125745.fb2
— Jak za dawnych czasów — rzekł Jason na widok Brucca, który przyniósł mu tacę z jedzeniem. Brucco bez słowa obsłużył Jasona i innych rannych w pokoju i wyszedł. — Dzięki! — krzyknął za oddalającym się Jason.
Żart, skrzywienie ust w uśmiechu, wszystko jak dawniej. Ale jego usta, gdy się uśmiechały i wypowiadały żart, były czymś na kształt zewnętrznej okleiny. Czymś, co żyło własnym życiem. Był cały odrętwiały. Ciało miał sztywne, a przed oczami ów łuk wrogiego stworu, który opada i dusi jednorękiego Pyrrusanina milionem parzących palców.
Czuł się, jakby sam znalazł się pod tym łukiem. Bo czyż ranny nie zajął jego miejsca? Jason dokończył jedzenia roztargniony, nie zdając sobie sprawy, że je.
Trwało to bez przerwy od owego ranka, kiedy odzyskał świadomość. Wiedział, że to on powinien był zginąć na tej zrytej podczas walki ulicy. To on powinien był stracić życie za to, że popełnił błąd sądząc, iż może pomóc walczącym Pyrrusanom. A nie tylko plątać się i przeszkadzać. Gdyby nie Jason, człowiek ranny w rękę leżałby teraz tutaj pod bezpiecznym dachem budynku reorientacyjnego. Jason wiedział, że leży w łóżku, które należało się tamtemu. Człowieka, który oddał za niego życie. Człowieka, którego imienia nawet nie znał.
W jedzeniu były proszki nasenne i Jason zasnął. Opatrunki wyciągały ból i zasklepiały rany od oparzeń na twarzy. Kiedy się ponownie zbudził, odzyskał całkowicie poczucie rzeczywistości.
Zginął człowiek, aby on, Jason, mógł żyć. To fakt nieodwracalny. I choćby Jason nie wiem jak tego pragnął, nie zdoła owego człowieka przywrócić do życia. Może jednak sprawić, aby jego śmierć nie poszła na marne. O ile w ogóle czyjaś śmierć może się opłacać… Zmusił się, aby o tym nie myśleć.
Wiedział, co musi zrobić. Jego zadanie nabrało teraz jeszcze większej wagi. Jeżeli tylko zdoła rozwikłać zagadkę tej zabójczej planety, zdoła choć w części spłacić dług, jaki zaciągnął.
Usiadł, ale pod wpływem wysiłku zakręciło mu się w głowie. Musiał przytrzymać się krawędzi łóżka i zaczekać, aż zawrót głowy nieco minie. Leżący z nim w pokoju pacjenci nie zwracali nań uwagi, gdy zaczął wolno i z wysiłkiem wciągać na siebie ubranie. Wszedł Brucco, popatrzył i wyszedł bez słowa.
Ubranie się zajęło Jasonowi dużo czasu. Na zewnątrz zastał czekającego już na niego Kerka.
— Kerku, chciałem ci powiedzieć…
— Nie mów nic! — zadudnił głos Kerka, odbijając się grzmotem od ścian. — To ja ci coś powiem i skończmy z tym raz na zawsze. Jesteś na Pyrrusie osobą niepożądaną, Jasonie dinAlt, nie chcemy tu ani ciebie, ani twoich cennych a nierealnych pomysłów. Dałem się raz przekonać twemu przewrotnemu językowi. Pomagałem nawet kosztem ważniejszych spraw. Powinienem był wiedzieć, do czego może doprowadzić twoja „logika”. A teraz przekonałem się naocznie. Welf zginął, abyś ty mógł żyć. A był dwakroć wartościowszy, niż ty kiedykolwiek będziesz.
— Welf? Tak się nazywał? — zapytał Jason więznącym w gardle głosem. — Nie wiedziałem…
— Nawet nie wiedziałeś. — Grymas wściekłości rozchylił wargi Kerka. — Nie znałeś nawet jego imienia, a on mimo to złożył życie w ofierze, abyś mógł nadal wieść swoją marną egzystencję.
Splunął z obrzydzeniem i wielkimi krokami ruszył w stronę śluzy. Potem, jakby po namyśle, odwrócił się jeszcze raz do Jasona.
— Zostaniesz tu, w zamkniętym kompleksie, aż do odlotu statku, to znaczy jakieś dwa tygodnie. Wtedy opuścisz planetę i nigdy tu nie wrócisz. A jeśli wrócisz, z miejsca cię zabiję. Z rozkoszą. — Wszedł do śluzy.
— Zaczekaj! — krzyknął Jason. — Nie możesz postępować tak pochopnie. Nawet nie widziałeś materiałów, które odkryłem. Zapytaj Mety.
Drzwi śluzy zamknęły się za Kerkiem z łoskotem.
Sprawa przybrała idiotyczny bez mała obrót. Niedawne uczucie daremnej rozpaczy zaczął wypierać gniew. Traktowano go jak nieodpowiedzialne dziecko, ignorując wagę odkrycia dziennika pokładowego.
Jason odwrócił się i wtedy zobaczył, że za nim stoi Bruceo. — Słyszałeś, co mi powiedział? — zapytał.
— Tak. I całkiem się z nim zgadzam. Masz szczęście.
— Szczęście! — Teraz z kolei rozgniewał się Jason. — Szczęście, że jestem traktowany jak niedorozwinięte dziecko, że się pogardza wszystkim, co robię…
— Powiedziałem: masz szczęście — powtórzył oschle Brucco. — Welf był jedynym ocalałym synem Kerka. Kerk wiązał z nim wielkie nadzieje, przygotowywał go na swojego następcę. — Już odchodził, ale Jason krzyknął za nim:
— Czekaj! Ogromnie mi przykro z powodu tego, co się stało z Welfem. Choć nie wiedziałem, że był synem Kerka. Ale to przynajmniej tłumaczy, czemu Kerk chce mnie stąd wyrzucić… razem z materiałami, które odkryłem. Dziennikiem pokładowym statku…
— Wiem. Widziałem ten dziennik — przerwał mu Brucco. — Meta go tu przyniosła. Bardzo ciekawy dokument historyczny.
— I to wszystko, co w nim dostrzegłeś? A znaczenie zmian na waszej planecie uszło twojej uwagi?
— Wcale nie uszło — odparł Brucco krótko. — Ale nie mogę pojąć, jaki to może mieć związek z dniem dzisiejszym. Przeszłości nie da się zmienić, a teraźniejszość nakazuje walkę. Ta zaś pochłania wszystkie nasze siły.
Jason poczuł się bezsilny. Gdziekolwiek się zwracał, wszędzie napotykał mur obojętności.
— Jesteś człowiekiem inteligentnym, Brucco… a mimo to widzisz tylko koniec własnego nosa. Przypuszczam, że to nieuniknione. Ty i pozostali Pyrrusanie jesteście według ziemskich standardów nadludźmi. Mocni, bezwzględni, niepokonani, szybcy. Wszędzie dalibyście sobie radę. Byliby z was doskonali teksańscy albo kanadyjscy policjanci konni lub też zwiadowcy wenusjańscy — jacykolwiek mityczni wojownicy pogranicza. I moim zdaniem tam właśnie pasujecie. Do historii. Na Pyrrusie ludzkość doszła do krańców przystosowalności, gdy chodzi o wyrobienie mięśni i refleksu. Ale nie tędy droga. Tym, co wydobyło ludzkość z jaskiń i pchnęło ku gwiazdom, był mózg. Kiedy zaczynamy znów myśleć mięśniami, wracamy z powrotem do tych jaskiń. Bo czymże wy, Pyrrusanie, naprawdę jesteście? Kupą jaskiniowców, którzy zabijają zwierzęta kamiennymi toporkami. Czy kiedykolwiek zastanawiacie się, skąd się tu wzięliście? Co tu robicie? Dokąd zdążacie?
Jason musiał wracać, był bowiem wyczerpany i brakło mu tchu. Brucco tarł brodę w zamyśleniu.
— Jaskinie? — rzekł. — Ależ my nie mieszkamy w żadnych jaskiniach ani nie używamy kamiennych toporków. Zupełnie cię nie rozumiem.
Jason nie mógł się rozgniewać ani nawet czuć rozgoryczenia. Chciał odpowiedzieć, ale tylko się roześmiał. Bardzo niewesoły był to śmiech. Nie miał sił na dalsze tłumaczenia. Trafił na ten sam kamienny mur, co w przypadku innych Pyrrusan. Oni rządzili się logiką chwili. Nie interesowali się przeszłością ani przyszłością, nie chcieli niczego poznawać ani czegokolwiek zmieniać.
— Jak tam bitwa na obwodzie? — spytał w końcu, pragnąc zmienić temat.
— Skończona. Albo dobiega końca. — Brucco entuzjastycznie zademonstrował stereoskopy z walki. Nie zauważył nawet dreszczu zgrozy, który przeszył Jasona. — To najpoważniejsze od lat przerwanie obwodu, ale na szczęście zorientowaliśmy się w porę. Strach myśleć, co by się stało, gdyby wykryto niebezpieczeństwo dopiero po kilku tygodniach.
— A co to za stwory? — spytał Jason. — Jakieś monstrualne węże czy co?
— Głupstwa gadasz — parsknął Brucco. Postukał stereoskop palcem. — Korzenie. I to wszystko. Ogromnie zmodyfikowane, ale mimo to korzenie. Przedarły się pod zaporą obwodu i to na większej głębokości niż cokolwiek dotąd. Same w sobie nie stanowią istotnej groźby, ponieważ mają bardzo niewielką zdolność poruszania się. Wkrótce po odcięciu zamierają. Są niebezpieczne, ponieważ… wykorzystuje się je jako tunele. Wewnątrz są drążone i w tych wydrążeniach żyje z nimi w czymś w rodzaju symbiozy kilka gatunków zwierząt. Teraz, kiedy wiemy, czym są, możemy mieć się przed nimi na baczności. Niebezpieczeństwo polegało na tym, że mogły całkowicie podkopać obwód i to ze wszystkich stron naraz. Niewiele wówczas mielibyśmy do zrobienia.
Krawędź zniszczenia. Życie na wulkanie. Pyrrusanom sprawiał satysfakcję każdy dzień, który nie skończył się totalnym unicestwieniem. Próżno byłoby starać się zmienić to ich nastawienie. Jason wziął dziennik pokładowy statku POLLUX VICTORY z pomieszczeń Brucca i zabrał do swego pokoju. Ranni Pyrrusanie zignorowali go, gdy padł na swoje łóżko i otworzył dziennik na pierwszej stronie.
Przez dwa dni nie opuszczał pokoju. Ranni wkrótce odeszli i miał pokój wyłącznie dla siebie. Strona po stronie przeczytał cały dziennik, aż poznał wszystkie szczegóły osiedlenia się na Pyrrusie. Rósł stos notatek i odsyłaczy. Jason zrobił dokładny plan pierwotnego osiedla, porównał z obecnym. Wcale się nie pokrywały.
Znalazł się w ślepej uliczce. Kiedy przyłożył jeden plan do drugiego, podejrzenia stały się boleśnie jasne. Opis fizycznego ukształtowania terenu w dzienniku był bardzo dokładny. Miasto zostało najwyraźniej przeniesione w inne miejsce. Wszelka dokumentacja musiała się znajdować w bibliotece… a to źródło zostało już wyczerpane. Pozostałe dokumenty albo porzucono, albo dawno uległy zniszczeniu.
Nad głową Jasona deszcz siekł w grube szyby okna, które nagle rozjaśniło się błyskawicą. Niewidoczne wulkany wznowiły aktywność i podłoga wibrowała od podziemnych wstrząsów.
Siedział przygarbiony, przytłoczony widmem klęski, które jeszcze bardziej przyciemniało i tak już chmurne niebo.