128906.fb2 Tiamat - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 9

Tiamat - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 9

8

— …a potem część zysków z ostatniego Święta została przelana dla mnie na nowy fundusz, tak iż mogłam od razu zacząć robić maski na następny… niemal osiemnaście lat temu. Jak szybko mija czas, maskowany rytmem dni! Dla ciebie to rytm tworzenia — osobistego i powszechnego. Podaj pióra czerwono-pomarańczowe. — Wytwórczyni masek wyciągnęła rękę.

Sparks wychylił się na werandzie, sięgnął do jednej z tac stojących w dzielącym ich wejściu i podał jej garść piór. Malkin, szary, długonogi kot, wsunął ukradkiem pazur pomiędzy pozostałe pióra. Sparks przegonił go i powrócił do rozdzielania sznurów paciorków, wrzucając je do właściwych miseczek. Patrzył w górę i dół, starając się patrzeć na pracę swoją i jej, aż zakręciło mu się w głowie.

— Nie wiem, jak to robisz. Jak możesz tworzyć taką różnorodność masek, żadna się nie powtarza? Przecież ledwo… — Umilkł, ciągle niepewny swych słów pomimo jej zachęcań.

— …odróżniam czerwone pióro od zielonego? — Uśmiechnęła się i uniosła głowę, spoglądając na niego ciemnymi oknami swych oczu i czujnikiem wzrokowym na otaczającej czoło opasce. — Cóż, na początku nie było to łatwe. Pragnęłam jednak się uczyć, czułam potrzebę stworzenia samej czegoś pięknego. Nie mogłam malować ani rysować, lecz to w istocie bliższe jest rzeźbie, wymaga dotyku, wyczucia rodzaju powierzchni. Musisz też wiedzieć, że jest to rzemiosło dziedziczone w rodzinie Ravenglass, podobnie jak i ślepota. Urodzenie się niewidomą, a potem uzyskanie połowicznego wzroku — niekiedy sądzę, że takie połączenie wiedzie do szczytów wyobraźni. Wszystkie formy są cenne i wspaniałe… dostrzegasz w nich to, co chcesz zobaczyć. Mam dwie siostry, które także są ślepe i mają w mieście własne sklepy. Również wielu moich krewnych robi to samo, choć nie wszyscy są niewidomi. Trzeba mieć wiele energii twórczej, by mieć pewność, że zrobiło się maskę odpowiednią dla każdego hulaki, który na następnym Święcie będzie tańczył na tych ulicach. A wiesz co? — Uśmiechnęła się z dumą. — Moje są najlepsze ze wszystkich. Ja, Fate Ravenglass Zimak, zrobię maskę dla Królowej Lata. Podaj proszę kawałek czerwonego aksamitu.

Sparks przekazał jej skrawek tkaniny, wyczuwając ją palcami przy przesuwaniu.

— Ale cała ta praca, dzieło połowy życia, zajaśnieje jednej tylko nocy. Potem przepadnie. Jak możesz to znieść?

— Ponieważ jest to takie ważne dla tożsamości Tiamat jako oddzielnego świata, dla naszego dziedzictwa. Obrzędy Zmiany są tradycją sięgającą zamierzchłych czasów, nim na naszej planecie pojawiła się Hegemonia ze swymi władcami… niektóre wywodzą się z epoki, gdy sami byliśmy tu pozaziemcami…

— Skąd wiesz? — wtrącił. — Skąd wiesz, co się działo, nim pierwsze statki wypłynęły z Wielkiego Sztormu? — Bezwiednie przeszedł na język mitu.

— Wiem tylko to, co usłyszałam w kinie trójwymiaru. — Uśmiechnęła się. — Pozaziemcy mają archeologów, badających pisma i ruiny Starego Imperium. Twierdzą oni, że przybyliśmy tu jako uchodźcy z planety o nazwie Trista po pewnej międzygwiezdnej wojnie, stoczonej pod koniec Starego Imperium. Te fantastyczne oblicza, które zaczęłam tworzyć, jakby były prawdziwe, znajdowały się kiedyś na sztandarach rodów z pierwszych statków, przodków Letniaków i Zimaków. Pewnie poznajesz niektóre z nich; dla Letniaków nadal mają znaczenie. Twoje nazwisko okrętowe, Dawntreader, należy do kilkunastu najstarszych, wiedziałeś o tym? — Sparks pokręcił głową. — Gdy jednak nastała Hegemonia, sprawiła, że zaczęliśmy się wstydzić naszych “prymitywnych” tradycji, tak iż teraz przywołujemy je jedynie podczas Święta, kiedy to tak naprawdę czcimy nie wizytę Premiera, lecz nasze dziedzictwo.

— Och. — Ciągle czuł się niepewny i zmieszany poglądami Zimaków na historię, w której nie było Pani, choć nie przyznałby się do tego nawet przed sobą.

— Ponadto niektóre rzeczy stają się piękniejsze ze względu na swą ulotność. Pomyśl o rozwierających się kwiatach, granej przez ciebie pieśni, o tęczy… pomyśl o uprawianiu miłości.

A gdyby nie by to więcej tęcz… pomyślał Sparks i przygryzł wargę.

— Myślę, że to głupie oglądać się za siebie i żałować tego, co przemija.

— To ludzkie. — Przechyliła badawczo głowę, jakby wsłuchiwała się we własne myśli. — Dla artysty największą radością jest tworzenie czegoś. Gdy czujesz, jak pod twymi dłońmi coś rośnie, rośniesz wraz z tym. Jesteś żywy, przepływa energia. Gdy ustaje, przestajesz rosnąć. Przestajesz żyć. Czekasz na następny akt tworzenia. Nie czujesz tego, grając swą muzykę?

— Tak. — Podniósł swą piszczałkę, przebiegł palcami po cienkich jak włos rysach muszli, przypominających blizny po ranach, śladach jej pracy. Wykonała ją tak dobrze, że nawet dźwięk niemal się nie zmienił. — Chyba tak. Nigdy o tym nie myślałem. Ale sądzę, że tak jest.

— Proszę błękitno-fioletowe skrzydło żuka… dziękuję. Nie wiem, jak sobie radziłam, nim przybyłeś. — Malkin stanął obok biodra Fate i wszedł jej na kolana, przygniatając tkaninę jej luźnej spódnicy.

Sparks roześmiał się; ten stłumiony, kpiący z siebie dźwięk oznaczał, iż wypowiedziane przez nią słowa były przewrotne. Pomimo przepowiedni, jaką wygłosiła przy pierwszym ich spotkaniu, krucha muzyka wysp nie wytrzymała konkurencji niezliczonych przyjemności Labiryntu; śpiewając na rogach ulic, ledwo zarabiał na pożywienie. Wdychał, wciągał z powietrzem drażniącą mieszaninę egzotycznych zapachów dobiegających z sąsiedniej kwiaciarni z roślinami z Newhaven i z samathańskiej restauracji po drugiej stronie alei. Gdyby nie dała mu schronienia w pokoju za sklepem, zamiast spać pod czujnym wzrokiem tysięcy masek, kładłby się na noc do rynsztoka albo w gorszych miejscach.

Spojrzał na nią, wdzięczny wreszcie, że zmusiła go do pójścia na pozaziemską policję i złożenia oskarżenia na handlarzy niewolników. Pamiętał zdziwienie na twarzy Sinej, która uratowała mu życie, i wyraz winy na własnej. Westchnął. — Czy pozaziemcy naprawdę spakują się i opuszczą Tiamat po następnym Święcie? Porzucą wszystko, co tu mają? Trudno w to uwierzyć.

— Tak, odlecą niemal wszyscy. — Splatała chwost ze złotego sznurka. — Już zaczęli przygotowania, tak jak i my. Gdybyś tu się urodził, wyczuwałbyś zmianę. Czy to cię martwi?

Podniósł wzrok, bo nie spodziewał się tego pytania.

— Ja nie wiem. Wszyscy w Lecie mówili o czekającym nas dniu, o Zmianie; że wtedy przyjdziemy po swoje. Nie znoszę jednak myśli, że pozaziemcy oślepiają Zimę swą chwałę, gdy chcą coś wziąć, a potem uważają, iż mogą o nas po prostu zapomnieć. — Zacisnął dłoń na medalu, wsunął palce w rozcięcie stroju. — Ale…

— Ale dałeś się oślepić tą chwałą, tak jak wszyscy Zimacy. — Przerwała splatanie, by pogładzić srebrzysty grzbiet śpiącego Malkina.

— Ja…

Uśmiechnęła się, obserwując go trzecim okiem.

— Co w tym złego? Nic. Zapytałeś mnie kiedyś, czy żałuję, że nie mogę opuścić naszej planety, skoro gdzieś indziej wyleczyliby mą ślepotę? Uważasz, że muszę żałować, iż mam te czujniki zamiast… iż korzystam z połowicznego wzroku, zamiast pełnego. Mogłabym tak myśleć, gdybym patrzyła na to dobrymi oczyma. Ale patrzę ślepymi… i dla mnie widzą wspaniale.

— Wspaniale. — Sparks oparł się plecami o ścianę sklepu, spojrzał w dół alei. — A po Święcie wszystko się skończy.

— Tak. To ostatnie Święto. Po nim pozaziemcy nas porzucą, a Letniacy znów ruszą na północ, i skończy się życie, jakie znałam zawsze. Tym razem wybór Królowej Dnia odbędzie się rzeczywiście maska Królowej Lata będzie moim ostatnim i najlepszym dziełem.

— Co zrobisz po zakończeniu Święta? — Zrozumiał nagle, że to pytanie nie jest retoryczne.

— Zacznę nowe życie. — Zaciągnęła ostatni węzeł. — Jak wszyscy inni w Krwawniku. To dlatego nazywamy to Zmianą. — Uniosła ukończoną maskę jak ofiarę dla ludzi przechodzących aleją. Sparks zobaczył, jak niektórzy patrzą na nią i uśmiechają się.

— Dlaczego nazwali cię Fate (los)? Twoi rodzice.

— Matka. Nie domyślasz się? Dla tego samego powodu, dla którego nosisz imię Sparks (Iskierki). Dzieci radości otrzymują szczególne imiona.

— To znaczy, dwa Święta temu? Kiwnęła głową.

— To ciężkie brzemię nosić całe życie takie imię. Bądź rad, że nie musisz.

Roześmiał się.

— Dostatecznie ciężko jest być w Krwawniku “Letniakiem”. To jak kotwica, przeszkadzająca mi w dostaniu się gdziekolwiek. — Podniósł znów piszczałkę i przytknął do ust; lecz odłożył, gdy u wejścia do alei rozległ się przekazywany z ust do ust pomruk zdziwienia.

— Co tam się dzieje? — Fate odłożyła maskę, bezwiednie marszcząc czoło.

— Ktoś idzie aleją. Ktoś bogaty. — Domyślił się tego po strojach, nim jeszcze dostrzegł twarze nadchodzących wąską uliczką obcych. Na orszak składało się kilku mężczyzn i kobiet, lecz patrzył tylko na prowadzącą go postać. Bogactwo egzotycznych szat nagle przestało mieć dla niego znaczenie, gdy ujrzał wyraźnie jej twarz…

— Sparks? — Dłoń Fate znalazła jego ramię i zacisnęła się na nim.

Nie odpowiedział. Wstał powoli, czując jak wokół odpływa świat, aż został sam w pustej przestrzeni wraz z… — Moon (Księżyc)!

Stanęła, z uśmiechem, poznając go, i czekała, aż do niej podejdzie.

— Moon, co tu…

Otoczyli go jej towarzysze, złapali za ręce, odciągnęli.

— Co się z tobą stało, chłopcze? Ważysz się zbliżyć do Królowej?

Uniosła dłoń, nakazując go puścić.

— W porządku. Przypomniałam mu kogoś innego, to wszystko Czy nie mam racji, Sparksie Dawntreaderze Letniaku?

Wszyscy patrzyli na nią, lecz nikt z równą mu niewiarą w oczach. Była Moon, była Moon… ale też i nie Moon. Pokręcił głową. To nie Moon. To Królowa… A więc stoi przed nim Królowa Śniegu, Królowa Zimy. Zakłopotany, niemal przerażony, upadł przed nią na kolana.

Schyliła się, wzięła go za rękę i podniosła.

— To nie jest konieczne. — Uniósł głowę i zobaczył, że wpatruje się w jego twarz z taką siłą, że aż się zarumienił i odwrócił wzrok. — Jakże rzadko spotyka się Letniaka potrafiącego coś uszanować. Kogo to tak bardzo ci przypominam, że widzisz ją, zamiast mnie? — Nawet głos jest taki sam; choć coś w nim z niego kpi.

— Moją kuzynkę, Wasza Wysokość. Moją kuzynkę Moon. — Przełknął ślinę. — S-skąd wiedzieliście, kim jestem?

Roześmiała się.

— Nie pytałbyś o to, gdybyś był Zimakiem. Nic w mieście nie uchodzi mej uwadze. Na przykład doszły mnie słuchy o twym niezwykłym talencie muzycznym. Tak naprawdę przyszłam tu, by cię spotkać. By poprosić cię o pójście do pałacu i zagranie dla mnie.

— Mnie? — Sparks przetarł oczy, nagle zwątpiwszy, czy na pewno nie śpi. — Ależ nikt nie chciał słuchać mego grania… — Poczuł, jak w na wpół pustej kieszeni brzęczy mu kilka zarobionych tego dnia monet.

— Słuchają właściwi ludzie. — Dobiegł go z tyłu głos Fate. — Czy nie mówiłam ci, że tak będzie?

Wzrok Królowej powędrował do tyłu w ślad za jego wzrokiem.

— Co tam, maskarko? — zapytała. — Jak idzie ci praca? Czy zaczęłaś już maskę Królowej Lata?

— Wasza Wysokość. — Fate z powagą skłoniła głowę. — Dzięki Sparksowi praca idzie mi lepiej niż zazwyczaj. Za wcześnie jednak na Królową Lata. — Uśmiechnęła się. — Nadal panuje Zima. Troszczcie się o mego muzykanta. Nie chciałabym go stracić.

— Dostanie najlepszą opiekę — powiedziała miękko Królowa.

Sparks wszedł na werandę, podniósł piszczałkę i wsunął ją do sakiewki przy pasie. Potem nagle chwycił dłonie Fate i pochylił się ponad tacami, by pocałować ją w policzek.

— Przyjdę cię odwiedzić.

— Jestem tego pewna. — Kiwnęła głową. — Teraz nie pozwól czekać swej przyszłości.

Wyprostował się i ruszył za Królową, mrugając oczyma, bo rzeczywistość mieszała mu się z marzeniami. Dworzanie władczyni otoczyli go jak płatki obcego kwiatu i zabrali wraz z nią.