy sobie, że nim zdążył ją otworzyć, przyzywa go jakiś nudziarz i namawia na rozmowę… Pasożyty mogły być największym zagrożeniem, w obliczu którego stanęła kiedykolwiek ludzkość, ale dla nas były one po prostu śmiertelnie nudne.
Ludzie przyzwyczaili się do swych umysłowych ograniczeń, podobnie jak ludzie sprzed trzech wieków do ogromnych uciążliwości w trakcie podróży. Jak czułby się Mozart, gdyby po wyczerpującej, trwającej cały tydzień podróży, ktoś powiedział mu, że w dwudziestym pierwszym wieku tę podróż mógłby odbyć w kwadrans? Tak, byliśmy w sytuacji Mozarta, którego przeniesiono trzy wieki naprzód. Owe podróże umysłowe, które kiedyś były dla nas tak uciążliwe i bolesne, obecnie stały się tylko kwestią kilku minut. Nareszcie zrozumieliśmy, co miał na myśli Teilhard de Chardin, mówiąc, że człowiek znajduje się w przededniu nowej fazy swej ewolucji. My byliśmy już w tej nowej fazie ewolucji. Umysł był jak dziewicza ziemia, jak ziemia obiecana Izraelitów. A jedyne co należało zrobić, to zająć ją… i oczywiście wyrzucić jej aktualnych mieszkańców. Tak więc pomimo naszych obaw i problemów, przed jakimi staliśmy, w ciągu tych dni towarzyszył nam nastrój bliski wręcz ekstazie.
Jak sądziliśmy, mieliśmy przed sobą dwa główne zadania. Pierwsze — to znalezienie nowych „uczniów”, ludzi, którzy wspomogliby nas w tej walce. Drugie — to znalezienie sposobu przeprowadzenia ofensywy przeciw pasożytom. W tamtej chwili nie potrafiliśmy sięgnąć ku niższym regionom naszego umysłu, tam gdzie zamieszkiwały pasożyty. Moja nocna bitwa nauczyła mnie, że mogą wezwać moce, mające swe źródła bardzo głęboko. Czy można byłoby zbliżyć się do tego źródła, by przenieść bitwę do obozu przeciwnika?
Reakcjom prasy światowej poświęciłem niewiele miejsca. Jak można było się spodziewać, w większości były one sceptyczne i wrogie. Wiedeńska „World Free Press” napisała wprost, że naszą piątkę powinno się zamknąć w ścisłym areszcie, dopóki nie zostanie wyjaśniona kwestia samobójstw. Z drugiej strony londyński „Daily Express” sugerował, że powinniśmy objąć kierownictwo Ministerstwa Obrony Stanów Zjednoczonych i otrzymać do dyspozycji wszelkie, skuteczne w walce z pasożytami środki.