128906.fb2
Nastał ranek. Starbuck przygotowywał się powoli i rozważnie w najbardziej wewnętrznej komnacie swego apartamentu. Każdym precyzyjnym ruchem i decyzją upewniał się, że całkowicie nad wszystkim panuje. Nałożył skafander stroju myśliwskiego zamiast żałobnego, wymuskanego kostiumu dworskiego, liczyła się przede wszystkim wygoda i swoboda ruchów. Obciągnął każdy palec czarnych skórzanych rękawic, włożył na głowę rogaty hełm. Pomyślał, że może po raz ostatni zakłada maskę czy stosuje się do rytuału, i naprężył mięśnie. Odrzucił pogardliwie tę myśl — tak samo odrzuci Sparksa Dawntreadera.
Ten nieopierzony maminsynek sądzi, że może zostać Starbuckiem, ośmielił się rzucić mu wyzwanie, a Arienrhod je przyjęła. Byłoby to z jej strony sprytne posunięcie, lecz walka jest tak obłędnie nierówna, iż nie sądził, by traktowała ją poważnie. Nie pozwoliłaby tępemu gnojowi z wiochy z medalem znalezionym na złomowisku mieć się za pozaziemca, gdyby nie wiedziała, że nie ma on najmniejszych szans zwycięstwa.
Nie, chce się tylko zabawić; to do niej podobne. Nie jest sobą, odkąd dostała wiadomość o kuzynce Dawntreadera; snuje się, przygnębiona i złośliwa, trudniej z nią wytrzymać niż zwykle. Nie uwierzyłby, że cokolwiek na świecie może przebić pancerz jej szczytowego samolubstwa czy wstrząsnąć jej niewzruszoną arogancją. Kim jest dla Arienrhod ta dziewczyna, że obserwowała ją od tylu lat? Dałby wiele za dowiedzenie się, co jest jej słabym punktem…
Wiedział już, kim jest dla niej chłopiec, wreszcie stał się jej łóżkowym łupem, zdobytym po najdłuższej pogoni, jaką kiedykolwiek musiała wykonać. Dzieciak był szalony albo celowo grał opornego i niewinnego. Bez względu na przyczyny, jego sposoby zadziałały aż za dobrze. Wyraz twarzy Arienrhod patrzącej na chłopca rozwścieczał go, budził zazdrość, jakiej nigdy nie czuł do żadnego z jej poprzednich kochanków.
To teraz nieważne. Traciłby czas, bolejąc nad tym, że już się nim znudziła. Gdy tylko minęło podniecenie łowami, a nieosiągalna zwierzyna stała się kolejną zawszoną zdobyczą, na pewno postanowiła pozbyć się jej tak jak poprzednich. To miało sens. Pasowało do znanej mu Arienrhod. Znów stanie się jego, wróci do niego jak zawsze dotąd, bo wie, czego ona chce, i może jej to dać.
Z przyjemnością zajmie się dla niej tą sprawą, zabije kłopotliwego sukinsynka. Arienrhod przyznała chłopcu prawo wyboru broni, lecz się tym nie przejmował, bo był dobry w każdej, a dzieciak jest smarkatym grajkiem. Było to niemal poniżej jego godności… lecz i tak sprawia mu radość.
Starbuck z zadowoleniem oglądał siebie w wysokim lustrze. Zapiął pas z bronią i wyszedł z komnaty, kierując się do Sali Wiatrów, gdzie Arienrhod wyznaczyła miejsce spotkania. Zdziwiło go to, lecz nie zgłosił sprzeciwu. Spotykana na korytarzach szlachta i służba omijała go szerokim łukiem, rzucając ukradkowe, niepewne spojrzenia. (Nawet dostojnicy traktowali go zawsze z szacunkiem, będąc w gruncie rzeczy rozpieszczonymi, dobrze urodzonymi słabeuszami.) Wszyscy wiedzieli o wyzwaniu i że walka odbędzie się tego dnia, choć nikt nie znał nazwiska konkurenta… ani wyniku starcia.
Zastanawiał się, jaką broń wybierze szczeniak. Poczuł w dłoniach pełne wyczekiwania mrowienie i rozluźnił je. Wyzwania należały do rzeczy, do istnienia których w ich połowie świata nie przyznałby się żaden szacowny Zimak. Wywodziły się z zamierzchłych, mrocznych czasów, nim jeszcze Hegemonia przyniosła kulturę tej zagubionej planecie; czasów, kiedy to Królowa była dla swego ludu żywą Matką Morza, a mężczyźni walczyli o jej boskie łaski… tak jak i teraz. Nie martwił się tym dziedzictwem sięgającym epoki przedcywilizacyjnej. Lubił mierzyć się z innymi, każdym zwycięstwem udowadniać światu — Arienrhod, sobie — że jest lepszy od tych, którzy próbowali go pokonać. Nie tylko silniejszy, ale i sprytniejszy. To dlatego zawsze zwyciężał i zawsze będzie. Mimo iż urodził się na Kharemough jako Pozaklasowy, zmuszany przez cały świat do jedzenia gnoju, zdołał wałka wydostać się z szamba i zdobyć władzę, nieosiągalną dla żadnego z najlepiej nawet wykształconych technokratów. Miał wszystko to, co oni, a nawet więcej — wodę życia. Iluż z nich trwoniło fortuny, by choć jeden dzień w tygodniu czy miesiącu nie ulegać starzeniu? On codziennie pił z fontanny młodości, to zapewniała mu obecna pozycja. Dopóki dawał Arienrhod, co chciała, miał wszystko, czego sam pragnął, a nigdy nie tęsknił za starością. I dopóki pozostanie w pełni sił, żaden konkurent mu tego nie odbierze.
Dotarł do sali tronowej. Była teraz pusta, ogromna i cicha, jakby wstrzymała oddech. Przeszedł ją, nie naruszając milczenia. Zastanawiał się, co się czuje, mając władzę przez sto pięćdziesiąt lat, tak jak Arienrhod. Albo żyjąc tak długo, by doczekać się powrotu pozaziemców i odrodzenia Zimy, zaobserwować odtwarzanie cywilizacji i skorzystać z jej przyjemności? Chciałby wiedzieć, co mężczyzna (lub kobieta) mógłby wtedy czuć, zastanawiał się, czy przeżywszy tyle lat, zacząłby rozumieć kręte ścieżki umysłu Arienrhod.
Dawno już stracił rachubę znanych przez siebie kobiet, od dobrze urodzonych do niewolnic; niektóre nienawidził, większość wykorzystywał, jedną czy dwie szanował, lecz żadnej jeszcze nie pokochał. Nic nie przekonało go dotąd, iż miłość to coś więcej, aniżeli sześcioliterowe słowo. Tylko słabeusze i przegrani wierzą w miłość lub bogów…
Nigdy jednak nie zetknął się z kimś takim jak Arienrhod. Była nie tylko kobietą, ale i żywiołem; na jej magnetyzm składały się wszystkie rzeczy, jakich pożądał. Przez nią uwierzył wbrew swej woli we własną słabość, odrobinę chętniej w moc obcych bogów… czy obcych bogiń. Nie uzyska też stu pięćdziesięciu lat młodości i przyjemności, stu pięćdziesięciu lat odkrywania jej tajemnic, choćby nawet chciał. Za pięć lat będzie musiał na zawsze opuścić tę planetę — lub zginąć. Za pięć lat wszystko ulegnie Zmianie, a Arienrhod umrze… a on wraz z nią, chyba że umknie na czas. Kochał ją, choć przedtem zawsze miłował tylko siebie. Nie sądził jednak, by kochał ją bardziej niż życie.
Wchodząc do Sali Wiatrów, ujrzał ją, czekającą na platformie. Za jej plecami jęczała i wzdychała niecierpliwa otchłań. Zabłąkane podmuchy wiatru unosiły jej mlecznobiałe włosy, powiewały swobodnie nad nieskazitelną bielą obrzędowej peleryny. Zrobiono ją z błyszczącego srebrzyście puchu polarnych ptaków, była miękka jak chmury… przypomniał sobie, jak czuł ją na swojej skórze. Miała ją na sobie sześciokrotnie, przy każdym z poprzednich wyzwań, po raz pierwszy, gdy on sam był wyzywającym.
Po jej lewicy stały Psy. Sierść im lśniła, perłowe, nic nie wyrażające oczy przesłaniały powieki wewnętrzne. Były tu, by zaprzysiąc służbę zwycięzcy i zająć się cicho ciałem pokonanego. Przez dziesięć lat nie słuchał nigdy ich wiecznych, monotonnych rozmów ani się tym nie przejmował. Nie wiedział, czy mają życie płciowe, a nawet płeć. Uważano ich inteligencję za niższą od ludzkiej, jak jednak, u licha, można ocenić obcy umysł? Na niektórych planetach używano ich jako niewolników, podobnie jak i ludzi. Zastanowił się przelotnie, co myślą, patrząc na niego, czy w ogóle myślą o czymkolwiek znanym ludziom, z wyjątkiem zabijania.
Złożył formalne ukłony Arienrhod i chłopcu.
— Przybyłem. Wymień swą broń. — Po raz pierwszy to nie on ją wybierał. Gdy wymawiał te obrzędowe słowa, spoczął na nim wzrok Królowej, lecz nie było w nim poparcia, jedynie chłód, jaki w niej narastał od chwili przybycia smarkacza. Czyżby nadal znajdowała się pod wpływem tego Letniego bękarta? Czy naprawdę wierzy w jego szansę?
Nagle wytrącony z równowagi Starbuck uderzył pięścią we wnętrze dłoni. Do licha z nią, tak się go nie pozbędzie! Zabije chłopca, a wtedy ona przyjmie go do swego łóżka, czy będzie tego chciała, czy nie. Udało mu się uwięzić rosnący morderczy gniew w pancerzu skupienia.
— No, co wybierasz?
— Wiatr. — Sparks Dawntreader uśmiechnął się lekko, wskazując dłonią. — Staniemy na mostku, a zejdzie z niego ten, kto lepiej zapanuje nad wiatrem. — Z sakwy przy pasie powoli wyciągnął swą piszczałkę.
Zaskoczony Starbuck o mało nie wybuchnął śmiechem. Dzieciak jest jednak zuchwały… i głupi. Dostojnicy ze swymi gwizdkami mogą podczas przechodzenia nad przepaścią utrzymywać wokół siebie spokojną przestrzeń, lecz nie potrafią panować nad dwiema. Swoim pudełkiem sterującym zdoła stworzyć akordy i alikwoty, które chroniąc go, pozwolą mu jednocześnie atakować. Jeśli smarkacz myśli, że jego piszczałka z muszli jest lepsza od gwizdków szlachty, to czeka go największa niespodzianka w życiu, i ostatnia.
Arienrhod cofnęła się, jej peleryna zafalowała jak mgła, jak przejrzyste tafle nad mostkiem. Zostali sami.
— Niech wygra lepszy — powiedziała obojętnym głosem.
Nie czekając na Sparksa, Starbuck minął go i wszedł na kładkę. Przeszedł po niej niemal beztrosko, wystukując śpiewną kombinację klawiszy. Raz owinął go wiatr, zatykając dech, lecz na pewno nikt tego nie zauważył. Minąwszy ponad połowę mostu, zatrzymał się i odwrócił. Czekał bez ruchu z jedną ręką opartą na biodrze, drugą na pasie. Nigdy dotąd nie stał nad otchłanią. Jęczące wnętrzności maszynerii miasta ciągnęły się w nieskończoność, a kładka zdawała się być zbyt krucha. Automatycznie przyciskał klawisze ostrych tonów, reagując na zmiany otaczającej go komórki ciśnienia, starannie unikając patrzenia w dół.
Sparks przytknął piszczałkę do ust i wszedł na mostek. Starbuck słyszał wyraźnie płynną czystość jej tonów. Trochę się zdziwił, ujrzawszy, iż zadziałały — muzyka otulała smarkacza jak zaklęcie, szedł spokojnie, nic nie wydymało jego włosów ani zielonego jedwabiu koszuli. Musiał poświęcić wiele czasu na ćwiczenia w tym miejscu. Ale to w niczym mu nie pomoże.
Starbuck nacisnął drugi guzik, gdy chłopiec ledwo minął próg. Wydęte, przezroczyste tafle przesunęły się w powietrzu, wiatr runął z niespodziewanego kierunku i uderzył niby wąż w plecy Sparksa, który zachwiał się i opadł na kolano tuż przy pozbawionej osłon krawędzi przejścia, lecz ani na chwilę nie wypuścił piszczałki. Zręcznie odparował uderzenie i wstał na środku ścieżki. Ruszył dalej, nagle okazując twarzą bezlitosny gniew, wysyłając przed sobą nawałnicę przenikliwych dźwięków, chroniących go przed upadkiem, zakłócających finty i wypady przeciwnika.
Starbuck potknął się, ledwo zdołał ustać na nogach, gdy wiatr uderzył go mocno w twarz. Oczy zaszły mu łzami, mrugał gorączkowo, by odzyskać wzrok, zamiast skupić się na słuchaniu. Wichura spadła na niego od tyłu i powaliła. Opierając się na rękach i kolanach, odnalazł klawisze, dzięki swemu talentowi przywrócił wokół siebie bańkę spokojnego powietrza i wstał. Tafle wietrzne trzeszczały i stukały, to Sparks zaatakował ponownie, uśmiechając się teraz z pozbawionym radości skupieniem. Zachwiał Starbuckiem, który jednak zdołał się obronić, wysyłając własne tony; zrozumiał wreszcie, iż walka nie będzie jednostronna… przynajmniej nie tak, jak to sobie wyobrażał. Nigdy nie przysłuchiwał się na tyle uważnie graniu chłopca, by dostrzec, z jakim mistrzostwem posługuje się tą cholerną muszlą. Mógł wydawać z niej alikwoty, a palcami przebierał tak szybko, iż nuty tworzyły niemal akordy. Ponadto grał tak, jakby rzucał do walki wszystkie umiejętności słuchu muzyka i umysłu niedoszłego technika.
Była to jednak śmiertelna gra, a spośród wszystkich umiejętności Starbucka, które mógł wybrać chłopiec, kierowanie wiatrami było najsłabiej opanowane. Wyzwany spocił się, po raz pierwszy od bardzo długiego czasu zaczął się lękać o swoje życie. Wiatr znowu go ugodził w chwili, kiedy miał się za osłoniętego. Sam uderzył złośliwie, wysyłając wichury z trzech różnych stron, usłyszał krzyk zaskoczonego chłopca, gdy jedna z nich złapała go nie przygotowanego i rzuciła do przodu. Pozostał jednak na moście i odzyskał równowagę, nim następny cios zdołał go wykończyć.
Starbuck zaklął pod nosem. Było za dużo możliwości, co uniemożliwiało przewidzenie skutków, jakie wywoła mieszanina ich oddzielnych poleceń, choćby nawet któryś z nich potrafił odgadnąć rozkazy przeciwnika. Pochylił się nisko i ruszył w stronę Sparksa, skupiając się wyłącznie na obronie, a nie ataku. Im bliżej się znajdą, tym trudniej będzie dzieciakowi tak wysyłać wiatry, by nie zagrozić sobie. Gdyby udało mu się złapać i zgnieść piszczałkę, zdołałby go jednak pokonać…
Cios zimnej siły uderzył weń płasko, rzucając w bok. Machał rozpaczliwie rękoma, gdy jego nogi znalazły się po jednej stronie kładki, a głowa i ramiona z drugiej. Przez ciągnącą się w nieskończoność chwilę patrzył prosto w dół na czarne ściany przepaści, na których odległe spirale świateł maszyn błyszczały niby wieczne ognie serca Czarnych Wrót, poczuł silny zapach morza i usłyszał pienia żałobne. Czekał, leżąc cicho, zaciskając ręce na wąskim brzegu zawieszonego nad otchłanią łuku, zahipnotyzowany bliskością śmierci.
Nie opadał jednak ani nie wznosił się ostateczny, bezkształtny cios, by strącić go poza krawędź. Starbuck opanował odrętwienie i uniósł głowę, zobaczył Sparksa Dawntreadera stojącego nieruchomo, niezdolnego do zabójstwa.
Wpełzł na metrowej szerokości most, działając teraz instynktownie, powstał i otoczył się ochronną bańką powietrza. Ruszył biegiem i o mało nie dosięgną! chłopca, nim ten wreszcie zareagował, wysyłając na niego dwa podmuchy wiatru. Łatwo je sparował, jednocześnie unosząc stopę w ciężkim bucie, by z całej siły kopnąć chłopca w pachwinę.
Sparks runął ze zwierzęcym krzykiem bólu. Nie wypuścił piszczałki, lecz nie mógł już jej użyć ani zagrozić przeciwnikowi… Starbuck cofnął się powoli, odwlekając triumf, żałując, iż chłopiec za bardzo cierpi, by wiedzieć, co stanie się z nim teraz. Uniósł głowę i spojrzał na Arienrhod, stojącą nadal tuż za mostkiem, daleko, jak nieosiągalne marzenie. Za chwilę droga do niej będzie wolna. Sięgnął dłonią do klawiszy przy pasie; Arienrhod przesunęła się lekko.
W powietrzu zderzyły się dwa zgrzytliwe tony. Zdumiony poczuł, jak uderzenie wiatru zwala go z nóg. To nie chłopak, nie — on sam! Spada…!
— Arienrhod! — Spadając wykrzyknął jej imię jako przekleństwo, modlitwę i oskarżenie; wraz z nim runął w mrok.