128906.fb2 Tiamat - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 15

Tiamat - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 15

14

Sparks leżał rozciągnięty na łożu w swym prywatnym apartamencie, błądząc palcami po wąsach obcego pnącza, porastającego pięknie rzeźbiony zagłówek. Przepadła. Przepadła… powtarzał te słowa tak jak wzór, bez końca. Nie miał sił, by w to uwierzyć, by zareagować, poruszyć się, poczuć. By zapłakać. Jak mogła odejść — opuścić tę planetę równie nieodwracalnie, jakby umarła? Nie Moon, która była cząstką jego życia od dnia narodzin. Nie Moon, która zaprzysięgła być na zawsze cząstką jego…

Moon złamała tę przysięgę i została sybillą. Dlaczego? Dlaczego mu to zrobiła? Dlaczego zrobiła mu to teraz? Bo uwierzyła, iż nigdy nie wróci? Czemu już dawno nie powrócił na Neith? Gdyby czekał tam na nią, nigdy by do tego nie doszło.

Ale nie mógł wrócić. Najpierw dlatego, że wszystko szło źle, a potem, gdy znalazła go Królowa, dlatego że wszystko szło dobrze. Zawsze przez Krwawnik. Neith i cała reszta świata Letniaków wydawała mu się teraz odległa i szara jak brzeg we mgle; jedyną rzeczywistością jest kalejdoskop obrazów miasta rozszerzający mu zmysły i świadomość; czuł, że nigdy już nie zadowoli się ograniczonym światem wysp i morza. Morze… Dla mieszkańców miasta było jedynie warstewką wody na kamiennej kuli. Klęli na tysiące bogów, rzadko się do nich modlili, a potrzebne im odpowiedzi czerpali z maszyn.

Na stole w sąsiedniej komnacie miał końcówkę jednej z nich. Przeznaczoną dlań absurdalnie wielką przestrzeń wypełnił przyrządami, które gadały, śpiewały, a nawet słuchały, które wysyłały i pokazywały obrazy, podawały mu czas i odległość do najbliższych gwiazd. Niekiedy próbował je rozebrać, lecz przekonywał się tylko, iż części wewnętrzne rozsypują mu się na rękach w proch, albo środek był pusty, z wyjątkiem metalowych płytek pokrytych ścieżkami owadów i ich odchodami. Królowa zachęcała go do tego, pozwalała badać techowe urządzenia pałacu, nawet wysłała do plątaniny sklepów w Labiryncie, by znalazł sobie nowe.

Ciągle się zastanawiał, dlaczego go wybrała i tak hojnie się odpłaca za tę odrobinę, którą jej daje. Choć mniej o tym myślał niż na początku. Zaniepokoił go najpierw sposób, w jaki Królowa obserwowała go przy graniu — z natężeniem nie mającym nic wspólnego z muzyką, powodującym drżenie jej palców i sprawiającym, że czuł się przed nią nagi. Potem nastąpiły dotknięcia, wyszeptywane słowa, pocałunki, przypadkowe spotkania na osobności… A jest tak podobna do Moon, że trudno mu przychodzi odrywać od niej oczy, trudno unikać jej spojrzeń, trudno nie odwzajemniać uczuć i nie odpowiadać na oczekiwania.

Ale to nie Moon, lecz ponadczasowa Królowa Zimy, coraz wyraźniej dostrzegał tę prawdę, gdy patrzył, jak się zachowuje wobec odwiedzających dwór pozaziemców i dostojników. Były w niej rzeczy, których Moon nie nabędzie — mądrość, wyrachowane oceny, głębia doświadczenia, jakie nigdy nie stanie się udziałem Moon, rzeczy, których nie potrafił nazwać… podobnie jak nigdy w niej nie dostrzegł nieokreślonego sedna Moon. Nigdy też nie stanie się wspomnieniem, nigdy nie będzie tą, z którą dzielił wszystko.

A przecież były takie podobne, minęło tyle czasu… że podobnie jak miasto, Arienrhod stawała się rzeczywistością, zaś Moon jedynie przelotnym wrażeniem. To budziło w nim lęk; strach przed utratą własnej osobowości pętał mu język, gdy miał przyjąć jej zaproszenie.

Teraz jednak pękła nić łącząca go z Letnią połową życia. Moon odeszła. Przepadła. Nie ma już po co wracać do domu… nigdy nie rozwikłają supłów, w jakie zmienili swą przyszłość. Nigdy więcej jej nie zobaczy; nigdy więcej się przy niej nie położy, jak wtedy, gdy pierwszy raz spoczął u jej boku na splecionym chodniku przy piecu. Za ścianami w mroku północy szumiał wówczas i łkał wiatr, a Babcia spała spokojnie w sąsiedniej izbie… Wreszcie przyszły łzy, przekręcił się na bok i schował je w miękkiej ciemności poduszki.

Nie tyle usłyszał, co poczuł czyjąś obecność w pokoju, zimny powiew, gdy ktoś cicho otworzył i zamknął drzwi. Usiadł, wycierając twarz, zaczął wstawać na widok królowej.

Arienrhod położyła mu jednak dłoń na ramieniu i lekko posadziła z powrotem.

— Nie. Dzisiaj nie ma poddanego i władczyni, lecz dwoje ludzi, którzy utracili to, co kochają. — Usiadła przy nim, lejące się fałdy sukni odsłoniły jedną rękę. Była odziana prosto, bez biżuterii, z wyjątkiem naszyjnika z metalowych listków zawieszonych na węźlastym jedwabnym sznurku.

Znów wytarł twarz, usuwając z niej zakłopotanie, lecz nie zażenowanie.

— Nie… nie rozumiem… Wasza Wysokość. — Widząc ją siedzącą obok, wreszcie się zdumiał… — Skąd o niej wiecie? O Moon. O Moon i o mnie?

— Będąc tu tak długo, nadal pytasz, skąd wiem o różnych sprawach? — odparła z uśmiechem.

Spuścił wzrok, ściskając dłońmi kolana.

— Ale… dlaczego o nas? Spośród tylu innych na świecie? Jesteśmy tylko Letniakami.

— Ciągle się niczego nie domyślasz? Spójrz na mnie. — Uniósł oczy. — Przypominam ci kogoś… przypominam ci Moon, prawda? — Kiwnął głową. — Myślisz, że nie wiem. — Dotknęła jego ramienia. — Wiem; widzę, że cię to… trapi. Jest mi bliska, poprzez ciało i krew; bliższa niż ty dla niej.

— Jesteście… — Próbował wyobrazić sobie, jakie pokrewieństwo mogło spowodować aż takie podobieństwo. — Ciocią Moon? Siostrą ojca…

Pokręciła głową, uwalniając mleczne pasmo włosów.

— Moon nie ma ojca… już nie. My też jej nie mamy, ty i ja. Nigdy już nie zdołam się z nią spotkać, lecz była dla mnie równie ważna, równie cenna co dla ciebie. Może nawet bardziej. Kiedyś miałam nadzieję, że znajdzie się w mieście. — Przestała na niego patrzeć, błądziła wzrokiem po zdobnym, zastawionym stoliku przy ścianie.

— Nie przybyłaby — głos miał bezbarwny. — Nie po zostaniu sybillą.

— Tak sądzisz? A dla ciebie? — Nadal trzymała współczująco dłoń na jego ramieniu.

— Byłem dla niej mniej ważny od zostania sybillą — westchnął. — Czemu jednak nie powiedziałaś mi o… niej i tobie, o… nas? — Nie mówił już do Królowej, lecz osoby rozumiejącej jego stratę.

— Powiedziałabym ci. Mówię teraz. Chciałam jednak wiedzieć, jakiego kochanka wybrała sobie spośród wszystkich moja krewna. Chciałam najpierw sama poznać ciebie. I pochwalam jej wybór, bardzo pochwalam. — Ścisnęła lekko i puściła jego ramię, poprawiając w rozdrażnieniu włosy, lecz tylko rozpuściła je bardziej. Nigdy nie widział jej takiej, zmęczonej, roztargnionej i rozczarowanej. Tak bardzo ludzkiej, zachowującej się jak on… jak Moon.

— Sparks, nigdy już nie poznam Moon. Tylko ty możesz mi o niej opowiedzieć, przypomnieć ją. Powiedz, co pamiętasz najlepiej, co dostrzegasz w niej najgłębszego. Co lubiła i co w niej lubiłeś najbardziej? Powiedz, jak bardzo ją kochałeś…

Przypomniał sobie noc płomieni w kominku i wiatru, tysiące innych obrazów Moon — dziecko wirujące z rozpostartymi rękoma na lśniącej plaży; zakutaną dziewczynę, wyciągającą wraz z nim sieć miedzianych ryb na oblodzony pokład; kochankę szepczącą miłe słowa, ogrzewającą serce.

— Nie mogę. Nie mogę ci o niej mówić… — zabrakło mu słów. — Nie teraz, gdy odeszła.

— Odeszła, Sparksie. — Arienrhod zdjęła diadem i rozpuściła włosy, które spłynęły jak fala na jej ramiona i plecy, na zgaszone, chmurne barwy jej prostej sukni. — Ale jej nie straciłeś. Póki tego nie chcesz. — Nachyliła się. — Jesteśmy bardzo podobne, prawda — ona i ja?

Patrzył na nią, na kaskadę śnieżnych włosów, szczupłe dziewczęce ciało, miękką tkaninę sukni opinającą małe, strome piersi… wargi, zadające pytanie oczy barwy mchu, twarz odpowiadającą.

— Tak.

— Pozwól mi być Moon dla ciebie. — Boleśnie znajomym gestem uniosła kosmyk jego włosów; poczuł pulsowanie w skroniach. Słyszał w sobie głos Morza, nie wiedział jednak, ani nie dbał, czy go ono błogosławi, czy przeklina. Płonie, i nawet Morze nie zdoła zdławić ognia jego żądz. Wyciągnął rękę, dotykając ją po raz pierwszy, pogładził chłodne, gładkie krzywizny jej ramienia.

Przybliżyła się gorliwie do jego pieszczoty, pociągnęła go na łoże, pokierowała dłońmi.

— Pokaż, jak bardzo ją kochałeś…

Sparks leżał z zamkniętymi oczami, smakując wrażenia innych zmysłów, wyostrzonych przez błogie znużenie ciała. Czuł ciepły, piżmowy zapach spoczywającej obok Arienrhod, miękki nacisk jej ciała. Nie pachniała morzem, lecz aromatem sprowadzanych perfum. Mimo to wyczuwał w niej obecność Morza; była wcieleniem Pani, odzianym w fale, z włosów ulatywały jej mewy, jej wargi były jak wschód słońca, jak krew… czekająca na niego od wieków. Wsłuchiwał się w rytm jej spokojnego oddechu, otworzył oczy, by ujrzeć jej twarz. Miała opuszczone powieki, uśmiechała się w półśnie, mogła być nawet tą, której imię wymienił, gdy stracił opanowanie…

Drażniące zdumienie opanowało go na myśl, że leży obok Królowej Zimy. Przeważyła jednak przemożna czułość, pragnął dać jej swą miłość, wierność, życie, które ofiarował przysięgą tej drugiej, zaginionej.

— Arienrhod… — szepnął jej do ucha imię, do którego jeszcze nie przywykł. — Arienrhod. Chcę być przy tobie jedynym.

Otworzyła oczy, spojrzała nań z łagodnym wyrzutem.

— Nie. Nie, kochany.

— Czemu? — Objął ją zaborczo. — Dla Moon byłem jedyny. Pozwól mi być jedynym przy tobie. Nie jestem kolejną rybą w sieci, nie chcę cię dzielić z setką innych.

— Ale musisz, Sparksie. Jestem Królową, władczynią. Nikt nie stawia mi ograniczeń, nikt mi nie rozkazuje — nie pozwalam na to, bo oznaczałoby to osłabienie mej władzy. Nigdy nie będzie jedynego czy jedynej. To ja jestem Jedyna. Ale nigdy też nie będzie takiego jak ty… — Pocałowała go czule w czoło, położyła palce na pozaziemskim medalu spoczywającym mu na piersi. — Moje gwiezdne dziecko.

Zadrżał.

— Co się stało?

— Ona tak mnie nazywała. — Podciągnął się na łokciu, spojrzał na nią, leżącą z uśmiechem, znalazł się poza czasem. — Skoro nie mogę być jedynym w ogóle, to choć jedynym, który się liczy. — Widział w myślach drwiącą postać odzianą w czerń, stojącą zawsze po prawicy Królowej, podbechtującą go i drażniącą przy każdym spotkaniu, ze złą radością płynącą z gorzkiej zazdrości. — Chcę wyzwać Starbucka.

— Starbucka? — Arienrhod spojrzała nań ze szczerym zdumieniem i zaczęła się śmiać. — Kochany, jesteś tu zbyt krótko, by wiedzieć, co powiedziałeś, a także zbyt młody i żywy, by wszystko porzucać. Bo wyzwanie Starbucka tylko tym może się skończyć. Jestem zaszczycona twym gestem, ale ci zakazuję. Uwierz, dla mego serca jest on niczym. Od pierwszej świątecznej nocy, kiedy nałożyłam maskę Królowej Zimy… tak dawno temu… — Zmieniły się jej oczy, już na niego nie patrzyła. — … nie było w moim łóżku ani w życiu nikogo, kto sprawiłby, że zatęskniłabym za czasami, gdy byłam jedynie Arienrhod; gdy żyłam w świecie pozbawionym wiedzy, łecz wolnym; gdy pragnienia i marzenia coś znaczyły, ponieważ nie mogły się nigdy spełnić. Wzbudziłeś we mnie tęsknotę za utraconą niewinnością wzbudziłeś. — Znów się uśmiechnęła, niemal ze zdumieniem. — Nie musisz robić nic więcej, bym cię kochała… dlatego chcę cię uchronić przed krzywdą. Starbuck zabiłby cię każdą bronią, którą byś wybrał, łącznie z gołymi rękoma. Ponadto Starbuck musi być pozaziemcem, musi mieć znajomości wśród swoich, które pomagają mi ich powstrzymywać.

— Też jestem pozaziemcem. — Wyciągnął medal, pozwolił mu bujać nad jej głową. — Mającym tyle wspólnego z tym światem, by jak ty ich nienawidzić. Słuchałem i patrzyłem, nauczyłem się wiele o dworze i mieście, o wykorzystywaniu ich przez pozaziemców. Tego, czego nie wiem, mogę się nauczyć od ciebie… — Rozchylił usta w uśmiechu, którego Moon nigdy by nie zrozumiała. — Znam jedyną rzecz, która jest mi potrzebna, choć może w to nie wierzysz. Wiem, jak wyzwać Starbucka i zwyciężyć. — Przestał się uśmiechać.

Arienrhod przyglądała mu się w milczeniu; widział, jak waży i mierzy go oczyma. Wydawało się, że przez twarz przeleciała jej chmura, nim skinęła głową.

— W takim razie go wyzwij. Jeśli jednak to uczynisz i przegrasz, nazwę cię nędznym samochwałą i pokocham się z nim na twoim grobie. — Złapała bujający się medal i ściągnęła Sparksa na siebie.

— Nie przegram. — Łapczywie poszukał jej ust. — A jeśli nie będę mógł być twym jedynym kochankiem, to stanę się najlepszym.