126642.fb2 Sola z Nieba P??nocnego - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 6

Sola z Nieba P??nocnego - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 6

Dzień dwunastu księżyców…

Kiedy się zbudził, oczywiście już była. Stała jakieś trzy metry od wyczarowanego z podłogi łóżka i przyglądała mu się z tym swoim uśmiechem, zaledwie odrobinę bardziej uprzejmym, niż miała to zwyczaj robić pewna dziewczyna, poznana w pewien szczególnie piękny dzień, nad pewnym jeziorem.

— Dzień dobry — przemówiła, pochylając głowę, niby usłużna dworka na widok budzącego się króla. Jeśli miała być Solą, to to akurat jej się nie udało. Ale poza tym, niestety, było absolutnie niemożliwe. — Wyspałeś się? — spytała. — Zjesz teraz śniadanie?

Troszczy się — pomyślał Jarek. Nie ulega wątpliwości, że chce jak najlepiej. Ciekawe, dlaczego nie wspomniała o myciu. A może oni się nie myją?…

Nie doczekawszy się odpowiedzi, Sola przystąpiła do działania. Jarek poczuł nagle, że część łóżka, na której spoczywały jego plecy i głowa, unosi się wypychając go do góry. Przybrawszy w ten sposób chcąc nie chcąc pozycję siedzącą, spostrzegł przed sobą niewielki, okrągły stolik.

— Stoliczku, nakryj się — mruknął półgłosem, wychodząc z założenia, że i tak wszystko, co się tutaj dzieje, zakrawa na bajkę. I w najmniejszym bodaj stopniu nie zaskoczył go fakt, że stolik skwapliwie wykonał polecenie. No dobrze, dobrze, niech będzie, że ułamek sekundy wcześniej jego opiekunka „pomyślała” to samo. Tak czy owak przed Jarkiem pojawił się okrągły, głęboki talerz wypełniony jakąś parującą substancją.

Chłopiec pociągnął nosem i mimo woli skrzywił się niemiłosiernie.

— Zupa mleczna — jęknął z rozpaczą. Uniósł głowę i spojrzał z wyrzutem na Solę.

— Nie o tym myślałem… — wyznał.

Dziewczyna posmutniała.

— Wiem — zgodziła się pokornym tonem. — Mówiłeś wczoraj… Przykro mi, ale możemy ci zapewnić tylko zestaw pierwiastków, jakich potrzebuje twój organizm. Nasi uczeni, kiedy tu przyjeżdżają, przywożą z sobą wszystko, co lubią. Ale teraz nie ma żadnego z nich…

Mówił? Powiedzmy, że mówił. On mówił i ona mówiła… długo i o wielu różnych rzeczach. Nikt nie może od człowieka wymagać, żeby pamiętał każde słowo wypowiedziane tuż przed zaśnięciem. O jedzeniu? Nie, tego stanowczo sobie nie przypomina…

To nie była zupa mleczna. Przy tym, czego Jarek dotknął w końcu ostrożnie koniuszkiem języka, smak najokropniejszej zupy mlecznej napełniłby jego zmysły nieopisaną rozkoszą. To w ogóle nie było nic. W dodatku nic rozgotowane na kleistą papkę, pęczniejącą w ustach jak uciekające z foremki ciasto.

Mężczyzna w piętnastym roku życia umie już ocenić powaby dobrze przyrządzonej pieczeni na dziko, wiejskiej szynki, zmoczonej delikatnym sosem tatarskim, ostro przyprawionego pasztetu, czy też takich rzeczy jak na przykład melba lub poziomki ze śmietaną. Ale mężczyzna, zwłaszcza kiedy znajdzie się w sytuacji wymagającej od niego hartu ducha i sprężystości ciała, potrafi z godnością przyjąć to co ma na talerzu, nie rozpamiętując zbyt długo, czym to coś być powinno. Toteż Jarek opróżnił w końcu podstawione mu naczynie.

Zjadł, odsunął talerz i rozejrzał się wokół siebie. Przedtem jeszcze ukradkiem otarł pot z czoła. Tak, cokolwiek by mówić, wziął potężną przeszkodę.

Odwrócił się i pobiegł wzrokiem ku poszczerbionej górami linii horyzontu. Obraz obcego lądu nic się przez noc nie zmienił. Nie stał się ani na jotę bardziej przystępny, nadal nie było w nim nic, ale to literalnie nic takiego, co nasuwałoby porównanie z jakimkolwiek krajobrazem, oglądanym uprzednio choćby raz w życiu. Obcy Świat. Po prostu obcy świat, ze wszystkim, co te słowa w sobie kryją…

Westchnął i ponownie odwrócił głowę, spoglądając na Solę, jakby chciał ją o coś spytać. Ale nic nie powiedział. Utkwiwszy wzrok w węźle, na jaki związała swoją białą bluzeczkę, przesiedział jakiś czas bez ruchu, po czym ponownie westchnął i potarł dłonią czoło, jakby teraz dopiero otrząsnął się ze snu. W tej samej chwili zauważył, że opróżnione przez niego naczynie zniknęło ze stołu, jak w bajce o dobrych krasnoludkach. To nasunęło mu pewną myśl.

— Na obiad będzie to samo? — spytał, wskazując brodą pustą teraz powierzchnię stolika.

— Tak… — wyszeptała smutno Sola.

Wzdrygnął się odruchowo i wyprostował, nabierając powietrza w płuca.

— I co? — rzucił lekko zniecierpliwionym tonem. — Mam tak siedzieć? Co się tu robi?

Sola spojrzała w prawo i w lewo, jakby chciała wszystkich obecnych wziąć na świadków, że spotyka ją, a w jej osobie twórców bazy, krzycząca niesprawiedliwość. Ponieważ jednak i na prawo, i na lewo znajdowały się jedynie gołe ściany, nawet jeśli jedna z nich była granatowo — przeźroczysta, pokręciła tylko głową i powiedziała:

— Ludzie, kiedy tu przybywają…

— Ludzie? — przerwał z mimowolną ironią.

— Rozmawiamy w twoim języku — przypomniała. — Nie w naszym…

— Przepraszam — zreflektował się. „Nie w ich języku”… Pewnie. Tego by jeszcze brakowało. „Ludzie…” Zgoda, niech będą ludzie…

— Nie szkodzi — odpowiedziała uprzejmie. A więc ludzie, kiedy tutaj są, mają zawsze mnóstwo roboty. Prowadzą doświadczenia, badają próbki, siedzą przy komputerach… A jak ktoś ma chwilę wolnego czasu, to przychodzi do tej właśnie sali, siada i ogląda krajobraz, albo wyświetla sobie filmy…

— Filmy?… — podchwycił chłopiec. — Filmy… powtórzył i nagle dotarło do niego, jakie to może mieć dla niego znaczenie. Co bywa treścią filmów, jakie ogląda się w kinach czy telewizji? Ano, różne rzeczy.

Ale zawsze widać na nich kawałek jakiegoś kraju, ludzi, zwierzęta, mieszkania i tak dalej. Ich filmy! Oczywiście, że obejrzy ich filmy! — To puść mi jakiś film… — powiedział, nadając swojemu głosowi brzmienie tak obojętne, jakby ustępował z grzeczności komuś, kto zapragnął mu pokazać swój zbiór nalepek na słoiki z olejem rycynowym.

Ale Sola nie dała się zwieść temu głosowi. Jej twarz w jednej chwili okryła się smutkiem. Przyjrzała mu się jakimś szczególnym wzrokiem i przez moment wydało się Jarkowi, że jej niebieskie oczy zamigotały zimnym, stalowym blaskiem.

— Filmy są zablokowane… — oświadczyła przepraszającym tonem. — Żałuję…

Znowu żałuje… — pomyślał Jarek, starając się nie okazać rozczarowania.

— Więc co, u licha? — zawołał podniesionym głosem. — Jak długo można tak siedzieć?!

Uśmiechnęła się i rozłożyła ręce, jakby chciała przycisnąć chłopca do piersi. Oczywiście, o przyciskaniu nie było mowy. Ten gest miał jedynie znaczyć: „czym chata bogata…”

— Możesz robić, co tylko zechcesz… — powiedziała tonem, jakim ideał gospodarza zaprasza najmilszego z gości. — Baza jest na twoje rozkazy. Jej automaty i jej komputer. Ten ostatni, rzecz prosta, z wyjątkiem sekcji łączności…

Jarek przełknął te gładkie słówka bez zmrużenia powiek i przyjrzał jej się nieufnie.

— Co to znowu?… — wycedził. — Chcesz zobaczyć, co zrobię? Jakaś nowa próba? Ciekaw jestem — dodał ponuro — czego jeszcze nie wiecie…

Sola uniosła dłonie i postąpiła krok w jego stronę.

Wyglądała, jakby miała zamiar zaśpiewać.

— Nie mów tak… — poprosiła. — Naprawdę możesz dysponować bazą. Wszystkie automaty są zaprogramowane w taki sposób, że z chwilą kiedy zjawia się tu ktoś żywy, muszą słuchać przede wszystkim jego. Każde, najmniejsze nawet urządzenie automatyczne, jakie budujemy, tak właśnie reaguje na żywy organizm…

— A jakbym przywiózł psa? — zagadnął Jarek z miażdżącą, jak mu się zdawało, ironią.

— Musiałyby się o niego troszczyć — odpowiedziała spokojnie. — Tylko że pies nie mógłby im przecież wydawać poleceń… Gdyby jednak jakimś cudem przemówił i kazał im na przykład podrapać się za uchem, zrobiłyby to, czego sobie życzy…

Wizja automatu składającego się w dziesięcioro, by dosięgnąć którymś z metalowych czułków psiego ucha, zrobiła na Jarku jak najlepsze wrażenie. Rozchmurzył się i aż uniósł w fotelu.

— Więc musicie mnie słuchać? — postanowił się upewnić.

— Tak.

— To pokaż mi któryś z waszych filmów… — powtórzył z uporem.

— Niestety, nie mogę — odpowiedziała natychmiast. — Mówiłam już. Żałuję…

Aha. To tak jak w domu. W domu wszystko człowiekowi wolno, ale niezupełnie.

— Dlaczego robisz ze mnie idiotę? — zagadnął rzeczowo. — Pytam, skąd jesteście, a ty: „żałuję…” Nudzi mi się, więc proszę o film, nawiasem mówiąc sama o nich wspomniałaś, i natychmiast słyszę o jakimś „blokowaniu”. Do jedzenia dajecie mi stare, rozgotowane kapcie. Ale poza tym: proszę bardzo, tylko czekacie na każde moje skinienie…

— Komputer nie przyjmie polecenia, którego wykonanie mogłoby zaszkodzić ludziom — wyjaśniła dziewczyna z miłym uśmiechem. — Nie chcemy, aby ktoś przed czasem dowiedział się zbyt wiele o naszej cywilizacji, i dlatego uczeni wprowadzili w programy komputera odpowiednie blokady. Pociesz się, że sytuacja byłaby identyczna, gdyby tego rodzaju polecenie wyszło nie od ciebie, a od kogoś z naszych, kto nie posiada specjalnego upoważnienia Centrali…

— Wobec tego — Jarek poczuł się dostatecznie „pocieszony”, żeby próbować dalej — chcę zwiedzić bazę.

Sola skinęła krótko głową.

— Polecenie przyjęte — oznajmiła oficjalnym tonem. — Zwiedzanie bazy jutro o dowolnej porze…

— Dlaczego znowu jutro?! — uniósł się Jarek.

— Powietrze — rzuciła lakonicznie. — Teraz tylko w kilku pomieszczeniach mamy tutaj sztuczną atmosferę — wyjaśniła. — Automaty jej nie potrzebują, a produkcja jest skomplikowana… wiesz, pod stacją ciągnie się taki szyb, gdzie między innymi wytwarzamy atmosferę, przez uwalnianie tlenu zawartego w różnych minerałach i wodzie krystalicznej. To trwa bardzo długo… w każdym razie w tej chwili możesz zobaczyć tylko te pomieszczenia, którymi szedłeś wczoraj… to znaczy te, które przygotowaliśmy specjalnie dla ciebie.

— I dopiero jutro możecie zrobić tyle tego tlenu, ile trzeba dla całej stacji?…

— Tak. Dałoby się wprawdzie przyśpieszyć nieco produkcję, ale wymagałoby to zaangażowania niemal wszystkich urządzeń, jakie dostarczają bazie energii.

A tego nie możemy zrobić, bo prowadzimy teraz statek z Centrali i…

— Statek?!

Uśmiechnęła się szerzej. Znowu była miła, jak przedtem.

— Tak, statek. Będziesz miał towarzysza. Żywego…

Chłopiec osłupiał. Statek? Towarzysza?…

— Przybędzie dziś wieczór — postawiła kropkę nad „i”. — Mówiłam ci o czasie i szybkości… pamiętasz?

O czasie? Co o czasie?… A cóż go teraz obchodzą ten jej czas i szybkość, skoro… skoro…

— Kto?… — zdołał tylko wykrztusić. — Kto to?…

— Jeden z naszych uczonych, historyk — rzuciła zdawkowym tonem.

Przez dłuższą chwilę Jarek gorączkowo formułował w myślach pytania, jakie powinien jej teraz postawić, i te, na które musi sobie sam odpowiedzieć, zanim stanie twarzą w twarz z wysłannikiem innej gwiezdnej cywilizacji. Licho wie, co z takiego spotkania może wyniknąć… i na co właściwie liczy ten „historyk” osobiście puszczając się w podróż do bazy, gdzie, jak widać na załączonym obrazku, Sola i komputer ze swoimi wszystkimi przystawkami doskonale dają sobie radę bez niego. Przecież ta jakaś „Centrala” jest informowana o wszystkimi co się tutaj dzieje, przekazują jej każde słowo „gościa” z Ziemi, ba, nawet jego myśli, mogą stamtąd, od siebie wydawać rozkazy i dyspozycje… więc po co?…

A potem uspokoił się. Zadźwięczały mu w uszach jej słowa „…chcemy wykorzystać szansę…” I to wszystko, co mówiła o jego powrocie… nie, stanowczo nie ma powodu do obaw. Jakiż cel mogliby mieć w tym, żeby go oszukiwać?…

Dobrze. Proszę bardzo, niech obcy wykorzysta tę swoją „szansę”. Ostatecznie dla Ziemianina spotkanie z nim też będzie gratką nie do pogardzenia. Proszę bardzo — powtórzył sobie w duchu. — A potem… do domu…

Wyprostował ramiona i przeciągnął się, aż mu w stawach zatrzeszczało. Na przykład — do jeziora!

Wyobraził sobie, jak się zanurza w chłodnej, krystalicznie czystej wodzie… co to ona mówiła o jakiejś „wodzie krystalicznej?”… Niechby przyszła do obozu… ba, ale przecież ona tam właśnie jest. Cholerna historia…

Poczuł na skórze przyjemne, kłujące tysiącami drobniusieńkich szpileczek zimno i odruchowo poruszył ramionami, jakby pływał. Szum drzew i gderanie ptaków w sitowiach. Słońce przenika zimną jeszcze po nocy ziemię. Tuż nad gładką powierzchnią jeziora unosi się cieniutki baranek mgły. A on płynie…

Pomyślał czule o Ziemi. Równocześnie jednak musiał zatroszczyć się o coś, co, trzeba przyznać, dziwnie długo nie przychodziło mu na myśl.

— Macie tu łazienkę? — zagadnął, dodając sobie otuchy szorstkim tonem.

Przez moment na twarzy Soli pojawił się jakiś nieokreślony grymas, jakby próbowała przytrzymać sobie zębami wewnętrzną stronę policzków, żeby nie parsknąć śmiechem. Ale był to zaledwie ułamek sekundy. Może zresztą Jarkowi tylko się tak wydało. Mniejsza z tym. Dość, że kiedy się odezwała, jej głos brzmiał poważnie. Co najwyżej odrobinę zbyt poważnie.

— Ależ proszę…

Odwróciła się i ruszyła ku drzwiom, które, jak to leżało w ich zwyczaju, otwarły się przed nią na całą swoją szerokość. Kiedy była już w korytarzu, dobiegł go jej głos:

— No chodź, chodź…

Potrząsnął głową i z miną, jakby wyruszał na podbój Cesarstwa Bizantyjskiego w czasach jego największej potęgi, podążył w jej ślady.

— Wyjdź stąd — burknął, kiedy wprowadziła go do lśniącego czystością pomieszczenia, którego urządzenie nie pozwalało wątpić o jego przeznaczeniu. Było trochę inne, niż to, do którego przywykł, ale tylko trochę. Powiedzmy, że odzwyczaił się na obozie.

— Słucham? — nie zrozumiała Sola.

Spojrzał na nią niepewnie, a równocześnie niecierpliwie.

— Przecież nie będę… nie będę… — zająknął się.

— Wyjdź stąd, nie rozumiesz?! — zezłościł się nagle.

Wreszcie dotarło do niej, o co chodzi. Z jej twarzą przez ułamek sekundy znowu poczęło się dziać coś niedobrego, a w każdym razie coś, co Jarkowi niezbyt się spodobało, po czym jednak uśmiechnęła się przepraszająco i cicho zamknęła za sobą drzwi, pozostawiając go sam na sam z tym, od czego odwykł.

Czekała w korytarzu tuż przy drzwiach, dokładnie tak, jak się spodziewał. Na jego widok uśmiechnęła się znowu i zrobiła gest, jakby chciała poprawić na sobie bluzeczkę. Powstrzymała się jednak.

— Dokąd teraz pójdziemy? — spytała patrząc w głąb korytarza.

Jarek podążył za jej wzrokiem. Tak, to była jego wczorajsza droga. Do drzwi, z których właśnie wyszedł i sąsiednich, położonych najbliżej sali z panoramiczną ścianą, już wtedy nie zaglądał. Pamiętał jednak, że wszystkie poprzednie odstraszały go tym jakimś pomarańczowym światłem.

— A dokąd możemy iść? — spytał wzruszając ramionami. — Skoro, jak mówisz, nigdzie nie ma tlenu…

— No… — zatoczyła dłonią szeroki łuk. Następnie pomyślała chwilę i powiedziała:

— Możemy pójść dalej — wskazała brodą perspektywę korytarza — a potem wyjechać na górę, do dyspozytorni — dodała jakby z wahaniem. — Tam zawsze jest powietrze…

— A tutaj? — spytał chłopiec wskazując drzwi, położone naprzeciw wejścia do łazienki.

— To są kabiny gościnne — wyjaśniła. — Niestety, teraz puste. Tam nie możesz wejść…

Nie możesz i nie możesz. Ale poza tym baza jest do twojej dyspozycji. Nie pomylił się ani trochę. Dokładnie jak w domu.

— To chodźmy — mruknął, prostując się. Ruszył z miejsca dziarskim krokiem, jakby naprawdę miał do przebycia doskonale znaną sobie drogę, u której kresu czekała go nie cierpiąca zwłoki sprawa. Sola była jednak szybsza. Nie przeszedł nawet pięciu metrów, kiedy ujrzał ją znowu przed sobą. Zrobiła to tak, że nie zauważył, kiedy go mijała.

Przeszli w milczeniu korytarz i dotarli do półokrągłej salki gdzie chłopiec wczoraj po raz pierwszy zetknął się z pomarańczowymi straszakami. Następnie przekroczyli jeszcze jedne drzwi i nagle znaleźli się w hali, przeciętej na niewiadomej wysokości stalowym pomostem.

Dzisiaj ten pomost dzieliło od podłogi nie więcej niż dziesięć metrów. Pod stopami Jarka widniało dno, zarzucone plątaniną grubych przewodów. Cała hala przypominała szeroką, płytką studnię. Nie była ani w setnej części tak wielka, jak wydawało się wczoraj.

Ale wczoraj zalegał ją mrok. Dziś natomiast było tu widno. Potężne reflektory umieszczone pod kopulastym dachem pluły silnym, rozpraszającym się po całym wnętrzu światłem.

W samym środku studni, na jednej stalowej łapie, przypominającej podstawkę pod tort, stał jajowaty pojazd. I on sprawił dziś daleko mniej imponujące wrażenie niż wtedy, na polance z trzema bunkrami. Ot, takie sobie wielkie, latające jajo. Do jego wnętrza wiodły owalne drzwi, otwarte teraz na przestrzał. Do miejsca, gdzie stali, biegł od nich opatrzony poręczą, dość szeroki pomost. Tyle, że kończył się w powietrzu… półtora metra przed nie zabezpieczoną krawędzią platforemki, na poziomie korytarza, którym tylko co przyszli z głębi bazy, z pomieszczeń przeznaczonych dla jej żywych mieszkańców.

Jarek przyjrzał się ponuro pomostowi, tej półtorametrowej przerwie, przypominającej umyślnie zastawioną pułapkę i przypomniał sobie swoje wczorajsze wyczyny, kiedy za sprawą tej jakiejś powietrznej poduszki z tak miernym powodzeniem usiłował naśladować ptaka. Mimo woli poruszył palcami obu dłoni, pamiętając, jak kurczowo zaciskał wtedy te palce na krawędzi platforemki. Półtora metra! Ba, żeby to wiedział… przecież potrafił skoczyć dwa razy dalej…

Postanowił to natychmiast udowodnić. Odbił się i… zawisł w powietrzu, znowu w objęciach jakiejś niewidzialnej sieci. Chociaż to, co go krępowało, przypominało raczej gęstą maź aniżeli sieć. Nie czuł dotknięcia żadnego konkretnego przedmiotu, choćby najbardziej delikatnej tkaniny. Całe ciało chłopca oblepiła tylko szczelnie jakaś substancja… miękka, elastyczna ale równocześnie całkowicie odbierająca swobodę ruchów. Sekundę, może dwie, wisiał tak, raczej zły na siebie, że znowu dał się nabrać obcym automatom, aniżeli zaskoczony, po czym to coś, co go pochwyciło, odstawiło go ponownie, miękko i delikatnie, na podłogę korytarza, dokładnie w to samo miejsce, z którego przed chwilą odbił się do skoku.

— To idiotyczne — stwierdził, unikając wzroku Soli — dlaczego teraz nie mogę spokojnie przeskoczyć tego kawałeczka, a wczoraj pozwoliliście mi spaść z pomostu… po ciemku i tak, że nie wiedziałem, co się ze mną dzieje?

— Aparatura nie była przygotowana na to, że nie znasz sposobu poruszania się wewnątrz tej hali — usłyszał obok siebie jej spokojny głos. — Wystarczy iść normalnie dalej… i nic się nie stanie. Ale dzisiaj to wczorajsze wydarzenie jest już zapisane w przystawce pamięciowej komputera. Może trochę przesadziliśmy w ostrożności… ale chyba nie będziesz miał o to pretensji?…

Pretensji? Zostawmy to lepiej…

Nie odpowiedział. Pobiegł wzrokiem wzdłuż pomostu aż do jajowatych drzwi po przeciwnej stronie i ogarnęła go nagła niechęć do tego wehikułu, który z tego miejsca lata sobie jakby nigdy nic na Ziemię, gdzie ni stąd, ni z owad ukazuje się ludziom, szukającym czegoś najzupełniej innego. Dość już nasiedział się w jego różowych ścianach. A jeśli naprawdę mają zamiar odesłać go z powrotem, to i tak prędzej czy później przejdzie znowu przez te otwarte zachęcająco drzwi, by oddać się pod opiekę komputerowi scalającemu numer zero jeden… i tak dalej.

Uniósł głowę i powiódł wzrokiem po sklepieniu hali. Mrużąc oczy, rażone światłem reflektorów, odgadywał raczej, niż dostrzegał, podtrzymujące kopułę konstrukcje, służące zapewne do rozsuwania dachu, kiedy trzeba przepuścić startujące statki. Ściany hali były gładkie i nieciekawe. Na podłodze istne kłębowisko kabli i przewodów, które miejscami rozdymały się w podłużne, ogórkowate wałki, opatrzone mikroskopijnymi kolorowymi lampkami. Pośrodku tylko ta jedna wysoka łapa, jak sterczący pionowo zderzak wagonu kolejowego, podtrzymująca pojazd.

— Chodźmy stąd — mruknął niechętnie, odwracając się. — Mówiłaś coś o dyspozytorni?… — dodał po krótkim namyśle.

Sola spojrzała na niego.

— Do dyspozytorni?… — powtórzyła z wahaniem. — Dobrze…

Na moment przymknęła oczy, jak człowiek, który coś próbuje sobie przypomnieć. Ale nie odnalazła widać tym razem w pamięci komputera, którego reprezentowała, żadnej „blokady”, bo nagle uśmiechnęła się i zawróciła z powrotem w stronę korytarza. Jarek obrzucił ostatnim, nieżyczliwym spojrzeniem jajowaty wehikuł i ruszył za nią.

Tuż przed salą z panoramiczną ścianą, którą tak niedawno opuścili, dziewczyna skręciła, znikając w drzwiach obok łazienki. Jak się okazało, było tam wejście do windy.

Jechali kilkanaście sekund. Kabina windy była całkiem zwyczajna. Prostokątna klatka, co najwyżej odrobinę niższa niż ta, którą Jarek jeździł na swoje dziesiąte piętro, w jednym z bloków nowego osiedla, na dawnym przedmieściu Szczecina. No i poruszała się bez najmniejszego szmeru.

Kiedy drzwi ponownie stanęły przed nimi otworem, chłopiec ujrzał wnętrze dużej sali, nie tak dużej jak ta granatowa, ale za to zupełnie okrągłej. Zamiast ścian miała tylko dach, który tworząc pośrodku łagodną kopułę spływał na boki regularnymi łukami.

Ściany jak ściany. Znacznie ciekawsze było to, co znajdowało się pomiędzy nimi. Jarek stał chwilę jak urzeczony, po czym nie wiedząc kiedy opuścił kabinę windy i wolnym krokiem ruszył przed siebie.

Środek sali zajmował szeroki pierścień, a raczej jakiś wielopoziomowy stół w kształcie pierścienia, którego zewnętrzne ścianki dzieliły się na różnej wielkości prostokąty. Te prostokąty to były ekrany. Zaledwie dwa lub trzy z nich pozostawały nieruchome i ciemne.

Wszystkie inne przypominały okna, przez które ktoś znajdujący się wewnątrz domu może wieczorem oglądać pobliski lunapark, z jego diabelskimi kołami, krzywymi zwierciadłami, ogniami sztucznymi, popisami wędrownych żonglerów i karuzelami. Roiło się tam od ruchliwych, wielobarwnych kół, kółek, serpentyn oraz zachodzących na siebie, to znowu oddalających się, fantazyjnie wyciętych płaszczyzn.

— Proszę niczego nie dotykać — zabrzmiał nagle nie wiadomo skąd gruby, męski głos, jakby odrobinę przestraszony.

Jarek stanął jak wryty, mimo woli szukając spojrzeniem Soli. Była blisko. Zatrzymała się tuż za nim.

— Nie dotykaj niczego… — powtórzyła, podkreślając wagę tych słów ostrzegawczym ruchem głowy. — Tu są urządzenia zabezpieczające…

— Pole?… — mruknął, odruchowo cofając się do tyłu.

— Coś w tym rodzaju… — głos Soli wzniósł się i opadł, co miało mu dać szczególnie tajemnicze brzmienie. — Wiesz — ciągnęła — stąd można sterować wszystkimi automatami, można otworzyć bazę i wpuścić do jej wnętrza trującą atmosferę, lub nawet spowodować wybuch, który ją zniszczy. Stąd także kierowane są urządzenia łączności, które teraz na przykład prowadzą ku nam statek z Centrali. Nie dziw się… — nie dokończyła.

Nie musiała kończyć. Jarek od dawna nie dziwił się już niczemu. Zresztą w tej chwili myślał o czymś zupełnie innym.

Pozornie wydawać by się mogło, że chodzi o coś najbardziej banalnego pod słońcem. O fotel. Jarek, cofając się na dźwięk głosu komputera, stanął tuż obok jednego z szerokich, niskich foteli, tutaj wcale nie wyglądających na to, żeby można je chować pod podłogą.

Ręka chłopca odruchowo zacisnęła się na elastycznym oparciu. I wtedy ponownie uwiadomił sobie, jak bardzo znajome, mimo wszystkich różnic dotyczących techniki, wydają się przybyszowi z Ziemi kształty urządzeń stanowiących wyposażenie bazy. Przecież to były fotele dla ludzi. Dla ludzi było to siedzisko, które wczoraj wyskoczyło spod jego stóp, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, a potem rozłożyło się, tworząc, trzeba przyznać, wcale wygodne posłanie. A ten… a ta łazienka?

— Jacy jesteście? — spytał nagle bez zastanowienia.

— Proszę?…

Jarek machnął niecierpliwie ręką.

— No, czy jestem podobny do waszych… na przykład, uczonych? Z postaci, twarzy, ruchów?

Uśmiechnęła się. Miała na podorędziu więcej tych uśmiechów, niż wszystkie ziemskie dziewczyny razem wzięte. Ale w pewnych sytuacjach nie wystarcza się uśmiechać. I ziemskie dziewczyny na ogół bardzo dobrze o tym wiedzą.

— Nie rozumiesz? — parsknął Jarek. — A może ogłuchłaś?!

— Informacja blokowana — odpowiedziała. Tym razem jej twarz zachowała wyraz anielskiej pogody.

I ani na sekundę nie przestała się uśmiechać.

— Żałuję… — wysyczał chłopiec. — Zapomniałaś dodać: „żałuję”!

— Żałuję — odezwała się jak echo Sola.

Tego było już Jarkowi za wiele.

— I tak wiem! — zarechotał całkiem jak jedna z tych wiedźm, tam nad jeziorem. — Macie zielone brzuchy, tłuste, trzęsące się, i wozicie je przed sobą na taczkach! Nóżki jak zapałki, ale za to z gumowymi przyssawkami. Jak chodzicie, to robicie tak: — pochylił się i wyciągnął wargi w ryjek — fsss… cap! Fsss… cap! Fsss… cap! Fsss…

— Przepraszam… — zaczęła Sola lodowatym tonem, ale nie pozwolił sobie przerwać.

— Macie maleńkie, włochate główki, z sześcioma oślimi uszami! — wołał, wymachując rękami. — I po jednym oku, ale za to z tyłu. I długi, łysy jak kolano ogon, zimny i śliski! Widzisz?! — wrzasnął tryumfalnie. — Myślałaś, że nie wiem?! „Blokowana!” — zrobił niewinną minę i próbował naśladować jej ton. „Żałuję…” Pewnie, że żałujesz… — ciągnął już swoim normalnym głosem, lekko zdyszany — każdy by żałował… Blokowana… blokowana… — urwał dla zaczerpnięcia tchu. Następnie wyprostował się powoli, spojrzał na Solę i umilkł.

Dobre pół minuty panowała cisza. Wreszcie dziewczyna potrząsnęła głową i zamruczała coś niezrozumiale, zupełnie jak człowiek, któremu przypomniała się jakaś paskudna chwila, kiedy to palnął okrutne, piramidalne głupstwo, i to w dodatku tak, że wszyscy widzieli. Co wcale nie znaczy, że to ona akurat miała na sumieniu coś w tym rodzaju.

— Czy chcesz, żeby ci objaśnić działanie urządzeń dyspozytorni? — spytała po chwili spokojnie, przechodząc do porządku nad tym, co usłyszała. I to było jeszcze gorsze, niż gdyby wybrała się z wyrzutami. Albo po prostu powiedziała szczerze, co myśli o jego zachowaniu.

Jarek odwrócił głowę. Po drodze ku ekranom jego wzrok prześliznął się po oparciu wielkiego fotela, mimowolnego sprawcy niedawnej sceny. Twarz chłopca przybrała wyraz obrażonej dumy. Tak bywa, kiedy człowiek… ale to przecież wszyscy wiemy…

Sola skinęła głową. Milczenie chłopca potraktowała widać jako odpowiedź twierdzącą na swoje pytanie.

— To jest obraz kontrolny pracy systemów energetycznych — zaczęła wskazując prostokątną tarczę, na której przeskakiwały liczby opatrzone jakimiś niezrozumiałymi znaczkami. — Paliwem są minerały — ciągnęła, sunąc dłonią po klawiaturze pulpitu sterowniczego. Już, już miał zamiar krzyknąć „co robisz?!” czy coś w tym rodzaju, kiedy ujrzał, że koniuszki jej palców zagłębiają się we wnętrzu urządzenia. Do licha — żachnął się w duchu. — Ciągle zapominam…

— Głównie granit i rudy uranu — rozwijało swoją myśl bezcielesne uosobienie komputera, któremu ten dał kształty miłej ziemskiej dziewczyny. — Oczywiście, nie w naturalnej postaci. Mamy specjalne reaktory, tak zwane powielające i w nich ten granit i uran przekształcamy w pluton, a także inny uran… który już naprawdę jest paliwem… Czy coś z tego rozumiesz? — zlękła się nagle. Trzeba przyznać, że ten lęk nie był pozbawiony odrobiny słuszności. Co zresztą niezwłocznie się okazało. Jarek bowiem niezwłocznie pośpieszył ją uspokoić.

— Eee… dlaczego?… — bąknął mianowicie. Ten jego głos musiał jemu samemu sprawić wiele przyjemności, bo nagle wybuchnął śmiechem. Śmiał się tak serdecznie, że aż się zachłysnął i przez dłuższą chwilę walczył o odzyskanie tchu. W końcu uspokoił się, otarł palcami kąciki oczu i niespodziewanie dla siebie samego powiedział:

— Przepraszam…

Mówiąc to spoważniał już do reszty. A nawet, gdybyśmy mieli pozostawać w zupełnej zgodzie z prawdą, odwrócił oczy.

Tym razem Sola stanęła na wysokości zadania.

Zrozumiała od razu.

— Nie szkodzi — powiedziała z uśmiechem. Po czym dodała:

— Widzisz, my bardzo byśmy nie chcieli dotknąć czymś ludzi…

Chłopiec poczuł, że jego policzki stają się gorące.

— Nie chciałem… — wybąkał. — Przecież ty nie jesteś,, to znaczy, ty jesteś taka jak my… — brnął coraz bardziej rozpaczliwie. W końcu zakaszlał jeszcze raz i umilkł.

— Myślisz, że nie powinnam się czuć urażona, bo nie jestem żywym człowiekiem… z brzuchem na taczkach?

— No… — wykrztusił.

— Ale mówię w imieniu żywych ludzi — położyła kropkę nad „i”, po czym zmieniając ton rzekła wesoło: — A tu widzisz kawałek Ganimeda… — jej dłoń zrobiła ruch w stronę sąsiedniego ekranu. — Teraz kamera jest nieruchoma, ale kiedy ktoś wychodzi na zewnątrz bazy, podąża za nim, żeby dyspozytor mógł go stale widzieć i w razie czego pośpieszyć z pomocą…

Jarek przemógł się i utkwił wzrok w ekranie.

Tak, to właśnie widział przez panoramiczną ścianą w wielkiej sali. Granatowy półmrok, równina, skały… Tylko tutaj nie było gwiazd. Nie zmieściły się w niewielkim wycinku ganimedzkiego lądu, przekazywanym przez obiektyw kamery. Nie było także grzebienia dzikich, iglastych szczytów na horyzoncie. Za to pośrodku obrazu widniały odciśnięte w powierzchniowej warstwie gruntu jakieś ślady… Wytężył wzrok. Tak, coś tam było. A poza tym tuż nad dolną krawędzią ekranu złociła się jakaś tasiemka… może odsłonięty przypadkiem fragment złotej żyły…

— Chciałbym tam pójść — rzucił bez zastanowienia. Po czym nadal nie myśląc o tym, co robi, wpatrzony w fascynujący, obcy krajobraz podszedł szybko do stojącego przed ekranem fotela i rozsiadł się w nim bezceremonialnie, jak u siebie w domu.

— Nie dotykaj — warknęły grubym głosem głośniki.

— Nie ruszaj niczego — zawtórowała im Sola. Nie siedź tam — dodała jeszcze tonem, który nawet nie bacząc na treść wypowiedzianych przez nią słów trudno było uznać za uprzejmy.

— Przecież nic nie robię — Jarek oderwał wreszcie wzrok od ekranu i obejrzał się. Widać zajął miejsce przeznaczone dla gospodarza… ale co to oni mówili o uprawnieniach „żywej istoty”, każdej, która znajdzie się w ich bazie?…

Powtórzył to ostatnie pytanie na głos.

— Proszę wsiać i wyjść z dyspozytorni — powiedział dobitnie chrapliwy baryton wybiegający jakby z wnętrza ścian.

— My cię tylko prosimy — złagodziła wypowiedź komputera nieistniejąca dziewczyna, stworzona dla lepszego nawiązania kontaktu z Ziemianinem.

Jarek wzburzył się w duchu. Wstać? Oczywiście, że wstanie. Ale muszą poczekać… ostatecznie, siedzi jak trusia, a poza tym ten fotel jest naprawdę tak wygodny i… solidny.

W tym momencie poczuł, że „solidny” fotel, wykonuje z nim razem pół obrotu. Próbował odnaleźć twarz Soli i raptem ujrzał nad sobą, nie dalej niż o dwadzieścia centymetrów od czubka własnego nosa, monstrualną poczwarę. Fotel był niski, chłopiec odniósł wrażenie, że to, co weszło do nawigatorni tak cicho, jakby sunęło powietrzem, zawisło nad nim, wyrażając ostateczną, nieodwracalną groźbę. Wyobraźcie sobie tylko pająkowatą konstrukcję, zlepioną z puszek i rurek, wyposażoną w pięć czy sześć ruchomych wysięgników, zakończonych potężnymi chwytnymi kleszczami. A nad tym wszystkim coś podobnego do dzbana z powycinanymi w nim dziurami, przez które prześwieca błękitne światło. Ten dzban, mimo woli kojarzący się z trupią czaszką wyrzeźbioną przez jakiegoś bardzo nowoczesnego artystę, znajdował się właśnie dokładnie nad pobladłą twarzą Jarka.

— Co?… — chciał krzyknąć „co to ma znaczyć”, czy też jakoś inaczej wyrazić swoje oburzenie niespodziewaną „wizytą”, ale głos odmówił mu posłuszeństwa. Byłby się z pewnością zerwał z miejsca, jak sobie tego życzyli komputer i Sola, cóż, kiedy to monstrum dokładnie zagradzało mu drogę.

Przywołał cały pozostały mu zapas trzeźwego rozsądku i przyjrzał się lepiej metalowemu upiorowi. Teraz dopiero zauważył, że na jego wysięgniku, jakby łapie, wyciągniętej do przodu, wisi coś przypominającego biały, gruby worek. Nie, to… tak, to żaden worek. Worek nie ma przecież ramion jak supermodna narciarska bluza. Chłopiec poczuł, że z jego krtani ustępuje ta jakaś przeszkoda, która nie pozwoliła mu przed chwilą wydobyć głosu. Mechaniczne ramię poczwary podaje mu po prostu ubranie… nawet w geście chwytnego wysięgnika jest jakaś… jakby to powiedzieć… usłużność. Tak, usłużność.

— Co to znaczy? — wychrypiał.

— Usiadłeś w fotelu dyspozytora bez skafandra — wyjaśniła natychmiast Sola — więc jeden z roboczych automatów przyniósł ci go zgodnie z programem. W czasie dyżuru w nawigatorni ludzie zawsze mają na sobie skafandry… nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć, a dyżurny musi być przygotowany na każdą ewentualność…

— Niech on to zabierze — głos Jarka zabrzmiał już odrobinę jaśniej.

— Wstań — poradziła dziewczyna — a on natychmiast sobie pójdzie…

Wstać? Chłopiec zerknął w górę i wzdrygnął się. Być może, że ten dziwoląg cofnie się, kiedy tylko ujrzy, że siedzący w fotelu człowiek poruszył nogami… rzecz w tym, że dobrze byłoby mieć pewność, że tak właśnie zrobi. Inaczej…

— A czemu nie podaje mi tego skafandra? — spytał, w dalszym ciągu nie ruszając się z miejsca.

— Czeka, aż go weźmiesz — wyjaśniła Sola — ale nie rób tego…

Ta ostatnia rada okazała się jednak spóźniona. Chłopiec bowiem trzymał już w palcach koniec zwisającego rękawa ubioru, przerzuconego przez mechaniczne ramię. I w tym momencie skamieniał. Nie, nic się nie stało. Po prostu ponownie został obezwładniony przez jakąś siłę, której dotyku nie sposób było wyczuć. Całkiem jak w tej hali, tam, gdzie skończył się pomost…

— Co to znowu?! — wrzasnął.

— Nie ruszaj — zirytował się komputer.

— Nie dotykaj — zawołała Sola.

— Natychmiast przywróćcie mi swobodę ruchów — odpowiedział podniesionym głosem, nie bardzo wiedząc, co mówi. I, o dziwo, krępująca go siła ustąpiła. „Musimy cię słuchać”… zabrzmiały Jarkowi w uszach słowa Soli. A więc to tak?…

— Nie dotykaj!!! — głośnikom odpowiedziało wysokie, metaliczne echo.

Jarek zmiął w palcach skrawek materiału, z którego sporządzono skafander. Był elastyczny, gruby i sprawiał wrażenie jakby ogrzanego…

— Kurs o zero, zero, jeden, zero… — zaczął głośnik i Jarek zastygł w bezruchu.

Chwilę trwała cisza, po czym nagle kabinę zwaną dyspozytornią wypełnił jazgot zmieszanych głosów.

Jakieś trzaski, jakby gdzieś blisko szalała burza z piorunami, jakieś pikanie, podobne do tego w jajowatym statku, który wiózł go z Ziemi, coś przypominającego kaszel, szczekanie psa, brzęczenie napiętych do ostateczności strun…

— Sola! — zawołał, jakby chcąc się upewnić, że ona tu jeszcze jest. Wolał się nie odwracać i nie spuszczać wzroku z mechanicznego monstrum, w dalszym ciągu wiszącego nad jego głową. Na wszelki wypadek cofnął jednak rękę, puszczając rękaw skafandra. W kabinie natychmiast nastała martwa cisza.

Chłopiec odczekał chwilę, a widząc, że nic się nie dzieje, spytał:

— Co się stało?

— Uruchomiłeś łączność między bazą a naszym statkiem z Centrali — powiedziała Sola. W jej głosie brzmiał wyrzut. — To znaczy, nie uruchomiłeś, ale włączyłeś fonię. Gdybyś dotknął innego guzika, mógłbyś tę łączność przerwać… albo zmienić kurs statku.

Dopiero teraz Jarek spostrzegł, że na rękawie skafandra, w miejscu gdzie przed chwilą znajdowały się jego własne palce, umieszczono jakąś miniaturową tabliczkę z jeszcze bardziej miniaturowymi guziczkami. To dlatego tak krzyczeli… — przeszło mu przez myśl.

— Dlaczego puściliście mnie, kiedy tego zażądałem? — spytał, chociaż znał już przecież odpowiedź. I nie pomylił się.

— Bo automaty muszą być posłuszne żywej istocie — wyjaśniła zgodnie z jego oczekiwaniami Sola.

— Niech więc wyjdzie ten automat, który przyniósł skafander — powiedział Jarek i bez śladu zdziwienia odnotował reakcję potwora na jego słowa. Tak samo bezszelestnie jak się pojawił, automat opuścił nawigatornię. Wtedy dopiero chłopiec wstał i przeciągnął się odruchowo. Następnie na wszelki wypadek skwapliwie oddalił się od tego tak „solidnego” i zapraszającego fotela.

— Przepraszam… — bąknął, notując w myśli, że się powtarza. Co robić, skoro… skoro… a, mniejsza z tym.

Przez chwilę wewnątrz dyspozytorni panowało milczenie. Jarek rozejrzał się raz jeszcze po migocących światełkami aparatach, po czym jego wzrok padł ponownie na ekran przekazujący obraz Ganimeda.

— To co — przypomniał sobie — mogę tam wyjść?

— Gdzie? — Sola jakby się zdziwiła. — Na zewnątrz?

— Tak. Pójdziesz ze mną?

Przez jej twarz przebiegł nikły uśmieszek, który natychmiast ustąpił miejsca wyrazowi powagi.

— Jeśli ty pójdziesz, to i ja także… ale… — przerwała ściągając wargi i znieruchomiała tak na kilka sekund. Wreszcie poruszyła głową, jakby komuś ustępując, i rozłożyła ręce. Jarek nie musiał o nic pytać, żeby wiedzieć, że „naradziła się” ze swoimi przystawkami.

— Dobrze… — powiedziała. — Może byłoby lepiej, żebyś zaczekał na przedstawiciela Centrali, ale skoro chcesz…

— Chcę — uciął niezbyt uprzejmie.

— No to chodź — chłopcu wydało się, że pochwycił ulatujące pod sufit lekkie jak mgiełka westchnienie.

Na jednym z niższych pięter bazy, dokąd zwiozła ich winda, panowały egipskie ciemności. Z największym trudem udało się Jarkowi wypatrzyć nikłe kontury drzwi.

Minęli ciasny pozbawiony jakichkolwiek sprzętów przedsionek i stanęli przed następnymi drzwiami. Te były zupełnie inne. Gruba, stalowa płyta przylegała ciasno do szerokiej framugi, w którą wbudowano jakieś przyciski, uchwyty, rączki i gałki, a także kilkanaście różnokolorowych lampek. Z tych paliła się tylko jedna. Oczywiście, błękitna. A może: na szczęście błękitna. W każdym razie nie stali tu długo. Rozległ się cichy szmer, jakby przesypywanego piasku i ciężka klapa powolutku ruszyła w ich stronę.

Te „drzwi” zamykały się w dość osobliwy sposób. Nie miały zawiasów, klamek, zatrzasków ani niczego podobnego. Klapę dociskało do ściany osiem cudacznych wysięgników, po dwa z każdego boku. Przypominały nogi jakichś monstrualnych, metalowych chrząszczy i tak też się poruszały, zginając w kilku równocześnie stalowych stawach.

Kiedy tylko między klapą drzwi a framugą powstał dostatecznie duży prześwit, Sola skinęła na Jarka, żeby wszedł do środka. Chłopiec przekroczył wysoki, gruby próg, po czym pajęcze konstrukcje rozpoczęły wędrówkę w powrotnym kierunku. Kiedy klapa z jakimś nieprzyjemnym mlaśnięciem przywarła krawędziami do ściany, przybyszowi z Ziemi, co tu ukrywać, zrobiło się nieco nieswojo. Tym bardziej, że Sola swoim zwyczajem nie śpieszyła się z przejściem przez próg, aby zrobić to, jak na człowieka przystało, tylko czekała, aż między drzwiami a ścianą pozostanie szczelina, przez którą mysz przecisnęłaby się z największym trudem, po czym wniknęła do środka, przepływając, całym ciałem, poza jedną ręką i kawałkiem głowy, przez pancerną płytę. Trzeba przyznać, że istotnie nie był to zbyt budujący widok. Ale dość o tym.

Zaledwie uchwyty drzwi zakończyły swoją pracę, wnętrze kabiny rozjaśniło się różowawym światłem, takim samym, jakie umilało Jarkowi podróż z Ziemi na pokładzie latającego jaja. Ale kształty, które tutaj to światło wydobyło z mroku, były czymś zupełnie nowym.

Wzdłuż obu bocznych ścian kabiny, a raczej śluzy, bo w rzeczywistości była to komora śluzy, wisiały wielkie, białe manekiny, budzące respekt samym swoim wyglądem. Szczelnie zapięte, pobłyskujące klamrami i zapinkami, obficie zaopatrzone w jakieś małe i większe pudełka, z których wystawały końce przewodów i miniaturowe tabliczki z klawiszami, sprawiały wrażenie gromady dziwacznie poubieranych wisielców.

Jarek pomyślał, że tak właśnie będzie za chwilę wyglądał i podszedł do najbliższej wiszącej postaci, żeby dokładnie jej się przyjrzeć. Wtedy manekin ożył…

Wpaść w łapy stworów z innego świata i pozwolić im się uprowadzić tam, gdzie diabeł dobranoc mówi, przy czym rzecz nie dotyczy w najmniejszym bodaj stopniu poczciwego, ziemskiego diabła, to jeszcze nic takiego. Zbudzić się w stanie radosnego upojenia nie wiadomo czym, następnie gawędzić z komputerem posługującym się glosami mamy taty i wszystkich ciotek naraz, by w końcu stanąć twarzą w twarz z dziewczyną z Ziemi, która jednak nie jest wcale dziewczyną z Ziemi, tylko jej bezcielesnym sobowtórem, czyż to nie może zdarzyć się każdemu? Tak samo jak spać na wyrosłym spod podłogi łóżku czy też zajadać kosmiczną papkę, podziwiając panoramę obcego globu i umilając sobie równocześnie posiłek słuchaniem opowieści o czekającej nas podróży w czasie. Wszystko to są sprawy zwykłe i proste, wobec których żaden szanujący się Wąż nie mrugnie nawet okiem. Ale żeby nagle w zatrzaśniętej pancerną klapą pułapce wielki, biały wisielec wyciągał do człowieka ręce w niedwuznacznym zamiarze uściskania go za szyję, obracając się przy tym wokół własnej osi i obniżając na sznurze, na którym dynda? O, nie! Co to, to nie…

Toteż w kabinie wszczął się nagle gorączkowy ruch. Stalowe drzwi aż jękły pod plecami Jarka, po czym ciszę rozdarł przeraźliwy okrzyk, który brzmiał mniej więcej tak:

— Ooeeaauuu… euu… oauuu…

Zaledwie ściany szczelnie zamkniętego pomieszczenia zdołały wchłonąć ten zdumiewający dźwięk. I nastąpiła krótka, niemniej wysoce interesująca rozmowa: Sola: co się stało?!

Jarek: on… on…

Sola: kto?

Jarek: on…

Sola: co, skafander?…

Nastąpiło milczenie.

Wreszcie po dobrej minucie, albo i dwóch, rozległo się ciężkie, grobowe westchnienie.

— Źle się czujesz? — zainteresowała się Sola.

Jarek nie odpowiedział. Pytanie mogło być najniewinniejsze w świecie. Tylko że każde pytanie podające w wątpliwość stan jego zdrowia musiało teraz w jego uszach zabrzmieć jak szczególnie perfidna prowokacja.

— Co ci jest? — Komputerowa dziewczyna była najwyraźniej zaniepokojona.

— Nic… — zdołał wreszcie wychrypieć. Odchrząknął i powtórzył już bardziej normalnym głosem:

— Nic… co by miało być?…

Rzeczywiście.

— Nie chcesz już wyjść?…

A to niby dlaczego? Wyjść? Jarek jeszcze nigdy w życiu tak bardzo nie chciał wyjść jak właśnie teraz.

— Chcę… — odparł krótko.

— No to pozwól, żeby cię ubrał… — w głosie Soli pojawiła się nutka zniecierpliwienia. — Podejdź do któregoś ze skafandrów…

Jarek zamknął oczy i ruszył w stronę pierwszego z brzegu wisielca.

— Odwróć się teraz tyłem — zarządziła.

Usłuchał. Uniósł powieki i zacisnął zęby. Stał bez drgnienia kiedy za jego plecami coś zaczęło się dziać.

A także i potem, na widok dwóch wypełzających mu spod nóg białych, ogromnych buciorów, za którymi podążały równie białe i wielkie jak wory nogawki.

Nagle przestało go interesować, co ten skafander tam jeszcze zrobi. Pojął w końcu, że nie będzie musiał ruszyć palcem, aby go włożyć. Automaty najpierw opuszczą skórę wisielca pod podłogę, potem ją otworzą, jak strączek grochu, a wreszcie cały interes ruszy powoli w górę, przyoblekając ciało delikwenta w szczelny, bezpieczny pancerz. Swoją drogą co za kretyński zwyczaj, pakować wszystko co się da w podłogę, i to tak, że na jej powierzchni nie sposób wypatrzyć choćby najcieńszej rysy.

— Przestraszyłem się — mruknął od niechcenia.

— Taak?… — zdziwiła się uprzejmie Sola.

Nie powiedział już nic. Nie pisnął też słówkiem przez następnych kilka minut, kiedy automaty naciągały na niego skafander. Wystarczyło podnieść odrobinę stopy, najpierw jedną, potem drugą. Dalej wszystko szło już samo. Niewidoczne, delikatne łapy umieściły jego ramiona w rękawach bluzy i ściągnęły mu ją na piersi. Na jego biodrach spoczął szeroki, elastyczny pas z wieloma wypchanymi kieszeniami. Wreszcie przyszła kolej na kask. Był wielki. Miał panoramiczną szybę przed całą twarzą i długi daszek, z którego zwisały jakieś sztywne tasiemki, zakończone miniaturowymi szklanymi kulkami. Plecy chłopca ugięły się pod ciężarem płaskiego pojemnika, podobnego do dużej, wojskowej menażki, w której można przynieść zupę dla całej drużyny. Mimo woli pomyślał o gęstej pachnącej boczkiem obozowej grochówce i szybko musiał przełknąć ślinę.

Kask był duży, ale dziwnie lekki. Obejmował kark szerokim, miękkim kołnierzem, spływającym aż na ramiona i w najmniejszym stopniu nie przeszkadzał poruszać głową. Jarek dałby wiele, żeby móc przejrzeć się teraz w lustrze. Po raz pierwszy pomyślał z żalem, że jego wypróbowany start ze świeżo założonym filmem został na półeczce w namiocie i że gdyby go był zabrał, zyskałby jedyną szansę opowiedzenia swojej historii, bez narażania się na pobyt w domu wariatów. Chociaż… pewnie i lak nie pozwoliliby tu niczego sfotografować. „Żałuję” — zabrzmiał mu w uszach głos Soli. — „Informacja blokowana”…

Naprawdę jednak w tej akurat chwili dziewczyna powiedziała coś zupełnie innego.

— Jesteś gotowy? No to idziemy — rzuciła ruszając w stronę drzwi znajdujących się naprzeciw zamkniętego klapą otworu, przez który weszli do śluzy.

To znaczy przez który dostał się tu Jarek.

Zawahał się. Gotowy? On tak, ale…

— Nie wiem, czy mam dobrze zapięty skafander… — mruknął, odruchowo sunąc dłonią po szwach bluzy i klapach wielkich kieszeni na piersi.

Uśmiechnęła się. Znowu.

— O to możesz się nie martwić — skwitowała jego obawy machnięciem ręki. — Automat nie pozwoliłby ci odejść, gdyby coś było nie w porządku. Sprawdził wszystko… ale poczekaj…

Zawróciła ku niemu i stanęła tak blisko, że przestraszył się, czy znowu nie wejdzie w niego jakąś częścią swego „ciała”. Nie lubił, kiedy zapominała, że udaje człowieka. Nie lubił i już. Co, nie wolno czegoś nie lubić?…

— Podnieś lewą rękę… nie tak — powstrzymała go, widząc, że unosi ramię, jakby chciał sięgnąć do zwisającego z góry uchwytu. — Zegnij łokieć i zobacz, co masz na rękawie…

Na rękawie widniała wszyta w materiał, z którego sporządzono skafander, płaska tarcza wielkości tabliczki czekolady. Sterczały z niej raz… dwa… trzy… sześć przycisków, sześć dzwonków. Przy każdym umieszczono niewielki kwadracik. Ich powierzchnia przypominała białe, matowe szkiełka.

— Zapamiętaj sobie kolejność przycisków — mówiła Sola, wskazując palcem pierwszy guziczek — to jest lornetka. Naciśnij ten klawisz, kiedy będziesz chciał obejrzeć coś położonego bardzo daleko. Na szybę kasku nasunie się szkło optyczne, które przybliża obraz mniej więcej dwudziestokrotnie. Ten drugi — przeszła do sąsiedniego przycisku — to jedzenie. Pod okapem hełmu masz ustnik… — Jarek odruchowo wzniósł oczy. Rzeczywiście, tuż przy kąciku warg sterczał jakiś smoczek, kończący cienką rurkę, która wybiegała skądś z tyłu głowy. — Trzeci klawisz — palec dziewczyny odbył drogę do następnego guziczka — uruchamia dodatkowe ogniwa zasilające łączność radiową. Gdyby na przykład wystąpiły jakieś zakłócenia albo gdybyś oddalił się od bazy czy od innych ludzi… Czwarty i piąty nie będą ci potrzebne — stwierdziła potrząsając głową. — Służą wyłącznie kosmonautom, którzy wychodzą ze statku w próżnię. A ostatni, to wezwanie o pomoc…

Przy tym przycisku widniał naniesiony na kwadratową szybkę rysunek rozchodzących się kółeczek, od najmniejszego, wielkości główki szpilki, do większych.

Kółka były przekreślone jakimś wężem, podobnym trochę do błyskawicy lub, jak kto woli, błyskawicą przypominającą węża.

— Mam nadzieję, że ten szósty przycisk nigdy nie będzie ci potrzebny… — dodała Sola z rozbrajającym uśmiechem. Jarek odruchowo zagryzł wargi. Pomyślał, że pozostaje mu tylko dzielić z nią tę nadzieję. Zresztą nie spodziewał się przykrych niespodzianek. Te wszystkie automaty, zabezpieczenia, bezbłędnie funkcjonująca łączność… wreszcie obecność Soli. Nie, wycieczka zapowiadała się aż zbyt bezpiecznie. Tak. Tak właśnie wtedy pomyślał…

— To tyle, jeśli chodzi o przyciski… — zawyrokowała ta, której obecność zapewniała stuprocentowe bezpieczeństwo, cofając się z powrotem ku drzwiom.

— Poza tym nad oczami masz sygnalizację świetlną…

— Te frędzelki?… — mruknął Jarek, znowu zezując ku górze.

— To są lampki — wyjaśniła. — Zielone zaczyna migać, kiedy ktoś się do ciebie zbliża. Masz tam jeszcze niebieską, żółtą i pomarańczową. Pierwsza oznacza że kończy ci się zapas tlenu. Od chwili, kiedy zauważysz niebieskie światełko, możesz pozostawać poza bazą najwyżej trzydzieści minut. Pomarańczowe to alarm. Zapala się tylko wtedy, kiedy człowiekowi grozi bezpośrednie niebezpieczeństwo. Wtedy trzeba brać nogi za pas… najszybciej jak tylko potrafisz. To chyba wszystko… — rozglądnęła się wokół siebie jak ktoś, kto opuszcza dom przed wyjazdem na dłuższy urlop i to ostatnie, gospodarskie spojrzenie ma go upewnić, że o niczym nie zapomniał.

Chłopiec opuścił ramię, wyprostował się odruchowo i odetchnął głęboko. Wszystko, to wszystko…

— Uważaj — Sola stała już przy drzwiach. — Za chwilę nie będzie tu powietrza…

Nad wyjściem zapaliło się błękitne światło. Sekundę, najwyżej dwie, płonęło równo żywym, wesołym blaskiem, po czym zaczęło migotać. Równocześnie obok niego pojawiło się drugie, pomarańczowe, kłujące wzrok raptownymi rozbłyskami. Klapa drzwi, zawieszona na identycznych jak przy wejściu z korytarza pajęczych prowadnicach, poczęła się wolno odmykać. Chwilę później zakończyła swoją wędrówkę. Jarek stanął w progu i po raz pierwszy powiódł wzrokiem po obszarach obcego świata, od którego nie dzieliła go już warstwa pancernej ściany, choćby nawet przeźroczystej jak szkło.

Granatowa przestrzeń pozostała nadal granatowa. Tylko miejsce, gdzie teren zaczynał się wznosić, za otaczającą bazę równiną, przybliżyło się jakby o kilka kilometrów. Pojedyncze szpiczaste skały jeszcze bardziej przypominały wieże kościołów, a widoczne za nimi szczyty gór były jeszcze odrobinę bardziej dzikie.

Od progu w dół prowadziła pochyła kładka z poprzecznymi prętami tworzącymi stopnie. Wyjście, znajdowało się zaledwie dwa, trzy metry nad poziomem gruntu.

Sola była już na dole. Zatrzymała się kilka kroków od miejsca, do którego sięgała kładka, i spoglądała na niego zachęcająco. Ponownie nabrał w płuca powietrza, potrząsnął głową, jakby chciał sprawdzić, czy kask pewnie siedzi mu na karku i nie odpadnie przy pierwszym kroku, po czym ostrożnie stawiając stopy wstąpił na pomost. W połowie jego długości obejrzał się… Wejście pozostało otwarte. Wysoko uniesiona ciężka, pancerna płyta zdawała się zapraszać do środka.

Jarek odruchowo poprawił ciążący mu na plecach pojemnik z tlenem, po czym odwrócił się i szybko zbiegł na dół.

— Dokąd chcesz iść? — spytała Sola, kiedy znalazł się obok niej.

Wzruszył ramionami. W kasku coś cicho zachrobotało. Uświadomił sobie, że ten ruch jego ramion musiał pozostać niezauważony. Skafander, to jednak nie treningowa koszulka…

— Tam… — burknął wykonując nieokreślony ruch ręką. Dziwnie było patrzeć na młodziutką dziewczynę, w białej bluzeczce i szortach, pośrodku tej granatowej nocy, pełnej gwiazd, kiedy samemu tkwiło się wewnątrz wielkiego, szczelnego kokona i oddychało tlenem z butli. No cóż. To nie była przecież dziewczyna, tylko „kontakt”. Jego, Jarka, kontakt z obcymi. Mniejsza z tym. Ważne, że jest tutaj, przy nim…

Nie oglądając się już, ruszył prosto przed siebie. Przeszedłszy kilka kroków, przystanął, pochylił się, po czym tupnął mocno raz i drugi. Grunt był pewny, twardy. Pokrywała go cieniutka warstwa drobnego, ubitego pyłu, pod którą rozciągała się zapewne płaska powierzchnia skały.

Odetchnął i ruszył w dalszą drogę, już nieco szybciej. Postanowił dotrzeć dzisiaj przynajmniej do tych pojedynczych skałek, sterczących jak ości jakiejś gigantycznej ryby, którą burza wyrzuciła na ląd kilka tysięcy lat temu, kiedy ta równina stanowiła jeszcze dno oceanu. Ale w rzeczywistości pewnie nigdy nie było tu wody…

Szli nie odzywając się, około dziesięciu minut. W pewnej chwili Jarek, prostując się dla nabrania tchu, wzniósł oczy ku niebu i ujrzał tkwiący we wszechobecnej kryształowej masie ciemnego granatu, wielki, bladoczerwony rodzynek. Tuż nad nim świeciła jakaś niezwykle jasna gwiazda, wyraźnie większa od innych, widocznych w tej części firmamentu. Zatrzymał się i wskazując palcem ów rodzynek spytał:

— Co to jest? Jowisz?

Sola zrównała się z nim i przystanęła również. Spojrzała tam, gdzie celował jego palec i uśmiechnęła się. Chłopcu przeszło przez myśl, że już dobre kilka minut nie widział jej uśmiechu. Najwyższy czas…

— Jowisz jest po przeciwnej stronie — powiedziała kręcąc głową. — To, na co patrzysz, to jest czwarty księżyc, Kalisto. My jesteśmy na trzecim…

— A ta gwiazda? — spytał przenosząc wzrok wyżej. Tym razem nie musiała podążać za jego palcem.

Jej uśmiech stał się szerszy.

— Ta gwiazda?… — powtórzyła, jakby się drocząc.

— No, pomyśl…

— Co mam myśleć — zniecierpliwił się. — Jak czegoś nie wiem, to nie wiem…

— Jarku… — szepnęła niemal tkliwie i chłopiec z wielkim zdumieniem stwierdził, że pierwszy raz zwróciła się do niego po imieniu. — Przecież to wasza gwiazda… — powiedziała miękko… — nie poznajesz? Słońce…

Jarek zdębiał. Co? To ma być słońce? Ta gwiazda, po prostu gwiazda, jedna z milionów, nawet jeśli o tyle jaśniejsza od innych?… Cóż to znowu? Żarty?…

— Jak to, słońce?… — wykrztusił wreszcie. — Nasze słońce?…

Zaśmiała się głośno.

— Wasze własne, rodzone słońce. Świeci tutaj dwadzieścia siedem razy słabiej niż na Ziemi i wydaje się pięć razy mniejsze. A teraz odwróć się…

Chłopiec niechętnie oderwał wzrok od najjaśniejszej z gwiazd, w którą przekształciła się tutaj najpotężniejsza ziemska kwarcówka do opalania i po raz drugi oniemiał z wrażenia.

Oddalili się już od bazy o kilkaset metrów i jej gładkie, kopulaste sklepienie rysowało się na tle wzgórz i granatowego nieba jak na obrazku. Taka sobie głęboka odwrócona miska, pociągnięta matową, srebrną farbą. Wszystkie otaczające budowlę konstrukcje, dźwigary, zwieńczenia anten, nie mówiąc już o otworze włazu, stały się niemal niedostrzegalne. Tym bardziej nierzeczywiste wrażenie sprawiała sama stacja, samotna półkula, w bezmiarze bezludnej przestrzeni, wypełnionej kryształową, mroczną nocą, ukazującą jednak każdy szczegół krajobrazu, każde wzniesienie i załamanie terenu, jakby kontury wszystkiego, co znajdowało się na tym globie, zaznaczono specjalnie grubą, czarną kreską.

Ale było tu jeszcze coś, co przykuwało uwagę bez porównania silniej niż widok srebrzystego sklepienia stacji. Otóż dokładnie nad bazą, dotykając niemal szczytu jej kopuły, stało na niebie wielkie, posępne koło, którego powierzchnię pokrywały brudnoszare i czerwone smugi, jakie pozostają na niedbale pozamiatanym podwórku. Jego tarcza była ogromna, zakrywała sporą część nieba i trzeba było unieść głowę, żeby dotrzeć wzrokiem do jej górnego krańca.

— Jowisz… — wyszeptał Jarek.

Sola skinęła głową.

— Jowisz. Największa z waszych planet… właściwie — rozłożyła dłonie — trochę planeta, a trochę gwiazda. To przez swoją budowę. Jest bardzo szczególna… jak na planetę oczywiście. Potężny, co?

Potężny. Oto właściwe słowo. Potężny, choć nieprzyjemny. Jarek wiedział od ojca, że Jowisz ma jakąś szczególnie paskudną dla człowieka atmosferę, bodajże wodór, metan i jeszcze jakieś kryształki amoniaku, a także że tą atmosferą wstrząsają potworne huragany, przy których burze druzgocące ziemskie miasta, na przykład w Japonii, są oddechem śpiącego niemowlęcia. Tak, potężny. Trudno to lepiej wyrazić…

— Popatrz teraz wyżej… — głos Soli brzmiał znowu podejrzanie czule i serdecznie — widzisz ten jasny punkcik po lewej stronie nad tarczą Jowisza?… Tam gdzie pokazuję?…

Jarek powędrował wzrokiem w rejon wszechświata, ku któremu zmierzał wyciągnięty palec dziewczyny.

— No, widzisz?… — ponaglała. — Wiesz, co to jest?

— Nie widzę… — mruknął. — Jaki punkcik?

Przybliżyła się i stanąwszy za chłopcem, wyciągnęła rękę nad jego ramieniem.

— O, tam… — umieściła wyprostowany palec przed jego oczami. — Widzisz teraz?…

— Ta gwiazdka?… — Jarek odruchowo dołączył swój palec do palca Soli.

— Tak — ucieszyła się. — Tylko że to nie jest żadna gwiazdka. Nie domyślasz się?…

Chłopiec przełknął ślinę.

— Tak, Jarku — powiedziała poważniejąc. — To jest Ziemia…