125745.fb2
Dalsze czytanie dziennika pokładowego nie przyniosło żadnych rewelacji. Było w nim jeszcze sporo informacji o ówczesnych formach życia zwierzęcego i roślinnego i stopniu ich śmiercionośności, a także o pierwszych sposobach obrony przed nimi. Rzeczy ciekawe historycznie, ale bez praktycznego znaczenia w obecnej chwili. Kapitanowi najwidoczniej nie przyszło go głowy, że formy życia na Pyrrusie ulegają zmianom, ponieważ sądził, iż niebezpieczne zwierzęta są nowo odkrytymi gatunkami. Nie zmienił zdania w tej sprawie aż do śmierci. Ostatni wpis do dziennika, w niecałe dwa miesiące po pierwszym zmasowanym ataku, był bardzo krótki. I zanotowany innym już charakterem pisma.
„Kapitan Kurkowski zmarł dzisiaj od ukąszenia owada. Jego śmierć wywołała powszechną żałobę.”
Powód niechęci planety do ludzi pozostawał w dalszym ciągu nie odkryty.
— Kerk musi zobaczyć ten dziennik — powiedział Jason. — Trzeba go powiadomić o postępach, jakie uczyniliśmy. Jest tu jakiś środek lokomocji? Czy pójdziemy do ratusza na piechotę?
— Oczywiście na piechotę — odparła Meta.
— Więc będziesz niosła dziennik? Przy podwójnej grawitacji strasznie trudno być dżentelmenem i nosić paczki.
Ledwie weszli do sekretariatu biura Kerka, gdy z ekranu wideofonu rozległ się przenikliwy krzyk. Minęła dłuższa chwila, nim Jason zdał sobie sprawę, że jest to mechaniczny sygnał, a nie głos ludzki.
Kerk wypadł za drzwi i pomknął w kierunku wyjścia na ulicę. Pozostali uczynili to samo. Meta wyglądała na zmieszaną. Zwrócona ku drzwiom spojrzała na Jasona.
— Co to znaczy? Wytłumacz mi. — Potrząsnął ją za ramię.
— Alarm sektorowy. Jakieś poważniejsze przerwanie obwodu. Wszyscy, prócz strażników innych sektorów obwodu, powinni się stawić na ten alarm.
— Więc idź — odparł. — Nie martw się o mnie. Poradzę sobie.
Słowa te podziałały na nią jak zwolnienie cięciwy. Meta pomknęła jak strzała, jeszcze nim skończył mówić. Jason usiadł znużony w opustoszałym biurze.
Nienaturalna cisza, jaka zapanowała w całym budynku, zaczęła działać mu na nerwy. Przysunął krzesło do ekranu wideofonu i przełączył go na odbiór. Ekran buchnął barwami i dźwiękiem. Początkowo Jason nie mógł z nich nic zrozumieć. Jedna bezwładna mieszanina twarzy i głosów. Był to aparat wielokanałowy, przeznaczony do użytku wojskowego. Na ekranie widniało kilka obrazów jednocześnie, rzędy głów lub zamglone tła, tam gdzie korzystający z videofonu opuścili pole widzenia. Wiele głów mówiło naraz, co wywołało w efekcie niezrozumiały bełkot.
Zbadawszy przyrządy regulujące i uczyniwszy kilka prób, Jason zaczął rozumieć działanie aparatu. Aczkolwiek wszystkie stacje pozostawały na ekranie przez cały czas, ich kanały dźwiękowe można było włączać i wyłączać. W ten sposób dwie albo trzy stacje mogły pracować w sprzężeniu. Pozostawały wówczas połączone ze sobą, nie tracąc jednocześnie połączenia z innymi stacjami.
Identyfikacja głosu z obrazem odbywała się automatycznie. Kiedy włączało się któryś z kanałów głosowych, odpowiadający mu obraz zaczynał błyskać czerwono. Metodą prób i błędów Jason nauczył się włączać kanały głosowe wybranych stacji i spróbował śledzić przebieg ataku.
Bardzo szybko zorientował się, że dzieje się coś niezwykłego. W jakiś sposób — nikt tego nie wyjaśnił — jeden z odcinków obwodu został przerwany i rzucono wszystkie zapasowe siły dla zamknięcia wyrwy. Operacją zdawał się dowodzić Kerk, który miał nadajnik zestrojony z wszystkimi stacjami jednocześnie. Posługiwał się nim do wydawania rozkazów. Liczne, malutkie obrazy wówczas znikały, a na ich miejsce ukazywała się jego twarz wypełniająca cały ekran.
— Do wszystkich posterunków obwodu: przysłać dwadzieścia pięć procent swojego stanu do Obszaru Dwanaście.
Malutkie twarzyczki znów się pojawiły i bełkot wzrósł, a czerwone światełka błyskały to w tym, to w innym miejscu ekranu.
— … opuścić pierwsze piętro, bomby kwasowe nie dochodzą. — Jeśli pozostaniemy, będziemy odcięci, ale główne natarcie ominęło nas od zachodniej flanki. Prosimy o posiłki.
— NIE ODPALAĆ WIELOGŁOWICOWYCH! TO NA NIC! — … zbiorniki z napalmem już prawie opróżnione. Co robić? — Macie ciężarówkę, wyślijcie ją do magazynów po uzupełnienie…
W powodzi słów tylko te ostatnie dwa urywki zdań brzmiały sensownie. Wchodząc do budynku Jason widział tabliczki nad drzwiami. Całe dolne piętro zajmowały magazyny broni. Dawało mu to szansę włączenia się do akcji.
Samo siedzenie i przyglądanie się działało na niego frustrująco. Zwłaszcza, że inni prowadzili rozpaczliwą walkę. Jason nie przeceniał swojej przydatności, ale był pewien, że o jeden pistolet nigdy nie będzie za dużo.
Zanim zwlókł się na dół i wyszedł na ulicę, turbociężarówka zdążyła zajechać przed platformę załadowczą. Dwaj Pyrrusanie, zapominając o własnym bezpieczeństwie, zaczęli wytaczać beczki napalmu. Jason bał się wkroczyć w ten wir toczącego się metalu. Stwierdził, że może się przydać przy ustawianiu ciężkich beczek na ciężarówce, a tamtym dwóm pozostawić wtaczanie. Przyjęli jego pomoc bez słowa podzięki.
Była to wyczerpująca praca, w pocie czoła: ustawianie w tej grawitacji ciężkich ołowianych bek. Po chwili Jason pracował już tylko po omacku, oślepiony czerwoną mgiełką łomocącej w skroniach krwi. Dopiero gdy ciężarówka nagle ruszyła z miejsca z impetem, a on sam został rzucony na podłogę, zdał sobie sprawę, że załadunek był ukończony. Leżał oddychając z trudem. Ciężki pojazd gnał przed siebie, ciskając nim na zakrętach o boki skrzyni. Odzyskał wzrok, lecz wciąż jeszcze miał trudności z oddechem, kiedy ciężarówka zatrzymała się w strefie walki.
Dla Jasona była to widownia niewiarygodnego zamieszania: ognie, wystrzały, ludzie biegający we wszystkie strony. Beczki z napalmem zostały wyładowane bez jego pomocy i ciężarówka odjechała po nowe. Jason oparł się o ścianę na wpół zrujnowanego budynku i próbował jakoś się w tym połapać. Ale nie mógł. Widział ogromne ilości drobnej zwierzyny; sam zabił dwa zwierzaki, które go zaatakowały. Poza tym nie mógł się zorientować, na czym polega istota samej walki.
Podszedł jakiś Pyrrusanin o pobladłej z bólu i zmęczenia smagłej twarzy. Jego prawe ramię, które stanowiło jedną żywą ranę ociekającą krwią, zwisało bezwładnie. Pokryte było świeżo nałożoną pianką chirurgiczną. W lewej ręce trzymał pistolet z urwanym kabelkiem regulującym. Jason sądził, że człowiek ten szuka pomocy lekarskiej. Nie mógł jednak bardziej się mylić.
Wziąwszy pistolet w zęby, Pyrrusanin chwycił zdrową ręką beczkę z napalmem i przewrócił ją na bok. Następnie, z pistoletem w ręku, zaczął toczyć beczkę nogami. Była to powolna i ciężka praca, lecz pozwalająca mu brać udział w walce.
Jason przepchnął się przez rozbiegany tłum i schylił nad beczką.
— Ja to zrobię — rzekł. — A ty osłaniaj nas obu ogniem z pistoletu.
Mężczyzna otarł pot z czoła wierzchem dłoni i łypnął okiem na Jasona. Zdawał się go rozpoznawać. Jego uśmiech wyglądał jak grymas bólu.
— Dobrze — odparł. — Mogę jeszcze strzelać. Dwaj półludzie… razem stanowiący całość. — Jason zbyt się mozolił, aby mógł dostrzec tę zniewagę.
Jakiś wybuch utworzył wyrwę przed nimi. Dwaj ludzie, stojący na ulicy na dnie tej jamy, jeszcze ją pogłębiali łopatami. Wszystko to wydawało się bezsensowne. W chwili gdy Jason i ranny Pyrrusanin zjawili się z beczką, kopacze wyskoczyli na wierzch i zaczęli strzelać w głąb wykopu. Jeden z nich odwrócił się. Była to młoda dziewczyna, zaledwie kilkunastoletnia.
— Chwała Obwodowi! — wysapała zdyszana. — Znaleźli napalm. Jeden z tych nowych potworów przedziera się ku Obszarowi Trzynaście, właśnie go odkryliśmy. — Mówiąc to okręciła beczkę, wyrwała czop i zaczęła wlewać napalm do jamy. Kiedy połowa zawartości wylała się z gulgotem, dziewczyna jednym kopniakiem strąciła w dół beczkę. Towarzysz dziewczyny wyrwał zza pasa flarę, podpalił i cisnął w wyrwę.
— Szybko do tyłu. One nie lubią żaru — ostrzegł.
Łagodnie powiedziane. Napalm się zajął, języki ognia i gęste kłęby tłustego dymu buchnęły w niebo. Ziemia pod stopami Jasona zadrgała i zaczęła się ruszać. Coś czarnego i długiego zakłębiło się w samym środku płomieni, następnie wygięło się hakiem ku niebu nad ich głowami. Poruszało się w samym środku żaru wstrętnymi, konwulsyjnymi ruchami. Było ogromne, co najmniej dwumetrowej grubości i nie wiadomo jakiej długości. Płomienie go nie powstrzymywały, a tylko drażniły.
Jason zdołał wyrobić sobie jakie takie pojęcie o długości stworu, kiedy nawierzchnia ulicy popękała i powyginała się na pięćdziesiąt metrów z obu stron jamy. Spod ziemi zaczęły się wydobywać ogromne kłęby cielska. Zaczął strzelać ze swego pistoletu razem z innymi. To jednak zdawało się nie wywierać żadnego skutku. Przybywali coraz to nowi i nowi ludzie z całym arsenałem rozmaitej broni. Miotacze ognia i granaty okazały się najskuteczniejsze.
— Opuścić teren, przystępujemy do saturacji. Wycofać się. Głos był tak donośny, że aż zgrzytał w uszach. Jason obejrzał się i zobaczył Kerka, który nadjechał z ciężarówkami załadowanymi ekwipunkiem. Nad głową miał umieszczony głośnik, przy ustach zawieszony mikrofon. Jego wzmocniony głos wywołał natychmiastową reakcję w tłumie, który zaczął pierzchać.
W głowie Jasona powstała wątpliwość, co robić. Opuścić teren? Jaki teren? Ruszył w stronę Kerka i nagle zdał sobie sprawę, że wszyscy Pyrrusanie podążają w przeciwnym kierunku. Mimo podwójnej grawitacji poruszali się dość żwawo.
Jason poczuł się obnażony jak człowiek, który został sam na scenie. Stał na środku ulicy, podczas gdy inni znikli. Nie było żywej duszy, tylko ranny, któremu Jason pomógł. Pyrrusanin ruszył potykając się i machając zdrową ręką w jego stronę. Jason nie mógł zrozumieć jego słów. Kerk wykrzykiwał rozkazy z jednej z ciężarówek. One też zaczęły się poruszać. Pojąwszy nagle sytuację, Jason zaczął biec. Było za późno. Ze wszystkich stron ziemia wybrzuszała się, pękała, w miarę jak coraz dalsze sploty podziemnego stworu wydostawały się na powierzchnię. Ocalenie było tuż. Tylko że Jasona dzielił od niego wielki łuk oblepionej ziemią szarości.
Bywają sekundy, które zdają się trwać wiecznie. Chwile subiektywnego czasu rozciągnięte w nieskończoność. Właśnie teraz była taka chwila. Jason stał jak skamieniały. Nawet kłęby dymu w górze zastygły w bezruchu. Jason miał przed oczyma wielką pętlę nieznanej formy życia i widział każdy szczegół jak na dłoni.
Gruba na chłopa, pożyłkowana i szara jak stara kora. Ze wszystkich jej części wystawały blade i skręcone odrostki, które wiły się wężowym ruchem. Ukształtowana jak roślina, a zarazem poruszająca się jak zwierzę i pękająca, rozszczepiająca się. To było najgorsze.
Ukazały się szczeliny i otwory. Rozszczepione, rozwarte paszcze, które wyrzucały z siebie całe hordy bezbarwnych zwierzątek. Jason słyszał ich przeszywające piski. Ujrzał paszczęki pełne zębów na kształt igieł.
Paraliżował go lęk przed nieznanym. Zginąłby z pewnością. Kerk grzmiał na niego przez głośnik, inni strzelali do atakującego stworu. Jason nic o tym nie wiedział.
Nagle poleciał w przód, pchnięty twardym jak skała ramieniem. Ranny Pyrrusanin trwał wciąż u boku Jasona, próbując go uratować. Ściskając pistolet zębami, ciągnął Jasona zdrową ręką. Ku stworowi. Inni przestali strzelać. Pojęli jego plan, a był to dobry plan.
Stwór był wygięty łukiem w górę, pozostawiając wolne miejsce pomiędzy swym ciałem a ziemią. Ranny zaparł się stopami i napiął mięśnie. Jedną ręką uniósł Jasona w górę i cisnął nim pod żywy łuk. Ruchome odrostki smagnęły ogniem twarz koziołkującego Jasona, który po chwili znalazł się po drugiej stronie. Ranny Pyrrusanin skoczył za nim.
Ale już było za późno. Tylko jeden człowiek miał szansę się przedostać. Pyrrusanin mógł to łatwo zrobić sam, pchnął jednak najpierw Jasona. Stwór zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje, gdy Jason otarł się o jego odrostki. Łuk opadł, miażdżąc rannego swoim ciężarem. Pyrrusanin znikł omotany odrostkami, wśród których zaroiło się od zwierzątek. Musiał zacisnąć języczek spustowy swego pistoletu na ogień ciągły, ponieważ broń długo jeszcze strzelała, gdy jej właściciel już nie żył.
Jason się czołgał. Rzuciło się ku niemu kilka zwierząt z obnażonymi kłami, ale padły od kul. On jednak nic o tym nie wiedział. Potem schwyciły go czyjeś ręce i pociągnęły naprzód. Uderzył całym ciałem o bok ciężarówki i ujrzał twarz Kerka tuż przy swojej, czerwoną i gniewną. Potężna pięść schwyciła go z przodu za ubranie i Jason został uniesiony w górę i wstrząśnięty jak wór szmat. Nie protestował i nie mógłby zaprotestować, choćby nawet Kerk miał go zabić.
Kiedy padł ciśnięty na ziemię, ktoś podniósł go i wrzucił do ciężarówki. Jason nie stracił przytomności, gdy ciężarówka skacząc po nierównościach gruntu ruszyła z miejsca, a mimo to nie mógł się poruszyć. Za chwilę zmęczenie minie, a wtedy zdoła usiąść. Nic mu nie jest, to tylko zmęczenie. W chwili gdy to pomyślał, zemdlał.