126642.fb2
Kamienie uciekały Jarkowi spod nóg jak żywe. Jakby miały skrzydła i zwinęły je tylko na moment, przysiadając w stromym żlebie, gdzie czekały na najlżejsze muśnięcie jego stopy, by ulecieć w przepaść. Spadając pociągały za sobą inne i tak płynął z przełęczy ten skalny potok, unosząc chłopca, który zresztą w tej chwili najmniej dbał o to, co dzieje się pod jego nogami. Szczerze mówiąc, nie dbał o nic. Biegł lub spadał, tracił równowagę, siadał, pokonując część drogi na spodniach skafandra, wstawał czepiając się rozpaczliwie skalnych poręczy żlebu i szedł dalej czy spadał dalej, nie myśląc o niczym. Szyba jego kasku zasnuła się obłoczkiem pary, chwilami przestawał widzieć, pot spływał mu na oczy i pod kołnierz, ale nie zdawał sobie z tego sprawy. Szedł po prostu, jakby tylko od tego, czy dojdzie na czas, zależało także i to czy w ogóle ma dokąd iść. A przecież nie miał. Przecież biegł jedynie w stronę miejsca, gdzie kiedyś była baza, z jej wszystkimi komputerami, ekranami i urządzeniami sprzyjającymi człowiekowi, z tlenem, żywnością, jakąkolwiek by była i… Solą…
Wpadł z rozpędu pomiędzy skalne igły kamiennego lasu i biegł dalej aż do momentu, kiedy na jego drodze wyrósł szerszy od innych głaz, którego już w żaden sposób nie udało mu się ominąć. W ostatniej chwili zamortyzował uderzenie wyrzucając przed siebie ramiona, po czym przylgnął twarzą i klatką piersiową do chropawej skały, znieruchomiał na moment i w końcu osunął się na ziemię, padając jak źle wypchany worek.
— No tak — powiedział na głos. — No tak… powtórzył już ciszej. — A więc jestem u celu…
Mogła to być prawda. Jeżeli w ogóle miał przed sobą jakiś cel, to, tak przynajmniej można by sądzie, stanowiła go równie dobrze ta właśnie skalna maczuga, pod którą siedział, jak na przykład najwyższy szczyt na drugiej półkuli Ganimeda. Byłaby to jednak prawda najgorsza z możliwych. A taką ewentualność należy zawsze rozpatrywać na ostatku. Bo co pozostaje człowiekowi, który dojdzie do wniosku, że nie ma przed sobą żadnego celu? Siąść i płakać. Na to zawsze jest czas…
Jarek podciągnął nogi w kolanach i unosząc się na rękach przesunął odrobinę w prawo, tak, żeby skały nie zasłaniały mu sobą tego miejsca pod tarczą Jowisza, gdzie powinna być baza. I nie tylko powinna, ale i była. Niespełna pół godziny temu. Pół godziny…
Spokój… Tylko spokój… Co się właściwie mogło stać? Odlecieli? Cała stacja zamieniła się w statek kosmiczny i wystartowała? Niemożliwe. Tkwiła w skorupie globu zamurowana na amen, ba, można powiedzieć zakorzeniona, właśnie zakorzeniona, sięgającymi głęboko szybami… nie, nonsens. Człowiek stojąc przed jakąś budowlą wie, czy to, na co patrzy, może się unieść w powietrze czy nie. Nawet jeśli to coś jest zrobione przez obcych i kryje w sobie przeróżne niespodzianki… choćby wyskakujące spod podłogi talerze z gorącą papką.
Więc nie. Dobrze. Czyli co? Zapadła się pod ziemię? Tak sobie, bez żadnego wstrząsu dyskretnie i bezszmerowo, jak łódź podwodna, której kapitanowi znudził się widok nieba? Czy można tak po prostu wsiąknąć w solidną, grubą skałę? Załóżmy, że obcy potrafią i to. W takim razie jednak trzeba by sobie postawić pytanie, po co właściwie mieli to robić. Żeby się pozbyć kłopotliwego gościa? Bzdura. Wystarczyło zamknąć mu przed nosem drzwi, kiedy będzie wracał. Zresztą nie przesadzajmy. Ten „gość” nie jest znowu aż tak ważny żeby mieli bawić się w krety tylko po to, żeby zniknąć mu z oczu. A może ta potężna kopuła uniosła się nagle jak poduszkowiec, wystawiła sto krzywych, kosmatych nóżek i odmaszerowała na nich w daleki, granatowy świat?
— Tylko tak dalej… — mruknął chłopiec. — Tylko tak dalej, a zaraz zacznę widzieć białe myszki i to na długo przedtem, zanim skończy mi się tlen.
Te białe myszki, to było coś, z czym zdaniem ojca Jarka nieustannie obcował ich sąsiad, pan Kułuszka z czwartego piętra, odznaczający się charakterystycznym, niezmiennym zimą czy latem, zapachem i nie mniej charakterystycznym sposobem chodzenia, od jednej ściany do drugiej. Jarek nie bardzo wiedział, co właściwie jest z tymi myszkami, aż kiedyś, kiedy szli we troje razem z mamą i natknęli się na pana Kułuszkę, sunącego właśnie dziwnie pośpiesznym krokiem ku najbliższej latarni, ojciec nagle szturchnął mamę łokciem i wskazując chodnik za plecami nieszczęsnego biegacza zawołał scenicznym szeptem: „Popatrz, popatrz! Widzisz, jak za nim biegną?!..
O, jedna, druga, trzecia… — palec ojca najwyraźniej nie mógł nadążyć z liczeniem biegnących za Kułuszka myszek. Toteż tata wkrótce dał za wygraną, wyprostował się, odwrócił i rzucił w przestrzeń swoje sakramentalne: „głupi jak podogonie…”.
„Głupi jak podogonie…”. Ich rodzinne powiedzonko, którym powitał go komputer na pokładzie latającego jaja. Komputer chciał jak najlepiej. Aby dać dowód, że pragnie się z nim porozumieć, wybrał z pamięci chłopca pierwsze lepsze słowa, zapisane tam nieco wyraźniej niż wiele innych. Tak samo postąpił potem, wybierając twarz… a nawet całą postać, jako dodatek do swojego głosu. Chcieli jak najlepiej. Troszczyli się o niego. Obiecali odesłać go na Ziemię. Powiedzieli mu mnóstwo ciekawych rzeczy… dlaczego? Przecież nie musieli tego robić. Mogli go zostawić na polanie, porażonego i odlecieć jakby nigdy nic. Jeden ziemski chłopiec, wielkie mi rzeczy. Więc dlaczego, u licha, teraz?…
Jarek wyprostował się nagle. Chwilę mrugał oczami, jakby właśnie ocknął się z najgłębszego snu i usiłował dociec, gdzie jest i dlaczego właśnie tutaj.
Następnie zerwał się na równe nogi.
Polana! Jajowaty pojazd, który najpierw był, a potem przestał być, chociaż w rzeczywistości ani na sekundę nie opuścił placyku pomiędzy bunkrami. Pole ochronne…
Spokojnie. Pomyślmy… To był niewielki pojazd. Czy jest możliwe, aby potrafili otoczyć takim samym polem całą bazę? A dlaczegoż by nie? To tylko kwestia nieco większych urządzeń. Nawet kształt podobny…
No więc co? Czy ta stacja jest tam dalej, czy jej nie ma? Jest. Oczywiście, że jest. Bo gdyby miało jej nie być, to naprawdę pozostanie mu już tylko siąść i płakać. Do chwili, kiedy skończy się zapas tlenu… A więc postępujmy tak, jakby baza była nadal tam gdzie przedtem, tylko zasłonięta tajemniczą pokrywką, przez którą widać wszystko, co znajduje się poza nią, chociaż ona sama pozostaje niewidoczna.
Jarek przestał się wahać. Nabrał powietrza w płuca i ruszył przed siebie szybkim, równym krokiem. Do miejsca gdzie zostawił bazę, pozostało nie więcej niż półtora kilometra. Dziesięć minut marszu. Potem…
Zatrzymał się raptownie. Pole ochronne? Powiedzmy. Załóżmy, że ta kopuła stoi tam sobie spokojnie jak zawsze, a tylko on nie może jej zobaczyć. Ale w takim razie po co ta cała zabawa w ciuciubabkę?
Rozejrzał się bacznie po czerniejącym na wprost niego paśmie wzgórz, potem na lewo i na prawo, aż po zamykające widnokrąg szczyty. Następnie odwrócił się i przez chwilę badał okolice, które dopiero co opuścił. Na próżno jednak wysilał wzrok. Nigdzie, jak ta przestrzeń długa i szeroka, nie udało mu się wypatrzyć śladu najmniejszej zmiany w krajobrazie.
Co wobec tego skłoniło automaty obcych, żeby schroniły się wraz z całą stacją pod tym swoim niewidzialnym parasolem? Co mogło ich aż tak przestraszyć, że ściągnęli mu sprzed oczu ten ich „kontakt”, czyli obraz Soli, bez jednego słowa, jednego bodaj gestu ostrzeżenia? Czy to wszystko znaczy, że jednak chodzi o niego i tylko o niego? Że na przykład ci w „Centrali” nagle zmienili zdanie i postanowili przestać interesować się jego losem? Nie zrobią mu nic złego, skądże znowu… Nie tkną go palcem. Zostawią go po prostu w tej martwej pustce bez żywności i powietrza… bez szansy już nie tylko powrotu, ale i przeżycia… Kto wie? Może komputer podzielił się z nim mimo wszystko jakąś informacją „blokowaną”, tak dla nich ważną, że nie mogą dopuścić, aby przedostała się do wiadomości mieszkańców Ziemi…
Spod pasa w górę, po plecach Jarka ponownie ruszyły mrówki. Szły w zwartym szyku, szeroką ławą i wydawało się, że nie ma takiej siły, która mogłaby je powstrzymać.
Trzeba przyznać, że ich obecność była aż nadto usprawiedliwiona. Co do mnie, nie zdziwiłbym się, gdyby w ślad za mrówkami pojawiły się także inne stwory, nie wyłączając białych myszek. I zapewniam was, że nikt nie miałby wówczas prawa powiedzieć Jarkowi: „głupi jak podogonie”, jak to miało miejsce w wypadku pana Kułuszki. Chociaż i za Kułuszką te myszki biegły nie bez kozery…
Ciekawe, co ten czy ów z nas zrobiłby z tymi owadami na plecach? Bo takie mrówki mają to do siebie, że jeśli się ich w porę nie zatrzyma, mijają kark, zaczynają wchodzić na głowę, a potem jakimś sobie tylko wiadomym sposobem przenikają do jej wnętrza. I wtedy człowiek jest ugotowany. Ani ręką, ani nogą. A co najgorsze, głową. Bo kiedy są już tam, w środku, zmieniają się nagle w… a tak, tak. Nie w co innego, jak właśnie w białe myszki. Swoją drogą, trudno odgadnąć, dlaczego ludzie uwzięli się na te sympatyczne skądinąd zwierzątka i przypisują je wszystkim, u których zauważą objawy fiksum — dyrdum…
Może się to wydawać dziwne, ale Jarek zamiast ulec panice, co w tej sytuacji byłoby w pełni usprawiedliwione, odwołał się do swego rozumu. On sam, kiedy potem rozmyślał o tych chwilach, przypisywał swoją zimną krew przeciągającemu się działaniu środków, jakimi uraczyli go obcy jeszcze w czasie lotu z Ziemi. Takie tłumaczenie, trzeba przyznać, świadczy o Jarku co najmniej równie dobrze jak samo jego zachowanie w krytycznym momencie.
Tak czy owak, ruszył w dalszą drogę, kierując się wprost na zawieszoną nad niskimi wzgórzami, ogromną, pociętą na jasne i ciemne pasy tarczę Jowisza.
I tym razem jednak nie uszedł daleko. Zaledwie wynurzył się z lasu skalnych wieżyczek i wkroczył na gładką, jakby wywalcowaną płytę równiny, zaświtała mu nowa myśl. I widać znowu była to jedna z tych myśli, które wymagają spokoju i skupienia, bo nagle zaczął zwalniać, zwalniać, jakiś czas jeszcze jego nogi same wznosiły się i opadały, jak części maszyny, której silnik już wyłączono, aż wreszcie stanęły.
Powiedzmy, że baza stoi tam, gdzie stała. W takim razie znajdzie się pod nią za kilka minut. O zabłądzeniu nie ma mowy, nawet gdyby w czasie, kiedy szedł na przełęcz i z powrotem, tarcza Jowisza przesunęła się na niebie, zapamiętał kształt niewielkiego wzgórza, do którego przylegała przeciwległa część kopuły. A więc stanie u jej stóp i… właśnie. Zbyt dobrze utkwił mu w pamięci moment, kiedy ujrzał płomień na końcu swego kija, gdy ten trafił w pole ochronne latającego jaja. Gdyby nie ten kij, nie pomogłyby zapewne nawet najwspanialsze „stymulatory” najwspanialszych istot z najwspanialszej planety. A teraz ręce Jarka są puste. O jakimkolwiek kiju nie ma co nawet marzyć. Ten glob od początku świata nie widział kawałka uczciwego drewna. Skały? Może, kto wie. Gdyby mieć na przykład młotek, jakiego używają geolodzy, pewnie w końcu dałoby się odłupać kawałek jakiejś maczugi lub gotyckiej wieży, dostatecznie długi, żeby użyć go w charakterze szpady i dziabnąć nim w odpowiedniej chwili to ich zakichane „pole”.
Chwileczkę… skały?… Odruchowo pomacał swoje, kieszenie na piersi, po czym, nie przerywając marszu, mocował się chwilę z ich cudacznym zapięciem. Kiedy w końcu udało mu się otworzyć klapy, wsunął do kieszeni po jednym palcu i z zadowoleniem stwierdził, że są wystarczająco obszerne dla jego celów. To znaczy kieszenie, a nie palce.
Po kilku dalszych minutach znalazł się na granicy skalnego lasu, u stóp zasłanego piarżyskiem żlebu.
Stanął, następnie uklęknął i począł zgarniać do kieszeni kamienie, których tu było pełno, wybierając niezbyt duże, ale i nie za małe. Słowem takie, żeby można wziąć ich jak najwięcej, ale równocześnie żeby trafiając w niewidoczne pole ochronne, zapalały się dostatecznie jasnym płomieniem.
Jeżeli dotychczas nie przyszło mu na myśl, by zamiast bóść kijem, kiedy znajdzie się w pobliżu bazy, rzucać przed siebie kamieniami, to tylko dlatego, że… powiedzmy, że jego myśli były zajęte czym innym.
Tak czy inaczej, pomysł był dobry, a sprawa ważna. Iść w kierunku bazy mógł bowiem tylko do pewnego miejsca, tak długo, jak długo był pewny, że nie zaryje nosem w niewidzialną osłonę, czyniąc z tego nosa pochodnię. Przecież przed sobą będzie miał tylko czyste pole, granatową pustkę, nad nią wzgórza, a nad wzgórzami Jowisza. Tam gdzie należało się już spodziewać podnóża kopuły, a nie mógł wiedzieć, czy to będzie metr bliżej czy dalej, trochę bardziej na lewo czy na prawo, tam musi się zatrzymać. I co wtedy?
Ano właśnie, kamienie. Ciskając je przed siebie, aż do chwili kiedy zaczną płonąć w powietrzu, co będzie oznaczać, że trafiają już w niewidoczną przeszkodę, zbliży się bezpiecznie do samej granicy ochronnego pola, obejdzie bazę i postara się, aby ci tam, wewnątrz, zauważyli jego obecność. Może zawstydzą się i wpuszczą go do środka?
Widok dla kogoś patrzącego z boku, naturalnie gdyby ktoś taki mógł istnieć, musiał być w równym stopniu niezrozumiały, co fascynujący.
Wyobraźcie sobie wielką płaszczyznę, zalaną kryształowo czystym ni to mrokiem, ni światłem. Po jednej stronie widnokręgu łagodne garby niskich wzgórz. Po przeciwnej — las stojących luzem skalnych wież, a za nim, wysoko w górze, poszarpane szczyty gór. Nad pagórkami — wielka, brudnozłota tarcza największej z planet. Nad górami — księżyc, jeden, drugi i trzeci… Wśród niepojętej liczby złotych pyłków na niezmiennie czarnogranatowym niebie, jeden nieco większy, zwracający uwagę białozłotym światłem. To nasze słońce. Jest także Ziemia, okruch niemal niewidoczny, mały, niewyobrażalnie mały punkcik, zawieszony w nieskończonej próżni wszechświata.
W tej scenerii pojawia się człowiek, mieszkaniec tej dalekiej okruszyny, mężczyzna w piętnastym roku życia. Wokół żywego ducha, żadnego śladu po obecnych lub dawnych istotach zaludniających ten nieprzytulny, obcy i martwy glob. Zupełna pustka. Chłopiec jednak idzie tak, jakby w okolicy roiło się od czyhających na niego zbirów. Wysoko unosi nogi, stąpając ostrożnie i na palcach. Nieustannie rozgląda się na lewo i na prawo, gotów w każdej sekundzie przypaść do ziemi albo przeciwnie, rzucić się w pościg za kimś, kto już, już ma się wynurzyć z granatowej nocy, tylko nie wiadomo, od strony gór, pagórków czy też na tle nieba, pośrodku równiny. Mało tego. Co chwilę przystaje, pochyla się do przodu, jakiś czas patrzy pilnie, po czym nagle sięga do piersi i rzuca w pustkę przed sobą wydobytym z kieszeni kamieniem. Wariat? Kosmiczny wariat?
Tak, widok to był co się zowie, niezwykły. Ale my wiemy, że w tym szaleństwie chłopca, kryła się metoda. Nie najgorsza, jakby się ktoś pytał.
Bo nagle któryś z kolejnych kamieni ciśniętych na oślep nie opadł na skalną płytę i nie potoczył się jak inne, a stanął w powietrzu, zawisł, utknął w jakiejś niewidocznej masie. W następnym ułamku sekundy błysnął jak pękająca petarda, oślepił patrzącego i spłonął, bez śladu, bez jednej choćby drobiny popiołu, jednego płatka sadzy.
Jarek stanął. Pomyślał chwilę po czym powtórzył eksperyment. Z takim samym wynikiem jak przed chwilą.
A więc pierwszy etap powrotu miał za sobą. Jego przypuszczenia okazały się prawdziwe. Baza ani nie zapadła się pod ziemię, ani nie wzleciała, tylko stoi, jak stała osłonięta polem ochronnym. To dobrze. Szkopuł teraz w tym, żeby się do niej dostać. Bo inaczej niewiele mu przyjdzie z jej istnienia.
Przede wszystkim warto sprawdzić, czy przypadkiem w ochronnej czapie zawieszonej nad kopułą nie ma gdzieś jakiejś luki czy przejścia. Możliwość nader nikła, ale trzeba mieć pewność.
Ruszył skręcając od razu pod kątem prostym i szedł powoli, co kilkanaście sekund próbując szczęścia kolejnym kamieniem. Trwało to dość długo. Baza nie była mała, jej obwód u podstawy musiał liczyć, lekko biorąc, te dwieście pięćdziesiąt metrów. Tylko że teraz chłopcu przestało się już śpieszyć. Ma czas. Przynajmniej tyle, na ile wystarczy mu tlenu…
Okrążył wreszcie całą budowlę i wrócił w to samo miejsce, z którego rozpoczął ten ostatni etap swojej wędrówki. Zatrzymał się tu ponownie, pomyślał chwilę, po czym energicznie potrząsnął głową. Widać pomogło, bo niemal natychmiast odwrócił się, omiótł wzrokiem grunt za swoimi piętami, następnie usiadł ciężko na gładkiej płycie i wyciągnął przed siebie nogi na całą ich długość. Uniósł zgiętą w łokciu rękę i podsunął sobie pod oczy tabliczkę z sześcioma przyciskami. Jak to było? Ten, to lornetka… po licho mu teraz lornetka — żachnął się w duchu. Jedzenie… brrr… Na samą myśl o pożywnej papce poczuł skurcz w gardle. Zresztą choćby mu w tej chwili podsunięto wzorowo wysmażony befsztyk z polędwicy, z papryką i pieczarkami, jego gardło zareagowałoby na ten skądinąd ponętny widok identycznym odruchem. Nie, stanowczo nie był głodny…
Łączność, w jakichś szczególnych okolicznościach… Aha, kiedy są zakłócenia. Tak, to może się przydać. Ale zacznijmy od najważniejszego. Ten pierwszy guzik z lewej strony to alarm. Wezwanie pomocy. SOS…
Zaledwie dotknął tabliczki i musnął gładką powierzchnię miniaturowego przycisku, uderzyło go w oczy ostre, żółte światło. Jedna z lampek, umieszczonych pod okapem kasku, nagle ożyła.
— A to co znowu? … — burknął półgłosem Jarek, nie zdejmując palca z alarmowego guziczka.
Światełko w dalszym ciągu błyszczało równym, żółtawym ognikiem niemal tuż nad powieką jego prawego oka. Co to ma znaczyć? Że ktoś odbiera jego wezwanie? Że aparatura skafandra funkcjonuje normalnie? Nieważne. Dopóki dookoła niego nie zacznie się coś dziać i tak może tylko siedzieć i dusić ten przycisk, jakby go chciał wbić sobie w ramię.
A w otoczeniu w dalszym ciągu nie działo się nic. Baza nadal była tuż i nadal tak samo niedostępna, jakby znajdowała się na najdalszej z planet. Choćby na tym Jowiszu, który najspokojniej wisi nad Jarkiem, pokazuje mu swoją wielką, pochmurną gębę i nawet się nie uśmiechnie. Duży glob. Duży, ale niezbyt sympatyczny.
Mijały minuty. Chłopiec nie liczył tych minut, ale upłynęło ich co najmniej dziesięć. Wciąż tkwił bez ruchu, siedząc na kamiennej płycie i wciskając palec w przycisk, który miał sprowadzić pomoc. A pomoc wciąż nie przychodziła.
Wreszcie zdecydował się. Nie ma na co liczyć. Tak niczego tu nie wysiedzi. Najwyżej nabawi się odcisków.
Wstał i odjął palec od sygnalizacyjnej tabliczki.
Przyjrzał się ze złością temu przyciskowi, który tak haniebnie zawiódł jego nadzieje. Klawisz nie odskoczył w ślad za palcem. Pozostał wduszony, jakby wiedząc, że nie wykonał jeszcze tego, co do niego należało.
— Uhm… — mruknął chłopiec. — Pewnie skoro raz się go przyciśnie, pozostaje tak, aż przyjdzie sygnał, że ktoś już podąża z pomocą. Albo wyłącza się go inaczej. Dużo mi z tego przyjdzie…
Znowu sięgnął do kieszeni na piersi, wydobył kamyk i cisnął nim przed siebie. Pocisk podzielił los swoich poprzedników. Błysk i tylko błysk, jakby iskra przeleciała przez zerwane przewody.
Powoli, ciągle mierząc pozostałą mu jeszcze przestrzeń odległością tych błysków, Jarek zbliżył się do niewidzialnej ściany, otaczającej bazę. Wreszcie nie mógł już postąpić ani kroku dalej bez narażenia się na zetknięcie z ochronnym polem.
Zatrzymał się. Bez pośpiechu ponownie uniósł łokieć i wdusił przycisk, który uruchamiał te jakieś dodatkowe ogniwa łączności radiowej, gdy przeszkadzały w niej zakłócenia.
Tym razem jego palec sam odskoczył od guziczka, zaledwie tylko go dotknął. I to wcale nie dlatego, że poprzedni pozostał tam, gdzie był, nawet wtedy, kiedy przestał go już naciskać. Powód był całkiem gdzie indziej. Mianowicie w głowie. A ściśle mówiąc, w uszach.
Głośniczki w jego kasku zamieniły się nagle w zepsute organy, w które wpuszczono najsroższy z jowiszowych tajfunów. Przeciągłe wycie tłumiło jakieś trzaski, wybuchy, strzępy głosów, które od biedy mogły należeć do ludzi, ale krzyczących w głębokiej, metalowej studni.
— Hrrgurufiiiii… wła… rrrr wła… rrr bliżennnniiiiii.
Jarek odruchowo cofnął się krok do tyłu. Hałas natychmiast przycichł, jednak niezrozumiały bełkot zmieszanych dźwięków nie stał się przez to ani odrobinę bardziej zrozumiały.
— Wrrraaaiiii… bliżeuuufff… włarrsss… bli… uuuu…
Chłopiec zamknął oczy. Przecież to niemożliwe, żeby ta idiotyczna wrzawa oznaczała, że ktoś chce się z nim porozumieć, tylko coś mu w tym przeszkadza. A jeśli?…
— Co?!!! — wrzasnął ile sił w piersi.
— Bli…żej… włarrriii…hrrr… bliżeuuu… włazu… owaiirr… właz… otwarrrrff…yyy…
— Bliżej?!!! — Jarek nie wierzył, żeby zrozumiałe okruchy wyrazów przebijające z piekielnego jazgotu mogły oznaczać coś więcej niż przypadkowe podobieństwo, niemniej chwycił się i tej nikłej szansy.
— Bliżej? — powtórzył. — Czego bliżej? Nie mogę bliżej!
— Właz… rrr… otwar… tyyyysss… iii…
— Właz?…
Nagle Jarek zrozumiał. Właz otwarty. Otwarty?
— Gdzie?!!! — ryknął.
— Bliżeuuuffff… rrr… hrr… bliżej…
Bądź tu mądry. Bliżej była niewidzialna przegroda, czekająca tylko, aby postąpić z Jarkiem tak, jak postąpiła z rzucanymi przez niego kamieniami, a przedtem jeszcze z końcem kija. Ale dobrze. Bliżej, to bliżej.
Postąpił pół kroku do przodu. Potem jeszcze pół kroku. Głośniki zareagowały wzmożonym jazgotem.
Pole ochronne było tuż. Chłopiec zacisnął pięści i jeszcze posunął się w jego stronę. Ćwierć kroku… ćwierć kroku… cóż za szatańskie wycie!..
— Idź wzdłużuii… hrr… czekaj… wła…rrr… hssss…
Ba, żeby tylko wiedzieć, w którym miejscu jest ten przeklęty właz! Jeżeli rzeczywiście w tym całym harmidrze jest coś więcej niż właśnie sam harmider.
Powoli, nie odrywając podeszew butów od skalnego podłoża, zaczął sunąć wzdłuż kopuły, starając się odnaleźć kształt łuku, jaki ona zataczała. Przeszedł może dwa metry, zanim ponownie rzucił kamień, żeby zmierzyć, czy zachował odpowiednią odległość od niebezpiecznej ściany. Błysnęło tak blisko, że przez następne kilkanaście sekund widział tylko migające mu pod powiekami kolorowe płatki. Kiedy przejrzał, ruszył dalej, posuwając się dokładnie w taki sam sposób jak przedtem. Jeszcze dwa metry i jeszcze dwa…
Raptem tuż przed nim ukazała się twarz Soli. Poznał ją od razu, chociaż teraz nie przypominała już w niczym ziemskiej dziewczyny, spotkanej nad jeziorem.
Ziemska dziewczyna nie mogłaby przecież mieć tylko twarzy, pozbawionej szyi i tułowia, a ponadto wykrzywionej gorzej, niż to się widuje w wesołym miasteczku, w gabinecie krzywych luster. Przy czym obraz tej twarzy pływał, jak na zepsutym telewizorze, jej broda raz stawała się monstrualnie długa i uciekała gdzieś w bok, to znowu wracała, kurczyła się, a za to nos Soli wyrastał ponad czoło i zaczynał przybierać kształt korkociągu.
— Chodź tutaj, do mnie… — zabrzmiało w głośniku, i to nie mogło już być złudzeniem.
Jarek stanął jak wryty. Iść?…
— Chodź szybko — powiedziała Sola, ukazując część lewego ramienia, równocześnie jednak tracąc prawą połowę twarzy, która przesunęła się ku górze, jak odłupany kawałek kamiennego chodnika. — Ale kieruj się prosto na mnie — przestrzegła cofając się.
W tym samym momencie, jak tylko znalazła się odrobinę dalej od Jarka czy raczej odrobinę głębiej we włazie, w którym stała, wskazując go chłopcu, jej postać zyskała znowu wygląd prawdziwej dziewczyny.
W tej sytuacji pozostało tylko skorzystać z zaproszenia. I Jarek tak właśnie zrobił. Przedtem jednak, żeby się upewnić, rzucił w dziewczynę kamieniem. Zgoda, że nie brzmi to zbyt ładnie. Ale w tym konkretnym wypadku nikt na świecie, nie wyłączając żywej Soli, nie mógłby wziąć mu tego za złe.
Kamień przeleciał przez osóbkę w białej bluzeczce, na której nie wywarło to oczywiście żadnego wrażenia, ale nie zapłonął jak tamte. A więc wejście było czyste. Żadnej niewidzialnej zasłony. Żadnego pola.
Jarek dał krok do przodu i nagle ujrzał przed sobą masywną, lekko wypukłą ścianę bazy z otwartym na oścież włazem. Spod jego nóg biegła w górę stalowa kładka. Mniej więcej w połowie jej wysokości zwrócona do niego twarzą stała Sola.
Zatrzymał się i spojrzał za siebie. Nic. Pusta, granatowa przestrzeń, granatowy ląd Ganimeda i granatowe niebo. Jak wtedy kiedy po raz pierwszy trafił do sali ze szklaną ścianą.
Ponownie odwrócił się w stronę drzwi, wstąpił na pomost i idąc bez pośpiechu pod górę, rzucił bez zastanowienia:
— Chciałaś się mnie pozbyć…
W uszach zadźwięczały mu jego własne słowa dziwnie zniekształcone i wypowiedziane jakimś nieprzyjemnym, ostrym głosem. Poza tym chociaż ten ogłuszający jazgot, który pojawił się po naciśnięciu wzmacniacza łączności, pozostał z tamtej strony ochronnego pola, to jednak w słuchawkach nadal rozbrzmiewało nieco tylko przytłumione, wysokie, zawodzące wycie.
— Nie rozumiem?… — powiedziała Sola, nie przestając cofać się tyłem do wejścia. — Chodź prędzej dodała. — Potem ci wszystko wyjaśnię…
Wyjaśni. Dobrze. Niech spróbuje…
Przyśpieszył. Poczuł jakiś dziwny szum w głowie, jakby ktoś nagle przyłożył mu do uszu dwie wielkie muszle, wyłowione z morza. W jego skroniach wznosiły się i opadały drewniane młotki. To pewnie te zniekształcenia — pomyślał leniwie. Trzeba by jej o tym powiedzieć…
Nie powiedział jednak. Odechciało mu się mówić, pytać, słuchać jej wyjaśnień… Skafander zaciążył mu nagle, jakby materiał, z którego był uszyty, przemienił się w czysty ołów. Jego ruchy stawały się coraz wolniejsze i kosztowały go coraz więcej wysiłku. Szedł jednak, poruszał się, wykonując jak automat wszystkie czynności, które musiał wykonać, aby przebrnąć przez śluzę i trafić na powrót do swojej granatowej sali…
Kiedy pająkowate wysięgniki docisnęły za nim pancerną klapę włazu, Jarek odruchowo sięgnął do zapięcia bluzy, jak to robi człowiek, kiedy w upalny dzień znajdzie się wreszcie w domu i pragnie natychmiast zrzucić z siebie ubranie, zanim wskoczy pod zimny prysznic.
— Poczekaj — zawołała Sola. — Tu nie ma powietrza…
Nie ma. Pewnie, że nie ma. Przecież drzwi były cały czas otwarte. Cały czas?…
Głos dziewczyny także brzmiał tak, jakby musiała przekrzyczeć wycie wiatru w stalowych linach. Dalekie trzaski zagłuszyły na moment w słuchawkach dźwięk zepsutej syreny. Ale tylko na moment. Zaraz potem odezwała się znowu.
Uśmiechnęła się. Patrzcie, już się uśmiecha. No pewnie. Co jej tam…
— Wyłącz to — powiedziała celując palcem w jego własny rękaw. Spojrzał we wskazane miejsce i skrzywił się mimo woli. Tabliczka czekolady. Tabliczka z przyciskami, które nie przyniosły mu nic prócz rozczarowania. To nie ich zasługa, że jest tutaj znowu…
Nagle zrozumiał. Więc to dlatego?
Wolnym ruchem uniósł prawą rękę, po czym dotknął jednego i drugiego guzika, które wciąż jeszcze pozostawały wduszone, jakby nadal wzywał pomocy, a równocześnie miał kłopoty z łącznością. Jękliwe wycie ucichło jak nożem uciął. Głos Soli natychmiast odzyskał swoje normalne brzmienie. Miły, dźwięczny głos dziewczyny, która lubi się pośmiać. Tym razem jednak była poważna. Może nawet trochę za poważna, jak na obowiązki, które na siebie przyjęła. Powinna się cieszyć, że „gość” jest tutaj znowu, cały i zdrowy.
— Dostaliśmy się w strumień promieniowania — zaczęła. — Gdzieś w kosmosie musiała nastąpić eksplozja… kto wie, może całej galaktyki… w każdym razie to promieniowanie dotarło spoza granic waszego układu słonecznego — tłumaczyła. — Inaczej nasze czujniki w porę dałyby nam znać. A tak — rozłożyła ręce tym swoim ruchem, który tak mocno wrył mu się w pamięć — łączność ustała nagle, w ułamku sekundy. Oczywiście, ponieważ mój obraz był przy tobie dzięki projektorowi, który wysyła fale podobne do radiowych, musiałam ci zniknąć z oczu. Bardzo mi przykro… pewnie się… to znaczy — zrobiła króciutką pauzę pewnie było ci nieprzyjemnie…
Nieprzyjemnie, to słowo, które nie brzmi tak, żeby f nie można się z tym pogodzić. W porządku. Nieprzyjemnie.
Przyszło mu na myśl, że powinien coś powiedzieć. Że ona na to czeka.
— No, a baza? — spytał.
— Co baza?… — nie zrozumiała w pierwszej chwili. — Aha, pole? To było konieczne — powiedziała z przekonaniem. — Strumień promieniowania powodował zakłócenia łączności także wewnątrz… nie wiem, czy dobrze rozumiesz?…
— Co, nie mogłaś sobie pogadać z komputerem?… — Jarek ocknął się na moment, po to tylko, by tchnąć w swój głos tyle zjadliwej ironii, że starczyłoby jej dla tysiąca bezcielesnych istot, które pozostając pod jednym dachem z równie bezcielesnymi komputerami, cierpią z powodu braku możliwości nawiązania przyjacielskiej pogawędki.
— Jednak nie rozumiesz — stwierdziła bez gniewu Sola. — Ten strumień promieniowania… nawiasem mówiąc — wtrąciła — on dlatego jest taki silny, że gdzieś właśnie w tym rejonie jego fala czołowa zderza się z promieniowaniem biegnącym z Jowisza, w którego atmosferze też jak na złość akurat teraz miało miejsce jakieś potężne wyładowanie… otóż ten strumień powoduje niespotykane zaburzenia w łączności… praktycznie wygasza wszystkie fale. Gdybyśmy mu pozwolili przeniknąć do wnętrza bazy, zakłóciłby nie nasze rozmowy, jak mówisz, bo przecież — uśmiechnęła się znowu — nie musimy rozmawiać… ale obieg informacji pomiędzy poszczególnymi urządzeniami stacji… nie wszystkie płyną kablami.
— Informacji?… powtórzył bezwiednie Jarek. Jego chwilowe ożywienie zgasło. Szum w jego skroniach przybrał nieco na sile.
— To znaczy sygnałów, impulsów i tak dalej… podjęła dziewczyna. — Wiesz, wszystkiego, co sprawia, że w danym momencie jakiś automat robi to, co powinien. Przecież musi „wiedzieć” co i kiedy. Każdy z takich impulsów coś znaczy, a więc jest informacją… prawda?
Chłopiec już otwierał usta, aby powiedzieć, że na ogół biorąc, ziemianin w piętnastym roku życia wie już, co to jest informacja, ale w tym właśnie momencie aparatura zakończyła wymianę atmosfery wewnątrz komory śluzy. Nad wyjściem do korytarza zgasło pomarańczowe światło, a błękitne przestało migotać i zapłonęło równym, matowym blaskiem. Zaraz potem drzwi drgnęły i zaczęły się otwierać, sunąc posłusznie za stalowymi mackami.
Jarek przypomniał sobie scenę sprzed… ile właściwie czasu to wszystko trwało? Mniejsza z tym. Czas nie ma tutaj znaczenia. W każdym razie posłusznie ustawił się plecami do pustego miejsca w rzędzie wiszących pod ścianą skafandrów i nie drgnął nawet, kiedy automat obłupił go z białawej powłoki. Tylko kiedy było już po wszystkim, odwrócił się nagle i sięgnął dłonią do wciąż jeszcze otwartej kieszeni na piersi swojego dyndającego już pod sufitem skafandra. Coś z niej wydobył i szybkim, dyskretnym ruchem przeniósł to coś do tylnej kieszeni dżinsów. Zaciągnął starannie zamek błyskawiczny, po czym dopiero zwrócił się do Soli.
— Chodź już — powiedziała naglącym tonem. Mamy kłopoty…
To ostatnie znowu zabrzmiało odrobinę zbyt poważnie jak na jego gust.
— Kłopoty? — bąknął — Jakie kłopoty?…
— Później… — Sola przekroczyła już próg, swoim zwyczajem przenikając połową ciała przez pancerną płytę.
Znowu jechali windą, która wyniosła ich na poziom granatowej sali i znowu szli potem korytarzem w stronę przeciwną do tej sali, aż minęli półokrągłą salkę, pomost i znaleźli się wewnątrz jajowatego pojazdu.
Tam Jarek jeszcze raz znalazł się w różowawej kabinie, gdzie, jak było do przewidzenia, natychmiast kazano mu zająć miejsce na płaskiej leżance. A następnie ponownie umieszczono mu głowę w wydrążonej dyni, która wychynęła zza wezgłowia, gdzie, na ludzki rozum biorąc, nie powinna się zmieścić nawet tenisowa piłeczka.
Tym razem jednak nie spędził tu więcej niż pięć minut. Poczuł, że baniasty hełm odsuwa się znad jego głowy, i usłyszał głos Soli w którym brzmiała jakby ulga:
— Wstawaj — rzuciła niemal wesoło. — Nic ci nie jest…
Nic mu nie jest. Nic, to nic. Tylko ten szum w głowie…
— Pewnie, że nic mi nie jest… — burknął ponuro.
— Teraz i my to wiemy — odparła. — Mimo wszystko wchłonąłeś jednak potężną dawkę promieniowania. Tam jest wszystko, co kto chce… — zaakcentowała to „tam”, jakby specjalnie podkreślając wyśmienite warunki panujące „tutaj”. — To znaczy w tym strumieniu… — dodała. — Protony, zjonizowane jądra atomów metali cząstki promieniowania twardego… mniejsza z tym…
— Mniejsza z tym… — powtórzył jak echo chłopiec.
Uśmiechnęła się.
— W każdym razie — powiedziała — ta dawka, jaką przyjąłeś, jest jeszcze nieszkodliwa. Nic ci nie grozi. Muszę ci powiedzieć, że byliśmy trochę niespokojni…
Proszę. „Trochę” niespokojni. Aż tyle?
— No to jakie macie jeszcze kłopoty? — spytał leniwie, gramoląc się z leżanki. — Coś się zepsuło?…
Sola spoważniała natychmiast.
— Człowiek, który leci tutaj z… — Jarek odniósł wrażenie, że niewiele brakowało, a padłaby wreszcie nazwa tego gwiazdozbioru, układu słonecznego, czy może nawet planety, z której pochodzą obcy.. Nie padła jednak.
— …z Centrali — dokończyła Sola — znalazł się w poważnym niebezpieczeństwie. W tej chwili wszystkie sekcje naszej aparatury pracują, żeby przywrócić łączność między jego statkiem a nami. Ale jak dotąd, bez rezultatu… wiesz, on znalazł się w tym samym strumieniu, który zdmuchnął mnie wtedy z przełęczy…
— Zdmuchnął?… — chłopiec poczuł nagle, że dzieje się z nim coś dziwnego. Kto właściwie jest w niebezpieczeństwie? Obcy? Jaki obcy?…
Zatoczył się. Przeszło mu jeszcze przez myśl, że nie ma mowy o żadnym niebezpieczeństwie, skoro dotarł wreszcie tutaj, pod kopułę bazy, skoro zbadali go i orzekli, że nic mu nie jest, no i wreszcie, jeżeli jest przy nim ona…
Ściana, której usiłował się przytrzymać, uciekła nagle w górę, natomiast podłoga ruszyła w kierunku jego głowy, szybko, zbyt szybko, żeby można spróbować jakoś temu zaradzić… zresztą, po co właściwie?… położy się tylko na chwilę…
Zatoczył się jeszcze raz i grzmotnął na ziemię jak długi. Sola przyglądała się temu spokojnie. Odczekała chwilę, zanim jednym krótkim gestem wy wabiła zza wezgłowia leżanki wiadomy przedmiot, pękaty i podobny do dyni, po czym przypatrywała się już bez ruchu, jak to coś pełznie w stronę głowy Jarka, rozwijając za sobą cieniutkie, różnobarwne przewody. Nie musiała czekać na orzeczenie aparatury diagnostycznej. Wiedziała, że chłopiec po prostu i najzwyczajniej w świecie zemdlał. Miał do tego niezaprzeczalne prawo. I to właśnie teraz, kiedy było już po wszystkim. Kiedy po wysiłku fizycznym i tym… jak to było?… aha, „nieprzyjemnym uczuciu”, poczuł się wreszcie bezpieczny. To znaczy tylko teraz. Wcześniej nie mógł sobie na to pozwolić. A później? No cóż, później, przyznajcie sami, nie miałoby to już doprawdy żadnego sensu…