125699.fb2
Mikehill westchnął w milczeniu i usiadł w fotelu. Był przekonany, że każde przedsięwzięcie już w założeniu jest bezsensowne.
Eksperci poprzestali na jednym kierunku działania. Sytuacja stała się tak groźna, że nie usiłowano szukać innych dróg wyjścia prócz próby siły. A pijawce właśnie tego było potrzeba.
Do namiotu generała wszedł Alenson, a za nim jeszcze sześciu uczonych.
— Tak więc mamy znakomitą okazję rozłupać naszą planetę na dwie części — powiedział.
— Wojna to wojna — krótko przeciął O’Donnell. — Więc zaczynamy?
I nagle Mikehill zrozumiał, że O’Donnella wcale nie interesuje, co stanie się z Ziemią. Interesowało go tylko to, że dokona tak niebywałego wybuchu, jakiego jeszcze nie dokonał żaden człowiek.
— Chwileczkę — powiedział Alenson. — Niech każdy wypowie swoje własne zdanie.
— Proszę pamiętać — syknął generał — że według waszych obliczeń, pijawce co godzinę przybywa dwadzieścia stóp.
— I szybkość ta wzrasta z każdą godziną — dodał Alenson — ale decyzja, jaką musimy podjąć, jest zbyt poważna.
W tym momencie Mikehill pomyślał o gromach i błyskawicach Zeusa. Przydałoby się coś takiego. Albo… siła Herkulesa. Albo… Nieoczekiwana myśl przyszła mu do głowy.
— Panowie, wydaje mi się, że znalazłem inne wyjście. Słyszeliście kiedykolwiek o Anteuszu?
Im więcej jadła, tym szybciej rosła i była coraz bardziej głodna. Wiele rzeczy ożyło w jej pamięci. Kiedyś zjadła planetę. Potem skierowała się ku najbliższej gwieździe i pożarła ją, nasyciwszy komórki energią potrzebną do dalszej drogi. Ale w pobliżu nie było więcej pożywienia, a następna gwiazda błyszczała nieskończenie daleko.
Masa przekształciła się w energię lotu i została rozproszona na dalekiej drodze.
Stała się martwym niewielkim pyłkiem lecącym bez celu wśród gwiazd.
Tak było. Teraz wydawało się jej, że przypomina też sobie o wiele wcześniejsze własne dzieje. Czasy, kiedy zjadała całe gwiezdne korytarze, rozrastała się, pęczniała. A gwiazdy umykały w popłochu i zbijały się w galaktyki i konstelacje.
Czyżby to jej się przyśniło?
Stopniowo pożerała Ziemię, zdumiewając się znikaniem tej wspaniałej strawy. I oto znowu pojawiło się pożywienie tuż obok, ale tym razem nad nią.
Czekała, ale było nieosiągalne. Wyraźnie czuła, jakie jest czyste i sycące.
Dlaczego nie spada?
Wreszcie pijawka uniosła się całą swą masą i sama pomknęła w jego kierunku.
Pożywienie oddalało się od powierzchni Ziemi. Koszmarnie drażniący, słodki kąsek ulatywał w kosmos, a ona w ślad za nim…
O’Donnell roznosił uczonym szampana. Oficjalny obiad miał odbyć się później, ale już należało jakoś uczcić zwycięstwo.
— Proponuję wypić — uroczyście powiedział generał. Wszyscy podnieśli kieliszki. Nie uczynił tego tylko porucznik obsługujący pulpit kierujący lotem rakiety. — Za profesora Mikehilla, za jego pomysł… jak go on nazwał?
— Anteusz. — Mikehill z wolna popijał szampana i mimo wszystko nie był zachwycony. — Anteusz, zrodzony z Gei, bogini Ziemi, i Posejdona, boga morza. Niepokonany bohater. Za każdym razem, kiedy Herkules rzucał go o Ziemię, on znów podnosił się, pełen nowych sił, których nabierał przez kontakt z nią. Dopóki Herkules nie oderwał go od matki i nie uniósł w powietrze.
Moriarty zamruczał coś pod nosem.
Szybko przesuwał suwak logarytmiczny i coś zapisywał. Alenson pił w milczeniu i też wyglądał niewesoło.
— Dlaczego jesteście tacy naburmuszeni? — O’Donnell ciągle nalewał. — Potem porachujecie. Teraz wypijmy zwrócił się do operatora. — Jak tam wyglądają sprawy?
Myśli Mikehilla krążyły wokół rakiety. Pojazd zdalnie kierowany był cały wyładowany materiałem radioaktywnym. Wisiał nad pijawką, dopóki nie poleciała w ślad za nim, łapiąc się na przynętę. Anteusz oderwał się od matki Ziemi i począł tracić swą siłę. Operator tak prowadził kosmiczny pojazd, aby przez cały czas znajdował się w pobliżu pijawki, ale by ona nie mogła go dosięgnąć.
Pojazd i pijawka leciały ku Słońcu.
— Świetnie, sir — zaraportował porucznik — znajdują się teraz wewnątrz orbity Merkurego.
— Panowie — powiedział generał — przysięgam sobie zniszczyć tę sztukę. Innym, prostszym sposobem, ale to nieważne. Najważniejsze zniszczyć. Zagłada to niekiedy święta rzecz. Tak jak w tym wypadku, panowie. I jestem szczęśliwy.
— Zawróćcie statek! — krzyknął nagle Moriarty. Był blady jak śnieg. — Zawróćcie tę przeklętą rakietę! Potrząsnął im przed oczami plikiem pokrytych cyframi kartek. Łatwo było zrozumieć te cyfry. Oznaczały szybkość wzrostu pijawki, szybkość zużywania przez nią energii idącej od Słońca w miarę zbliżania się do niego.
— Ona zeżre Słońce — cicho powiedział Moriarty. Pokój zamienił się w piekło. Wszyscy starali się wytłumaczyć O’Donnellowi, w czym rzecz. Potem sam Moriarty. W końcu Alenson.
— Ona rozrasta się tak szybko, a leci z taką małą prędkością i pochłania tyle energii, że kiedy dotrze do Słońca, jej rozmiary będą na tyle wielkie, że rozprawi się z nim. O’Donnell zwrócił się do operatora i rozkazał:
— Zawrócić ich!
Wszyscy w największej ciszy zastygli przed ekranem radaru.
Pożywienie nagle zboczyło z jej drogi i umknęło w bok. Przed nią znajdowało się ogromne źródło strawy, ale jeszcze było nieosiągalne. Inne pożywienie natomiast było tuż przy niej, niesamowicie blisko. A więc bliższe czy dalsze?
Całe ciało domagało się jedzenia: teraz, natychmiast… Ruszyła ku bliższej porcji, oddalając się wraz z nią od Słońca. Na tamto jeszcze przyjdzie czas.
Odetchnęli z ulgą. Niebezpieczeństwo było tak blisko! — W jakiej części nieba znajdują się teraz? — spytał generał.
— Myślę, że mogę pokazać — rzekł astronom. — Gdzieś w tym miejscu — wskazał ręką, podchodząc do otwartych drzwi.
— Wspaniale, poruczniku! — O’Donnell zwrócił się do operatora. — Do dzieła!
Uczeni osłupieli. Operator pomanewrował nad pulpitem i kropka zaczęła doganiać punkcik.
— Stój pan! — ryknął generał. Jego rozkazujący głos zatrzymał Mikehilla, który ruszył w stronę pulpitu. Wiem, co robię, został zbudowany specjalnie w tym celu. Kropka na ekranie dogoniła punkcik.
— Przysięgam sobie zniszczyć tę pijawkę — powiedział O’Donnell. — Nigdy nie będziemy bezpieczni, dopóki ona żyje — uśmiechnął się chytrze. — Może popatrzymy w niebo?
Generał skierował się do drzwi. W milczeniu poszli za nim.
— Nacisnąć guzik, poruczniku!
Operator wypełnił rozkaz. Wszyscy czekali w milczeniu. Na niebie zawisła świecąca gwiazda. Jej nagły blask rozświetlił mrok, potem zaczęła powoli gasnąć.
— Co pan zrobił? — wykrztusił Mikehill.
— W rakiecie były bomby wodorowe — uroczystym głosem wyjaśnił O’Donnell. — No jak, jest tam coś jeszcze na ekranie, poruczniku?