128906.fb2
— Podróżujesz bez żadnych rzeczy. Rzeczywiście chcesz dotrzeć od Krwawnika tylko z tym, co masz na sobie? — Ngenet przycisnął długim palcem zamek drzwi pojazdu, podczas gdy Moon stała, patrząc na port Shotover. Dotarli tam z Neith w ciągu godzin, a nie dni. Uginały się pod nią kolana i nie mogła uwierzyć, że znalazła się tak daleko.
— Co…? Och, wszystko w porządku. Popłynę dalej z jakimś kupcem. W tej zatoce muszą być setki statków! — Zmieściłaby się w niej bez trudu przystań Neith, wioska i połowa wyspy. Zachodzące słońce przebijało się przez chmury, rozlewając ognie na powierzchni wody; statki różnej wielkości wzbijały się na falach przypływu. Niektóre wyglądały tak dziwnie, że nie potrafiła ich nazwać. Część pozbawiona była masztów i zastanawiała się, czy straciły je w sztormie.
— Wiele statków Zimaków używa silników. Wiele spośród nich w ogóle nie korzysta z żagli. Czy nimi też byś się zabrała? — Słowa Ngeneta zabrzmiały jej znowu jak poklepywanie po ramieniu, gdy nagle zrozumiała, dlaczego statki nie mają masztów. Podczas szybkiego lotu przez morze dowiedziała się o nim niewiele, poza tym że nie lubi mówić o sobie, lecz wypytywanie o cel jej podróży sporo zdradzało.
— Nie boję się silników. Praca będzie taka sama, niewiele rzeczy można robić na statku. — Uśmiechnęła się z nadzieją, że to prawda. Przesunęła dłonią po chłodnym metalu powłoki latającego statku, pokonując nagłą świadomość, że mógłby zabrać ją do Sparksa w niecały dzień… przestała się uśmiechać.
— Dobrze, sprawdź tylko, czy nie ma statku z kobiecą załogą. Niektórzy Zimacy nabrali złych obyczajów od szumowin z portu gwiezdnego.
— Nie, och. — Kiwnęła głową, przypomniawszy sobie, dlaczego babcia nakazywała jej strzec się statków handlarzy. — Zrobię to. — Była pewna, że Ngenet jest pozaziemcem, choć mówił tak, jakby nie przejmował się swymi rodakami bardziej niż Letniakami czy Zimakami. Nie pytała go dlaczego, przestała się już wprawdzie lękać jego zgryźliwości, lecz jeszcze nie była gotowa wyciągać go na zwierzenia. — Chcę podziękować…
Zmrużył brwi od zachodzącego nad portem słońca.
— Nie ma na to czasu. Spóźniłem się pół dnia na spotkanie. Wystarczy, że…
— Hej, miodku, wykop tego starucha, a pokażemy ci, jak miło spędzić czas! — Jeden z dwójki Zimaków machających im na nabrzeżu podszedł bliżej z uśmiechem uznania i wyciągniętymi ramionami. Gotowa na ostrą odpowiedź Moon ujrzała, jak zmienia nagle wyraz twarzy i odciąga swego towarzysza z niebezpiecznego kursu, szepcząc mu coś do ucha. Zaraz szybko odeszli, oglądając się za siebie.
— Ską-skąd wiedzieli? — zapytała Moon, przyciskając dłonie do przodu płaszcza przeciwdeszczowego.
— O czym? — Ngenet krzywił się nadal, mocniej nawet, patrząc, jak tamci odchodzą.
— Że jestem sybillą. — Sięgnęła za pazuchę i wyciągnęła łańcuszek z koniczynką.
— Kim jesteś? — Zwrócił się ku niej i wziął koniczynkę do dłoni, jakby sprawdzając jej rzeczywistość. Pośpiesznie ją puścił. — Czemu mi o tym nie powiedziałaś?
— No, nie chciałam… to znaczy…
— To przesądza. — Nie słuchał jej. — Nie możesz zostać tu sama na noc. Pójdziesz ze mną, Elsie zrozumie. — Schwycił ją za ramię i pociągnął przez wielkie wybrukowane nabrzeże w stronę miasta.
— Dokąd idziemy? Zaczekaj! — Moon wlokła się za nim w bezsilnym gniewie ku wejściu na najbliższą uliczkę. Na smukłym słupie dojrzała ognisty kwiat, potem następne, ciągnące się bez końca świece bez płomieni. — Nie rozumiem. — Ściszyła głos. — Czy wierzysz w Panią?
— Nie, ale wierzę w ciebie. — Wprowadził ją na chodnik.
— Jesteś pozaziemcem!
— Tak, jestem.
— Ale myślałam…
— Nie pytaj, tylko idź. Nie ma w tym nic dziwnego. — Puścił jej ramię, lecz dalej szła za nim.
— Nie boisz się mnie? Pokręcił głową.
— Nie upadnij tylko i nie skalecz kolana, bo trochę bym się zmartwił.
Spojrzała na niego w oszołomieniu.
Za ich plecami schodził do lądowania inny statek latający ze znakami Policji Hegemońskiej. Ngenet nie obejrzał się jednak i nie zobaczył, że zatrzymuje się obok jego pojazdu.
— Dokąd idziemy? — Moon wyminęła grupkę śmiejących się marynarzy.
— Na spotkanie z przyjacielem.
— Z przyjaciółką? Czy nie będzie…
— Chodzi o interesy, a nie przyjemność. Pilnuj się tylko, gdy tam będziemy.
Moon wzruszyła ramionami i wsunęła zdrętwiałe ręce do kieszeni spodni. Widziała teraz swój oddech, temperatura opadała wraz ze słońcem. Przyglądała się ciekawie skupisku jedno —i dwupiętrowych domów, tylu naraz nigdy nie widziała. Ich kształty były jednak jej znajome. Mury z łączonych zaprawą kamieni i drewnianych belek opierały się o siebie, niekiedy między nimi widać było ścianę z czegoś przypominającego wysuszony muł. Z każdej mijanej tawerny dochodziły ją różnorodne, nieznane głosy.
— Ngenet, skąd wiedzieli, kim jestem, skoro tyś się tego nie domyślił?
— Mów mi Miroe. Nie sądzę, by wiedzieli. Prawdopodobnie spostrzegli, że jestem od nich dużo wyższy i znacznie bardziej trzeźwy.
Moon poczuła, jak tężeją jej mięśnie pleców, gdy zauważyła, iż oczy przechodniów nie zatrzymują się na niej ani zbyt często, ani zbyt długo.
Ngenet skręcił w boczną uliczkę i stanęli wreszcie przed małą, stojącą luzem tawerną. Barwne szybki miotały światło na kocie łby, łuszczący się szyld nad drzwiami głosił “Gospoda pod Mrocznymi Czynami”.
— Elsie zawsze miała dziwne poczucie humoru — chrząknął. Moon zauważyła drugi napis “Zamknięte”, lecz Ngenet nacisnął na klamkę, drzwi się otworzyły i weszli do środka.
— Hej, zamknięte! — huknęła na nich od baru niezwykłej tuszy baba, nalewająca piwo do dzbana dla nie wiadomo jakiego gościa.
— Szukam Elsevier. — Ngenet wszedł w krąg światła.
— Ach tak? — Kobieta odstawiła dzban i spojrzała na niego. — To chyba ty. Czemu tak późno?
— Miałem kłopoty z silnikiem. Czy jeszcze czeka?
— Nadal jest w mieście, jeśli o to ci chodzi. Wyszła jednak, by… załatwić coś na wypadek, gdybyś się jednak nie pokazał. — Jej zapadłe oczy znalazły Moon i skrzywiła się.
— Niech ją licho — zaklął Ngenet — wie przecież, że nie zawodzę!
— Ale nie wiedziała, czy twoje spóźnienie nie będzie wieczne. Kto to jest?
— Podrzuciłem ją. — Moon poczuła znowu na ramieniu dłoń Ngeneta i popychana, z oporami podeszła bliżej. — Nie sprawi najmniejszego kłopotu — dodał, ucinając w zarodku pytania. — Prawda?
Moon spojrzała na niego.
— Ja? — potrząsnęła głową, otrzymując cień uśmiechu.
— Wyjdę poszukać przyjaciółki. Zaczekaj tu, aż wrócę. — Wskazał głową na salę pełną stolików. — Potem pogadamy może o Krwawniku.
— Dobrze. — Wybrała stolik w pobliżu kominka, podeszła do niego i usiadła. Ngenet ruszył do drzwi.
— Wiesz, gdzie szukać?! — zawołała gruba kobieta. — Pytaj o nią blisko świetlicy.
— Zapytam. — Wyszedł.
Moon milczała, czując się nieswojo pod surowym wzrokiem szynkarki, błądząc palcami po wyżłobieniach drewnianego blatu. Wreszcie gospodyni wzruszyła ramionami, wycierając ręce o fartuch, wzięła kufel piwa i zaniosła go na stół. Moon uchyliła się lekko, gdy wylądował przed nią, a piana kapnęła na słoje drewna. Kobieta wycofała się bez słowa i coś zrobiła przy stojącej za barem czarnej skrzynce. Ktoś nagle zaczął śpiewać w połowie piosenki, w połowie słowa, pod akompaniament rytmicznych, piskliwych dźwięków, słyszanych przez Moon na ulicy.
Zaskoczona dziewczyna rozejrzała się, nikogo jednak nie zobaczyła. Sala była pusta — zupełnie, bo szynkarka zniknęła na schodach z dzbanem piwa. Oczy Moon spoczęły znów na czarnej skrzynce. Nagle wydała się jej naładowana muzyką, niby metalowa beczka czy worek. Pociągnęła łyk piwa i skrzywiła się; zrobione z wodorostów, cierpkie i źle uwarzone. Odstawiła kufel i ściągnęła płaszcz. W kominku niby żelazny pręt w palenisku kuźni lśnił rozgrzany do czerwoności kawałek metalu. Obróciła się, śledząc palcami główki zwierząt wyrzeźbione na oparciu krzesła, wchłaniając ciepło i muzykę. Zaczęła nogą wybijać rytm, który mile szarpał jej ciało. Melodia była skomplikowana, tony głośne i dudniące, głos wibrował niezrozumiałymi dźwiękami. Nie przypominało to zupełnie muzyki wydobywanej przez Sparksa z piszczałki… coś jednak w niej pociągało, przypominało nikle tajemną pieśń miejsca wyboru.
Moon zamknęła oczy, pociągając piwo, w myślach rozdzielała od siebie dobro i zło związane z nią i Sparksem, słuchając przy tym muzyki, jaką zawsze czuła innymi uszami. Pomówią o Krwawniku, powiedział Ngenet. Czy ją tam zabierze? A może próbuje ją skłonić do zmiany planów? Nikomu się to nie uda… uważała jednak, że zdoła jego przekonać do zmiany swoich. Może wykorzystać w tym celu troskę pozaziemca o nią, była tego pewna. Może znaleźć się tam jutro… Zaczęła się uśmiechać.
Ale czy to słuszne? Zaczęło ją coś gnębić w głębi. Co w tym złego? Ngenet chce jej pomóc, na pewno. A ona nie wie nawet, po co jest potrzebna Sparksowi, wyobraziła go sobie chorego, głodnego, bez grosza, przyjaciół, umierającego. Liczyć się może każdy dzień, godzina… Ważna jest każda minuta bólu czy rozpaczy, której mu oszczędzi, ważniejsza od wszystkiego.
Otworzyła oczy na odgłos w głębi sali. Patrzyła na znajdujące się tam drzwi, czując, jak oczy robią się jej coraz szersze, jak umysł odmawia przyjęcia przekazywanych przez nie informacji — to jest żywe, porusza się. Jak człowiek stoi na dwóch nogach, choć zakończonych szerokimi, płetwiastymi stopami, przesuwa się płynnie niby morska trawa pod wpływem podwodnego prądu. Szarozielone ciało bez oznak płci lśniło oleiście. Jedynym odzieniem istoty był tkany pas obwieszony dziwnymi przedmiotami, jej ramiona rozdzielały się na kilka biczowatych macek. Opalizujące ślepia bez powiek wpatrywały się w nią niby oczy morskiego ducha.
Moon wstała, usta jej tak wyschły, że nie mogła z nich wydać żadnego głosu. Wyciągnęła nóż i odgrodziła się krzesłem od koszmarnego stwora. Na ten ruch istota zachrypiała gardłowo i cofnęła się do drzwi, zniknąwszy, nim Moon uwierzyła, że naprawdę tu była.
Na jej miejscu stanął mężczyzna, jakiego dotąd nie widziała, sporo od niej starszy, z opadającą na jedno oko grzywką sztywnych jasnych włosów. Miał na sobie rybacką kurtkę, lecz pod nią nosił spodnie lśniące trupią zielenią w bezpłomiennym blasku sali.
— Nie sięgaj po to, panienko, zauważyłem cię. — Wyciągnął rękę, dostrzegła coś nieznanego w jego dłoni. — Połóż to na podłodze, powolutku.
Niepewna groźby, dokończyła wyciąganie noża. Niecierpliwie machnął ręką i wypuściła zakrzywione ostrze. Podszedł, by je podnieść.
— Czego chcesz? — zapytała, a piskliwość głosu zdradziła, jak bardzo się lęka.
— Wyjdź, Silky. — Mężczyzna spojrzał na drzwi, nie zwracając uwagi na jej pytanie. Jedyną odpowiedzią, jaką uzyskał, były niezrozumiałe syki. Nieznajomy uśmiechnął się bez wesołości.
— Tak — powiedział — równie mało cieszy się na spotkanie z tobą, co i ty. Wyjdź i pokaż się jej.
Istota wynurzyła się ostrożnie zza drzwi. Dłonie Moon zacisnęły się na zwierzęcych główkach oparcia krzesła. Na widok stwora pomyślała nagle o ożywającym herbie rodziny.
— Nie… nie mam pieniędzy.
Mężczyzna spojrzał na nią dziwnie i wybuchnął śmiechem.
— Och, rozumiem. No to płyniemy na razie tą samą łódką, choć z innych powodów. Zachowuj się spokojnie, a nic ci się nie stanie.
— Cress! Co u diabła się tu dzieje? — Do sali weszła niespodzianie trzecia obca postać, tym razem ludzka. Moon ujrzała niską, pulchną kobietę o granatowoczarnej skórze i srebrzystych włosach, która stanęła, zaskoczona. — Mój drogi, nigdy nie zaciągniesz dziewczyny na randkę, mierząc do niej z pistoletu — powiedziała łagodnie, przypatrując się Moon bez uśmiechu.
Jasnowłosy tym razem się nie roześmiał.
— Nie wiem, co wie, Elsie, ale nie powinno jej tu być.
— Na pewno. Kim jesteś, dziewczyno? Co tu robisz? — Wydawała się pytać z czystej uprzejmości, choć stalowym głosem.
— Przyjacielem… jestem przyjacielem Ngeneta Miroe. A ty jesteś Elsevier, z którą miał się spotkać? — Moon przejęła inicjatywę, ujrzawszy, że jej odpowiedzi trafiają. — Poszedł cię szukać. Mogę po niego pójść… — Spojrzała w stronę drzwi.
— To niepotrzebne. — Kobieta machnęła ręką, a mężczyzna opuścił broń i schował ją do kieszeni, w której zniknął nóż Moon. Oboje lekko się odprężyli. — Zaczekamy z tobą. — Widmowa istota zasyczała coś z niemal ludzkim tonem pytania. — Silky chce wiedzieć, co go zatrzymało.
— Kłopoty z silnikiem — powtórzyła mechanicznie Moon. Wyprostowała się, nadal trzymając krzesło.
— Aha. To wszystko wyjaśnia. — Moon odniosła wrażenie, że w głosie starszej pani nie ma pełnego zadowolenia. — Nie musimy chyba czekać na stojąco, prawda? Moje stare kości skrzypią na samą myśl o tym. Usiądź, moja droga, wszyscy siądziemy przy ogniu i trochę się zapoznamy. Cress, przyniesiesz nam piwa?
Moon patrzyła niechętnie na zbliżającą się do stolika kobietę i potwora. Istota przykucnęła jednak na podłodze poza zasięgiem jej nóg z opuszczonymi oczyma i ciałem lśniącym od blasku. Płaskie macki przesuwały się po obmurówce kominka rytmicznymi, hipnotyzującymi ruchami, niektóre były okaleczone, pokryte starymi bliznami. Kobieta przyciągnęła sobie krzesło i usiadła obok Moon z mającym ją ośmielić uśmiechem. Odpięła swój o wiele za duży płaszcz, ukazując prosty, pomarańczowy strój, równie jaskrawy co zieleń spodni Cressa.
— Musisz wybaczyć Silky'emu, że nie siądzie z nami do stołu; obawiam się, że niezbyt ufa nieznajomym.
Moon okrążyła powoli swe krzesło i usiadła. Mężczyzna przyniósł trzy kufle piwa, jeden postawił na obmurówce. Moon patrzyła, jak morski demon gładzi go nigdy nie spoczywającymi nieruchomo mackami, unosi i wychyla. Sama wzięła swój i zaczęła pić długimi łykami. Mężczyzna usiadł naprzeciw.
— Musisz wciągać osad, panienko — rzekł z uśmiechem.
Starsza kobieta cmoknęła ganiąco i także zabrała się do piwa.
— Nie szkodzi. Opowiedz nam o sobie, kochana. Chyba jeszcze nie zdradziłaś nam swego imienia. Ja rzeczywiście jestem Elsevier, a to Cress. Tam masz Silky'ego, partnera… handlowego mego zmarłego męża. Oczywiście tak naprawdę nazywa się inaczej, ale nie potrafimy wymówić jego imienia. To dillyp z Tsieh-pun; z innej planety, tak jak i my — dodała spokojnie. — Jesteś… koleżanką Miroe?
— Nazywam się Moon i… — zawahała się, świadoma ich niedomówień. Ciągle im nie ufała, nie wiedziała, co będzie gorsze, kłamstwo czy prawda. — Spotkaliśmy się przypadkiem. Podrzucił mnie do Shotover.
— I przyprowadził tutaj? — Cress pochylił się z grymasem. — Tak po prostu. Co ci powiedział?
— Nic. — Moon odsunęła się od niego w stronę kobiety. — Nie obchodzą mnie wasze sprawy. Jadę do Krwawnika. Powiedział… że zrozumiesz — zwróciła się do Elsevier, spojrzała w zmrużone oczy barwy indyga, otoczone siatką starczych zmarszczek.
— Co zrozumiem?
Moon odetchnęła głęboko i wyciągnęła spod swetra oznakę sybilli.
— To.
Elsevier była wyraźnie zaskoczona, Cross odchylił się w krześle, istota przy kominku syknęła pytająco.
— To sybilla! — odpowiedział mężczyzna.
— O…! — mruknęła Elsevier, niemal westchnęła. — Jesteśmy zaszczyceni. — Spojrzała na pozostałych, Cress kiwnął głową. — Wiem, że ta połowa Tiamat nie jest najlepszym miejscem dla sybilli. Miroe lubi się wtrącać w takie sprawy. — Uśmiechnęła się nagle szczerze, ale i z wielkim zmęczeniem. — Nic mi nie jest. Widząc cię taką młodą i mądrą, poczułam się stara i głupia.
Moon spojrzała na jej palce zaciskające się na blacie.
— Jestem jedynie naczyniem mądrości Pani — z roztargnieniem powtórzyła tradycyjne słowa. To pozaziemcy, a mimo to, podobnie jak Miroe, okazują jej szacunek bliski lękowi i poważaniu Letniaków. — Nie, nie myślałam, że pozaziemcy wierzą w potęgę Pani. Wszyscy mówią, że to przez was Zimacy nienawidzą sybille. Czemu nie nienawidzicie mnie?
— Nie wiesz? — spytał zaskoczony Cress. Spojrzał na Elsevier i na obcą istotę przy kominku. — Nie wie, kim jest.
— Oczywiście, Cress. Hega stara się zachować tę planetę w ciemnocie technicznej, a sybille są latarniami wiedzy. Ale tylko dla tych, którzy potrafią korzystać z ich światła — powiedziała Elsevier, pociągając w zamyśleniu piwo. — Możemy przynieść temu światu małe odrodzenie, nasz złoty wiek. Wiesz co, Cress, możemy być najbardziej niebezpiecznymi ludźmi, którzy kiedykolwiek odwiedzili tę planetę…
— Jak to nie wiem, kim jestem? — skrzywiła się lekko Moon. — Jestem sybillą. Odpowiadam na pytania.
Elsevier przytaknęła.
— Ale nie na te właściwe. Dlaczego jedziesz do Krwawnika, choć może cię tam spotkać wyłącznie nienawiść?
— Muszę. Muszę odnaleźć kuzyna.
— To jedyny powód?
— Tylko on się liczy. — Spojrzała na koniczynkę.
— A więc szukasz nie tylko krewniaka?
— Tak.
— Kochanka? — spytała bardzo łagodnie.
Kiwnęła głową, przełykając nagłą kulkę w gardle.
— Tylko jego kocham i będę kochać. Choćbym nigdy go nie znalazła…
Elsevier wyciągnęła zesztywniałą ze starości rękę i położyła na jej dłoni.
— Tak, kochanie, wiem. Dla niego przejdziesz boso po ogniach piekieł. Ciekawa jestem, co tak go różni od wszystkich innych…?
Cress patrzył na nią, umknęła mu wzrokiem.
Moon potrząsnęła głową. Co go różni ode mnie?
— Jesteś z Krwawnika? — zapytała. — Może go widziałaś. Ma rude włosy…
Elsevier zaprzeczyła:
— Niestety. Nie jesteśmy z miasta. Przebywamy tu… z wizytą, czasowo. — Spojrzała na drzwi, jakby przypomniała sobie nagle, czemu tu czekają.
— Och… Co miałaś na myśli, mówiąc, że nie zadaję właściwych py…
Ktoś tam mocno pchnął drzwi gospody, aż walnęły o ścianę.
Moon spojrzała na innych, jej pytanie zawisło w powietrzu.
Z ciemności wyłoniły się dwie postacie: szczupły, niezbyt wysoki mężczyzna i wysoka, krępa kobieta, oboje pozaziemcy. Ubrani w takie same ciężkie stroje, na głowach hełmy. W dłoniach broń.
— Sini! — mruknął Cress, ledwo poruszając ustami. Elsevier uniosła dłoń do gardła, zacisnęła poły płaszcza na czymś pomarańczowym pod spodem. Spojrzała na swą śniadą skórę, opuściła rękę.
— Co się dzieje? — Moon przezwyciężyła przemożną chęć podskoczenia na widok kryjącego się za nią Silky'ego. — Kim oni są?
— Sama powinnaś znać ich najlepiej — odparła spokojnie Elsevier. Uniosła kufel, nim spojrzała na natrętów. — Pani inspektor. Co za niespodzianka. Jest dziś pani daleko od domu.
— Przypuszczam, że o wiele bliżej niż wy. — Kobieta podeszła bliżej, przyglądając się wszystkim z ciągle widoczną w garści bronią.
— Obawiam się, że nie wiem, o czym pani mówi. — Wzrok Elsevier zapłonął kontrolowanym oburzeniem. — To prywatne przyjęcie odpowiedzialnych obywateli Hegemonii, a wasze wtargnięcie tutaj jest wielce…
— Daj spokój, przemytniczko techu. — Kobieta skinęła bronią, usta miała zaciśnięte. — Przylot waszego statku został zauważony, przebywacie na tej planecie nielegalnie. Oskarżam was także o przemyt zakazanych towarów. Wstać, wszyscy, i położyć ręce na głowach.
Moon siedziała jak sparaliżowana, spoglądając na przemian na Elsevier i na Cressa, oni jednak patrzyli tylko na obcych. Koniczynka wpijała się w jej zaciskającą się dłoń. Przytomna na tyle tylko, by czuć strach, schowała ją pod sweter.
Umundurowana kobieta zauważyła ruch i podeszła kilka kroków; gdy się zbliżyła, Moon dostrzegła, jak jej twarz przybiera wyraz równie ogromnego zdumienia, co u pary Zimaków na nabrzeżu. Znajdujący się za nią mężczyzna przesunął się czujnie na bok, gdy Elsevier i Cress wstali jednocześnie. Moon poczuła, jak Elsevier pchnęła jej łokieć, i wstała niezgrabnie, przewracając krzesło na podłogę.
— Teraz, Silky! — mruknęła Elsevier i szarpnęła Moon do tyłu, a obcy odskoczył od stołu, kierując się do drzwi, którymi wszyscy weszli. Moon oparła się o ścianę z kominkiem, gdy policjanci wahali się, który cel wybrać, gdy Cress złapał kufel ze stołu i nim cisnął, gdy naczynie uderzyło w zwisającą z krokwi lampę i ją rozbiło. Kaskada iskier elektrycznych i piany opadła w nagłą ciemność.
— Biegnij za nim!
— BZ! Łap go!
— Moon, odsuń się! — Dziewczyna poczuła, jak Elsevier odpycha ją brutalnie, zaczepiła po ciemku o własne krzesło i wpadła na stół. Za sobą usłyszała hałas i krzyk; ujrzała niewyraźnie, jak policjantka skacze, by chwycić Elsevier za płaszcz. Ręka Moon zacisnęła się na innym kuflu. Zamachnęła się nim i z całą siłą kobiety uderzyła w ramię policjantki. Dobiegł ją jęk bólu. Elsevier wyrwała się, szarpnęła Moon w stronę wyjścia.
— Nigdy, nigdy nie bij Sinych, kochana… — szepnęła jej bez tchu do ucha. — Ale dziękuję ci. Teraz w nogi!
Moon runęła przez drzwi, w głowie miała mgłę równie białą co znajdujący się za nimi, jasno oświetlony pokój, potem następnymi drzwiami wypadła na ciemną ulicę.
— Tędy! — Cress zjawił się obok, wskazał w lewo. — To ślepy zaułek. Elsie?
— Jestem. — Drzwi trzasnęły za nimi. — Nie gadaj tyle, do ładownika!
Pobiegli, Moon złapała starszą kobietę za rękę, użyczając jej swej siły i szybkości. Przed sobą, w paśmie rdzawozłotego światła gwiazd, ujrzała obcego znikającego w mrocznej kryjówce, za sobą usłyszała trzask otwierających się drzwi i krzyki. Wolna ręka nagle zdrętwiała jej aż do nadgarstka; panika dodała skrzydeł.
Cress stanął z poślizgiem w miejscu, gdzie Moon widziała znikającego obcego. Zobaczyła wyzłocony przez noc płot z desek, wciskającego się między dwie przegniłe sztachety mężczyznę. Podążyła za nim, ciągnąc za sobą Elsevier, po drugiej stronie niemalże wpadła na wyrzucone przez fale drzewo.
— Do ładownika! — Cress machał na nie szaleńczo. — Zastawię dziurę.
— Tędy. — Elsevier szarpnęła ją za rękę, pobiegła między stosami i kupami gratów i resztek wraków. Moon skoczyła za nią, zerkając za siebie, widziała, jak Cress zasłania szparę kolczastym pniem drzewka. Gdy się odsuwał, gałąź złapała go za kurtkę i szarpnęła do tyłu; dostrzegła jeszcze, jak się wyrywa, nim straciła go z oczu za stertą spleśniałych żagli. Obok Elsevier potknęła się w cieniach o jakąś przeszkodę i Moon wyciągnęła pomocną rękę.
Przed sobą, za zalanym cieniami i złotym światłem gwiazd podwórcem zobaczyła leżące na śmietniku soczewki baterii ze zniszczonego metalu. W ich boku ział otwarty luk, a na ziemię opuszczała się rampa.
— Co to jest?
— Schronienie — wysapała Elsevier. Dobiegły do rampy i weszły na nią razem. W górze czekał Silky. — Włączone?
Obcy chrząknął potwierdzająco, skinął macką.
— To się zapnij, uciekamy stąd. — Elsevier oparła się o ściankę, przycisnęła dłoń do serca. — Cress? — Wyjrzała przez luk, lecz za nim widać było jedynie złom i tlące się niebo.
Moon obróciła się i wychyliła za rampę. Cress nadbiegał, ale na jej oczach potknął się i upadł, przez kilka uderzeń serca leżał oszołomiony na ziemi. Gdy wreszcie wstał i ruszył, przypominał kogoś brnącego pod wodą, mozolącego się przy każdym ruchu.
— Idzie!
Dotarł do skraju rampy, zatrzymał się i długo patrzył w górę z rękoma przyciśniętymi do brzucha, nim wreszcie ruszył. Za nim zobaczyła okrążającego kupę żagli jednego ze ścigających.
— Cress, szybciej!
Mimo jednak jej krzyku mężczyzna zwolnił w połowie rampy. Jego oczy lśniły rozpaczą.
— Chodź!
Pokręcił głową i zachwiał się w miejscu. Przez podwórze widziała teraz obu oficerów policji, jeden wycelował w Cressa, usłyszała krzyk:
— Stać!
Moon wyskoczyła ze środka i zbiegła po rampie, by chwycić luźny rękaw kurtki mężczyzny i wciągnąć go przez luk. Za ich plecami rampa złożyła się teleskopowo, a drzwi zamknęły z sykiem. W uszach zabolało ją od zmiany ciśnienia. Cress złapał się za futrynę następnych drzwi, gdy puściła go walcząca o zachowanie równowagi Moon. Jej rękę nadal unieruchamiał jakiś dziwny paraliż. Spojrzała w dół i cicho krzyknęła ze zdumienia na widok pokrywającej ją krwi.
— Cress, idź naprzód i… — Elsevier urwała, gdy mężczyzna osunął się na kolana i upadł. Moon ujrzała na jego kurtce jasną plamę, zrozumiała, że krew na ręce nie jest jej.
— Och, bogowie, Cress!
— Co się stało? — Moon opadła obok niego na kolana, wyciągnęła rękę.
Odsunął na bok jej poczerwieniałą dłoń.
— Nie! — W środku rozlewającej się na kurtce plamy zobaczyła wystającą z przegródki sakiewki rękojeść jej własnego noża do oprawiania ryb. — Nie dotykaj tego… wykrwawię się. — Moon cofnęła się, obejmując dłońmi swe boki. — Elsevier? — Spojrzała na kobietę.
— Cress, jak to się stało? — Elsevier opuściła się sztywno z drugiej jego strony, położyła mu dłoń na policzku. Za nią w drzwiach pojawił się Silky.
Cress roześmiał się poprzez zbielałe wargi.
— Powinienem był zostawić młodej pani jej sztylet… upadłem na to cholerstwo. Elsie, wsadź mnie do zamrażarki, b-bo-li… — Usiłował wstać, jęknął przez zaciśnięte zęby, gdy postawiły go na nogi.
— Silky, idź do sterów.
Obcy szedł przed nimi, gdy prowadziły Cressa do następnej kabiny, opuściły go tam na koję.
— Wsadził jej nóż do kieszeni! Drogi chłopcze, sam wiesz, jak bardzo głupio zrobiłeś. — Elsevier ucałowała swe palce i położyła je lekko na jego oczach.
— Jestem astrogatorem, a nie… najemnym mordercą. Skąd mogę… się na tym znać? — Zakaszlał, w kąciku ust pokazała mu się krew, ściekła po policzku w stronę ucha.
Elsevier cofnęła się, gdy na koję opuściła się przezroczysta, przydymiona kopuła, zasłaniając go przed ich wzrokiem.
— Spij dobrze — powiedziała to tonem błogosławieństwa, ale na nie wypowiedziane pytanie Moon odpowiedziała pokręceniem głowy. — Nie. To utrzyma go przy życiu, dopóki nie zdołamy sprowadzić mu pomocy. — Jej twarz zmieniła wyraz. — Jeśli tylko zdołamy wydostać się poza atmosferę, nim Sini ściągną na nas pomstę niebios. Zapnij się, moja droga, przyspieszenie może być za pierwszym razem nieprzyjemne. — Minęła Moon i zasiadła w wyściełanym, prostym fotelu znajdującym się przed deską rozdzielczą. Obcy siedział na drugim miejscu, macki miał zawieszone nad tablicą ze światełkami. Przed nimi szerokie okno z grubego szkła ukazywało inny widok złomowiska. Moon zasiadła w trzecim stojącym pionowo fotelu i niepewnie zacisnęła pasy. Obcy zapytał o coś gardłowo.
— A co innego mogę zrobić? — odparła ostro Elsevier. — Nie możemy zostawić jej policji; to przecież sybilla. Nie po tym, jak walczyła o me ocalenie — wiesz, co robią… Wznoszenie!
Pochyloną do przodu, słuchającą Moon szarpnął do tyłu napór niewidocznej fali. Odetchnęła głęboko ze zdumienia, powtórzyła to, gdy nacisk zaczął narastać, wypierając powietrze z jej płuc. Walczyła o nie jak tonąca, lecz z równym powodzeniem. Z jękiem niedowierzania opadła w nadymające się krągłości. Pomiędzy przednimi fotelami nie widziała już złomowiska ani w ogóle ziemi, lecz tylko gwiazdy. Na jej oczach księżyc jak kamień przeleciał przez okno i zniknął. Moon zamknęła oczy, poczuła, jak coś ją wciąga w koszmarny wir, bezdenny i czarny.
Jednakże między zalewającymi ją wodami strachu odnalazła pamięć innego mroku, bardziej całkowitego i absolutnego niż wszelkie widziane przedtem — czarne serce Przekazu. Przekazu… to przypomina Przekaz. Uczepiła się tej kotwicy, poczuła, jak przytłaczający ciężar znajomego stanu zwalnia wirowanie lęku. Skupiła świadomość na uporządkowanych rytmach umysłu i ciała, łączących ją cienką nicią z rzeczywistością, powoli zapadła w cierpliwe trwanie.
Znowu otworzyła oczy, za oknem nadal widziała gwiazdy; przekręciła głowę, by spojrzeć na pobliską ścianę pokrytą jarzącymi się odczytami. Starała się niczego nie dotykać. Rozpoznała głos Elsevier, napięty, ledwo słyszalny, i odpowiadającej obcej istoty; oba były dla niej równie niezrozumiałe.
— …Sprawdzone. Jeszcze nie ma alarmu śledzenia. Mam nadzieję, że nie mają przekaźników… nim je wezwą, możemy być już bezpieczni… Czy tarcze są zielone? Silky odpowiedział niepojętym głosem obcego.
— Też na to liczę… ale bądź gotów przełączyć moc.
(Odpowiedź.)
— Zgadza się, mamy tłumienie. A zresztą szukają głównie przylatujących… za słabo rozglądają się za innymi… Modlę się o to.
(Odpowiedź.)
Słaby chichot.
— Oczywiście… Ile czasu minęło?
Moon znowu zamknęła oczy, pocieszona przestała się przysłuchiwać. Jakimś sposobem lecą w tej okutej metalem kabinie; ale w niczym nie przypomina to jej lotu z Ngenetem. Zastanawiała się czemu i jak, rozmyślała mgliście, czy wygląda to na podróż pozaziemskim statkiem gwiezdnym,… Nagle otworzyła oczy.
— Elsevier!
— Tak… Moon, dobrze się czujesz?
— Co robimy…? Dokąd lecimy? — Dyszała, łapiąc powietrze.
— Uciekamy… jaki mamy czas?
(Odpowiedź.)
— Wyleźliśmy z nory! — Stłumiony śmiech triumfu. — Odcięcie zasilania… lepiej oszczędźmy resztki na spotkanie.
Ściskające Moon imadło zniknęło równie nagle, jak się pojawiło. Przeciągnęła się. Gdy zgniatający ciężar wypuścił ją spod siebie, poczuła się, jakby nie miała ciała, była banieczką unoszącą się na wodach morza… uleciała znad wyściełanego fotela przytrzymywana tylko pasami. Spojrzała z przestrachem w dół, chwyciła za rzemienie.
— Och, Silky. Staję się na to za stara. To nie jest życie dla cywilizowanego człowieka.
(Odpowiedź.)
— Oczywiście, to właśnie sedno sprawy! Nie myślisz chyba, że ciągnę pracę TJ tylko dla pieniędzy? Na pewno nie dla dreszczu emocji — mruknęła Elsevier. — Ale i tak nie będzie następnych wypraw. Na tej nie zarobiliśmy złamanego miedziaka, wszystkie towary zostały na pokładzie… Ach, biedny Miroe! Bogowie wiedzą, co się z nim stanie. — Rozległ się odgłos otwieranej klamry; Moon zobaczyła wznoszącą się nad oparciem fotela srebrzystą głowę Elsevier. — My już nigdy się nie dowiemy. — Kobieta odwróciła się, by na nią spojrzeć. — Moon, dobrze się…
— Nie martw się! — Moon uniosła zdumione oczy. — To obecność Pani. Pokój wypełnia Morze, to dlatego się unosimy… To cud.
Elsevier uśmiechnęła się do niej z lekkim smutkiem.
— Nie, moja droga, jego brak. Jesteśmy poza zasięgiem twej bogini, poza zasięgiem twego świata. Po prostu tak daleko nie sięga jego grawitacja. Podejdź tu i zobacz, o czym mówię.
Moon odpięła się niepewnie i odepchnęła od fotela. Elsevier rzuciła się i chwyciła ją za nogę, nim walnęła w znajdujący się nad jej koją stożek, podobny do tego, który chronił Cressa.
— Spokojnie! — Elsevier przyciągnęła ją do okna i wskazała w dół. Poniżej nich unosiła się zakrzywiona kula Tiamat, niby nakrapiana pianą bańka przejrzystego błękitu, odbijająca się od ściany gwiazd.
W głębi duszy wiedziała, co zobaczy, gdy jednak podpłynęła do okna, ujrzany w nim widok przewyższył wszystko, co sobie wyobrażała. Mogła jedynie sapać:
— Piękne… piękne… — Przycisnęła dłonie do zimnej szyby.
— Zaczekaj, aż miniemy Czarne Wrota i zobaczysz, co jest za nimi.
— Och, tak… — W jej umyśle zakiełkowało ciemne ziarno wątpliwości. Oderwała oczy, odwróciła głowę. — Czarne Wrota? To przecież przez nie pozaziemcy lecą do innych światów… — Spojrzała znowu na swą planetę, która kiedyś wydawała się jej tak ogromna i różnorodna, a teraz leży u jej stóp jak pływak sieci z niebieskiego szkła. — Nie… nie mogę z tobą lecieć przez Wrota. Muszę się dostać do Krwawnika. Muszę znaleźć Sparksa. — Odepchnęła się mocno od okna, złapała za oparcie fotela Silky'ego. — Czy teraz zabierzesz mnie z powrotem? Czy możesz wysadzić mnie? Wysadzisz w porcie gwiezdnym?
— Zabrać cię z powrotem? — Między niebieskofiołkowymi oczami Elsevier pojawiła się zmarszczka; przycisnęła dłoń do ust. — Och, Moon, moja droga… Boję się, że nie rozumiesz. Widzisz, nie możemy cię odwieźć. Wykryliby nas, a zresztą mamy mało energii… nie możemy tam wrócić. Niestety, gdy mówiłam ci o Wrotach, nie była to propozycja.