125605.fb2
— Trzęsienie ziemi?
Reich odparł:
— Nie. To wybuch.
Przyśpieszyliśmy kroku i dotarliśmy do Białego Domu o 8.45. Zapytałem oficera, który wyszedł nam na spotkanie, czy ma jakieś informacje o eksplozji. Pokręcił głową i zapytał:
— Jaki wybuch?
Odpowiedź na nasze pytanie uzyskaliśmy dwadzieścia minut później, zaraz po tym, jak siedliśmy do śniadania. Wywołano prezydenta. Kiedy wrócił, był blady, a głos mu drżał. Powiedział:
— Panowie, pół godziny temu zniszczono Bazę nr 91.
Nikt z nas tego nie powiedział, ale ta sama myśl pojawiała się jednocześnie u wszystkich: Ile czasu upłynie, nim pasożyty nas dopadną?
Zarówno Reich, jak i Holcroft napisali szczegółowe sprawozdanie z owego spotkania u prezydenta, tak że ograniczę się do skróconego jego opisu. Widzieliśmy, że prezydent jest na granicy zapaści, tak więc za pomocą metod, do których tak często sięgaliśmy, uspokoiliśmy go. Melville nie był człowiekiem zdecydowanym. Był znakomitym prezydentem na czas spokoju, świetnie panował nad administracją, ale nie był człowiekiem potrafiącym stawiać czoła kryzysowi na skalę światową. Jak się okazało, był tak wstrząśnięty tymi informacjami, że zapomniał skontaktować się z dowództwem armii, aby zarządzić stan pełnej gotowości systemu obronnego Ameryki. Szybko podsunęliśmy mu tę myśl. Z przyjemnością dowiedzieliśmy się, że system wczesnego ostrzegania gwarantuje wykrycie pocisku z głowicą atomową przemieszczającego się z szybkością mili na sekundę.
Melville łudził się, że eksplozja w Bazie nr 91 wywołana została przez jakiś wypadek, na przykład przez wybuch rakiety przeznaczonej do lotu na Marsa, którą właśnie tam konstruowano. (Paliwo zasilające miało siłę niszczenia równą bombie mogącej zniszczyć pół stanu Nowy Jork). Wyraźnie powiedzieliśmy mu, że taki przypadek jest bardzo mało prawdopodobny. Eksplozja była robotą pasożytów i z całą pewnością działały one rękami Gwambe. Odparł, że w takiej sytuacji Ameryka skazana jest na atomową wojnę z Afryką. Wyjaśniliśmy mu, że sprawy niekoniecznie muszą przybrać taki obrót. Eksplozja miała na celu zabicie nas. Tylko łut szczęścia nas uratował — i przeczucie Holcrofta. Gwambe nie będzie miał już drugi raz takiej samej okazji. A więc, póki co, Melville może udawać, że wierzy, iż wybuch spowodowany był awarią rakiety przygotowanej do podróży na Marsa. Jedno jednak było oczywiste. Musimy skupić jak największą liczbę inteligentnych ludzi, zdolnych rozwiązać problem pasożytów umysłu, i uformować z nich pewnego rodzaju armię. Gdybyśmy dysponowali wystarczająco liczną grupą ludzi posiadających zdolności psychokinezy, to bylibyśmy w stanie zniszczyć rebelię Gwambe w zarodku. Na razie jednak musieliśmy znaleźć jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy pracować w spokoju.
Pokrzepiliśmy na duchu prezydenta życząc mu, by znalazł w sobie dość sił i moralnej odwagi w obliczu kryzysu. Zajęło to nam całe przedpołudnie. Melville musiał wystąpić przed kamerami telewizyjnymi i oświadczyć, iż sądzi, że eksplozja była dziełem przypadku. (Zniszczyła ona obszar o promieniu trzydziestu mil — nic więc dziwnego, że odczuwaliśmy wstrząsy w Waszyngtonie). Bardzo złagodziło to panujące wśród ludzi napięcie. Następnie cały amerykański system obronny musiał zostać starannie sprawdzony, a Gwambe — otrzymać poufne ostrzeżenie, że w wypadku kolejnego ataku nastąpi natychmiastowy odwet. Uznaliśmy, że lepiej będzie, jeśli ujawnimy fakt, iż wszyscy pozostaliśmy przy życiu. Przed pasożytami nie sposób było tego ukryć. Oświadczenie zaś, że zginęliśmy, mogłoby wywołać niekorzystne nastroje ludzi, gdyż to właśnie od nas oczekiwali przywództwa w tej walce.
Do wczesnego obiadu usiedliśmy razem w ponurym nastroju. Nie wydawało się możliwe, abyśmy wygrali tę batalię. Jedyną nadzieją było dopuszczenie kolejnych stu osób do naszego kręgu wtajemniczonych, a następnie próba zgładzenia Gwambe tą samą metodą, której użyliśmy wobec Georgesa Ribot. Najprawdopodobniej jednak byliśmy pod stałą obserwacją pasożytów. Nic nie mogło ich powstrzymać przed manipulacją zachowania przywódców innych państw, tak jak kierowały działaniem Gwambe. W gruncie rzeczy mogło to dotyczyć nawet Melvilla! Nie było co marzyć o tym, by i jego wtajemniczyć w sprawę. Podobnie jak dziewięćdziesiąt pięć procent przedstawicieli gatunku ludzkiego nie był on w stanie pojąć tego problemu. Cały czas groziło nam niebezpieczeństwo… Nawet podczas spaceru ulicą. Pasożyty mogły zdobyć władzę nad którymś z przechodniów i użyć go przeciwko nam jako pocisku. Jeden przechodzień posiadający atomowy pistolet, mógł zrobić z nami prędko porządek.
Wtedy odezwał się Reich:
— Szkoda, że nie możemy po prostu przenieść się na inną planetę i zapoczątkować nową rasę ludzi.
W zamierzeniu nie miała to być poważna uwaga. Wiedzieliśmy, że w naszym Układzie Słonecznym żadna planeta nie nadawała się do zamieszkania: zresztą Ziemia nie posiadała odpowiedniego statku kosmicznego, który mógłby przewieźć ludzi na odległość pięćdziesięciu milionów mil, jaka nas dzieliła od Marsa.
A jednak… czyż nie było to najlepsze rozwiązanie problemu naszego bezpieczeństwa? Ameryka dysponowała wieloma rakietami, które mogłyby przewieźć pięćset osób na Księżyc. Ponadto istniały trzy stacje orbitalne. Pozostając na Ziemi, bylibyśmy ciągle zagrożeni przez pasożyty. Tam na zewnątrz, kiedy bylibyśmy sami w przestrzeni kosmicznej, zagrożenie to by zniknęło.
Tak, nie da się ukryć, było to najlepsze rozwiązanie. Natychmiast po obiedzie Reich, Fleishman i ja udaliśmy się do prezydenta, by wyjaśnić mu naszą koncepcję. Jeśli pasożytom uda się nas zniszczyć, Ziemia i tak byłaby zgubiona. Pasożyty, jeśli wygrają tę walkę, bez wątpienia zniszczą wszystkich, którzy staraliby się ponownie dotrzeć do naszej tajemnicy. Jedyna nadzieja Ziemi leżała w wyrażeniu zgody na to, by około pięćdziesięciu z nas wsiadło do rakiety i spędziło kilka najbliższych tygodni na jednej ze stacji. Być może udałoby nam się w tym czasie zdobyć wystarczającą siłę, by stawić czoła pasożytom. Jeśli nie, to podzielilibyśmy się na małe grupki szkoleniowe, z których każda wzięłaby następne pięćdziesiąt osób w Kosmos. W końcu stworzylibyśmy armię zdolną zwyciężyć.
Jeden z historyków zasugerował, abyśmy „przyjęli” władzę nad umysłem Melvilla, jak pasożyty uczyniły to z Gwambe, i zmusili go do wyrażenia zgody na wszystko, o co poprosimy. W sytuacji kryzysu, jaka zaistniała, krok taki byłby nawet uzasadniony; ale nie było potrzeby, by w tym kierunku podjąć jakiekolwiek działania. Melville akceptował wszystkie nasze sugestie — kryzys po prostu go przeraził.
Wspomniałem już wcześniej, że Spencefield i Remizów dostarczyli nam listę dwunastu osób, które można by dopuścić do naszego kręgu. Jak dotąd zrealizowaliśmy ten zamysł tylko w połowie. Co więcej, Holcraft, Ebner i pozostali mieli własne sugestie w tym względzie. W rezultacie późnym popołudniem rozmawialiśmy z trzydziestoma osobami, z których wszyscy zgodzili się do nas przyłączyć. Siły powietrzne USA ściśle współpracowały z nami w kwestii przywiezienia ich do Waszyngtonu, tak że następnego ranka, o godzinie ósmej, nasza grupa rozrosła się do trzydziestu dziewięciu osób. Powinno nas być czterdziestu jeden, ale samolot wiozący dwóch psychologów z Los Angeles rozbił się nad Wielkim Kanionem. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, co było przyczyną wypadku, ale łatwo było się tego domyślić.
Prezydent tak to zorganizował, że mogliśmy opuścić Ziemię następnego popołudnia z kosmodromu w Annopolis. Tymczasem przerobiliśmy z naszymi dwudziestoma ośmioma nowymi uczniami bardzo intensywny kurs fenomenologii. Jak stwierdziliśmy, praktyka zaowocowała tym, że byliśmy w tych sprawach doskonali albo prawie doskonali. Być może ogólna atmosfera kryzysu również i w tym względzie pomogła. (Z pewnością wywołała zdumiewającą zmianę u Merrla, Philipsa, Leafa i Ebnera). Nim minął dzień jeden z naszych nowych rekrutów zademonstrował pierwsze efekty użycia PK na popiele z papierosa.
Jednak ciągle jeszcze mieliśmy złe przeczucia. Było to bardzo nieprzyjemne uczucie — tak jakby coś zagrażało nam zarówno z zewnątrz, jak i z wewnątrz. Czulibyśmy się pewniej, gdyby chodziło o jakiegoś konkretnego wroga. Frustrująca była natomiast świadomość, że pasożyty mogły użyć przeciwko nam jakiegokolwiek człowieka spośród kilku bilionów ludzi. Wywoływało to u nas swoisty efekt bezradności, taki jaki ma miejsce, gdy szuka się „igły w stogu siana”. Muszę także przyznać się do tego, że przez cały czas pobytu w Waszyngtonie sprawowaliśmy ścisłą kontrolę nad prezydentem. Przejęcie kontroli nad jego ośrodkami w mózgu było zbyt łatwe dla pasożytów.
Tymczasem Gwambe odnosił przerażające sukcesy w Afryce. Ostrzeżenia Stanów Zjednoczonych użył po prostu do celów propagandowych — biali znowu usiłują zastraszyć czarnych. Tempo, z jakim rewolta ta się rozpowszechniła, wykazywało niezbicie, że pasożyty uczyniły z Afryki obszar zmasowanej inwazji na umysł ludzki. Bez konsultacji ze swymi oddziałami generałowie murzyńscy podporządkowali się Gwambe. Trzy dni wystarczyły, aby został on niepisanym panem Zjednoczonych Stanów Afryki.
Całą poprzedzającą opuszczenie Ziemi noc spędziłem na bezsennych rozmyślaniach. Ostatnio potrzebowałem zaledwie kilku godzin snu. Rezultatem zbyt długiego snu było osłabienie sił umysłowych i kontroli nad świadomością. Tym razem jednak musiałem stawić,czoła problemowi, który drażnił mnie i męczył. Miałem wrażenie, że przeoczyłem coś bardzo ważnego.
Owo niejasne wrażenie towarzyszyło mi od czasu tej nocy, podczas której pasożyty zniszczyły wszystkich poza naszą piątką. Wydawało się, że w pewnym sensie od tego czasu utknęliśmy w martwym punkcie. Tak, wygraliśmy z nimi rozmaite pomniejsze bitwy, a jednak czuło się, że nasze największe sukcesy należą do przeszłości. Tym bardziej wydawało się to dziwne, że wszystko wskazywało na to, iż tamtej nocy, podczas której stoczyliśmy walkę, wycofały się.
Funkcjonowanie zwierząt podobne jest do maszyn, życie ich opiera się na odruchu i nawyku. Ludzie w znacznej mierze są także maszynami, ale posiadają również pewien poziom świadomości, który oznacza w istocie pozbycie się nawyku, umiejętność dokonywania czegoś nowego i oryginalnego. Dręczyło mnie więc przygnębiające wrażenie, że owe „coś”, które przeoczyłem, jest jednym z tysięcy nawyków, które ciągle traktujemy jako coś niepodważalnego. Walczyłem o zwiększenie kontroli nad świadomością, ale przeoczyłem jakieś głęboko zakorzenione nawyki będące przeszkodą dla prawdziwej kontroli.
Spróbuję to bliżej wyjaśnić. To co mnie niepokoiło, związane było z tym przeogromnym napływem energii witalnej, dzięki której pokonałem pasożyty. Pomimo wysiłków, jakie podejmowałem, by uchwycić jej źródło, ciągle mi ono umykało. Większość ludzi stwierdza, że nagłe zagrożenie uruchamia wewnętrzne siły, których istnienia nigdy sobie nie uświadamiali. Wojna, na przykład, może przemienić hipochondryka w bohatera. Dzieje się tak dlatego, że siły życiowe większości ludzi kontrolowane są przez podświadomość, i są to siły, z których istnienia nie zdają sobie oni sprawy. Ale ja wiedziałem o ich istnieniu. Mogłem zejść w głąb własnego umysłu, jak inżynier schodzący do maszynowni. A jednak nie mogłem przedostać się do źródła prawdziwej siły wewnętrznej. Dlaczego? Krytyczna sytuacja podczas mojej walki z pasożytami umożliwiła mi przywołanie tych potężnych energii. W fakcie, że nie potrafiłem dotrzeć do korzeni swej mocy witalnej, było coś niedorzecznego.
Przez całą noc zmagałem się z tą kwestią, próbowałem zanurzyć się coraz głębiej w umysł. Istniały jednak jakieś niewidzialne przeszkody albo być może była to po prostu moja słabość i brak konsekwencji. Zdawało się, że pasożyty nie mają z tym nic wspólnego, nie zauważyłem obecności ani jednego z nich. O świcie czułem się zmęczony, mimo to jednak udałem się z Reichem, Holcroftem i braćmi Grau na kosmodrom w Annopolis, aby dokonać ostatecznej lustracji. Całe szczęście, żeśmy to uczynili. Pod pretekstem zadania rutynowych pytań sprawdziliśmy cały personel przygotowujący rakietę. Wydali się być w najwyższym stopniu przyjacielscy i uczciwi. Pytaliśmy ich, jak przebiegały prace. Odpowiedzieli, że były to rutynowe czynności i przebiegały bez żadnych niespodzianek. Holcroft, który przez cały czas obserwował nas, sam nic nie mówiąc, w pewnym momencie nagle zapytał:
— Czy wszyscy członkowie zespołu są tu obecni?
Pułkownik Massey, odpowiedzialny za zespół, kiwnął głową:
— Wszyscy inżynierowie są obecni. Holcroft jednak dalej nalegał:
— A poza inżynierami?
— Brakuje tylko jednej osoby. Ale nie jest ona ważna, to Kellerman, asystent pułkownika Gosta. Ma dziś rano wizytę u psychiatry.
Głównym zadaniem Gosta było programowanie pokładowego komputera, który koordynował pracę rakiety: dozowanie paliwa, temperaturę, kontrolę powietrza, itd.
Powiedziałem wymijająco:
— Wiem, że nie jest to ważne, ale chcielibyśmy się z nim spotkać. To rutynowa sprawa.
— Ależ pułkownik Gosta wie znacznie więcej od niego. Jest w stanie udzielić odpowiedzi na każde pytanie.
— No tak, ale mimo wszystko chcielibyśmy go zobaczyć.
Połączono się więc z psychiatrą Bazy, który powiadomił nas, że Kellerman wyszedł od niego pół godziny temu. Sprawdzono to w wartowni i okazało się, że wyjechał na motorze dwadzieścia minut wcześniej. Zakłopotany Gosta powiedział:
— Ma dziewczynę, która mieszka w akademiku i czasami zezwalam mu na to, by spędził z nią przerwę na kawę. Przypuszczam, że tam właśnie się udał.
Reich rzucił niedbale:
— Byłoby nieźle, gdyby pan posłał tam kogoś, aby przywiózł go z powrotem. A tymczasem byłoby dobrze, gdyby sprawdził pan układy programujące robota.
Godzinę później okazało się, że komputer pokładowy był w nienagannym stanie. Jednak ordynans pułkownika, wysłany do uniwersyteckiego miasteczka, wrócił sam, bez Kellermana. Gosta powiedział:
— No tak, najprawdopodobniej pojechał do miasta, aby coś kupić. Nie ulega wątpliwości, że jest to złamanie regulaminu, ale pewnie sądził, że rano będziemy tak zajęci, że nikt tego nie zauważy…
Pułkownik Massey usiłował zmienić temat rozmowy, ale Reich dalej nalegał:
— Przykro mi pułkowniku, ale nie zamierzamy wsiąść do rakiety, nim nie porozmawiamy z Kellermanem. Czy nie zechciałby pan zarządzić poszukiwania?
Nasze zachowanie uznali, oczywiście, za nieuprzejme i szaleńcze, ale nie mieli innego wyjścia, niż zarządzić poszukiwania. Tak więc rozesłano z tuzin wozów żandarmerii wojskowej i postawiono w stan pogotowia całą policję na tym terenie. Kontrola lokalnego lotniska helikopterów doniosła, że mężczyzna odpowiadający rysopisowi Kellermana odleciał kilka godzin wcześniej do Waszyngtonu. Pościg przeniósł się więc tam. W stolicy także postawiono na nogi całą policję stanową.
W końcu odnaleziono Kellermana o wpół do czwartej po południu — godzinę po naszym planowanym odlocie. Wracał z Waszyngtonu i został rozpoznany na lokalnym lotnisku. Twierdził, że wymknął się, by kupić pierścionek zaręczynowy dla swej dziewczyny i myślał, iż nikt jego nieobecności nie zauważy.
Kiedy tylko zobaczyliśmy go, wiedzieliśmy, że ostrożność nasza była w pełni uzasadniona. Był on dziwnym przypadkiem rozdwojenia osobowości, okazał się zupełnie niedojrzały psychicznie. Skorzystały z tego pasożyty. Nie było potrzeby opanowywania jego mózgu, zmiana kilku ośrodków całkowicie wystarczyła. Dziecinne dążenie do uznania dokonało reszty. Działał tu ten sam mechanizm, który czasem każe młodocianym przestępcom wykolejać pociągi dla przyjemności. Jest to pragnienie włączenia się w świat dorosłych poprzez zrobienie czegoś, co ma „dorosłe” konsekwencje.
Kiedy już mieliśmy Kellermana, wydobycie z niego prawdy nie było trudne. Dokonał on paru niewielkich zmian w systemie kontroli powietrza na statku, tak że temperatura wzrosłaby nieznacznie — na tyle mało, że nie zauważylibyśmy tego. Ale zmiana ta spowodowałaby automatyczną korektę funkcjonowania odpowiedniego robota. To z kolei miałoby wpływ na mechanizm funkcjonowania silników hamujących statku, tak że kiedy dotarlibyśmy do stacji, nasza prędkość byłaby o wiele za duża. Wpadlibyśmy na stację, niszcząc ją i siebie. Zwykła kontrola obwodów komputera nie wykazała naturalnie tej modyfikacji. W końcu komputer ma kilka bilionów możliwych obwodów, a „kontrola” polega jedynie na upewnieniu się, że główne połączenia funkcjonują poprawnie.