125814.fb2
Błysk srebra na drodze w odległości mniej więcej mili wyrwał Gregga z marzeń. Ściągnął lejce zatrzymując bryczkę i wyjął z kieszeni marynarki, która leżała obok niego na drewnianej ławeczce, mały oprawny w skórę teleskop. Rozsunął go przy akompaniamencie szczęknięć, podniósł do oka i skrzywił się nieznacznie czując ostry, dojmujący ból w łokciach. Był wczesny ranek i mimo upału Gregg miał jeszcze kości zesztywniałe po nocy.
Słońce zaczynało już prażyć ziemię wprawiając dolne warstwy powietrza w niespokojne drganie, teleskop przekazywał obraz płynny, odbarwiony. Widać było młodą kobietę w srebrnej sukni, prawdopodobnie Meksykankę; Gregg opuścił przyrząd, otarł pot z czoła i usiłował zrozumieć coś z tego, co właśnie zobaczył. Kobieta ubrana na srebrno stanowiłaby rzadki widok wszędzie, nawet w najbardziej zbytkownych salonach Sacramento, ale ukazanie się kogoś takiego na drodze, samotnie, trzy mile na północ od Copper Cross stanowiło wydarzenie, na które Gregg zupełnie nie był przygotowany. Zwłaszcza że pięć minut temu przekroczył niskie pasmo wzgórz, z którego roztaczał się rozległy widok, i mógłby przysiąc, że droga była pusta.
Raz jeszcze spojrzał przez teleskop. Kobieta stała w miejscu i rozglądała się dokoła jak ktoś, kto zabłądził, co też zdziwiło Gregga. Oczywiście, że obcy przybysz z łatwością mógłby się zgubić w tej części południowej Arizony, ale przecież powinna się była zorientować, że zgubiła drogę, na długo nim się dostała do Copper Cross. Nie rozglądałaby się po monotonnym krajobrazie, jakby to było dla niej coś zupełnie nowego.
Gregg zlustrował teren w poszukiwaniu powozu, zbiegłego czy okulawionego konia, słowem czegoś, co by tłumaczyło obecność kobiety. Jego uwagę przyciągnęła smuga kurzu towarzysząca dwóm odległym punktom — jeźdźcom widocznym na wschodnim odgałęzieniu drogi wiodącym ku ranczu Portfielda — i przez chwilę myślał, że znalazł rozwiązanie zagadki. Zdarzało się, że Josh Portfield przywoził sobie ze swoich zagranicznych wypadów dziewczyny, i porzucenie zdobyczy gdzieś w szczerym polu, jeśli się okazała nie dość dobra, byłoby w jego stylu. Ale po dokładniejszym przyjrzeniu się jeźdźcom Gregg stwierdził, że zbliżają się do głównego szlaku i że najprawdopodobniej nie zdają sobie sprawy z obecności kobiety. Pojawienie się mężczyzn dało mu dodatkowo do myślenia; ich drogi muszą się nieuchronnie skrzyżować.
Gregg nie był człowiekiem ostrożnym z natury i przez pierwsze czterdzieści osiem lat życia niemal rozmyślnie pchał się na oślep w każdą niebezpieczną sytuację, ufny we własny instynkt samozachowawczy i szybki refleks, które go zawsze ratowały z opresji (jeśli w nią przypadkiem popadł). Ta właśnie filozofia kazała mu przyjąć na siebie rolę nieoficjalnego stróża porządku i postawiła go w pewne upalne popołudnie tamtego niemiłosiernie gorącego lata wobec zadania ponad siły: należało uspokoić Josha Portfielda i jego czterech awanturujących się pijanych kompanów. Gregg wyszedł z tego z kontuzją rąk i nowym zwyczajem planowania każdego posunięcia z namysłem godnym mistrza szachowego.
Obecna sytuacja wydawała się niegroźna, ale jak na jego gust zawierała zbyt wiele nieznanych elementów. Wziął dubeltówkę z dna bryczki, załadował w nią dwa grzechoczące głucho naboje i odwiódł kurki. Przeklinając sztywność własnych rąk wsunął broń w pętlę z surowej skóry przybitą pod siedzeniem. Była to praktyka niezbyt godna pochwały i urządzenie niebezpieczne, szczególnie dla kogoś, kto by zechciał jechać obok, ale przecież gdyby okaza-ł przyjazne czy przynajmniej nie nadmiernie wrogie zamiary, można go było ostrzec.
Szarpnął lejcami i koń wyrwał do przodu, a lśniące plamy na jego bokach zamigotały. Gregg wbił wzrok przed siebie i zobaczył, jak dwaj jeźdźcy przecinają odgałęzienie drogi i zatrzymują się przy błysku srebrzystego ognia, jakim wydała się teraz oglądana gołym okiem kobieta. Miał w jej imieniu nadzieję, że ci dwaj to jedni z przyzwoitszych pracowników Josha, dzięki którym jego ranczo jakoś funkcjonowało, a nie uczestnicy jego nocnych wypadów. Obserwując dalej tę scenę zauważył, że jeźdźcy ani nie zsiadają z koni, ani ich nie zatrzymują, lecz siedząc w siodłach wolno zataczają wokół kobiety coraz mniejsze kręgi. Z tego faktu wywnioskował, że jego nadzieje były płonne, i poczuł w żołądku przykry niepokój. Dawniej, przed kontuzją rąk, zaciąłby pewnie konia i zmusił go do galopu; dziś w pierwszym odruchu miał ochotę zawrócić. W rezultacie wybrał kompromis: pozwolił bryczce toczyć się niespiesznie, w nadziei, że nie zostanie zamieszany w sprawę.
Kiedy się zbliżył do kobiety, stwierdził, że nie ma na sobie — jak pierwotnie sądził — mantyli, tylko dziwną szatę z kapturem naciągniętym na głowę. Okrążona przez jeźdźców, miotała się to w jedną, to w drugą stronę. Gregg przeniósł uwagę na mężczyzn i ze zgrozą rozpoznał w nich Wolfa Caleya i Siggy'ego Sorensona. Siwe włosy i biała broda Caleya nie licowały z apetytami i instynktami młodego barbarzyńcy, jakimi się odznaczał; jak zwykle miał zatkniętego za pas starego Trantora kaliber 54. Szwed Sorensen, potężnie zbudowany trzydziestoletni eks-górnik, nie miał przy sobie strzelby, ale było to bez znaczenia — w jego potężnym ciele czaiła się śmiercionośna siła broni palnej. Obaj należeli do tej grupy ludzi, którzy przed dwoma laty dali Greggowi nauczkę za to, że miesza się w sprawy Portfielda. Udawali, że nie widzą nadjeżdżającego, i dalej krążyli wokół kobiety, od czasu do czasu wychylając się z siodeł i usiłując zerwać jej z głowy kaptur. Gregg zatrzymał bryczkę o kilka kroków od nich.
— Widzę, że się dobrze bawicie, chłopcy — zagadnął ich od niechcenia.
W tej samej chwili kobieta obróciła się ku niemu i Gregg dostrzegł jej pociągłą, bladą, przestraszoną twarz. Pod wpływem nagłego ruchu niezwykła srebrna szata przylgnęła do jej ciała i Gregg z przerażeniem stwierdził, że jest w zaawansowanej ciąży.
— Spływaj, Billy — powiedział obojętnie Caley nie odwracając nawet głowy.
— Wydaje mi się, że powinniście zostawić panią w spokoju.
— A mnie się wydaje, że musisz lubić odgłos łamania własnych kości — odparł Caley. Znów sięgnął do kaptura kobiety, która uchyliła się przed jego ręką.
— Dość tego, Wolf. — Gregg spojrzał na ofiarę. — Ogromnie mi przykro. Jeśli się pani wybiera do miasta, mogę panią podwieźć.
— Do miasta? Podwieźć? — Miała niski głos i bardzo dziwny akcent. — Czy pan jest Anglikiem?
Zanim Caley wmieszał się do rozmowy, Gregg zdążył się jeszcze zdziwić, że biorą go za Anglika, a nie za Amerykanina tylko na tej podstawie, że mówi po angielsku.
— Ty się nie wtrącaj, Billy — powiedział Caley. — Już my wiemy, jak się obchodzić z Meksykanami, którzy się przekradają przez granicę.
— Ona nie jest Meksykanką.
— A kto cię pyta? — ze złością powiedział Caley, sięgając do kolby Trantora.
Sorensen zawrócił konia, podjechał do bryczki i zajrzał do jej tylnej części. Oczy mu się rozszerzyły, kiedy zobaczył zakopane w słomę ogromne gąsiory.
— Hej, popatrz no, Wolf! — zawołał. — Pan Gregg wiezie do miasta całą partię swojej najlepszej pulgue. Urządzimy sobie tu zaraz wszyscy wspaniałą bibę.
Caley natychmiast obrócił się ku niemu; na jego brodatej twarzy malował się niemal błogi wyraz.
— Dawaj tu jedną z tych skorup.
Gregg wsunął prawą rękę pod siedzenie bryczki.
— Będzie cię to kosztowało osiem pięćdziesiąt.
— Nie mam zamiaru płacić osiem pięćdziesiąt za byle sok z kaktusa. — Caley potrząsnął głową, popędził konia i znalazł się koło bryczki, dokładnie na wysokości poprzecznej ławeczki.
— Tyle płaci mi Whaley, ale powiem wam, co zrobimy — rzekł spokojnie Gregg. — Dam każdemu po gąsiorku na kredyt i wy tu sobie popijecie, a ja zabiorę panią do miasta. Musiała zabłądzić i… — przerwał widząc, że zupełnie niewłaściwie ocenił nastrój Caleya.
— A ty sobie wyobrażasz, że kim jesteś? — warknął tamten. — Jakim prawem gadasz do mnie jak do dzieciaka! Gdyby to ode mnie zależało, wykończyłbym cię już wtedy dwa lata temu, Gregg. A właściwie… — Caley ściągnął usta, tak że tworzyły jedynie żółty punkt na tle białej brody, a jego porcelanowo-błękitne oczy zalśniły pod wpływem nagłej myśli. Otwarcie trzymał teraz rękę na kolbie Trantora i chociaż go nie wyciągnął, to jednak kciukiem zdołał odwieść kurek.
Gregg rozejrzał się po wibrującym, cichym krajobrazie, popatrzył na bezosobową dekorację Sierra Madre; wiedział, że pozostała mu być może już tylko jedna sekunda na podjęcie decyzji i działanie. Caley nie znajdował się dokładnie na linii strzału ukrytej dubeltówki i siedząc na koniu był znacznie ponad poziomem lufy, ale Gregg nie miał wyboru. Z trudem zgiąwszy zesztywniały staw łokcia zdołał sięgnąć do spustu i mocno go nacisnąć. W ostatnim momencie Caley pojął, co się święci, i próbował uskoczyć w bok. Huknął strzał i zwarta wiązka śrutu rozdarła mu but tuż powyżej kostki, a następnie wyryła krwawy ślad w końskim zadzie. Przerażone zwierzę wytrzeszczając ślepia stanęło dęba w obłoku czarnego dymu i runęło na bok z Caleyem w siodle. Gregg usłyszał koszmarny trzask łamanej grubej kości, a zaraz potem krzyk.
— Nie! — wrzasnął Sorensen z grzbietu swojej klaczy, która poniosła. — Nie strzelaj! — Spiął konia ostrogami, ujechał z pięćdziesiąt jardów i zatrzymał się z rękami w górze.
Gregg patrzył na niego przez chwilę ogłupiały, zanim zdał sobie sprawę, że — na skutek hałasu, dymu i ogólnego zamieszania — Szwed nie ma pojęcia ani co się stało, ani że jego przeciwnik jest w tej chwili bezbronny. Nieustanne ryki Caleya za każdym razem, gdy jego powalony koń usiłował się go pozbyć, utrudniały Greggowi myślenie. Zagadkowa kobieta stał z twarzą ukrytą w dłoniach.
— Nie ruszaj się! — Gregg krzyknął do Sorensona, a następnie zwrócił się do kobiety. — Proszę, niech pani wsiada, najlepiej będzie, jak się stąd oddalimy.
Zaczęła gwałtownie dygotać, ale nie ruszyła się z miejsca. Gregg zeskoczył na ziemię, wyjął podwieszoną dubeltówkę, podszedł do kobiety i pociągnął ją w stronę bryczki. Szła ulegle i pozwoliła podsadzić się na ławeczkę. Gregg usłyszał tuż za sobą tętent kopyt, a kiedy się odwrócił, zobaczył, że koń Caleya uwolnił się i rwie galopem na wschód, w kierunku rancza Porfielda. Caley leżał trzymając się za złamane udo. Przestał krzyczeć i jak gdyby odzyskał panowanie nad sobą. Gregg podszedł do niego, ukląkł i na wszelki wypadek wyjął mu zza pasa ciężki pięciostrzałowy pistolet z odwiedzionym kurkiem.
— Masz szczęście, że nie wypalił — powiedział zwalniając ostrożnie kurek i wsuwając broń za własny pasek. — Postrzelona noga to jeszcze nie jest najgorsze, co może się przytrafić mężczyźnie.
— Ty już jesteś trup, Gregg — powiedział Caley słabym głosem, spokojnie, z zamkniętymi oczyma. — Josh jest teraz daleko… ale niedługo wróci i… przyprowadzi mi cię… żywego… i ja…
— Oszczędzaj tchu — poradził mu Gregg nie zdradzając się z wątpliwościami co do własnej przyszłości. — Josh z pewnością uważa, że jego ludzie sami powinni sobie radzić. — Wrócił do bryczki, wdrapał się na siedzenie i usiadł obok pochylonej, odzianej na srebrno postaci.
— Zawiozę teraz panią do miasta — powiedział. — Ale to wszystko, co mogę dla pani zrobić. Dokąd się pani wybiera?
— Wybiera? — Słowo było jej wyraźnie obce i Gregg nie miał wątpliwości co do tego, że angielski nie jest jej rodzimym językiem, chociaż nie wydała mu się ani Hiszpanką, ani Meksykanką.
— Tak. Dąkąd pani jedzie?
— Ja nie mogę jechać do miasta.
— Dlaczego?
— Książę by mnie tam znalazł. Nie mogę jechać do miasta.
— Hę? — Gregg szarpnął lejcami i bryczka ruszyła. — Czy chce pani powiedzieć, że z jakiegoś powodu jest pani ścigana? Zawahała się.
— Tak:
— To przecież nie może być nic poważnego, a poza tym ten ktoś musi mieć wzgląd na pani…
Kiedy Gregg męczył się nad doborem słów, kobieta zsunęła z głowy kaptur ręką, która drżała w dalszym ciągu w sposób dostrzegalny. Miała dwadzieścia kilka lat, złociste włosy i białą cerę wskazującą na miejskie pochodzenie. Był pewien, że w normalnych warunkach jest śliczna, ale pod wpływem strachu, szoku, a może i wyczerpania jej twarz wydawała się martwa, a szare oczy miały wyraz zaszczucia.
— Pan musi być dobrym człowiekiem — rzekła wolno. — Gdzie pan mieszka?
— Jakieś trzy mile stąd w tamtej stronie.
— Czy pan mieszka sam?