129713.fb2 Z?odziej w czasie - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 7

Z?odziej w czasie - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 7

Nastąpił zwykły moment ciemności, a potem Eldridge poczuł nagle lodowaty chłód. Gdy otworzył oczy, odkrył, że jest pod wodą.

Zaczął wypływać, walcząc ze ściągającym go w dół ciężarem worka. Gdy tylko jego głowa znalazła się nad powierzchnią, zaczął rozglądać się wokół w poszukiwaniu najbliższego lądu.

Nie było żadnego lądu. Długie fale o łagodnych grzbietach sunęły ku niemu od bezgranicznego horyzontu, unosiły go na moment, a potem płynęły dalej, w stronę brzegów, ukrytych gdzieś w oddali.

Eldridge zaczął gwałtownie szperać w worku; znalazł kamizelkę ratunkową i nadmuchał ją. Wkrótce już huśtał się na powierzchni oceanu, próbując wyobrazić sobie, co też mogło się wydarzyć w czasie, który właśnie przeskoczył.

Każdy skok w przyszłość przenosił go w coraz gorętszy klimat. Teraz, po upływie niezliczonych tysięcy lat, czapy lodowe musiały już się roztopić. Potężna część Ziemi była prawdopodobnie pod wodą.

Wzięcie kamizelek ratunkowych okazało się dobrym pomysłem. Dawało mu to ufność w pomyślny przebieg dalszej części podróży. Teraz po prostu pounosi się na wodzie przez pół godziny, by uniknąć skasowania. Położył się na powierzchni i zaczął podziwiać kształty chmur na firmamencie.

Coś otarło się o niego.

Spojrzał w dół i zobaczył długi ciemny kształt, prześlizgujący się pod stopami. Wkrótce dołączył do niego drugi i oba ruszyły żarłocznie w jego stronę.

Rekiny!

Zaczął gwałtownie gmerać w worku, w pośpiechu wysypując część lusterek; wreszcie znalazł puszkę płynu przeciw rekinom. Otworzył ją, rozlał płyn wokół siebie, i w ciemnoniebieskiej wodzie zaczęła rozprzestrzeniać się pomarańczowa plama.

Teraz w pobliżu były trzy rekiny. Pływały ostrożnie wokół powiększającego się wciąż kręgu z płynu. Dołączył do nich czwarty, wskoczył na moment w pomarańczowy, oleisty obszar i błyskawicznie wycofał się na czyste wody.

Eldridge poczuł zadowolenie, że w przyszłości udało się wyprodukować płyn przeciw rekinom, który naprawdę działał.

Po upływie pięciu minut część pomarańczowej substancji wyparowała. Eldridge otworzył następną puszkę. Rekiny nie porzuciły nadziei, ale nie były w stanie wpłynąć na skażony obszar. On zaś co pięć minut otwierał kolejną puszkę. Ta patowa sytuacja trwała przez cały czas półgodzinnego oczekiwania pomiędzy skokami.

W końcu Eldridge sprawdził, czy przenośnik jest dobrze nastawiony, i mocniej uchwycił worek. Nie wiedział, po co będą mu kiedykolwiek potrzebne lusterka lub ziemniaki, ani też dlaczego tak ważne były nasiona marchwi. Mógł jedynie podjąć ryzyko.

Nacisnął guzik i pogrążył się w dobrze znanej ciemności.

Po chwili stał, zanurzony po kostki w gęstym, paskudnie śmierdzącym bagnie. Było potwornie duszno, a chmara wielkich komarów krążyła wokół jego głowy.

Wydobył się z kleistego szlamu; towarzyszyły mu przy tym nieprzerwane syki i mlaskania niewidocznych form życia, zamieszkujących te bagna. Znalazł nieco pewniejsze oparcie dla stóp pod koroną niewielkiego drzewa. Wokół rozpościerała się dżungla, której rozpasana zieleń nakrapiana była w wielu miejscach złotem i purpurą.

Eldridge usadowił się przy drzewie, żeby przeczekać kolejne pół godziny. W tym fragmencie przyszłości wody oceanów najwyraźniej cofnęły się, i na ich miejscu powstała pierwotna dżungla. Czy żyli tu jacyś ludzie? Eldridge nie był tego całkiem pewien. Wyglądało bowiem na to, że świat zaczyna się od nowa.

Nagle usłyszał beczenie i zobaczył, jak na tle jasnozielonego listowia przesuwa się jakiś matowy, również zielony kształt. Coś się do niego zbliżało.

Eldridge patrzył na to badawczo. Miało wysokość około sześciu metrów, pomarszczoną jaszczurczą skórę oraz duże spłaszczone stopy. Do złudzenia przypominało niewielkiego dinozaura.

Uważnie obserwował gada. Przypomniał sobie, że większość dinozaurów, a zwłaszcza te, które żyły na bagnach, żywiła się roślinami. Ten prawdopodobnie chciał go tylko powąchać. Potem wycofa się pewnie w gąszcz traw.

Dinozaur ziewnął, odsłaniając wspaniały garnitur ostrych zębów, po czym, wyglądając na zdeterminowanego, zaczął się zbliżać do Eldridge’a.

Ten ostatni widząc to zanurzył dłoń w worku, odepchnął na bok nieistotne teraz przedmioty, po czym schwycił wielkoładunkowy pistolet i wystrzelił.

Dinozaur zniknął w kłębie dymu. Miejsce, w którym był przed chwilą, znaczyły teraz jedynie nieliczne krwawe strzępy oraz zapach ozonu. Eldridge spojrzał z respektem na wielkoładunkowy pistolet ręczny. Teraz rozumiał, dlaczego był on tak drogi.

Przez następne pół godziny znaczna liczba mieszkańców dżungli objawiła żywe zainteresowanie jego osobą. Każdy z pistoletów starczał jedynie na kilka strzałów, co nie dziwiło, biorąc pod uwagę ich niszczycielską siłę. W końcu ostatni zaczął tracić energię; Eldridge musiał uderzyć pterodaktyla kolbą jak maczugą.

Gdy pół godziny minęło, ponownie ustawił wskaźniki; wiele dałby za to, żeby wiedzieć, co go czeka. Zastanawiał się też, jak ma stawić czoło nowym niebezpieczeństwom, dysponując jedynie książkami, ziemniakami, nasionami marchwi i lusterkami.

Być może nie oczekiwały go już żadne zagrożenia.

Tak czy owak, był tylko jeden sposób, by to sprawdzić.

Nacisnął guzik.

Znajdował się na trawiastym zboczu. Gęsta dżungla najwyraźniej zniknęła. Teraz rozpościerał się wokół niego sosnowy las chwiejący się delikatnie w porywach wiatru. Pod stopami Eldridge miał twardy grunt, a nad jego głową świeciło łagodne słońce.

Gdy wynalazca przenośnika pomyślał, że ten właśnie czas mógł być jego celem, poczuł mocniejsze bicie serca. Miał w sobie zawsze atawistyczną żyłkę, pragnienie znalezienia miejsca nie tkniętego przez cywilizację. Zgorzkniały Eldridge, ten pierwszy, obrabowany i zdradzony, mógł jeszcze silniej czuć tę potrzebę.

Był jednak nieco rozczarowany. Mimo to stwierdził, że nie jest tak źle, wyjąwszy samotność, która mogła stać się jego udziałem. Gdyby tylko byli tu jacyś ludzie…

Z lasu wyłonił się człowiek. Był niskiej, lecz mocnej postury, miał mniej niż półtora metra wzrostu, muskuły jak zapaśnik i ubrany był w krótką futrzaną spódniczkę. Jego skóra miała szarawy odcień. W rękach trzymał chropowaty konar drzewa, z którego niezdarnie uformowano maczugę.

Za nim wyszło z lasu około dwudziestu innych. Maszerowali prosto w stronę Eldridge’a.

— Witajcie, chłopcy! — powiedział uprzejmie.

Przywódca odrzekł coś w ich gardłowym języku i wykonał gest otwartą dłonią.

— Mam ze sobą coś, co pomnoży wasze zbiory — oznajmił Eldridge pospiesznie. — Mam dokładnie to, czego potrzebujecie.

Sięgnął do worka i wydobył z niego nasiona marchwi.

— Nasiona! Dzięki nim przyspieszycie swój rozwój cywilizacyjny o tysiące lat…

Przywódca mruknął złowróżbnie i jego ludzie zaczęli otaczać Eldridge’a. Wyciągali przed siebie obrócone dłońmi w górę ręce i pomrukiwali z podnieceniem.

Nie chcieli worka i odmówili wzięcia zużytego pistoletu ręcznego. Teraz otoczyli Eldridge’a niemal całkowicie. Podnosili już maczugi, a on wciąż nie miał pojęcia, czego chcą.

— Ziemniaki? — spytał zdesperowany.

Nie chcieli również ziemniaków.

Musiał poczekać jeszcze dwie minuty na następny skok maszyną czasu. Odwrócił się i zaczął uciekać.

Dzicy natychmiast znaleźli się tuż za nim. Eldridge wbiegł do lasu szybko niczym chart, klucząc pomiędzy drzewami.

Kilka maczug przeleciało ze świstem obok niego.

Została jedna minuta.

Potknął się o korzeń, zerwał na nogi i biegł dalej. Dzicy byli już dosłownie za plecami.

Dziesięć sekund. Pięć sekund. Jedna z maczug odbiła się od jego ramienia.

Już! Sięgnął w stronę przycisku i w tej samej chwili maczuga rąbnęła go w głowę, przewracając na ziemię. Gdy ponownie przejrzał na oczy, zobaczył, że przywódca dzikusów stoi z uniesioną maczugą nad jego transporterem czasowym.