125605.fb2
W pewnym sensie wiedział już wcześniej to wszystko, o czym mu mówiłem, lecz dzięki wykładom, to co instynktownie wiedział, nabrało natychmiast dla niego wyraźnego sensu. Pozostali podchodzili do problemu intelektualnie, mozolnie jak pyton połykający szczura, trawili w stanie naukowej ekscytacji to wszystko, co powiedziałem. Holcroft wiedział to instynktownie.
Fakt ten miał o wiele większe znaczenie, niż się mogło początkowo wydawać. Ponieważ Reich, Fleishman, ja sam i bracia Grau byliśmy intelektualistami, nie mogliśmy pozbyć się do końca nawyku używania intelektu do badania umysłu. Prowadziło to do straty czasu — byliśmy jak armia dowodzona przez generała, która odmawia udziału w walce bez uprzedniego sporządzenia dokumentacji w trzech kopiach i o wszystko pyta zwierzchników. Holcroft okazał się rodzajem „medium”, oczywiście nie medium spirytystycznym, choć są to sprawy ze sobą ściśle powiązane. Jego domeną nie był duch, lecz instynkt. Już tego samego wieczoru mogliśmy go włączyć do naszego telepatycznego kręgu. Posiadał rodzaj wewnętrznego ucha całkowicie z nami zestrojonego. Wzbudziło to w naszej piątce nową nadzieję. Czy zdoła on wejść głębiej w umysł, niż potrafiliśmy to my? Czy mógł nam dać jakieś pojęcie o tym, do czego zdolne były pasożyty?
Przez następne dwa czy trzy dni większość czasu spędziliśmy w naszym baraku, nauczając naszych „uczniów” tego wszystkiego, co sami wiedzieliśmy. Bardzo przydały się w tym nasze zdolności telepatyczne. W trakcie zrozumieliśmy, że przeoczyliśmy jeden z najważniejszych problemów fenomenologii. Uczenie człowieka, który przez całe życie miał kompletnie mylny pogląd na swoją własną naturę, prowadzi do zaburzenia panującej wcześniej w jego umyśle równowagi! To tak samo jakby nagle podarować komuś milion funtów, albo też sfrustrowanemu seksualnie mężczyźnie kazać pilnować haremu. Nagle człowiek odkrywa, że przeżycie poetyckiego nastroju jest równie łatwe, jak odkręcenie kurka, albo że można rozpalić w sobie emocje do białości. Zdaje sobie ze zdumieniem graniczącym z szokiem sprawę, że otrzymał klucz do wielkości, a wszyscy — tak zwani — wielcy ludzie tego świata obdarzeni byli ledwie dalekim odblaskiem mocy przepełniających go obecnie. Ale przez całe swe życie oceniał siebie dość skromnie. Jego stara osobowość posiada pewną spójność nabytą przez trzydzieści czy czterdzieści lat działania nawyków. Nie chce ona ustąpić z dnia na dzień. Jednocześnie nowa osobowość jest także wyjątkowo silna. Staje się on polem bitwy pomiędzy obydwu osobowościami. W zamęcie, jaki powstaje, traci ogromne ilości energii.
Jak już powiedziałem, Holcroft był wspaniałym uczniem, ale pozostali posiadali znacznie silniejszą dawną osobowość. Nie mieli też zupełnie poczucia zagrożenia i niebezpieczeństwa. W końcu, jeśli my przeżyliśmy atak pasożytów, czemu i im nie miałoby się także udać?
Wcale nie obwiniam tych czterech. Zjawisko to było w zasadzie nieuniknione. Każdy uniwersytet staje w obliczu tego problemu: studentów, dla których nowe życie jest tak fascynujące, że nie chcą go marnować na ciężką pracę.
Cała nasza piątka musiała włożyć poważny wysiłek umysłowy w to, aby nie dopuścić, by Fleming, Philips, Leaf i Ebner porzucili wszelką dyscyplinę. Nasze nowe idee miały potężną moc intoksykacji, umysły ich otrzymały taki bodziec, że najchętniej zanurzyliby się w nich, chlapiąc wodą wokół jak szczęśliwi uczniacy w rzece. Kiedy nauczyli się czytać Husserla i Merleau-Ponty’ego, przypomniały im się scenki z dzieciństwa albo obrazy minionych przygód miłosnych. Ebner był miłośnikiem muzyki, znającym na pamięć wszystkie opery Wagnera i kiedy tylko pozostawiało go się samemu sobie, zaczynał nucić któryś z tematów „Pierścienia” i natychmiast wpadał w rodzaj biernej ekstazy. Philips, mający w sobie coś z Don Juana, wspominał swe przeszłe podboje, aż atmosfera nabrzmiała seksualną ekscytacją, co reszcie z nas zaczęło przeszkadzać. W obronie Philipsa powinienem dodać, że jego miłosne przygody zawsze były poszukiwaniem czegoś, czego nigdy w nich nie znalazł i co nagle teraz odnalazł, tak więc nie potrafił powstrzymać się od ciągłego analizowania przeszłości.
Trzeciego dnia po przybyciu do Bazy nr 91 przyszedł do mnie Holcroft, by porozmawiać:
— Mam wrażenie, że robimy z siebie durniów. Pełen złych przeczuć zapytałem, co przez to rozumie.
— Nie potrafię tego dokładnie określić. Kiedy próbuję złapać długość ich fal (miał na myśli pasożyty), czuję ich ogromną aktywność. Przygotowują się do czegoś.
Było to potwornie frustrujące. Poznaliśmy wielką tajemnicę, ostrzegliśmy świat. A jednak w zasadzie byliśmy nadal takimi samymi ignorantami jak poprzednio. Kim są te stworzenia? Skąd przybyły? Co jest ich ostatecznym celem? Czy są inteligentne, czy też były pozbawione inteligencji, tak jak jest jej pozbawione robactwo w kawałku sera?
Dość często stawialiśmy sobie to pytanie i udało nam się nawet sformułować kilka wstępnych hipotez. Inteligencja człowieka stanowi funkcję ludzkiego dążenia do ewolucji, naukowiec czy filozof łaknie prawdy z powodu zmęczenia wyłącznie ludzką kondycją. Czy wobec tego stworzenia te są inteligentne w takim właśnie sensie? Trudno było w to uwierzyć, jako że były naszymi wrogami. Historia jednak uczy nas, że inteligencja bynajmniej nie daje gwarancji życzliwości. W każdym razie jeśli są to inteligentne stworzenia, to może moglibyśmy zaproponować im ugodę? A może jeśli są inteligentne, to zdały sobie sprawę z tego, że zostały pokonane?
Ale czy zostały zwyciężone?
Po tym jak Holcroft przedstawił mi swoje wątpliwości, zwołałem całą resztę. Był wówczas piękny, ciepły i słoneczny poranek. Spotkaliśmy się zaraz po śniadaniu. Kilkaset jardów dalej grupa lotników w białych skafandrach odbywała ćwiczenia, z oddali dobiegały komendy sierżanta.
Wyjaśniłem im swoje obawy i powiedziałem, że według mnie musimy dołożyć starań, aby dowiedzieć się czegoś więcej o pasożytach. Poprosiliśmy naszych czterech „uczniów”, aby spróbowali nawiązać z nami telepatyczny kontakt. Wszystko wskazywało na to, że będzie to niebezpieczne przedsięwzięcie i potrzebujemy wszelkiej, możliwej do uzyskania pomocy. Po półgodzinnych ćwiczeniach Leaf oświadczył nagle, że łapie nas całkiem wyraźnie. Pozostali byli tak wyczerpani, że kazaliśmy im przerwać próby i rozluźnić się. Nie powiedzieliśmy im tego co najbardziej leżało nam na sercu: w wypadku ataku pasożytów będą narażeni na największe niebezpieczeństwo, jako że nie mieli żadnego doświadczenia w korzystaniu z własnego umysłu.
Zasłoniliśmy okna, zamknęliśmy drzwi i siedliśmy wszyscy razem, by się skoncentrować. Byłem tak już do tego przyzwyczajony, że wykonywałem wszystko bez mała automatycznie. Pierwszy krok jest identyczny z tym, jaki podejmuję, gdy chcę zasnąć — jest to całkowite oderwanie się od zewnętrznego świata i zapomnienie o ciele. W kilka sekund później podążałem już w ciemność mego umysłu. Następny krok wymagał pewnego doświadczenia. Musiałem oderwać się od zwykłej osobowości fizycznej. Inteligentna część mojej jaźni miała pozostać czynna i przytomna, by wejść w świat marzeń i wspomnień.
Operacja ta przypomina w pewnym sensie to co się dzieje podczas sennych koszmarów, kiedy mówimy sobie: „To tylko sen, przecież śpię w swoim własnym łóżku; tylko muszę się obudzić”. Nasze dzienne „ja” jest obecne, ale czuje się zagubione w świecie fantasmagorii. Wkrótce odkryłem, że potrafię przedrzeć się przez warstwę snów, utrzymując przy tym pełną tego świadomość — jest to trudna sztuka, gdyż ludzie używają ciała jako osobliwego rodzaju reflektora świadomości. Warstwa marzeń sennych w umyśle stanowi dziwny, milczący świat; człowiek czuje się tam jakby pływał pod powierzchnią morza. Dla kogoś początkującego może to być najbardziej niebezpieczna część doświadczenia. Ciało zachowuje się jak kotwica umysłu. W jednym ze swych wierszy Yeats dziękuje Bogu za to, że „ma ciało wraz z jego głupotą”, jako ochronę przed koszmarami sennymi. Ciało jest rodzajem ogromnego balastu powstrzymującego myśli przed rozpierzchnięciem się na wszystkie strony. Przypomina to trochę spacer po Księżycu, gdzie waży się zaledwie kilka funtów. Jeśli postawi się normalny krok, to fruwa się po powierzchni jak balon. Myśli także mogą osiągnąć demoniczną energię, jeśli tylko uwolni się je od balastu ciała. Myśli osoby o chorobliwym umyśle stają się natychmiast przerażającymi diabłami. I dopóki nie dowie się ona, że są to jej własne myśli i że nie istnieją one bez niej, łatwo może wpaść w panikę, co tylko zdecydowanie pogorszy całą sytuację. Przypomina lotnika, który ma pikować, a który bezwiednie pcha drążek sterowniczy ku przodowi.
Podczas kiedy opadałem łagodnie w dół poprzez krainę moich snów i marzeń, usilnie starałem się być wobec nich obojętny, po prostu ignorować je. Gdybym popełnił błąd i skoncentrował się na którymś z nich, to rozrósłby się on natychmiast, stając się autonomicznym wszechświatem. Przykładowo napotkałem zapach tytoniu fajkowego „Ginger Tom”, który palił mój dziadek. Upłynęło trochę czasu, nim sobie to przypomniałem, zatrzymałem się i pozwoliłem, by uwaga zatrzymała się na tym doświadczeniu. Natychmiast pojawił się obraz dziadka i jego ogrodu przy domu w Lincolnshire. Ponieważ w gruncie rzeczy byłem wówczas w tym ogrodzie, odtworzony był w takich szczegółach, że w innych okolicznościach dałbym się przekonać, iż jestem w nim rzeczywiście. Kosztowało mnie wiele wysiłku, by to wydarzenie wymazać i za moment opadłem w promieniującą ciepłem ciemność.
Ciemność jest pełna życia, które nie jest prostym odbiciem życia ciała. Jest to życie, które jak elektryczność przenika Wszechświat. Tak więc niższe pokłady umysłu traktuje się jako „wylęgarnię”. Panuje tam wyczuwalny, intensywny nastrój ciepła i niewinności. Jest to osobliwy świat dzieci pozbawionych ciał.
Poniżej „wylęgarni” znajduje się pustka, podobna do pustki międzygwiezdnych przestrzeni. Jest to nicość. Obszar szczególnie przerażający, w którym łatwo się zagubić. W trakcie pierwszych eksperymentów osiągając go zawsze zasypiałem, budząc się dopiero po wielu godzinach. Nie ma tam nic, co mogłoby w czymkolwiek być podobne do świata rzeczy i indywiduów, tak że wystarczy moment nieuwagi, by zerwać nić świadomości.
Dalej nie udało mi się dotrzeć. Co więcej, przebywając w tym świecie nicości, musiałem co pewien czas wznosić się ku „wylęgarni”, by tam ponownie zogniskować swoją uwagę.
Przez cały ten czas nasze mózgi pozostawały w telepatycznej łączności. Nie oznacza to, że cała nasza siódemka płynęła, że tak się wyrażę, ramię w ramię. Oznacza to tyle, że byliśmy w stanie pomagać sobie wzajemnie dzięki osobliwej, wzajemnej kontroli na odległość. Gdybym zasnął w ogrodzie dziadka, pozostali mogliby mnie obudzić. Jeśli któryś z nas zostałby zaatakowany, wszyscy natychmiast „obudzilibyśmy się”, by wspólnie odeprzeć atak. Lecz na tych głębinach odbywało się podróż samotnie.
To właśnie wówczas — dzięki łączności z Holcroftem — dowiedziałem się, że schodzi on nadal w dół. Byłem pełen podziwu dla niego. Na tej głębokości pozbawiony byłem zupełnie balastu. Świadomość podobna była do bąbla, który samoistnie unosił się ku górze. Wiedziałem, że musi istnieć sposób na to, by zejść niżej, ale aby go poznać, potrzebowałem wielu prób i ćwiczeń. W sytuacji kiedy jedyne na co mnie było stać, to utrzymanie poczucia własnej świadomości, nie miałem możliwości na taką naukę. Holcroft najwyraźniej poznał ten sposób.
W tym rejonie umysłu nie istnieje w zasadzie poczucie czasu — czas tam płynie i jednocześnie stoi w miejscu (jeśli można to tak wyrazić). Ponieważ nie istnieje ciało, które by się niecierpliwiło, nie ma nic nienaturalnego w tym trwaniu w czasie. Stwierdziłem, że nigdzie w pobliżu nie ma pasożytów, tak więc po prostu uważnie czekałem. Wkrótce zorientowałem się, że Holcroft wraca. Uniosłem się łagodnie ku górze, poprzez krainę snów i wspomnień, i powróciłem do królestwa świadomości fizycznej po upływie pół godziny od czasu rozpoczęcia eksperymentu. Holcroft nadal był nieprzytomny. Otworzył oczy dopiero po dziesięciu minutach. Był blady, ale oddychał spokojnie.
Patrzył ze spokojem, z którego wywnioskowaliśmy, że nie ma nam nic specjalnego do przekazania.
— Nie mogę zrozumieć. Tam na dole nie ma prawie nic, można by uznać, że chyba wyniosły się.
— Nie widziałeś ich w ogóle?
— Nie. Raz czy dwa miałem wrażenie, że są gdzieś w pobliżu, ale wydawało mi się, że jest ich niezwykle mało.
Wszyscy odnieśliśmy podobne wrażenia. Fakt ten powinien dodać nam otuchy, ale jakoś nikt z nas nie wydawał się z tego zbyt zadowolony.
W południe, po raz pierwszy od trzech dni, włączyliśmy telewizor, by wysłuchać wiadomości. I wówczas dowiedzieliśmy się, czym zajęte były przez ostatnie trzy dni pasożyty.
Okazało się, że Obafeme Gwambe zamordował Nkumbula, Prezydenta Zjednoczonej Afryki, oraz dokonał zamachu stanu, który uczynił go panem Capetown i Adenu. Następnie pokazano fragmenty przemówienia Gwambe, które wygłosił przez radio po przewrocie. Spojrzeliśmy na siebie. Jego głos był osobliwie ekspresyjny, tak jakby odczytywał tekst wyuczony na pamięć, a sam był na tyle zmęczony, że nie potrafił tego uczynić wystarczająco poprawnie.
„Przez zbyt wiele lat Czarni patrzyli na siebie jako na gorszy gatunek Białych. Należy z tym skończyć. Czarni wiedzą, że są lepsi od Białych pod każdym względem. Są silniejsi, lepsi pod względem seksualnym, a ich mózg może pracować dłużej bez zmęczenia. Wiek XXI będzie wiekiem Czarnych…”
I tak dalej. Niewątpliwie był to podżegający tekst, a Gwambe mówił w przekonywający sposób. Było coś hiperpoprawnego w głosie Gwambe i przypominało aktora, który odtwarza swą kwestię po wielokrotnym wyuczeniu.
Przemówienie kończyło się następującymi słowami adresowanymi do nas:
„Biali myślą, że odnaleźli nowy sposób na otumanienie Czarnych. Zmyślili historyjkę o strzygach, zwanych Sagothuans (Gwambe pomylił się w nazwie), które najechać miały Ziemię. No cóż, czy ktoś widział te strzygi? Nie! A to dlatego, że one nie istnieją. Oto jeszcze jeden sposób, za pomocą którego Biali pragną przeciwdziałać pojawieniu się w umysłach Czarnych ich żądań”.
Następnie Gwambe przeszedł do odczytywania listy „praw” Czarnych. Każdy kraj, w którym mieszkała liczna populacja czarnych, winien przekazać władzę nad częścią swego terytorium czarnym mieszkańcom i zezwolić im na utworzenie niezależnego rządu. Ameryka miała przekazać Teksas i Kalifornię. Anglia swe południowe terytoria wraz z Londynem. Czarni w Europie mieli otrzymać albo Włochy, albo Polskę, względnie Austrię.
Tymi detalami nikt, oczywiście, nie zawracał sobie głowy. Był to niewątpliwie z jego strony blef. To co nas niepokoiło, to fakt, że Gwambe był najwyraźniej pod kontrolą pasożytów. Znaliśmy je teraz wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że lekceważenie ich było najgroźniejszym z błędów.
Pojęliśmy ich zamysł: w końcu była to polityka sterowana przez nie z takim powodzeniem przez ostatnie dwa wieki. Odwrócenie uwagi ludzkości od istotnych spraw za pomocą wojen. Przez dwa stulecia ludzkość pracowała nad tym, by zmienić stan swej świadomości i od dwóch stuleci pasożyty zajmowały ich myśli czym innym.
Siedliśmy i do późnej nocy dyskutowaliśmy. Nowa sytuacja w oczywisty sposób domagała się natychmiastowego działania. Ale jakiego? Wszyscy mieliśmy złe przeczucia. O trzeciej nad ranem położyliśmy się spać. O piątej zbudził nas Holcroft i powiedział:
— One coś planują. Czuję to. Myślę, że lepiej będzie, jeśli opuścimy to miejsce.
— Dokąd mamy się udać?
— Do Waszyngtonu. Sądzę, że lepiej stanie się, jeśli porozmawiamy z prezydentem.
— Co to da?
Reich odparł:
— Nie wiem. Ale czuję, że siedząc tu marnujemy czas.
Nie było sensu odkładać tego na później. Mimo iż pozostała jeszcze godzina do świtu, udaliśmy się do helikoptera, który otrzymaliśmy do dyspozycji od rządu Stanów Zjednoczonych. Świt pozwolił nam dostrzec w dole proste i długie ulice Waszyngtonu. Wylądowaliśmy na ulicy obok Białego Domu. Podbiegł do nas żołnierz pełniący straż z atomową bronią, teraz skierowaną na nas. Był młodym człowiekiem i bez trudu przekonaliśmy go, że lepiej będzie, jeśli przyprowadzi swego zwierzchnika. Tymczasem przestawiliśmy helikopter na trawnik przed Białym Domem. Była to jedna z bardziej miłych stron posiadania mocy — zwykłe przeszkody po prostu znikały.
Przekazaliśmy oficerowi wiadomość dla prezydenta, a następnie udaliśmy się w poszukiwaniu miejsca, gdzie można byłoby napić się kawy. Dla przypadkowych przechodniów cała nasza jedenastka musiała wyglądać na jakąś delegację handlową. Znaleźliśmy dużą, przeszkloną restaurację, gdzie zajęliśmy dwa stoliki i gapiliśmy się na ulicę. Kiedy siedzieliśmy, zajrzałem w umysł Ebnera. Poczuł to i uśmiechnął się do mnie:
— To śmieszne. Powinienem myśleć o niebezpieczeństwie grożącym gatunkowi ludzkiemu i o mieście rodzinnym, urodziłem się w Waszyngtonie. Zamiast tego odczuwam rodzaj pogardy dla ludzi spacerujących ulicą. Wszyscy oni śpią. To co się z nimi stanie, wydaje się być bez znaczenia…
Reich odparł z uśmiechem:
— Nie zapomnij, że tydzień temu byłeś jednym z nich.