39418.fb2
– Przecież ojciec już nie potrzebuje podręczników do elektroniki!
– Ale je lubił. Zjadł wszystkie rachunki za ostatni miesiąc, składałam je na tym niskim stoliczku, nie wiem, jak on tam się wspiął…
– Mamo, on nigdy taki nie był!
– Ale teraz taki jest. Może nie zgadzał się charakterologicznie z twoim Jarkiem i jak się rozstaliście, nabrał wigoru. Jak dla mnie tyle wigoru jest nie do przyjęcia. Przykro mi, ale musisz go zabrać.
– O matko. Kiedy?
– Jak najszybciej. Ja nie mam do niego zdrowia. Muszę go stale mieć na oku, żeby czegoś nie zmalował. A jak tylko wyjdę do łazienki, to on natychmiast zjada jakąś książkę. Daję ci trzy dni, Ilonko, a potem musisz znaleźć dla niego jakieś miejsce.
Ilonka zastanowiła się chwilkę i spojrzała w dół. Gizmo siedział grzecznie na podłodze, przytulił się do jej lewej nogi i grzał ją przyjemnie małym, tłustym tyłeczkiem. Od czasu do czasu łypał na nią oczkami jak dwa kasztanki.
– Chodź, malutki. Chyba nie mamy wyjścia. Wracasz do domu, do mamusi. Jakoś damy radę.
– O właśnie – prychnęła matka. – Jak ty do niego mówisz? Moim zdaniem i ojca też dawno już powinniście się z Jarkiem postarać o dziecko; prawdziwe dziecko, a nie mopsa!
– Mam jeszcze Zygfryda – powiedziała Ilonka ponuro.
– Jakiś kot? – W tonie matki brzmiała zabójcza ironia.
Nie, jeep. Mój samochód – wyjaśniła jej harda córka. – Zygfryd. On mnie kocha. Ja jego też. Gizmo, czas na nas. Spadamy.
Pierwszą osobą, którą spotkał komisarz Tomasz Ogiński na swojej telewizyjnej drodze następnego dnia o ósmej pięćdziesiąt osiem rano, była właśnie Ilonka. Ściślej mówiąc, omal go nie przejechała, zawijając z impetem przy wjeździe na parking.
– Gdzie leziesz, śmotruchu! Życie ci się znudziło? Komisarz zahamował w miejscu jak pies Huckelberry z kreskówki, którą uwielbiał jako dzieciak. Pół metra od niego stał wielki fioletowy jeep, z którego wyglądała mała kobietka z furią w oczach. Komisarzowi wydało się, że na kierownicy samochodu widzi coś w rodzaju niedużego beżowego misia. To coś się ruszało, dość energicznie. Komisarz na wszelki wypadek odwrócił oczy.
– Dzień dobry, pani redaktor – powiedział kąśliwym tonem.
– Cholera. Przepraszam, panie komisarzu. Nie widziałam pana. Tu ktoś stanął jak debil i wszystko zasłonił. No przecież w tym miejscu nie można stać! Gizmo, nie gryź kierownicy! Żyje pan na pewno? Tego jełopa trzeba by odholować!
Z obszernego audi zaparkowanego rzeczywiście dość nieszczęśliwie wysiadał właśnie aspirant Brzeczny.
– O matko – jęknęła Ilonka. – Ja to mam szczęście! A swoją drogą niech pan tu nie stoi, panie aspirancie, bo panu ktoś wykasuje zderzaki albo i cały kufer. Niech pan wjeżdża za mną na parking. Gizmo!!! Potem wyjaśnimy wartownikom, a na razie rura!
Aspirant ledwie zdążył usiąść z powrotem za kierownicą i uruchomić auto. Ilonka wyprysnęła przed niego, pilotem podniosła szlaban i przemknęła pod nim jak strzała. Aspirant zdążył za nią w ostatniej chwili i szlaban spokojnie opadł.
Zanim znaleźli miejsca na parkingu okupowanym już przez biuralistów zaczynających pracę o ósmej, komisarz wszedł do holu i porozumiał się z wartownikami. Bez kłopotu dostał klucz do pokoju na ósmym piętrze. Pozostawiając Ilonkę własnemu losowi, obaj policjanci udali się do swojej nowej kwatery głównej. Z pewnym zdziwieniem znaleźli tam nie tylko telefon, komputer i drukarkę, ale również podstawowy zestaw kawowo – herbaciany.
– Podlizują się nam czy się nas boją?
– Albo są normalnymi, sympatycznymi ludźmi, którzy tak samo jak my pracują po piętnaście godzin dziennie i teraz życzliwie zadbali o nasze podstawowe potrzeby – podsunął z pewną nieśmiałością aspirant.
– Przestań. Tak czy inaczej zróbmy sobie kawę i podsumujmy dzień wczorajszy.
W momencie kiedy aspirant sypał rozpuszczalną gevalię do kubków, do drzwi ktoś nieśmiało zapukał.
– Proszę. – Aspirant postarał się, aby jego głos brzmiał surowo i kompetentnie.
W drzwiach ukazała się dziewczyna o urodzie modelki. Albo i o wiele lepszej.
– Dzień dobry panom, przepraszam, że przeszkadzam, ale pan redaktor… dyrektor… naczelny… to znaczy peo naczelnego… prosi panów do siebie. Oczywiście pan dyrektor może przyjść również tutaj, ale sądził, że u niego będzie panom wygodniej… To co, mogę panów zaprowadzić?
Policjanci spojrzeli po sobie, również po to, żeby się demonstracyjnie nie zagapić na zabójczą sekretarkę, i jednocześnie skinęli głowami.
– Pójdę przodem – zaszemrała i rzeczywiście poszła. Idąc dwa kroki za nią, komisarz z aspirantem mogli do woli oglądać kilometrowej długości nogi zakończone niesłychanie wprost foremnym czymś, na co mężczyźni zazwyczaj lubią sobie popatrzeć. Zwłaszcza jeśli jest tej jakości.
W windzie wiozącej ich dwa piętra wyżej wprawdzie stracili możliwość obserwacji nóg i ich zwieńczenia, zyskali za to wgląd w przepaścisty dekolt, również najwyższej światowej klasy. Wychodząc z windy aspirant nie mógł się powstrzymać przed uniesieniem w górę kciuka. Za plecami dziewczyny, oczywiście. Komisarz z przekonaniem pokiwał głową.
– Panowie na pewno napiją się kawy – zaszemrało znowu cudne zjawisko. – Ja zrobię. Proszę, panowie wejdą do szefa.
Dyrektor programowy siedział za biurkiem i rozmawiał przez telefon. Na widok wchodzących policjantów rzucił szybko do słuchawki jakieś wyjaśnienie i szybko wyłączył komórkę.
– Witam – powiedział nerwowo, a goście zgodnie pomyśleli, że każdy w jego sytuacji byłby nerwowy. – Rany boskie, co się porobiło! Nazywam się Eugeniusz Mikło, w obecnej sytuacji zastępuję panią Proszkowską. Jestem dyrektorem programowym. Nie było mnie wczoraj w Szczecinie, byłem w Krakowie na konferencji wszystkich programowców… to taka doroczna trzy dniówka. Pani Sierakowska złapała mnie telefonem, ale nie miałem jak wrócić wcześniej, nie dostałem biletów na samolot, zresztą i tak nic bym już nie pomógł. Proszę, siadajcie panowie.
Policjanci wymienili nazwiska i zajęli miejsca za okrągłym stołem. Weszła sekretarka z tacą.
– Nie przyniosłam koniaku, ale może jednak?
– Pani Jolu. O dziewiątej rano? Chyba że panowie? Nie? Dobrze, dziękuję pani. Nie ma mnie chwilowo, chyba żeby się pojawił dyrektor Rysiak. To finansowy. – Mikło dorzucił wyjaśnienie dla policjantów. – Przepraszam za ubiór i maniery mojej sekretarki… to nie jest w zasadzie moja sekretarka, tylko pani Proszkowskiej, a ona popierała w biurze panienki jak z „Vogue’a”. A przynajmniej z „Twojego Stylu”. Ja… proszę mnie zrozumieć, nie mam nic do takich ubranek, nawet lubię sobie popatrzeć, jeśli jest na co…
– W tym wypadku jest – wtrącił niewinnie aspirant Brzeczny.
– A maniery nie były najgorsze – dołożył komisarz. – Bardzo sympatyczna osoba.
– Cieszę się, że panowie tolerancyjni. Mam prośbę, zanim panowie zaczną mnie odpytywać, powiedzcie mi, co, na Boga, co się właściwie stało… ja wiem, że Ewelina nie żyje… naprawdę ją ktoś udusił?
– Jak najbardziej – przytaknął aspirant. – To znaczy, niestety tak.
– Uduszona – powiedział od progu doktor Antoni Szkielniak, kiedy komisarz odwiedził go wczesnym rankiem przed udaniem się do telewizji. – Tymże szalikiem. Przedwczoraj w godzinach popołudniowych. Stawiamy na siedemnastą – osiemnastą. Tu obecny profesor zaświadczy wam, niedowiarki, że miałem rację w sprawie się – nie – bro – nienia denatki. Mogę tak powiedzieć?
– W żadnym wypadku. Witam, panie profesorze. – Tomasz Ogiński uścisnął rękę profesora Grzybowskiego, wybitnego patologa. To właśnie profesor Grzybowski zaraził swego dawnego ucznia a obecnie przyjaciela, doktora Szkielniaka, niezrozumiałym dla ogółu entuzjazmem do ponurego skądinąd zawodu. Komisarz bardzo lubił starszego pana, zresztą z wzajemnością. – Ja wierzę, że panowie mają stuprocentową rację, ale przyznacie, że to bez sensu.
– Trochę bez. Ale teoretycznie mogło tak być, że ktoś ją zaszedł od tyłu i zaskoczył tak nagle, że nie zdążyła zacząć się bronić.
– Raczej tak, że rozmawiała z kimś dobrze znanym, ten ktoś niby w żartach okręcił jej szal na szyi, zaciskał, zaciskał i zanim się zorientowała, że to nie żarty, nie mogła nic zrobić. A wiedzą już panowie, gdzie to się stało?
– Niestety nie. W tym studiu, kiedy przygotowują program, panuje koszmarny bałagan, stale coś przenoszą i przestawiają; tylko na środku, tam, gdzie patrzą kamery, wszystko wygląda jako tako, ale poza nimi… Początkowo myśleliśmy, że ją udusił za tym czymś, co oni nazywają horyzontem, to taka duża zasłona. Tam leżały reflektory z tego pudła, do którego potem ją włożył.
– Albo włożyła.
– Stawiałbym raczej na faceta, nie wiem, czy kobiecie chciałoby się szarpać z przenoszeniem tych wszystkich klamotów. Chociaż… warto było je schować, żeby zabójstwo wydało się jak najpóźniej. Niemniej one są ciężkie i nieporęczne. Koledzy znaleźli na nich spory zestaw różnych łapek. Trzeba będzie wyeliminować techników, którzy miewali z nimi do czynienia zawodowo.
– Mówił pan, że początkowo myśleliście o tym horyzoncie. Przestaliście?
Myśleliśmy przez chwilę, bo za horyzontem były ślady jej butów. Między innymi, oczywiście, ale jej były jedyne damskie. A przestaliśmy myśleć, bo te ślady jak weszły za horyzont, tak zza niego wyszły. No i tu już była gleba, bo wczoraj rano przebudowywali dekoracje, ciągali te konstrukcje wszystkie po podłodze, śmiecili, zamiatali, znowu śmiecili… nie zostawili nam żadnych szans.