126642.fb2
— To wszystko nieprawda — powiedział sobie w duchu Jarek. — Siedzę w namiocie, a raczej nie siedzę, tylko leżę i przez sen słyszę, jak Wojtek chrapie. Dlatego te moje sny są takie koszmarne. Zaraz się zbudzę i będę musiał wyjść, żeby poluzować linkę. Spuszczę mu na głowę płachtę. Wtedy przestanie…
No pięknie. Ale dlaczego, jeśli tak dobrze wie, że to tylko sen i w dodatku umie sobie wytłumaczyć, czemu ten sen jest właśnie taki, dlaczego w takim razie nie może się obudzić?…
— Chciałbym — w burknął, — żeby mnie ktoś mocno uszczypnął w siedzenie…
Głośniczki zaświergotały.
— Słuchamy? — dobiegł cichy, obojętny głos. Nie zrozumieliśmy polecenia. Proszę powtórzyć.
Całe szczęście — przebiegło Jarkowi przez myśl. Tylko tego brakowało, żeby zostać poszczypanym przez komputer.
— Nic, nic — powiedział prędko. — Lecimy dalej…
— Nie rozumiemy — upierał się głośnik. — Proszę powtórzyć.
Jarkowi ciarki przebiegły po skórze. Myśli! Jego myśli. Jak łatwo zapomnieć…
Zamknął oczy, żeby tym lepiej skupić uwagę na tym, co powinien pomyśleć.
— Nie — wy — da — wa—łem—żad — ne — go — po — le — ce — nia… — powiedział w duchu, wkładając cały wysiłek woli w to, żeby do tego zdania nie przyplątała się bez jego wiedzy jakaś inna myśl. Normalnie nic nie znaczy, co człowiekowi strzeli akurat do głowy, jeśli tylko nie ma zamiaru wprowadzić tego w czyn, czy choćby powiedzieć na głos. O czym to się na przykład nie zdąży pomyśleć przez te kilka sekund, kiedy na ulicy zwykła dziewczyna najzwyczajniej w świecie zapyta, która godzina. A teraz spróbujcie sobie wyobrazić, że wszystkie te niejasne, nie dokończone, ulotne jak pasemka dymu myślątka, nie tylko słychać w koło, jakby się krzyczało przez tubę, ale w dodatku, że każda z nich natychmiast ma zostać spełniona, obrócić się w namacalną, twardą rzeczywistość. Okropność…
— Czy — lot — prze — bie — ga — zgod — nie — z–pla — nem?… — udało się pomyśleć Jarkowi. W dalszym ciągu zaciskał z całej siły powieki. Wiadomo, że to, na co człowiek patrzy, od razu wywołuje w jego mózgu najrozmaitsze, nieraz jakże cudaczne na pozór skojarzenia. Choćby tym czymś była międzygwiezdna próżnia…
— Lot wytyczonym korytarzem bez zakłóceń — padło natychmiast w odpowiedzi. Szybkość zgodnie z planem. Wszystkie urządzenia funkcjonują normalnie…
— Dobrze — powiedział na głos Jarek, mimo woli oddychając z ulgą.
— Prosimy? — zareagował niezwłocznie komputer.
— Nie zrozumieliśmy?…
— Do — brze… — wykrztusił w myśli chłopiec, jeśli ktoś może sobie wyobrazić, co to znaczy wykrztusić coś w myśli…
— Tak. Dobrze. Przyjęliśmy — w głośnikach zadrgała jakby nutka zadowolenia…
Jarek skrzywił się odruchowo. Czy on ma zamiar tak przez cały czas?… Ale, u licha, musi przecież słuchać. Zacisnął odrobinę mocniej pięści i pomyślał:
— Prze — stań—mó—wić—o–so — bie — w–licz — bie — mno — giej …
Głośniczki pomilczały chwilę, po czym odezwały się, jakby z przymusem:
— Przyjęliśmy polecenie…
— Co?! — warknął chłopiec.
— Zrozumiałem — skapitulował komputer.
Jarek odetchnął. Coś przynajmniej udało mu się załatwić tym „myśleniem”.
Otworzył oczy. Czarno. Czerń, nie dająca się porównać z niczym spotykanym na Ziemi… sadza… smoła… nie, to wszystko nie to. Tutaj była równocześnie nieskończona głębia i w tej głębi, w czarnej głębi, tkwiły miliony białawozłotych gwiazd. Spojrzał i ogarnął go lęk, że cała jego wyprawa jest czystym szaleństwem.
Że odszukanie wielkiego miasta, gdyby takie jakimś cudem mogło istnieć w tej bezkresnej przestrzeni, równałoby się trafieniu miliona w toto — lotka. Co dopiero małego statku… i jeszcze mniejszego człowieczka w skafandrze…
Szukaj igły w stogu siana — przebiegło chłopcu przez myśl.
— Proszę objaśnić pojęcie „siano” — zażądał w tej samej chwili komputer. — I podać dokładne parametry igły…
— Cicho bądź — burknął nieuprzejmie Jarek.
— Nie zrozumiałem?…
— Od — czep — się… — pomyślał chłopiec.
Tym razem odpowiedź nie przyszła od razu. Widać komputer potrzebował kilku chwil na zastanowienie.
— Nie mogę — oświadczył wreszcie, jakby z odrobiną żalu w głosie. — Jestem integralną częścią statku.
Czy mam… — zrobił pauzę, jakby się zawahał — odłączyć którąś z przystawek?… — zaproponował wreszcie usłużnie.
Jarkowi dreszcz przebiegł po krzyżach.
— Ani się waż! — krzyknął. — Niczego — nie — wy—łą—czaj — pomyślał z wysiłkiem. — Po — daj — czas zażądał, żeby siebie samego i tę czytającą w jego myślach maszynę zająć wreszcie czymś sensownym.
— Trzynaście minut czterdzieści dwie sekundy od startu… czterdzieści trzy sekundy… czterdzieści cztery…
— Do — syć! — zgromił go w duchu Jarek. Głośnik zdążył powiedzieć „czte…” i umilkł.
— Uważaj — chłopiec ponownie zacisnął powieki, żeby nic mu nie przeszkadzało myśleć. — Kiedy będzie dwadzieścia minut, zaczniesz podawać mi dokładny czas, co trzydzieści sekund. Zrozumiałeś?
— Polecenie przyjęło — padło natychmiast.
Wtedy pozostaną już tylko cztery minuty lotu. Cztery minuty. Niby śmiechu warte. W ogóle te dwadzieścia cztery minuty drogi przy tej przestrzeni… aż śmieszne. Tylko że każda z tych minut ma teraz, tutaj całkiem inny ciężar, niż kiedykolwiek. I jeśli się pomyśli, że każda oznacza setki tysięcy kilometrów…
Coraz dalej od domu — pomyślał Jarek, mimo woli rozrzewniając się nad sobą. Coraz dalej… jeśli w ogóle słowo „daleko” cokolwiek tu mówi…
— Proszę określić położenie domu — poprosiły głośniki. — Czy chodzi o Wegę? W takim razie musiałbym zmienić kurs… nie oddalamy się w tej chwili…
Wegę! — błysnęło Jarkowi. Sola mówiła, że ich „Centralę” widać z ziemi w gwiazdozbiorze Lutni.
A Wega jest przecież najjaśniejszą gwiazdą w tej właśnie konstelacji. W ogóle jedną z najjaśniejszych gwiazd nieba północnego. Czyżby komputer się wygadał?…
— …Tak. Wygadałem się… — przyznały potulnie głośniczki. — Informacja blokowana. Przekażę to Centrali…
— A przekaż sobie! — zawołał Jarek z mimowolnym tryumfem. — Więc jesteście z Wegi! I aż tu musiałem przylecieć, żeby z was to wydusić!..
— Proszę określić parametry domu — powtórzył zimno komputer.
— Nie trzeba — krzyknął prawie chłopiec. — Nie — trze — ba — wyrecytował w myśli, przywołując całą przytomność umysłu, aby przepłoszyć cisnące mu się pod czaszkę obrazy. Wega…
Mówili o niej z ojcem. Jest w tej jasnej gwieździe coś szczególnie ciekawego, o czym Jarek powinien wiedzieć… zaraz… nie, nie pamięta. A może… tak, chyba tak. To jest gwiazda podwójna. To znaczy, że naprawdę widać z Ziemi nie jedną, ale dwie gwiazdy, tylko zawieszone bardzo blisko siebie. A poza tym… no cóż, poza tym muszą tam być planety. Obcy nie wyglądają na to, że mieszkają w słonecznym ogniu.
Gwiazda to jeszcze nie wszystko… trzeba by wiedzieć, ile tam jest tych planet?… Przecież nasze słońce ma ich niezbyt wiele, raptem coś dziesięć… a ludzie nie wyściubili dotąd nosa poza Marsa i Wenus. Spytać komputer? Nie ma” po co. Nie powie. Nie powiedziałby i o Wedze, gdyby Jarek przypadkiem nie pomyślał o domu… oto jak nawet komputer może palnąć gafę…
— Nie powiem — potwierdziły głośniki.
Jarek zacisnął zęby. — Nie myśleć — powiedział na głos. — Nie myśleć — powtórzył. Co, u licha. Ludzie zwykle mają kłopoty, kiedy przychodzi im poruszyć głową, a tu okazuje się, że jeszcze trudniej jest nie myśleć właśnie… a w każdym razie nie myśleć nic, ale to nic takiego, czego nie chciałoby się powiedzieć…
— Dwadzieścia minut — głos komputera zabrzmiał pół tonu wyżej. Jarek bezwiednie wyprężył się w fotelu. Teraz sygnalizacja świetlna — przypomniał sobie.
— Dwadzieścia minut trzydzieści sekund…
— Co z tą sygnalizacją?… — zirytował się.
— Nie zrozumiałem… dwadzieścia jeden minut…
— Zacz — nij — syg — na — li — zo — wać — wysylabizował w myśli chłopiec. Uf…
— Uruchamiam sygnalizację laserową — powtórzył natychmiast komputer. — Dwadzieścia jeden minut trzydzieści sekund…
Jeszcze nie skończył, kiedy przestrzeń przed panoramiczną szybą kabiny przeszyły najcieńsze, jakie tylko można sobie wyobrazić, szpady światła. Takie nitki, płonące ostrym, białym ogniem i biegnące ku kresom widzialności, w czerń kosmosu… Błysnęły i natychmiast zaczęły zmieniać położenie, najpierw powoli, potem coraz szybciej. W końcu statek, wiozący chłopca, przemienił się w gigantyczny ruchomy reflektor, wirujący z niesłychaną szybkością. Powstał nieobjęty wzrokiem ani myślą świetlny młyniec, w którego centrum siedział oszołomiony przybysz z Ziemi, wytężając do bólu oczy, aby nie przegapić tego ułamka sekundy, kiedy jedna z pędzących w nieskończoność płomienistych nitek dotknie zawieszonego w próżni kosmonauty…
— Dwadzieścia dwie minuty…
Jeszcze czas — pomyślał Jarek. Jeszcze mnóstwo czasu. Za wcześnie zacząłem…
Całe świetlne widowisko wokół niego raptownie zgasło. W pierwszej chwili nie połapał się, co właściwie zaszło.
— Co się stało?! — krzyknął.
— Nie rozumiem — zabrzmiała spokojna odpowiedź. — Wyłączyłem sygnalizację zgodnie z poleceniem…
Pomyślałem „za wcześnie” — z rozpaczą zdał sobie sprawę Jarek.
— Włącz — na — tych — miast—świa — tło!!! — znowu musiał zamknąć oczy, żeby to pomyśleć.
Promienisty młyniec wokół statku natychmiast podjął swój przerwany taniec.
— Dwadzieścia dwie minuty trzydzieści sekund…
A jeśli się pomylili? Jeśli obcy wraz ze swoim statkiem przemknął już obok nich i teraz płonie nie mniej jasno niż te laserowe igły, tam w dole, czy raczej w tyle, bo przecież odległość od Ganimeda dawno już przestała być tym, co można nazwać wysokością?…
— Dwadzieścia trzy minuty…
Jeszcze minuta. Minuta to tylko sześćdziesiąt sekund. W tej chwili już mniej. I jeszcze mniej…
— Dwadzieścia trzy minuty trzydzieści sekund…
Jarek z całej siły zacisnął pięści. Gdyby mógł, zacisnąłby tak samo zęby na swojej własnej dłoni. Żeby nie wyrwać się z czymś teraz. Cholerna sprawa. Miał ryzykować życiem… chodziło o możliwość zderzenia, o wchłonięcie śmiertelnej dawki promieniowania, o ewentualność, że automaty odmówią posłuszeństwa… Tymczasem jedyne, z czym naprawdę ma kłopot, to jego własny mózg… niemożliwe, żeby jeszcze nie upłynęło tych trzydzieści sekund… w dodatku musi patrzeć… teraz musi tylko patrzeć…
— Dwadzieścia cztery minuty…
Już.
— S — t–o — p–!!! — wykrzyczał w myśli.
— Zrozumiałem. Stopuję… — odpowiedziały słuchawki i Jarkowi wydało się, że z serca spadł mu ogromny, ciężki kamień.
— Spokojnie… — ostrzegł sam siebie na głos. To dopiero początek…
— Dwadzieścia cztery minuty trzydzieści sekund…
— Nie trze… — krzyknął i natychmiast poprawił się, myśląc: — Nie — trze — ba…
— Przestać podawać czas? — upewniał się komputer.
— Tak. Czy możesz obserwować drogę naszych laserowych sygnałów? — spytał.
— Nie rozumiem?…
Nie rozumie. Pewnie, że nie rozumie. Inaczej on sam nie byłby tutaj potrzebny. Gdyby komputerowi „zadano” w programie prowadzenie obserwacji wokół statku… to znaczy gdyby to było możliwe…
Kątem oka pochwycił krótki, trwający ułamki sekund błysk tuż przy lewej krawędzi panoramicznej szyby.
Złudzenie — pomyślał.
— Złudzenie? — powtórzył komputer. — Nie mogę wykonać…
Jarek otworzył usta, ale nic nie odpowiedział. I nic także nie pomyślał. Bo błysk powtórzył się, dokładnie w tym samym miejscu co przedtem.
Niczego nie widziałem — przemknęło mu przez myśl. Nie było żadnego błysku… Polecę dalej, nikogo nie spotkam i wrócę…
— Zrozumiałem — odpowiedź była natychmiastowa. — Lecimy dalej.
— Stój! — krzyknął chłopiec. Zaschło mu w gardle.
Odchrząknął i to go otrzeźwiło. Błyski powtarzały się teraz regularnie, tylko miejsce, gdzie coś odbijało promienie lasera, przesuwało się szybko w dół. Za moment zniknie z pola widzenia…
— Stój — pomyślał z rozpaczą.
— Zrozumiałem…
— Nic nie mów… — Jarek ponownie zwinął dłonie w pięści. Musiał teraz myśleć szybko. I tym razem już naprawdę bez żadnych zawijasów.
— Z miejsca, gdzie siedzę — tłumaczył komputerowi, najlepiej jak potrafił — widzę po lewej stronie błysk… tuż przy krawędzi szyby… zrób tak, żeby ten błysk znalazł się pośrodku, dokładnie na wprost mojej głowy…
— Zmieniam kurs — odpowiedział posłusznie komputer. — Musisz mnie naprowadzać.
— Jeszcze w prawo… — teraz zrób tak, żeby moja głowa patrzyła bardziej w dół… — komenderowały myśli Jarka — ciągle w prawo… dobrze… i jeszcze w dół… już nie zniżaj… troszeczkę w prawo… uważaj… stój! — krzyknął na głos. — Stój — równocześnie przebiegło mu przez myśl.
— Stopuję…
— Nie stopuj — pomyślał chłopiec. — Teraz leć prosto… to znaczy leć dokładnie w kierunku, jaki… no, leć tam, gdzie patrzę — wybrnął wreszcie.
— Przyśpieszam — poinformował komputer. Proszę określić szybkość…
— Szybciej… jeszcze szybciej… trochę w lewo… w dół! W dół!!! — pomyślał gorączkowo, bo migocący w świetle lasera obiekt zaczął szybko uciekać za dolną krawędź szyby.
Statek zmienił nieznacznie położenie i przyśpieszył. Jeszcze kilka sekund… i nagle Jarek zobaczył.
Przed nimi, teraz dokładnie na przedłużeniu linii jego nosa, wisiało pozornie nieruchome wielkie cygaro. Odległości nie sposób było ocenić, ale na podstawie rozmiarów statku chłopiec mógł stwierdzić, że był bardzo blisko. Właściwie widoczne były tylko kontury kosmolotu, zakrywające sobą kolejne skupiska gwiazd. No i może odrobinę jakby bardziej gęsta czerń, wypełniająca te kontury. Ale przede wszystkim jednak to, że pomiędzy nimi nie było gwiazd.
Niemal równocześnie chłopiec pochwycił drugi błysk, tuż obok czarnego kadłuba. Był znacznie słabszy.
— Trzymaj tak dalej — zawołał, czując, że jego serce zamieniło się w ognisko, z którego promieniuje gorąco sięgające aż do czubka głowy. „Trzymaj tak dalej…”. Gdzie on słyszał te słowa? A może czytał je w jakiejś książce? Tak mówią piloci ustalając kurs.
To się zgadza. Jakim teraz językiem miał niby mówić, jeśli nie językiem pilotów? I to nie byle oblatywaczy szybowców, ale kosmonautów. Nieważne, czy człowiek pilotuje statek rękami czy głową… Głupstwo. Przecież nawet jeśli ręce trzymają stery, i tak pilotuje się głową… Jestem pilotem — pomyślał.
— Jesteś pilotem — powtórzył jak echo komputer. — Zrozumiałem.
— Niczego nie zrozumiałeś — warknął Jarek, wyrwany nagle z błogiego, choć trwającego ułamki sekund zapamiętania. — Pilnuj kursu! — pomyślał ze złością.
Duże i małe „lustro”, odbijające w przestrzeni wiązki promieni, rozdzieliły się i oddaliły od siebie. Duże znikało już z pola obserwacji i chłopiec był z tego zadowolony. Wolał nie mieć w pobliżu potężnego krążownika próżni, kiedy będzie musiał przystąpić do manewrów przed przyjęciem obcego na pokład.
Mniejsze zwierciadło natomiast rosło w oczach. Świetlny refleks, jaki uderzył w przeźroczystą ścianę kabiny, zmienił się nieco. Do białego błysku dołączył jakby ogon, podobny do warkocza, czy raczej warkoczyka jakiejś minikomety. Był żółtawy i urywał się postrzępionym języczkiem… To już nie mogło być tylko odbicie laserowych reflektorów. Człowiek wyrzucony poza burtę własnego kosmolotu żył, był przytomny i zaświadczał to przy pomocy swojego pistoleciku, o którym mówiła Sola…
— Przyhamuj! — rzucił gorączkowo Jarek. — Cholera — burknął, po czym wytężając wszystkie rezerwy silnej woli powtórzył w myśli:
— Przyhamuj…
— Zrozumiałem.
— Otwórz właz…
— Zrozumiałem.
— Zastopuj.
— Zrozumiałem. Stopuję — powtórzył komputer.
— A teraz odwróć się otwartym włazem w tę stronę, w którą dotąd patrzyłem… tam gdzie jeszcze patrzę w tej chwili — pomyślał Jarek, starając się myśleć coraz szybciej, bo figurka człowieka… no, obcego, w skafandrze, była już bardzo blisko…
Upłynęło kilkanaście sekund, podczas których nic się nie działo. Jarek milczał i wytężał wszystkie siły, żeby jego myśli milczały również.
Światełko zniknęło z pola widzenia. To nasunęło chłopcu pewną wątpliwość. Dotychczas widział obcego. Teraz musi mieć jeszcze pewność, że tamten trafi do włazu. I że wejdzie do śluzy.
— Czy właz jest oświetlony? — spytał…
— Nie.
— Możesz zapalić… to znaczy — przypomniał sobie, że przecież w całym jego latającym jaju nie ma żadnych lamp — zrób tak, żeby tam było jasno…
— Aktywizuję ściany… — odpowiedziały głośniczki. — Zrozumiałem…
Aktywizuje. Dobrze, niech aktywizuje, byle było jasno.
— Jest jasno — odpowiedział komputer, jakby lekko urażonym tonem.
Jarek zbagatelizował to drobne nieporozumienie.
— Uważaj — pomyślał, stwierdzając, że powoli nabiera wprawy w tym myśleniu. Gdyby tak jeszcze, na przykład, tydzień…
— Po wykonaniu zadania powrót do bazy — zastrzegł się szybko komputer.
Nie, tydzień by jednak nie wystarczył.
— Uważaj — powtórzył w myśli chłopiec. — Za chwilę ktoś wejdzie na pokład. Kiedy tylko znajdzie się wewnątrz statku, zamkniesz za nim właz i natychmiast mnie o tym zawiadomisz…
— Zrozumiałem. Zamykam właz… — odpowiedział błyskawicznie komputer.
— Nie teraz! — Jarek powstrzymał się w ostatniej chwili, żeby nie wrzasnąć. — Dopiero jak człowiek w skafandrze znajdzie się wewnątrz statku!..
— Tak jest. Przyjąłem. Zamykam właz — powtórzył z uporem głos komputera.
I Jarek wreszcie zrozumiał. Na moment, dwa, zamarł w bezruchu, po czym zaczerpnął głęboko powietrza i długo wypuszczał go z piersi, jakby w obawie, by nagły wydech nie rozsadził mu krtani. Potrzebował tego oddechu. Może bardziej niż kiedykolwiek.
Dobrą chwilę we wnętrzu statku panowało zupełne milczenie. Wreszcie, wbrew wszystkim swoim dotychczasowym zwyczajom, pierwszy przerwał go głos komputera.
— Dziękuję… — powiedziały poważnym tonem głośniczki.
Jarek zmarszczył brwi i próbował dojść, o co komputerowi chodzi. Czyżby sam od siebie poczuł potrzebę wyrażenia wdzięczności człowiekowi, który tu, na rubieży własnego systemu słonecznego, uratował życie przybyszowi z gwiazd… przedstawicielowi rasy, która zbudowała między innymi i jego, czyli komputer numer zero jeden zero… i tak dalej?
I raptem, po raz nie wiadomo który w ciągu tych dwóch dni, spłynęło na niego nagłe jak błyskawica olśnienie. Dziękuje? Aha, dziękuje… A co niby miał powiedzieć?… Oczywiście, że nie mógł się do niego odezwać swoim własnym głosem… i własnym językiem. Dużo Jarek by z tego wiedział.
„Dziękuję…”. Dobrze.
Chłopiec poprawił się w fotelu, zacisnął dłonie na oparciach i pomyślał tak, jakby mówił nienaturalnie spokojnym głosem:
— A teraz ruszaj z powrotem do bazy. Pamiętasz kurs?…
— Kurs bezpośredni do bazy — odpowiedziały głośniczki, tym razem jednak, po raz pierwszy, po krótkiej, ledwie uchwytnej przerwie. Ale Jarek zrozumiał i to. Nie był już sam na pokładzie. A tą drugą osobą tym razem nie był nawet wyczarowany z jego własnej pamięci, bezcielesny obraz dziewczyny. Nie. Zjawiła się żywa, obca istota, z krwi i kości. Żywy kosmonauta, przedstawiciel nieznanej ludziom cywilizacji. Przybysz z gwiazd…
— Więc leć tym kursem — pomyślał leniwie, znowu zamykając oczy.
— Zrozumiałem — powtórzył komputer. — Kurs bezpośredni do bazy…
— O rany…
Po raz trzeci, a może czwarty tej nocy, zadudnił tuż przy ognisku przejęty, gruby głos, tak gruby, że mógł należeć tylko do małego Pawełka. I tak rzeczywiście było. Ale tym razem brat nieszczęsnego Piotrka, ofiary własnego obżarstwa, nie poprzestał na tym jednym dowodzie swojej obecności.
— O ra… — zaczął powtarzać soczystym basem, który jednakże w tej właśnie chwili wywinął straszliwego kozła, przeskakując wszystkie naraz klawisze pianina, aż do ostatniego dźwięku, cienkiego jak szkło i niemożliwego do powtórzenia dla przeciętnego śmiertelnika, obdarzonego normalnym gardłem i normalnymi uszami.
— …niii… — dokończył dumnie Pawełek, spoglądając rozszerzonymi z wrażenia oczami na wysoką, ciemną postać, która nie wiadomo kiedy pojawiła się przy ognisku Węży.
Głowy zasłuchanych wodniaków zafalowały i jak na komendę zwróciły się w jedną stronę. Chwilę trwało pełne napięcia milczenie.
— Prosimy — zabrzmiał nagle w tej ciszy podejrzanie uprzejmy głos Olika. — Jednak pan przyszedł… czekaliśmy na pana — wyznał drużynowy. W jego tonie nie było jednak żalu, a tym mniej wyrzutu.
Ciemna postać podeszła krok bliżej i ukazała swoje zaróżowione od ognia oblicze. Paweł, jak się teraz okazało, nie bez powodu powtórzył aż dwa razy swoje „o rany”…, zakończone rozpaczliwym piskiem. Tajemniczy przybysz okazał się bowiem ni mniej, ni więcej, tylko jego tatą we własnej, nieobecnej jakoby, osobie.
— Jeden objadł drzewka ze wszystkich ziołopuchów — poskarżył się nadleśniczy, patrząc strasznym wzrokiem na swą pociechę — a drugi poszedł, żeby wam to powiedzieć, i przepadł na całą noc. Dobrane towarzystwo… wiecie, która godzina? — zawołał półgłosem. — Teraz cały obóz czeka spanie przez okrągłą dobę… a mieliście pretensje do niego! — zwrócił twarz w stronę Jarka.
Popatrzył chwilę, po czym nasrożył się jeszcze bardziej i rzucił:
— No, mów dalej! Na co czekasz?… Aż zacznie świtać? To już niedługo…
Zarysy głów w furażerkach zafalowały ponownie.
— O rany… — westchnął po raz szósty Pawełek, tym razem ni basem ani dyszkantem, tylko po prostu z serdeczną ulgą.
— Niech pan siada, proszę… — Olik oderwał ramię od pięknej drużynowej, wskazując nadleśniczemu miejsce pomiędzy nią a ogniskiem.
— Dziękuję — burknął zmaltretowany ojciec. Zmaltretowany do tego stopnia, że pozwolił nawet, aby uczucia ojcowskie chwilowo ustąpiły w nim miejsca zupełnie innym. Nazywając rzecz po imieniu, zwykłej, ludzkiej ciekawości. Trzeba przyznać, że wystawił w ten sposób najlepsze świadectwo krasomówczym talentom Jarka. No cóż, nasz bohater nie darmo był pierwszym polonistą w klasie. A poza tym czy rzeczywiście chodziło tylko o to, jak on opowiada?…
Sam Jarek jednak nawet nie zarejestrował w pamięci swojego nowego, niewątpliwego sukcesu. Chyba w ogóle nie słyszał, co właściwie powiedział nadleśniczy. Myślał o czymś zupełnie innym.
Zaczął tę opowieść w przekonaniu, że nadeszła jego kolej. Postanowili zmusić go do opowiedzenia swojego snu? Proszę bardzo. Będzie opowieść. Tylko zamiast poznać sen, poznają prawdę. Tę prawdę, którą w innych okolicznościach Jarek musiałby zachować dla siebie, nie chcąc wyruszyć do szpitala pod czułą opieką krzepkich sanitariuszy.
Tymczasem w miarę jak snuł swoją opowieść i jak jego własne słowa wskrzeszały przed nim obrazy i zdarzenia z niedawnej przeszłości, chłopiec czuł, że ogarnia go coraz większy smutek. Żal, że to właśnie tylko „sen” może im opowiedzieć. Że z nikim, nigdy… oczywiście poza ojcem, nie usiądzie, nie przemyśli wspólnie tamtych godzin, tak niezwykłych, że nawet gdyby się tylko śniły, byłaby to noc jedyna w życiu i niezapomniana. Wyobraził sobie, że wspólnie z Wężami sporządza z ziemi i kamieni wielką plastyczną mapę okolic bazy na Ganimedzie, że rysuje im to, co zapamiętał z jej wyposażenia… że prowadzi ich na tę polankę z trzema bunkrami i pokazuje miejsce, z którego odleciał ku rubieżom układu słonecznego. A potem można by pomyśleć o ekspedycji… przecież Jarek wiedział, a przynajmniej miał prawo sądzić, że wie, gdzie teraz na Ziemi najłatwiej będzie spotkać obcych z nieba północnego…
Nic z tego. Sen pozostanie snem. Jutro, kiedy wszyscy się wyśpią, Węże przypomną sobie, że Jarek wprawdzie dobrze opowiadał, co mu się śniło, ale że jednak ten sen nawiedził go w czasie, kiedy oni wyłazili ze skóry, żeby go znaleźć…
Westchnął. W tym momencie pożałował, że w ogóle dał się wciągnąć w to opowiadanie. Lepiej było pozwolić im się wykrzyczeć… żeby już spokojnie, sami z siebie mogli zająć się czymś innym. Lub kimś innym…
Nie, to stanowczo nie był tryumf. Głupia sprawa…
— No… mów, druhu… — zabrzmiał od ogniska pełen szacunku, ale wyraźnie zniecierpliwiony głos Pawełka. Jarek drgnął. Rozejrzał się niezbyt przytomnie wokół siebie, po czym niespodziewanie dla niego samego, twarz wykrzywiła mu się w bladym uśmiechu.
Chcą słuchać. Tak czy owak, chcą słuchać. Ten wieczór należy do niego i tego nikt mu już nie odbierze.
Ostatecznie… niech będzie. Przecież naprawdę liczy się nie to, co o nim powiedzą, ale to, czego rzeczywiście dokonał, co widział, co czuł tam, daleko, w czarnogranatowej przestrzeni obcego świata. I wtedy gdy na pokładzie pilotowanego przez niego kosmolotu… tak, tak, jak to inaczej nazwać… — pojawił się przybysz z gwiazd, którego przed śmiercią w próżni wszechświata uratował on, Jarek Koliński, chłopiec z Ziemi…
— Co się stało? — nadleśniczy niedwuznacznie podzielał niecierpliwość trawiącą jego młodszego syna Czyżby to było u nich rodzinne?… — Czemu nie mówisz?… — spytał z naganą w głosie.
I to ten — przemknęło Jarkowi przez myśl — który miał być dzisiaj atrakcją ogniska, jako gawędziarz właśnie,, no, no… Ale i ta, jedna jeszcze oznaka jego tryumfu nie sprawiła mu przyjemności. Cóż to wszystko znaczy wobec tego, co było tam?… Co było naprawdę?
Westchnął ponownie. W każdym razie nie ma co dłużej zwlekać…
Nie upłynęły trzy minuty, a komputer przemówił znowu. I znowu pierwszy, nie czekając, aż Jarek go o coś zapyta.
— Dziękuję…
Już to słyszałem — przebiegło chłopcu przez myśl. Mimo wszystko myśl ta nie należała do przykrych.
— Tak, słyszałeś — zgodziły się głośniczki. — Ale naprawdę bardzo dziękuję…
Jarek wzdrygnął się. Myśli! Zapomniał o myślach. Przedtem „słyszał” je tylko komputer. Czyżby teraz…
— Chcę mieć z tobą kontakt — zareagował natychmiast komputer… nie, już nie komputer… — Dlatego przełączyłem przystawki na siebie. To, co teraz słyszysz, to moje słowa, które tylko przetwarza komputer, żebyś mógł je rozumieć… on ma zakodowany w pamięci twój język, a ja go przecież nie znam. Do tłumaczenia zawsze używamy maszyn. Dzięki temu mogę do ciebie mówić. Ty natomiast jeśli chcesz mi coś przekazać, powinieneś to pomyśleć, bo nadal masz bezpośrednie sprzężenie z komputerem, a ja jestem podłączony do tego samego toru informacyjnego, którym porozumiewaliście się do tej pory. Nie warto już tego zmieniać… za chwilę będziemy lądować.
— Zrozumiałem — odruchowo bąknął Jarek.
Nie było odpowiedzi.
— Zrozumiałem — powtórzył w myśli. — Chcesz… chce pan — poprawił się po krótkim wahaniu — przejąć sterowanie statkiem?
— Nie — padło natychmiast. — Pilot automatyczny prowadzi nas prosto do bazy. Sterowanie nie jest potrzebne… to znaczy wszystko odbędzie się bez naszego udziału. Jeszcze raz dziękuję. Przeprowadziłeś to tak, jakbyś całe życie nie robił nic innego, tylko zbierał rozbitków z kos… — obcy nagle urwał.
Jarek czekał chwilę spokojnie, powtarzając sobie w duchu ostatnie słowa nieznajomego, aż wreszcie zaczął się niecierpliwić.
— Czy coś się stało? — spytał. Zdał sobie sprawę, że zamiast pomyśleć, znowu powiedział to na głos i już chciał naprawić swój błąd, gdy niespodziewanie przyszła odpowiedź:
— Wszystko w porządku — głos zabrzmiał nagle znacznie czyściej i jakby wesoło. — Nawiązałem kontakt z bazą. To przeklęte promieniowanie nareszcie się skończyło. Baza rozmawia teraz z Centralą. Oni także ci dziękują…
— Już po zakłóceniach? — powtórzył mimo woli Jarek. No cóż, pewnie to dobrze, ale… mimo wszystko nie miałby nic przeciwko temu, żeby tak jeszcze kilka minut… bo przecież…
— Za dużo tych podziękowań — mruknął ponuro, zanim zdążył pomyśleć, co mówi. — Skoro już wszystko w porządku, to równie dobrze wróciłby pan beze mnie…
— Nie — padła zdecydowana odpowiedź z głośniczków.
— Nie… — powtórzył damski głos za jego plecami. Chłopiec wzdrygnął się odruchowo i szybko spojrzał za siebie. Tuż za wezgłowiem fotela, ujrzał twarz Soli. Była całkiem normalna. Śladu jakiegoś „pływania” czy innych objawów, towarzyszących zakłóceniom łączności, jak wtedy, przy wejściu do niewidzialnej dla niego bazy.
— Mówię z kabiny diagnostycznej — kontynuował głos — Wchłonąłem dużą dawkę promieniowania. Dużą, ale nie krytyczną. Właśnie obliczyłem, że mogłem jeszcze przebywać w tym strumieniu półtorej minuty. Potem nie miałoby już sensu mnie stamtąd zabierać. Rozumiesz? A promieniowanie ustało przeszło trzy minuty później, trzy minuty od kiedy znalazłem się wewnątrz tego statku. Gdyby nie ty, byłoby już po mnie…
— On ma rację — potwierdziła Sola. — Dziękujemy…
— Jeszcze moment, a się rozpłaczę — burknął chłopiec. — Już dawno nikt tak się nade mną nie rozpływał…
Nie trzeba dodawać, że ta szorstkość, jaką nadał brzmieniu swojego głosu, kosztowała go trochę wysiłku. Ale był to miły wysiłek, podobny do tego, z jakim znany a dbający o swoją popularność aktor filmowy opędza się fotoreporterom.
— Dzielnie się spisałeś — powiedziała dziewczyna. Nie po raz pierwszy…
— Dziękuję — mruknął Jarek. To zmusiło ją do zastanowienia.
— Proszę?… — spytała.
— Zapomniałaś dodać „dziękuję”… — upomniał chłopiec.
— On ci nie podziękował? — przestraszyła się.
— A jakże — Jarek chciał machnąć ręką, ale nagle poczuł, że waży ona zbyt dużo, aby ten trud się opłacił i dał spokój. Powiedział tylko, ciągle z grymasem lekceważenia:
— Powtórzył to piętnaście razy… a może szesnaście? Nie pamiętam…
— Chyba się nie dzi… — zaczęła Sola, ale przerwał jej głos komputera:
— Lądowanie w punkcie zero. Wszystkie zespoły pracują normalnie. Otwieram właz…
Już? — zdziwił się w duchu Jarek. Ale w gruncie rzeczy przyjął suchy meldunek automatów jak coś normalnego, co po prostu musiało nastąpić. Gdyby mu ktoś teraz powiedział, że obcy mimo złożonej obietnicy postanowili go jednak zatrzymać na Ganimedzie lub wywieźć gdzieś w gwiazdy, nie uwierzyłby. Może mruknąłby ze zdawkową uprzejmością „tak?…” — i to byłoby wszystko. Sprawy układają się jak po maśle. Uratował obcego. Niech ktoś powie, że nie. Ci tutejsi ludzie i ich maszyny zachowują się tak, że tylko patrzeć jak jakiś robot przyjdzie pocałować go w rękę. Są układni i wygląda na to że go polubili. W porządku.
A teraz jedyne, czego od nich oczekuje, to żeby pozwolili mu się przespać…
— Wychodzimy Jarku… — głos Soli dotarł do niego, jakby mówiła wewnątrz beczki, wypełnionej watą. Dlaczego, u licha, nie dadzą mu spokoju. Zrobił swoje. Dość, jak na jeden dzień. Najpierw ten powrót z przełęczy, a teraz…
— Źle się czujesz? — zatroszczył się głośnik. Komputer! Proszę, nawet on uznał samopoczucie chłopca z Ziemi za coś tak ważnego, że nie czekał nawet z przekazaniem swojego pytania Soli. Tak właśnie postępował w najbardziej krytycznych momentach…
— Dobrze się czuuuu… — jego głos utonął w szerokim, głośnym ziewaniu. Przestraszył się i powiedział prędko:
— Przepraszam. Jestem zmęczony…
Był naprawdę zmęczony. Zmęczony, to niewiele mówi. Czuł się rozbity, jak bokser po trzech rundach walki z przeciwnikiem o klasę od siebie lepszym. Normalna reakcja — pomyślał. Teraz, kiedy jest po kłopotach, nerwy i mięśnie domagają się zadośćuczynienia za to, co z nimi wyrabiał przez kilka godzin… Z zadowoleniem stwierdził, że jasno i prawidłowo ocenił sytuację. Tak, to normalna reakcja. Po prostu jest zmęczony…
Był rzeczywiście zmęczony. I nie uwierzyłby zapewne, gdyby mu ktoś powiedział, że oczywiście jest w tym zmęczeniu reakcja po napięciu nerwowym i fizycznym ostatnich godzin, ale w gruncie rzeczy zmęczyło go coś całkiem innego. Nie świadomość, że ryzykuje życiem, oddając je w ręce, przepraszam, w automatyczne przystawki istot z… niewiadomo skąd. Nie to nawet, że tak bardzo chciał im pokazać, co potrafi człowiek, rozumiecie? — człowiek z Ziemi — i uratować obcego. Nie. Naprawdę zmogło go, i to tak, jak jeszcze nic nigdy w życiu, zmaganie ze swoją rodzoną wyobraźnią. Nieustanna, uporczywa walka o utrzymanie w ryzach własnych myśli. Zabawne, co? Nie tak bardzo, jeśli się chwilę nad tym zastanowić…
Spał już, kiedy na progu kabiny nawigacyjnej zwiadowczego pojazdu ludzi z nieba północnego, stanęła jakaś obca postać, w skafandrze, ale już bez kasku. Przybyły podszedł do oparcia jego fotela i przez dobrą chwilę stał tam bez ruchu, przyglądając się swemu wybawcy. Wreszcie potrząsnął głową i powiedział coś, czego nikt z nas z pewnością by nie zrozumiał. Z korytarza wynurzył się osobliwy, metalowy stwór… nie, nic okropnego, po prostu niewysoki, szczupły walec, tyle że poruszający się na pająkowatych drążkach, kubek w kubek podobnych do tych, które zamykały komorę śluzy. No i tam, gdzie człowiek ma ramiona, z tego walca sterczało pięć czy sześć cienkich wysięgników, przedzielonych elastycznymi przegubami.
Obcy znowu wydał z siebie jakiś niezrozumiały dźwięk. Automat przemknął bezgłośnie obok niego, zbliżył się do fotela, w którym leżał Jarek, po czym bez żadnego widocznego wysiłku uniósł ciało chłopca i wyszedł z nim na korytarz. Człowiek z gwiazd podążył za nim. W pewnej chwili głowa Jarka ześlizgnęła się z metalowego grzebienia przymocowanego do końca „ręki” automatu i opadła. Wtedy obcy podszedł szybko i podtrzymał ją obiema dłońmi. W ten sposób powędrowali najpierw do pomieszczenia nazwanego przez Solę salką diagnostyczną, a po krótkim badaniu, w identycznym porządku opuścili pojazd, przechodząc stalowym pomostem i kierując się prosto do granatowej hali z panoramiczną ścianą. Tam Sola, która cały czas sunęła tuż przed nimi, powiedziała „hop!” czy coś w tym rodzaju, a może nic nie powiedziała, dość, że spod podłogi wyskoczył znowu potężny, rozłożysty fotel i natychmiast zniżył swoje oparcie, przeobrażając się w wygodne łóżko. Automat złożył na nim śpiącego chłopca i odstąpił. Obcy stał jeszcze chwilę, ze wzrokiem utkwionym w twarz Jarka, jakby pragnął odgadnąć, co też właściwie może się śnić temu Człowiekowi, którego zabrali z Ziemi, jakby tylko po to, żeby on sam nie znalazł śmierci w czarnej nieskończoności międzygwiezdnej próżni. Wreszcie pochylił się, delikatnie przesunął Jarkowi głowę, umieszczając ją całą na poduszce, znowu coś mruknął, tym razem jednak jakby tylko do siebie, odwrócił się i wyszedł.
Tego wszystkiego oczywiście Jarek nie mógł widzieć i należało się spodziewać, że słuchający go Węże wytkną mu tę nielogiczność w jego opowiadaniu. Ale po pierwsze, jeśli ktoś rzeczywiście chce słuchać tego, co ktoś inny ma do opowiedzenia, to nie czepia się drobiazgów. A po drugie, pomyślcie sami — czy mogło być inaczej?…