125605.fb2 Paso?yty umys?u - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 12

Paso?yty umys?u - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 12

Jeden z artykułów zaniepokoił nas szczególnie. Ukazał się w „Berliner Tagblatt”, a napisany był przez Feliksa Hazarda. Nie ośmieszał całej sprawy, jak się spodziewaliśmy, ani nie bronił „wyznania” Ribota. Sprawiał wrażenie, jakby wierzył w to wszystko, co przekazaliśmy. Ale zadawał jednocześnie pytanie. Jeśli ów wróg ludzkości mógł „opanować” umysł ludzki, to jaką mamy gwarancję, że to my nie jesteśmy niewolnikami pasożytów? Przedstawiliśmy dowody na ich istnienie, ale nie dowodziło to jeszcze niczego. Takie dowody musieliśmy przedstawić. Po tym, co powiedział Ribot, jest wysoce prawdopodobne, że zajmie się nami policja kryminalna… Artykuł był utrzymany w niezbyt poważnym tonie. Hazard sugerował, by potraktować całą sprawę jako żart. Skutek, jaki mógł wywrzeć artykuł, mógł być dla nas niezbyt korzystny. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że Hazard jest agentem wroga.

Jeszcze jedna sprawa wymagała natychmiastowego rozważenia. Jak dotąd nie dopuszczano dziennikarzy do wykopalisk na Czarnej Górze. Ale bez problemu mogliby skontaktować się z robotnikami i żołnierzami tam pracującymi. Należało, o ile to możliwe, uprzedzić ich. Tak więc Reich i ja zaproponowaliśmy wybranym dziennikarzom wizytę na terenie wykopalisk. Zezwoliliśmy na zabranie przez nich kamer. Wydaliśmy instrukcję, by zapewnić wszelkie środki ostrożności przed naszym przybyciem i aby nie wpuszczać wcześniej dziennikarzy na teren wykopalisk.

O godzinie dziesiątej wieczorem pięćdziesięciu dziennikarzy czekało na nas w helikopterach transportowych. Podróż do Karatepe tymi ciężkimi maszynami zabrała nam około godziny. Kiedy przybyliśmy, cały teren był gęsto oświetlony. Dziesięć minut przed naszym lądowaniem ustawiono przenośne kamery telewizyjne.

Nasz plan wydawał się być niezawodny. Planowaliśmy poprowadzić dziennikarzy w dół do bloku Abhotha, który został już w pełni wyeksponowany, i przy użyciu sił PK stworzyć atmosferę zagrożenia i napięcia. Następnie mieliśmy celowo wybrać spośród dziennikarzy osoby najbardziej wrażliwe i nerwowe oraz wywołać wśród nich panikę. To był właśnie powód, dla którego wcześniej nie wspomnieliśmy o naszych zdolnościach paranormalnych. Zdaliśmy sobie bowiem sprawę, że mogą one posłużyć do „zademonstrowania” istnienia pasożytów.

Nie wzięliśmy jednak pod uwagę pasożytów. Tuż przed lądowaniem wydawało mi się, że z drugiego helikoptera, zajmowanego przez dziennikarzy, dobiegają śpiewy. Było to dość dziwne. Przypuszczalnie byli pijani. Bracia Grau, Fleishman, Reich i ja lecieliśmy w pierwszym helikopterze. Kiedy jednak wylądowaliśmy, wyczuliśmy obecność pasożytów i zrozumieliśmy, co się dzieje. Zmieniły metodę swego działania. Zamiast wysysać energię ze swych ofiar, wręcz przeciwnie — dodali jej. Wielu z tych ludzi dużo piło i, jak większość dziennikarzy, nie grzeszyło inteligencją. Z powodu ich „nawyków”, „dozowana” im energia umysłowa wywołała taki sam efekt jak alkohol. Kiedy dziennikarze z naszego helikoptera dołączyli do tamtych, udzielił im się ten sam euforyczny nastrój. Słyszałem, jak komentator telewizyjny mówił:

— Tak, Ci chłopcy nie wyglądają na przestraszonych pasożytami. Wydaje się, że traktują całą sprawę jako żart.

Powiedziałem kierownikowi programu, że nastąpi pewne opóźnienie i cofnąłem się wraz z innymi do budynku brygadzisty, położonego po drugiej stronie wykopalisk. Zamknęliśmy drzwi na klucz i skoncentrowaliśmy się na tym, jak można wybrnąć z powstałej sytuacji. Bez trudności weszliśmy ze sobą w kontakt i przygotowaliśmy się do penetracji mózgów niektórych dziennikarzy. Początkowo trudno było stwierdzić, co się dzieje, nigdy przedtem nie mieliśmy z niczym podobnym do czynienia. Później szczęśliwym trafem natrafiliśmy na dziennikarza, którego częstotliwość fal była identyczna z falami Ribota. Umożliwiło to nam dokładniejsze przebadanie jego procesów mózgowych. Mózg posiada około tuzina ważniejszych ośrodków związanych z zadowoleniem, spośród nich najbardziej znane to: ośrodek seksualny, emocjonalny i społeczny. Istnieje także ośrodek przyjemności intelektualnej oraz subtelniejszy ośrodek związany z samokontrolą i samopoznaniem. Jest jeszcze pięć innych ośrodków, które są prawie nierozwinięte u istot ludzkich, a związane z twórczością poetycką, religijną czy mistyczną.

Pasożyty doenergetyzowały u większości z tych ludzi ośrodki odpowiedzialne za zachownia społeczne i emocjonalne. Fakt, że było ich pięćdziesięciu, dokonał reszty: mechanizm „tłumu” wzmocnił to zjawisko.

Cała nasza piątka skoncentrowała się na dziennikarzu, którego badaliśmy. Bez trudu rozładowaliśmy napięcie w tym obwodzie, redukując je i sprowadzając go do stanu nagłego przygnębienia. Gdy jednak przestaliśmy na niego oddziaływać, powrócił do poprzedniego stanu.

Spróbowaliśmy bezpośrednio zaatakować pasożyty. Był to jednak syzyfowy wysiłek. Znajdowały się poza naszym zasięgiem i nie zamierzały tej kryjówki opuścić. Czuliśmy, że energia skierowana przeciwko nim była bezużytecznie trwoniona. Kpiły sobie z nas.

Sytuacja okazała się poważna. Postanowiliśmy ją opanować poprzez całkowite zdanie się na energię PK. A oznaczało to, że będziemy musieli działać w bezpośredniej bliskości dziennikarzy.

Ktoś zaczął walić w drzwi krzycząc:

— Hej, długo jeszcze każecie nam czekać?

Tak więc wyszliśmy mówiąc, że jesteśmy już gotowi.

Razem z Reichem szliśmy przodem. Za nami podążali dziennikarze, śmiejąc się radośnie. W tle nieustannie pobrzmiewał głos telewizyjnego komentatora. Fleishman i bracia Grau, zamykający grupę, koncentrowali się na komentatorze. Słyszeliśmy, jak mówił:

— Tak, wszyscy wydają się dość lekceważąco traktować całą sprawę, ale zastanawiam się, na ile jest to poza. Jest tej nocy odczuwane jakieś dziwne napięcie.

W tym momencie wszyscy dziennikarze wybuchnęli śmiechem. Wówczas zaczęliśmy wywierać na nich nacisk swą wolą, wywołując wśród nich uczucie niepewności i nieokreślony lęk. Natychmiast śmiech ustał. Powiedziałem głośno:

— Nie przejmujcie się. Powietrze, co prawda, nie jest tak czyste na tej głębokości, jakby mogło być, ale nie jest też trujące.

Tunel miał wysokość siedmiu stóp i opadał pod kątem około dwudziestu stopni. Na głębokości stu jardów pod ziemią mogliśmy wsiąść do kilku niewielkich, poruszających się po szynach, wagonów. Podczas dziesięciominutowej jazdy nie było słychać nic poza turkotem kół. W czasie jazdy w dół nie potrzebowaliśmy obniżać ich nastroju poprzez naszą ingerencję. Tunel miał w przybliżeniu kształt korkociągu — alternatywą dla tego rozwiązania było tylko przesunięcie jego wlotu o wiele mil od Czarnej Góry i utworzenie następnej bazy, przez co kwestia zapewnienia bezpieczeństwa byłyby podwójnie trudna. Przy każdym zakręcie czuliśmy napięcie bijące od grupy. Bali się, że wibracja wywołana przez przejazd wagonów może spowodować zawalenie tunelu.

Droga do bloku Abhotha zajęła prawie pół godziny. Sam jego wygląd wywierał silne wrażenie — ogromne, czarno-szare bloki wznosiły się nad nami jak skalna ściana.

Teraz z rozmysłem tworzyliśmy atmosferę zagrożenia. Oczywiście, najlepiej byłoby pozwolić działać ich wyobraźni i co najwyżej delikatnie stymulować lęk. Ale pasożyty pompowały w nich energię i rzeczą konieczną stało się paraliżowanie tej części mózgu, która na to reagowała. Wywołaliśmy u nich stan silnego lęku oraz poczucie niechęci. Komentator telewizyjny był najwyraźniej zakłopotany tym, że musiał mówić w tak przerażającej ciszy; szeptał wręcz do mikrofonu:

— Tu na dole panuje nieprzyjemne uczucie duszności. Być może jest to kwestia powietrza.

I wtedy zaatakowały pasożyty. Tym razem nie całą masą, ale w pojedynkę lub co najwyżej dwójkami. Najwyraźniej miały zamiar niepokoić nas, byśmy rozluźnili chwyt. Kiedy tylko skoncentrowaliśmy uwagę na walce z nimi, atmosfera wśród dziennikarzy poprawiła się: wszyscy stali się pogodni. Było to zjawisko niekorzystne dla nas, gdyż traciliśmy kontrolę nad sytuacją. Atakujących w małych grupkach pasożytów prawie nic się nie imało. Nasze zmagania przypominały walkę z cieniem. Najlepszym wyjściem byłoby zignorowanie ich, ale było to równie trudne, jak ignorowanie kąsania kundla po łydkach.

Właśnie wtedy równocześnie wpadliśmy na pomysł wyjścia z sytuacji. Ponieważ byliśmy ze sobą mentalnie powiązani, trudno powiedzieć, kto pierwszy wpadł na niego. Spojrzeliśmy na blok Abhotha oraz na sufit, który znajdował się około trzydzieści stóp powyżej niego. Blok ważył trzy tysiące ton. Bracia Grau unieśli trzydziestotonowy blok w British Museum. Stwierdziliśmy, że warto spróbować. Tak więc po wywołaniu lęku u dziennikarzy zaczęliśmy jednoczyć nasze siły, by podnieść blok.

Początkowo wydawało się to zupełnie niemożliwe, tak samo jak uniesienie go jedynie naszymi rękami. Bracia Grau podsunęli nam jednak klucz, jak można sobie poradzić z tym problemem. Zamiast jednoczyć wysiłki, robili to zamiennie, na początku powoli, później coraz szybciej i szybciej. Zrozumieliśmy, o co im chodzi i włączyliśmy się do tej operacji. W momencie kiedy opanowaliśmy tę sztuczkę, uniesienie bloku stało się dziecinnie łatwe. Moc, którą uzyskaliśmy w ten sposób, działaniem całej piątki, była potężna. Wystarczyła, by unieść dwie mile ziemi, które mieliśmy nad głowami. Blok nagle uniósł się w powietrze i popłynął ku sufitowi. W momencie kiedy blok otarł się o kabel, zaczęło migotać światło. Natychmiast wybuchła panika, a część tych idiotów wbiegła pod blok, inni zaś zostali tam wepchnięci. Przesunęliśmy go na bok, lecz wówczas wszystko spowiła ciemność, gdyż zerwaliśmy kabel. Koniec kabla opadł na ziemię i usłyszeliśmy gardłowy krzyk mężczyzny, który wpadł na niego. Smród palonego ciała wypełnił pomieszczenie i wywołał u wszystkich mdłości.

Ważne było, aby nie poddać się panice. Jeden z nas musiał wycofać swe siły i zepchnąć dziennikarzy w kąt pomieszczenia, tak aby można było jak najszybciej opuścić blok. Nie było to łatwe, gdyż nasze siły były splecione razem, by utrzymać blok w powietrzu. Działaliśmy, że się tak wyrażę, równolegle, a nie szeregowo, podtrzymując blok za pomocą pięcioramiennej alternacji.

Wówczas pasożyty postanowiły przypuścić zmasowany atak. Byliśmy, rzecz jasna, bezbronni. Sytuacja byłaby zabawna, gdyby nie to, że była tak niebezpieczna i gdyby to nie kosztowało już jedno życie ludzkie.

To właśnie Reich zaproponował:

— A czy nie moglibyśmy rozbić go w proch?

Przez chwilę w ogólnym zamęcie nie zrozumieliśmy go. Pasożyty otaczały nas jak armia cieni. Gdy zorientowaliśmy się, o co mu chodzi, pojęliśmy, że jest to jedyne wyjście z sytuacji. Uwolniona przez nas moc była wystarczająca, by unieść bez trudu tysiąc bloków tej wielkości; ale czy starczy jej, by zniszczyć właśnie ten jeden? Próbowaliśmy tego dokonać ściskając go i niszcząc myślą. Automatycznie zwiększyliśmy poziom alternacji. Byliśmy tak pobudzeni, że przestaliśmy prawie zauważać nacisk, jaki na nas wywierają pasożyty. Wtem poczuliśmy, jak blok kruszy się i rozpada na podobieństwo olbrzymiego kawałka kredy miażdżonego w imadle. W ciągu paru sekund to co trzymaliśmy w powietrzu, przeobraziło się w miałki pył. W takiej postaci bez trudu można było wepchnąć blok w tunel. Uczyniliśmy to z taką prędkością, że wytworzony ciąg powietrza wessał nas z powrotem do tunelu, a powietrze wypełniło się na chwilę kurzem.

Z chwilą gdy usunęliśmy blok, zgromadziliśmy siłę, by odeprzeć pasożyty z niecierpliwością człowieka usiłującego zabić muchę. Rezultat był pomyślny — znowu nie miały czasu na odwrót, a my odnosiliśmy wrażenie, że palimy je tak, jak miotacz połomieni pali zeschłe liście. Następnie Reich wycofał swe siły, uniósł luźny koniec kabla i połączył go z drugim końcem. Zapaliło się światło i naszym oczom ukazał się obraz zupełnie zagubionych dziennikarzy. Zablokowany został u nich wszystkich „ośrodek społeczny” w mózgu, tak że czuli się samotni i przerażeni. Powietrze pełne było czarnego pyłu, który wywoływał kaszel. (Musieliśmy odczekać chwilę, by osadził się na podłodze korytarza; abyśmy mogli ruszyć w drogę powrotną, musiał nastąpić dopływ świeżego powietrza). Przyklejone do wiszącego nad naszymi głowami kabla szczątki martwego mężczyzny nadal wydzielały zapach palonego ciała. Atmosfera paniki była przerażająca. Nikt z dziennikarzy nie wierzył, że kiedykolwiek jeszcze zobaczy powierzchnię Ziemi.

Oddziaływując na nich wspólnie, zdołaliśmy opanować panikę. Następnie kazaliśmy im uformować dwuszereg i powrócić do kolejki. Reich skoncentrował się na trzech komentatorach telewizyjnych, upewniając się, że ponownie włączyli swe kamery. (Odcięcie prądu naturalnie wyłączyło je). W tym czasie pozostali z nas oczyścili tunel z kurzu, przenosząc go wolno w kierunku powierzchni, gdzie wzniósł się ku niebu. Na szczęście noc była ciemna, a kurz mógł opaść na dużej przestrzeni.

Kiedy znowu wyszliśmy na powierzchnię, wiedzieliśmy, że odnieśliśmy nad pasożytami wielkie zwycięstwo — głównie dzięki przypadkowi. Oczywiście, nie poddały się. Nadal pompowały energię w dziennikarzy. Zdołaliśmy na razie całkowicie przeciwdziałać temu, ale było oczywiste, że nie będziemy w stanie robić tego nadal, gdy się rozejdą. Cały świat ujrzał, dzięki telewizji, co się stało. Na ekranach telewizorów widziano zniknięcie bloku. To co napiszą dziennikarze, nie będzie miało zbyt wielkiego znaczenia. Poza tym był jeszcze jeden czynnik. Owo sztuczne pobudzenie ośrodków społecznych i emocjonalnych da z pewnością w efekcie reakcję zmęczenia, pewnego rodzaju kaca. Nie mogą trwać w stanie quasi-intoksykacji wiecznie, a ta reakcja będzie nam dobrze służyć.

Było już dobrze po północy, kiedy zasiedliśmy w pięciu do wspólnego posiłku. A.I.U. zapewnił nam specjalne pomieszczenie. Podjęliśmy decyzję, że od tej chwili, zarówno w dzień, jak i w nocy, będziemy razem. W pojedynkę dysponowaliśmy pewną siłą, ale razem siła ta była tysiąckrotnie zwiększona, co wykazały zdarzenia minionego wieczoru.

Nie łudziliśmy się, że jesteśmy niepokonani. Byliśmy, być może, bezpieczni w obliczu bezpośredniego ataku pasożytów, lecz wiedziały one doskonale, jak skierować przeciwko nam innych ludzi i było to zagrożenie bardzo realne.

Kiedy następnego ranka przejrzeliśmy poranne gazety, nie mogliśmy nie pogratulować sobie zwycięstwa. Ponieważ niemal wszyscy oglądali telewizję, to w pewnym sensie byli też obecni przy zniknięciu bloku. Obawialiśmy się, że niektóre gazety będą wietrzyły oszustwo w tym, co się zdarzyło — w końcu wszystko, czego dokonaliśmy, nie było niczym innym jak tylko wspaniałą, kuglarską sztuczką. Ale nikt nam takiego zarzutu nie postawił. Wiele było histerycznych ataków na nas, ale dotyczyły one naszej głupoty w bezmyślnym „uwolnieniu” owych „przerażających mocy”. Wszyscy sądzili, że „Tsathogguany” (za nazwę tę odpowiedzialność ponoszą eksperci od Lovecrafta ze Stanów Zjednoczonych) zniszczyły blok, aby nie dopuścić do tego, by poznano dalsze tajemnice. Wszystkich przeszywał lęk o to, że jeśli były w stanie zniszczyć ważący trzy tysiące ton blok, to równie łatwo mogą zniszczyć całe współczesne miasto. Obawa wzrosła jeszcze, gdy naukowcy odkryli w dzień warstwę bazaltowego kurzu pokrywającego okoliczne zarośla i na tej podstawie słusznie wywnioskowali, że blok w jakiś niepojęty sposób został zdezintegrowany. Nie byli w stanie tego zupełnie wyjaśnić. Można było, oczywiście, dokonać dezintegracji bloku przy użyciu atomowego blastera, ale towarzysząca temu procesowi, uwolniona energia zabiłaby wszystkich znajdujących się w pomieszczeniach. Ponadto nie byli w stanie wyjaśnić, jak można dokonać dezintegracji materii bez podniesienia choćby o stopień temperatury panującej w pomieszczeniu.

Gunner Fangen, przewodniczący ONZ, przesłał nam telegram zawierający pytanie o to, jakie według nas powinno się podjąć kroki przeciwko pasożytom. Czy sądzimy, że należałoby zniszczyć Kadath za pomocą bomby atomowej? Jakiego rodzaju broń byłaby najskuteczniejsza przeciwko nim? Przesłaliśmy mu wiadomość z prośbą o przybycie, co też uczynił w ciągu czterdziestu ośmiu godzin.

Tymczasem A.I.U. stanęło w obliczu poważnych problemów. Oczywiście, reklama jest czymś bardzo pożytecznym, lecz setki czekających na zewnątrz reporterów wytwarzały atmosferę oblężonej twierdzy, która niezbyt sprzyjała prowadzeniu interesów. Sprawą nie cierpiącą zwłoki stało się znalezienie nowej kwatery. O tym problemie rozmawiałem bezpośrednio z prezydentem USA, Loydem C. Melvillem. Zapytałem go, czy nie mógłby znaleźć nam jakiegoś bezpiecznego miejsca, takiego by nikt nam nie przeszkadzał. Odpowiedział szybko — po godzinie dał nam znać, że możemy przenieść się do Amerykańskiej Bazy Rakietowej nr 91 znajdującej się w Saratoga Springs, w stanie Nowy Jork. Wyruszyliśmy tam następnego dnia, to jest siedemnastego października.

Nasza nowa kwatera miała wiele zalet. Ciągle mieliśmy jeszcze listę dwunastu Amerykanów, których zamierzaliśmy „wtajemniczyć” we właściwym czasie (nazwiska otrzymaliśmy od Remizowa i Spencefielda z Yale). Pięciu z nich mieszkało w stanie Nowy Jork. Zapytaliśmy prezydenta Melville’a, czy moglibyśmy spotkać się z nimi po przybyciu do Bazy nr 91. Byli to Oliver Fleming i Merril Philips z Laboratorium Psychologicznego Columbia University, Russell Holcroft z Uniwersytetu w Syracuse oraz Edward Leaf i Victor Ebner z Instytutu Badawczego w Albany.

W przeddzień naszego wyjazdu z A.I.U., wieczorem, Fleishman wystąpił w transmitowanym z A.I.U. programie telewizyjnym, podkreślił w nim raz jeszcze, że nie ma powodu do paniki. Twierdził, że pasożyty nie są wystarczająco silne, by zagrozić gatunkowi ludzkiemu. Naszym zadaniem było nie dać im urosnąć w siłę.

Ta „widowiskowa” sfera naszej pracy była dla nas najmniej ważna. Niosła nam tylko zmęczenie. Pragnęliśmy przejść do konkretów — do zbadania siły naszej i pasożytów.

Szybką rakietą, jaką nam zapewnił A.I.U., dotarliśmy w ciągu godziny do Bazy nr 91. O naszej podróży poinformowała telewizja. Prezydent osobiście wyjaśnił powody, dla których umieszczono nas w Bazie. Była ona najlepiej chronionym obszarem Stanów Zjednoczonych — na ten temat istniał dowcip, że łatwiej przejść wielbłądowi przez ucho igielne, niż dostać się do Bazy nr 91. Stwierdził, że nasze bezpieczeństwo jest sprawą najwyższej wagi, a każda próba dziennikarzy, by skontaktować się z nami, będzie traktowana jako złamanie zasad bezpieczeństwa obowiązującego w Bazie. Rozwiązywało to, oczywiście, jeden z naszych głównych problemów. Od tego czasu nie musieliśmy już obawiać się śledzących nas helikopterów pełnych dziennikarzy.

Warunki panujące w Bazie nr 91 trudne były do porównania z dyrektorskim pomieszczeniem w A.I.U. Nasze kwatery były barakami zbudowanymi w dwadzieścia cztery godziny przed naszym przybyciem.

Czekało na nas pięć osób — Fleming, Philips, Holcroft, Leaf i Ebner. Wszyscy oni nie mieli skończonych czterdziestu lat. Holcroft nie wyglądał na naukowca. Ponad sześć stóp wzrostu, szczupły, o różowych policzkach i błękitnych oczach. Patrząc na niego, czułem pewne zakłopotanie. Pozostali wyglądali mi na inteligentnych, panujących nad sobą i z poczuciem humoru. Wraz z dowódcą i szefem bezpieczeństwa Bazy wypiliśmy herbatę. Obydwaj wydali mi się typowymi żołnierzami — dość inteligentni, lecz jednocześnie w jakiś sposób ograniczeni (szef bezpieczeństwa koniecznie chciał wiedzieć, jakie środki ostrożności powinien zastosować wobec szpiegów Tsathogguanów). Postanowiłem im to tak wyjaśnić, by zrozumieli, kto jest naszym wrogiem. Powiedziałem im, że nie atakuje on ani z przodu, ani z tyłu — jest on już wewnątrz nas wszystkich. Sprawiali wrażenie kompletnie zbitych z tropu, aż do chwili gdy generał Winslow, dowódca Bazy, powiedział:

— Sądzę, że chce pan nam powiedzieć, że stworzenia te można przyrówać do zarazków, które dostają się do krwiobiegu?

Odparłem, że rzeczywiście można tak powiedzieć i od tej chwili miałem wrażenie, iż takie ujęcie w sumie ich zadowala. Na całe szczęście szef Bazy do spraw bezpieczeństwa nie podjął żadnych działań zmierzających do dezynfekcji.

Po wypiciu herbaty zabraliśmy naszych pięciu nowych „rekrutów” do zamieszkałego przez nas baraku. Umysł oficera odpowiedzialnego za bezpieczeństwo Bazy zdradził mi, że pod cementową podłogą naszego pomieszczenia umieścił on na własną rękę wiele mikrofonów podsłuchowych — zaraz po wprowadzeniu się tam zlokalizowałem je i zniszczyłem. Były one, oczywiście, wmurowane w beton na głębokość cala, tak że teoretycznie nie można było ich zniszczyć bez wykucia ich z betonu. W ciągu następnego tygodnia, ilekroć widywałem tego oficera, zawsze patrzył na mnie w jakiś dziwny sposób.

Resztę wieczoru spędziliśmy wyjaśniając naszym „rekrutom” sytuację. Po pierwsze daliśmy im do przeczytania Refleksje Historyczne. Następnie pokrótce opowiedziałem im swą własną historię. Nagraliśmy ją na magnetofon, by w razie konieczności móc ją odtworzyć. Przytoczę tu ostatnie pięć minut tego nagrania, ponieważ jasno określa ono naturę problemu, w obliczu którego zostaliśmy postawieni:

„Tak więc sądzimy, że z zagrożeniem tym może walczyć człowiek posiadający podstawowe przygotowanie w zakresie fenomenologii. Wiemy także, iż główna siła pasożytów wydaje się tkwić w ich zdolności do zaburzenia równowagi panującej w umyśle. (Wyznałem im również, że rozbicie bloku Abhotha było naszym dziełem). Oznacza to, że musimy nauczyć się bronić przed nimi w każdym stanie umysłu. Rodzi to jednak nowy problem, konieczny do rozwiązania możliwie jak najszybciej. Wiemy tak niewiele o duszy ludzkiej. Nie wiemy co dzieje się, gdy człowiek rodzi się lub kiedy umiera. Nie pojmujemy zależności człowieka od czasu i przestrzeni.

Wielka wizja dziewiętnastowiecznych romantyków przyrównywała ludzi ”do bogów”. Obecnie wiemy, że jest to w zasięgu możliwości ludzkości. Moc potencjalnie tkwiąca w człowieku jest tak wielka, iż nie możemy nawet jej pojąć. Być równym bogom, oznacza panowanie nad rzeczywistością, zamiast padania ofiarą przypadku. Należy jednak podkreślić, że nie może być mowy o całkowitej kontroli, dopóki istnieją wielkie pytania bez odpowiedzi. Łatwo schwytać w potrzask człowieka chodzącego z głową w chmurach. Dopóty nie zrozumiemy podstaw naszego bytu, dopóki pasożyty mogą planować atak na te właśnie podstawy i zniszczyć nas. Z tego co wiem, pasożyty są równie nieświadome tych kwestii, co i my. Ale nie wolno nam ryzykować przyjęcia takiego twierdzenia. Musimy poznać tajemnicę śmierci, przestrzeni i czasu. Jest to jedyna gwarancja zwycięstwa w tej walce”.