126642.fb2
Z zupełnych ciemności wyłoniła się smuga bladego światła, jaka czasem pozwala dostrzec wirujące w powietrzu pyłki, kiedy przez okno wpadnie do pokoju garść promieni słonecznych. Pocieplało. Jarek chłonął to ciepło przynoszące spokój i poczucie bezpieczeństwa, jak gdyby był jeszcze małym chłopcem i nie budząc się przyjmował do wiadomości, że ojciec poprawia mu kołdrę, którą skopał z siebie w czasie snu. Zamruczał niecierpliwie, jak zwykł to robić wtedy.
— Głupi jak podogonie… — powiedział ojciec. Tak, to na pewno był głos ojca, chociaż bardzo daleki i jakby zniekształcony. Zresztą, któż inny mógł wymówić akurat to zdanie. „Głupi jak podogonie” należało do żelaznego repertuaru taty. Początkowo Jarka denerwowało to powiedzenie. „Tak się teraz nie mówi”… pouczył kiedyś ojca z urazą w głosie. Mama zaśmiała się i wytłumaczyła, że tak mówił stary Macko z „Krzyżaków” Sienkiewicza. Ojciec natomiast zasumował się i spytał z udanym zdziwieniem: „jak to się nie mówi? A co ja powiedziałem?”
— Powiedziałeś, „głupi jak podogonie…” — kupił Jarek.
— A widzisz — ucieszył się tato. — To znaczy, że się mówi…
Zaraz, zaraz. Wszystko to ładnie, ale przecież po pierwsze, Jarek nie jest już tym małym chłopcem, który wtedy wdał się z ojcem w ów niefortunny filologiczno — obyczajowy dyskurs, po drugie, skąd ten głos tutaj, na obozie, a po trzecie wreszcie, kto tym razem miałby być głupi i dlaczego?
— To sen — mruknął, nie otwierając oczu. — Trochę dziwny…
Nie ulegało wątpliwości, że sen był dziwny. Jarek usłyszał bowiem swój własny głos brzmiący tak czysto i wyraźnie, jakby odpowiadał na lekcji. I to w takich sprzyjających okolicznościach, kiedy człowiek akurat ma coś do powiedzenia. A w dodatku zanim zdążył zastanowić się, co to może znaczyć, tuż przy jego uchu ktoś odezwał się znowu:
— Leż spokojnie, synku… Choróbsko bardzo nie lubi, kiedy się tak leży…
To znowu musiała być mama. Ale dlaczego, u licha, mama przemawia głosem ojca?…
Majaczę — powiedział sobie Jarek. To żaden sen tylko przywidzenia. Jestem chory i słyszę głosy. Kontuzja — z wysiłkiem wyłuskał z pamięci słowo, które wydało mu się właściwe. Odniosłem kontuzję.
I nagle przypomniał sobie, że odniósł ją naprawdę. Pamiętał już wszystko. Natarczywe, przejmujące buczenie, oślepiające migotanie światła, wybuch płomienia na końcu kija i potem cios, który pozbawił go przytomności.
— A więc jeszcze jej nie odzyskałem — próbował się uspokoić. Mam gorączkę i przywiduje mi się to czy tamto. Mama ma rację. Powinienem leżeć spokojnie i czekać, aż wszystko się wyjaśni…
— Głupi jak podogonie — odpowiedziała mama. Dlaczego mama, tego nie był w stanie pojąć. Przecież nawet majaczenie ma swoje granice. Na domiar złego, tylko początek tego zdania był wypowiedziany głosem mamy. „Jak” zabrzmiało już grubiej, a „podogonie” dokończył za mamę ten, kto powinien był przemówić od początku, to znaczy ojciec. Głupia historia. Głupia jak…
— „…podogonie” — dokończył Jarek, niemal krzycząc. Dokonawszy tego, usiłował otworzyć oczy. Niestety, bez powodzenia. Na powiekach spoczęły mu jakieś ciężary i w żaden sposób nie pozwalały się stamtąd zepchnąć. Tymczasem sytuacja stawała się nagląca. Dotychczas Jarek mamrotał sobie pod nosem, nie wiedząc nawet, czy naprawdę mówi na głos czy mu się tylko tak zdaje. Dopiero w to ostatnie słowo włożył tyle siły, na ile go było stać. A jeśli nawet chwilowo nie było go stać na bardzo wiele, to przecież wystarczyło, aby ten krzyk powrócił do jego uszu jakimś głuchym, w najwyższym stopniu niepokojącym echem.
Jakby sprawca alarmu, którym mógł być jedynie on sam, znajdował się wewnątrz wielkiej, szczelnie zamkniętej skrzyni.
Wewnątrz wielkiej skrzyni…
Ta myśl była nie do zniesienia. Jarek zebrał się w sobie, wstrzymał oddech i nagłym szarpnięciem usiłował poderwać głowę. Przeszył go ostry ból. Ale nie taki, jakiego doznaje ktoś, kto złamał sobie nogę, nadwerężył kręgosłup czy też komu dokuczają nie zabliźnione rany po nieszczęśliwym wypadku. Było to raczej coś takiego, jakbyście wsadzili dłoń do beczki pełnej kleju, a kiedy ten klej zaschnie, próbowali ją stamtąd wyrwać. Głowa Jarka tkwiła bowiem unieruchomiona w jakimś ciasno przytwierdzonym do łóżka hełmie.
Opadł z powrotem i odczekał chwilę, zmęczony bezskutecznym wysiłkiem. Następnie ostrożnie poruszył nogami, lewą, potem prawą. Nogi okazały się posłuszne. Mógł je swobodnie zginać i prostować, mógł nawet oderwać je od tego, na czym spoczywały. To już nieco lepiej. Ośmielony, spróbował szczęścia z rękami. Uniósł je jedna po drugiej i potrzymał przez chwilę w powietrzu. Następnie przekonawszy się, że ręce też pozostawiono mu wolne, pozwolił im opaść, po czym desperackim ruchem chwycił się oburącz za głowę. Jego palce stuknęły o twardą, gładką powłokę jakiejś kulistej konstrukcji, przypominającej dynię. Oczywiście dynię, którą przecięto u podstawy tak, żeby można w nią włożyć czyjąś głowę.
W tym samym momencie ujrzał dwa wąskie pasemka światła, dwie rozjaśnione szczeliny i uprzytomnił sobie, że leży z szeroko otwartymi oczami. Nie miał pojęcia, kiedy je otworzył. Ten fakt jednak niczego nie zmienił. Całe jego pole widzenia, to były właśnie owe dwie szczeliny, dwie jasne kreski, tuż nad dolnymi powiekami. Wyżej ciemniała jakaś nieprzenikniona, matowa masa.
Ponownie zabębnił palcami o jej zewnętrzną powierzchnię. Wydała stłumiony dźwięk, jakby została wykonana z prasowanej waty.
— Leż spokojnie — ostrzegł szybko jakiś głos.
Dawno ich nie było — pomyślał Jarek. Tym razem głos, który zresztą brzmiał wcale życzliwie, nie należał do ojca ani do matki. Mimo to było w nim coś znajomego. Chłopca ogarnęło dziwne wrażenie. Jakby nagle odezwali się do niego wszyscy krewni i znajomi, ale jednym, wspólnym głosem. Niedorzeczność.
— Niedorzeczność — powiedział głośno.
— Nie rozumiemy — zastrzegł się natychmiast ktoś, kto mówił wszystkimi głosami naraz. — Leż spokojnie — powtórzył. — Nie jesteś jeszcze w pełni sił. Zostałeś porażony ochronnym polem siłowym statku. Jeszcze kilka podstawowych jednostek czasu i będziesz mógł wstać. Szok minie bez jakichkolwiek następstw. Przygotuj się na stan nieważkości. Nie odczuwasz go, jak długo leżysz, ale potem możesz mieć kłopoty. Statek jest bezzałogowy i dlatego nie wyposażono go w sztuczne pole grawitacyjne…
Szok, statek, pole ochronne, pole grawitacyjne… ile jeszcze tych „pól”? Zresztą, czy trzeba więcej? W ogóle nic już nie trzeba. Wszystko jasne, prawda?…
No to stało się — pomyślał Jarek. I tylko tyle. Możecie wierzyć albo nie, ale tak właśnie było. Był już przytomny. To znaczy na tyle przytomny, na ile to bywa możliwe w niemożliwej sytuacji. Jestem na statku — powiedział sobie. Ma się rozumieć, że nie na ziemskim statku. A więc znalazłem się wśród obcych. Nie wśród ludzi, których nie znam, tylko wśród nieludzi. Porazili mnie tym jakimś polem i obezwładnili. A potem wciągnęli na pokład i wystartowali. Nie ma się co łudzić, że unosimy się dalej nad lasem w pobliżu obozu. Jeśli ten ktoś mówi o stanie nieważkości… wiadomo, gdzie człowiek może popaść w stan nieważkości. Poza atmosferą. Poza strefą przyciągania ziemskiego. To znaczy bardzo, bardzo wysoko. A raczej daleko. Bo dzieje się to już po przekroczeniu tej granicy, poza którą wysokość staje się odległością…
Zaraz, zaraz, co ten typ mówił o statku?…
— Jak to bezzałogowy?! — Jarek ocknął się nagle. — A ty kim jesteś?
Spokojny, beznamiętny głos odpowiedział bez chwili zwłoki:
— Jesteśmy przystawką semantyczną komputera scalającego jednostki zero jeden zero zero jeden jeden jeden zero jeden.
Aha. No, to przynajmniej jest jasne.
— Wywołanie pomocnicze zero jeden… — uzupełnił uprzejmie ktoś, kto był przystawkami.
W porządku. Przystawka semantyczna komputera jednostki numer zero jeden… dobrze. Nie bądźmy małostkowi i nie wdawajmy się w drobiazgi. Coś jednak chłopca uderzyło.
— Dlaczego właściwie — zagadnął — mówisz o sobie w liczbie mnogiej?
— Nie rozumiemy pytania — odpowiedziały przystawka. Lub też odpowiedziała przystawki. Jak komu lepiej pasuje.
— Nie szkodzi — ustąpił Jarek. Czuł się z minuty na minutę lepiej. Czuł się tak dobrze, że w końcu go to zastanowiło.
Dziwne — pomyślał. — Tkwię w jakimś jajowatym pudle licho wie gdzie, w dodatku z głową uwięzioną w ogromnej bani i zdany na łaskę istot, przy których ziemski bazyliszek mógłby być moim bliźniaczym bratem. Ba, nawet nie ich samych, tylko ich automatów.
Mało tego. Z każdą sekundą oddalam się od Ziemi, nie mając bladego pojęcia, czy ta podróż skończy się na Księżycu czy na najdalszej ze wszystkich możliwych gwiazd. Nie wiem także, czy przywitają mnie tam jak stworzenie obdarzone w końcu jakimś ludzkim rozumem czy też wsadzą do klatki i będą pokazywać swoim dzieciom, pouczając, że wolno mi dawać tylko marchewkę. Nie mówiąc o takim drobiazgu jak ten, że nie wiem, czy kiedykolwiek strzeli im do głowy odstawić mnie z powrotem, to znaczy czy zobaczę jeszcze rodziców, kolegów, Solę… Biorąc to wszystko pod uwagę, powinienem być nieprzytomny ze strachu. Powinienem się kulić, kłapiąc zębami, niezdolny do poruszenia ręką ani nogą i tylko bełkotać coś bez związku, jak baran, pędzony do rzeźni. Tymczasem czuję się jak młody bóg, zabawiam przyjacielską rozmową te, jak im tam… przystawki, chce mi się tańczyć i śpiewać, a nawet nie miałbym nic przeciw uczciwej jajecznicy na kiełbasie. Czy ktoś tutaj nie próbuje zrobić ze mnie balona? Że niby wszystko tak cacy, cacy?…
— Słuchaj no — odezwał się z groźbą w głosie. Jest mi odrobinę zbyt wesoło. Czy to znaczy, że zwariowałem, czy też byliście łaskawi zaaplikować mi jakieś paskudztwo?…
— Proszę powtórzyć pytanie — zafrasowały się przystawka.
Jarek wzruszył ramionami. To znaczy, wzruszyłby, gdyby nie pewne okoliczności.
— Czy daliście mi coś, co wprowadza człowieka w dobry humor, chociaż on sam wcale sobie tego nie życzy? — powiedział wyraźnie akcentując sylaby.
— Jesteś pod opieką automatycznego zespołu medycznego — padła odpowiedź. — Zastosowano normalną terapię przeciwwstrząsową, przewidzianą dla organizmów białkowych. Twój system nerwowy podłączony do aparatury diagnostycznej jest chwilowo pod wpływem stymulatorów. Ten stan…
— Czego?! — przerwał niezbyt uprzejmie Jarek. Pod wpływem czego?!
— Stymulatorów. To znaczy jego funkcjonowanie reguluje specjalna aparatura…
— Wyłącz to zaraz!
Tym razem przystawka spóźniły się z odpowiedzią o kilka sekund.
— Stymulatory wyłączą się automatycznie — w głosie komputera zero jeden zero… i tak dalej zabrzmiała nutka urazy — po zakończeniu kuracji. Już niedługo. Trzy, cztery podstawowe jednostki czasu…
— To, znaczy kiedy?! — wyrwało się Jarkowi. Nie umiesz mówić po ludzku?
— Nie — odrzekły uprzejmie niezrażone przystawka. — Nie mamy zakodowanej waszej miary czasu.
Jarek ugryzł się w język. Rychło w czas. „Mówić po ludzku”. Po ludzku, też coś!
Umilkł. Ale coś go korciło, żeby mówić dalej. Po prostu był w zbyt dobrym nastroju, żeby milczeć dłużej, niż przez kilka sekund. Wszystko jedno, czy to za sprawką tych jakichś stymulatorów czy innego świństwa, czy w końcu całkiem zwyczajnie, jak to bywa, kiedy człowieka spotka bardzo przyjemna niespodzianka.
— Dokąd lecimy? — spytał.
— Lot w nadświetlnej zwykłym korytarzem do bazy numer zero jeden zero…
— Dobra, dobra — zirytował się Jarek. — Gdzie to jest?
— Na trzecim satelicie największej planety badanego układu.
Chłopiec pomyślał chwilę. Oczywiście, układ planetarny przewertował z ojcem od deski do deski. Mimo to nie byłby sobie przypomniał, gdyby nie uczucie niezwykłej lekkości, jakiego doznawał. Uczuciu temu towarzyszyła przedziwna jasność myśli, jakby jego umysł, tworzący i przetwarzający najróżniejsze obrazy, pracował pod wpływem specjalnych, a nie znanych ziemskiej nauce wzmacniaczy. Jedna rzecz pozostała jednak do wyjaśnienia.
— Jaki to układ? — spytał Jarek, tak spokojnie, jakby chodziło o pierwsze lepsze miasteczko, przelatujące za oknami pociągu.
Układ gwiezdny numer… — przystawka urwały i odczekały chwilę, jakby potrzebowały czasu do zastanowienia.
— Wasz układ słoneczny — padło wreszcie.
Mimo wszystko Jarek odetchnął. No tak, dla nich to po prostu system planetarny gwiazdy numer taki a taki. Układ słoneczny. Cóż, można i tak.
A więc to, że sobie przypomniał, ma jednak pewne znaczenie. Największą planetą jest Jowisz. O, o Jowiszu nasłuchał się od ojca wielu różnych ciekawych rzeczy. Na przykład tego, że ma aż kilkanaście księżyców. Więc to na jednym z nich te stwory założyły swoją bazę. Trzeba przyznać, że dyskretnie. I w przyzwoitej odległości. Trzeci satelita… nie, jego nazwa jakoś, nie przychodziła chłopcu na myśl. Ale mniejsza z tym.
Przypomni sobie na miejscu albo… po powrocie.
— Odeślecie mnie na Ziemię? — zaryzykował pytanie.
Komputer znowu zrobił kilkusekundową przerwę, zanim odpowiedział:
— Tak.
— Kiedy?
— Zaraz, kiedy tylko będzie to możliwe — obiecały przystawka.
— To znaczy kiedy? — Jarek nie dawał się zbyć byle czym.
— Niedługo. Dowiesz się na miejscu. Baza nie otrzymała jeszcze szczegółowych dyspozycji z Centrali.
Aha — pomyślał chłopiec. Porozumiał się z tą swoją bazą. Pewnie dlatego kazał mi czekać na odpowiedź.
Jeśli pytam o coś, co ma zapisane w swojej własnej „pamięci”, odzywa się od razu. Kiedy indziej musi najpierw nawiązać łączność z bazą. Ciekawe, czy rozmawia wtedy z komputerem, maszyną, taką jak on sam, tyle że odrobinę „mądrzejszą”, czy też z jakąś istotą z krwi i kości.
— Czy w waszej bazie na tym satelicie są żywi… — Jarek zawahał się — …ludzie?…
— Czasem przylatują — padła enigmatyczna odpowiedź.
— A teraz?
— Teraz baza jest sterowana automatycznie. Łączność utrzymuje główny komputer scalający, numer jeden zero zero jeden…
— Zamknij się — uciął niegrzecznie Jarek.
— Nie zrozumieliśmy?… —
— Nic, nic… — wycofał się szybko chłopak. — To znaczy, że nie ma tam nikogo żywego?
— Obecnie nie…
W tym momencie „kuracja” Jarka dobiegła końca. Nagle oślepiło go światło. Poczuł, że kulisty przedmiot, obejmujący dotąd jego głowę, zniknął. Zrobił to nie wydając najcichszego szmeru, jakby roztopił się w powietrzu. Równocześnie w otoczeniu zaszła jakaś nieuchwytna w pierwszej chwili zmiana. Wrażenie obezwładnienia ustąpiło miejsca poczuciu dziwnej, niczym nie skrępowanej swobody. Chłopca ogarnął ten szczególny nastrój, który zdarza się bardzo rzadko, ale kiedy się już zdarzy, człowiek gotów jest wierzyć, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, że może zrobić dosłownie wszystko, o czym tylko pomyśli.
Pozwolił wzrokowi przywyknąć do światła, po czym uniósł głowę i rozejrzał się wokół siebie.
Pomieszczenie, do którego trafił w tak dramatycznych okolicznościach, nie przekraczało wielkością wnętrza przeciętnej łazienki. Poza prostokątnym ni to stołem, ni tapczanem, na którym leżał, znajdował się tu tylko ustawiony w rogu jakiś nieduży, jak gdyby kredens czy pulpit, opatrzony mnóstwem kolorowych przycisków. Równie dobrze mógłby to być na przykład instrument muzyczny, gdyby oczywiście sterujące pojazdem automaty miały zwyczaj przygrywać sobie po kolacji. Poza tym przedmiotem wnętrze kabiny było zupełnie puste. Lekko zaokrąglone ściany, pozbawione jakichkolwiek uchwytów, ozdób, czy innych sprzętów świeciły. Sączący się z nich blask był jednak łagodny. Miał delikatne, bladoróżowe zabarwienie i stwarzał złudzenie ciepła. Innego źródła światła w kabinie nie było.
Wodząc spojrzeniem po tych poświęcających matowo ścianach, Jarek uprzytomnił sobie nagle, że nie ma w nich żadnych drzwi, ba, żadnego, najmniejszego nawet otworu. To odkrycie zmroziło go w pierwszej chwili. Czyżby ta kabina, a może i cały pojazd obcych miał się okazać pułapką bez wyjścia?
— Nonsens — mruknął pod nosem. — Skoro potrafili mnie tu wsadzić, to tak samo na pewno potrafią i wydostać, gdy tylko, oczywiście, przyjdzie im na to ochota…
— Proszę powtórzyć — zabrzmiał natychmiast znajomy głos. — Nie zrozumieliśmy?…
Jarek uśmiechnął się. W dalszym ciągu czuł się wspaniale. To znaczy, odrobinę zbyt wspaniale, jeśli się nad tym zastanowić. Ale jak tu się zastanawiać, kiedy komuś jest po prostu lekko na sercu, jak nigdy dotychczas i nie ma takiej rzeczy na świecie, czy choćby wszystkich możliwych światach, która byłaby w stanie zmącić jego dobre samopoczucie.
— Nic nie mówiłem — rzucił wesoło. — To znaczy — poprawił się — o nic cię nie pytałem…
W odpowiedzi przystawka mruknęły coś niezrozumiale. Zabrzmiało to jak „zawracanie głowy” czy tak jakoś. Chłopiec zaśmiał się głośno i już otwierał usta, żeby powiedzieć coś wesołego, co powinno udobruchać jego niewidzialnego rozmówcę, kiedy nagle spostrzegł, że sufit kabiny zaczął się dość szybko obniżać.
Jeszcze sekunda, dwie i spocznie na nim całym swoim ciężarem…
— Halo!! — zawołał gorączkowo. — Co się dzieje?! Co robicie?!
— Stan nieważkości — zabrzmiała natychmiast lakoniczna odpowiedź. — Uprzedzaliśmy cię, że statek jest bezzałogowy i nie ma sztucznego pola grawitacyjnego…
— Moja głowa! — krzyknął przeraźliwie chłopiec, czując już na czole dotyk nieubłaganie nacierającej z góry płaszczyzny. Odruchowo skulił się w sobie, oczekując bólu, który jednak nie nastąpił. Zamiast tego sufit, musnąwszy jego włosy, począł się z powrotem oddalać, co prawda bardzo powoli i jak gdyby lekko falując.
— Stan nieważkości — powtórzyły z uporem przystawka. — Ostrzegaliśmy, żebyś się nie ruszał…
Jarek spojrzał w dół i zbaraniał. Że też od razu nie przyszło mu to na myśl! Tyle razy oglądał przecież w telewizji i na filmach kosmonautów unoszących się w powietrzu i wykonujących niezdarne, zwolnione ruchy, jakby to powietrze było morzem, a oni wyrwaną z dna kępą wodorostów. A teraz sam, nie wiedząc kiedy, powędrował pod sufit, któremu naturalnie ani się śniło obniżać, czy w ogóle ruszać z miejsca. To tylko on wzleciał, jak nadmuchany gazem balonik. A że unosząc się do góry nie zmienił pozycji, w której leżał, to znaczy na wznak, i widział tylko nad sobą sklepienie kabiny wciąż bliżej i bliżej, więc musiał pomyśleć, że to sklepienie wali mu się na głowę. Bądź co bądź, człowiek nie jest przyzwyczajony do tego, żeby spadać pod górę, bo tak chyba należałoby się wyrazić.
Ostrożnie, wystrzegając się jakiegokolwiek gwałtowniejszego ruchu, spróbował przekręcić się twarzą w dół. Poszło nadspodziewanie gładko. Kiedy tak koziołkował, jak na zwolnionym filmie, ponownie przywarł do sufitu, tym razem plecami. Przylgnął do jego gładkiej powierzchni szeroko rozczapierzonymi palcami i starał się jej przytrzymać, tak żeby tam pozostać. Po kilku sekundach, mógł już o sobie powiedzieć, że siedzi. A po kilku następnych poczuł się na tyle pewnie, że podciągnął nogi i objął rękami kolana. Wszystko zależy od punktu, z jakiego się coś obserwuje. Ktoś, kto przyjrzałby się teraz Jarkowi stojąc na głowie, byłby przekonany, że chłopiec po prostu rozsiadł się wygodnie na podłodze. A przecież w stanie nieważkości, to znaczy poza Ziemią, czy w ogóle z dala od jakiegokolwiek ciała niebieskiego, tam gdzie ustaje już wpływ jego przyciągania, czyli grawitacji, stanie na głowie jest pozycją równie naturalną jak każda inna. Wspaniała rzecz, kiedy się pomyśli na przykład o sali gimnastycznej…
Ale w tej chwili Jarek nie myślał o sali gimnastycznej. Zastanowiło go natomiast co innego. Mianowicie ten idealny spokój panujący w wypełnionej łagodnym światłem kabinie. Zupełna cisza, jakby jajowaty pojazd poruszał się bez jakiegokolwiek napędu. Zrodziły się w nim pewne podejrzenia.
— Czy my lecimy? — spytał.
— Tak — odpowiedział natychmiast niewidoczny głośnik.
— Dlaczego tak cicho?
— Napędy fotonowy i grawitacyjny działają bezgłośnie — pośpieszył z wyjaśnieniem komputer. — Natomiast napęd chemiczny włącza się tylko w sytuacjach awaryjnych…
Aha. Fotonowy, grawitacyjny i chemiczny. Coraz lepiej. No trudno, może kiedyś dowie się, co to wszystko znaczy. Jeśli, oczywiście, ziemscy profesorowie będą w stanie rozszyfrować te pojęcia. Ale chyba tak. Ojciec użył kiedyś określenia „fotonowy”. I to bodaj właśnie wtedy, kiedy była mowa o napędzie przyszłych rakiet kosmicznych. Tylko że Ziemia nie ma jeszcze takich rakiet. A ci tutaj, tak. W tym właśnie cała różnica. Chociaż nie, nie cała. Tych różnic musi być wiele. Skoro budują bazy w obcych układach planetarnych, konstruują automaty, które odwalają za nich całą robotę, nie wyłączając badania cudzych światów, skoro wreszcie potrafią tak gładko posługiwać się mową mieszkańców tych światów, istot pod każdym względem innych niż oni sami… A może nie są aż tak bardzo inni?…
Jarek skupił się. Pomyślmy spokojnie… Leżanka, na której spoczywał, kiedy go leczono, mogła od biedy powstać na Ziemi. Była w sam raz. Ten kask, który obejmował jego głowę… trudno przypuścić, żeby akurat dla niego sporządzili na poczekaniu specjalną aparaturę… ciekawe…
— Skąd jesteście? — spytał podnieconym głosem. — To znaczy, gdzie mieszkają ci, którzy zbudowali ten statek?
Tym razem znowu odpowiedź kazała na siebie chwilę czekać. Niezbyt długo, ale zawsze te kilka sekund.
— Pojazd powstał w automatycznej stoczni, w bazie — padło wreszcie. — Budową kierował komputer numer jeden zero…
— Wiem, wiem — przerwał Jarek. — A ci, którzy zbudowali ten komputer? Chodzi mi o żywych ludzi… to jest — zreflektował się — żywe istoty… Jak się nazywa układ słoneczny, gdzie powstała wasza cywilizacja?…
Cisza.
Chłopiec odczekał chwilę, po czym powtórzył pytanie.
— Informacja blokowana — szczeknął głos, który nagle stracił przyjacielskie brzmienie. — Żałuję… pośpieszył złagodzić wrażenie. Co mu się zresztą nie udało.
— Co to znaczy? — zimno spytał Jarek.
Cisza. Jakby przystawka nagle ogłuchły.
A więc nie. Wszelka poufałość, do jakiej ewentualnie skłonne byłyby się posunąć komputery obcych, nie sięga poza martwe urządzenia. Poza maszyny. Zabawa kończy się w momencie, kiedy przychodzi mówić o ludziach. Czy jak tam oni siebie nazywają.
Po raz pierwszy, od kiedy uzyskał przytomność, Jarek poczuł się w tym przyjaznym na pozór otoczeniu naprawdę obco. Co zresztą nie znaczy, że gorzej. Szampański humor nadal nie opuszczał go ani na chwilę. „Kuracja”, którą przeszedł, spowodowała widać jakieś bardziej trwałe zmiany w jego usposobieniu. A poza tym co innego wiedzieć coś, a co innego przejmować się tym czymś. Prawdę powiedziawszy, Jarka niewiele obeszło, że twórcy tego wszystkiego, co go tutaj otacza, pragną pozostać nieznani.
— Czego szukacie na Ziemi? — spytał po chwili. — To chyba mam prawo wiedzieć…
— Stereotypowy sondaż kosmiczny… — głos płynący niewiadomo skąd tchnął znowu usłużną gotowością. Jakby komuś, kto mówił, zależało szczególnie, aby zatrzeć niemiłe wrażenie, jakie musiało pozostać po jego niedawnej odmowie. — Pomiary stopnia cywilizacji — ciągnął. — Poza tym kontynuacja poszukiwań śladów zaginionych ekspedycji…
— Jak to, zaginionych? — mimo woli zainteresował się Jarek.
Coś zgrzytnęło niemiłosiernie. Powietrze przeszył ostry gwizd, po którym nastąpiła seria trzasków, przypominających zakłócenia, jakie występują, kiedy słucha się radia wśród burzy z piorunami.
— Co się… — Jarek chciał spytać, co się stało, ale nie zdołał dokończyć zdania.
— Uwaga — zabrzmiał zniekształcony nagle głos komputera. — Przygotować się na powrót ciążenia. Wyjście z szybkości nadświetlnej. Odbieramy kod namiarowy z bazy. Lądowanie pierwszym korytarzem w punkcie zero. Statek na kursie… statek na kursie…
— Wszystko w porządku? — upewniał się Jarek.
— Tak — wychrypiał głośnik. — Teraz nie możemy rozmawiać. Utrzymujemy łączność z bazą. Statek na kursie… — powtórzył.
Plecy chłopca straciły naraz oparcie. Aha — przeszło mu przez myśl. Podłoga na powrót zaczyna stawać się sufitem. I na odwrót. Zaraz zaryję nosem…
Nie doszło jednak do tej ostateczności. W pole grawitacyjne docelowej planety, czy też tego jej trzeciego satelity, statek wchodził po łagodnej orbicie, jakimś zgrabnie wytyczonym i obliczonym atmosferycznym „korytarzem”, jak nazywają to kosmonauci. Mimo to w ostatniej fazie opadania na sufit, który niespodziewanie znalazł się na dole, ciało Jarka nabrało pewnego rozpędu. Toteż gdy siadł ciężko, a siadł w ścisłym tego słowa znaczeniu, to znaczy uderzył o podłogę miejscem przeznaczonym do siadania, musiał natychmiast potrzeć to miejsce wyprostowaną płasko dłonią, przy czym pomagał sobie pomrukami, świadczącymi dobitnie o jego nieukontentowaniu.
Ukryte w ścianach czy też za nimi głośniki przystawki komputera odezwały się znowu. Teraz jednak wydawały z siebie dźwięki pozbawione znaczenia, przynajmniej w tłumaczeniu na ludzki język. Ciągły gwizd zmieszany z trzaskami począł się rwać, następnie zaszły w nim jakieś procesy porządkujące, przycichł nieco, aż wreszcie przeszedł w regularne dłuższe i krótsze dźwięki, jakby ktoś sygnalizował alfabetem Morsego.
— Pi — pi — pi — pipi — pi — pipi…
— Pi — pipi — pi…
— Jak długo jeszcze tego „pipi”? — zagadnął Jarek.
— Pipi — pi — pi — pipi — pi…
Aha. No dobrze. Tylko ani sekundy dłużej…
— Pi pipi — pipi…
Zachciało mu się śmiać. Jego dobry humor z sekundy na sekundę stawał się lepszy. Jakby ten środek, który mu zaaplikowali, żeby zlikwidować skutki porażenia, teraz dopiero w pełni przejawił swoje działanie.
— Pipi — pipi — pipi — pipi… — zanucił na cały głos.
— Pipi — pi — pi — pipi… — odpowiedział komputer obcych.
— Pi — przypieczętował Jarek i w końcu naprawdę wybuchnął głośnym śmiechem. — Pi! — wrzasnął, krztusząc się i chwytając obiema dłońmi za brzuch. Do oczu napłynęły mu łzy. — Pi! — powtórzył. Czyste wariactwo. Po prostu zwariowałem. No i co z tego? To wyłącznie moja sprawa. Chociaż, gdyby się kto pytał, miałem prawo zwariować. Ba, miałem je, jak nikt nigdy do tej pory. I to nie raz, ale dziesięć razy. Sto razy…
— Pipi — pi — pipi — pipi…
— Pi — potwierdził Jarek. — Trzy całe i czternaście setnych — wyrecytował. — Tak, zwariowałem. Inaczej nigdy bym tego nie powiedział…
Nie zwariował jednak. Jeśli można tak powiedzieć, to nawet wręcz przeciwnie. Jeszcze nigdy jego myśl nie płynęła tak szybko i gładko. Bez oporów. Tyle, że starała się omijać obrazy smutne, brzydkie lub groźne. Tylko tyle.
W pewnej chwili chłopiec nagle umilkł. Przeczekał którąś tam z rzędu serię „pipkań”, po czym wyrzucił z siebie jednym tchem:
— Skoro mam wrócić, to po jakie licho zabieraliście mnie właściwie z Ziemi, co?! Jeśli w dodatku tak się staracie udawać, że was nie ma? I nie raczycie nawet powiedzieć skąd jesteście?! Czego ode mnie chcecie?
— Pipi — pi — pipi…
— Przestań się wygłupiać!!! Mów zaraz!
Zgrzytnęło. Zgrzytnęło tak, że Jarek odruchowo uniósł dłonie i z całych sił przycisnął je sobie do uszu.
— Byłeś porażony — przedarł się przez ogłuszające szumy głos komputera. — Pole ochronne zabija każdą istotę, która się zbliży. Gdybyśmy cię nie zabrali, zginąłbyś wtedy. W pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ci pomóc, a poza tym wy nie znacie środków…
Ostatnie słowa utonęły w powodzi trzasków. Przestrzeń w kabinie ponownie przeszył straszliwy zgrzyt, po czym nagle rozległo się czyściutkie jak pojedyncza struna skrzypiec:
— Pipi — pi — pi — pipi…
Jarkowi znudziła się nagle zabawa. Tak bywa, kiedy człowiek znajduje się w stanie jakiegoś szczególnego upojenia wesołością, bez żadnego widocznego powodu. Coś wydaje mu się niesłychanie zabawne, a sekundę później zaczyna go to nudzić. Lub nawet irytować.
— Nie możesz się wyłączyć?! — rzucił cierpko. To znaczy, żebym ja przynajmniej tego nie słyszał?…
Piknęło jeszcze raz i drugi, po czym raptownie nastała cisza.
Mijały minuty. Być może nie minęło ich znowu tak bardzo wiele. Ale spróbujcie je liczyć, tkwiąc w komórce bez wyjścia, która jest częścią pojazdu kosmicznego, lądującego teraz właśnie na obcym globie. W dodatku wiedząc o tym, że w promieniu milionów kilometrów nie ma żywej duszy. Nie chodzi już tylko o kogoś, kogo można by nazwać swoim. W ogóle nikogo żywego. Nie, wtedy nie trzeba wielu minut. Ba, z powodzeniem wystarczą sekundy. Nawet jeśli dzięki jakimś sztucznym podnietom, pigułkom czy stymulatorom, jak uczenie wyraziły się przystawka, człowiekowi wszystko wydaje się łatwe, proste i przyjemne.
W każdym razie nie minęło więcej niż dziesięć minut, a Jarek zorientował się nagle, że statek, który porwał go z Ziemi, osiągnął cel podróży. Najpierw poczuł, że jego nogi, ręce, głowa stają się ciężkie, jakby napełniono je ołowiem. Oczy zasnuła mu jakaś wodnista mgiełka i musiał na powrót zająć miejsce na tej samej leżance, na której obudził się z głową tkwiącą w baniastym hełmie. Kiedy to było? Wczoraj? Godzinę temu? Parę minut?
Potem odezwały się ściany. Ich światło zaczęło delikatnie pulsować. Rozbłyski i zaćmienia następowały po sobie w nieregularnych odstępach czasu i tak nieznacznie różniły się jasnością, że można było ich w ogóle nie zauważyć. Równocześnie zza tych ścian, a może nawet spoza statku, dobiegło ciche, wibrujące brzęczenie, jakby bzykała uwięziona między szybami mucha. Wreszcie gdzieś pod podłogą zadźwięczało jedno krótkie uderzenie młotem w ciężkie, stalowe kowadło. Wtedy, jak ręką odjął, skończyły się wszystkie niepokoje nękające statek i jego jedynego pasażera. Brzęczenie ucichło, ściany promieniowały równym, pastelowym światłem, ciało chłopca odzyskało dawną lekkość. Nie ulegało wątpliwości. Stali. Lądowanie „w punkcie zero” mieli za sobą.
Jarek czekał spokojnie, wodząc wzrokiem po pozbawionych drzwi ścianach. To ładnie z ich strony, że świecą, ale teraz oczekuje od nich czegoś więcej. Mianowicie, żeby zechciały go jeszcze wypuścić. Chyba, że obcy postanowili przetrzymać go w tej właśnie komórce aż do momentu ponownego startu statku. Czyli tak długo aż z tej ich Centrali” nie przyjdzie cynk, że można go już odesłać na Ziemią.
Zaledwie zdążył to pomyśleć i zaprzeczyć szybko samemu sobie, jedna z węższych ścian prostokątnej kabiny zniknęła. Przed Jarkiem otworzył się krótki, szeroki korytarz, zamknięty zwykłymi drzwiami. To znaczy niemal zwykłymi. Bowiem tam gdzie drzwi, do jakich my jesteśmy przyzwyczajeni, mają klamki czy gałki, w tych błyskało błękitne światełko. W jego migotaniu było coś szczególnie przyciągającego uwagę, powiedziałbym, coś wesołego.
Jarek nie wahał się ani chwili. Przekroczył próg, który tworzyły dwie szczelnie przylegające do siebie metalowe listwy, i ruszył w głąb korytarza. Kiedy zbliżył się do owych przyzywających błękitnym światłem drzwi, te stanęły przed nim otworem.
— Tylko tak dalej — bąknął pod nosem. — Nawiasem mówiąc — dodał, podnosząc głos — teraz nie musicie już chyba odbierać żadnego namiaru? Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby ktoś się do mnie odezwał…
Przystanął w otwartych drzwiach i czekał na odpowiedź. Ale czekał na próżno. Wszystkie głosy, które przedtem wypełniały wnętrze maleńkiej kabiny, zawieruszyły się gdzieś, przepadły. Chłopcu zrobiło się nieswojo. To śmieszne, jak łatwo człowiek przyzwyczaja się do najbardziej nawet niezwykłych sytuacji, jeśli tylko ma z kim pogadać o swoich wrażeniach, usłyszeć w czyimś głosie odbicie swoich własnych wątpliwości lub choćby ich zaprzeczenie. Niechby to nawet był głos maszyny i to maszyny zbudowanej nie przez ludzi. Ale ona słuchała, co mówił, i wkładała w rozmowę z nim całą swoją pamięć i wiedzę, a więc wszystko, co miała najlepszego. Teraz, wobec ciszy panującej w otwartej przed nim hali, Jarek poczuł się nagle osamotniony.
Bo to była hala. W dodatku nie oświetlona. Wzrok grzązł w ciemności, obojętnie, czy spoglądało się w górę, w dół czy leż na boki, nie znajdując nigdzie kresu wędrówki, nie napotykając na żadną widoczną przeszkodę. Tylko na wprost od progu, który tutaj był zaledwie zaznaczony łagodną wypukłością, biegł w mroczną przestrzeń poziomy, niezbyt szeroki, stalowy pomost, wyłożony warstwą czegoś, co przypominało gumę. Na jego przedłużeniu, naprzeciw drzwi, w których stał chłopiec, błyszczało błękitne światełko, takie samo jak to, które przed chwilą wywabiło go z jego klatkowej kabiny.
— Droga — bąknął półgłosem.
Rzeczywiście, błękitny ognik zdawał się wskazywać drogę. Było w nim coś takiego, jak w zielonych światłach na skrzyżowaniach ulic w ziemskich miastach. Sygnał zgody i bezpieczeństwa. A może — przemknęło Jarkowi przez myśl — u nich rzeczywiście błękitne światło znaczy to samo co u nas zielone?…
Bez zastanowienia wszedł na pomost i ruszył w kierunku wskazanym przez ów przyjazny sygnał. Był to zresztą jedyny kierunek jaki mógł wybrać. Pomost, dudniący głucho pod jego stopami, sam prowadził go do celu drogą wytkniętą pomiędzy dwiema wysokimi poręczami. Na prawo i lewo pod płytą pomostu czaiła się nieodgadniona, mroczna głębia. Strop hali również nadal pozostał poza zasięgiem wzroku.
Wskazujące kierunek światełko było już bardzo blisko, kiedy nagle zaczęło się obniżać. Chłopiec chciał się zatrzymać, ale z rozpędu zrobił jeszcze krok do przodu. O ten jeden krok za dużo. Stopa Jarka, zamiast znaleźć pewne oparcie w elastycznej powłoce pomostu trafiła bowiem w próżnię. Błękitna lampka była już nisko w dole.
— Halo! — zabrzmiał w mrocznej przestrzeni zduszony okrzyk chłopca. Odezwało się jakieś nikłe, nieśmiałe echo, które natychmiast zgasło. Zresztą, i na odpowiedź i na jakąkolwiek pomoc było za późno.
Jarek wymachując rozpaczliwie ramionami, spadał na oślep w zdradziecką próżnię, która otworzyła się tam, gdzie pomost łączący statek z pomieszczeniami jego bazy nie powinien był się jeszcze skończyć.
— Halo! — krzyknął już ciszej i umilkł. Odruchowo wtulił tylko głowę w ramiona i wysunął przed siebie ręce, żeby trochę przynajmniej złagodzić nieuchronny upadek. Hala jest ogromna, prawda, ale gdzieś przecież się kończy. Nawet jeśli obcy wyścielili jej dno pierzynami, upadek z tej wysokości…
W tym momencie Jarek zdał sobie sprawę, że dzieje się z nim coś dziwnego. Przecież był już na ziemi… to znaczy na lądzie, nie w przestrzeni, gdzie człowiek może sobie bezkarnie zamienić sufit w podłogę. A jednak spadał zdecydowanie za wolno… coraz wolniej… Co jest, u licha, jego nogi, dotychczas wierzgające w kierunku niewidocznego stropu hali, nagle znalazły się przed jego oczami. Nie znaczy to, że Jarek przybrał pozycję poziomą, co to, to nie. Zawisł po prostu w powietrzu zgięty wpół jak scyzoryk. Jeszcze kilka sekund spływał w dół, coraz wolniej, jak ciężarek umocowany na bardzo dziwnej wadze, której druga szala została już dostatecznie obciążona, po czym znieruchomiał. Przez chwilę tkwił jak skamieniały, nie myśląc o niczym i czekając, co będzie dalej. Wreszcie zaczął się niecierpliwić. Dobrze, że nie zawrze bliższej znajomości z podłogą tej pogrążonej w mroku budowli, ale… wszystko ma swoje granice. Cierpliwość mężczyzny tkwiącego nieruchomo w idiotycznej pozycji, zatrzymanego w locie przez niewidoczną i niewyczuwalną siłę także.
— Halo! — zawołał po raz trzeci. Tym razem głos dopisał mu w pełni. Brzmiało w nim wprawdzie coś jakby wołanie o pomoc, ale i wyraźna nuta urażonej ludzkiej godności.
— Chodź tutaj — zabrzmiał niespodziewanie w odpowiedzi czysty damski głos, jakby tylko przytłumiony wielką odległością. A to co znowu? Baby? Tutaj?
— Co?! — nie wytrzymał. — Kto?…
W tej samej chwili uprzytomnił sobie, że w gruncie rzeczy nie ma znaczenia, kto do niego mówi. Ważne jest raczej, czego ten ktoś od niego chce. Długo się o podobnych przygodach opowiada, ale w rzeczywistości od momentu kiedy pod stopami Jarka skończył się raptownie pomost, upłynęły dwie, może trzy sekundy. A te wszystkie myśli? No cóż, w pewnych sytuacjach myśli się szybko. A jeszcze szybciej przelatują człowiekowi przez głowę jakieś strzępy wrażeń, pomysłów, porównań i zbędnych na ogół wiadomości, nie zasługujących na nazwę myśli.
Krótko mówiąc, dopiero ten damski głos, który tak niespodziewanie odezwał się tam w górze, przywrócił chłopcu równowagę umysłu. Bo o równowadze ducha za wcześnie byłoby mówić, pomijając już zupełnym, dyskretnym milczeniem równowagę ciała.
— Mam iść? — spytał Jarek niedowierzającym tonem. — Jak to, iść?…
Powątpiewanie, z jakim powiedziano te słowa, było na miejscu. Spróbujcie kazać iść człowiekowi zawieszonemu na szczycie wieży w długiej, workowatej sieci. A co dopiero kiedy nie ma żadnej wieży, sieć składa się z nie istniejących oczek, a sam człowiek ma dookoła siebie nieziemską budowlę, w dodatku pogrążoną w absolutnej ciemności.
— Spokojnie — spłynął z tej ciemności ten sam damski głos. — Idź prosto do niebieskiego światełka…
Chłopiec odruchowo poszukał wzrokiem lampki.
Spadając, zostawił ją wysoko w górze. Nie tak wysoko jednak, jak mu się dotąd zdawało. Jeśli w tej sytuacji może być mowa o prawidłowej ocenie wysokości, połyskiwała zaledwie jakieś piętnaście metrów wyżej.
Iść, to iść — pomyślał chłopiec, unosząc nogę. Jego ciało zareagowało na to niespiesznym wywinięciem pełnego koziołka wokół własnej poprzecznej osi. Ponownie zawisł głową w dół, tracąc z oczu nawet owo zbawcze niebieskie światełko.
— Nie mogę iść! — wrzasnął ze złością. Gdyby się przez moment zastanowił, musiałby dojść do wniosku, że to rozdrażnienie, choćby nawet uzasadnione, zawdzięczał także — jak to dziwnie bywa z ludzkimi nastrojami — uspokajającej kuracji, jaką zaaplikowali mu obcy. Inaczej nie mógłby się zdenerwować. Inaczej po prostu musiałby się bać. Przyznajcie, że miał prawo.
Tak jednak, jak się rzeczy miały, owo poirytowanie nie tylko przyszło w porę, ale przyniosło również pozytywny skutek.
— No to poczekaj spokojnie — odezwał się pojednawczym tonem ten sam wysoki głos niewidocznej kobiety. — Zaraz będziesz tutaj…
Jarek nie odpowiedział. Po pierwsze, co właściwie było do odpowiedzenia, a po drugie… Komputer przemawiał przedtem wszystkimi głosami naraz… niech będzie. Powiedzmy; że szukał sposobu najlepszego porozumienia się z obcym pasażerem. Ale ten głos, teraz nie należał ani do matki chłopca ani do żadnej z jego krewnych płci pięknej, ani żadnej koleżanki… a mimo to skądś był przecież Jarkowi znany. Do żadnej koleżanki?… zaraz…
Niestety, wszelkie dalsze próby identyfikacji tego damskiego głosu, który rozbrzmiewał gdzieś tam w górze jakby tylko po to, żeby odwrócić uwagę Ziemianina od niewesołej w gruncie rzeczy sytuacji, w jakiej się znalazł, musiały ulec odroczeniu. W tym momencie chłopiec uczuł bowiem, że zaczyna płynąć w górę. Początkowo nie zdawał sobie sprawy, czemu zawdzięcza ten osobliwy ruch, po czym nagle poczuł na twarzy prąd powietrza. Uruchomili jakiś wentylator — powiedział sobie w duchu. Pomyślał, że jest dla ich maszyn czymś w rodzaju pojedynczego kwiatka dmuchawca, ale nie zdążył zgorszyć ani też oburzyć się tą myślą, bo właśnie tuż przed sobą ujrzał ową upragnioną niebieską lampkę, o której wiedział, że wyznaczała drogę. Czy bezpieczną, to inna rzecz. Ale… mimo wszystko nic mu się przecież nie stało.
— Pomost się podnosi, kiedy ktoś dochodzi do drzwi — pouczył go ów znajomy i nieznajomy równocześnie głos, którego źródło jakby się oddaliło od miejsca, z którego kobieta przemawiała do tej pory. Ostatnie kroki robi się na poduszce powietrznej… padło jeszcze, jakby to wyjaśniało już wszystko.
Poduszce powietrznej, proszę. Jarek słyszał, rzecz prosta, o poduszkowcach. Po pierwsze jednak nie przypuszczał, że samemu przyjdzie mu udawać jeden z nich, a po drugie…
— Nikt mnie nie uprzedził — mruknął z wyrzutem usiłując wgramolić się na próg, a raczej krawędź jakiejś platformy, w miejscu, do którego powinien był go doprowadzić wychodzący ze statku pomost. Pomimo że ta krawędź stała się widoczna w nikłym świetle niebieskiej lampki nie było to wcale takie proste, jak mogłoby się zdawać. Wszelkie próby znalezienia oparcia dla stóp czy dłoni kończyły się niezmiennie fatalnym koziołkowaniem w powietrzu. Ciało chłopca dokładnie i całkowicie wymykało się spod jego kontroli, a sytuację pogarszał fakt, że wszystko to działo się w ślamazarnym tempie, jak na paradoksalnie zwolnionym filmie. Spróbował raz i drugi, w końcu udało mu się nawet przytrzymać palcami krawędzi płyty, ale te palce pozostały tam tylko przez ułamek sekundy, po czym odbiły się jak delikatne sprężynki i Jarek ponownie powędrował nogami w górę, machając przed sobą rękami, co dla kogoś patrzącego z boku musiało przedstawiać widok nader frapujący, a nawet godny uwiecznienia na zdjęciu. Na szczęście było ciemno. No a poza tym nikt nie patrzył z boku. W każdym razie nikt taki, kto potem mógłby zabawiać towarzystwo opowiadaniem o powietrznych wyczynach Węża.
— Pomóż mi — wykrztusił wreszcie, zrzucając pychę z serca. Niestety, ten heroiczny gest nie zdał się na nic. Nikt nie odpowiedział. Ani komputer, choćby wszystkimi możliwymi głosami naraz, ani ta, która radziła mu przedtem „iść”. Może i dobrze się stało. Bo w końcu po którymś kolejnym salcie Jarek wylądował wreszcie tuż pod niebieską lampką, opadając na płytę czy też dalszą część pomostu, już należącą do bazy, a nie zawieszoną nad nieodgadnioną głębią. Chwilę leżał na brzuchu, bezwiednie poruszając jeszcze przed sobą rękami, po czym oprzytomniał, podciągnął się metr dalej od krawędzi i ostrożnie wstał. Obejrzał się z niesmakiem za siebie, a kiedy ponownie odwrócił głowę, nie ujrzał już wskazującej drogę lampki. Zamiast niej widniały szeroko otwarte drzwi prowadzące do wnętrza budowli. Jarek nie zastanawiając się przeszedł przez nie i zatrzymał się. Co się właściwie stało? Spadał, ale nie spadł. Pofikał w powietrzu nogami i wrócił. Kazali mu „iść”, a potem widząc, jak sobie poczyna, załatwili sprawę za niego. No, dobrze. Niech będzie, że dobrze. A ten głos?
Tak, ten głos był z pewnością czymś, nad czym warto było się zastanowić. Może jednak nie teraz. Na razie trzeba iść dalej. Po pierwsze, warto zobaczyć, co oni mają tam, dokąd chcą go zaprowadzić, a po drugie, chociaż takie sprawy jak troska o własne bezpieczeństwo nie wchodzą w rachubę, nie od rzeczy będzie mieć tę przepaść z jej urwanymi pomostami i „poduszkami powietrznymi” nieco dalej za plecami.
Chłopiec ruszył do przodu w kierunku następnej niebieskiej lampki, oznaczającej wejście do dalszych pomieszczeń bazy, które to wejście szeroko otwarło się na przyjęcie gościa z Ziemi. Dalej był krótki korytarz zakończony następnymi drzwiami. I one, podobnie jak poprzednie, otworzyły się bez szmeru, kiedy Jarek przybliżył się do nich na odległość dwóch metrów. Przekroczył je z uczuciem, że wszystko to, co mu się przydarzyło, w rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej, mianowicie, że nie ma i nigdy nie było żadnego jajowatego statku, jego komputerów i drogi przez międzyplanetarną próżnię, a tylko jakaś dobra wróżka zamieniła go nie wiedzieć kiedy w potężnego króla. Stanęła mu przed oczami scena z jakiegoś filmu historycznego czy bajki, kiedy to właśnie taki potężny król kroczy sobie przez swój ogromny pałac, z jednej komnaty do drugiej i wszędzie drzwi same się przed nim otwierają, ukazując kolejne sale, wykładane marmurami i błyszczące od złotych świateł. Przystanął nawet, to znaczy nie król, tylko Jarek żeby sprawdzić, czy przypadkiem z jego ramion nie spływa wspaniała monarsza szata podbijana gronostajami. Ale nie. W dalszym ciągu miał na sobie drelichową bluzę swojego mundurka i wyświechtane, jak trzeba, dżinsy. Toteż nie poświęcił temu skromnemu strojowi więcej uwagi, niż na to zasługiwał. Po prostu ruszył dalej.
Za kolejnymi drzwiami zrobiło się jaśniej. Ze ścian płynęło takie samo łagodne, różowawe światło, jakie wypełniało wnętrze kabiny. Znajdowało się tu półkoliste, niezbyt wielkie pomieszczenie, pozbawione jakichkolwiek sprzętów. Po obu stronach widniały tylko ciemniejące na rozświetlonym tle płyty pojedynczych drzwi. Te nie były wyposażone w żadne zapraszające lampki. A może nie zapalono ich tylko.
Na wprost wejścia zaczynał się prosty korytarz, zakończony w głębi jakąś różnobarwną płaszczyzną, przypominającą wiszący na ścianie obraz. Jarek postał chwilę medytując, po czym niezdecydowanym krokiem ruszył prosto przed siebie. Natychmiast jednak przystanął znowu. Potrząsnął głową i zawrócił, skręcając ku najbliższym drzwiom. Postanowił zajrzeć wszędzie po kolei.
Nie zrobił jednak nawet dwóch kroków, kiedy drzwi, ku którym zmierzał, błysnęły ostrym, pomarańczowym światłem. Było tak jaskrawe, rażące i jakby odpychające zarazem, że chłopiec zatrzymał się jak wryty. Blask zelżał nieco, ale nie ustąpił. Jego źródło leżało dokładnie w tym samym miejscu, z którego poprzednio mijane drzwi wysyłały światło błękitne.
— Nie wolno — burknął Jarek. — Stop. To znaczy stop — upewnił sam siebie.
Rzeczywiście. Jeżeli dobrze odgadł znaczenie tamtych „zapraszających” świetlnych sygnałów, ten mógł, a nawet musiał, stanowić ich zaprzeczenie. Wymowa jego kłujących, natarczywych promieni była dostatecznie zrozumiała.
Cofnął się, rozejrzał ponownie, po czym już wolniejszym krokiem ruszył ku drugim drzwiom znajdującym się w salce, dokładnie naprzeciw pierwszych. Sytuacja się powtórzyła. Znowu przeraźliwy pomarańczowy błysk, znowu wrażenie surowego zakazu postąpienia choć jeden krok dalej tą samą drogą.
A więc pomieszczenia za drzwiami wychodzącymi do oświetlonego holu okazały się niedostępne. Jarek jeszcze raz potrząsnął głową, jakby dając komuś znak, że przyjął do wiadomości wszystko, co zostało mu powiedziane, i zawrócił w stronę korytarza. Przyszło mu do głowy, że już tam, w przecince, kiedy biegnąc ku polance, na której dostrzegł przedtem jajowatą konstrukcję, po raz pierwszy został oślepiony pomarańczowym światłem, pochodzącym nie wiadomo skąd, że to mianowicie już wtedy mogło być… ostrzeżenie. Ten okrzyk „stój”, tak dziwnie podobny do głosu Olika… Kto wie? Może to wszystko miało go tylko przestrzec przed niebezpieczeństwem? Jeśli to prawda, co powiedziano mu potem w kabinie, że wcale nie chcieli zabierać go z Ziemi?
Im dłużej nad tym rozmyślał, tym bardziej ta nowa wersja wypadków, jakie rozegrały się dziś rano na polance z trzema bunkrami, wydawała się Jarkowi prawdopodobna. Ale skoro tak, to tym bardziej nie ma się czego bać. Obcy, kimkolwiek są, dokładają starań, żeby oszczędzać ludziom przykrości związanych z ich pobytem na Ziemi. A że nie zawsze to im się udaje… to już inna sprawa. Tak samo chyba będą postępować i tutaj.
Zresztą, i tak się nie bał. W dalszym ciągu odczuwał ciekawość, podniecenie, nawet coś na kształt radości. Słowem, wszystko, prócz strachu. „Kuracja” zrobiła swoje. I robi nadal.
Posuwając się w głąb korytarza chłopiec w dalszym ciągu mijał jedne po drugich drzwi, ale nie próbował się już do nich zbliżać. Miał przeczucie, że obcy nie pozostawią go jego własnemu losowi.
I tak też się stało. To, co wydało mu się obrazem, kiedy patrzył z daleka, ta jakaś barwna płyta, w miarę jak się do niej zbliżał, była coraz jaśniejsza. I przestawała być obrazem. Stawała się natomiast tym, czym była w istocie, to znaczy przeźroczystą ścianką, na pierwszy rzut oka pozbawioną jakiegokolwiek przejścia. A barwne plamy, przypominające namalowany pejzaż należały do pomieszczenia, które znajdowało się poza nią.
Jarek dotarł do tej przeszkody i nie znajdując nigdzie żadnego ostrzegawczego światła czy innego znaku, pchnął ją lekko. Ustąpiła od razu, odsłaniając przestronne, mroczne wnętrze. Panujący w nim półmrok nie przeszkadzał jednak chłopcu zorientować się w kształcie i wielkości pomieszczenia. Wszedł śmiało do środka i rozejrzał się.
Sala była olbrzymia. Jej ściana, ta w której znajdowało się zamaskowane wejście, miała chyba ze trzydzieści metrów długości. Do niej przylegała druga, krótsza, odchodząca pod kątem prostym. I, co najciekawsze, te dwie ściany łączyła trzecia, półkolista i wybrzuszona jak drzewce wielkiego łuku.
Dwie proste ściany były gładkie i ciemne. Trzecia natomiast, ta zaokrąglona, połyskiwała drobniutką, nieregularną mozaiką, jakby ktoś niedbale posypał ją złotym pyłem, który przylgnął do jej powierzchni. Właśnie niedbale, ponieważ ten pył rozsypano bardzo nierównomiernie. Na ciemnogranatowym tle widniały większe i mniejsze skupiska świetlistych okruszek, gdzieniegdzie układały się jakby w dziwne, niedokończone wzory, to znowu gęstniały w zbite gromady, podobne do kłębów waty lub wydłużonych obłoków. Nie brakło też pojedynczych świetlików jaśniejszych niż inne, jakby kilka drobinek złocistej substancji zlepiło się tam ze sobą, tworząc grudki wielkości ziarenek piasku. Wreszcie w dwóch czy trzech miejscach widniały nie tak już jasne, ale za to wielkie przy tamtych, bladożółte krążki, przypominające blaszki, jakimi wiejskie dziewczęta wyszywają swoje świąteczne stroje.
Wszystkie te pyłki i ziarenka mrugały, zmieniając nieustannie siłę światła, jakby coś stale od nowa wprawiało je w delikatne drżenie. Tylko największe z nich trwały nieruchomo, zadowalając się swoim bladawym blaskiem, obojętne i aż nazbyt dumne z własnych rozmiarów.
Jarek oderwał się wreszcie od drzwi i wyszedł na środek sali. Idąc nie spuszczał wzroku z mrowia połyskujących przed nim złotych punkcików. W miarę jednak jak się do nich zbliżał, szedł coraz wolniej. W pewnym momencie przekrzywił głowę, jakby coś zauważył i chciał się upewnić, czy nie ulega złudzeniu. Zaraz potem stanął.
Za ścianą coś się poruszało. W zależności od miejsca, z jakiego patrzał, niektóre świetliki gasły, a zapalały się za to inne. Jakby przesłaniała je jakaś ruchoma masa, której wybrzuszenia strzelały w górę ostrymi szpicami, ledwie dostrzegalnymi na ciemnogranatowym tle. Jak to jednak możliwe, żeby przesłaniały świecące punkty, skoro te tkwią w ścianie, a pomiędzy nią a Jarkiem jest tylko wolna, zupełnie pusta przestrzeń sali?…
Wpatrzył się przed siebie z wysiłkiem, od którego zabolały go oczy. Wpatrywał się minutę, potem drugą… Wreszcie drgnął i po raz któryś z rzędu poruszył głową. Nagle cicho krzyknął.
— Niebo! — zawołał półgłosem. — Prawdziwe niebo!
Nie wdając się w rozważania, co kto nazywa prawdziwym niebem, trzeba przyznać, że trafił w sedno. Ściana, przed którą stał, nie była bowiem granatowa, ani czarna, ani też nie miała żadnej innej barwy, jak nie ma jej żadna rzecz, która jest idealnie przeźroczysta. Złoty pył nie był wcale wtopiony w szklaną masę, z której była zrobiona i nie przywarł też do jej powierzchni. W ogóle nie było żadnego złotego pyłu. Wszystkie te migocące okruszki, pojedyncze złote ziarenka, blaszki i obłoki, tkwiły w nieskończonej przestrzeni rozgwieżdżonego nieba, tak daleko od miejsca, w którym stał Jarek, jak daleko tylko człowiek może sięgnąć myślą. A owe wznoszące się jakby spod podłogi wyżyny i szczyty, były naprawdę szczytami i wyżynami. Otaczały bazę ludzi z kosmosu na powierzchni globu, na którym nigdy nie stanęła stopa człowieka z Ziemi. To znaczy nigdy dotychczas. Nigdy przed Jarkiem.
Szybko pokonał odległość dzielącą go od przeźroczystej ściany. Tuż przed nią zatrzymał się i ostrożnie dotknął jej końcami palców. Jej powłoka była gładka i czysta jak prawdziwe szkło. Potrzymał na niej przez chwilę dłoń, aż poczuł w opuszkach palców dokuczliwe zimno. Wtedy wyprostował się, opuścił rękę i zapatrzył przed siebie.
Widok był niezwykły. Niezwykły, to bardzo słabe określenie. Ale mniejsza o słowa.
Granatowoczarne pole, nie, nie pole, a świat, a więc granatowoczarny świat, ciemny, a pomimo to ukazujący z dużą ostrością każdy szczegół swego krajobrazu. Najbliżej, u stóp chłopca patrzącego z pewnej wysokości, jakby stał na szczycie niewielkiego wzniesienia, rozciągała się równa jak stół płaszczyzna. Taka gigantycznej wielkości betonowa płyta, jakie zakłada się na lotniskach, aby wymościć drogę startującym i lądującym samolotom. Dalej góry. Najpierw pojedyncze skały, sterczące z równiny pionowo w górę, tak niespodziewanie, jakby nie wyrosły z niej samej, a zostały przyniesione przez jakiegoś olbrzyma, który gubił je po drodze, nawet o tym nie wiedząc. Cienkie, chaotycznie rozstawione świece przypominające wieże kościołów, smukłe graniastosłupy wyszczerbione na szczycie, wielkie bryły ogromnych głazów, ba, nawet regularne, długie stożki, celujące w gwiazdy ostrymi szpicami.
Za tym dziwnym skalnym lasem teren zaczynał się wznosić. Płaszczyzna przechodziła w pofalowany, pocięty bruzdami stok, który następnie śmigał w górę, aż do podnóża właściwych gór. Te były olbrzymie. Wszystkie znane chłopcu ziemskie szczyty mogły przy nich odgrywać rolę łagodnych pagórków, składających się z samych oślich łączek. Jeżeli nawet nie były o tyle wyższe, to w każdym razie biła z nich niespotykana w świecie, z którego przybył, groza i nieokiełznana siła. Z taką zapiekłą wściekłością strzelały w niebo poszarpanymi, ostrymi turniami, że Jarkowi, kiedy na nie patrzył, dreszcz przebiegł po plecach. Wydało mu się, że ma przed sobą jakiegoś niewyobrażalnie wielkiego potwora, który wyszczerzył zęby i przyczaił się do skoku.
A nad górami migotały gwiazdy, tkwiące w przestrzeni, wypełnionej granatowoczarną, doskonale przeźroczystą, kryształową masą.
Niebo tego globu jakby chciało wynagrodzić tym, których los rzucił na jego powierzchnię, wszystkie nieprzystępne i groźne widoki, na jakie natrafiali, rozglądając się wokół siebie. Firmament był niezwykle piękny. Był tak piękny, że Jarkowi zaparło dech w piersiach. Stał jak skamieniały, chłonąc tę spryskaną złotem, wdzierającą się przez szklaną ścianę przestrzeń, i stałby tak nie wiedzieć jak długo, gdyby za jego plecami nie rozległ się nagle jakiś szmer.
Na moment przymknął oczy. Wystarczył jeden moment, żeby przypomnieć sobie, gdzie jest i że niezależnie od takich czy innych widoków za oknem powinien mieć się na baczności.
Zaszemrało ponownie. Jakby ktoś szedł w miękkich pantoflach, stąpając na koniuszkach palców. A właściwie nie „szedł”, a skradał się chyłkiem. I był już niezbyt daleko.
Bardzo powoli, ciągle wstrzymując oddech, Jarek odwrócił głowę i spojrzał za siebie.
Miał prawo wrzasnąć. Miał także prawo zemdleć i nie pozwolić się ocucić przez bite dwie godziny. Może nawet zwariować… chociaż nie. Zwariować ze strachu nikt nie ma prawa. Nigdy, nigdzie i pod żadnym pozorem.
Jarek jednak nie myślał zwariować. Nie zemdlał. Ba, nawet nie krzyknął. Nie przypisujmy tego tylko i wyłącznie zaletom jego charakteru. Charakter okazuje człowiek wtedy, kiedy w obliczu naprawdę niezwykłej a groźnej sytuacji boi się, lecz przezwycięża strach, narzuca sobie spokój i z zimną krwią robi to, co do niego należy. Tymczasem prawda wyglądała tak, że Jarek, patrząc szeroko otwartymi oczami na to, co ukazało się teraz pośrodku mrocznej sali, odczuwał wszystko oprócz strachu. Nastrój lekkości i pewności siebie nie opuszczał go ani na chwilę. Środki zastosowane przez obcych, te jakieś ich „stymulatory”, czy jak im tam, pokazywały, co potrafią. Chyba, że odmierzyli mu taką specjalną końską dawkę, na wszelki wypadek…
Tak czy inaczej, od kiedy odzyskał przytomność, nie bał się ani przez chwilę. I natychmiast dał temu wyraz odzywając się spokojnym, niezbyt piskliwym głosem, co mimo wszystko dla niego samego stanowiło niejakie zaskoczenie.
— Nie boję się ciebie… — stwierdził.
Usłyszał miły dźwięk, przypominający śmiech prawdziwej, ziemskiej dziewczyny.
— A dlaczego właściwie miałbyś się mnie bać?… — powiedziała błyskając w uśmiechu drobnymi, białymi ząbkami.