126642.fb2 Sola z Nieba P??nocnego - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 5

Sola z Nieba P??nocnego - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 5

Sola z nieba północnego…

Ktoś rzucił na ogień wielką, suchą, świerkową gałąź. Strzelił wysoko płomień, na moment wyłuskując z mroku pojaśniałe twarze Węży i przylepionej do Olika drużynowej gości. Jej podopieczne pozostały ukryte w cieniu. Siedziały ciasno jedna przy drugiej na niskich ławeczkach, przygotowanych specjalnie na dzisiejszy wieczór przez gospodarzy, ożywionych duchem miłości bliźniego. Kiedy ognisko buchało świeżym płomieniem, różowiały jedynie furażerki, sterczące nierównymi zębami z bezkształtnej, jednolitej masy, milczącej i nieruchomej. Także i teraz Jarek na próżno usiłował odnaleźć w mroku twarz dziewczyny, której imienia omal przed chwilą nie wymówił. Nie sposób było stwierdzić, czy jest tutaj i słucha go wraz z innymi. Ale gdzież właściwie miała być?

Zresztą, jest czy jej nie ma i tak musi powiedzieć. Bez tego jego historia straci swój specyficzny smaczek. I sporo sensu. Mogą to sobie tłumaczyć, jak chcą. Ostatecznie, opowiada im przecież swój „sen”. Człowiek nie odpowiada za to, co mu się śni. Może to być w końcu dziewczyna, o której na jawie nie myśli się z czułością, a wręcz przeciwnie. Albo też nie myśli się wcale. Czy w każdym razie rzadko i raczej przypadkiem.

Zresztą, pal ich licho. Niech robią, co chcą. Niech się w ostateczności pośmieją. W końcowym rachunku i tak to on będzie się śmiał z nich. To nic, że sam przed sobą.

Obejrzał się. Dotychczas cały czas mówił stojąc. Teraz zabolały go nogi. To znaczy, bolały go już zapewne od dłuższej chwili, ale nie zwrócił na nie uwagi. I pewnie nie zważałby na ten ból nadal, gdyby nie ów fajerwerk, który przerwał jego opowieść, zmuszając go do cofnięcia się o krok i przymrużenia oczu.

Po tej stronie ogniska nie było ławeczek. Zaledwie jednak rozejrzał się wokół siebie, żeby znaleźć jakieś zaimprowizowane siedzisko, ktoś obok niego wstał i zrobił mu miejsce. Była to niemała ofiara, zważywszy, że chodziło o wysunięty kopczyk, porosły wysoką trawą, zapewne pozostałość po najbardziej pracowitym z miejscowych kretów. Jarek usiadł i z ulgą wyprostował nogi, kierując stopy w stronę ogniska. Tak, miejsce było znakomite. W dalszym ciągu górował nad otoczeniem, równocześnie siedząc i nie tracąc nic z bijącego od ognia ciepła. Nawet najpogodniejsza sierpniowa noc, jest tylko sierpniową nocą. Na twarzy i dłoniach dawał się wyraźnie odczuć dotyk jej zimnych, wilgotnych palców.

— To była dziewczyna — powiedział Jarek, wracając do swojego opowiadania. — Oczywiście znałem ją przedtem. Nie wiem jak wam, ale mnie nie śnią się na ogół ludzie zupełnie obcy. Tę dziewczynę widziałem raz czy dwa w… sąsiednim obozie. Pewnie — uśmiechnął się z przymusem — jest teraz tutaj, może jednak nie będzie mieć pretensji o to, że mi się przyśniła. To chyba dlatego, że ma takie dziwne imię. We śnie wszystko powinno być dziwne, prawda?… No więc Sola…

Przerwał mu krótki, stłumiony chichot, który dobiegł z mroku, ścielącego się za ogniskiem. Ktoś syknął niecierpliwie i ponownie nastała cisza.

Tak, to była Sola. Dziewczyna z przystani, bohaterka sceny, w której główną rolę odegrały trzy wiedźmy. Dziewczyna zadzierająca nosa, nawet jeśli ten nos naprawdę miał bardzo delikatne kształty i tkwił w pięknej, trochę ciekawskiej twarzyczce, okolonej puszystymi, kasztanowymi włosami.

— Dlaczego miałbyś się mnie bać?… — powtórzyła z uśmiechem, postępując krok bliżej. W półmroku, czy może lepiej powiedzieć, w ciemnogranatowym oświetleniu, przenikającym do wielkiej sali przez przezroczystą ścianę, jej twarz rysowała się bardzo wyraźnie z najdrobniejszymi szczegółami. A więc ten sam lekko zadarty nosek, któremu poświęciliśmy już tyle uwagi, i w niewielkiej odległości od niego, na lewym policzku ten sam mały, interesujący pieprzyk. Duże oczy, niebieskie jak niebo. Rzecz jasna zwyczajne, uczciwe niebo — nie to tutaj, piękne, owszem, lecz równocześnie tak przeraźliwie obce. Te same lekkie ruchy, jakby tańczyła, sama o tym nie wiedząc. Po prostu, Sola.

— Jesteś tutaj? — spytał Jarek, może w nadziei, że dziewczyna zaprzeczy. Nie zrobiła tego jednak.

I w gruncie rzeczy trudno było mieć jej to za złe.

— Mniejsza o mnie — powiedziała, nie przestając się uśmiechać. — Ważne, że ty tu jesteś. To jest naprawdę coś, nad czym warto się zastanowić…

— Czy… — zaczął z wahaniem i urwał. Chciał spytać, czy ona znalazła się tutaj w podobnych okolicznościach jak on sam. Nieźle byłoby to wiedzieć, gdy by się chciało ostatecznie ustalić, jak to naprawdę jest z tymi staraniami obcych, aby żaden człowiek nie doznał najmniejszej bodaj przykrości w związku z ich obecnością na Ziemi. Ale potem, patrząc jak się uśmiechała, obserwując wyraz jej twarzy, tak pogodny i beztroski, jaki może mieć tylko ktoś, kto wie, że jest u siebie, ugryzł się w język. A jeśli ona już ł tam, nad jeziorem, należała do nich? Jeśli jest po prostu stamtąd?

— Chcesz wiedzieć kim jestem? — spytała Sola, jakby czytając w jego myślach. — Widzisz — dodała z zastanowieniem — nie tak łatwo na to odpowiedzieć…

— Jesteś dziewczyną ze Stargardu… — spróbował podstępu Jarek. — Znam cię przecież — ciągnął. Masz perkaty nos i paskudny charakter…

Przerwał mu jej śmiech.

— Muszę mieć coś jeszcze… — podchwyciła. — Skoro mnie tu widzisz…

Chłopiec skrzywił się odruchowo. Podstęp diabli wzięli. Trudno. Ale skąd to „skoro mnie tu widzisz”?… O co chodzi? Cóż może mieć jedno z drugim wspólnego? To, że ona tu jest, z tym, co on o niej myśli?… Na wszelki wypadek udał, że nie dosłyszał tego ostatniego, dziwnego zdania.

— No więc skąd się tutaj wzięłaś? — rzucił lekko, z udaną obojętnością.

— Poczekaj… Sola odwróciła się, podeszła do ściany i oparła o nią plecami. Wyglądało na to, że przygotowuje się do dłuższej przemowy i zawczasu pragnie zająć wygodniejszą pozycję. Jarek zauważył ze zdumieniem, że ściana lekko ugięła się pod nią, tworząc jakby miękkie zagłębienie, które przybrało kształt jej pleców. Chytrze pomyślane — przyznał w duchu. W ten sposób wszędzie, gdzie się człowiek obróci, natrafia na fotel. Albo na łóżko, jeśli zajdzie potrzeba…

Postanowił natychmiast skorzystać z tego nowego odkrycia. Podszedł do sąsiedniej ściany, odwrócił się tyłem i opadł na nią całym ciężarem ciała.

Spotkało go gorzkie rozczarowanie. Śladu żadnego „fotela” czy innych miękkości podobnego typu. Gładka, twarda płyta. I to jak twarda! Zwłaszcza, kiedy się na nią natarło z pewnej odległości, z rozpędem i akurat wystającymi kośćmi kręgosłupa.

Przeszło mu jeszcze przez myśl, że to pewnie tylko tam, gdzie stoi Sola, ściana ma te dogodne dla ludzkich kształtów i ciężaru właściwości, ale na wszelki wypadek przyjrzał się uważniej owemu wklęśnięciu, które powstało pod plecami dziewczyny. I nagle odkrył coś, od czego przeniknął go chłód, jakby w mroźny dzień ktoś na oścież otworzył okno. To wcale nie ściana ugięła się pod ciężarem Soli. Ściana pozostała taką, jaką była, twardą, gładką, nieustępliwą. Rzecz w tym, że będąc taką właśnie, nie stanowiła żadnej przeszkody dla pleców dziewczyny, które najspokojniej w świecie nie zatrzymały się na jej powierzchni, ale powędrowały dalej, w głąb budowli. Przy czym Sola sama zdawała się tego nie zauważać. Patrzyła na Jarka jakby nigdy nic, a nawet po krótkiej chwili ponownie ujrzał jej uśmiech.

— Skąd się wzięłam?… — powtórzyła przeciągle. — No cóż, w pewnym sensie jestem tą dziewczyną, o której mówiłeś. Ale tylko w pewnym sensie… może chcesz usiąść? — zagadnęła nagle nieco zmienionym tonem.

— Dziękuję… — dziękuję pięknie! — chciał wykrzyknąć Jarek, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Sprawdził już na własnym grzbiecie twardość tutejszych murów. Ale to nie one przecież wykazywały gotowość do wchłaniania części istot, które niebacznie podejdą zbyt blisko. To tylko Sola miała takie dziwne plecy. Jemu ze strony tutejszych sprzętów czy ścian nie grozi żadne niebezpieczeństwo. Przynajmniej, jak do tej pory.

— Chętnie — mruknął rozglądając się, czy nie dojrzy czegoś, co ona mogła mieć na myśli, czyniąc mu tę obiecującą propozycję.

— No to siadaj — padło natychmiast.

Siadaj. No dobrze. Siadaj, to siadaj. Widać taki zwyczaj.

Pochylił się i krzyżując nogi w kolanach wyciągnął rękę z odwróconą w dół otwartą dłonią, jak to się robi, mając zamiar usiąść na podłodze. Zanim jednak poczuł pod palcami chłód posadzki, jego… no, to, na czym się zwykle siada, już siedziało. I to zgoła nie na podłodze, a na jakiejś wygodnej, miękkiej i elastycznej zarazem poduszce.

— Co u licha… — mruknął, oglądając się. — Aha — odpowiedział sobie natychmiast ze spokojem. Bo i pewnie. Nie stało się przecież nic nadzwyczajnego. Po prostu tkwił w sporym, rozłożystym fotelu, sporządzonym z jakiegoś miłego w dotyku materiału. To, że ten fotel wychynął spod ziemi, jak diabeł z pudełka? — no cóż, widać taki zwyczaj — powtórzył sobie w duchu. Lepsze w każdym razie to niż plecy w ścianie.

— Bo wiesz — zaczęła szybko Sola, takim tonem, jakby chciała się usprawiedliwić — my tu mamy pewne urządzenia, których być może nie znasz… to znaczy na pewno nie znasz… — poprawiła się.

Nic dodać, nic ująć — pomyślał Jarek. Ale nic nie powiedział.

— No więc — podjęła po chwili przerwy — jestem tutaj tylko o tyle, o ile w tobie, w twoich myślach, jest ta dziewczyna, którą ci przypominam… Przy czym to „jestem tutaj” dotyczy tego, że mnie widzisz i słyszysz. Niczego innego. Pod żadnym innym względem z tamtą dziewczyną nie mam nic wspólnego… rozumiesz?

— Rozumiem… — zaczął ponuro Jarek. Miał zamiar posłużyć się jednym ze szczególnie mało popularnych powiedzeń pana Piotrowskiego, dyrektora szkoły, który po wysłuchaniu czyjejś niekoniecznie precyzyjnej odpowiedzi na temat gramatycznych zawiłości języka polskiego, zwykł mawiać: „rozumiem ale niezupełnie… dlaczego posługujesz się zagadkami, chłopcze?…” Po czym padało, nie ozdobione już żartobliwym tonem: „Siadaj” i sprawę należało uważać za załatwioną.

Oczywiście tego „siadaj” Jarek byłby już Soli oszczędził. Ale nie pozwoliła mu nawet dokończyć pierwszego członu zdania, jeśli już jesteśmy przy gramatyce.

— Nie rozumiesz — odpowiedziała sama sobie, potrząsając przecząco głową. — Nie możesz rozumieć.

Przed chwilą — głos jej złagodniał — przyglądałeś się moim plecom, kiedy stanęłam przy ścianie. To, widzisz, był taki mały błąd konstrukcyjny…

— Błąd?… — nie wytrzymał Jarek.

— Błąd — przytaknęła. — Ale nie dziw się. Programując projektor, braliśmy pod uwagę tylko najważniejsze czynniki. Żebyś widział przed sobą kogoś, z kim także w innych okolicznościach byłoby ci przyjemnie rozmawiać. Żebyś słyszał głos tej osoby i żeby ona mówiła dokładnie takim samym językiem, jak twoja… no, tak jakby to naprawdę była ona. Ale na tym koniec. Nigdy nie będziesz mnie mógł na przykład dotknąć. Doszliśmy do wniosku, że nie musimy doprowadzać złudzenia, jakiemu ulegasz, do doskonałości. Że wystarcza obraz i dźwięk. Przecież chodziło tylko o kontakt, a ty dałeś już dowody, że umiesz myśleć… że, dajmy na to, potrafisz rozmawiać z automatem tak, jakby to był ktoś żywy. Mimo to nie powinnam była opierać się o ścianę, zanim nie powiedziałam ci wszystkiego o sobie. A jeśli już, to należało pamiętać, żeby w porę się zatrzymać… zaczynasz już rozumieć?…

— Nie — odpowiedział rezolutnie Jarek. Krótko i węzłowato, choć może niezupełnie zgodnie z prawdą. Coś niecoś zaczynało mu już świtać. Chciał jednak, żeby mówiła dalej.

Sola uśmiechnęła się znowu. Następnie wyszła ze ściany i zaczęła iść w stronę Jarka. Kiedy szła, jej sposób stawiania stóp, ruchy jej rąk, wyraz twarzy, nawet to jakieś charakterystyczne przekrzywienie głowy, jakby się z kimś przekomarzała, wszystko to t tak bardzo przypominało prawdziwą Solę, że chłopiec musiał odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech. Ale wiedział już, że kimkolwiek ta dziewczyna była naprawdę, z Solą łączą ją tylko ten jej wygląd i głos. I nic więcej.

Podeszła tak blisko, że Jarek odruchowo odchylił się do tyłu, chwytając dłońmi za oparcie fotela. Wtedy stanęła. Pochyliła się i powoli wyciągając przed siebie rękę przewierciła nią siedzącemu żołądek.

— Czujesz coś? — spytała nie przestając się uśmiechać.

— Nie — odparł chłopiec nieco zduszonym głosem. Nie poczuł rzeczywiście nic. Ale nie zawsze trzeba coś aż poczuć. Czasem wystarczy zobaczyć, jak czyjaś ręka ni z tego, ni z owego pogrąża się człowiekowi w żołądku.

— A widzisz — ucieszyła się Sola. Wyprostowała się i obrzuciła Jarka czułym spojrzeniem swoich niebieskich oczu. — Teraz ty — zaproponowała. — No, uderz mnie…

Wyprostował rękę. I nie zdziwił się, kiedy ta ręka skierowana w jej ramię przeszyła tylko powietrze.

Sola cofnęła się kilka kroków, nie wracając już jednak na swoje dawne miejsce pod ścianą. Splotła ramiona na piersiach i spoważniała.

— Jestem modulowaną projekcją twoich pól mózgowych — powiedziała z naciskiem.

Jarek skinął głową.

— Tak — powiedział z przekonaniem. — Nareszcie jestem w domu…

Zaśmiała się.

— No, pomyśl, — rzuciła — skąd mogłam się tu wziąć? Sam widzisz, że nie jestem istotą z krwi i kości… jak wy to mówicie. A przecież ujrzawszy mnie, sądziłeś, że spotykasz kogoś znajomego. Kogoś, kto istnieje naprawdę… tam, na Ziemi. No więc? Czy naprawdę tak trudno zgadnąć, w jaki sposób mogliśmy tutaj wyświetlić obraz człowieka, którego ty znasz, ale którego my nie spotkaliśmy nigdy dotychczas? O którego istnieniu nie ma najmniejszej bodaj wzmianki w elektronicznej pamięci naszych komputerów?

W tym momencie Jarek poczuł, że z jego głową dzieje się coś niedobrego.

— Poczekaj… — zaczął błagalnym tonem. — Jak powiedziałaś? Projekcją … czego?

— Projekcją twoich pól mózgowych — powtórzyła. — Modulowaną, to znaczy wzmacnianą lub osłabianą, a przede wszystkim uzupełnianą przez specjalną aparaturę.

— Co to wszystko znaczy?

Sola uśmiechnęła się znowu. Tym razem tak, jakby chciała go za coś przeprosić.

— Po prostu odczytaliśmy twoją pamięć — powiedziała cicho. — Twoje myśli jeśli tak wolisz. Przecież dla nawiązania z tobą kontaktu, musieliśmy najpierw ustalić, jakim językiem się posługujesz. Potem należało ten język… udźwiękowić… prawda? Komputer „rozumiał” już co ty do nas mówisz, ale musiał jeszcze nauczyć się mówić na głos… tym twoim językiem. Nie miał tych dźwięków zakodowanych w swojej własnej pamięci, więc… no cóż, znowu posłużył się twoją. Odszukaliśmy w twoich myślach głosy, które tam były… to znaczy są. Głosy znanych ci ludzi. Oczywiście w pierwszym rzędzie natknęliśmy się na głosy tych ludzi, których znasz najlepiej i którzy są ci bliscy. Teraz już wiemy, że to byli twoi rodzice, koledzy, ta dziewczyna… Przypomnij sobie, że kiedy biegłeś w stronę statku, tam na Ziemi, ktoś do ciebie krzyczał… ktoś cię zatrzymywał…

— To był Olik — burknął Jarek.

— Nie wiem, kto to był — powiedziała z uśmiechem Sola. — Ale naprawdę to tylko komputer naszego pojazdu próbował ostrzec cię przed niebezpieczeństwem porażenia przez pole ochronne. Najpierw dawał sygnały świetlne…

A więc jednak… — przemknęło Jarkowi przez myśl.

— …A potem zaczął wołać. Ale nie umiał jeszcze posługiwać się twoim językiem, a tym bardziej sprawić, żeby to co mówi, było dla ciebie zrozumiałe. Przecież nawet już tutaj, ja…

Chłopiec przypomniał sobie nagle swoją niedawną „powietrzną” przygodę i ten głos, który radził mu „iść”…

— To ty do mnie mówiłaś! — wykrzyknął z tryumfem. — Tam, kiedy zrzuciliście mnie z pomostu!

Postać dziewczyny zafalowała.

— Oczywiście, że ja — przyznała przepraszającym tonem, ale…

— Dlaczego mi się nie pokazałaś? Dlaczego tam było tak ciemno?!

— Nie przerywaj mi… — poprosiła Sola, jakby nieśmiało. — Widzisz, nie byłam jeszcze gotowa, żeby ci się pokazać. Za mało wiedzieliśmy… I nawet mój głos brzmi chyba teraz trochę inaczej… czy nie przypomina ci bardziej tamtej prawdziwej dziewczyny, którą pamiętasz z Ziemi?

Po namyśle, niezbyt zresztą długim, chłopiec musiał przyznać, że tak.

— Widzisz — podchwyciła. — A wracając do komputera naszej sondy na Ziemi, pomyśl, jak mało miał czasu na zbadanie twojej pamięci, kiedy pojawiłeś się wtedy w lesie, tak blisko statku. Gdyby nie to, że zatrzymałeś się chwilę pod drzewem…

Jarkowi stanęła nagle przed oczami tamta scena, jakby rozegrała się minutę temu. Jak rozglądał się bojaźliwie, nasłuchiwał, jak sięgnął po kij… Więc oni cały czas go wtedy obserwowali… grzebali w jego pamięci, śledzili każde drgnienie jego myśli…

— Zatrzymałem się pod drzewem… — burknął bezwiednie. — Ciekaw jestem, co zrobiłby ktoś, tam u was, gdyby zobaczył nagle przed sobą ziemski samolot…

— Ja tylko tłumaczę, dlaczego nasz komputer nie zdążył cię wtedy ostrzec… — pośpieszyła z odpowiedzią Sola.

— To dlaczego nie wystartował? — chłopiec pozostał nieprzejednany. — Musiał czekać, aż podejdę i dotknę tego, jak mówicie, pola?…

Skinęła głową.

— Musiał — powiedziała z ubolewaniem. — Na pokładzie nie było wtedy automatów. Wyszły, żeby pobrać próbki…

— Jakie znowu próbki?

— No, gleby, roślin, kamieni… jak zwykle. Przecież wy robicie lak samo, kiedy wylądujecie w jakimś nieznanym miejscu. Poza tym były tam jakieś dziwne budowle… wkopane w ziemię. Jakby zaniedbane i porzucone. Teraz już wiemy, ale wtedy…

Jarek pomyślał o bunkrach i nagle zrobiło mu się przykro.

— No więc co z tymi automatami? — spytał szybko, żeby coś powiedzieć.

— Komputer nie mógł ruszyć pojazdu, zanim nie wróciły. A ty niespodziewanie zacząłeś biec. Musisz nam uwierzyć, że zrobił wszystko, co tylko mógł, żeby cię powstrzymać. Ale, jak już wiesz, nie mógł wiele. A potem…

— Wiem co było potem — mruknął. — Czy ty też będziesz mówić o sobie w liczbie mnogiej? O ile się nie mylę, właśnie zaczęłaś?…

Roześmiała się. Nigdy jeszcze nie widział Soli, śmiejącej się tak szczerze i serdecznie. To pewnie ta modulacja — rzekł sobie w duchu. — Coś poprawiają, coś zmieniają…

Modulowana Sola wyśmiała się wreszcie i mogła odpowiedzieć.

— Sam komputer bez dodatkowych urządzeń niewiele jest wart — wyjaśniła. — Niektóre z nich wy nazywacie przystawkami. Na przykład przystawka zapisująca, ta, która utrwala w pamięci komputera najróżniejsze informacje, tak żeby ktoś, komu będą potrzebne, mógł je sobie odtworzyć, kiedy tylko zechce. Albo przystawka tłumacząca z jednego języka na drugi. Czy też sygnały dźwiękowe na sygnały świetlne. Czasem, żeby zrozumieć jakiś obcy język, niekoniecznie mowę istot żywych, ale na przykład promieniowanie waszego słońca czy innych gwiazd, trzeba nie tylko posłuchać tego „języka”, ale i obejrzeć go na ekranie… obliczyć różne jego właściwości… No dobrze zreflektowała się — o tym wszystkim ludzie u was wiedzą tak samo dobrze jak my. No więc tych urządzeń jest dużo, tym więcej, im poważniejsze zadania stawia się komputerowi. Nie dziw się, że mówił o sobie per, „my”. Przecież on uruchamiał wszystkie po kolei, swoje zespoły… właśnie te przystawki. Poznawał cię… Tak długo szukał w twojej pamięci, aż znalazł potrzebne mu słowa, pojęcia, głosy… no i wreszcie mógł zaprojektować… mnie.

— A przedtem — obruszył się Jarek — mówił do mnie równocześnie głosem mamy i ojca… zresztą wszystko mu się plątało…

— Być może, że nam się to i owo plątało — przyznała Sola — ale koniec końców to tylko dzięki tym zabiegom rozmawiasz teraz ze mną i… czujesz się u nas nie najgorzej. Bo nie czujesz się źle, prawda?…

Nie zaprzeczył. Tego by jeszcze brakowało. Nie najgorzej? Co to znaczy „nie najgorzej”? Czuje się świetnie… Jedno tylko nie daje mu spokoju…

— Więc wiecie o mnie już wszystko… — zauważył cierpko. — Czy teraz nadal grzebiesz… to znaczy, chciałem powiedzieć, czy wciąż jeszcze wiesz, co ja w danej chwili myślę, czy wystarczy ci to, co mówię?…

Sola posmutniała. Jej oczy jakby trochę pociemniały i zrobiły się bardziej okrągłe. A co najdziwniejsze, po raz pierwszy zużyła bez mała minutę na przygotowanie odpowiedzi. Kiedy się wreszcie zdecydowała jej głos nie brzmiał zbyt pewnie.

— Wiesz — powiedziała, spuszczając oczy — w czasie lotu komputer statku przekazał wszystkie wiadomości o tobie, jakie udało mu się zebrać, do Centrali. Tam doszli do wniosku, że skoro już znalazłeś się wśród nas, to trzeba to wykorzystać. Unikamy bezpośredniego kontaktu z ludźmi… mniejsza, dlaczego. Tym bardziej jednak teraz, kiedy do tego doszło, chcemy wykorzystać tę szansę, aby was lepiej poznać… to znaczy… — zająknęła się.

— Dobrze, dobrze — burknął Jarek. — Możesz się nie krępować. I tak wiem już dosyć…

— Nie chciałabym — powiedziała jakimś proszącym tonem — żebyś mnie źle zrozumiał. Pomyśl, co wasi uczeni zrobiliby na naszym miejscu…

Ale chłopiec nie poszedł za jej radą. Nasi uczeni?… Co z tego? Ani mu się śni myśleć, co zrobiłby na ich miejscu jakiś bardzo mądry i stary ziemski profesor.

Najchętniej przestałby w ogóle myśleć. To nic przyjemnego, wiedzieć, że cokolwiek przyjdzie człowiekowi do głowy, czy to będzie coś rozsądnego czy niedorzecznego, czy w końcu zgoła coś żadną miarą nie nadającego się do powtórzenia na głos, ktoś inny od razu odkryje i „usłyszy”, całkiem jakby miał uszy wetknięte do twojego mózgu. Brzydko. Z ich strony, oczywiście. Brzydki kawał. Zaraz… a może by tak?…

Twarz Jarka rozświetlił podejrzanie szeroki uśmiech.

Sola przyjrzała mu się nieufnie. Niech patrzy. Ba, niech sobie „słucha”, co on myśli. Oni, jak ich tam nazwać, nie mają patentu na kawały. Postara się dostarczyć im trochę zajęcia…

Abrakadabra — powiedział w duchu. Skupił się, żeby uczynić swoje myśli bardziej „wyrazistymi” i dodał: Ancki wancki gorzki pląs… ale lipski ale mąs… ekobyki klekaty nos…

— Klekaty nos! — zawołał głośno. — Klekaty nos — powtórzył raz jeszcze w myśli, po czym przyłożył sobie obie dłonie do nosa i znanym powszechnie gestem zagrał palcami jak na fujarce.

— Wisła się pali! — krzyknął. Po czym natychmiast zaczął recytować po cichu zapamiętany dziwnym trafem początek „Grażyny” Mickiewicza. „Coraz to ciemniej, wiatr północny chłodzi, na dole tuman, a księżyc wysoko…”

— Na dole tuman! — oznajmił pełnym głosem, z nutą tryumfu. Niechże teraz zbudują sobie automat, który da im tę ich,szansę” lepszego poznania ludzi.

Zaraz… tuman?

W tym momencie stracił pewność, czy obrał właściwą drogę. To znaczy jeśli chodzi o cytowanie wierszy. Postanowił nie mieszkając naprawić swój błąd.

— Mamo, ja wariat! — wrzasnął, wybierając okrzyk z repertuaru ojca. Równocześnie podskoczył znienacka w swoim osobliwym fotelu. Miał zamiar powtórzyć natychmiast ten skok, ale fotel okazał się sprytniejszy. A w każdym razie naprawdę osobliwy.

Jarek zamiast opaść na miękką, choć przeźroczystą jak szkło poduszkę, wyrżnął bowiem całym ciężarem ciała w podłogę. A co gorsze, ten ciężar skoncentrował się w miejscu, gdzie, jak niektórzy powiadają, człowiek kiedyś miał piękny, małpi ogon i gdzie do dziś pozostały wystające ku dołowi kręgi, szczególnie wrażliwe na wszelkie brutalne traktowanie.

— Auuu!!! — granatową halę napełniło autentyczne tym razem, choć również nie mające nic wspólnego ze zwykłymi ludzkimi myślami wołanie.

— Co robisz? — spytała spokojnie Sola. — Stało ci się coś?

Czy się stało! Dobre sobie…

Chłopiec podnosił się z trudem, odruchowo trzymając dłoń na obolałym miejscu. Oderwał się na kilkanaście centymetrów od podłogi, gdy nagle ponownie poczuł pod sobą wygodną, przepaścistą poduszkę. Spojrzał w dół i ujrzał, że fotel, który ułamek sekundy temu sprawił mu tak niemiłą niespodziankę znikając pod podłogą, wychynął spod niej znowu i rozrósł się do całej swej poprzedniej okazałości.

— Nie można tak obchodzić się z… — Sola zrobiła krótką pauzę, jakby szukając słowa — meblami — dokończyła. — Na stacji mamy takie specjalne pole magnetyczne… kiedy ktoś się pochyla w odpowiedniej pozycji, automat powoduje w tym miejscu wybrzuszenie tego pola, tak żeby utworzyło kształt fotela, łóżka, stołu czy czegoś, co jest w danej chwili potrzebne. Ale należy mu na to zostawić trochę czasu. Ty podskoczyłeś w górę i fotel zniknął… bo te wybrzuszenia pola trwają tak długo, jak długo coś wywiera na nie nacisk. A potem nie zdążył… przecież nikt nie spada tutaj… boli cię? — zatroskała się.

Boli? Skądże znowu…

— Po co to robiłeś? — spytała, nie doczekawszy się odpowiedzi. — Przecież nie myślałeś tego wszystkiego naprawdę… nie bój się. My naprawdę z twoich myśli nie chcemy zrobić żadnego użytku, który mógłby w czymś zaszkodzić tobie czy w ogóle Ziemi…

Wiedziała — stwierdził w duchu z goryczą Jarek.

Oczywiście, że wiedziała. Może poświęciłby więcej uwagi ocenie swojego postępowania sprzed chwili, gdyby nie to „nie bój się”… Tak, te słowa przyszły w porę… „Nie bój się” I Też coś…

— Jak to robicie? — spytał ponuro.

— Jak utrzymujemy to pole, które da się kształtować tak, aby powstawały z niego niektóre potrzebne nam sprzęty? To…

— Nie — przerwał jej niecierpliwie. — Jak poznajecie, co ktoś myśli?…

Dziewczyna zastanowiła się chwilę. „Zastanowiła” to pewnie niezbyt stosowne słowo. Powiedzmy, że komputer wybierał najbardziej strawną dla chłopca wersję odpowiedzi.

— To dość proste — zaczęła wreszcie nieziemska Sola — tylko żeby zrozumieć, jak to się dzieje, musiałbyś dobrze znać budowę choćby twojego własnego organizmu. Wiesz, w twoim mózgu, w jego rozmaitych ośrodkach i całym systemie nerwowym zachodzą pewne zjawiska elektryczne. Dzięki nim, wokół każdego człowieka istnieje jak gdyby pole elektromagnetyczne… oczywiście — uśmiechnęła się — całkiem inne niż to, które tu wywabia spod podłogi fotele. Krótko mówiąc, właśnie to pole nie tylko nauczyliśmy się „tłumaczyć” na język obrazów i słów, ale także w pewnym stopniu kształtować, to znaczy wpływać poprzez nie na to, co ktoś myśli i czuje. Dlatego mogliśmy odnaleźć w twojej pamięci wszystko, co nam było potrzebne, aby móc z tobą rozmawiać, a oprócz tego postaraliśmy się, abyś czuł się wśród nas dobrze… żebyś, na przykład, nie bał się o siebie…

— To prawda… — bąknął chłopiec.

— Wiem — roześmiała się. — Od tego zacząłeś, kiedy mnie zobaczyłeś, pamiętasz?…

Wzruszył ramionami.

— I to jakieś pole… — zaczął zmieniając temat.

— I to pole — podchwyciła — sprawia, że mnie tu teraz widzisz. Komputer czyta twoje myśli i uczucia, następnie „tłumaczy” je projektorowi, takiemu jak w kinie, tylko przystosowanemu do wyświetlania obrazów trójwymiarowych, przestrzennych, a ten z kolei uzupełnia tym „zadanym” mu obrazem wszystko to, co do ciebie mówimy. Rozumiesz teraz? W dalszym ciągu rozmawiasz z komputerem. Powiedzieliśmy ci już, że w bazie chwilowo nie ma nikogo poza automatami. Tylko nasi uczeni w Centrali doszli do wniosku, że znacznie łatwiej przyjdzie nawiązać z tobą prawdziwy kontakt, jeśli oprócz głośnika i mikrofonu będzie tu jeszcze ktoś, kto stanie przed tobą i poprowadzi tę rozmowę jak jeden żywy człowiek z drugim. Przyznaj, że się nie pomylili. Chodzi o to, żebyś mógł zachowywać się tak jak zwykle, kiedy rozmawiasz z kolegą, pomóc sobie ruchem ręki, uśmiechem albo przeciwnie, wykrzywić się do mnie… czego oczywiście nie musisz robić — zastrzegła się. — No i masz mnie przed sobą…

Jarek odetchnął głęboko. Powoli coś niecoś zaczyna być jako tako zrozumiałe. Obcy wyłuskali z jego myśli obraz znanego mu człowieka i „wyświetlali” mu go żeby miał sobie z kim pogadać. To dobrze. W ten sposób przynajmniej o swoją najbliższą przyszłość może być naprawdę spokojny. Zadali sobie niemało trudu, żeby go uratować, ściągnąć tutaj i nawiązać z nim towarzyską pogawędkę. Nie zrobili tego po to, żeby go teraz nagle zemleć na proszek i posypać nim ścieżkę w ogródku, koło bazy. Albo wyciąć mu jakiś inny, równie zabawny numer.

Nagle zmarszczył brwi. Zaświtała mu pewna myśl.

Zdziwił się, że dopiero teraz.

— No pięknie — powiedział żywo, patrząc w oczy dziewczyny, której tu nie było — opowiedziałaś mi, jak to się stało, że mam cię przed sobą. W porządku. Niech będzie, że w porządku. Ale dlaczego ty jesteś… — zawahał się — dlaczego jesteś… no, wiesz, co chcę powiedzieć — zirytował się.

Sola zrobiła zdziwioną minkę. Taką niewinną, pytającą minkę, z którą, trzeba przyznać, było jej szczególnie do twarzy.

— Nie bardzo…

Jarek żachnął się. I co to za czytanie w myślach!

— Czemu to właśnie ty? — wyrzucił z siebie jednym tchem. — Dlaczego akurat wybraliście sobie postać tej, no… — zająknął się.

— Dziewczyny?…

— Uhm… — w mruknięciu chłopca zawarł się cały świat najrozmaitszych uczuć.

Zdziwiona mina Soli stała się odrobinę bardziej zdziwiona. Ponadto zyskała jeszcze wyraz podobny do tego, jaki zdarza się człowiekowi, kiedy w klasie, na lekcji, usłyszy nagle głos nauczyciela wymawiającego jego nazwisko, podczas gdy on sam zajęty jest właśnie na przykład lekturą przechwyconego podstępnie listu tej rudej Iwony do Jacka Wilczyńskiego.

A przybrawszy już taką minę, nie mogła, rzecz jasna, odpowiedzieć od razu. Toteż w granatowej sali znowu przez chwilę panowała niczym nie zmącona cisza.

— Nie wiem… — powiedziała, rozkładając bezradnie ręce. — O to powinieneś zapytać sam siebie — dodała po namyśle. — Przecież my wybraliśmy tylko z twojej własnej pamięci obraz istoty, która górowała w niej nad innymi. To znaczy obraz wyraźniejszy niż inne. Albo ta istota z jakiegoś powodu najsilniej utrwaliła się w twoich myślach, albo jej wizerunek był może tylko najświeższy… skąd mogę wiedzieć… — potrząsnęła głową. — My przecież nie narzucaliśmy ci niczego… raczej ty nam…

Jarek wstał. Przez chwilę patrzył prosto w niebieskie oczy, przyglądające mu się z wyrazem niewinnej przekory, po czym nagle, nie powodowany żadną konkretną myślą, odwrócił się i podszedł do przeźroczystej ściany.

Ładna historia. Wleźć w łapy przybyszom z innego świata, zostać porażonym jakimś tam „polem”, znaleźć się nagle w statku kosmicznym, który ląduje na globie oddalonym od Ziemi o… w każdym razie wystarczająco dużo — i to wszystko po to, aby się przekonać, że obraz jakiejś zadzierającej nosa smarkuli tkwi w naszych myślach, wryty tam jak w twardej, wysokiej skale. Tak wysokiej, że widać ją z sąsiednich planet, razem z tym, co na niej namalowane. A nawet dalej, niż tylko z planet. Inaczej mówiąc, polecieć do gwiazd, aby dowiedzieć się czegoś o sobie samym. I żeby to chociaż było coś naprawdę nadzwyczajnego. Gdzie tam! Po prostu, że myśli się o jakiejś dziewczynie…

Czysta zgrywa. Przecież on tej Soli nie… ona wcale mu się tak bardzo nie podoba. Nie jest brzydka, prawda… Nie, brzydka na pewno nie jest. Ma takie same duże, niebieskie oczy, jak ta tutaj. Puszyste, kasztanowe włosy z tymi kosmykami. Jasny meszek na policzkach, jak u brzoskwini. Pieprzyk…

Jarek przymknął oczy. Nie miał pojęcia, skąd mu się to wzięło, ale poczuł nagle, że poświęciłby wiele, bardzo wiele, żeby tylko móc ją teraz zobaczyć. Teraz, zaraz. Nie jej podobiznę, której nie można nawet dotknąć. Solę żywą, niechby nawet zadzierającą nosa i wymyślającą mu od smarkaczy… ale prawdziwą, jak prawdziwy może być tylko człowiek, urodzony i wychowany na Ziemi, związany z Nią, z Jej górami i nizinami, z zapachem lasów, błękitem nieba i jezior, z innymi ludźmi…

Coś ścisnęło mu serce. Sola…

— Chciałbym wrócić… — wykrztusił, sam nie wiedząc kiedy.

— Wrócisz na pewno — zabrzmiał za nim poważny głos. Prawdziwa Sola z pewnością nie odezwałaby się takim głosem. Brzmiałby o wiele mniej życzliwie. Chociaż… może, gdyby on zaczął mówić do niej inaczej… gdyby zauważyła i zrozumiała, że dzieje się w nim coś ważnego, może wtedy i ona odniosłaby się do niego… no, jak, na przykład?… A jeśliby podeszła bardzo blisko, położyła dłonie na jego piersi… nie takie dłonie, które przechodzą przez człowieka jak przez powietrze, ale ciepłe, drobne rączki, które mógłby przytrzymać w swoich, przytulić…

Przeszedł go dreszcz. Mimo woli uniósł głowę i spojrzał przed siebie. Granatowa noc, z nadmiarem gwiazd. Skały, tkwiące w okolicznej równinie jak ciernie. Góry…

Dobrą chwilę wodził po tym obcym krajobrazie nieprzytomnym wzrokiem, zanim zdał sobie sprawę, gdzie jest i na co patrzy. Wzdrygnął się nagle, jak człowiek obudzony z najgłębszego, pięknego snu kubłem zimnej wody.

— Wrócisz… — powtórzył głos za jego plecami. Najbliższy pojazd, jaki stąd wystartuje na Ziemię, weźmie cię z sobą. O tym, kiedy to nastąpi, zadecyduje już bezpośrednio Centrala…

Oprzytomniał wreszcie na dobre. Odwrócił się i ponownie zmierzył spojrzeniem obraz naśladujący dziewczynę, o której przed chwilą myślał. O której myślał i przedtem, jak się teraz okazało, częściej i inaczej, niż sam zdawał sobie z tego sprawę. Wróci… Pewnie, że wróci…

Raptem podskoczył.

— Ale mnie przecież tam szukają! — krzyknął rozpaczliwie. Rzucił się w stronę Soli, jakby ją chciał chwycić za ramiona i z całej siły potrząsnąć, ale zatrzymał się w ostatniej chwili. Stanął jak wryty i załamał ręce. Jak mogłem o tym zapomnieć — myślał gorączkowo. — To przez te ich przeklęte „stymulatory”. Żebym się przypadkiem nie denerwował i nie martwił. Ładna historia! Co tam się musi dziać…

Pomyśleli, że się utopił. Albo że wlazł do jakiegoś bunkra. Olik zawsze czerwieniał na twarzy, kiedy mówił o tych bunkrach. Gdyby wiedzieli, co mu się przytrafiło… ale skąd niby mają wiedzieć. Może któryś z Węży mruknie nawet z przekąsem, że pewnie porwali go Marsjanie. Ale nie przyśni mu się nawet, jak bliski jest prawdy. Będą szukać. To znaczy już szukają. Licho wie, od jak dawna…

— Wiesz, co narobiłaś?! — zawołał z wściekłością j żalem. — Przecież oni tam dostają kota, żeby mnie znaleźć! Zawiadomili milicję, rodziców… żeby was pokręciło! Od kiedy tu jestem?! To znaczy jak dawno temu wlazłem tam w to wasze pole?!

— Kończy się druga doba — odpowiedziała spokojnie. — Ale nie martw się. Dla kolegów, których opuściłeś, ta doba przyjdzie dopiero za kilka dni. Wrócisz na Ziemię dokładnie w tej samej chwili, w której odleciałeś. To kwestia szybkości…

Jarka zamurowało. Co ona plecie… Jakiej znowu „szybkości”?! I co to znaczy „wrócisz w tej samej chwili”… skoro już upłynęły dwie doby?…

— Jak to?… — warknął, bardziej zły niż zdziwiony.

— Szybkości… — powtórzyła Sola. — Jest wiele warunków. Ale mówiąc w skrócie, po przekroczeniu szybkości światła można do pewnego stopnia regulować bieg czasu. Oczywiście, w określonych granicach… to znowu kwestia nie tylko szybkości, ale i odległości. Ktoś pokonujący drogę od jednej gwiazdy do drugiej może się cofnąć w czasie nawet o rok. W twoim wypadku granica będzie przebiegać gdzieś w okolicy tygodnia. Ale to wystarczy. Do tego czasu będziesz już z powrotem na Ziemi. A my postaramy się o to, żebyś wrócił dokładnie w to miejsce i o tej porze, kiedy i skąd zostałeś przez nas zabrany. O to ci chodziło?

Nie odpowiedział. Wpatrywał się w dziewczynę podejrzliwym wzrokiem, jakby usiłował odgadnąć, czy świadomie struga z niego wariata, czy też ją samą życie tak ciężko doświadczyło, że teraz nie wie, biedaczka, co mówi. Ale jakie znowu „życie”?

— Nie będą wiedzieć, że mnie nie było?… — powiedział, wsłuchując się z uwagą w dźwięk własnego głosu. To co ten głos mówił, było jawną niedorzecznością. Ale on sam brzmiał zupełnie normalnie. Takim głosem można, dajmy na to, zapytać mamę, co będzie na kolację.

— Nie — powtórzyła z przekonaniem. — Chyba że sam im powiesz. Ale wątpię, czy ci uwierzą…

Nie uwierzą? Ano, nie. Nie ma się co łudzić. Co najwyżej powiedzą, że dotknęła go stosunkowo łagodna forma szaleństwa. Bo mógłby się jeszcze rzucać z zębami na ludzi. Nie, nie uwierzą. Tym bardziej gdyby rzeczywiście wrócił tak, że nikt nie zdążyłby zauważyć jego nieobecności…

— Jesteś pewna? — wymamrotał.

Uśmiechnęła się szeroko.

— Że ci nie uwierzą?

— Nie… — zamachał ręką. — Że wrócę tak, jak mówisz?…

Spoważniała. Pochyliła się w jego stronę i pokręciła karcąco głową.

— Pamiętaj, z kim rozmawiasz — powiedziała cicho. — Żywy człowiek, kiedy myśli, nie ma żadnych z góry założonych ograniczeń. Umie się zachować w każdej, nawet najbardziej dziwnej i niespodziewanej sytuacji. Stawia sobie cele, które zamierza osiągnąć, między innymi przy pomocy mózgów elektronowych. Komputer natomiast może działać tylko w sytuacji, która została przewidziana przez jego twórców i zakodowana w jego pamięci. Takich sytuacji może być bardzo, ale to bardzo wiele, niemniej ich ilość jest zawsze ograniczona. To jest podstawowa różnica między automatami a ludźmi. A druga różnica to ta, że komputery, jeśli już coś robią, jeśli wykonują „zadany” im program, to nigdy się nie mylą. Zapamiętaj to sobie. Z pewnością mógłbyś mi zadać wiele pytań, na które nie potrafiłabym odpowiedzieć. Jeśli już jednak mówię, to tylko prawdę…

— Dobrze, dobrze… — mruknął pojednawczo Jarek — Nie obrażaj się… — dodał i odetchnął z ulgą.

Równocześnie jednak poczuł w sercu cieniutkie ukłucie żalu. To miło wiedzieć, że nie przepadnie bez wieści, nie napędzi strachu rodzicom, kolegom, Olikowi… tak, pewnie, że to dobrze. Ale żeby nigdy nikomu nie móc opowiedzieć…

— Trudno… — mruknął bezwiednie, prostując się.

Ostatecznie, będzie miał jeszcze dość czasu na zastanawianie się, czy cała ta przygoda musi koniecznie pozostać jego i tylko jego tajemnicą… — Trudno… — powtórzył już weselszym tonem. Druga czy nie druga, w każdym razie doba dobiega końca… Tak powiedziała. Ciekawe, czy pomyśleli, gdzie tutaj mógłby się trochę przespać… Wygląda na to, że ci obcy myślą zawsze o wszystkim… Skądinąd trzeba przyznać, że z tego ich myślenia coś niecoś jednak wynika. „Regulować bieg czasu…” Bagatela! Skąd oni, u licha, mogą być?… Wtedy, podczas lotu, ten głos wykręcił się sianem, kiedy o to zapytał. Teraz znowu ona.

Twarz Jarka przybrała wyraz życzliwego zaciekawienia.

— Mówiłaś, zdaje się — zaczął chytrze — że dopiero ci z Centrali powiedzą, kiedy będę mógł wrócić. Czy to daleko?

Uśmiechnęła się znowu. Nic, tylko się uśmiecha przebiegło chłopcu przez myśl. Całkiem, jakby wiedziała, że w uśmiechu jest po prostu śliczna…

— To zależy — powiedziała miękko. — Tobie pewnie zdawałoby się, że bardzo daleko. Dla nas kwestia odległości praktycznie nie istnieje. Może gdyby chodziło o podróż z jednej galaktyki do drugiej… — zawahała się. — Ale w tej przestrzeni, którą wy i my możemy ogarnąć choćby tylko myślą, poruszamy się bez niepotrzebnej straty czasu. Nasze statki pokonują drogę z Centrali do waszego układu w cztery dni. Najszybsza z rakiet budowanych na Ziemi… — pomyślała chwilę, jakby czekając na wynik jakiegoś obliczenia zużyłaby na tę drogę przeszło sto lat — zawyrokowała.

— Oczywiście kiedyś i wy nauczycie się szybciej poruszać w kosmosie…

— Dziękuję — burknął chłopiec, który nagle poczuł się dotknięty w swym honorze mieszkańca Ziemi. — Więc gdzie właściwie jest ta Centrala?…

Odczekała kilka sekund, zanim odezwała się znowu. Całkiem jak ten komputer w ich pojeździe.

— Mogę ci tylko powiedzieć, że naszą macierzystą planetę, a raczej nasz układ słoneczny, bo zamieszkujemy kilka planet, widać od was w gwiazdozbiorze Lutni. Poza tą jedną informacją, wszystkie inne dotyczące pochodzenia naszej cywilizacji, są zablokowane. Żałuję…

Żałuje, proszę. Tak, dokładnie tak samo jak tamten.

— Boicie się nas? — spytał z nieprzyjemnym uśmieszkiem.

— Nie chcemy, żeby ktokolwiek mógł do nas trafić po śladach, jakie zostawiają nasze ekspedycje, badające przestrzeń. Teoretycznie to jest możliwe. A wasza cywilizacja rozwija się bardzo szybko. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy potraficie zastosować te same co my prawa, rządzące czasem. Wtedy…

— A więc jednak się boicie — zatryumfował Jarek. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że ten zachwyt w jego głosie był nie tylko przedwczesny, ale i… jakby to delikatnie powiedzieć… no, świadczył o tym, że chłopiec naprawdę powinien się przespać, zanim przystąpi do dalszego ciągu rozmowy z obcymi na poważne tematy. Wybaczmy mu jednak tę chwilową słabość. Ostatecznie, zbyt długo czuł się wśród obcych nic nie znaczącym drobiażdżkiem, nieustannie zaskakiwanym nowymi rewelacjami, aby przypuszczenie, że ci obcy też mają przed nami lekkiego pietra, nie miało mile połechtać jego ambicji. Zresztą, to przyjemne uczucie nie trwało długo.

— Boimy się tylko — powiedziała półgłosem Soła — że przyleci do nas ktoś nie przygotowany do nawiązania kontaktu. Może zrozumiesz, co mam na myśli, kiedy przypomnisz sobie te budowle na polanie i cel, jakiemu miały służyć. Zresztą są inne przeszkody… nie tylko u was…

Bunkry — pomyślał z goryczą Jarek. Te bunkry, które Olikowi nie pozwalały spokojnie zasnąć. Okazuje się, że miał rację, kiedy przed nimi ostrzegał. Że słusznie ich się bał… chociaż przez myśl mu nie przeszło, żeby ich posępna przeszłość miała dosięgnąć człowieka aż tutaj… wśród gwiazd…

— Tak… — szepnął bezwiednie chłopiec. — Gdyby wszyscy u nas byli dobrzy…

— Gdyby wszyscy u nas byli dobrzy… — powtórzyła jak echo Sola, akcentując to „u nas”, na dowód, że nie tylko Ziemia i jej mieszkańcy mają u siebie pewne nie załatwione sprawy…

Jarek posmutniał. Równocześnie jednak zdał sobie ze zdziwieniem sprawę, że to, co przed chwilą usłyszał, chociaż z pewnych względów bardziej może nawet interesujące, niż inne wiadomości uzyskane od obcych, w gruncie rzeczy niewiele go obeszło. Poczuł nagle, że kleją mu się oczy. I ciesz się tu człowieku — pomyślał jeszcze, ale już niezbyt przytomnie — że ktoś się ciebie boi… Jeszcze jedna lekcja. Jakby dotąd nie nasłuchał się po dziurki od uszu. A nawet wyżej, jeśli to możliwe. Chociaż właściwie dlaczego u licha, nie miałoby być możliwe? W tym właśnie rzecz, że w jego sytuacji możliwe jest wszystko. Także żeby na przykład wyrosły mu nagle uszy w kształcie pałeczek, jak u żyrafy. Zaraz, chwileczkę… U żyrafy to wcale nie są uszy… no więc co, w takim razie? Przecież wiedział.

Był w ZOO i ktoś mu to tłumaczył. Ojciec? Nie, ojca wtedy nie było. Może dozorca? Ktoś w każdym razie musiał być. Przecież nie pytał o to samej żyrafy. A może? Właściwie dlaczego nie? Skoro już gawędzi sobie z jakimiś przystawkami, to dlaczego nie miałby jeszcze porozmawiać z żyrafą na temat jej uszu? A czy nie warto byłoby przy okazji pogadać z Fafikiem cioci Basi albo z wróblami? Chociaż nie. Z wróblami nie…

Musiał przestać, bo twarz rozdarła mu się nagle od ucha do ucha. Na razie przynajmniej, jego uszy pozostały na swoim starym miejscu. Tylko raptem przestały robić to, co do nich należało. To skandal — pomyślał leniwie chłopiec. — Dlaczego nic nie słyszę…

Ciszę granatowej sali przeszyło ponowne przeciągłe ziewnięcie. Było to coś takiego, jakby pod bazą obcych rozstąpiła się właśnie tutejsza ziemia.

— Jesteś śpiący — przytomnie zauważyła Sola.

— Jesteeem… aaaaa…

— Pójdziesz teraz spać — orzekła. — A może jesteś głodny? Nie zjadłbyś czegoś?

— …Zrazy… — wymamrotał Jarek. — …Zrazy z kaszą gryczaną i sosem grzybowym.

— Nie ma w programie — oświadczyła Sola chłodnym tonem.

Chłopiec wydął pogardliwie wargi.

— Właśnie… jak tylko chodzi o coś naprawdę ważnego — czuł, że powieki mu opadły, ale nic nie był w stanie na to poradzić — …to zaraz tego nie ma w programie… — dokończył z trudem. — Podejrzewam — zdołał jeszcze dodać, ale już szeptem — że nie ma tam bardzo wielu rzeczy…

Sola powiedziała coś tak cicho, że Jarek, nawet gdyby jeszcze nie spał, nie byłby w stanie tego usłyszeć. Fotel pod chłopcem rozłożył się nagle, tworząc wygodne łóżko, które objęło go swoimi miękkimi, zaokrąglonymi brzegami. Dziewczyna postała jeszcze nad nim kilka sekund, po czym skinęła głową i zniknęła.

Nie wyszła ani nic takiego. Po prostu zniknęła.