128906.fb2 Tiamat - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 14

Tiamat - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 14

13

— …dlatego jego obecność sprawia, iż uważam go za człowieka zamieszanego w przeszkadzanie polowaniom na mery. Osobiście skonfiskowałam jego samolot i nie sądzę, by bez niego mógł zbytnio stawać łowcom na zawadzie.

Arienrhod oparła głowę na pachnącej kwiatami poduszce, osłaniającej ją przed zimnym oparciem tronu. Słuchała inspektor przekazującej szczegółowy raport z większym zainteresowaniem, niż to zdradzała. Odczytała wzrok kobiety skierowany pod koniec na Starbucka i bardziej wyczuła niż dojrzała jego reakcję. Jakiś czas temu przegnał bezczelnego chama, który towarzyszył PalaThion, głównie dla zabawy; lubiła słuchać, jak barwnie opisuje, co zrobiłby z inspektor, gdyby miał taką możliwość. Niezbyt się interesowała przeszłością Starbucka, lecz wpływała ona na teraźniejszość w sposób nieraz zadziwiający… choć już coraz rzadziej zaskakiwał ją czymkolwiek.

— Kto to jest, inspektorze? Dlaczego go nie aresztowaliście, skoro wiedzieliście, że jest winny? — Zaostrzyła głos, pragnąc odsłonić głębszą zagadkę związaną z zatoką Shotover.

— Nie miałam dostatecznych dowodów — odpowiedziała ze znużeniem PalaThion, jakby ciągle się z tym spotykała. — Jako pozaziemiec podlega i tak jurysdykcji Hegemonii, Wasza Wysokość, dlatego jego nazwisko nie ma dla was znaczenia. — Przybrała obrobinę bardziej upartą minę.

— Oczywiście, inspektorze. — Mogę je dość łatwo poznać, pozaziemko. Spojrzała na podnóże podwyższenia, na jasną, połyskującą głowę Sparksa Dawntreadera, siedzącego niespokojnie na stopniach. Po przybyciu inspektor odesłała tłum trajkoczących szlachciców i z osobistych powodów nakazała chłopcu pozostać. PalaThion patrzyła na niego z wyraźnym zdumieniem. Arienrhod spostrzegła też, jak ciało Sparksa sztywnieje, chyba z dumy, gdy inspektor pochyliła głowę w krótkim uznaniu jego nowej pozycji.

— Czy widzieliście też dziewczynę z Lata, którą podwiózł ten wasz pozaziemiec?

PalaThion była najwyraźniej zaskoczona, nie wspomniała o niej w raporcie.

— Tak… widziałam, Wasza Wysokość. — Nieświadomie przesunęła lewą dłoń na cienki pancerz pokrywający jej prawe ramię. — Nie mogłam jej jednak przesłuchać. Uciekła wraz z przemytnikami. Jak wiecie — spuściła wzrok — zdołali nam umknąć i zabrali ją ze sobą poza planetę.

— Nie! — Arienrhod zerwała się na nogi; to jedno słowo wymknęło się jej spoza zębów, nim zdołała je zacisnąć. Odleciała, odleciała…? Rozluźniła pięści i usiadła płynnie, czując na swej twarzy trzy pary oczu. Brązowe, głęboko osadzone oczy inspektor zwężały się w namyśle; Arienrhod zrozumiała, iż musiała zauważyć tak znaczne podobieństwo. PalaThion opuściła je w końcu, jakby nie zdołała doprowadzić swych podejrzeń do żadnego logicznego wniosku.

— Czy znacie nazwisko dziewczyny? Mam podstawy sądzić, że może być moją… krewniaczką. — Niech PalaThion zrobi z tym, co zechce.

— Nazywa się Moon Dawntreader, Wasza Wysokość.

Spodziewając się tego, tym razem zdołała zapanować nad sobą, zamknąć w środku falę uczuć. Ale tkwiący niżej chłopiec upuścił piszczałkę, gdy usłyszał to nazwisko i wreszcie je zrozumiał. Bezgłośnie stoczyła się po stopniach na dywan u stóp PalaThion, niczym nie zakłócając całkowitej ciszy sali. Inspektor długo patrzyła na Sparksa, nim uniosła wzrok.

— Bardzo mi przykro, Wasza Wysokość — mówiąc to, znowu zerknęła na chłopca, jakby zrozumiała, że coś ich łączy. — Nie sądzę, by ktokolwiek zamierzał do tego doprowadzić.

Jest ci o wiele mniej przykro niż mnie. Arienrhod przekręciła kciukiem pierścień. I o wiele mniej, niż jeszcze ci będzie, pozaziemko.

— Możecie odejść, inspektorze.

PalaThion zasalutowała i odeszła szybko w stronę Sali Wiatrów, z tyłu powiewała jej czerwona peleryna. Arienrhod ponownie zacisnęła drżące ręce. Sparks wstał i podniósł piszczałkę, chwiejąc się z rozpaczy i zdumienia.

— Wasza Wysokość, czy… mogę odejść? — Ledwo to wyszeptał.

— Tak, idź. Wezwę cię, gdy będziesz potrzebny. — Uniosła dłoń. Opuścił podwyższenie bez należnego pokłonu. Patrzyła, jak odchodzi, nie pamiętając o niej. Jego włosy wyglądały jak świeża krew na tle śnieżnobiałego dywanu; zranione biedactwo, szukające kąta, w którym mogłoby się schować, cierpieć; był samotny, kruchy… piękny.

Odkąd tu przybył, poczuła, jak budzi się w niej coś dawno uśpionego. Odświeżenie, odżycie, pragnienie… Ale nie takie, jakie czuła wobec Starbucka czy setek innych kochanków, przeszłych i obecnych, płynące z bezdusznego ciała żądnego zaspokoić nienasycone potrzeby władzy. Tak, gdy patrzyła na Sparksa Dawntreadera, marzyła o jego leżącym obok w łożu śmigłym, zwinnym ciele, chciała je dotykać i czuć przy swoim. Lecz spoglądała wtedy i na jego twarz, na świeżość zadziwienia, niewinność wdzięczności… uczucia, którymi w czasie długiego panowania nad Zimą nauczyła się gardzić u innych i odmawiać sobie. Był zakochany w Moon — w drugiej niej, córce jej umysłu — i obecność tego na wpół mężczyzny, na wpół chłopca rozdmuchiwała przygasłe węgielki jej dawno zapomnianej dziewczęcości, wzniecała żar w zimnych izbach jej duszy.

Nie odpowiadał jednak, gdy najpierw delikatnie, a potem mniej subtelnie okazywała mu, iż go chce. Cofał się, mamrocząc coś w strachu przed sobą, za obronną tarczę drugiej jej osoby… Tkwił tam, odporny jak kamień na wszystkie pokusy, a niespodziewany zawód podsycał ognie płonące wewnątrz niej. Teraz jednak, gdy oboje utracili swą przyszłość… Pragnęła, by wrócił, spojrzał na nią.

Samotna postać na śnieżnym polu zatrzymała się, obróciła. Na jego twarzy pojawiło się straszliwe zrozumienie, gdy utkwiła w nim oczy, myśląc: Oboje ją straciliśmy…

Wreszcie ponownie się odwrócił i poszedł do spiralnych schodów, prowadzących na wyższe piętra.

— Teraz, gdy rybka ci uciekła, możesz jeszcze raz zarzucić wędkę.

Zwróciła wzrok na Starbucka, czując w jego głosie ostrą jak brzytwa zazdrość, jak zawsze, gdy mówił o chłopcu.

— Rzuć w diabły tego słabowitego Letniaka z jego cholernym gwizdkiem, Arienrhod. Chce mi się rzygać, gdy go widzę i słyszę. Strąć go na ulicę, z której go wzięłaś, nim ja…

— Zanim co, Starbucku? Czy mi rozkazujesz? — Pochyliła się ku niemu, unosząc berło.

Odsunął się lekko i opuścił wzrok.

— Nie. Proszę tylko, Arienrhod. Proszę cię, pozbądź się go. Nie potrzebujesz go, skoro ta dziewczyna…

Spuściła nagle berło na dłoń spoczywającą na poręczy tronu; zaskoczony Starbuck jęknął z bólu.

— Zabroniłam ci o niej mówić. — Przycisnęła dłoń do oczu, nie chcąc na niego patrzeć. Przegrała tę grę, przegrała! Jej plany, przyszłość, wszystko to przepadło w jednym fatalnym rzucie losu. Udało się jej zasadzić dziewięć ziaren, wyrósł z nich jeden nieskazitelny kwiat…a teraz zginął. Przez nieudolne wtrącenie się tych samych pozaziemców, których tyranię miała nadzieję przełamać. Nawet znając jej plany, nie mogliby bardziej gładko ich pokrzyżować. A teraz — co ma robić teraz? Musi zacząć od początku, ułożyć nowy plan, z konieczności mniej subtelny, mniej kruchy… a przez to bardziej zagrażający jej pozycji. Zbadanie wszystkich możliwości wymaga jednak czasu…

Tymczasem może się zemścić na ponoszących odpowiedzialność. Tak, może.

— LiouxSked. Chcę, by za to zapłacił, by Sini cierpieli. Przestań się nim opiekować, pozbądź się go.

— Czy chcesz śmierci komendanta policji? — Głos Starbucka zdradzał lekkie zdumienie.

— Nie. — Pokręciła głową, zdejmując pierścienie z palców. — To byłoby za proste. Chcę, by został zrujnowany, całkowicie upokorzony, by utracił wszystko — swą pozycję, szacunek przyjaciół, szacunek dla siebie. Chcę kompromitacji policji. Znasz ludzi, którzy mogą to zapewnić… idź do Labiryntu i załatw to.

Ciemne oczy Starbucka za szparkami czarnej maski wypełniła mroczna ciekawość.

— Dlaczego, Arienrhod? Czemu taka kara za Letnią dzierlatkę, której nigdy nawet nie widziałaś? Najpierw sprowadziłaś chłopca, by ją ściągnąć; a teraz, skoro przepadła… Na siedem pięter piekła, czym jest dla ciebie?

— Jest dla mnie kimś… — Zrobiła długi wdech — była dla mnie kimś, lecz nie mogę ci tego wytłumaczyć, gdybym nawet chciała. — Gdy z zazdrości o chłopca zaczął stawać się nieudolny, podała mu sam szkielet sprawy, nie pokrywając go ciałem. Był zadowolony, gdy miał pewność, że jej zainteresowanie innymi kochankami jest sztuczne, ale Sparks to coś innego, nie tylko on to dostrzegał. Nie lubiła zaborczości Starbucka, lecz potrafiła ją wykorzystywać, jak i inne słabości. Dlatego powiedziała mu o istnieniu dziewczyny, nie wyjaśniając przyczyn swej troski… — Skoro przepadła, tym bardziej nie ma powodu, byś wiedział, kim była. Zapomnij o niej. — Ja też muszę…

— A chłopiec? — zapytał zawzięcie.

— O nim też zapomnij, jeśli przez to poczujesz się lepiej. — Zobaczyła, jak się krzywi. Im bardziej ktoś się cofa, tym chętniej jest ścigany. Pomyślała o Sparksie Dawntreaderze. — Skup się na LiouxSkedzie, a poczujesz się lepiej, znacznie lepiej. — Wychyliła się i lekko dotknęła jego ramienia.

Kiwnął głową, uspokojony jej dłonią.

— Co z PalaThion? To przecież ona pozwoliła przemytnikom uciec z planety. Czy chcesz, bym… załatwił coś dla niej?

— Nie. — Spojrzała ku Sali Wiatrów. — Mam dla niej inne plany. Zapłaci za swe winy… uwierz mi, zapłaci. Idź teraz. Chcę, by to się stało szybko.

Skłonił się i wyszedł. Siedziała samotnie w ogromnej, białej ciszy.