177839.fb2
Nikt nie chciałby wylądować w szpitalu.
Jeżeli tylko ma inne wyjście.
A już na pewno nikt nie chciałby wylądować w szpitalu dla weteranów.
Armia, marynarka, siły powietrzne i piechota przeznaczają większość swoich środków na próby zabijania ludzi, a nie leczenia ich.
Szpitale dla weteranów cuchną zaniedbaniem.
Ten w Tellings nie był wyjątkiem.
W holu dla odwiedzających krzyczał jakiś człowiek na wózku. Rozerwał mu się worek na odchody i nikt nie przychodził go wymienić. Powiedział, że woła tak od dwóch godzin.
Pielęgniarka z izby przyjęć nie zważała na jego krzyki, jak gdyby słuchała głośnej muzyki z niewidzialnego iPoda.
Nas ledwo dostrzegła.
– Tak? – zapytała kilka minut po naszym zgłoszeniu się w rejestracji.
Wcześniej okrążyliśmy teren szpitala drogą wokół trzech niewinnie wyglądających budynków, które składały się na cały kompleks. Zapytałem Dennisa, czy pamięta to miejsce.
– Czy to tutaj, Dennis? Byłeś już tutaj?
Nie potrafił powiedzieć. Rozglądał się jak turysta, który patrzy na coś, o czym czytał w przewodnikach – na coś, co wygląda znajomo, ale nie do końca.
Był łatwy sposób, żeby się dowiedzieć.
– Czy długo tu pani pracuje? – zapytałem pielęgniarkę z izby przyjęć.
– Co?
– Czy pracuje pani tutaj dłużej niż tydzień?
– Co to ma znaczyć? – zapytała. – Ma pan jakieś uwagi odnośnie do moich kwalifikacji?
– Czy widziała już pani któregoś z nas?
– Czy mogę szanownym panom w czymś pomóc? – zapytała tonem, który mówił, że przyjrzała się Dennisowi wystarczająco dobrze, żeby stwierdzić, że taki z niego szanowny pan jak i ze mnie. Kiedy człowiek spędzi trochę czasu w samochodzie, zaczyna wyglądać, jakby w nim mieszkał.
– Mamy receptę – powiedziałem. – Chcielibyśmy ją zrealizować.
– Czy widzi pan tu gdzieś napis „apteka”?
– Nie.
– W takim razie dlaczego prosi mnie pan o zrealizowanie recepty?
– No dobrze, w porządku.
– Czy on jest weteranem? – zapytała, wskazując na Dennisa. Mogłaby zapytać o to jego, ale widziała już tylu pacjentów szpitali psychiatrycznych, że rozpoznawała ich na kilometr.
– Saddam nafaszerował mnie chemikaliami – powiedział Dennis.
– Naprawdę?
– Mam w żyłach ropę, potrzebuję smaru.
– Czy pan jest jego opiekunem, czy coś w tym rodzaju? -zapytała.
– Coś w tym rodzaju.
– Chce go pan powierzyć naszej opiece?
– Nie. Tylko kupić leki, jedzie na rezerwie.
– Może pan to przemyśli, on nie wygląda najlepiej.
– Nie, nic mu nie jest. Potrzebuje tylko swoich lekarstw.
– No dobrze, jestem zajęta.
– Jasne, w porządku. I nigdy go pani nie widziała?
– Nie.
Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie nad łukiem głównego wejścia wisiał napis „Wesprzyj nasze wojsko”.
Zrobiłem coś, co ostatnimi czasy robiłem przy każdym wyjściu na zewnątrz. Rozejrzałem się, szukając niebieskiego pick-upa.
– Ile pigułek mi zostało? – zapytał Dennis.
– Niewiele. A przy okazji: zauważyłeś, że mają różne kolory?
Mama Dennisa powierzyła mi zaszczytną funkcję strażnika leków – włożyła je wszystkie do pudełka po plastrach z opatrunkiem i wepchnęła do mojej kieszeni. Mimo woli pomyślałem, że to jakaś metafora – trochę jak daremne przylepianie plastra na śmiertelną ranę.
– Jestem głodny – powiedział Dennis.
– Dobra, zjemy coś po drodze.
Starałem się oszczędzać gotówkę, żeby nie korzystać z bankomatu. Chociaż właściwie nie miało to już znaczenia, bo zanim dojechaliśmy do szpitala i tak zapłaciłem kartą za paliwo – wsunąłem ją do czytnika, jak pracownicy UPS wsuwają do otworu na listy kartkę ze słowami: byłem tu.
Następny szpital znajdował się w Oregonie, sto pięćdziesiąt kilometrów dalej na południe.
Szpital imienia Eisenhowera.
Pomijając ostatnie wypadki, nigdy w życiu nie byłem w okolicach Oregonu. Teraz jechałem tam drugi raz w ciągu dwóch tygodni.
– Dennis, powiedz mi, gdy zobaczysz znowu tę tablicę, dobrze?
– Jasne – pokiwał głową. – Jaką tablicę?
– MH92TV.
– A, w porządku.
Dochodziła północ. Uznałem, że poruszając się nocą, jesteśmy bezpieczniejsi – unikamy przydrożnych moteli, w których musiałbym użyć karty kredytowej albo wypłacić gotówkę, a człowiek z niebieskiego pick-upa mógłby zaskoczyć nas w ciemnościach.
Dojechaliśmy do szpitala Eisenhowera o pierwszej w nocy.
Wyglądał trochę jak podstawówka, do której chodziłem w dzieciństwie, tylko był trzy razy większy. Przed wejściem do przysadzistego budynku z czerwonej cegły stał obowiązkowy maszt. W gorącym, lepkim powietrzu amerykańska flaga zwisała z niego bezwładnie jak kuchenna ścierka.
– Co to jest? – zapytał Dennis, kiedy wjechałem na parking. – Gdzie jesteśmy?
To nie wróżyło dobrze.
W rejestracji mieliśmy powtórkę z Tellings. Tym razem pielęgniarka w izbie przyjęć okazała się bladym mężczyzną o sowiej twarzy, który zapytał, czego chcemy, powiedział, że nigdy w życiu nie widział Dennisa, i zapytał o jego zdrowie psychiczne, kiedy ten zabił nieistniejącą muchę.
Mimo to poszliśmy na mały spacer wkoło, podobnie jak w Tellings. To była klapa, Dennis nigdy tam nie był.
Wróciliśmy do samochodu i wyjechaliśmy główną bramą.
Przygotowałem się do długiej jazdy, do następnego szpitala było prawie pięćset kilometrów.
Dennis był niespokojny.
Powierzyłem mu zadanie odczytywania tablic rejestracyjnych. Dzięki temu on miał zajęcie, a ja prawie wiarygodnego obserwatora wypatrującego niebezpieczeństwa w otaczającym nas gąszczu cyfr i liter.
Mniej więcej o trzeciej nad ranem poczułem ten rodzaj zmęczenia, z którym nie można już walczyć. Dennis zasnął już wcześniej i chrapał teraz głośno oparty o boczną szybę. Byłem bliski pójścia w jego ślady. Przerywane żółte linie na jezdni działały na mnie jak tabletki nasenne połykane jedna po drugiej w drodze do łóżka.
Kiedy dotarło do mnie, że naprawdę zasnąłem za kierownicą i zjechałem na sąsiedni pas, zacząłem wypatrywać następnego zjazdu. Niecałe pięć kilometrów dalej zjechałem z autostrady w poszukiwaniu miejsca, w którym moglibyśmy się kilka godzin przespać.
Znalazłem całodobową stację benzynową.
Zaparkowałem obok oświetlonego okna. Było przez nie widać hinduskiego właściciela, ale my nie byliśmy widoczni z drogi. Wyłączyłem silnik i natychmiast zasnąłem.
Dennis obudził mnie, kiedy nad horyzontem pojawił się zaledwie wątły pas różowego światła.
Spojrzałem na zegarek: była piąta trzydzieści.
Otaczały nas niskie zarośla, które właśnie wyłaniały się z porannego mroku. Słychać było szelest dwóch rozpiętych nad stacją wielkich linii wysokiego napięcia i od czasu do czasu upiorny świst przejeżdżającego samochodu.
– Muszę iść – powiedział Dennis. – Boli mnie brzuch.
– Dobra, Dennis, tam. – Pokazałem mu drzwi do toalety z tyłu budynku.
Otworzył drzwi do samochodu i siedział chwilę, przecierając oczy. Potem powoli się przeciągnął: najpierw stopy, potem ręce, w końcu reszta ciała. Ruszył niepewnym krokiem w kierunku łazienki i wszedł do środka.
Byłem potwornie zmęczony, musiałem się jeszcze przespać. Kiedy się obudziłem, zastanawiałem się, czy Dennis naprawdę wyrwał mnie ze snu, idąc do łazienki, czy to mi się śniło. Zupełnie jak moja była żona, która potrafiła rozmawiać ze mną o drugiej w nocy, a potem zarzucać mi, że wszystko zmyśliłem.
Tylko że Dennisa nie było w samochodzie. Różowe światło płynnie przechodziło w bladożółte.
Była piąta czterdzieści.
Wysiadłem, podszedłem do drzwi od łazienki i zapukałem.
– Dennis, czy wszystko w porządku?
Usłyszałem stęknięcie.
Obszedłem budynek w poszukiwaniu jedzenia.
Kiedy wszedłem zaspany do sklepu, Hindus – prawdopodobnie Sikh, ponieważ nosił charakterystyczny czerwony turban – nawet mnie nie zauważył. Siedział przygarbiony za ladą i czytał gazetę.
Wszedłem między regały, usiłując znaleźć coś do jedzenia. Stacje benzynowe najwyraźniej ignorują ostatnie trendy w żywieniu. Ta ograniczała się właściwie do produktów spożywczych o nazwach kończących się na „os”.
Cheetos. Doritos. Tostitos. Rolos.
Było tak cicho, że kiedy wyciągnąłem z półki dwie paczki doritos, ich szelest zabrzmiał jak wystrzał z pistoletu.
Ale Sikh nawet nie drgnął nad swoją gazetą.
– Czy jest jakiś sos? – zawołałem.
Zignorował mnie.
– Gdzie mogę znaleźć sos?
Cisza.
– Hej! – zawołałem.
Włączył się terkoczący klimatyzator. Przejechał samochód. Na zewnątrz rozległ się wrzask dachowego kota. Trzeszczała linia wysokiego napięcia.
Zdarza się, że człowiek uświadamia sobie coś w jednej chwili, a kilka wyraźnych, przerażających myśli ni stąd, ni zowąd jednocześnie opanowuje mózg, tak że nie można złapać tchu.
Wtedy idzie się na dno.
Wybiegiem ze sklepu, upuszczając doritos na podłogę.
Zacząłem głośno wołać.
– Dennis! – Rzuciłem się do drzwi do łazienki, powtarzając: o mój Boże, o mój Boże, Dennis, o mój Boże, Dennis…
Ja, który raczej unikałem zwracania się do Boga, ponieważ nie zrobił dla mnie w życiu zbyt wiele, wezwałem go trzy razy, jak gdybym wznosił do nieba jakiś święty lament. Jak gdybym odmawiał pokutę za grzechy.
Popełniłem grzech.
Zasnąłem.