129713.fb2
Powieki zamknęły mu się same ze znużenia i Eldridge pogrążył się w pełnej majaków drzemce.
Usłyszał delikatne skrobanie i podniósł wzrok.
Stał przed nim Viglin z przenośnikiem w dłoniach.
Eldridge był zbyt zmęczony, by się zdziwić. Popatrzył chwilę na przybysza, po czym spytał:
— Przyszedłeś się nacieszyć?
— Nie chciałem, żeby to tak wyszło — zaprotestował Viglin, wycierając z twarzy kropelki potu. — Musisz mi uwierzyć, Tom. Nigdy nie chciałem twojej śmierci.
Eldridge usiadł i popatrzył z bliska na Viglina.
— Ukradłeś mój wynalazek, prawda? — spytał.
— Tak — przyznał się Viglin. — Jednak miałem zamiar dzięki tobie zrobić coś dobrego. Podzieliłbym zyski między nas.
— Po co go ukradłeś?
Vi glin wyglądał na zażenowanego.
— Kompletnie nie interesowałeś się pieniędzmi.
— Więc ty oszustwem wymusiłeś na mnie zrzeczenie się moich praw?
— Gdybym ja tego nie zrobił, zrobiłby to ktoś inny, Tom. Ja tylko chroniłem cię przed twoim własnym bujaniem w obłokach. Przysięgam, że zamierzałem cię dopuścić do tego interesu! — Ponownie przetarł sobie czoło. — Nigdy jednak nie wyobrażałem sobie, że to się skończy w ten sposób.
— A potem oskarżyłeś mnie o te kradzieże, chociaż byłem niewinny — stwierdził Eldridge.
— Co? — Wyglądało na to, że Viglin jest bardzo zdziwiony. — Nie, Tom. Ty naprawdę ukradłeś te rzeczy. Zresztą pasowało mi to doskonale, aż do tej chwili.
— Kłamiesz!
— Czy pojawiłbym się tutaj, żeby kłamać? Przyznałem przecież, że przywłaszczyłem sobie twój wynalazek. Dlaczego miałbym oszukiwać w innych sprawach?
— Więc po co ukradłem te rzeczy?
— Myślę, że uknułeś jakąś dziką intrygę w nie zamieszkanych sektorach, ale tak naprawdę nic o tym nie wiem.
Zresztą to nie ma znaczenia. Posłuchaj, nie mogę spowodować odwołania procesu — to teraz sprawa o przestępstwo temporalne — ale mogę cię stąd wydostać.
— Dokąd miałbym się udać? — spytał Eldridge z rozpaczą. — Gliny szukają mnie przecież po całym czasie.
— Schowam cię w mojej posiadłości. Mówię poważnie. Będziesz mógł siedzieć jak mysz pod miotłą, aż upłynie termin przedawnienia sprawy. Nigdy nie przyjdzie im do głowy, żeby szukać cię u mnie.
— A prawa do mojego wynalazku?
— Zachowam je — oznajmił Viglin z odrobiną dawnej pewności siebie. — Nie mogę ci ich zwrócić, nie czyniąc się tym samym odpowiedzialnym za ingerencję w czasie. Ale naprawdę podzielę się nimi z tobą. A ty istotnie potrzebujesz partnera w interesach.
— W porządku, zabierajmy się stąd — zgodził się Eldridge.
Viglin miał ze sobą pewną ilość narzędzi, którymi posłużył się z podejrzaną biegłością. W ciągu kilku minut znaleźli się poza obrębem celi, kryjąc się w ciemnym podwórzu.
— Ten przenośnik jest już dość słaby — wyszeptał Viglin, sprawdzając stan baterii w swoim urządzeniu. — Czy to możliwe, żebyśmy wydostali jakoś twój?
— Powinien być w magazynie — odrzekł Eldridge.
Przy magazynie nie było strażnika i Eldridge szybko poradził sobie z zamkiem. Wewnątrz odnaleźli przenośnik obok niedorzecznego, zaskakującego łupu Eldridge’a.
— Ruszajmy — odezwał się Viglin.
Eldridge potrząsnął głową przecząco.
— Nie wybieram się z tobą — powiedział.
— Posłuchaj, Tom, wiem, że nie ma powodu, dla którego miałbyś mi ufać. Ale ja naprawdę dam ci ten azyl. Słowo daję.
— Wierzę ci — odparł Eldridge. — Ale to niczego nie zmienia — nie zamierzam wracać.
— Więc co masz zamiar zrobić?
Eldridge zastanawiał się nad tym intensywnie od chwili wydostania się z celi. Był teraz na rozstaju dróg. Mógł wrócić z Viglinem lub ruszyć dalej sam.
W gruncie rzeczy nie miał żadnego wyboru. Musiał przyjąć, że za pierwszym razem wiedział, co robi. Słusznie czy nie, musiał wierzyć w samego siebie i wyruszyć na wszystkie umówione wcześniej spotkania z przyszłością.
— Wybieram się do nie zamieszkanych sektorów — oznajmił. Znalazł w magazynie worek i zaczął wypełniać go ziemniakami oraz nasionami marchwi.
— Nie powinieneś tego robić! — sprzeciwił się Viglin. — Tym razem możesz nie mieć tyle szczęścia. Możesz zostać całkiem skasowany.
Eldridge wrzucił już do worka wszystkie ziemniaki i opakowania z nasionami marchwi. Następnie włożył tam zestawy literatury światowej, kamizelki ratunkowe, puszki z płynem przeciwko rekinom oraz lusterka. Na samym wierzchu znalazły się wielkoładunkowe pistolety ręczne.
— Czy masz jakiś pomysł, co będziesz robić z tym wszystkim?
— Kompletnie tego nie wiem — przyznał Eldridge, upychając pod koszulę kasety z muzyką symfoniczną. — Ale one muszą do czegoś pasować.
Viglin westchnął ciężko.
— Nie zapominaj, że musisz za każdym razem odczekać pół godziny między skokami w czasie, bo zostaniesz skasowany. Masz zegarek?
— Nie. Zostawiłem go w swoim pokoju na uczelni.
— Weź ten — to specjalny model sportowy — rzekł Viglin, zapinając zegarek na nadgarstku Eldridge’a. — No, powodzenia, Tom. Życzę ci tego zupełnie szczerze.
— Dzięki.
Eldridge ustawił przycisk na najdalszy możliwy skok w przyszłość, jaki urządzenie było w stanie zrobić. Uśmiechnął się do Viglina i nacisnął guzik.