51985.fb2 Gadaj?cy Grobowiec - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 10

Gadaj?cy Grobowiec - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 10

ROZDZIAŁ 9. WSZYSTKO SIĘ WYJAŚNIA

– To niesamowite, co opowiadacie – jęknęła mama Crenshaw, zapatrzona w falującą na wietrze firankę. Wszyscy siedzieli przy okrągłym stole w jadalni ciotki Matyldy. Wuj Tytus ssał wygasłą, a właściwie nigdy nie zapaloną fajkę, a ciotka nalewała kolejną, chyba czwartą, filiżankę aromatycznej herbaty. Państwo Andrewsowie, trzymając się za ręce, wpatrywali się osłupiałym wzrokiem w Trzech Detektywów.

– Sami do tego doszliście?

Jupiter Jones wypiął pierś.

– Prawie. Ale sami poskładaliśmy puzzle do kupy.

– Najgorzej było w grobowcu! – wstrząsnął się Bob, poprawiając opadające okulary. – Za pierwszym razem. Te czaszki, porozrzucane kości…

– Bo wszyscy poszukiwali skarbu – wtrącił Pete. – Od stu lat. Tylko nikt nie wiedział, co to jest. W grobowcu buszowali mieszkańcy Windy Island już od pięćdziesięciu lat. Myśleli, że są tam klejnoty, złoto…

– A złoto, i to ogromna żyła, znajdowało się kilkaset kilometrów stąd. W starej sztolni z tysiąc osiemset czterdziestego ósmego roku.

Papa Crenshaw złapał się za głowę.

– Przecież to wieki temu! Kopalnię zamknięto, bo nie opłacało się wydobycie.

Pete pokręcił głową. Kark jeszcze miał nieco sztywny. Cios rękojeścią pistoletu okazał się dość silny.

– Z wyjątkiem piekielnie bogatej żyły, do której nigdy nie dotarto. Wtedy nie było takich możliwości technicznych. Nie zbadano dobrze składu chemicznego skał. Dopiero trzy lata temu, przez przypadek, pewien turysta amator złotodajnego kruszcu, chemik z Doliny Krzemowej, wszedł do sztolni. I odkrył samorodek o wadze sześćdziesięciu gramów. A że był naiwnym człowiekiem, pochwalił się znajomym. Kilka dni później zniknął. I do dziś nie wiadomo, gdzie ukryto ciało.

– Zamordowany?

– A jakże. Przez faceta, który rości sobie prawa do gruntów leżących w obrębie masywu górskiego Sierra Nevada. I wielu innych. Niestety, żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się do czasów, gdy niejaki Prosper Osborne numer jeden odkrywa wraz z Beringiem Alaskę, a potem złoto nad Jukonem. Tak się tym kruszcem zauroczył, że zaraził swoich następców.

– Boże, Jupe, skracaj się. To prehistoria!

– Wiemy – Bob ładował do ust spory kawał ciasta z dyni. Specjalność ciotki Matyldy. – Jupiter zaraz przeskoczy do Osborne’a numer szesnaście. Też Prospera. Bo to imię nadawano każdemu pierworodnemu.

– Żeby maksymalnie skrócić opowieść, dodam tylko: Osbornowie połączyli się z rodziną Whitehouse’ów pięćdziesiąt lat temu. Kiedy to Prosper numer szesnaście ożenił się z bogatą wdową po magnacie naftowym Lincolnie Whitehouse’ie. – Jupiter wypił łyk herbaty. – A skracając jeszcze bardziej, wspomnę jedynie, że po śmierci żony wyjechał z ogromną forsą do Europy…

– Ściślej do Italii. Na Sycylię.

– Zwariował? – papa Crenshaw zmienił kasetę w magnetofonie. Nagrywał cały tekst dla dziennika “Sun Press”, w którym pracował. – Tamtejsza mafia pewnie go oskubała co do centa!

– Nie od razu. Osborne ożenił się z Włoszką z mafijnej rodziny Catalucci. Miał syna.

– Też Prospera? – ciotka Matylda wniosła drugą tacę z ciastami.

– Też. Numer siedemnasty, licząc od początku dynastii. I właśnie on spowodował wszystkie rodzinne kłopoty. Wszedł w spór z innym mafijnym sycylijskim rodem. Ci wydali go policji.

– Jednym słowem, numer siedemnasty wylądował w kiciu? – uściślał wuj Tytus.

– Właśnie. I na dodatek był niepoprawnym gadułą. Zwierzył się koledze z celi, że ma w Ameryce potężny majątek pod postacią tysięcy akrów gruntu. To wystarczyło, by zginął. W więzieniu.

Ciotka Matylda wybałuszyła oczy.

– To znaczy… że nie ma już żadnego potomka Whitehouse’ów?

– Nie ma. Ale ten kumpel z celi postanowił wcielić się w Prospera numer siedemnaście. W Ameryce nikt go nigdy nie widział. Przyleciał z dokumentami nieboszczyka do Waszyngtonu. Tam przez prawie dwa lata szlifował język. Później wylądował w Kalifornii. Ale we włoskiej dzielnicy wszyscy się znają. Przybysz szybko poznał rodzinę Cataluccich i Montalbanów. Nie wiedział tylko, że żoną Lincolna Whitehouse’a była niejaka Thereza z domu Montalban. Zatem…

– Tutejsza włoska mafia zrozumiała, że też ma prawa do ziemskiego majątku po Whitehouse’ach. Tyle że…

– Nikt nie wiedział, gdzie są dokumenty świadczące o własności tysięcy akrów gruntów, z dawnymi kopalniami złota na czele.

– W grobowcu? – jęknęła mama Crenshaw.

– O tym wiedział tylko fałszywy Prosper numer siedemnaście. Tyle że i on, w pewnym momencie, zaczął się bać tutejszej “RODZINY”. Co mafia, to mafia. Na Sycylii czy w Kalifornii tak samo znikają ludzie. Zaczął się wyścig pomiędzy fałszywym Prosperem a rodziną Cataluccich i Montalbanów. Raz go dopadli. Dostał kijem bejsbolowym w głowę. Myśleli, że nie żyje. Ale nasz fałszywy Prosper tylko stracił pamięć. Kiedy się zorientowali, że żyje, ale nic nie kuma, postanowili zostawić go w spokoju. – Jupiter oddychał ciężko.

– To był błąd. Tak więc Mortimer trafił do nas. Do Trzech Detektywów. Już wiecie, dlaczego nazwaliśmy go panem myszkiem. – Bob starał się być dokładny. – Chcieliśmy mu pomóc. Na początku rzeczywiście niczego nie pamiętał. Dopóki…

– Dopóki nie rąbnął się o schodek w naszej Kwaterze Głównej. Wtedy mu pamięć wróciła. Może nie od razu. Ale stopniowo. My o tym nie mieliśmy pojęcia.

– Myszek postanowił skołować wszystkich: policję, nas, rodzinę Cataluccich i Montalbanów oraz kilka postronnych osób. A potem, zrozumiawszy, że jest kompletnie sam, zaczął eliminować wrogów. Po kolei. Z matematyczną dokładnością. Kupił blond perukę z kitką. I dżinsowy garniturek.

– Dlaczego zabił wróżkę Clarissę Montez?

– Była ważnym ogniwem rodziny. O tym później. Ona to, na polecenie Sola Catalucci, przywiozła Mortimera z cmentarza, do którego w końcu dotarł i gdzie go chcieli zabić ciosem w głowę, do hotelu rodziny Pergola. Hotel nazywa się “Grazia Piena”, czyli “łaski pełna”, a rodzina Pergola ma w tym wszystkim niebagatelny udział…

– Po kolei, Jupe! – wtrącił Bob. – Inaczej niczego nie zrozumieją.

– Nie jesteśmy głupcami! – zaprotestowała mama Andrews. – Nie sądź, że razem z ojcem nie potrafimy zliczyć do… siedemnastu!

Jupiter Jones roześmiał się.

– I co dalej? – denerwowała się ciotka Matylda. Z placka zostały już tylko okruszki. – Co z panem myszkiem?

– Nabrał nas na przyjaźń. Chciał się włączyć do naszego śledztwa, by sobie zagwarantować niezłe alibi. Przez rzekomą utratę pamięci zerwały mu się też powiązania z Włochami. A oni pracowali… jak mróweczki!

– Trzeba przejść do drugiego wątku – zgodził się Pete. – A ten drugi łączy się z pierwszym. Ale do rzeczy. Na początku sądziliśmy, że rodziny handlują bronią. Bob odkrył pod stołem wróżki kilka skrzynek i parę karabinów. Nie miało to jednak nic wspólnego z handlem żelastwem…

– Tylko z czym?

– Z przemytem.

– Czego, Pete? – zdenerwował się wuj Tytus.

– Ludzi, proszę pana, ludzi! Głównie Meksykanów.

– Po co? Jak mogli zarobić na bezrobotnych analfabetach?

Jupiter podniósł palec w górę.

– Oni szmuglowali robotników. Do kopalni złota! Tej samej, którą wcześniej odkrył chemik i przez którą zginął. Tej kopalni nie można było eksploatować w sposób legalny. Gubernator Kalifornii nigdy by się na to nie zgodził. Tym bardziej, że teren leży na pograniczu dwóch stanów, Kalifornii i Nevady. On do dziś sądzi, że te ziemie są parkiem narodowym. Nikt z rządzących naszym stanem nie wie, ze w trumnie Therezy Montalban Whitehouse Osborne odnalezione zostały papiery sprzed stu lat!

– Nikt, nawet kustosz z Muzeum Historycznego w Los Angeles nic miał o tym pojęcia. Ani Urząd Ziemski – dorzucił Bob.

– Ale się zdziwią! – roześmiał się papa Andrews. – Moja gazeta jako pierwsza to opublikuje! Dlatego od pierwszej minuty nagrywam opowieść Trzech Detektywów. Tak jak Pete rozmowę z mordercą. W grobowcu. I co dalej?

– Medaliony, takie jak ten – Jupiter położył na stole srebrny przedmiot – oznaczały przynależność do rodziny. Miał go Mortimer i inni. Także wróżka, bo to pod jej kanciapą przechodzili meksykańscy imigranci, szmuglowani przez granicę dzięki biuru podróży Palermo Travel. Obie te instytucje, amerykańska i włoska, trudniły się nielegalnym przerzutem ludzi. Także do Europy. W Rocky Beach Meksykanie kierowani byli od razu do kopalni. Tam pracowali w straszliwych warunkach, za łyżkę zupy. Przemyt szedł przez kanciapę wróżki, podziemnym tunelem wykopanym jeszcze za czasów prohibicji.

– I nikt z normalnych gości hotelowych “Grazia Piena” się nie zorientował? – wuj Tytus z niedowierzaniem kręcił głową.

– Tam nigdy nie było innych gości. No, oprócz pana myszka. Hotel służył za pierwszą bazę przerzutu. Potem starymi autobusami przewozili ich dalej. Śledzeni satelitarnie z bazy komputerowej w grobowcu. Mówię wam… – zachwycał się Bob. – to istna Baza Wszelkich Danych!

– A jak się rodziny już zorientowały, że Mortimer odzyskał pamięć? – mama Crenshaw dziobała resztkę ciasta.

– To ich członkowie postąpili chytrze. Zawiadomili policję, konkretnie Mata Wilsona o… nielegalnym przemycie heroiny. Taki blef! Nigdy nie było narkotyków. Mortimer byłby wpadł w pułapkę, gdy by się nie przedstawił jako… adwokat Prosper Osborne.

– A ta dziewczyna? Juanita?

Pete uśmiechnął się.

– Miła dziewczyna. Ale żyje pomiędzy dwoma zwaśnionymi rodami: Cataluccich i Tarvich. Nasz agent Segreto Servicio z Sycylii musiał wtajemniczyć ją w cząstkę spraw. Juanita o wielu rzeczach nie miała pojęcia. Tarvi wysłał ją na cmentarz. Miała zanieść kopertę z danymi dotyczącymi nowych szlaków przerzutu. Bo morderstwa postawiły policję na nogi. Także koronera Bullita. Mafia musiała zmienić szlaki. Za Juanitą poszedł Bob. Ale tam czekał już kochany kuzynek Roberto Montalban. I to on rąbnął Boba. Potem go przerzucili do starej części grobowca.

– Z czaszkami o żółtych zębach! – wstrząsnął się Andrews. – Ale to ja zobaczyłem na trumnie Therezy znak: owalny medalion Osborne’ów.

– Dlaczego agent Tarvi nie zlikwidował wcześniej Prospera, to jest… Mortimera? – zdziwił się papa Andrews.

– Próbował. Raz go nawet porwał z ulicy. Widzieliśmy zielonego chevroleta. Ale Mortimer im zwiał. Był sprytny!

– Dlaczego zamordował dziennikarza Benjamina Robertsa? I jak?

Jupiter Jones przeciągnął dłonią po twarzy.

– Spanikował. Zobaczył nas, jak rozmawiamy w zoo z Robertsem – przyszedł tam, bo śledził Sola. A Catalucci już raz wystawił go policji. Kiedy zobaczył w zoo również dziennikarza, a potem nas, spanikował. Doszedł do wniosku, że media mogą mu bardziej zaszkodzić niż włoska mafia…

– Prasa to potęga! – westchnął papa Andrews. – Coś o tym wiem. Sam jestem dziennikarzem. Niektórzy nazywają nas czwartą władzą. Jak zginął nieszczęsny Benjamin?

Pete wzruszył ramionami.

– Załatwiono go strzykawką z silną dawką trucizny. Była pierwotnie przeznaczona dla Sola. Mortimer bał się strzelać, nawet z tłumikiem. To przecież zoo. Pełno ludzi, dzieci… przysiadł się na moment do Robertsa i… zrobił swoje. Znał się na tym. W Palermo siedział za cztery morderstwa… myszek jeden!

– Wpakowaliście się w niezłą kabałę! – jęknęła ciotka Matylda. – Dobrze, że wszystko już się skończyło. Guzy zniknęły z głów Boba i Pete’a. A Mortimer? Jak się właściwie nazywał?

– Angelo Riccione. Nie zdążył opróżnić trumny Therezy Montalkin Whitehouse Osborne. Zastrzelił go agent Tarvi. W obronie własnej. Angelo też strzelił. Ale chybił. – Jupe uśmiechał się. – Byłem przy tym. W bezpiecznej odległości.

– Czy dokumenty naprawdę znajdowały się w trumnie?

– Tak – potwierdził Jupiter. – W srebrnej skrzynce u stóp nieboszczki. Biedaczka, straciła głowę…

– Co?

– Dosłownie! – włączył się Bob. – Kiedy się tam kotłowali Tarvi z Mortimerem… trumna spadła z hukiem. Nieboszczka Thereza wypadła i…

Ciotka Matylda zacisnęła powieki.

– Dość tej makabry. Co będzie dalej z grobowcem?

Jupiter rozłożył ręce.

– Uporządkują go. Na koszt stanu. Ponieważ część spadkobierców siedzi w kryminale… a część, myślę o agencie Tarvi, zrzekła się wszelkich praw, ziemie przejdą na własność parku narodowego, który dzięki temu ocaleje. A starą sztolnię znów się zasypie. Nareszcie mieszkańcy Windy Island przestaną szukać skarbu. Najgorzej na tym wszystkim wyjdą Meksykanie i pracownicy obu biur podróży. Ci pierwsi zostaną deportowani, ci drudzy – bezrobotni!

– A wy?

– Myyy? – zdziwili się Trzej Detektywi. – My poczekamy na następną sprawę!

Zadzwonił telefon. Jupe uśmiechnął się promiennie.

– Telefonował Mat Wilson. jest pamiętliwy jak słoń. I tak samo subtelny. Powiedział tylko: ktoś się włamał na strony internetowe policji. Jest moje zdjęcie z gołą panienką. Czy Bob może coś z tym zrobić?

Wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem.