125917.fb2 Przesiadka W Piekle - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 14

Przesiadka W Piekle - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 14

Pomógł jej domknąć ciężkie drzwi. Potem z niecierpliwością rozerwał cienki papier.

„Kierownictwo Tyson House Museum ma zaszczyt zaprosić Pana na uroczysty bankiet, który odbędzie się w czwartek po południu. Obowiązują stroje wieczorowe. Z poważaniem…” – Tu następował zamaszysty, ale nieczytelny podpis.

„Po południu” – wzruszył ramionami – „nawet nie raczyli podać godziny”. To była pierwsza myśl. Tyson House? Nigdy nie słyszał o takim muzeum. Czyżby to miało jakiś związek z jego obrazami? Megalomania… Jeszcze raz przebiegł oczami tekst, ale pokryta drukiem kartka nie zawierała żadnego wyjaśnienia.

* * *

Wielki staromodny gmach muzeum w niczym nie przypominał przybytku nowoczesnej sztuki. Być może, opiewający rewolucję w architekturze lat dwudziestych minionego stulecia, Reyner Banham uznałby go za krok milowy w budownictwie tamtego okresu, ale była to już zamierzchła przeszłość i Fargo nie mógł otrząsnąć się z wrażenia, że ktoś popełnił pomyłkę. Podejrzenie to przybrało na sile, kiedy wszedł do rozległego holu. Portier w liberii zerknął na zaproszenie i wskazał mu drogę, mówiąc, że część oficjalna już się zaczęła.

– Na tym świstku nie było nawet godziny. – Fargo czuł się wyjątkowo źle w pożyczonym od kolegi smokingu.

Odpowiedział mu tylko kolejny ukłon.

– Czy nikt nie zostawił dla mnie żadnej wiadomości?

– Nie, proszę pana.

Mocno zdenerwowany, ruszył schodami pokrytymi czerwonym dywanem. Przed ogromnymi, dwuskrzydłowymi drzwiami nie było nikogo z obsługi. Niepewnie rozejrzał się wokół i po chwili wahania szybko wślizgnął do środka. Bezszelestnie domknął drzwi, podniósł głowę i skamieniał, opierając się plecami o rzeźbione drewno. Z wysokiej na kilka kondygnacji, przestronnej sali usunięto wszystkie sprzęty. Powstałą w ten sposób wolną przestrzeń zapełniało może sto, może dwieście osób – mężczyźni w nieskazitelnych smokingach i kobiety w długich, wieczorowych toaletach. Na środku, przy niewielkiej mównicy nobliwie wyglądający starszy pan mówił coś o roli, jaką Tyson House Museum i cała fundacja Tysona odegrała w akcjach dobroczynnych. Ale nie to było dziwne. Fargo znał większość obecnych, oczywiście nie bezpośrednio. Było tu wielu polityków, w tym kilku bardzo znanych, biznesmenów, prezenterów telewizyjnych, aktorów, pisarzy… Większość twarzy pojawiała się w telewizji czy w gazetach.

„Cholera, co ja tu robię?” – przemknęło mu przez głowę. – „Kto mógł mnie zaprosić?”

Ponieważ w dalszym ciągu nikt się nim nie interesował, ruszył na dyskretny obchód sali. Ludzie stali wokół, usiłując ukryć znudzenie. Co chwilę ktoś zerkał ukradkiem na zegarek, jakby chciał się upewnić, ile czasu zostało do rozpoczęcia części nieoficjalnej. Znał doskonale tę atmosferę ze wszystkich uroczystości, w jakich brał udział na uczelni. Z boku dobiegł go cichy szept. Odwróciwszy głowę zobaczył dwóch mężczyzn stojących pod ścianą.

– Nie wytrzymam do bankietu – mówił młodszy. – Tego nie da się zdzierżyć na trzeźwo.

Starszy, może sześćdziesięcioletni, kiwał głową z dyskretnym uśmiechem.

– Jakiś kelner podaje ukradkiem whisky w korytarzu – ciągnął pierwszy. – Dałem mu pięć funtów za dwie szklaneczki, ale drań nie chciał sprzedać więcej – wzruszył ramionami. – Idę… Może gdzie indziej coś znajdę.

Kiedy odszedł, jego miejsce zajął potężnie zbudowany facet o twarzy buldoga.

– Piłeś – szepnął starszy mężczyzna.

– Skąd pan wie, szefie?

– Słyszałem o tym kelnerze. Ile tym razem dostał?

– Tylko raz – wyraźnie przestraszony atleta odruchowo masował pięść. – Naprawdę tylko raz i to nie w mordę, ale czysto, w splot.

– Ciszej – uspokajający gest przerwał tamtemu. – Zawołaj Harolda.

Fargo nie zdążył opuścić wzroku, kiedy starszy pan odwrócił głowę. Ich oczy spotkały się na wystarczająco długą chwilę, żeby tamten zdążył się uśmiechnąć. Powoli zrobił kilka kroków.

– Paul Keldysh – przedstawił się. – Lynn Fargo, nieprawdaż? Mógłbym prosić o chwilę rozmowy? To przemówienie nie jest chyba dla pana specjalnie interesujące?

– Nie bardzo…

– W takim razie chodźmy.

Keldysh lekkim ruchem uchylił skrzydło ciężkich drzwi, przepuszczając go przodem.

– Tędy – wskazał schody. – To ja pozwoliłem sobie zaprosić pana tutaj.

Mówił miłym, głębokim głosem, znamionującym pewność siebie. Bardzo wyraźnie akcentował każde słowo. Musiał być kiedyś zawodowym aktorem albo ktoś szkolił go w technice budzenia sympatii do siebie.

– Jestem znany ze swoich dziwactw, do których można zaliczyć również bywanie na tego typu imprezach – ciągnął. – Nie jest to jednak wyłączny powód, dla którego ośmieliłem się ściągnąć tu pana. Ale o tym później.

– Nie wygląda pan na człowieka, którego interesuje nowoczesna sztuka – odparł Lynn. – Przepraszam, jeśli…

– Nie ma pan za co przepraszać. Tak jest w istocie. – Keldysh rozłożył ręce. – Charakter pańskich studiów nie ma nic wspólnego z naszym spotkaniem.

– A co ma? – wypalił bezmyślnie.

Znowu miły uśmiech, którego autentyzm w niesamowity sposób zjednywał sympatię.

– Jestem reprezentantem instytucji, która zleciła badania, między innymi na pańskiej uczelni.

– Pan jest psychiatrą?

– Nie.

Na trzecim piętrze skręcili w tonący w półmroku korytarz. Po kilkunastu krokach Keldysh otworzył jedne z licznych drzwi.

– Proszę.

Weszli do sporych rozmiarów gabinetu zastawionego szafami i regałami ze starymi książkami, pełnego wypchanych zwierząt, miniaturowych rzeźb, popiersi i starych, sądząc z wyglądu autentycznych, mebli. Pokój nie miał okien, jedynie pochyła, półkolista szyba łączyła go z salą, którą opuścili przed chwilą.

Keldysh zapalił małą lampkę na biurku. Okazało się, że w gabinecie jest ktoś jeszcze. Siedzący w staroświeckim fotelu przystojny młody mężczyzna uniósł się lekko.

– Harold Clancy – przedstawił się. – Proszę, niech pan siada.

Fargo skinął głową. Usiadł w drugim fotelu, Keldysh zajął miejsce za biurkiem. Powolnym ruchem wyjął z szuflady dużą szarą kopertę, taką samą, jakie kilka dni temu otrzymali pozostali studenci biorący udział w eksperymencie.

– To pańskie wyniki – powiedział.

– Hm… Jeśli można, chciałbym się dowiedzieć, kogo właściwie panowie reprezentują?

Keldysh ze swoim charakterystycznym uśmiechem opuścił wzrok, przyglądając się czemuś na blacie biurka. Kiedy ponownie podniósł głowę, jego twarz była już poważna.

– Jestem szefem bardzo małej, świetnie zakonspirowanej komórki – powiedział cicho. – Do jej obowiązków należy troska o bezpieczeństwo wydziałów MI5 oraz MI6.

– Wywiad i kontrwywiad? – Fargo poruszył się niespokojnie. – Nie zamierzam pana urazić, ale mam wrażenie, że każdy może powiedzieć: jestem szefem kontrwywiadu.

Znów ciepły, budzący zaufanie uśmiech.

– Nie mam żadnej legitymacji, ale sądzę, że nie będzie trudno pana przekonać.

– Ale…

– Mam do pana tylko jedną prośbę – Keldysh nie dał mu dojść do słowa – chciałbym, żeby wysłuchał pan mojej opowieści i zaczekał, aż pokażę dowody… – zawiesił głos. – Zdaję sobie sprawę, że będę mówił o rzeczach szokujących – podkreślił to słowo, jakby bawiąc się jego brzmieniem. – Ale proszę naprawdę tylko o kilka chwil uwagi.