125745.fb2
Przy całym swym realizmie sale treningowe nie przygotowały go do przebywania na powierzchni Pyrrusa. Posiadały oczywiście jakie takie podobieństwo do rzeczywistości. Chrzęst trujących traw pod stopami i mylący lot żądłopióra w ostatniej chwili, nim Grif go nie ustrzelił. Było to jednak ledwie dostrzegalne wśród szalejących żywiołów.
Padał rzęsisty deszcz, a właściwie całe płachty wody, które, miotane ostrymi podmuchami, zalewały twarz Jasona. Ocierając octy ledwie rozróżniał dwa stożkowate kształty wulkanów na widnokręgu, rzygające chmurami dymu i ognia. Piekło to odbijało się ponurą czerwienią na chmurach, które przemykały kłębiastymi zwałami ponad ich głowami.
Coś stuknęło w hełm Jasona i odbiwszy się plasnęło o ziemię. Schylił się i podniósł kulkę gradu wielkości kciuka. Grad załomotał boleśnie o jego plecy i szyję i Jason wyprostował się szybko.
Burza skończyła się tak samo nagle, jak się zaczęła. Zaświeciło słońce, topiąc swoim żarem grad i podnosząc spiralne pasemka pary znad mokrej nawierzchni. Jason zaczął się pocić w swoim opancerzonym kombinezonie. Nim jednak minęli następną przecznicę, znów się rozpadało i znów trząsł się z zimna.
Grif posuwał się mozolnie naprzód równym krokiem, obojętny zarówno na tę pogodę, jak i wulkany, które grzmiały na widnokręgu i trzęsły ziemią pod ich stopami. Jason usiłował ignorować tę niedogodność i dotrzymywał tempa chłopcu.
Spacer był przygnębiający. Ciężkie, przysadziste budynki majaczyły szaro poprzez deszcz, przy czym ponad połowa z nich leżała w gruzach. Szli trotuarem biegnącym środkiem ulicy. Raz po raz mijały ich to z tej, to z tamtej strony pojazdy pancerne. To centralne położenie chodnika dziwiło Jasona, póki Grif nie ustrzelił jakiegoś zwierzaka, który wypadł nagle na nich z gruzów zrujnowanego domu. Dawało szansę odparcia podobnych ataków. Nagle Jason poczuł się bardzo znużony.
— Czy na tej planecie istnieje coś takiego, jak taksówka? spytał.
Grif tylko wytrzeszczył oczy i skrzywił się. Najwyraźniej nie słyszał nawet takiego słowa. Szli więc mozolnie dalej i chłopiec wstrzymywał krok, aby człapiący ciężko Jason mógł za nim nadążyć. W ciągu pół godziny obejrzeli wszystko, co chciał zobaczyć.
— Słuchaj, Grif, to twoje miasto jest najwyraźniej podupadłe. Mam nadzieję, że inne są w lepszym stanie.
— Nie wiem, co masz na myśli, mówiąc, że jest podupadłe. Ale nie ma innych miast. Jest kilka obozów górniczych, które muszą się znajdować poza obwodem. Ale innych miast nie ma.
Zdziwiło to Jasona. Zawsze wyobrażał sobie, że ta planeta ma więcej niż jedno miasto. Nagle zdał sobie sprawę, że bardzo mało wie o Pyrrusie. Od chwili wylądowania poświęcił wszystkie swoje siły nauce samoobrony. Chciałby zapytać o mnóstwo rzeczy… ale nie tego zrzędnego ośmiolatka, który stanowił jego straż przyboczną, a kogoś innego. Był taki ktoś, kto mógłby najlepiej odpowiedzieć na jego pytania.
— Znasz Kerka? — spytał chłopca. — Jest waszym ambasadorem wysyłanym w różne strony, choć jego nazwisko…
— Pewnie, że znam, każdy zna Kerka. Ale on jest zajęty, nie powinieneś go niepokoić.
Jason pokiwał mu palcem.
— Możesz sobie być strażnikiem mego ciała. Ale strażnikiem mojej duszy jeszcze nie jesteś. Teraz ja pójdę zapolować na grube ryby, a ty sobie poluj na swoje potwory. Zgoda?
Schronili się pod dach przed nagłą burzą gradu wielkości pięści. Potem Grif poprowadził Jasona ze źle ukrywaną niechęcią do jednej z większych, centralnie położonych budowli. Było tu więcej ludzi niż gdziekolwiek i niektórzy z nich nawet przypatrywali się chwilę obcemu przybyszowi, po czym wracali do swoich zajęć. Jason musiał się wgramolić na dwie kondygnacje schodów, zanim znaleźli się u drzwi z napisem: KOORDYNACJA I ZAOPATRZENIE.
— Tu jest Kerk? — spytał.
— Oczywiście — odparł chłopiec. — On jest tutaj szefem.
— Świetnie. Teraz napij się czegoś zimnego albo zjedz lunch i przyjdź tu do mnie za parę godzin. Mam wrażenie, że Kerk potrafi cię w pełni zastąpić w czuwaniu nade mną.
Chłopiec stał przez chwilę niepewny, co ma zrobić, a potem odwrócił się i odszedł. Jason raz jeszcze otarł z czoła pot i wsunął się w drzwi.
W biurze siedziało kilku ludzi. Żaden z nich nie spojrzał nawet na Jasona ani nie zapytał, w jakiej przyszedł sprawie. Wszystko na Pyrrusie miało swój cel. Skoro Jason przyszedł, musiał mieć zatem po temu powody. Nikomu nie przyszłoby do głowy zapytać, czego chce. Przyzwyczajony do panującej na tysiącu światów biurokracji, Jason stał kilka chwil w oczekiwaniu, nim w końcu zrozumiał, co ma robić. W przeciwległej ścianie były drugie drzwi. Podszedł do nich powłócząc nogami i otworzył.
Kerk podniósł głowę znad zasłanego papierzyskami i księgami biurka.
— Właśnie myślałem, kiedy się pokażesz — rzekł.
— Zrobiłbym to dużo wcześniej, gdybyś mi nie przeszkodził — odparł Jason padając ze znużeniem na krzesło. — Wreszcie mi zaświtało, że mogę spędzić resztę życia w tym waszym krwiożerczym żłobku, jeżeli sam nie wezmę sprawy w ręce. I oto jestem.
— Gotów powrócić do „cywilizowanych” światów? Przypatrzyłeś się Pyrrusowi?
— Wcale nie — odpowiedział Jason. — I nie chcę wysłuchiwać od wszystkich, że powinienem wyjechać. Zaczynam podejrzewać, że ty i reszta Pyrrusan chcecie coś ukryć.
Kerk uśmiechnął się na te słowa.
— Cóż moglibyśmy chcieć ukryć? Wątpię, czy na jakiejkolwiek innej planecie istnieje prostsza i bardziej ukierunkowana egzystencja. — Jeżeli to prawda, z pewnością nie masz nic przeciwko temu, żeby mi odpowiedzieć na kilka pytań odnośnie Pyrrusa, prawda? Kerk zaczął protestować, a potem się roześmiał.
— Świetnie to rozegrałeś. Znając cię tak długo, powinienem być mądrzejszy i nie wdawać się z tobą w dyskusje. Co chcesz wiedzieć?
Jason spróbował umościć się wygodniej na twardym krześle, ale po kilku próbach zrezygnował.
— Jaka jest liczba ludności waszej planety? — spytał. Kerk wahał się chwilę, a potem odparł:
— Około trzydziestu tysięcy. Niewiele, jak na tak długo zamieszkaną planetę, ale powody są oczywiste.
— Dobra, ludność trzydzieści tysięcy — powiedział Jason. A jak wygląda opanowanie powierzchni waszej planety? Zdumiało mnie odkrycie, że to miasto wewnątrz swych obronnych murów — obwodu — jest jedyne na całej planecie. Nie bierzmy pod uwagę obozów górniczych, gdyż są one najwyraźniej tylko rozszerzeniem tego miasta. Czy zatem teraz panujecie nad większą, czy mniejszą częścią powierzchni planety niż wasi przodkowie w przeszłości?
Kerk wziął z biurka stalową rurkę, która służyła mu za przycisk do papierów, i w zamyśleniu obracał ją w palcach. Gruba stal wyginała się pod jego dotykiem jak guma, gdy starał się skupić nad odpowiedzią.
— Trudno tak od razu stwierdzić. Muszą być jakieś zapisy odnośnie tej sprawy, choć nie mam pojęcia, gdzie ich szukać. To zależy od wielu czynników…
— Zapomnijmy więc na razie o tym — rzekł Jason. — Mam inne pytanie, które jest istotniejsze. Czy nie sądzisz, że liczba ludności Pyrrusa stale, rok po roku, maleje?
Rozległ się ostry brzęk rurki odbitej od ściany. Kerk stał nad Jasonem z rękami wyciągniętymi, niemal na jego gardle, z twarzą czerwoną i gniewną.
— Nigdy więcej tego nie mów! — ryknął. — Żebym tego nigdy więcej od ciebie nie słyszał!
Jason siedział, jak mógł najspokojniej. Mówił powoli i dobierał i ostrożnie słowa. Jego życie wisiało na włosku.
— Nie złość się, Kerku. Nie miałem na myśli nic złego. Jestem po twojej stronie. Mówię o tym z tobą, ponieważ jesteś znacznie bardziej bywały we wszechświecie od reszty Pyrrusan, którzy nigdy nie opuszczali tej planety. Przywykłeś do dyskusji. Wiesz, że słowa to tylko symbole. Możemy rozmawiać spokojnie, bez popadania w gniew z powodu czyichś słów…
Kerk z wolna opuścił ręce i cofnął się. Potem odwrócił się i nalał sobie szklankę wody z butelki na biurku. Pijąc stał zwrócony plecami do Jasona.
Zaledwie odrobina potu, który Jason otarł ze swej twarzy, była wywołana gorącem, jakie panowało w pokoju.
— Przepraszam, uniosłem się — rzekł Kerk padając ciężko na krzesło. — Nieczęsto się to zdarza. Ostatnio dużo pracowałem, muszę mieć nadszarpnięte nerwy. — Nie wspomniał nawet o tym, co powiedział Jason.
— Każdemu się zdarza — odparł Jason. — Nie będę nawet próbował opisywać stanu swoich nerwów, gdy tylko znalazłem się na tej planecie. W końcu muszę przyznać, że wszystko, co mi mówiłeś o Pyrrusie, jest prawdą. To rzeczywiście jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w naszym systemie. I tylko rdzenni Pyrrusanie mogą się tu utrzymać przy życiu. Po przeszkoleniu mogę się poruszać, zresztą dość niezdarnie, po planecie, lecz wiem, że nigdy nie dałbym sobie rady pozostawiony sam sobie. Zapewne wiesz, że mam strażnika przybocznego w osobie ośmioletniego chłopca. Daje to dobry pogląd na mój tutejszy status.
Kerk stłumił gniew, zdołał odzyskać panowanie nad sobą. Zmrużył oczy, zamyślony.
— Jestem zaskoczony, że to mówisz. Nie sądziłem, że kiedyś usłyszę z twoich ust, iż ktoś może być w czymkolwiek od ciebie lepszy. Czy po to tu przyjechałeś? Żeby udowodnić, że jesteś równie dobry, jak każdy rodowity Pyrrusanin?
— Punkt dla ciebie — powiedział Jason. — Nie sądziłem, że to jest aż tak widoczne. Przyznaję, że to był zapewne główny powód mojego przyjazdu. To i ciekawość.
Idąc za biegiem własnych myśli Kerk zdumiał się, do czego go doprowadziły.
— Przyjechałeś tu, by dowieść, że nie jesteś gorszy od rdzennych Pyrrusan. A mimo to przyznajesz, że byle ośmiolatek potrafi cię prześcignąć. To całkiem nie pasuje do tego, co o tobie wiem. Jeśli dajesz jedną ręką, to musisz odbierać drugą. W jaki sposób możesz odczuwać swoją naturalną wyższość? — Powiedział to beztrosko, jednak w jego słowach czuło się napięcie.
Jason długo myślał, zanim odpowiedział.
— Powiem ci — rzekł wreszcie. — Ale nie ukręć mi za to głowy. Stawiam na to, że twój cywilizowany umysł potrafi zapanować nad odruchami. Ponieważ muszę mówić, co jest tabu na Pyrrusie. W oczach twojego ludu jestem cherlakiem, gdyż przybywam z zaświatów. Musisz sobie jednak zdać sprawę, że to jest również moją siłą. Potrafię dostrzegać rzeczy, które dla was stały się przez długie przestawanie z nimi niedostrzegalne. Znasz tę starą sprawę z niemożnością dostrzeżenia lasu, bo drzewa zasłaniają.
Kerk kiwnął głową i Jason ciągnął dalej:
— Rozszerzmy tę analogię: kiedy tu wylądowałem, z początku widziałem tylko las. Dla mnie pewne fakty są oczywiste. Uważam, że wy znacie je również, tylko staracie się usilnie stłamsić myśli ó nich. To ukryte myśli, które są tabu. Wyjawię ci najważniejszą z tych ukrytych myśli w nadziei, że się potrafisz do tego stopnia opanować, aby mnie nie zabić.
Wielkie dłonie Kerka zacisnęły się na poręczach fotela — jedyna widoczna oznaka, że usłyszał.
Jason mówił cicho, ale jego słowa przenikały swobodnie i gładko jak lancet zagłębiający się w mózg.
— Sądzę, że ludzie przegrywają wojnę na Pyrrusie. Po setkach lat osiedlenia jest to jedyne miasto na planecie… w dodatku na wpół w gruzach. Jakby niegdyś miało dwakroć tyle ludności. Ten kawał, któryśmy wycięli, by zdobyć ładunek broni i amunicji, był w końcu jedynie kawałem. Mógł się nie udać. A gdyby się nie udał, co wówczas stałoby się z miastem? Wy tutaj chodzicie po kruszącej się krawędzi krateru wulkanu i nie chcecie tego przyznać.
Każdy mięsień ciała Kerka był napięty, twarz poznaczona kropelkami potu. Najlżejsze przeciągnięcie struny mogło doprowadzić do wybuchu, a Jason wolałby tego uniknąć.
— Nie jest mi przyjemnie mówić ci te rzeczy. Wspominam o nich tylko dlatego, że z pewnością o nich wiesz. Nie możesz stawić czoła faktom, bo wówczas musiałbyś przyznać, że cała ta walka i zabijanie do niczego nie prowadzą. Jeżeli liczba ludności Pyrrusa stale spada, to walka jest jedynie szczególnie krwawą formą samobójstwa. Moglibyście opuścić planetę, ale to byłoby przyznaniem się do klęski. A jestem pewien, że Pyrrusanie woleliby umrzeć, niż ulec.
Gdy Kerk na wpół uniósł się z fotela, Jason wstał również wykrzykując to, co miał do powiedzenia, przez opar gniewu swojego rozmówcy.
— Ja chcę wam pomóc, rozumiesz? Wyzbyj się hipokryzji, ona cię niszczy. Jesteś już teraz na straconej pozycji. To nie jest prawdziwa wojna, tylko zgubne leczenie symptomów. Jak odcinanie jeden po drugim zrakowaciałych palców. Jedynym rezultatem musi być całkowita klęska. Sam sobie nie pozwalasz tego uzmysłowić. I dlatego właśnie wolałbyś mnie zabić, niż wysłuchać tego, co niewypowiedzialne.
Teraz Kerk stał nad Jasonem, chyląc się nad nim jak wieża śmierci, która za chwilę ma runąć. Powstrzymywała go tylko siła słów Jasona.
— Musisz stawić czoło rzeczywistości. Ty widzisz tylko wieczystą wojnę. A musisz zdawać sobie sprawę, że możesz usunąć przyczyny tej wojny i raz na zawsze ją zakończyć.
Sens wypowiedzi dotarł do świadomości Kerka i wstrząs, jaki to wywołało, rozproszył jego gniew. Opadł z powrotem na fotel i na jego twarzy odmalowało się rozbawienie.
— O co ci, u diabła, chodzi? Mówisz jak jakiś cholerny „karczownik”!
Jason nie pytał, co może znaczyć to słowo, ale zanotował je sobie w pamięci.
— Gadasz bzdury — ciągnął Kerk. — To jest wrogi świat, który należy zwalczyć. Przyczyną są oczywiste fakty egzystencji.
— Nie, nie są — obstawał przy swoim Jason. — Zastanów się chwilę. Po każdym pobycie poza tą planetą musisz odbyć kurs uzupełniający. Dowiedzieć się, co podczas twojej nieobecności zmieniło się na gorsze. A więc to postęp liniowy. Jeśli w miarę upływu czasu, czyli sięgając w przyszłość, sytuacja stale się pogarsza, to sięgając w przeszłość musi się stale polepszać. Może się zatem okazać prawdziwe — choć nie wiem, czy fakty poprą tę moją teorię — że jeśli sięgnąć dość daleko w przeszłość, dojdzie się do punktu, w którym ludzkość i Pyrrus wcale nie były w stanie wojny.
Kerk siedział teraz jak oniemiały i słuchał, a Jason raził go ciosami nieugiętej logiki.
— Są świadectwa na poparcie tej teorii. Musisz przyznać, że choć nie nadaję się do pyrryjskiego życia, jestem na pewno dobrze z nim obeznany. A cała flora i fauna pyrryjska ma jedną cechę wspólną. Niefunkcjonalność. ŻADNA broń z jej niezmierzonego arsenału nie jest zwrócona przeciw niej samej. Jej toksyny wydają się nieskuteczne wobec pyrryjskich form życia. Są tylko zdolne do zadawania śmierci gatunkowi homo sapiens. A taki stan rzeczy jest fizycznie niemożliwy. W ciągu trzystu lat pobytu na planecie formy życia nie mogły w sposób naturalny ulec tego rodzaju przemianom.
— Ale przecież uległy! — ryknął Kerk.
— Święta racja — zauważył Jason spokojnie. — A skoro uległy, musiało to nastąpić wskutek działania jakiegoś czynnika. Nie mam pojęcia jakiego. Coś jednak spowodowało, że formy życia na Pyrrusie wydały ludziom wojnę i chciałbym móc odkryć, co to takiego. Jaka była dominująca forma życia na planecie, gdy wasi przodkowie tu wylądowali?
— Nie mam pojęcia — odparł Kerk. — Czy chcesz zasugerować, że na Pyrrusie są poza ludźmi inne istoty myślące? Istoty ukierunkowujące planetę do zwalczania nas?
— Nie ja to sugeruję, tylko ty. Znaczy, że zaczynasz pojmować. Nie mam pojęcia, co spowodowało zmianę, ale bardzo bym się chciał dowiedzieć. A potem zobaczyć, czy nie da się powrócić do poprzedniego stanu. Oczywiście niczego nie mogę obiecywać. Ale zgodzisz się, że rzecz zasługuje na zbadanie.
Uderzając pięścią w otwartą dłoń i chodząc tam i z powrotem po pokoju krokiem, od którego trząsł się gmach, Kerk walczył z samym sobą. Nowe teorie ścierały się ze starymi przekonaniami. Wszystko to spadło na niego tak nagle… i było aż zbyt wiarygodne.
Nie pytając o pozwolenie Jason nalał sobie wody do szklanki i opadł wyczerpany na krzesło. Coś wpadło ze świstem przez otwarte okno robiąc dziurę w zasłonie ochronnej. Kerk ustrzelił stwora nie zatrzymując się, nie wiedząc nawet, że to uczynił.
Podjęcie decyzji nie zajęło wiele czasu. Przywykły do szybkiego działania ogromny Pyrrusanin umiał podejmować tylko szybkie decyzje. Zatrzymał się i spojrzał Jasonowi w oczy.
— Nie mówię, że mnie przekonałeś, ale nie mam gotowej odpowiedzi na twoje wywody. Więc zanim ją znajdę, będziemy działać tak, jak gdyby były słuszne. Co zatem zamierzasz zrobić, co możesz zrobić?
Jason zaczął wyliczać na palcach:
— Po pierwsze, potrzebuję dobrze chronionego miejsca, w którym mógłbym mieszkać i pracować. Żebym zamiast marnować całą energię na ochronę życia, mógł się poświęcić badaniom.
Po drugie, potrzeba mi kogoś do pomocy… a zarazem do ochrony osobistej. I to, błagam, kogoś, kto miałby większy zakres zainteresowań niż mój obecny strażnik. Proponuję Metę jako najbardziej nadającą się do tego zadania.
— Metę? — Kerk zdziwił się. — Ona jest pilotem międzyplanetarnym i operatorem ekranu obronnego, jakiż z niej może być pożytek w podobnym przedsięwzięciu?
— Ogromny. Zna inne światy i potrafi spojrzeć na te sprawy od innej strony. I z pewnością wie o planecie tyle, ile każdy wykształcony człowiek, a więc potrafi odpowiedzieć na wszystkie moje pytania. — Jason uśmiechnął się. — A poza tym jest ładna i lubię jej towarzystwo.
Kerk chrząknął.
— Właśnie się zastanawiałem, czy się zdobędziesz na to, żeby wymienić ten ostatni powód. Pozostałe powody są jednak rozsądne, nie będę więc się z tobą spierał. Postaram się o zastępstwo dla niej i każę ją tu przysłać. Mamy mnóstwo zamykanych hermetycznie budynków, które możesz wykorzystać.
Porozmawiawszy z jednym z asystentów z przyległego biura, Kerk odbył kilka rozmów przez videofon. Wydano szybko odpowiednie polecenia. Jason obserwował to wszystko z zainteresowaniem.
— Wybacz, że pytam — rzekł w końcu. — Ale czy ty jesteś dyktatorem tej planety? Wystarczy, żebyś skinął palcem, a wszyscy są gotowi na twoje rozkazy.
— Tak to wygląda — przyznał Kerk. — Ale to tylko złudzenie. Nikt nie ma całkowitej władzy na Pyrrusie, nie ma też tutaj nic takiego, co by przypominało system demokratyczny. Ostatecznie, liczba naszej ludności wynosi mniej więcej tyle, ile liczy dywizja. Każdy robi to, do czego się najbardziej nadaje. Rodzaje działalności podlegają różnym departamentom, na czele których stoją najbardziej kwalifikujące się do tego osoby. Ja kieruję Koordynacją i Zaopatrzeniem, co stanowi chyba najluźniej sprecyzowaną kategorię. Wypełniamy luki pomiędzy departamentami i zajmujemy się dostawami spoza planety.
W tej chwili weszła Meta i zwróciła się do Kerka. Zignorowała całkowicie obecność Jasona.
— Zwolniono mnie i kazano przyjść tutaj — powiedziała. Co się stało? Jakaś zmiana w rozkładzie lotów?
— Możesz to i tak nazwać — odparł Kerk. — Od tej chwili jesteś zwolniona ze wszystkich swoich dotychczasowych obowiązków i przeniesiona do nowego departamentu — Badań Naukowych. Ten oto człowiek o znękanym wyglądzie jest twoim szefem.
— To już jest jakieś poczucie humoru — rzekł Jason. — Jedyne zrodzone na Pyrrusie. Gratuluję, bo to znaczy, że jeszcze nie wszystkie nadzieje są stracone.
Meta spoglądała to na Kerka, to na Jasona.
— Nie rozumiem. Nie mogę uwierzyć. Nowy departament… po co? — Była zdenerwowana i poirytowana.
— Przepraszam cię — powiedział Kerk. — Nie chciałem robić ci przykrości! Myślałem, że przyjmiesz to spokojniej. To prawda, co powiedziałem. Jason znalazł metodę, a raczej może znaleźć metodę, która miałaby ogromną wartość dla Pyrrusa. Pomożesz mu?
Meta odzyskała zimną krew.
— Czy muszę? — zapytała nieco rozdrażniona. — Czy to rozkaz? Wiesz, że mam robotę. Na pewno zdajesz sobie sprawę, że jest ona ważniejsza od tego, co ktoś spoza planety może sobie wyobrażać. On nie potrafi naprawdę zrozumieć…
— Tak. To rozkaz. — Głos Kerka zabrzmiał znowu oschle. Meta zaczerwieniła się słysząc ten ton.
— Może ja to wytłumaczę — wtrącił się Jason. — Ostatecznie to mój pomysł. Ale najpierw chciałbym się o coś prosić. Czy możesz wyjąć z pistoletu magazynek i oddać go Kerkowi?
Na twarzy Mety pojawił się lęk, ale Kerk przytaknął z powagą. — Tylko na parę chwil, Meto. Ja mam swój pistolet, więc będziesz bezpieczna. Myślę, że wiem, co zamierza Jason, i sądząc z własnego doświadczenia uważam, że ma rację.
Meta niechętnie oddała mu magazynek i wyjęła nabój z komory pistoletu. Dopiero wtedy Jason zaczął wyjaśniać:
— Mam pewną teorię odnośnie życia na Pyrrusie i boję się, że tłumacząc ją będę musiał rozwiać twoje niektóre złudzenia. A więc po pierwsze musisz uznać fakt, że powoli przegrywacie wojnę i z czasem ulegniecie zagładzie…
Nim zdążył ukończyć zdanie, Meta szarpała jak szalona za cyngiel pistoletu wymierzonego między jego oczy. Jej twarz wyrażała nienawiść i odrazę. Nie mogła słuchać spokojnie tego, co mówił Jason. Że ta wojna, której wszyscy Pyrrusanie poświęcili swoje życie, była już stracona.
Kerk wziął ją za ramiona i posadził na swoim krześle, aby zapobiec czemuś gorszemu. Upłynęło trochę czasu, zanim zdołała się dostatecznie opanować, by móc dalej słuchać Jasona. Niełatwo znieść takie obrócenie wniwecz wszystkich życiowych przekonań. Tylko jako taka znajomość innych światów sprawiła, że Meta mogła w ogóle słuchać.
Nawet kiedy skończył mówić o tym, o czym rozmawiali z Kerkiem, oczy Mety wciąż patrzyły niedowierzająco. Siedziała pełna napięcia, wparta mocno w dłonie Kerka, jakby to jedynie one wstrzymywały ją przed rzuceniem się na Jasona.
— Może to za wiele, aby móc sobie przyswoić za jednym posiedzeniem — powiedział Jason. — Ujmijmy to zatem prościej. Ufam, że potrafimy znaleźć przyczynę tej nieustępliwej nienawiści do ludzi. Może pachniemy nie tak jak trzeba. Może odkryję esencję ze sproszkowanych pyrryjskich robaczków, która nas uodporni, jeśli się nią natrzemy. Nie wiem. Ale musimy zbadać sprawę bez względu na wyniki. Kerk jest ze mną co do tego zgodny.
Meta spojrzała na Kerka, który kiwnął głową. Skuliła się w nagłym poczuciu klęski.
— Ja… nie mogę powiedzieć, że się z tym zgadzam — rzekła szeptem — a nawet, że wszystko rozumiem. Ale pomogę ci. Jeżeli Kerk uważa, że tak trzeba.
— Tak trzeba — powiedział Kerk. — Czy mam ci teraz oddać magazynek? Nie będziesz już strzelała do Jasona?
— To było głupie z mojej strony — odparła chłodno, ładując pistolet. — Pistolet nie byłby mi potrzebny. Gdybym go musiała zabić, mogłabym to zrobić gołymi rękami.
— To bardzo miłe z twojej strony — Jason uśmiechnął się do niej. — Jesteś gotowa?
— Oczywiście. — Odgarnęła puszysty lok z czoła. — Najpierw znajdziemy ci jakieś mieszkanie. Ja sama się tym zajmę. A potem praca nowego departamentu będzie zależała już tylko od ciebie.