




Siergiej Sniegow

Dalekie szlaki



1. W&#281;&#380;opanna z Wegi



1

Dla mnie historia ta rozpocz&#281;&#322;a si&#281; w czasie spaceru nad kraterami Kilimand&#380;aro, od spotkania z Lusinem lec&#261;cym na ognistym smoku.

Nie lubi&#281; lata&#263; na smokach, bo tr&#261;ci mi to staro&#380;ytn&#261; teatralno&#347;ci&#261;, a powolnych pegaz&#243;w wr&#281;cz nie znosz&#281;. Na Ziemi pos&#322;uguj&#281; si&#281; zwyczajn&#261; wygodn&#261; awionetk&#261;, pojazdem niezawodnym. Ale Lusin nie potrafi sobie wyobrazi&#263; podr&#243;&#380;y bez u&#380;ycia smoka. W szkole, kiedy te cuchn&#261;ce potwory dopiero wchodzi&#322;y w mod&#281;, Lusin wdrapa&#322; si&#281; na &#263;wiczebnym smoku na Czomolungm&#281;. Smok wkr&#243;tce zdech&#322;, chocia&#380; by&#322; w masce tlenowej, a Lusinowi zakazano przez miesi&#261;c pojawia&#263; si&#281; w stajni. Od tego czasu up&#322;yn&#281;&#322;o czterdzie&#347;ci trzy lata, ale Lusin nie zm&#261;drza&#322;. Powtarza ci&#261;gle, &#380;e odzywa si&#281; w nim dusza przodk&#243;w, kt&#243;rzy ub&#243;stwiali te dziwne stworzenia, lecz moim zdaniem zwyczajnie pozuje na orygina&#322;a. Zupe&#322;nie tak samo jak Andre Szerstiuk. Obaj gotowi s&#261; wyle&#378;&#263; ze sk&#243;ry, aby tylko kogo&#347; czym&#347; zadziwi&#263;. Tacy ju&#380; s&#261;.

Kiedy wi&#281;c znad Oceanu Indyjskiego nadlecia&#322; skrzydlaty smok otoczony k&#322;&#281;bami dymu i j&#281;zykami p&#322;omieni, od razu domy&#347;li&#322;em si&#281;, kto go dosiada. Istotnie, Lusin krzykn&#261;&#322; na powitanie i wyl&#261;dowa&#322; na urwistym stoku krateru Kibo. Zatoczy&#322;em kilka kr&#281;g&#243;w w powietrzu, aby obejrze&#263; sobie wierzchowca, po czym r&#243;wnie&#380; wyl&#261;dowa&#322;em. Lusin podbieg&#322; do mnie i serdecznie u&#347;ciska&#322;. Nie widzieli&#347;my si&#281; od dw&#243;ch lat. Przyjaciel rozkoszowa&#322; si&#281; moim zdumieniem.

Smok by&#322; du&#380;y, mia&#322; oko&#322;o dziesi&#281;ciu metr&#243;w d&#322;ugo&#347;ci. Rozci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; bezw&#322;adnie na kamieniach, zamkn&#261;&#322; ze zm&#281;czenia wypuk&#322;e, zielone oczy, a jego chude boki opancerzone pomara&#324;czow&#261; &#322;usk&#261; wznosi&#322;y si&#281; i zapada&#322;y. Spotnia&#322;e skrzyd&#322;a zwierz&#281;cia drga&#322;y spazmatycznie, nad jego g&#322;ow&#261; k&#322;&#281;bi&#322; si&#281; dym, przy wydechu z paszczy tryska&#322; p&#322;omie&#324;. Ognistego smoka widzia&#322;em po raz pierwszy.

Ostatni model powiedzia&#322; Lusin. Hodowla zaj&#281;&#322;a mi dwa lata. Koledzy z INF chwal&#261;. &#321;adny, prawda?

Lusin pracuje w Instytucie Nowych Form i nieustannie che&#322;pi si&#281;, &#380;e syntetyzuje &#380;ywe istoty, jakich natura nie zdo&#322;a wytworzy&#263; w procesie ewolucji nawet za miliard lat. Co&#347; nieco&#347;, na przyk&#322;ad m&#243;wi&#261;ce delfiny, istotnie mu si&#281; uda&#322;o. Ale smok dymi&#261;cy jak wulkan nie wyda&#322; mi si&#281; pi&#281;kny.

Masz zamiar straszy&#263; nim dzieci? zapyta&#322;em. Lusin czule poklepa&#322; smoka po jednej z jego dwunastu &#380;abich n&#243;g.

Efektowny. Zawieziemy na Or&#281;. Niech ogl&#261;daj&#261;.

Dra&#380;ni mnie, je&#347;li kto&#347; m&#243;wi o Orze. Po&#322;owa moich przyjaci&#243;&#322; tam leci, a mnie si&#281; nie uda&#322;o. Z&#322;o&#347;ci mnie nie ich szcz&#281;&#347;cie, lecz to, &#380;e w najwy&#380;szym stopniu interesuj&#261;ce spotkanie z mieszka&#324;cami innych &#347;wiat&#243;w przekszta&#322;caj&#261; w prymitywn&#261; wystaw&#281; zabawek. Czego te&#380; oni na t&#281; Or&#281; nie zabieraj&#261;!

Brednie! Nikt tam nawet nie spojrzy na twoje wykopalisko. Ka&#380;dy Niebianin jest stokro&#263; bardziej niezwyk&#322;y ni&#380; wszystkie wasze cudactwa razem wzi&#281;te. S&#261;dz&#281;, &#380;e maszyny b&#281;d&#261; ich ciekawi&#263; przede wszystkim.

Maszyny tak! Zwierz&#281;ta r&#243;wnie&#380;! Wszystko!

I ty r&#243;wnie&#380;! rzuci&#322;em ze z&#322;o&#347;ci&#261;. Pi&#281;kny okaz cz&#322;owieka pi&#261;tego wieku: rudow&#322;osy, &#380;&#243;&#322;tooki, wzrost metr dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t dwa, wiek pod sze&#347;&#263;dziesi&#261;tk&#281;, samotny. &#379;eby tylko nie zakocha&#322;a si&#281; tam w tobie jaka&#347; my&#347;l&#261;ca ropucha! Nawet na swoim smoku nie uciekniesz!

Lusin u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; i pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;.

Zazdro&#347;cisz, Eli. Odwieczne uczucie. Starsze od smok&#243;w. Rozumiem. Sam bym na twoim miejscu. Przyzwyczaili&#347;my si&#281; do stylu Lusina, ale nieznajomi czasami nie mog&#261; go zrozumie&#263;. Nie lubi zreszt&#261; rozmawia&#263; z nieznajomymi.

Jego wyrzuty zdenerwowa&#322;y mnie. Oburzony odwr&#243;ci&#322;em si&#281;. Lusin po&#322;o&#380;y&#322; mi r&#281;k&#281; na ramieniu.

Spytaj jak? poprosi&#322; smutnym g&#322;osem. Ciekawe.

Skin&#261;&#322;em g&#322;ow&#261;, aby nie sprawi&#263; mu zawodu swoj&#261; oboj&#281;tno&#347;ci&#261;. Z jego opowiadania dowiedzia&#322;em si&#281;, &#380;e w &#380;o&#322;&#261;dku potwora syntetyzuj&#261; si&#281; substancje palne i &#380;e samego smoka ani to zi&#281;bi, ani grzeje. Lusin pracuje nad tematem: Materializacja potwor&#243;w ze staro&#380;ytnych poda&#324;. Smok ziej&#261;cy ogniem jest czwartym jego tematem, a potem zamierza stworzy&#263; skrzydlate asyryjskie lwy i p&#322;azopodobne egipskie sfinksy.

Chc&#281; boga Hora z sokol&#261; g&#322;ow&#261;. Jeszcze nie zatwierdzony. Mam nadziej&#281; powiedzia&#322; Lusin.

Przypomnia&#322;em sobie, &#380;e Andre wiezie na Or&#281; swoj&#261; symfoni&#281; Harmonia gwiezdnych sfer i &#380;e prawykonanie tego utworu odb&#281;dzie si&#281; dzi&#347; wieczorem w Kairze. Pow&#261;tpiewam co prawda w talenty muzyczne Andre, ale wol&#281; ju&#380; muzyk&#281; ni&#380; dymi&#261;ce smoki.

Lusin poderwa&#322; si&#281;.

Nie wiedzia&#322;em. Lecimy do Kairu. Ja przodem. Do dworca rakietowego.

Sam si&#281; rozkoszuj truj&#261;cymi wyziewami twojego potwora powiedzia&#322;em. A ja tradycyjnie: raz, dwa i ju&#380; przelecia&#322;em sto kilometr&#243;w.

Uda&#322;o mi si&#281; wyprzedzi&#263; Lusina o blisko dwadzie&#347;cia minut. Czekaj&#261;c na niego um&#243;wi&#322;em si&#281; z obs&#322;ug&#261; stacji, &#380;e nakarmi&#261; smoka w stajni pegaz&#243;w. Na ka&#380;dym dworcu rakietowym jest obecnie zagroda skrzydlatych koni, specjalnie dla turyst&#243;w. Moja pro&#347;ba nie wzbudzi&#322;a wielkiego zachwytu, kt&#243;ry zupe&#322;nie si&#281; ulotni&#322;, kiedy powiedzia&#322;em, &#380;e smok jest ognisty. Zadziorne pegazy nienawidz&#261; flegmatycznych smok&#243;w i kiedy tylko je dostrzeg&#261;, natychmiast rzucaj&#261; si&#281; na nie z g&#243;ry. Oczywi&#347;cie ani kopyta, ani z&#281;by nie mog&#261; uszkodzi&#263; &#322;uski, ale zwariowane konie atakuj&#261; uparcie a&#380; do ca&#322;kowitego wycie&#324;czenia. Nie rozumiem zupe&#322;nie, czemu Grecy wybrali kiedy&#347; do swych poetyckich lot&#243;w to szybko nu&#380;&#261;ce si&#281; w powietrzu zwierz&#281;. Wola&#322;bym osobi&#347;cie wznosi&#263; si&#281; ku artystycznym wy&#380;ynom na kondorach lub gryfach, kt&#243;re wzlatuj&#261; wy&#380;ej i doskonale szybuj&#261; nad Ziemi&#261;.



2

Pierwszym znajomym spotkanym w Kairze by&#322; Allan Croose, r&#243;wnie&#380; szkolny kolega. Przylecia&#322; dwie godziny przed nami i szed&#322; w&#322;a&#347;nie do Izby Tras Gwiezdnych. W r&#281;ku ni&#243;s&#322; walizeczk&#281; jak zwykle pe&#322;n&#261; ksi&#261;&#380;ek. Allan ub&#243;stwia te starocie. Pod tym wzgl&#281;dem podobny jest do Paw&#322;a Romero, kt&#243;ry tak&#380;e nie odrywa si&#281; od ksi&#261;&#380;ek. Pawe&#322; &#347;l&#281;czy nad nimi, bo taki jest jego zaw&#243;d, Allan natomiast grzebie si&#281; w nich dla przyjemno&#347;ci. Pe&#322;niej si&#281; czuje wsp&#243;&#322;czesno&#347;&#263;, kiedy si&#281; trzyma w r&#281;ku zetla&#322;e gazety z dwudziestego wieku m&#243;wi ze &#347;miechem. Allan zawsze albo gniewa si&#281;, albo si&#281; &#347;mieje. Gniew i rado&#347;&#263; nie s&#261; kra&#324;cowymi, lecz s&#261;siaduj&#261;cymi stanami jego psychiki. Albo jest oburzony, albo pe&#322;en zachwytu wywo&#322;anego tym tylko, &#380;e nie jest oburzony.

Dowiedziawszy si&#281;, dok&#261;d idziemy, stan&#261;&#322; jak wryty. Tylko po to przyjechali&#347;cie do Kairu? Mogli&#347;cie przecie&#380; w&#322;&#261;czy&#263; sal&#281; koncertow&#261; i z daleka rozkoszowa&#263; si&#281; muzyk&#261;.

Poci&#261;gn&#261;&#322;em go za r&#281;kaw. Nie lubi&#281;, kiedy ludzie ni z tego, ni z owego zatrzymuj&#261; si&#281; w p&#243;&#322; kroku.

Symfonii Andre nale&#380;y s&#322;ucha&#263; w specjalnych halach. Jego muzyka nie jest przyjemno&#347;ci&#261;, lecz ci&#281;&#380;k&#261; prac&#261; fizyczn&#261;.

Allan poszed&#322; z nami.

Musz&#281; porozmawia&#263; z Andre powiedzia&#322; gro&#378;nym tonem. Natr&#281; mu uszu po koncercie. Ostatni model jego ruchomego deszyfratora jest do niczego.

Zwolnij kroku i nie machaj mi tym kufrem przed i nosem. Pewnie masz tam pi&#281;&#263;dziesi&#261;t kilogram&#243;w?

Sze&#347;&#263;dziesi&#261;t trzy. Pos&#322;uchajcie, jaka g&#322;upia historia przydarzy&#322;a si&#281; nam na Procjonie przez niedbalstwo Andre.

O g&#322;upiej historii na Procjonie ju&#380; s&#322;yszeli&#347;my. Znali j&#261; wszyscy mieszka&#324;cy Ziemi i planet uk&#322;adu. Wyprawa Allana sprawdza&#322;a lekki model Gwiezdnego P&#322;uga przystosowanego do szybkich przewoz&#243;w pasa&#380;erskich. W pobli&#380;u Uk&#322;adu S&#322;onecznego rozp&#281;dza&#263; si&#281; nie wolno, dlatego te&#380; jedena&#347;cie i p&#243;&#322; roku &#347;wietlnego przebyli w ci&#261;gu trzydziestu dziewi&#281;ciu dni pok&#322;adowych. W gwiazdozbiorze Ma&#322;ego Psa r&#243;wnie&#380; nie by&#322;o gdzie si&#281; rozp&#281;dzi&#263;, wobec czego osi&#261;gn&#281;li zaledwie stukrotn&#261; pr&#281;dko&#347;&#263; &#347;wiat&#322;a. Za to w&#322;a&#347;nie w tym gwiazdozbiorze, w uk&#322;adzie planetarnym Procjona, cz&#322;onkowie wyprawy, sami o tym nie wiedz&#261;c, dokonali wreszcie zapowiedzianego pi&#281;&#263; wiek&#243;w temu odkrycia: znale&#378;li my&#347;l&#261;ce porosty. Na drugiej spo&#347;r&#243;d trzech planet Procjona brakowa&#322;o &#347;wiat&#322;a i ciep&#322;a, a ska&#322;y by&#322;y pokryte rudym mchem. Astronauci chodzili po mchach, badali je aparatami, ale wykryli jedynie to, &#380;e ro&#347;liny wysy&#322;aj&#261; s&#322;abe fale magnetyczne. Po powrocie na Ziemi&#281; centralny komputer, Wielki Akademicki, rozszyfrowa&#322; zapisane promieniowanie i stwierdzi&#322;, &#380;e jest to mowa. Uda&#322;o si&#281; odczyta&#263; kilka zda&#324;: Kim jeste&#347;cie? Sk&#261;d? Jak wykszta&#322;cili&#347;cie w sobie zdolno&#347;&#263; ruchu? Nieruchome porosty by&#322;y najbardziej zdumione tym, &#380;e ludzie potrafi&#261; chodzi&#263;.

Wszystkiemu winien idiotyczny RD-2! grzmia&#322; Allan na ca&#322;&#261; ulic&#281;. Zawsze m&#243;wi&#322; bardzo g&#322;o&#347;no. Jest wprawdzie lepszy od nar&#281;cznych deszyfrator&#243;w, kt&#243;re nadaj&#261; si&#281; tylko do prowadzenia rozmowy z pieskami i ptaszkami, to fakt. Na przyk&#322;ad na Polluksie, w Bli&#378;ni&#281;tach, pogadali&#347;my sobie nie&#378;le z inteligentnymi rybami. Te zabawne nereidy generowa&#322;y fale ultrad&#378;wi&#281;kowe, my za&#347; nauczyli&#347;my si&#281; przekszta&#322;ca&#263; w&#322;asne s&#322;owa w takie same fale. Zreszt&#261; wiecie o tym z transmisji Ale w trudnych sytuacjach przyrz&#261;d Andre zawodzi. I tak&#261; bezradn&#261; maszyn&#281; reklamuje si&#281; jako ostatni krzyk techniki!

Allan nagle przerwa&#322; i zatrzyma&#322; si&#281; zn&#243;w. Chcia&#322;em jeszcze energiczniej poci&#261;gn&#261;&#263; go za r&#281;kaw, ale uderzy&#322; mnie wyraz jego twarzy.

Zupe&#322;nie zapomnia&#322;em, braciszkowie! wykrzykn&#261;&#322; i rozejrza&#322; si&#281; doko&#322;a, jakby obawia&#322; si&#281;, &#380;e kto&#347; go pods&#322;ucha. Do Izby Tras Gwiezdnych dotar&#322;a dzi&#347; zadziwiaj&#261;ca wiadomo&#347;&#263;. Nikt na razie nie zna szczeg&#243;&#322;&#243;w, ale pewne jest, &#380;e odkryto nowy rodzaj istot rozumnych. Co&#347; w rodzaju prawdziwych ludzi. Wydaje si&#281; przy tym, &#380;e szalej&#261; w&#347;r&#243;d nich bratob&#243;jcze wojny, znacznie gro&#378;niejsze od staro&#380;ytnych wojen na Ziemi.

Dziwna i wr&#281;cz niepoj&#281;ta jest dzi&#347; dla renie oboj&#281;tno&#347;&#263;, z jak&#261; w&#243;wczas s&#322;uchali&#347;my Allana. Przecie&#380; w owej chwili dokonywa&#322; si&#281; prze&#322;om w ca&#322;ej historii ludzko&#347;ci Teraz jest to oczywiste dla ka&#380;dego pierwszoklasisty, ale wtedy Lusin i ja nie zapytali&#347;my nawet, kto dostarczy&#322; informacji o nowo odkrytych istotach i czym one w&#322;a&#347;ciwie przypominaj&#261; ludzi. Wysun&#261;&#322;em tylko przypuszczenie, &#380;e mieszkaj&#261; z dala od najbli&#380;szych gwiazd, bo w naszym rejonie Galaktyki z niczym podobnym dotychczas si&#281; nie zetkni&#281;to.

Nie wiem odpowiedzia&#322; Allan. Wielki Akademicki ju&#380; drugi dzie&#324; analizuje otrzymane informacje. Jutro lub pojutrze wszyscy dowiedz&#261; si&#281;, do jakich wniosk&#243;w doszed&#322; komputer.

Zaczekajmy wi&#281;c do jutra rzuci&#322;em niedbale. Ja osobi&#347;cie wytrzymam nawet do pojutrza.

Lusin by&#322; tego samego zdania. Koncert Andre poch&#322;ania&#322; go bardziej ni&#380; doniesienie o nowych odkryciach. W owych miesi&#261;cach, kt&#243;re poprzedza&#322;y narad&#281; na Orze, ci&#261;gle s&#322;yszeli&#347;my o nowych istotach rozumnych odkrytych przez wyprawy gwiezdne. Nic wi&#281;c dziwnego, &#380;e stracili&#347;my poczucie niezwyk&#322;o&#347;ci. Dziwy ju&#380; nam spowszednia&#322;y.

T&#322;um! powiedzia&#322; Lusin wyci&#261;gaj&#261;c palec przed siebie.

Zabraknie miejsc. Pospieszmy si&#281;.

Ruszyli&#347;my szybciej. Ogromny Allan wysun&#261;&#322; si&#281; do przodu. Jeszcze w szkole chodzi&#322; najszybciej ze wszystkich. Jego krok mierzy metr dwadzie&#347;cia.

Krzykn&#261;&#322;em za nim:

Zajmij dla nas dwa miejsca obok siebie!

Do sali koncertowej wlewa&#322;y si&#281; dwa strumienie ludzi. Znajdowali&#347;my si&#281; bli&#380;ej drzwi zachodnich, ruszyli&#347;my wi&#281;c tamt&#281;dy. Allan przedosta&#322; si&#281; na czo&#322;o, my za&#347;, os&#322;oni&#281;ci jego szerokimi barami, posuwali&#347;my si&#281; za nim. Tu&#380; przy drzwiach zdarzy&#322;o si&#281; nieprzyjemne zaj&#347;cie, kt&#243;re zepsu&#322;o mi humor. Jaka&#347; brzydka, szczup&#322;a dziewczyna gwa&#322;townie odsun&#281;&#322;a si&#281; z drogi pr&#261;cego naprz&#243;d Allana. Nie zdo&#322;a&#322;em si&#281; zatrzyma&#263; i wpad&#322;em na ni&#261; z rozp&#281;du. Dziewczyna odwr&#243;ci&#322;a si&#281; z oburzeniem. Mia&#322;a wiotk&#261;, d&#322;ug&#261; szyj&#281; i ciemne oczy. Mo&#380;liwe zreszt&#261;, &#380;e pociemnia&#322;y z gniewu.

Gbur! powiedzia&#322;a gniewnie niskim, melodyjnym g&#322;osem. Twarz jej szpeci&#322;y szerokie brwi, r&#243;wnie czarne jak oczy.

Pani te&#380; nie nauczono uprzejmo&#347;ci! odci&#261;&#322;em si&#281;, ale chyba tego nie us&#322;ysza&#322;a. W pierwszej chwili tak si&#281; zmiesza&#322;em, tak mnie zaskoczy&#322; jej nieusprawiedliwiony gniew, &#380;e zapomnia&#322;em j&#281;zyka w g&#281;bie. Nim zdo&#322;a&#322;em odpowiedzie&#263;, byli&#347;my ju&#380; daleko od siebie.

Na sali dwukrotnie wstawa&#322;em i rozgl&#261;da&#322;em si&#281; dooko&#322;a, staraj&#261;c si&#281; odnale&#378;&#263; t&#281; szczup&#322;&#261; dziewczyn&#281;. Ale w&#347;r&#243;d dwudziestu o&#347;miu tysi&#281;cy os&#243;b wype&#322;niaj&#261;cych widowni&#281; nie&#322;atwo by&#322;o j&#261; odszuka&#263;. Mog&#281; powiedzie&#263; jedno: reakcja nieznajomej zaintrygowa&#322;a mnie bardziej ni&#380; zagadkowa nowina Allana.



3

Andre! powiedzia&#322; Lusin. C&#243;&#380; to za dziwak! Andre nawet na koncercie nie powstrzyma&#322; si&#281; od robienia kawa&#322;&#243;w. Zamiast ukaza&#263; si&#281; na stereoekranie i stamt&#261;d u&#347;miechn&#261;&#263; si&#281; do publiczno&#347;ci, wyszed&#322; na scen&#281;. Na rozleg&#322;ej, pustej estradzie wygl&#261;da&#322; jak krasnoludek. Zacz&#261;&#322; wyg&#322;asza&#263; mow&#281;: co&#347; o Ziemi i gwiazdach, Niebianach i ludziach, lotach i katastrofach. Utrzymywa&#322; przy tym, &#380;e wszystko to znalaz&#322;o odbicie w jego kosmicznej symfonii. Tak mi si&#281; to wreszcie znudzi&#322;o, &#380;e krzykn&#261;&#322;em: Do&#347;&#263; paplania! Gdybym wiedzia&#322;, &#380;e wzmacniacze zosta&#322;y nastrojone na wszystkie d&#378;wi&#281;ki z sali, z pewno&#347;ci&#261; zachowa&#322;bym si&#281; ostro&#380;niej. M&#243;j g&#322;os og&#322;uszaj&#261;co zahucza&#322; pod stropem, a odpowiedzia&#322; mu r&#243;wnie gromki &#347;miech.

Nie speszony Andre krzykn&#261;&#322; weso&#322;o:

Potraktujemy wasze niecierpliwe wrzaski jako uwertur&#281; do symfonii.

Potem znikn&#261;&#322;. Dziko zagrzmia&#322;a muzyka gwiezdnych sfer.

Najpierw zapadali&#347;my si&#281;. Siedzieli&#347;my nieruchomo w fotelach trzymaj&#261;c si&#281; kurczowo opar&#263;, a jednocze&#347;nie na &#322;eb, na szyj&#281; p&#281;dzili&#347;my w d&#243;&#322;. Stan niewa&#380;ko&#347;ci nast&#261;pi&#322; tak gwa&#322;townie, &#380;e zak&#322;u&#322;o mnie w sercu. My&#347;l&#281;, &#380;e inni widzowie nie czuli si&#281; lepiej. P&#243;&#378;niej zabrzmia&#322;a delikatna melodia, w powietrzu zaszybowa&#322;y k&#322;&#281;biaste, r&#243;&#380;nobarwne ob&#322;oczki i grawitacja powr&#243;ci&#322;a. Melodia narasta&#322;a, organy elektronowe grzmia&#322;y wszystkimi swoimi dwudziestoma czterema tysi&#261;cami g&#322;os&#243;w, kolorowe chmurki wype&#322;ni&#322;y si&#281; szalonymi skokami &#347;wietlistej zorzy, i wszystko znikn&#281;&#322;o w wiruj&#261;cym, r&#243;&#380;nobarwnym deszczu iskier. Nie by&#322;o wida&#263; ani &#347;cian, ani sufit&#243;w, ani widz&#243;w na sali. Najbli&#380;si za&#347; s&#261;siedzi zmienili si&#281; nagle w jakie&#347; pochodnie zimnego p&#322;omienia. W&#243;wczas &#347;wiat&#322;o zacz&#281;&#322;o nabiera&#263; ciep&#322;a, melodia przyspieszy&#322;a rytm, zwi&#281;kszy&#322;o si&#281; przyci&#261;ganie, a w powietrzu pop&#322;yn&#281;&#322;y fale gor&#261;ca. Chcia&#322;em ju&#380; zdj&#261;&#263; marynark&#281;, kiedy rozb&#322;ys&#322;a b&#322;&#281;kitna b&#322;yskawica. Doko&#322;a zap&#322;on&#261;&#322; z&#322;owieszczy fioletowy ogie&#324; i na widz&#243;w spad&#322; gwa&#322;towny, lodowaty wicher. Nikt nie zd&#261;&#380;y&#322; si&#281; odwr&#243;ci&#263; ani os&#322;oni&#263; twarzy r&#281;kami. Zlodowacenie przysz&#322;o w &#347;wi&#347;cie i brz&#281;czeniu elektronowych g&#322;os&#243;w. Przeci&#261;&#380;enie szybko si&#281; zwi&#281;ksza&#322;o, p&#322;ucom zacz&#281;&#322;o brakowa&#263; tlenu. Zn&#243;w rykn&#281;&#322;y tr&#261;by, za&#347;piewa&#322;y struny, zad&#378;wi&#281;cza&#322;a mied&#378; i srebro, w fioletowej mgle zap&#322;on&#281;&#322;y pomara&#324;czowe j&#281;zyczki. Lodowate tchnienie ust&#261;pi&#322;o miejsca falom ciep&#322;a, przeci&#261;&#380;enie mala&#322;o i zmienia&#322;o si&#281; w niewa&#380;ko&#347;&#263;. Powietrze, aromatyczne i koj&#261;ce, samo wlewa&#322;o si&#281; do krtani, w g&#322;owie kr&#281;ci&#322;o si&#281; od subtelnych d&#378;wi&#281;k&#243;w, delikatnych barw, ciep&#322;a i uczucia lekko&#347;ci.

Powtarza&#322;o si&#281; to trzykrotnie: purpurowy upa&#322; przy akompaniamencie grzmotu tr&#261;b i niewa&#380;ko&#347;&#263;, b&#322;yskawicznie narastaj&#261;cy, przenikliwie niebieski zi&#261;b wraz z przeci&#261;&#380;eniem i niemal ca&#322;kowity brak powietrza; melodyjne r&#243;&#380;owo-pomara&#324;czowe odrodzenie owiane ciep&#322;em. P&#243;&#378;niej po raz ostatni uderzy&#322; mr&#243;z, run&#261;&#322; upa&#322; i ju&#380; zwyczajnie, s&#322;onecznie zal&#347;ni&#322; strop sali koncertowej.

Sko&#324;czy&#322;a si&#281; pierwsza cz&#281;&#347;&#263; symfonii.

Ze wszystkich stron dobiega&#322;y okrzyki i &#347;miech. Kto&#347; post&#281;kiwa&#322;, kto&#347; masowa&#322; odmro&#380;one policzki, kto&#347; gard&#322;owa&#322;: Autor! Dajcie mi autora! Wi&#281;kszo&#347;&#263; widz&#243;w spieszy&#322;a si&#281; do wyj&#347;cia.

On zwariowa&#322;! oburza&#322; si&#281; Allan. Nawet po Andre nie spodziewa&#322;em si&#281; czego&#347; podobnego Po co&#347;cie mnie tu zaci&#261;gn&#281;li?

Lusin w milczeniu obserwowa&#322; zdenerwowanych widz&#243;w, ja za&#347; zaoponowa&#322;em:

Nikt ci&#281; nie ci&#261;gn&#261;&#322;, sam tu przyszed&#322;e&#347;. Doskonale te&#380; wiedzia&#322;e&#347;, co ci&#281; czeka. Uprzedza&#322;em, &#380;e muzyk&#281; Andre mog&#261; znie&#347;&#263; jedynie atleci.

Nie jestem u&#322;omkiem i te&#380; nie mog&#322;em wytrzyma&#263;! Czy&#380;by i w drugiej cz&#281;&#347;ci czeka&#322; nas taki koszmar?

Poda&#322;em mu zaproszenie, na kt&#243;rym widnia&#322; tekst: Andre Szerstiuk. Harmonia gwiezdnych sfer. Symfonia na d&#378;wi&#281;k, &#347;wiat&#322;o, ciep&#322;o, ci&#347;nienie i ci&#261;&#380;enie. Cz&#281;&#347;&#263; pierwsza Wir &#347;wiat&#243;w. Cz&#281;&#347;&#263; druga Ludzie i Niebianie. Cz&#281;&#347;&#263; trzecia Wieczne jak &#380;ycie.

Allan parskn&#261;&#322; i powesela&#322;.

Brakuje tu jeszcze jednego sk&#322;adnika, zapachu wykrzykn&#261;&#322; z gromkim &#347;miechem. Wyobra&#378;cie sobie cuchn&#261;ce allegro i wonne adagio! Dla pe&#322;ni obrazu, co o tym s&#261;dzicie?

Sukces! powiedzia&#322; Lusin. Wszyscy s&#261; zachwyceni i wstrz&#261;&#347;ni&#281;ci. Oboj&#281;tnych nie ma!

Nie zachwyceni, lecz przera&#380;eni poprawi&#322;em. Na sali pozosta&#322;a najwy&#380;ej jedna trzecia widz&#243;w.

Nowo&#347;&#263;. Nie od razu pojmuj&#261;.

Zajmij si&#281; raczej swoimi cudacznymi formami, a nie muzyk&#261; poradzi&#322;em mu. Twojego boga Hora z sokol&#261; g&#322;ow&#261; mo&#380;e uda si&#281; w dalekich wyprawach wykorzysta&#263; do &#322;ow&#243;w na nietoperze, a jaka korzy&#347;&#263; z nowego dzie&#322;a Andre?



4

Po rozpasanej cz&#281;&#347;ci pierwszej druga wyda&#322;a si&#281; nam spokojna. Mo&#380;liwe zreszt&#261;, &#380;e si&#281; ju&#380; wprawili&#347;my. Dominowa&#322;o w tym fragmencie &#347;wiat&#322;o: sk&#322;&#281;biona zielonkawo&#380;&#243;&#322;ta mg&#322;a, czerwone rozb&#322;yski, wij&#261;ce si&#281; fioletowe pasma, iskry i b&#322;yskawice spadaj&#261;ce z sufitu niczym kurtyna zorzy polarnej, a potem wszystko uton&#281;&#322;o w r&#243;&#380;owym, ciep&#322;ym ob&#322;oczku, kt&#243;ry rozleniwia&#322;, usypia&#322; my&#347;li i uczucia. Wszystkiemu towarzyszy&#322;y melodyjne d&#378;wi&#281;ki elektronicznych g&#322;os&#243;w. Grawitacja i ci&#347;nienie stopniowo narasta&#322;y, to zn&#243;w zanika&#322;y, zimno atakowa&#322;o mniej gwa&#322;townie, a zast&#281;puj&#261;cy je upa&#322; by&#322; mniej pal&#261;cy. Kr&#243;tko m&#243;wi&#261;c ta cz&#281;&#347;&#263; symfonii spodoba&#322;a mi si&#281;. Mo&#380;na j&#261; by&#322;o znie&#347;&#263;, co o dzie&#322;ach Andre niecz&#281;sto mo&#380;na powiedzie&#263;.

Za to w trzeciej cz&#281;&#347;ci zn&#243;w dostali&#347;my za swoje. Wieczne jak &#380;ycie mog&#322;o ka&#380;dego wp&#281;dzi&#263; do grobu. Andre najwidoczniej chcia&#322; dowie&#347;&#263;, i&#380; &#380;ycie nie jest zabaw&#261;, i dopi&#261;&#322; swego. Opala&#322; nas, mrozi&#322;, og&#322;usza&#322; i o&#347;lepia&#322; co najmniej przez dwadzie&#347;cia minut. Symfonia si&#281; sko&#324;czy&#322;a, a widzowie dalej siedzieli bez ruchu, nie mog&#261;c przyj&#347;&#263; do siebie. Niekt&#243;rzy wygl&#261;dali na tak wycie&#324;czonych, &#380;e a&#380; si&#281; roze&#347;mia&#322;em. Allan zachwyca&#322; si&#281; ha&#322;a&#347;liwie. Z nim tak jest zawsze. Niezwyk&#322;o&#347;ci najpierw go zaskakuj&#261;, a p&#243;&#378;niej wprowadzaj&#261; w stan euforycznej rado&#347;ci.

Mocna rzecz! wrzeszcza&#322;. Pocz&#281;stowa&#263; tak&#261; symfoni&#261; istoty z Alfy Centauri lub z Syriusza a nie maj&#261; one zbyt wielu ko&#347;ci i zostanie z nich mokra plama! Nie, to zupe&#322;nie bycze!

W opustosza&#322;ej sali rozleg&#322; si&#281; g&#322;os: przyjaciele atora symfonii proszeni s&#261; do wschodniego wyj&#347;cia. Allan pop&#281;dzi&#322; wyprzedzaj&#261;c ostatnich wychodz&#261;cych widz&#243;w. Ja i Lusin nie spieszyli&#347;my si&#281; zbytnio. Wiedzia&#322;em, &#380;e Andre na mnie zaczeka.

Przy wschodniej bramie szybko zebra&#322;a si&#281; grupka przyjaci&#243;&#322;. Wkr&#243;tce zabola&#322;a mnie r&#281;ka od u&#347;cisk&#243;w. &#321;adniutka &#379;anna Uspie&#324;ska, &#380;ona Andre, promienia&#322;a. Ona zawsze cieszy si&#281; jak dziecko, je&#380;eli Andre uda si&#281; cokolwiek, i trzeba powiedzie&#263;, &#380;e cz&#281;sto ma powody do rado&#347;ci. Tym razem mog&#322;aby zachowa&#263; si&#281; troch&#281; pow&#347;ci&#261;gliwiej.

&#379;anna powiedzia&#322;a g&#322;o&#347;no:

Zmieni&#322;e&#347; si&#281;, Eli! Po prostu trudno uwierzy&#263;, &#380;e jeste&#347; taki opalony i sympatyczny. S&#322;uchaj, czy&#347; si&#281; przypadkiem nie zakocha&#322;?

Wiedzia&#322;em, czemu m&#243;wi tak g&#322;o&#347;no i bardzo mi si&#281; to nie spodoba&#322;o. Zbli&#380;a&#322; si&#281; do nas Leonid Mrawa z Olg&#261; Trondicke. Gro&#378;ny Leonid tym razem sprawia&#322; wra&#380;enie niemal weso&#322;ego, Olga za&#347; jak zwykle by&#322;a zr&#243;wnowa&#380;ona i pogodna. Zrozumia&#322;a oczywi&#347;cie aluzj&#281; &#379;anny, ale nie da&#322;a tego po sobie pozna&#263;, Leonid natomiast z tak&#261; sil&#261; potrz&#261;sn&#261;&#322; moj&#261; r&#281;k&#261;, &#380;e a&#380; sykn&#261;&#322;em z b&#243;lu. Ten olbrzym (dwa metry trzydzie&#347;ci) wbi&#322; sobie do g&#322;owy, &#380;e stoj&#281; mu na drodze. Obawiam si&#281;, &#380;e Olga utrzymuje go w tym b&#322;&#281;dzie. Jest to tym dziwniejsze, &#380;e w przeciwie&#324;stwie do &#379;anny nie ma w sobie ani odrobiny kokieterii.

Ciesz&#281; si&#281;, &#380;e ci&#281; widz&#281; powiedzia&#322;a Olga. Zdaje mi si&#281;, &#380;e by&#322;e&#347; na Marsie?

A czego mia&#322;bym tam szuka&#263;? odburkn&#261;&#322;em.

Montowali&#347;my si&#243;dme sztuczne s&#322;o&#324;ce na Plutonie, pewnie o nim s&#322;ysza&#322;a&#347;.

Oczywi&#347;cie. &#379;&#243;&#322;toczerwony karze&#322; o zwyk&#322;ej g&#281;sto&#347;ci, moc o&#347;miu tysi&#281;cy albert&#243;w. Obliczy&#322;am niedawno, &#380;e ta moc nie wystarczy do normalnej pracy. Nie czyta&#322;e&#347; mojej notatki?

Nie. Twoje notatki s&#261; zbyt uczone dla mnie! Olga nie obrazi&#322;a si&#281; i nie zmartwi&#322;a. S&#322;ucha&#322;a spokojnie, nadal pogodna i rumiana. Jestem pewien, &#380;e nie zastanawia&#322;a si&#281; w og&#243;le nad sensem moich s&#322;&#243;w. Wystarcza jej, &#380;e m&#243;wi&#281;. S&#322;ucha tylko brzmienia g&#322;osu.

&#379;anna wykrzykn&#281;&#322;a i potrz&#261;sn&#281;&#322;a ufryzowanymi w&#322;osami, tak jasnymi, &#380;e z dala wygl&#261;daj&#261; jak siwe.

Nie odpowiedzia&#322;e&#347; na moje pytanie, Eli!

Tak odpowiedzia&#322;em. Zakocha&#322;em si&#281;. Wiesz w kim? W tobie. D&#322;ugo to ukrywa&#322;em, ale ju&#380; d&#322;u&#380;ej nie mog&#281;. I co teraz zamierzasz zrobi&#263;?

Znios&#281; to z pogod&#261;, a mo&#380;e powiem Andre, &#380;eby wiedzia&#322;, jakich to ma przyjaci&#243;&#322;.

Odwr&#243;ci&#322;a si&#281; do mnie plecami. &#379;anna tak pragnie si&#281; wszystkim podoba&#263;, &#380;e gniewa si&#281;, kiedy kto&#347; z tego &#380;artuje.

Allan ma ciekaw&#261; wiadomo&#347;&#263; powiedzia&#322;em, aby skierowa&#263; rozmow&#281; na inne tory. Allan, powt&#243;rz z &#322;aski swojej rewelacje o nowych odkryciach.

Zn&#243;w, tak samo jak przedtem Lusin i ja, nikt nie potraktowa&#322; powa&#380;nie nowo&#347;ci Altana. Wszyscy wys&#322;uchali go oboj&#281;tnie, jakby plotkowa&#322; o jakich&#347; g&#322;upstwach, a nie dzieli&#322; si&#281; najwa&#380;niejsz&#261; informacj&#261; otrzyman&#261; kiedykolwiek przez ludzko&#347;&#263;. Dzi&#347;, wspominaj&#261;c te dni, staram si&#281; i nie mog&#281; poj&#261;&#263;, czemu byli&#347;my w&#243;wczas tak niewybaczalnie lekkomy&#347;lni. Ta lekkomy&#347;lno&#347;&#263; by&#322;a tym bardziej niepoj&#281;ta, &#380;e Leonid i Olga, kapitanowie wielkiej &#380;eglugi kosmicznej, ju&#380; w&#243;wczas cieszyli si&#281; s&#322;aw&#261; do&#347;wiadczonych astronaut&#243;w. Oni w ka&#380;dym razie powinni byli zorientowa&#263; si&#281;, co oznacza odkrycie na naszych trasach galaktycznych istot r&#243;wnych nam intelektem i pot&#281;g&#261;. Leonid post&#261;pi&#322; jeszcze lekkomy&#347;lniej ode mnie, gdy&#380; po prostu machn&#261;&#322; r&#281;k&#261; na opowie&#347;&#263; Allana. Nasze malutkie sztuczne s&#322;o&#324;ce na Plutonie interesowa&#322;o go bardziej.

Zadziwia mnie wasz konserwatyzm powiedzia&#322;. Najpierw montujecie ogromnego satelit&#281;, potem rozpalacie go, p&#243;ki nie zamieni si&#281; w mikroskopijn&#261; gwiazdk&#281; i tracicie na to kilka lat, zupe&#322;nie tak samo jak nasi dziadowie dwa wieki temu. Po co? Gwiezdny P&#322;ug w ci&#261;gu doby zapali dziesi&#281;&#263; sztucznych s&#322;o&#324;c o dowolnych wielko&#347;ciach i temperaturach. Nie trzeba ani monta&#380;u, ani rozgrzewania. Wystarczy rozkaz: zapali&#263; i dostarczy&#263; s&#322;o&#324;ce na miejsce!

&#346;wi&#281;ta racja! podchwyci&#322; Allan, kt&#243;ry natychmiast zapomnia&#322; o swoich gwiezdnych nowo&#347;ciach. Ucieszy&#322; si&#281;, &#380;e kto&#347; chwali Gwiezdny P&#322;ug i za&#347;mia&#322; si&#281;. By&#322; niezmiernie dumny ze swego statku. Dla nas to zupe&#322;ny drobiazg. Mo&#380;emy w pi&#281;&#263; minut utoczy&#263; eleganckie s&#322;oneczko i podrzuci&#263; je na planet&#281;, kt&#243;rej brakuje ciep&#322;a i &#347;wiat&#322;a.

Pi&#281;knie! wykrzykn&#261;&#322; Lusin. Bardzo pi&#281;knie! Nawet bardzo! Zapali&#263; i dostarczy&#263;! Wspaniale!

Cudownie! powiedzia&#322;em. Znacznie pi&#281;kniejsze od po&#380;ar&#243;w, jakie wzniecasz w &#380;o&#322;&#261;dkach biednych zwierz&#261;tek. A propos, czemu w&#322;a&#347;ciwie nie u&#380;ywa si&#281; Gwiezdnego P&#322;uga do zapalania sztucznych s&#322;o&#324;c?

Olga ostudzi&#322;a m&#243;j zapa&#322; m&#243;wi&#261;c rzeczowo, bo inaczej nie potrafi:

Tworzenie s&#322;o&#324;c z pomoc&#261; Gwiezdnego P&#322;uga by&#322;oby pewnie &#322;atwiejsze. Ale ich uruchomienie w okolicach naszego uk&#322;adu planetarnego grozi zak&#322;&#243;ceniem r&#243;wnowagi przestrzeni kosmicznej. Nie chcecie przecie&#380;, aby Syriusz wpad&#322; na Procjona, a Proksima Centauri zderzy&#322;a si&#281; ze S&#322;o&#324;cem?

Leonid zaoponowa&#322;:

Realno&#347;&#263; takiego katastroficznego zagro&#380;enia nie zosta&#322;a przez nikogo dowiedziona

Nikt r&#243;wnie&#380; nie dowi&#243;d&#322;, &#380;e jest na odwr&#243;t odparowa&#322;a Olga. Odpowied&#378; mo&#380;e da&#263; jedynie do&#347;wiadczenie, nieudane za&#347; do&#347;wiadczenie mo&#380;e sprowadzi&#263; nieodwracaln&#261; katastrof&#281;.

Z sali koncertowej wyszed&#322; Andre wraz z Paw&#322;em Romero. Zjawienie si&#281; Paw&#322;a by&#322;o tak niespodziewane, &#380;e nieprzytomny z rado&#347;ci pobieg&#322;em im naprzeciw.



5

Najpierw potrz&#261;sn&#261;&#322;em r&#281;k&#261; Andre i dopiero wtedy wpad&#322;em w obj&#281;cia Paw&#322;a. Romero po d&#322;ugiej roz&#322;&#261;ce nie wita si&#281; zwyczajnie, lecz chwyta w obj&#281;cia utrzymuj&#261;c, &#380;e taki zwyczaj panowa&#322; dawniej we wszystkich cywilizowanych plemionach. Ca&#322;e szcz&#281;&#347;cie, &#380;e przynajmniej nie ca&#322;uje na powitanie, chocia&#380; zdaje si&#281; istnia&#322; kiedy&#347; taki dziwny obrz&#261;dek.

To pan, Eli! powiedzia&#322; uroczystym tonem. Wyra&#378;nie widz&#281;, &#380;e to pan.

Stali przede mn&#261;, rami&#281; przy ramieniu, u&#347;miechni&#281;ci i zadowoleni, a ja chciwie im si&#281; przypatrywa&#322;em. Obaj byli niewysocy, mierzyli po metr dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t jeden mniej ni&#380; ja i Lusin barczy&#347;ci i m&#322;odzi: Andre mia&#322; pi&#281;&#263;dziesi&#261;t siedem lat, czyli tyle samo co ja i Lusin, Romero za&#347; by&#322; o pi&#281;&#263; lat starszy. Na tym ko&#324;czy&#322;o si&#281; podobie&#324;stwo. Poza tym r&#243;&#380;nili si&#281; ca&#322;kowicie, poczynaj&#261;c od wygl&#261;du i przyzwyczaje&#324;, a na gustach i sposobie bycia ko&#324;cz&#261;c. Romero nie jest podobny do nikogo, nawet jego w&#261;sy i hiszpa&#324;ska br&#243;dka w niczym nie przypominaj&#261; roz&#322;o&#380;ystych br&#243;d i sumiastych w&#261;s&#243;w na portretach prehistorycznych kr&#243;l&#243;w, chocia&#380; twierdzi, &#380;e je zapo&#380;yczy&#322; od jakiego&#347; rzymskiego cesarza lub ameryka&#324;skiego prezydenta, nie pami&#281;tam dok&#322;adnie, w ka&#380;dym razie od kt&#243;rego&#347; z w&#322;adc&#243;w przedpotopowych republik. W dodatku dla zabawy nosi wsz&#281;dzie ze sob&#261; lask&#281;. Nawet obejmuj&#261;c mnie nie wypu&#347;ci&#322; jej z r&#261;k.

Je&#380;eli Romero nie jest podobny do nikogo, to Andre nie bywa d&#322;ugo podobny do samego siebie. Za ka&#380;dym naszym widzeniem Andre jest inny i zaskakuj&#261;cy Gdyby nie by&#322; genialny, powiedzia&#322;bym, &#380;e jest zwyczajnie pr&#243;&#380;ny. W szkole zmienia&#322; w&#322;osy cz&#281;&#347;ciej ni&#380; ubrania. Na pi&#261;tym semestrze drugiego kr&#281;gu usun&#261;&#322; kasztanowate k&#281;dziory, kt&#243;rymi obdarzy&#322;a go natura, i wyhodowa&#322; czarne, proste w&#322;osy. W trzecim kr&#281;gu ow&#322;osienie zmienia&#322;o si&#281; rokrocznie: g&#322;adkie w&#322;osy ust&#281;powa&#322;y miejsca lokom, p&#243;&#378;niej pojawi&#322;y si&#281; p&#281;czki podobne do bagiennych k&#281;pek, nast&#281;pnie Andre by&#322; zwierciadlanie &#322;ysy, a potem zn&#243;w zaopatrzy&#322; si&#281; we w&#322;osy, tym razem kr&#243;tkie i k&#322;uj&#261;ce jak druty. Na twoj&#261; fryzur&#281; mo&#380;na odbiera&#263; transmisje z Fomalhauta m&#243;wili&#347;my, ale na Szerstiuku dowcipy nie robi&#261; wra&#380;enia. Kolor w&#322;os&#243;w r&#243;wnie&#380; si&#281; zmienia&#322;: k&#281;dziory by&#322;y z&#322;ote, a p&#243;&#378;niej krucze, za&#347; drutokszta&#322;tne porosty p&#322;on&#281;&#322;y malinowoczerwon&#261; barw&#261;, tak &#380;e g&#322;owa jarzy&#322;a si&#281; w &#347;wietle niczym g&#322;ownia. Andre by&#322; przekonany, &#380;e z tak&#261; iluminacj&#261; jest mu do twarzy.

Tym razem Andre mia&#322; mi&#281;kkie kasztanowate k&#281;dziory, r&#243;wnie d&#322;ugie jak w&#322;osy &#379;anny. W ka&#380;dym razie wygl&#261;da&#322;y lepiej ni&#380; malinowe druty.

Opali&#322;e&#347; si&#281;, Eli! powiedzia&#322; to samo co &#379;anna. Czy&#380;by s&#322;o&#324;ce na Plutonie by&#322;o tak gor&#261;ce?

To skutek koncertu powiedzia&#322;em. Twoja symfonia o ma&#322;o mnie nie zw&#281;gli&#322;a. Pewien staruszek chwyta&#322; si&#281; nawet za serce.

Nie podoba&#322;a ci si&#281;? Naprawd&#281; ci si&#281; nie podoba&#322;a, powiedz Eli?

Czy koszmar mo&#380;e si&#281; podoba&#263;?

Wypowiedzia&#322;em t&#281; sam&#261; my&#347;l podchwyci&#322; Romero. W dodatku tymi samymi s&#322;owami, drogi Andre: pa&#324;ska symfonia to koszmar!

&#379;anna obj&#281;&#322;a Andre i pokaza&#322;a mi j&#281;zyk.

Nie martw si&#281;, kochany. Par&#281; minut temu Eli wyzna&#322; mi mi&#322;o&#347;&#263;: Le&#380;&#281; u twoich st&#243;p. Co zamierzasz robi&#263;? Jak mo&#380;na powa&#380;nie traktowa&#263; Eliego?

Za&#347;miali&#347;my si&#281; g&#322;o&#347;no, nawet Olga si&#281; u&#347;miechn&#281;&#322;a. Andre w dalszym ci&#261;gu by&#322; niepocieszony. Ten dziwak spodziewa&#322; si&#281; zachwyci&#263; ca&#322;y &#347;wiat swoj&#261; piekieln&#261; muzyk&#261;.

Mog&#281; wyja&#347;ni&#263;, co mi si&#281; w twoim koncercie nie podoba powiedzia&#322;em. Ale to zajmie sporo czasu. Usi&#261;d&#378;my wi&#281;c w parku i porozmawiajmy odpowiedzia&#322;.

Lepiej pospacerujmy po parku zaproponowa&#322; Pawe&#322;. W staro&#380;ytno&#347;ci filozofowie lubili rozprawia&#263; w czasie przechadzki. Czemu nie skorzysta&#263; z ich dobrego przyk&#322;adu?

Bez chodzenia staro&#380;ytnym nie wychodzi&#322;o potwierdzi&#322; Leonid. W&#322;a&#347;nie dlatego nazywano ich piechurami.

Perypatetykami, to znaczy przechadzaj&#261;cymi si&#281;, szanowny Mrawo. Mog&#281; pana zapewni&#263;, &#380;e piechurzy nie mieli nic wsp&#243;lnego z filozofi&#261;.

Leonid nic nie odpowiedzia&#322;. Z Paw&#322;em nie warto dyskutowa&#263;, bo wie o staro&#380;ytno&#347;ci wszystko. W dodatku nikt z nas nie mia&#322; poj&#281;cia, czym w&#322;a&#347;ciwie r&#243;&#380;ni&#322;y si&#281; zaj&#281;cia piechur&#243;w i przechadzaj&#261;cych si&#281;. W staro&#380;ytno&#347;ci by&#322;o wiele zadziwiaj&#261;cych rzemios&#322;. Od dzieci&#324;stwa nie lubi&#281; zastanawia&#263; si&#281; nad ich subtelno&#347;ciami.



6

Wzi&#281;li&#347;my si&#281; wszyscy pod r&#281;ce i ruszyli&#347;my rz&#281;dem &#379;anna, Olga, Andre, Pawe&#322;, Lusin, ja, Leonid, Allan. Zacz&#261;&#322;em od tego, &#380;e dzie&#322;o sztuki winno dawa&#263; rozkosz, a nie wytrz&#261;sa&#263; z cz&#322;owieka. dusz&#281;. Po symfonii Andre trzeba za&#380;y&#263; od&#347;wie&#380;aj&#261;cej k&#261;pieli promienistej, aby odzyska&#263; si&#322;y. Niekt&#243;re rzeczy s&#261; wprawdzie ca&#322;kiem niez&#322;e, jak na przyk&#322;ad pewne melodie i efekty &#347;wietlne, mr&#243;z skojarzony z przeci&#261;&#380;eniem i upa&#322; z niewa&#380;ko&#347;ci&#261;, ale wszystko to podane jest w takich dawkach, tak skumulowane, &#380;e przyjemno&#347;&#263; zamienia si&#281; w tortury.

Mnie si&#281; podoba jedynie muzyka i barwy zauwa&#380;y&#322; Romero. Musz&#281; si&#281; przyzna&#263;, moi mili, &#380;e wasze przeci&#261;&#380;enia, niewa&#380;ko&#347;ci, ci&#347;nienia, upa&#322;y i tym podobne rzeczy zupe&#322;nie do mnie nie przemawiaj&#261;.

Brakuje zapachu! powt&#243;rzy&#322; Allan sw&#243;j poprzedni zarzut. I wiecie, czego jeszcze? Wstrz&#261;s&#243;w elektrycznych! W grzmocie i rozb&#322;yskach, przy lodowatym wietrze i przeci&#261;&#380;eniach, takie jadowite uk&#322;ucia, jakby mr&#243;wki biega&#322;y szybciutko po ca&#322;ym ciele. Za&#347;mia&#322; si&#281; zadowolony z konceptu.

Lusin wyrzek&#322; z szacunkiem: Mr&#243;wki, dobrze!

Nie s&#322;uchaj ich! poprosi&#322;a &#379;anna. Oni ciebie nie kochaj&#261;. Tylko ja jedna ci&#281; rozumiem. Wytrzyma&#322;am twoj&#261; symfoni&#281; od pocz&#261;tku do ko&#324;ca i tylko raz krzykn&#281;&#322;am ze strachu.

Ale&#380; oni mnie kochaj&#261;! powiedzia&#322; energicznie Andre. Ale myl&#261; si&#281; i trzeba im przetrzepa&#263; sk&#243;r&#281;. Zaraz to zrobi&#281;.

Nast&#281;pnie wyg&#322;osi&#322; mow&#281;. To by&#322;o b&#322;yskotliwe i natchnione przem&#243;wienie, r&#243;wnie wspania&#322;e, jak wszystko co robi Andre. Obrona symfonii spodoba&#322;a mi si&#281; znacznie bardziej od samej symfonii. Jego zdaniem zbyt jeste&#347;my lud&#378;mi i to jest z&#322;e. W naszej epoce, kiedy odkryto mn&#243;stwo plemion r&#243;&#380;nych pod wzgl&#281;dem form i sposob&#243;w &#380;ycia, cz&#322;owiek winien si&#281; wstydzi&#263; tego, &#380;e uznaje sw&#243;j ma&#322;y &#347;wiatek za jedyny mo&#380;liwy do przyj&#281;cia. Jego ziemskie zwyczaje nadaj&#261; si&#281; jedynie dla niego samego i nie trzeba ich wynosi&#263; poza granice Uk&#322;adu S&#322;onecznego. Ale czy&#380; cz&#322;owiek nie odczuwa jedno&#347;ci &#380;ycia w ca&#322;ym Wszech&#347;wiecie, czy&#380; nie jest tysi&#261;cami nici powi&#261;zany z niezwyk&#322;ymi istotami innych &#347;wiat&#243;w? Nie chodzi tu o wsp&#243;lno&#347;&#263; szczeg&#243;&#322;&#243;w i wygl&#261;du zewn&#281;trznego, nie, wa&#380;na jest wsp&#243;lnota &#380;ywego rozumu. W&#322;a&#347;nie o tym, o jedno&#347;ci istot rozumnych Wszech&#347;wiata m&#243;wi jego symfonia. To nie jest muzyka ziemska, lecz kosmiczna, bo uzewn&#281;trznia filozoficzne podobie&#324;stwo wszystkiego co &#380;ywe. Je&#380;eli wiele w tym utworze jest trudnego do zniesienia dla cz&#322;owieka, to nic nie szkodzi, bo mo&#380;e to w&#322;a&#347;nie spodoba si&#281; innym istotom my&#347;l&#261;cym. Co&#347; nie co&#347; podoba&#322;o si&#281; wam, co&#347; innego spodoba si&#281; mieszka&#324;com Wegi, a jeszcze inny sk&#322;adnik dzie&#322;a przeniesie rado&#347;&#263; przybyszom z Fomalhauta lub utrafi w gust mieszka&#324;c&#243;w Plejad. Prac&#281; mo&#380;na uwa&#380;a&#263; za udan&#261;, je&#347;li znajdzie odd&#378;wi&#281;k w duszy r&#243;&#380;nych istot. Ta symfonia to las r&#261;k wyci&#261;gni&#281;tych ku przyjacio&#322;om ze Wszech&#347;wiata. Nie &#380;&#261;dajcie, aby wszystkie te r&#281;ce &#347;ciska&#322;y jedn&#261; wasz&#261; d&#322;o&#324;, nie b&#261;d&#378;cie chciwi, bo harmonia Wszech&#347;wiata nie ogranicza si&#281; do tej, kt&#243;ra brzmi w waszych sercach.

Zachwycony Allan podrzuci&#322; kapelusz do g&#243;ry.

Pierwsza na &#347;wiecie symfonia dla widz&#261;cych, s&#322;ysz&#261;cych, obdarzonych zmys&#322;em dotyku, chodz&#261;cych i lataj&#261;cych! Rozkosz dla oczu, uszu, &#322;ap, skrzeli, pancerza, tr&#261;b i przyssawek!

Romero u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; ironicznie.

Swoim utworem wskaza&#322; pan biednemu cz&#322;owiekowi skromne miejsce nale&#380;ne mu we Wszech&#347;wiecie, ale wszak cz&#322;owiek nie mo&#380;e pogodzi&#263; si&#281; z rol&#261; czego&#347; po&#347;redniego mi&#281;dzy inteligentn&#261; jaszczurk&#261; a g&#322;upawym Anio&#322;em. Czy pan pomy&#347;la&#322; o tym, Andre?

Andre czeka&#322; na moje s&#322;owa. Nie chcia&#322;em go martwi&#263;, ale nie mog&#322;em te&#380; milcze&#263;.

Twoje zamierzenia s&#261; bardzo pi&#281;kne, lecz nierealne powiedzia&#322;em. Wydaje mi si&#281;, &#380;e nie mo&#380;e istnie&#263; dzie&#322;o sztuki oddzia&#322;uj&#261;ce na wszystkie istoty Wszech&#347;wiata. Oddajmy cz&#322;owiekowi co ludzkie, natomiast my&#347;l&#261;ce ryby wymagaj&#261; czego&#347; zupe&#322;nie innego, mo&#380;liwe, i&#380; nawet zupe&#322;nie dla nas obcego.

Nie przypominam sobie, by Andre kiedykolwiek od razu przyzna&#322; racj&#281; oponentowi. Zawsze stara&#322; si&#281; wynale&#378;&#263; jaki&#347; nieoczekiwany kruczek, improwizowa&#263; zawik&#322;ane dowody wymagaj&#261;ce dok&#322;adnej analizy i w ten spos&#243;b stara&#322; si&#281; odwlec nieuniknion&#261; pora&#380;k&#281;.

Niechaj Niebianie sami rozstrzygn&#261; nasz sp&#243;r! Wr&#243;cimy do tej dyskusji na Orze!

Wszyscy si&#281; zmieszali, a ja nie mog&#322;em spojrze&#263; na Andre.

Czy&#380;by&#347; nie wiedzia&#322; zapyta&#322;a Olga z wyrzutem w g&#322;osie &#380;e Eli nie leci z nami na Or&#281;?



7

Andre tak si&#281; zmartwi&#322;, &#380;e a&#380; mi go si&#281; zrobi&#322;o &#380;al. Patrzy&#322; na mnie tak, jakby nie m&#243;g&#322; w to uwierzy&#263;.

Nic na to nie mo&#380;na poradzi&#263; powiedzia&#322;em. Wy polecicie zapoznawa&#263; si&#281; z Niebianami, ja za&#347; za&#322;atwi&#281; na Ziemi swoje sprawy s&#322;u&#380;bowe i wr&#243;c&#281; budowa&#263; sztuczne s&#322;o&#324;ca na firmamentach dalekich planet.

Pogrzebowy ton nie pasuje do twojej ironicznej g&#281;by, ju&#380; dawno powiniene&#347; to zrozumie&#263;! wykrzykn&#261;&#322; Andre. Czy mo&#380;esz mi przyst&#281;pnie wyt&#322;umaczy&#263;, jak do tego dosz&#322;o?

Odrzek&#322;em, &#380;e nie ma w tym nic nadzwyczajnego. W czasie selekcji kandydat&#243;w nie mog&#322;em wykaza&#263; si&#281; takimi zaletami, jakimi szczycili si&#281; moi przyjaciele. Bez Olgi, Allana i Leonida nie mo&#380;na odbywa&#263; dalekich wypraw, s&#261; wszak in&#380;ynierami i kapitanami kosmicznymi. Andre r&#243;wnie&#380; jest niezast&#261;piony, bo ma&#322;o kto mo&#380;e si&#281; z nim r&#243;wna&#263;, je&#380;eli trzeba rozszyfrowa&#263; nieznan&#261; mow&#281;. Lusin te&#380; jest potrzebny: zapozna si&#281; z r&#243;&#380;nymi formami &#380;ycia, a niekt&#243;re z nich spr&#243;buje sztucznie odtworzy&#263;. Przyda si&#281; r&#243;wnie&#380; znawca staro&#380;ytno&#347;ci, Romero. Kto wie, czy niekt&#243;re prawa i obyczaje nowo odkrytych spo&#322;ecze&#324;stw nie pokrywaj&#261; si&#281; z tym, co niegdy&#347; panowa&#322;o na Ziemi? No a ja, na co si&#281; przydam?

Nie spotka&#322;em jeszcze wi&#281;kszego durnia ni&#380; ty! zdenerwowa&#322; si&#281; Andre. Pytam o co&#347; innego: czy stara&#322;e&#347; si&#281; o udzia&#322; w wyprawie? Co w tym kierunku zrobi&#322;e&#347;?

Wyt&#322;umaczy&#322;em mu cierpliwie, &#380;e ju&#380; rok temu zapisa&#322;em si&#281; na kurs kwalifikacyjny. Wielki Pa&#324;stwowy trzy miesi&#261;ce temu rozpocz&#261;&#322; analiz&#281; danych. By&#322;o nas &#322;&#261;cznie oko&#322;o sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu milion&#243;w os&#243;b, ale po pierwszym odsiewie wed&#322;ug kryterium zdrowia i wieku pozosta&#322;o niepe&#322;ne cztery miliony.

Przeszed&#322;e&#347; do drugiego etapu?

Tak. Ale co mi z tego przysz&#322;o? Komputer stopniowo zw&#281;&#380;a&#322; kr&#261;g wybranych. W ko&#324;cu pozosta&#322;o sto tysi&#281;cy os&#243;b odpowiadaj&#261;cych wszelkim wymaganiom. Ja r&#243;wnie&#380; by&#322;em w&#347;r&#243;d nich. W&#243;wczas przeprowadzono losowanie. Przegra&#322;em.

Przez jaki&#347; czas szli&#347;my w milczeniu. Andre marszczy&#322; czo&#322;o. Domy&#347;la&#322;em si&#281;, &#380;e stara si&#281; wyszuka&#263; jak&#261;&#347; mo&#380;liwo&#347;&#263; wznowienia stara&#324; o m&#243;j udzia&#322; w wyprawie. Ja by&#322;em spokojny, bo taka mo&#380;liwo&#347;&#263; nie istnia&#322;a.

Zrobimy tak powiedzia&#322; Andre. Eli pojedzie zamiast mnie. Doskonale sobie na moim miejscu poradzi.

Tylko &#379;anna ucieszy&#322;a si&#281;, &#380;e Andre zostaje. Pozostali zgodnie mu wymy&#347;lali. Nasze oburzenie by&#322;o tym wi&#281;ksze, &#380;e wiedzieli&#347;my, jak trudno tego cz&#322;owieka przekona&#263;, kiedy wbije sobie co&#347; do g&#322;owy.

Bez Eliego nie pojad&#281;! powtarza&#322; uporczywie Andre. Jeszcze w szkole postanowili&#347;my, &#380;e pierwsz&#261; podr&#243;&#380; do innych gwiazdozbior&#243;w odb&#281;dziemy razem. Zrozumcie, &#380;e nie chc&#281; si&#281; z nim rozstawa&#263;!

Masz racj&#281;, kochany! m&#243;wi&#322;a pospiesznie &#379;anna. Ja r&#243;wnie&#380; nie chc&#281; si&#281; z tob&#261; rozstawa&#263;. Nie s&#322;uchaj ich! Zosta&#324;.

Andr&#263; i tak nas nie s&#322;ucha&#322;, my za&#347; krzyczeli&#347;my i wzajemnie sobie przerywali&#347;my. P&#243;&#378;niej odezwa&#322;a si&#281; milcz&#261;ca do tej pory Olga:

W twoich poczynaniach brak logiki, Andre. Je&#380;eli Eli pojedzie zamiast ciebie, to i tak b&#281;dziesz musia&#322; si&#281; z nim rozsta&#263;.

Andre cz&#281;sto w dyskusjach czepia&#322; si&#281; pierwszego z brzegu argumentu, nie zwa&#380;aj&#261;c na to, &#380;e mo&#380;e si&#281; on zwr&#243;ci&#263; przeciw niemu. Teraz w oszo&#322;omieniu zacz&#261;&#322; wpatrywa&#263; si&#281; w Olg&#281;. Skorzysta&#322; z tego Romero.

Wpad&#322; mi do g&#322;owy pewien projekt o&#347;wiadczy&#322;. Poprosimy Wier&#281;, aby pomog&#322;a Eliemu.

Nie chcia&#322;em, aby zwraca&#322; si&#281; do Wiery, ale wszyscy mnie zakrzyczeli.

Za pi&#281;&#263; minut lec&#281; do Stolicy powiedzia&#322; Pawe&#322;. Jest dziesi&#261;ta. O jedenastej dowie si&#281; pan, Eli, czy los panu sprzyja.

Zako&#324;czy&#322; t&#281; pompatyczn&#261; przemow&#281; r&#243;wnie pompatycznym gestem r&#281;ki i oddali&#322; si&#281;. Romero to bardzo zdolny i dobry cz&#322;owiek, ale m&#243;wi i zachowuje si&#281; niczym staro&#380;ytny w&#322;adca Rzymu.

Andre poprosi&#322; nas do swego hotelu. Lusin przypomnia&#322; sobie o smoku i martwi&#322; si&#281;, &#380;e biednemu zwierz&#281;ciu z pewno&#347;ci&#261; dokuczaj&#261; pegazy. Leonid i Olga spieszyli si&#281; do swej bazy galaktycznej.

Chcia&#322;em ci nawymy&#347;la&#263; za deszyfrator, ale b&#281;d&#281; musia&#322; to od&#322;o&#380;y&#263; powiedzia&#322; z &#380;alem Allan, kt&#243;ry te&#380; mia&#322; jakie&#347; pilne sprawy.

Andre wzi&#261;&#322; mnie pod r&#281;k&#281;.

Pospacerujemy jeszcze troch&#281;, a p&#243;&#378;niej p&#243;jdziemy do mnie. Nie masz poj&#281;cia, jak si&#281; ciesz&#281;, &#380;e ci&#281; spotka&#322;em, Eli!



8

Lubi&#281; kairskie wieczory. Oczywi&#347;cie od czasu, kiedy Zarz&#261;d Osi Ziemskiej nauczy&#322; si&#281; zmienia&#263; orientacj&#281; naszej planety w przestrzeni, r&#243;&#380;nice klimatyczne pomi&#281;dzy strefami wydatnie si&#281; zmniejszy&#322;y, ale nie znik&#322;y zupe&#322;nie. Sam jeszcze pami&#281;tam nie kontrolowane burze, kt&#243;re w pewnych latach szala&#322;y na Antarktydzie. Jakie&#347; pi&#281;tna&#347;cie lat temu powa&#380;nie zastanawiano si&#281;, czy przypadkiem nie nale&#380;a&#322;oby stworzy&#263; na Ziemi trwale zrejonizowanych stref klimatycznych: wiecznego lata w tropikach i wiecznej wiosny w wy&#380;szych szeroko&#347;ciach. Pomys&#322; ten jednak w ko&#324;cu odrzucono, z czego bardzo si&#281; ciesz&#281;. Natura ludzka wymaga zmian i sprzeciwia si&#281; jednostajno&#347;ci.

Obecne, zaplanowane na poszczeg&#243;lne miesi&#261;ce i tygodnie okresy ciep&#322;a i ch&#322;odu, deszcz&#243;w i dni bezchmurnych, wiatr&#243;w i ciszy bardzo mi odpowiadaj&#261;.

Ka&#380;de jednak miejsce na Ziemi ma swoje uroki. &#379;adne starania meteorolog&#243;w nie przydadz&#261; powietrzu Grenlandii i Jakucji po&#322;udniowego aromatu i delikatno&#347;ci. Na p&#243;&#322;nocy &#347;wi&#261;t jest surowszy i ja&#347;niejszy, pod zwrotnikami za&#347; przyroda jest jakby zadumana i subtelniejsza. B&#322;&#281;kitny, przepojony zapachami po&#322;udniowy wiatr porywa mnie sw&#261; muzykalno&#347;ci&#261;. Mo&#380;liwe, &#380;e nale&#380;a&#322;oby to wyrazi&#263; inaczej, ale po prostu nie mog&#281; znale&#378;&#263; innych s&#322;&#243;w.

W&#322;a&#347;nie tak powiedzia&#322;em, kiedy wraz z &#379;ann&#261; i Andre spacerowali&#347;my bulwarem wysadzanym palmami i cyprysami. &#379;anna zerwa&#322;a krwawoczerwony, odurzaj&#261;co pachn&#261;cy amarylis. Na p&#243;&#322;nocy ogrodowe amarylisy, do kt&#243;rych przywyk&#322;em, nie pachn&#261;. Ten natomiast roztacza&#322; tak siln&#261; wo&#324;, &#380;e par&#281; haust&#243;w powietrza znad jego kielicha wywo&#322;ywa&#322;o silne bicie serca.

G&#322;uptasie! Andre odebra&#322; &#379;annie kwiat. Je&#380;eli Opiekunka nie troszczy si&#281; o ciebie, to musz&#281; ja to zrobi&#263;. W twoim stanie powinna&#347; zachowywa&#263; si&#281; ostro&#380;niej.

Zapyta&#322;em, o jaki stan chodzi, gdy&#380; &#379;anna niewiele si&#281; zmieni&#322;a od czasu, kiedy widzia&#322;em j&#261; dwa lata temu. Andre odpowiedzia&#322;, &#380;e oczekuj&#261; ch&#322;opczyka, i pokaza&#322; syntetyczny wizerunek ich przysz&#322;ego dziecka, w wieku dziesi&#281;ciu lat, sporz&#261;dzony na podstawie wzor&#243;w. Zdumia&#322;em si&#281;, &#380;e malec ma by&#263; a&#380; tak podobny do ojca: te same oczy, nos, podbr&#243;dek. Okaza&#322;o si&#281;, i&#380; &#379;anna jest w czwartym miesi&#261;cu i wczoraj, przed odlotem na koncert do Kairu, Komputer Medyczny po zbadaniu jej ustali&#322; termin porodu, a nast&#281;pnie obliczy&#322; i wydrukowa&#322; portret synka.

Sp&#243;jrz na horoskop genetyczny Olega, bo chcemy go nazwa&#263; Olegiem powiedzia&#322; Andre. Wspania&#322;y ch&#322;opak, nieprawda&#380;? Jaki stopie&#324; zdolno&#347;ci poznawczych, jaki wska&#378;nik aktywno&#347;ci &#380;yciowej!

Wska&#378;nik aktywno&#347;ci &#380;yciowej malca by&#322; o dwadzie&#347;cia punkt&#243;w wy&#380;szy od tego, jaki w swoim czasie wyliczono mnie. Stopie&#324; zdolno&#347;ci poznawczych te&#380; nietuzinkowy. Ale zafascynowa&#322;y mnie nie tyle zdolno&#347;ci przysz&#322;ego dziecka, ile jego podobie&#324;stwo do Andre. Wszystkie te wspania&#322;e liczby, jakimi obdarzaj&#261; nas przy urodzeniu, to nic innego jak tylko mo&#380;liwo&#347;ci: mo&#380;liwo&#347;ci trzeba jeszcze wykorzysta&#263;, a to nie jest prosta sprawa! Zestaw wska&#378;nik&#243;w &#380;yciowych wypisanych w &#347;wiadectwach urodzenia jest pu&#322;apem, kt&#243;ry trzeba dopiero osi&#261;gn&#261;&#263;. Na razie ludzko&#347;&#263; jako ca&#322;o&#347;&#263; znajduje si&#281; poni&#380;ej w&#322;a&#347;ciwego jej poziomu. Nieszcz&#281;&#347;cie polega na tym, &#380;e na razie nie doro&#347;li&#347;my do samych siebie!

Jaskrawym przyk&#322;adem nie zrealizowanych mo&#380;liwo&#347;ci jest Pawe&#322; Romero powiedzia&#322;em. Czy&#380; przy urodzeniu nie stwierdzono u niego wielkich zdolno&#347;ci matematycznych? A on nie znosi matematyki! Uwielbia jedynie histori&#281;!

Tobie wyliczono, &#380;e masz umys&#322; krytyczny ze sk&#322;onno&#347;ciami do ironii, a to chyba prawda zaoponowa&#322; Andre. Romero jest wyj&#261;tkiem. Co do Olega, to jestem pewien, &#380;e urzeczywistni wszystko, co przepowiada jego horoskop genetyczny.

Na razie jest tylko bardziej podobny do ciebie ni&#380; ty sam, bo bardzo lubisz zmienia&#263; powierzchowno&#347;&#263;. Czy przypadkiem nie ukry&#322;e&#347; si&#281; ko&#322;o maszyny, kiedy prze&#347;wietlano &#379;ann&#281;?

Oboje ch&#243;rem zaprotestowali. &#379;anna od&#281;&#322;a wargi. By&#322;a dumna z podobie&#324;stwa przysz&#322;ego syna do ojca bardziej ni&#380; z jego wyliczonych zawczasu niezwyk&#322;ych zdolno&#347;ci. W naturze kobiet jest wiele rzeczy niewyt&#322;umaczalnych. Wystarczy powiedzie&#263;, &#380;e horoskopy genetyczne dziewczynek sprawdzaj&#261; si&#281; znacznie mniej dok&#322;adnie ni&#380; horoskopy ch&#322;opc&#243;w.

Por&#243;d wed&#322;ug przewidywa&#324; nie b&#281;dzie lekki m&#243;wi&#322; Andre. &#379;anna musi bardzo na siebie uwa&#380;a&#263;, a niedba&#322;a Opiekunka zbyt rzadko strofuje moj&#261; nierozs&#261;dn&#261; &#380;on&#281;.

Jestem przekonany, &#380;e Opiekunka jak zwykle dobrze wywi&#261;zuje si&#281; ze swych obowi&#261;zk&#243;w, a ty jak zwykle niepotrzebnie si&#281; niepokoisz.

Z tob&#261; czasem trudno dyskutowa&#263;. Jeste&#347; do takiego stopnia logiczny, &#380;e nie spos&#243;b tego znie&#347;&#263;. Wcze&#347;niej czy p&#243;&#378;niej o&#380;enisz si&#281; z Olg&#261;, a wtedy zamiast s&#322;&#243;w b&#281;dziecie u&#380;ywa&#263; w rozmowie liczb i symboli!

Jeste&#347; wstr&#281;tny powiedzia&#322;a &#379;anna i obj&#281;&#322;a mnie. Eli jest dobrym ch&#322;opcem i lubi&#281; jego, a nie ciebie. Ciesz&#281; si&#281;, &#380;e odlatujesz na d&#322;ugo i zostawiasz mnie sam&#261;.

Z&#322;o&#347;liwo&#347;&#263; Andre przypomnia&#322;a mi, &#380;e Romero obieca&#322; porozmawia&#263; z Wier&#261;. Dochodzi&#322;a dwunasta. Mog&#322;em wprawdzie sam wywo&#322;a&#263; Wier&#281;, ale nie chcia&#322;em, aby pomy&#347;la&#322;a, &#380;e chc&#281; j&#261; zanudza&#263; pro&#347;bami.

Nie zrobili&#347;my jednak nawet trzech krok&#243;w, kiedy w alei zab&#322;ys&#322;a wideokolumna, a w niej sylwetka Wiery siedz&#261;cej na kanapce i u&#347;miechaj&#261;cej si&#281; do mnie. Widzia&#322;em &#380;yrandol i kwiaty po prawej stronie. Reszta pomieszczenia rozp&#322;ywa&#322;a si&#281; we mgle. Po lewej stronie Wiery kto&#347; sta&#322;. Wyda&#322;o mi si&#281;, &#380;e to Romero, ale Wiera przechwyci&#322;a m&#243;j wzrok i o&#347;wietlona przestrze&#324; skurczy&#322;a si&#281;, ogarniaj&#261;c tylko j&#261; sam&#261;.

Bracie powiedzia&#322;a Wiera m&#243;g&#322;by&#347; po przyje&#378;dzie na Ziemi&#281; pokaza&#263; si&#281; u mnie.

Mia&#322;em do za&#322;atwienia par&#281; spraw s&#322;u&#380;bowych, nie wiedzia&#322;em poza tym, &#380;e na waszej zwariowanej Ziemi sta&#322;o si&#281; modne sk&#322;adanie sobie wizyt.

Ma&#322;o si&#281; zmieni&#322;e&#347;, Eli zauwa&#380;y&#322;a.

Inni uwa&#380;aj&#261;, &#380;e bardzo si&#281; zmieni&#322;em rzuci&#322;em.

Przesta&#322;a si&#281; u&#347;miecha&#263;. Uwa&#380;nie, jakby nie wierzy&#322;a, &#380;e to ja, wpatrywa&#322;a si&#281; we mnie. Analizowa&#322;a i rozwa&#380;a&#322;a co&#347;, aby nie pope&#322;ni&#263; b&#322;&#281;du. Taka by&#322;a zawsze porywcza, gwa&#322;towna, ale niezmiernie sprawiedliwa.

A teraz chcesz jecha&#263; na Or&#281;?

Czy cz&#322;owiek nie chce mie&#263; wszystkiego, co mu przyjdzie na my&#347;l?

Nie wszystkie &#380;yczenia daj&#261; si&#281; urzeczywistni&#263;. Ju&#380; to przerabia&#322;em w ramach wyk&#322;ad&#243;w Granice mo&#380;liwo&#347;ci i zdaje si&#281;, &#380;e uzyska&#322;em najwy&#380;sz&#261; ocen&#281; za rozs&#261;dek, dwunastk&#281;.

Obawiam si&#281;, &#380;e rozs&#261;dku starczy&#322;o ci tylko na zdanie egzaminu.

Cz&#281;sto martwi&#322;em si&#281; swoim rozs&#261;dnym zachowaniem na egzaminach.

Roze&#347;mia&#322;a si&#281;. Lubi&#281; jej &#347;miech. Nikt nie umie si&#281; &#347;mia&#263; tak jak Wiera, kt&#243;ra w&#243;wczas jakby roz&#347;wietla si&#281; wewn&#281;trznie.

Nie mo&#380;na ci&#281; przegada&#263;, bracie. Przyjd&#378; do mnie jutro wieczorem. Sytuacja si&#281; zmieni&#322;a i niewykluczone, &#380;e twoje &#380;yczenie si&#281; spe&#322;ni.

Nie zd&#261;&#380;y&#322;em ani podzi&#281;kowa&#263;, ani zapyta&#263; dlaczego sytuacja si&#281; zmieni&#322;a, bo wideokolumna zgas&#322;a. Rozradowany Andre mocno u&#347;cisn&#261;&#322; mi r&#281;k&#281;.

A wi&#281;c jedziesz z nami, Eli!

Wiera powiedzia&#322;a tylko: mo&#380;liwe.

Je&#380;eli Wiera m&#243;wi mo&#380;liwe, to znaczy pewne! &#379;anna r&#243;wnie&#380; gratulowa&#322;a mi, ale po swojemu. Powiedzia&#322;a, &#380;e na Ziemi b&#281;dzie o dw&#243;ch zwariowa&#324;c&#243;w mniej, a ona ma do&#347;&#263; szale&#324;stw. P&#243;&#378;niej ws&#322;ucha&#322;a si&#281; w siebie.

Opiekunka &#380;&#261;da, abym si&#281; po&#322;o&#380;y&#322;a, Andre. Nie rozumiem czemu, nie ma jeszcze przecie&#380; dwunastej. Andre chwyci&#322; nas oboje pod r&#281;ce.

Natychmiast do hotelu! Mog&#281; to wyt&#322;umaczy&#263;. Czujesz si&#281; dzi&#347; gorzej ni&#380; zwykle, ale nie wiesz o tym. Opiekunka za&#347; dlatego jest Opiekunk&#261;, &#380;e wszystko o nas wie.

Po przyj&#347;ciu do hotelu &#379;anna uda&#322;a si&#281; do sypialni, a ja wyszed&#322;em na balkon.

W dole le&#380;a&#322; &#347;pi&#261;cy Kair przykryty gwiezdn&#261; p&#243;&#322;noc&#261;.



9

Mo&#380;e jestem sentymentalny, ale co&#347; we mnie zamiera, kiedy zostaj&#281; sam na sam z gwia&#378;dzistym niebem. Naszych przodk&#243;w-pasterzy ogarnia&#322; l&#281;k na widok Wszech&#347;wiata mrugaj&#261;cego do nich tysi&#261;cami nie&#347;miertelnych oczu, mnie za&#347; ogarnia zachwyt. Tamci nie przypuszczali nawet, jak niezmiernie wielki jest rozpo&#347;cieraj&#261;cy si&#281; doko&#322;a &#347;wiat, a jednak czuli si&#281; znikomo mali wobec gwiezdnego majestatu. Wiem doskonale, ile dziesi&#261;tk&#243;w i setek parsek&#243;w dzieli mnie od ka&#380;dej z tych jasnych gwiazd, ale nie czuj&#281; si&#281; przyt&#322;oczony ich gro&#378;n&#261; dal&#261; i ogromem. To bzdurna zachcianka i wstyd si&#281; do niej przyznawa&#263;, ale zawsze pragn&#281; wyci&#261;gn&#261;&#263; r&#281;ce ku dalekim &#347;wiatom, tak samo rozjarza&#263; si&#281; i zmienia&#263; sw&#243;j blask, tak jak one posy&#322;a&#263; we Wszech&#347;wiat rozmigotane wo&#322;anie!

Co ci jest? zapyta&#322; Andre wychodz&#261;c na balkon. Wygl&#261;dasz, jakby&#347; zobaczy&#322; ducha.

Zachwycam si&#281; niebem, nic wi&#281;cej.

Andre siad&#322; na fotelu i ko&#322;ysz&#261;c si&#281; z wolna, r&#243;wnie&#380; zapatrzy&#322; si&#281; w gwiazdy. Wkr&#243;tce jego twarz przybra&#322;a dziwnie uroczysty wyraz w&#322;a&#347;ciwy wszystkim, kt&#243;rzy znale&#378;li si&#281; pod wra&#380;eniem majestatu &#347;wiata.

Sfera niebieska wolno obraca&#322;a gwiazdy wok&#243;&#322; niewidzialnej osi. At&#322;asowoczarne niebo wisia&#322;o tu&#380; nad g&#322;ow&#261;, zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e wystarczy wyci&#261;gn&#261;&#263; r&#281;k&#281;, aby dotkn&#261;&#263; gwiazdy. Na p&#243;&#322;nocy po&#322;yskiwa&#322;a nad horyzontem Wielka Nied&#378;wiedzica, w zenicie p&#322;on&#261;&#322; olbrzymi Orion, bucha&#322; promieniami Syriusz, a poni&#380;ej, r&#243;wnie&#380; prawie nad horyzontem, uroczy&#347;cie wznosi&#322; si&#281; Krzy&#380; Po&#322;udnia i rozjarza&#322;o si&#281; purpurowe ognisko Kanopusa. Powietrze by&#322;o tak przezroczyste, &#380;e &#322;atwo dostrzega&#322;em gwiazdy si&#243;dmej wielko&#347;ci, a od pal&#261;cego blasku zerowych i ujemnych bola&#322;y oczy.

Andre powiedzia&#322; cicho:

A tam, w niezg&#322;&#281;bionych otch&#322;aniach Wszech&#347;wiata, b&#281;dziemy t&#281;skni&#263; za rodzinn&#261; Ziemi&#261;. Wiesz, Eli, my&#347;l&#281; czasem o ludziach, kt&#243;rzy startowali w kosmos przed odkryciem efektu Taniewa. Tym niewolnikom &#380;a&#322;osnych szybko&#347;ci pod&#347;wietlnych nie starcza&#322;o ich kr&#243;ciutkiego &#380;ycia na powr&#243;t, wiedzieli o tym i mimo to parli do przodu.

Chcesz powiedzie&#263;, &#380;e byli szaleni? Chc&#281; powiedzie&#263;, &#380;e byli bohaterami.

W dole cicho szumia&#322;y li&#347;cie palm i akacji, zawsze nieruchome cyprysy nagle zaskrzypia&#322;y sztywnymi ga&#322;&#281;ziami. U&#347;miechn&#261;&#322;em si&#281; i zamkn&#261;&#322;em oczy. Prosto na mnie patrzy&#322;o pomara&#324;czowe oko rozw&#347;cieczonego niebia&#324;skiego byka, Aldebarana. Dzieli&#322;o nas dwadzie&#347;cia jeden parsek&#243;w, sze&#347;&#263;dziesi&#261;t pi&#281;&#263; lat &#347;wietlnych. Gdzie&#347; tam, w kierunku Aldebarana, lecia&#322;a niewidoczna st&#261;d sztuczna planeta, Ora.

Czterysta dwadzie&#347;cia lat temu zagubili si&#281; w przestrzeni Robert List i Edward Kamagin wraz z towarzyszami powiedzia&#322; w zadumie Andre. Mo&#380;e i dzi&#347; jeszcze ich statek p&#281;dzi jako b&#322;&#261;dz&#261;ce cia&#322;o kosmiczne, a martwi kosmonauci &#347;ciskaj&#261; r&#281;koje&#347;ci ster&#243;w zetla&#322;ymi palcami. Jak musieli cierpie&#263; ci ludzie wspominaj&#261;c malutk&#261;, zielon&#261;, na wieki ju&#380; nieosi&#261;galn&#261; Ziemi&#281;.

Obr&#243;ci&#322;em si&#281; ku niemu.

Sk&#261;d ten smutek, przyjacielu?

Boj&#281; si&#281; pozostawi&#263; &#379;ann&#281; sam&#261; powiedzia&#322; chmurnie.

C&#243;&#380; za obawy! Nieudane porody ju&#380; dawno si&#281; nie zdarzaj&#261;!

Nie, nie o to chodzi!

Milcza&#322; przez chwil&#281;, jakby si&#281; waha&#322;, a trzeba powiedzie&#263;, &#380;e Andre waha si&#281; tylko w wyj&#261;tkowych wypadkach.

Przed &#347;lubem spytali&#347;my wraz z &#379;ann&#261; Informacj&#281; o nasz&#261; wzajemn&#261; przydatno&#347;&#263; do &#380;ycia rodzinnego. Informacja powiedzia&#322;a nam, &#380;e odpowiadamy sobie zaledwie w trzydziestu dziewi&#281;ciu procentach.

No, no! Nigdy bym nie przypuszcza&#322;.

My te&#380; si&#281; tego nie spodziewali&#347;my. Najwidoczniej byli&#347;my tak zakochani, &#380;e nie zauwa&#380;yli&#347;my tego, co nas dzieli&#322;o. By&#322;em zupe&#322;nie przybity, &#379;anna p&#322;aka&#322;a.

Pami&#281;tam, pami&#281;tam Przed &#347;lubem by&#322;e&#347; bardzo ponury

Dziwisz si&#281; Wi&#261;za&#263; si&#281; ze sob&#261; wiedz&#261;c, &#380;e ma&#322;&#380;e&#324;stwo b&#281;dzie nieudane! P&#243;&#378;niej powiedzia&#322;em do &#379;anny: niech si&#281; dzieje, co chce, mamy trzydzie&#347;ci dziewi&#281;&#263; procent, a dawniej ludzie &#322;&#261;czyli si&#281; przy kilku setnych wzajemnej tolerancji i jako&#347; &#380;yli! Odrzek&#322;a mi na to, &#380;e pr&#281;dko si&#281; sobie znudzimy, ale ja nalega&#322;em i musia&#322;a ust&#261;pi&#263; Przez kilka pierwszych tygodni po&#380;ycia usuwali&#347;my sobie wzajemnie py&#322;ki sprzed st&#243;p, we wszystkim sobie ust&#281;powali&#347;my, aby si&#281; tylko nie pok&#322;&#243;ci&#263;. P&#243;&#378;niej jako&#347; ozi&#281;bli&#347;my i zn&#243;w nadszed&#322; l&#281;k, czy przypadkiem te przewa&#380;aj&#261;ce z&#322;owrogie procenty nie bior&#261; g&#243;ry nad nasz&#261; mi&#322;o&#347;ci&#261;? Zn&#243;w zapytali&#347;my Informacj&#281; i wyobra&#378; sobie, &#380;e nasza wzajemna tolerancja wzros&#322;a do siedemdziesi&#281;ciu czterech procent!

Pi&#281;knie! Tak. Siedemdziesi&#261;t cztery. Ul&#380;y&#322;o nam troch&#281;, ale niezupe&#322;nie. Nie &#347;miej si&#281;. Bez wzgl&#281;du na to, czy nadaj&#281; si&#281; dla &#379;anny, nie chc&#281; jej traci&#263;. W dniu, kiedy zapad&#322;a decyzja podr&#243;&#380;y na Or&#281;, otrzymali&#347;my kolejne zawiadomienie: nasza wzajemna zgodno&#347;&#263; osi&#261;gn&#281;&#322;a dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t trzy procent, czyli niemal ca&#322;kowite zjednoczenie. Ale i te brakuj&#261;ce siedem procent bardzo mnie niepokoi. Naturalnie, gdybym pozosta&#322; na Ziemi

Wszyscy zakochani s&#261; jednakowo g&#322;upi. Patrz&#261;c na ciebie ciesz&#281; si&#281;, &#380;e nie jestem zakochany.

To z&#322;o&#347;liwo&#347;&#263;, a nie argument, Eli Andre pokiwa&#322; g&#322;ow&#261; z tak sm&#281;tnym wyrazem twarzy, &#380;e z trudem powstrzymywa&#322;em si&#281; od &#347;miechu.

Dobrze, wi&#281;c wys&#322;uchaj argument&#243;w. Czy s&#322;ysza&#322;e&#347; legend&#281; o Filemonie i Baucis? By&#322;a to najwierniejsza sobie para ma&#322;&#380;e&#324;ska w&#347;r&#243;d ludzi i bogowie podarowali im szcz&#281;&#347;cie &#347;mierci tego samego dnia, a po zgonie zamienili ich w d&#261;b i lip&#281;. Romero zebra&#322; wszystkie dane o Filemonie i Baucis, a potem przekaza&#322; je Informacji do analizy. Zgadnij, jaka by&#322;a wzajemna tolerancja? Osiemdziesi&#261;t siedem, o sze&#347;&#263; procent mniej ni&#380; u ciebie, dziwaku! Powiniene&#347; skaka&#263;, a nie zadr&#281;cza&#263; si&#281;.

Na to Andre nie znalaz&#322; &#380;adnej odpowiedzi, a ja dorzuci&#322;em nast&#281;pny argument. Ludzie na Ziemi zbytnio polegaj&#261; na maszynowym programowaniu wszelkich przejaw&#243;w &#380;ycia. Rozumiem oczywi&#347;cie, &#380;e gigantycznej pracy sterowania wszystkimi planetami nie mo&#380;na wykona&#263; bez automat&#243;w. Ale poddawa&#263; kontroli komputera te dziedziny, gdzie zupe&#322;nie wystarczy w&#322;asny rozum i uczucie? My, mieszka&#324;cy innych planet, obywamy si&#281; na razie bez Opiekunek i Informacji i jako&#347; nie giniemy A kiedy ja si&#281; zakocham, b&#281;d&#281; pie&#347;ci&#322; ukochan&#261; nie pytaj&#261;c o wzajemn&#261; tolerancj&#281;. Si&#322;a naszej mi&#322;o&#347;ci b&#281;dzie wystarczaj&#261;cym miernikiem odpowiednio&#347;ci. Poca&#322;unki zaaprobowane przez maszyn&#281; nie budz&#261; we mnie entuzjazmu! Nie jestem Romerem z jego pasj&#261; do staro&#380;ytno&#347;ci, ale przyznaj&#281;, &#380;e przodkowie zachowywali si&#281; rozs&#261;dniej i nie programowali swoich sympatii.

Andre parskn&#261;&#322;:

A c&#243;&#380; ty wiesz o staro&#380;ytno&#347;ci? Jeste&#347; przecie&#380; historycznym analfabet&#261;. Kt&#243;&#380; ci powiedzia&#322;, &#380;e nasi przodkowie nie programowali &#380;ycia spo&#322;ecznego i osobistego? A ich prawa socjalne? Ich prawid&#322;a zachowania si&#281;? Ich tak zwane normy przyzwoito&#347;ci? Czy&#380; to nie by&#322; program istnienia? Spr&#243;bowa&#322;by&#347; przej&#347;&#263; si&#281; po dowolnym ze starych miast! Przecie&#380; ka&#380;dy krok by&#322; zaprogramowany: przechod&#378; ulic&#281; jedynie w wyznaczonych miejscach i tylko przy zielonym &#347;wietle, nie zwalniaj i nie biegnij, nie zatrzymuj si&#281; na jezdni, chod&#378; po prawej stronie, a wyprzedzaj z lewej Tysi&#261;ce szczeg&#243;&#322;owych ogranicze&#324; dawno ju&#380; przez nas zapomnianych. A ich posi&#322;ki na uroczystych wieczorach? To ju&#380; nie program, lecz u&#347;wi&#281;cony rytua&#322; napoj&#243;w i zak&#261;sek, zmiany da&#324; i nakry&#263;! Twierdz&#281; co&#347; wr&#281;cz przeciwnego ni&#380; ty: jeste&#347;my niepor&#243;wnanie swobodniejsi od naszych przodk&#243;w, a komputery opieku&#324;cze i informacyjne jedynie zabezpieczaj&#261; nas, nie kr&#281;puj&#261;c wolno&#347;ci. Tak to jest, m&#243;j ty niewydarzony maszynoburco.

Trudno mi dyskutowa&#263; z Andre, kt&#243;ry o u&#322;amki sekundy szybciej my&#347;li i bezwstydnie to wykorzystuje, nie daj&#261;c czasu na sformu&#322;owanie odpowiedzi.

Zboczyli&#347;my z tematu powiedzia&#322;em.

Nic podobnego, ale pora ju&#380; spa&#263;. Dochodzi trzecia. Po&#322;o&#380;&#281; si&#281; na &#322;&#243;&#380;ku, a ty na kanapce, dobrze? Poszed&#322; do siebie, a ja zosta&#322;em na balkonie. Kiedy Orion obr&#243;ci&#322; mi si&#281; nad g&#322;ow&#261;, po&#322;o&#380;y&#322;em si&#281; na kanapie i zam&#243;wi&#322;em u Opiekunki muzyk&#281; zgodn&#261; z nastrojem. Gdyby Andre dowiedzia&#322; si&#281;, co robi&#281;, zacz&#261;&#322;by krzycze&#263;, &#380;e nie mam gustu i nie rozumiem wielkich dzie&#322;. Andre uwielbia silne okre&#347;lenia. Co do mnie za&#347;, to uwa&#380;am wynalazek syntetycznej muzyki do indywidualnego odbioru za najwi&#281;kszy wytw&#243;r geniuszu ludzkiego. Ta muzyka jest jedynie dla ciebie, nikt inny jej nie mo&#380;e zrozumie&#263;. Zar&#243;wno staro&#380;ytny Bach i Beethoven, jak p&#243;&#378;niejsi Siemienczenko i Krotthus, czy sztukmistrze-moderni&#347;ci Szerstiuk i Gaal tworz&#261; dzie&#322;a do odbioru grupowego. Podporz&#261;dkowuj&#261; sobie cz&#322;owieka, chwytaj&#261; za ko&#322;nierz i ci&#261;gn&#261; tam, gdzie chc&#261; oni, a nie ja. Czasami nasze pragnienia pokrywaj&#261; si&#281; i wtedy odczuwam rozkosz, ale to niecz&#281;sto si&#281; zdarza. Muzyka indywidualna jest akurat t&#261;, kt&#243;rej w danej chwili chc&#281; s&#322;ucha&#263;. Andre nazywa j&#261; fizjologiczn&#261;, ale czemu niby mam si&#281; ba&#263; fizjologii? Dop&#243;ki &#380;yj&#281;, dop&#243;ki biegn&#261; procesy fizjologiczne, nic mnie od nich nie uchroni.



10

Rano dowiedzia&#322;em si&#281;, &#380;e w umiarkowanych szeroko&#347;ciach odb&#281;dzie si&#281; dzi&#347; &#347;wi&#281;to Wielkiej Burzy Letniej i pospieszy&#322;em do Stolicy. Andre z &#379;ann&#261; odlecieli o &#347;wicie.

Kiedy podszed&#322;em do hotelowego stereofonu, na ekranie pojawi&#322; si&#281; roze&#347;miany Andre.

Tak mocno spa&#322;e&#347;, &#380;e nie chcieli&#347;my ci&#281; budzi&#263;. Po wizycie u Wiery przyjd&#378; do nas.

Na ulicach Kairu czu&#322;o si&#281;, &#380;e ma nast&#261;pi&#263; co&#347; wa&#380;nego. W powietrzu mkn&#281;&#322;y aerobusy i awionetki, szumia&#322;y skrzyd&#322;a pegaz&#243;w, zwija&#322;y si&#281; cia&#322;a milcz&#261;cych smok&#243;w. Wskoczy&#322;em do aerobusu lec&#261;cego na Dworzec P&#243;&#322;nocny i przyjrza&#322;em si&#281; z g&#243;ry panoramie ogromnego miasta. Na ziemi Kair jest wielobarwny i r&#243;&#380;nokszta&#322;tny, z powietrza natomiast wszystko przyt&#322;umiaj&#261; dwa kolory: zielony i bia&#322;y. Zanim dotarli&#347;my do dworca, wyprzedzili&#347;my co najmniej setk&#281; pegaz&#243;w i lataj&#261;cych smok&#243;w. Ekspresy na p&#243;&#322;noc startowa&#322;y co minut&#281;.

Burza zgodnie z planem zaczyna&#322;a si&#281; o dwunastej. Nad Morzem &#346;r&#243;dziemnym wpadli&#347;my w pierwsze skupisko chmur. Wiedzia&#322;em, &#380;e z Atlantyku i Pacyfiku zawczasu wzniesiono do g&#243;ry tysi&#261;ce kilometr&#243;w sze&#347;ciennych wody i &#380;e ca&#322;ymi tygodniami gromadzono je nad powierzchni&#261; m&#243;rz, aby w odpowiednim momencie wys&#322;a&#263; nad kontynent. Ale zaskoczy&#322;o mnie to, &#380;e i obj&#281;te rezerwatem Morze &#346;r&#243;dziemne pos&#322;u&#380;y&#322;o za magazyn ob&#322;ok&#243;w. Na Ziemi wiele si&#281; zmieni&#322;o w ci&#261;gu tych dw&#243;ch lat mojej nieobecno&#347;ci. Po&#380;a&#322;owa&#322;em, &#380;e dowiedzia&#322;em si&#281; o &#347;wi&#281;cie zbyt p&#243;&#378;no, bo ch&#281;tnie polecia&#322;bym nad Ocean Spokojny obejrze&#263;, jak gigantyczne masy chmur sprasowane w dziesi&#281;ciokilometrow&#261; warstw&#281; nagle ruszaj&#261; z miejsca i opuszczaj&#261;c si&#281; z wysoko&#347;ci, dok&#261;d je zap&#281;dzono, szybko sun&#261; przewidzianymi trasami na przewidziane miejsca.

Wiatr mia&#322; szybko&#347;&#263; oko&#322;o trzydziestu metr&#243;w na sekund&#281;. Morze &#346;r&#243;dziemne burzy&#322;o si&#281;. Za oknami robi&#322;o si&#281; coraz ciemniej. Po pewnym czasie poci&#261;g powietrzny skr&#281;ci&#322; na wsch&#243;d i wyrwa&#322; si&#281; pod jasne s&#322;o&#324;ce. Oko&#322;o dwudziestu minut lecieli&#347;my wzd&#322;u&#380; kraw&#281;dzi chmur. Zadziwi&#322;a mnie zr&#281;czno&#347;&#263;, z jak&#261; kszta&#322;tuje si&#281; obecnie transporty ob&#322;ok&#243;w: kilometrowa warstwa chmur p&#281;dzi&#322;a tak r&#243;wnym frontem, jakby obci&#281;to j&#261; przy linijce. Przej&#347;cie z ciemno&#347;ci do &#347;wiat&#322;a by&#322;o zupe&#322;nie nag&#322;e.

Do Stolicy dotarli&#347;my o jedenastej i wysiedli&#347;my na skrzy&#380;owaniu Zielonego Bulwaru z Czerwon&#261; Ulic&#261;. Nie chcia&#322;em wychodzi&#263; na zat&#322;oczony w &#347;wi&#281;ta bulwar i skr&#281;ci&#322;em w Czerwon&#261;. Nie jest to najpi&#281;kniejsza spo&#347;r&#243;d dwudziestu czterech magistrali Stolicy, ale lubi&#281; j&#261;. Niewysokie, trzydziesto- i czterdziestopi&#281;trowe domy g&#243;ruj&#261; nad ni&#261; sze&#347;cianami i ostros&#322;upami opasanymi werandami wisz&#261;cych ogrod&#243;w i tarasami placyk&#243;w spacerowych. Podoba mi si&#281; wyrazisto&#347;&#263; tej ulicy. Kolor czerwony zawiera mn&#243;stwo odcieni i p&#243;&#322;ton&#243;w, niekt&#243;re domy tryskaj&#261; w g&#243;r&#281; malinowymi j&#281;zorami, inne rozpo&#347;cieraj&#261; si&#281; &#347;cian&#261; purpurowego ognia, jeszcze inne zn&#243;w przypominaj&#261; rudopomara&#324;czowe stogi, a &#380;aden nie jest podobny do s&#261;siada.

Ale i na Czerwonej by&#322;o wiele ludzi. Loty na pegazach i smokach s&#261; w Stolicy nadal zakazane, za to dzi&#347; mieszka&#324;cy wylegli w powietrze na awionetkach. Jak zawsze najwi&#281;cej zamieszania robi&#322;a dzieciarnia, kt&#243;rej do dokazywania wystarczy najmniejszy pretekst, a czy&#380; mo&#380;e by&#263; pretekst lepszy od Wielkiej Letniej Burzy? Dzieci szale&#324;czo kozio&#322;kowa&#322;y nad domami i drzewami. Wiedzia&#322;em, &#380;e Opiekunki pilnuj&#261; ich, ale robi&#322;o mi si&#281; nieswojo, kiedy malcy zacz&#281;li wsp&#243;&#322;zawodniczy&#263; w upadkach z czterdziestego pi&#281;tra. Jeden z takich dziesi&#281;cioletnich akrobat&#243;w z wrzaskiem run&#261;&#322; na mnie. Opiekunka naturalnie w por&#281; skr&#281;ci&#322;a jego awionetk&#281;, malec przemkn&#261;&#322; obok i zawis&#322; o dziesi&#281;&#263; metr&#243;w dalej.

Oj, bo ci&#281; dogoni&#281;! hukn&#261;&#322;em, staraj&#261;c si&#281; wstrzyma&#263; &#347;miech.

Nie dogoni pan. Ja ka&#380;demu uciekn&#281;.

I zaraz drapn&#261;&#322; w g&#243;r&#281; wypatrywa&#263; z podniebnej wysoko&#347;ci kolejnej ofiary.

Na skrzy&#380;owaniu Czerwonej Ulicy z Zielonym Bulwarem sta&#322;y wolne awionetki. Wsiad&#322;em do jednej z nich i rozkaza&#322;em w my&#347;li: Do Dzielnicy Muzealnej. W trzy minuty p&#243;&#378;niej awionetka wyl&#261;dowa&#322;a na placu Panteonu przy pomniku Krowy.

Przyje&#380;d&#380;aj&#261;c do Stolicy zawsze odwiedzam Panteon. Obecnie nikogo ju&#380; si&#281; tam nie umieszcza, ale pot&#281;&#380;ne umys&#322;y i charaktery dawnych wiek&#243;w, kt&#243;re sw&#261; dzia&#322;alno&#347;ci&#261; po&#322;o&#380;y&#322;y podwaliny pod nasze spo&#322;ecze&#324;stwo, zas&#322;u&#380;y&#322;y na wieczny szacunek. Szacunek ten okazali im nasi pradziadowie, kt&#243;rzy wznie&#347;li Panteon. Na frontonie budowli umieszczono napis: Tym, kt&#243;rzy w swych niedoskona&#322;ych czasach dor&#243;wnali nam wielko&#347;ci&#261;. Andre czasami &#347;mieje si&#281;, &#380;e napis jest samochwalny, &#380;e zadzieramy nosa przed przodkami. Ja natomiast widz&#281; w nim ho&#322;d dla najlepszych ludzi przesz&#322;o&#347;ci, pragnienie, aby&#347;my si&#281; stali ich godni.

Przeszed&#322;em alej&#261; wyimaginowanych postaci, kt&#243;re wywar&#322;y wp&#322;yw na rozw&#243;j duchowy ludzko&#347;ci: Prometeusz, Odys, Don Kichot, Robinson, Hamlet, Budda, ma&#322;y Huck Finn i inni. Nie opodal, pod &#347;cian&#261;, przytuli&#322;a si&#281; statua Andrieja Taniewa, obok kt&#243;rej na chwil&#281; przystan&#261;&#322;em. Andriej Taniew &#380;y&#322; niegdy&#347; i nie by&#322; przez nikogo wymy&#347;lony. O jego &#380;yciu wiele wiadomo, chocia&#380; pozosta&#322;e po nim wi&#281;zienne notatki zosta&#322;y odnalezione dopiero w dwie&#347;cie lat po &#347;mierci autora. Ale w jego historii prawda tak pomiesza&#322;a si&#281; z fantazj&#261;, &#380;e pewne jest tylko jedno: na pocz&#261;tku wieku dwudziestego starej rachuby czasu &#380;y&#322; cz&#322;owiek, kt&#243;ry odkry&#322; przekszta&#322;canie si&#281; masy w przestrze&#324; i przestrzeni w mas&#281;, co p&#243;&#378;niej nazwano efektem Taniewa. Cz&#322;owiek ten d&#322;ugo siedzia&#322; w wi&#281;zieniu i swoje badania naukowe prowadzi&#322; w celi.

Rze&#378;biarz przedstawi&#322; Taniewa w wi&#281;ziennej kurcie z r&#281;kami za&#322;o&#380;onymi do ty&#322;u i z g&#322;ow&#261; wzniesion&#261; ku g&#243;rze: wi&#281;zie&#324; wpatruje si&#281; w nocne niebo, rozmy&#347;la o gwiazdach i tworzy teori&#281; ich powstawania z niczego i przekszta&#322;cania si&#281; w nic. To, co wiemy o Taniewie, przemawia za innym wizerunkiem. Nie by&#322; to wcale oderwany od spraw przyziemnych my&#347;liciel, lecz cz&#322;owiek wybuchowy, niezmiernie kochaj&#261;cy &#380;ycie, po prostu &#380;ycie, niewa&#380;ne dobre czy z&#322;e. Zachowa&#322;y si&#281; jego wi&#281;zienne wiersze: normalny cz&#322;owiek na jego miejscu prawdopodobnie pogr&#261;&#380;y&#322;by si&#281; w smutku, on natomiast raduje si&#281;, &#380;e popracowa&#322; na mrozie i zawiei, &#380;e z chciwo&#347;ci&#261; po&#380;ar&#322; swoj&#261; porcj&#281; i &#380;e &#347;wietnie si&#281; wy&#347;pi. W&#261;tpliwe, aby cz&#322;owiek ciesz&#261;cy si&#281; z takich g&#322;upstw bardzo t&#281;skni&#322; do gwiazd. A jednak Taniewowi pierwszemu uda&#322;o si&#281; wyprowadzi&#263; wzory przekszta&#322;cenia przestrzeni w mas&#281; i on w&#322;a&#347;nie pierwszy powiedzia&#322;, i&#380; nadejdzie czas, kiedy cz&#322;owiek b&#281;dzie niczym B&#243;g tworzy&#322; &#347;wiaty z pustki i porusza&#322; si&#281; z szybko&#347;ci&#261; nad&#347;wietln&#261;. Wszystko to mo&#380;na odnale&#378;&#263; w jego wi&#281;ziennych notatkach.

Po&#347;rodku galerii wznosi si&#281; na piedestale kryszta&#322;owy klosz, w kt&#243;rym spoczywa czarna, k&#281;dzierzawa g&#322;owa Ngoro, najwi&#281;kszego matematyka przesz&#322;o&#347;ci. Wydaje si&#281; &#380;ywa i jedynie zamkni&#281;te oczy &#347;wiadcz&#261; o tym, &#380;e ten pot&#281;&#380;ny m&#243;zg ju&#380; nigdy nie o&#380;yje. Ngoro jest zadziwiaj&#261;co podobny do Leonida: to samo szerokie jak &#347;ciana czo&#322;o, te same pot&#281;&#380;ne wargi i policzki, wyd&#322;u&#380;ony podbr&#243;dek, g&#281;ste brwi i masywne uszy. Wszystko w tej niezwyk&#322;ej g&#322;owie jest pot&#281;&#380;ne i masywne. Ale je&#347;li wyrazista twarz Leonida jest zawsze chmurna, a czasami kamienieje w skurczu gniewu, to Ngoro jest dobry, g&#322;&#281;boko, niezmiernie dobry. Kiedy jeszcze w szkole dowiedzieli&#347;my si&#281;, &#380;e Ngoro uleg&#322; wypadkowi i nieporadna &#243;wczesna medycyna zdo&#322;a&#322;a uratowa&#263; tylko jego g&#322;ow&#281; oddzielon&#261; od cia&#322;a, zawsze budzi&#322;o we mnie zdumienie to, &#380;e g&#322;owa p&#243;&#378;niej rozmawia&#322;a, my&#347;la&#322;a, &#347;mia&#322;a si&#281;, nawet pod&#347;piewywa&#322;a, wieczorem zasypia&#322;a, o &#347;wicie budzi&#322;a si&#281; s&#322;owem &#380;y&#322;a, normalnie &#380;y&#322;a d&#322;ugie trzydzie&#347;ci dwa lata! Pewien staro&#380;ytny muzyk po og&#322;uchni&#281;ciu napisa&#322; najpi&#281;kniejsz&#261; ze swych symfonii, a g&#322;owa Ngoro oddzielona od tu&#322;owia zako&#324;czy&#322;a teori&#281; tworzenia system&#243;w naukowych drog&#261; rozk&#322;adu dowolnego faktu do&#347;wiadczalnego na szereg liczbowy. Umar&#322; w sze&#347;&#263;dziesi&#261;tym si&#243;dmym roku &#380;ycia. Wiedzia&#322;, &#380;e umiera, &#380;e sztuczny krwiobieg m&#243;g&#322; przed&#322;u&#380;y&#263; &#380;ycie g&#322;owy, lecz nie m&#243;g&#322; zapewni&#263; jej nie&#347;miertelno&#347;ci. Po&#380;egna&#322; si&#281; z przyjaci&#243;&#322;mi, pozdrowi&#322; wszystko dobre i rozumne, co jeszcze zjawi si&#281; na Ziemi, i spokojnie, ze swym niezmiennym, dobrym u&#347;miechem zasn&#261;&#322; o zwyk&#322;ej porze na pocz&#261;tku nocy, aby si&#281; ju&#380; nie obudzi&#263;.

I teraz sta&#322;em przed wielk&#261; g&#322;ow&#261;, a Ngoro u&#347;miecha&#322; si&#281; czarn&#261; twarz&#261; wygl&#261;daj&#261;c&#261; tak, jakby Ngoro usn&#261;&#322; dzi&#347; w nocy, a nie dwie&#347;cie lat temu.

Ngoro! powiedzia&#322;em. Dobry, jasnowidz&#261;cy Ngoro! Chcia&#322;bym cho&#263; troch&#281; by&#263; podobny do ciebie! Wtem na zewn&#261;trz zadzwoni&#322;y dzwony, za&#347;piewa&#322;y tr&#261;bki.

Chmury! Chmury! krzyczeli ludzie na placu. Pobieg&#322;em do wyj&#347;cia polecaj&#261;c Opiekunce wezwa&#263; dla mnie awionetk&#281;.



11

Chmury wyp&#322;yn&#281;&#322;y zza horyzontu i szybko pokrywa&#322;y niebo. Zacz&#261;&#322;em pospiesznie nabiera&#263; wysoko&#347;ci nad wysp&#261; Dzielnicy Muzealnej otoczonej przez trzy pier&#347;cienie wysokich dom&#243;w zas&#322;aniaj&#261;cych widoczno&#347;&#263;. Pierwszy pier&#347;cie&#324;, wewn&#281;trzny, jest jeszcze stosunkowo niski i nie przekracza sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu pi&#281;ter, drygi natomiast, Centralny, wznosi si&#281; tarasowato do wysoko&#347;ci stu pi&#281;ter, opasuj&#261;c ca&#322;&#261; dzielnic&#281; gigantycznym, trzydziestokilometrowym &#322;a&#324;cuchem g&#243;rskim. Te ogromne gmachy widoczne z ka&#380;dego punktu miasta stanowi&#261; najwi&#281;kszy zesp&#243;&#322; mieszkalny Stolicy.

Razem ze mn&#261; wznosi&#322;y si&#281; setki innych awionetek, a w g&#243;rze nad miastem by&#322;o ich ju&#380; tak wiele, &#380;e &#380;aden m&#243;zg ludzki nie potrafi&#322;by zorientowa&#263; si&#281; w tym t&#322;oku: Wyobrazi&#322;em sobie, &#380;e Wielki Komputer Pa&#324;stwowy przestanie dzia&#322;a&#263;. Opiekunki szalej&#261;cych w powietrzu mieszka&#324;c&#243;w Stolicy utrac&#261; z nimi &#322;&#261;czno&#347;&#263; i wzdrygn&#261;&#322;em si&#281; mimo woli: ludzie zderzaliby si&#281; ze sob&#261;, spadali na dachy i jezdnie zmieniaj&#261;c si&#281; w krwaw&#261; mas&#281;. Na szcz&#281;&#347;cie na Ziemi nie zdarzaj&#261; si&#281; awarie.

Chmury mkn&#281;&#322;y zwartym frontem i po minucie zakry&#322;y po&#322;ow&#281; niebosk&#322;onu. &#346;wiat nagle rozpad&#322; si&#281; na dwie cz&#281;&#347;ci: jedna czarna i wzburzona wiatrem po&#380;era&#322;a drug&#261;, roziskrzon&#261; i leniwie spokojn&#261;. Gwa&#322;townie nadlecia&#322; huragan, awionetki zwr&#243;ci&#322;y si&#281; dziobami w jego kierunku i zako&#322;ysa&#322;y forsuj&#261;c silniki. Uchyli&#322;em okno i uderzenie p&#281;dz&#261;cego powietrza na chwil&#281; pozbawi&#322;o mnie oddechu. Nawet na tej wysoko&#347;ci by&#322;o s&#322;ycha&#263; w&#347;ciek&#322;e wycie burzy. A p&#243;&#378;niej gwa&#322;townie, bez &#380;adnego przej&#347;cia, ogarn&#281;&#322;a nas ciemno&#347;&#263;. Nie widzia&#322;em ju&#380; lec&#261;cych obok i mnie ju&#380; nikt nie widzia&#322;. Wiedzia&#322;em, &#380;e maszyny bezpiecze&#324;stwa ochraniaj&#261; nas, ale na chwil&#281; zl&#261;k&#322;em si&#281; i zawr&#243;ci&#322;em ku miastu. To samo pewnie odczuwali tak&#380;e inni, bo kiedy pierwsza b&#322;yskawica rozja&#347;ni&#322;a przestrze&#324;, wszyscy doko&#322;a p&#281;dzili w d&#243;&#322;. Zwymy&#347;la&#322;em si&#281; za tch&#243;rzostwo i skierowa&#322;em awionetk&#281; prosto w splot wy&#322;adowa&#324; elektrycznych.

Mo&#380;e si&#281; myl&#281;, ale zdaje mi si&#281;, i&#380; w tym letnim &#347;wi&#281;cie najpi&#281;kniejsza jest nie sama burza, lecz jej zbli&#380;anie si&#281;: w&#347;ciek&#322;y lot chmur i starcie b&#322;yskawic. Rozb&#322;yski &#347;wiat&#322;a i &#322;oskot grzmot&#243;w wprowadzaj&#261; mnie w stan podniecenia. P&#281;dz&#281; w malutkiej awionetce i wrzeszcz&#281;, sam podobny do kulistego pioruna. W g&#322;&#281;bi duszy ka&#380;dego z nas kryj&#261; si&#281; dzicy przodkowie, czciciele grzmotu i b&#322;yskawicy. R&#243;&#380;nimy si&#281; jedynie tym, &#380;e oni ba&#322;wochwalczo padali na kolana przed niebieskim &#380;ywio&#322;em, a ja chcia&#322;bym si&#281; zmierzy&#263; z si&#322;ami przyrody. Zgodnie z planem wy&#322;adowania &#347;wietlne mia&#322;y trwa&#263; zaledwie dwadzie&#347;cia minut, pop&#281;dzi&#322;em wi&#281;c w kierunku zarodka b&#322;yskawicy, gdzie gromadz&#261; si&#281; wysokie napi&#281;cia. Fala powietrzna ma tam pr&#281;dko&#347;&#263; eksplozji, a rozb&#322;ysk elektrycznego ognia o&#347;lepia nawet przez ciemne szk&#322;a okular&#243;w ochronnych. Uwa&#380;am to za sport odwa&#380;nych, chocia&#380; inni nazywaj&#261; takie zmagania z burz&#261; zabaw&#261; szale&#324;c&#243;w.

W pobli&#380;u b&#322;yskawica zap&#322;on&#281;&#322;a dziesi&#261;tkami za&#322;ama&#324; i rozga&#322;&#281;zie&#324; przypominaj&#261;c ogromny korze&#324;. R&#243;wnolegle do niej trysn&#281;&#322;a druga, a z g&#243;ry uderzy&#322;a trzecia. Wszystko zla&#322;o si&#281; w jeden k&#322;&#261;b ognia. Wyda&#322;o mi si&#281;, &#380;e dosta&#322;em si&#281; w &#347;rodek pochodni i zosta&#322;em spopielony. O&#347;lepiony i og&#322;uszony, na sekund&#281; straci&#322;em przytomno&#347;&#263;: awionetka run&#281;&#322;a w d&#243;&#322; i zatrzyma&#322;a si&#281; dopiero tu&#380; nad dachem domu. W jednym z l&#261;duj&#261;cych aparat&#243;w dojrza&#322;em wczorajsz&#261; nieuprzejm&#261; dziewczyn&#281; o d&#322;ugiej szyi. Pomacha&#322;em do niej r&#281;k&#261; i wpad&#322;em w nowy zg&#281;stek potencja&#322;&#243;w. Tym razem nie uda&#322;o mi si&#281; dotrze&#263; do centrum wy&#322;adowa&#324; i awionetka posz&#322;a r&#243;wnoleg&#322;ym kursem. Zrozumia&#322;em, &#380;e interweniowa&#322;a Opiekunka.

O co chodzi? krzykn&#261;&#322;em, chocia&#380; Opiekunk&#281; wystarczy wywo&#322;a&#263; w my&#347;li.

W m&#243;zgu odezwa&#322;a si&#281; jej milcz&#261;ca odpowied&#378;: Niebezpiecznie.

Krzykn&#261;&#322;em z jeszcze wi&#281;ksz&#261; z&#322;o&#347;ci&#261;:

Przeliczcie na now&#261; granic&#281; dopuszczalnych dzia&#322;a&#324;! Macie tam przecie&#380; trzykrotne zapasy bezpiecze&#324;stwa!

Tym razem beznami&#281;tna maszyna raczy&#322;a odpowiedzie&#263; g&#322;osem. Wyt&#322;umaczy&#322;a mi dok&#322;adnie, &#380;e burza w tym roku jest wyj&#261;tkowo silna, ma taki wysoki poziom energetyczny, i&#380; niemal sama wy&#322;amuje si&#281; spod kontroli. Urz&#261;dzenia Zarz&#261;du Osi Ziemskiej pracuj&#261; pe&#322;n&#261; moc&#261;, aby utrzyma&#263; burz&#281; na przewidzianej trasie i nie dopu&#347;ci&#263; do przekroczenia zaplanowanego nat&#281;&#380;enia. Ka&#380;de miejscowe zak&#322;&#243;cenie systemu wy&#322;adowa&#324; mo&#380;e doprowadzi&#263; do rozpadu kontrolowanej masy burzowej.

Nie ma sensu dyskutowa&#263; z Opiekunk&#261;. Wy&#322;&#261;czenie jej jest na wszystkich planetach uwa&#380;ane za powa&#380;ne przest&#281;pstwo, a ju&#380; na Ziemi, z jej surowymi przepisami, jest po prostu niemo&#380;liwe. Miota&#322;em si&#281; wi&#281;c pod chmurami od b&#322;yskawicy do b&#322;yskawicy nie zd&#261;&#380;aj&#261;c na moment wy&#322;adowania, ale i tak rozkoszowa&#322;em si&#281; strumieniami &#347;wiat&#322;a i rykiem powietrza. Ze dwa razy dobrze mn&#261; potrz&#261;sn&#281;&#322;o, raz odrzuci&#322;o w bok i w sumie mia&#322;em nie najgorsz&#261; zabaw&#281;.

Kiedy min&#281;&#322;o dwadzie&#347;cia minut przeznaczonych na wy&#322;adowania elektryczne, lun&#261;&#322; deszcz i pospieszy&#322;em do miasta, bo deszcze trzeba obserwowa&#263; z ziemi, wyczuwa&#263; cia&#322;em nie os&#322;oni&#281;tym skorup&#261; awionetki. Wyl&#261;dowa&#322;em na placu i wyskoczy&#322;em pod ulew&#281;. Awionetka natychmiast odlecia&#322;a na post&#243;j, a ja pobieg&#322;em ku stoj&#261;cemu naprzeciwko domowi. Przez drog&#281; solidnie przemok&#322;em. Pod daszkiem sta&#322;o oko&#322;o dwudziestu os&#243;b. M&#243;j widok wywo&#322;a&#322; &#347;miech i zdziwienie: by&#322;em ubrany nieodpowiednio na t&#281; pogod&#281;. W&#347;r&#243;d obecnych znalaz&#322;a si&#281; r&#243;wnie&#380; moja gniewna dziewczyna. Najwyra&#378;niej od pierwszego wejrzenia nabra&#322;a do mnie antypatii, bo i tym razem jako jedyna ze wszystkich patrzy&#322;a na mnie z wrogo&#347;ci&#261;.

Tak mnie zdziwi&#322;a jej milcz&#261;ca niech&#281;&#263;, &#380;e odezwa&#322;em si&#281; uprzejmie:

Przepraszam, czy to nie pani&#261; spotka&#322;em niedawno tu&#380; pod chmurami?

Znacznie ni&#380;ej, niemal nad sam&#261; ziemi&#261; te&#380; powiedzia&#322;a ch&#322;odno. Pan zdaje si&#281; przekozio&#322;kowa&#322; od uderzenia pioruna?

Straci&#322;em panowanie nad sterami, ale p&#243;&#378;niej wr&#243;ci&#322;em w rejon wy&#322;adowa&#324;.

To r&#243;wnie&#380; widzia&#322;am, niezno&#347;nie pan tam pajacowa&#322;.

Najwyra&#378;niej chcia&#322;a mnie obrazi&#263;. By&#322;a niewysoka, bardzo szczup&#322;a i zwinna. Brwi rzeczywi&#347;cie mia&#322;a ci&#281;&#380;kie w stosunku do wyd&#322;u&#380;onej, nerwowej twarzy. Takie brwi by&#322;yby odpowiedniejsze dla mnie ni&#380; dla tej dziewczyny. Nie dba&#322;a o sw&#243;j wygl&#261;d. Oczywi&#347;cie trudno jest zmieni&#263; kszta&#322;t g&#322;owy, ale &#322;atwo jest dobra&#263; brwi do twarzy, inne kobiety z pewno&#347;ci&#261; by to zrobi&#322;y.

Nie lubi&#281;, jak kto&#347; si&#281; na mnie bezmy&#347;lnie gapi powiedzia&#322;a i odwr&#243;ci&#322;a si&#281; ty&#322;em.

Zaskoczy&#322;o mnie to tak, &#380;e nie potrafi&#322;em nic odpowiedzie&#263; i wyszed&#322;em, prawie uciek&#322;em spod daszka. Zacz&#281;to za mn&#261; wo&#322;a&#263;, abym wraca&#322;, ale jej g&#322;osu nie us&#322;ysza&#322;em i przyspieszy&#322;em kroku. Deszcz ju&#380; nie pada&#322;, lecz la&#322; strumieniami, d&#378;wi&#281;cza&#322; w powietrzu, &#322;omota&#322; po chodnikach i alejach, hucza&#322; potokami wody na jezdniach. Zimna woda p&#322;yn&#281;&#322;a po ciele. To by&#322;o nieprzyjemne i Opiekunka poradzi&#322;a zmieni&#263; odzie&#380; na nieprzemakaln&#261;, jak&#261; wszyscy nosz&#261; na Ziemi. Trzeba by&#322;o wezwa&#263; awionetk&#281; i polecie&#263; do najbli&#380;szego magazynu. Po dziesi&#281;ciu minutach wyszed&#322;em na deszcz w stroju Ziemianina. Na Plutonie nie urz&#261;dza si&#281; ulew i zapomnieli&#347;my tam ju&#380;, co to znaczy ubiera&#263; si&#281; odpowiednio do pogody.

Po pewnym czasie czer&#324; chmur zblak&#322;a i dzie&#324; z wolna wypar&#322; sztucznie wywo&#322;an&#261; noc. Zacz&#281;&#322;y wy&#322;ania&#263; si&#281; sylwetki dom&#243;w i wie&#380;e l&#261;dowisk. S&#322;upy padaj&#261;cej wody zmieni&#322;y si&#281; najpierw w pr&#281;ty, p&#243;&#378;niej w nici, kt&#243;re nast&#281;pnie rozpad&#322;y si&#281; na strz&#281;py i krople. Deszcz wycofywa&#322; si&#281; na wsch&#243;d. By&#322;a godzina szesnasta, burza ko&#324;czy&#322;a si&#281; dok&#322;adnie w wyznaczonym terminie.

Na ulice i do park&#243;w wyleg&#322;a dzieciarnia, w powietrzu zn&#243;w pojawi&#322;y si&#281; awionetki, w oknach zacz&#281;&#322;y powiewa&#263; flagi. S&#322;o&#324;ce trysn&#281;&#322;o gor&#261;cymi promieniami, z ziemi rozleg&#322;y si&#281; radosne okrzyki &#347;wi&#281;to trwa&#322;o nadal.

Wszed&#322;em do sto&#322;&#243;wki i nie patrz&#261;c nacisn&#261;&#322;em trzy guziki na tablicy jad&#322;ospisu. To by&#322;a stara gra: czy trafi si&#281; na co&#347; smacznego? Uda&#322;o mi si&#281; i automat poda&#322; mi&#281;sne grzybki, moj&#261; ulubion&#261; potraw&#281;. Dwa inne dania przes&#322;odzona galaretka i pier&#243;g by&#322;y mniej udane, ale zgodnie z zasadami gry zjad&#322;em je r&#243;wnie&#380;.

Pora by&#322;a i&#347;&#263; do Wiery.



12

Wiera spacerowa&#322;a po pokoju, a ja siedzia&#322;em. Siostra wydawa&#322;a mi si&#281; taka sama jak dawniej, a jednocze&#347;nie inna. Nie mog&#322;em okre&#347;li&#263;, co si&#281; w niej zmieni&#322;o, ale czu&#322;em t&#281; przemian&#281;. Obj&#281;&#322;a mnie za ramiona i pochwali&#322;a m&#243;j wygl&#261;d.

Stajesz si&#281; m&#281;&#380;czyzn&#261;, Eli. Do pi&#281;&#263;dziesi&#261;tego roku &#380;ycia by&#322;e&#347; ch&#322;opakiem, i to w dodatku wcale nie przyk&#322;adnym.

Przygl&#261;da&#322;em si&#281; jej w milczeniu. Tak by&#322;o zawsze. Ona beszta&#322;a mnie za psikusy, a ja ponuro odwraca&#322;em g&#322;ow&#281;. Niecierpliwa i wybuchowa, surowo traktowa&#322;a moje przewiny, a ja si&#281; o to na ni&#261; z&#322;o&#347;ci&#322;em. Teraz nie mia&#322;em powodu odwraca&#263; si&#281;, ale nie uda&#322;o mi si&#281; nawi&#261;za&#263; swobodnej rozmowy. O naszych poczynaniach na Plutonie wiedzia&#322;a tyle samo co ja.

Wiera zatrzymywa&#322;a si&#281; i zak&#322;ada&#322;a r&#281;ce na kark. To jej ulubiona poza. Potrafi tak ze skrzy&#380;owanymi na karku r&#281;kami i twarz&#261; wzniesion&#261; do g&#243;ry chodzi&#263; i sta&#263; godzinami. Kiedy&#347; pr&#243;bowa&#322;em posta&#263; tak ze trzydzie&#347;ci minut, ale nie potrafi&#322;em.

Dzi&#347; mia&#322;a na sobie zielon&#261; sukni&#281; z koronkami przypi&#281;tymi broszk&#261;, czerwono-&#380;&#243;&#322;t&#261; &#380;mijk&#261; z przydymionego neptu&#324;skiego kamienia. Wiera lubi broszki, czasami zak&#322;ada bransolety i to zami&#322;owanie do ozd&#243;b jest chyba jedyn&#261; jej s&#322;abo&#347;ci&#261;. Wreszcie zrozumia&#322;em, co si&#281; w niej zmieni&#322;o. Zmieni&#322;a si&#281; nie ona, lecz moje spojrzenie na ni&#261;. Dostrzega&#322;em dzi&#347; to, czego dawniej nie zauwa&#380;a&#322;em. Nagle poj&#261;&#322;em, &#380;e Wiera jest niezwykle pi&#281;kna.

O jej pi&#281;kno&#347;ci wiedzia&#322;em ju&#380; dawniej, wszyscy mi to bowiem ci&#261;gle powtarzali. Pa&#324;ska siostra to grecka bogini m&#243;wi&#322; Romero. Dla mnie by&#322;a dotychczas jedynie starsz&#261; siostr&#261;, kt&#243;ra zast&#261;pi&#322;a mi wcze&#347;nie zmar&#322;&#261; matk&#281; i ojca, kt&#243;ry zgin&#261;&#322; w katastrofie na Merkurym, siostr&#261; surow&#261; i w&#322;adcz&#261;, nie zastanawia&#322;em si&#281; wi&#281;c nad jej wygl&#261;dem. Ale teraz nie tylko wiedzia&#322;em, lecz r&#243;wnie&#380; widzia&#322;em, &#380;e Romero ma racj&#281;.

Wiera zapyta&#322;a ze zdziwieniem: Czemu mi si&#281; tak przygl&#261;dasz? Przyzna&#322;em si&#281; z u&#347;miechem:

Odkry&#322;em, &#380;e jeste&#347; &#322;adna, siostro.

Czy przypadkiem nie zakocha&#322;e&#347; si&#281; w kim&#347;?

&#379;anna zapyta&#322;a mnie o to samo. Co wed&#322;ug was &#347;wiadczy o tym, &#380;e jestem zakochany.

Tylko jedno: zacz&#261;&#322;e&#347; zwraca&#263; uwag&#281; na otoczenie. Dawniej &#380;y&#322;e&#347; jedynie w&#322;asnymi pasjami.

Pasyjkami, Wiero. Przyznasz sama, &#380;e ko&#324;czy&#322;o si&#281; wszystko na psikusach. Pobiega&#263; samemu po pustyni lub Himalajach, przedosta&#263; si&#281; po kryjomu do rakiety mi&#281;dzyplanetarnej pami&#281;tasz?

Nie odpowiedzia&#322;a. Zatrzyma&#322;a si&#281; przy oknie i patrzy&#322;a na miasto. Ja r&#243;wnie&#380; zamilk&#322;em. Nie musia&#322;em jej ponagla&#263;, bo i tak powie, po co mnie do siebie wezwa&#322;a.

Zako&#324;czy&#322;e&#347; ju&#380; swoje sprawy s&#322;u&#380;bowe na Ziemi? zapyta&#322;a po chwili odwracaj&#261;c si&#281; ku mnie.

Za&#322;atwi&#322;em i to bardzo pomy&#347;lnie. Dostali&#347;my wszystkie potrzebne nam maszyny i urz&#261;dzenia.

Pawe&#322; powiedzia&#322; mi, &#380;e wznawiasz starania o wyjazd na Or&#281;. Czemu chcesz dosta&#263; si&#281; na konferencj&#281; gwiezdn&#261;? Nie jestem pewna, czy dobrze rozumiesz zadania, jakie stawiamy sobie na Orze. Dotychczas bywa&#322;e&#347; oboj&#281;tny wobec tego, co pasjonuje innych.

Roze&#347;mia&#322;em si&#281;. Usposobienie Wiery nie zmieni&#322;o si&#281; w ci&#261;gu tych dw&#243;ch lat, chocia&#380; zewn&#281;trznie wyda&#322;a mi si&#281; inna. Ka&#380;da nasza rozmowa nieodmiennie przekszta&#322;ca&#322;a si&#281; w sprawdzian tego, co wiem i umiem. Postanowi&#322;em za &#380;adn&#261; cen&#281; nie obla&#263; dzisiejszego egzaminu.

Nie taki zn&#243;w oboj&#281;tny, Wiero. Regularnie s&#322;ucham transmisji z Ziemi, a o konferencji na Orze m&#243;wi si&#281; w nich bez przerwy.

Nie odpowiadasz na moje pytanie, Eli.

Jeszcze nie zd&#261;&#380;y&#322;em. A odpowied&#378;, droga siostro, jest taka. Zbieracie na Orze mieszka&#324;c&#243;w s&#261;siednich uk&#322;ad&#243;w gwiezdnych, aby zapozna&#263; si&#281; z ich potrzebami i mo&#380;liwo&#347;ciami, nawi&#261;za&#263; z nimi przyjazne kontakty, zorganizowa&#263; wymian&#281; towar&#243;w i wiadomo&#347;ci, przygotowa&#263; loty mi&#281;dzygwiezdne. Zamierza si&#281; nawi&#261;za&#263; Sojusz Gwiezdny &#322;&#261;cz&#261;cy wszystkie istoty rozumne z naszego rejonu Galaktyki Dok&#322;adnie to powtarzam?

Wiera zastanawia&#322;a si&#281; nad mymi s&#322;owami albo mo&#380;e my&#347;la&#322;a o czym&#347; innym. By&#322;a zatroskana, teraz widzia&#322;em to wyra&#378;nie.

Dok&#322;adnie, oczywi&#347;cie, a jednocze&#347;nie zupe&#322;nie b&#322;&#281;dnie

Nie rozumiem ci&#281;.

Widzisz, zadania Ory, z kt&#243;rymi wszyscy si&#281; zgadzamy, wyliczy&#322;e&#347; &#347;ci&#347;le. Ale nie jestem pewna, czy b&#281;dziemy je realizowa&#263;. Odkryto wiele nieoczekiwanych fakt&#243;w

Przypomnia&#322;em sobie i powt&#243;rzy&#322;em s&#322;owa Allana o istotach podobnych do nas i r&#243;wnych nam pot&#281;g&#261;.

Chodzi w&#322;a&#347;nie o to potwierdzi&#322;a Wiera.

Allan wspomina&#322;, &#380;e informacje s&#261; analizowane. Czy ju&#380; otrzymali&#347;cie ostateczne wyniki?

Ostateczny wynik b&#281;dzie znany jutro. Ale nawet tego, czego dowiedzieli&#347;my si&#281; wczoraj i dzisiaj, wystarczy, aby mie&#263; pow&#243;d do niepokoju

Wiero, bardzo ci&#281; prosz&#281;

To nie, jest &#380;adna tajemnica i zaraz wszystkiego si&#281; dowiesz.

Wyda&#322;o mi si&#281;, &#380;e si&#281; wahasz, czy mi powiedzie&#263;. Po prostu zastanawiam si&#281;, od czego zacz&#261;&#263;. Nowe dane spad&#322;y na nas tak nieoczekiwanie Zdawali&#347;my sobie oczywi&#347;cie spraw&#281;, &#380;e zbadali&#347;my jedynie malutki wycinek Galaktyki, zaledwie kilka tysi&#281;cy s&#261;siednich gwiazd i nie czas jeszcze na wyci&#261;ganie ostatecznych wniosk&#243;w, a w&#261;tpliwe te&#380;, aby&#347;my kiedykolwiek mogli takie wnioski wyci&#261;gn&#261;&#263; Ale odkrywaj&#261;c kolejne wsp&#243;lnoty gwiezdne i przekonuj&#261;c si&#281;, &#380;e wszystkie stoj&#261; na ni&#380;szym poziomie technicznym i socjalnym ni&#380; spo&#322;ecze&#324;stwo ludzkie, utwierdzili&#347;my si&#281; jako&#347; w przekonaniu o swej wyj&#261;tkowo&#347;ci. Mieszka&#324;cy Aldebarana i Capelli, Altairu i Fomalhauta, nawet Wega&#324;czycy, nie m&#243;wi&#261;c ju&#380; o niezliczonych plemionach Anio&#322;&#243;w z Hiad, wszyscy ust&#281;puj&#261; cz&#322;owiekowi. Faktem jest, &#380;e nasi bezpo&#347;redni s&#261;siedzi gwiezdni s&#261; prymitywniejsi od nas. R&#243;wnie&#380; i to, &#380;e konferencje na Orze zwo&#322;ujemy w&#322;a&#347;nie my, a nie ktokolwiek z nich, &#347;wiadczy o szczeg&#243;lnej pozycji cz&#322;owieka w&#347;r&#243;d mieszka&#324;c&#243;w gwiazd.

A nowe dane z hukiem zburzy&#322;y wasz zmodyfikowany wariant antropocentryzmu naszych przodk&#243;w? Cz&#322;owiek wcale nie jest p&#281;pkiem &#347;wiata i najdoskonalszym wytworem natury? Czy dobrze ci&#281; zrozumia&#322;em, Wiero?

Zawsze si&#281; spieszysz. Marcin Spychalski, nasz kierownik na Orze, dostarczy&#322; zapisy sn&#243;w anio&#322;okszta&#322;tnych zamieszkuj&#261;cych uk&#322;ad jednej z peryferyjnych gwiazd w Hiadach, P&#322;omienistej B. Kilka s&#322;&#243;w o tej gwie&#378;dzie. Jest nieco gor&#281;tsza od naszego S&#322;o&#324;ca, ma klas&#281; F-8, dziewi&#281;&#263; planet r&#243;wnie&#380; ma&#322;o r&#243;&#380;ni&#261;cych si&#281; od Ziemi. Wszystkie planety s&#261; zamieszka&#322;e przez dwu i czteroskrzyd&#322;e Anio&#322;y. Poziom &#380;ycia spo&#322;ecznego jest tam niski: prymitywna kultura materialna, wzajemna wrogo&#347;&#263; plemion, brak alfabetu i maszyn. Ale zapis ich fal m&#243;zgowych w czasie snu ujawni&#322; fakty, kt&#243;rych do tej pory nie znali&#347;my. Anio&#322;okszta&#322;tne z P&#322;omienistej B widz&#261; w swoich snach istoty ma&#322;o r&#243;&#380;ni&#261;ce si&#281; od ludzi. Widz&#261; je w sytuacjach doprawdy tragicznych. Ciekawe, &#380;e czuwaj&#261;ce Anio&#322;y t&#322;umacz&#261; swoje sny jako odbicie znanych im ba&#347;ni o jakich&#347; istotach przewy&#380;szaj&#261;cych je rozumem i pot&#281;g&#261;.

A mo&#380;e to naprawd&#281; ba&#347;nie? Co&#347; w rodzaju ludzkich legend o si&#322;aczach i czarodziejach?

Ba&#347;nie te&#380; zanotowano, s&#261; ubo&#380;sze od sn&#243;w. Wygl&#261;da na to, &#380;e istoty podobne do ludzi przylecia&#322;y na Hiady z daleka. A propos, WKP przet&#322;umaczy&#322; ich nazw&#281; Galaktowie, a nie Niebianie jak zwykle. To jeszcze nie wszystko. Z tego, &#380;e gdzie&#347; we Wszech&#347;wiecie s&#261; istoty podobne do nas, nale&#380;y si&#281; tylko cieszy&#263;, postaramy si&#281; te&#380; odszuka&#263; je i nawi&#261;za&#263; kontakt. Ale pami&#281;tasz, m&#243;wi&#322;am, &#380;e nowe odkrycia wywo&#322;uj&#261; niepok&#243;j? Chodzi o to, &#380;e Galaktowie maj&#261; pot&#281;&#380;nych wrog&#243;w, z kt&#243;rymi prowadz&#261; wojn&#281; kosmiczn&#261; na tak ogromn&#261; skal&#281;, &#380;e jest to niemal poza zasi&#281;giem naszego zrozumienia. Obiektami zniszczenia w tej wojnie nie s&#261; ju&#380; istoty lub mechanizmy, jak w staro&#380;ytnych walkach ludzkich, lecz cia&#322;a niebieskie i ca&#322;e uk&#322;ady planetarne. Anio&#322;y nada&#322;y gro&#378;nym istotom walcz&#261;cym z Galaktami miano Z&#322;ywrog&#243;w.

Z&#322;ywrogi! wykrzykn&#261;&#322;em. Jaka g&#322;upia nazwa! Ma w sobie co&#347; infantylnego. Moim zdaniem niezbyt przypomina termin naukowy.

S&#261;dz&#281;, &#380;e WKP nie bez powodu wybra&#322; to s&#322;owo spo&#347;r&#243;d tysi&#281;cy innych. Widocznie okre&#347;la ono najdok&#322;adniej ich zachowanie si&#281;. Na drugim miejscu maszyna wymieni&#322;a termin Niszczyciele. Ciekawe, &#380;e na pytanie o wygl&#261;d zewn&#281;trzny Z&#322;ywrog&#243;w WKP odpowiedzia&#322;: nie wiadomo.

Twardy to musi by&#263; orzech, skoro nawet superpot&#281;&#380;ny Komputer Pa&#324;stwowy nie m&#243;g&#322; go rozgry&#378;&#263;.

Najwidoczniej brakuje mu danych. Z nazw&#261; Niszczyciele kojarz&#261; si&#281; rozszyfrowane poj&#281;cia: unicestwia&#263; &#380;ycie i zacie&#347;nia&#263; &#347;wiaty. Jutro obejrzysz na stereoekranie, jak to wygl&#261;da. Wydaje si&#281;, &#380;e Z&#322;ywrogi opanowa&#322;y odwrotn&#261; reakcj&#281; Taniewa, to znaczy tworz&#261; substancj&#281; z unicestwionej przez siebie przestrzeni, bo inaczej nie mo&#380;na zacie&#347;nia&#263; &#347;wiat&#243;w. Galaktowie przeszkadzaj&#261; im w tym, no i w rezultacie w przestworzach mi&#281;dzygwiezdnych szaleje wojna.

Wzdrygn&#261;&#322;em si&#281;.

To przypomina opowie&#347;ci o tytanicznych bitwach bog&#243;w.

Powtarzam ci tre&#347;&#263; rozszyfrowanych zapis&#243;w, nic wi&#281;cej. A zreszt&#261;, c&#243;&#380; to jest bitwa bog&#243;w? Obecna pot&#281;ga cz&#322;owieka znacznie przewy&#380;sza mo&#380;liwo&#347;ci przypisywane kiedy&#347; bogom, nadal jednak jeste&#347;my lud&#378;mi; a nie bogami. Promie&#324; &#347;wiat&#322;a pozostaje daleko w tyle za naszymi statkami galaktycznymi czy to w dawnych wiekach nie wydawa&#322;oby si&#281; nadnaturalne? W czasie dzisiejszej burzy &#347;ciga&#322;e&#347; si&#281; z b&#322;yskawicami. W&#261;tpi&#281;, aby kto&#347; sto lat temu wpad&#322; na pomys&#322; takiej rozrywki.

Jak widz&#281;, wiesz o tym?

Obserwowa&#322;am ci&#281;. Jeste&#347; w Stolicy, wi&#281;c nale&#380;y oczekiwa&#263; ryzykownych dziwactw. Nie wiadomo dlaczego uwa&#380;asz to miasto za najlepszy teren do robienia psikus&#243;w. Na Plutonie zachowywa&#322;e&#347; si&#281; znacznie spokojniej.

Na Plutonie nie mia&#322;em czasu na zabawy, zreszt&#261; nie ma tam Opiekunki. Powiedz mi, prosz&#281;, jakie wnioski wyci&#261;gacie z informacji o Galaktach i Z&#322;ywrogach?

Jutro zbiera si&#281; Wielka Rada, wtedy zadecydujemy, co robi&#263;. Ju&#380; teraz jest oczywiste, &#380;e wy&#322;oni&#322;y si&#281; dziesi&#261;tki problem&#243;w ogromnej wagi, z kt&#243;rych ka&#380;dy wymaga szybkiego rozwi&#261;zania. Trzeba odpowiedzie&#263;, czy Galaktowie i Z&#322;ywrogi istniej&#261; nadal, czy te&#380; informacja na ich temat to pozosta&#322;o&#347;&#263; kataklizm&#243;w sprzed wielu milion&#243;w lat? Kto z nich zwyci&#281;&#380;y&#322; w kosmicznej batalii? A mo&#380;e obie strony wygin&#281;&#322;y w swoich potwornych starciach? Co wsp&#243;lnego z lud&#378;mi maj&#261; tak zadziwiaj&#261;co podobni do nas Galaktowie? Je&#380;eli za&#347; obie rasy jeszcze istniej&#261;, to jakie okolice zamieszkuj&#261;? Na planetach Uk&#322;adu S&#322;onecznego nie ma &#347;lad&#243;w ich bytno&#347;ci. Dlaczego? Czy istnieniu ludzko&#347;ci nie zagra&#380;a fakt, &#380;e gdzie&#347; w dalekich uk&#322;adach gwiezdnych mieszkaj&#261; te istoty? Wychodzimy po raz pierwszy w historii na trasy galaktyczne, czy te trasy s&#261; dla nas bezpieczne? Planujemy utworzenie Mi&#281;dzygwiezdnego Sojuszu Istot Rozumnych, czy nie za wcze&#347;nie? Mo&#380;e powinni&#347;my zasklepi&#263; si&#281; ca&#322;kowicie w &#347;wiatku planet s&#322;onecznych? G&#322;osi si&#281; takie pogl&#261;dy, Eli! Mamy ogromne zasoby, czy nie nale&#380;y wi&#281;c przeznaczy&#263; ich na budow&#281; urz&#261;dze&#324; obronnych? Mo&#380;e trzeba b&#281;dzie wznie&#347;&#263; wok&#243;&#322; Uk&#322;adu S&#322;onecznego pier&#347;cie&#324; sztucznych planet-twierdz? O tym wszystkim nale&#380;y pom&#243;wi&#263;. S&#322;owem, mn&#243;stwo nieprzewidzianych, wa&#380;nych problem&#243;w! Niekt&#243;re z nich b&#281;dziesz musia&#322; rozwi&#261;za&#263; ty, Eli przy naszej pomocy, oczywi&#347;cie.

Bardzo si&#281; ciesz&#281; wykrzykn&#261;&#322;em z podnieceniem. Czy to znaczy, &#380;e pojad&#281; z wami na Or&#281;, czy te&#380; b&#281;d&#281; mia&#322; inne zadanie?

Niebianie ju&#380; zje&#380;d&#380;aj&#261; si&#281; na Or&#281;. Moim zdaniem nale&#380;y bezwzgl&#281;dnie spotka&#263; si&#281; z mieszka&#324;cami innych &#347;wiat&#243;w. Jak ci wiadomo, przeprowadzenie narady na Orze powierzono mnie. Chc&#281; ci&#281; tam wzi&#261;&#263; jako sekretarza.

Sekretarza? C&#243;&#380; to takiego? Nigdy nie s&#322;ysza&#322;em tego s&#322;owa.

W staro&#380;ytno&#347;ci istnia&#322; taki zaw&#243;d. M&#243;wi&#261;c og&#243;lnie jest to pomocnik. S&#261;dz&#281;, &#380;e dasz sobie rad&#281;.

Ja r&#243;wnie&#380; tak s&#261;dz&#281;. B&#281;dziesz chyba musia&#322;a zapyta&#263; komputer, czy nadaj&#281; si&#281; na sekretarza?

Wielki ju&#380; wybra&#322;. Poprosi&#322;am, aby wyszuka&#322; mi na sekretarza cz&#322;owieka odwa&#380;nego, szybkiego w dzia&#322;aniu, zdecydowanego na wszystko, umiej&#261;cego w razie potrzeby ryzykowa&#263; nawet &#380;ycie, lubi&#261;cego przygody i w og&#243;le nieznane nikt bowiem nie wie, z czym zetkniemy si&#281; w dalekich &#347;wiatach i Wielki sam ci&#281; zaproponowa&#322;. Musz&#281; stwierdzi&#263; ze smutkiem, &#380;e jeste&#347; jedynym Ziemianinem, dysponuj&#261;cym pe&#322;nym zespo&#322;em cech prawdziwego narwa&#324;ca.

Rzuci&#322;em si&#281; jej na szyj&#281;. Wiera najpierw broni&#322;a si&#281; ze &#347;miechem, a potem gor&#261;co mnie uca&#322;owa&#322;a. Ju&#380; w dzieci&#324;stwie odkry&#322;em, &#380;e kiedy nawet bardzo si&#281; gniewa&#322;a, wystarczy&#322;o j&#261; poca&#322;owa&#263;, aby po minucie z&#322;o&#347;&#263; min&#281;&#322;a bez &#347;ladu. Wiera stawa&#322;a si&#281; w&#243;wczas weso&#322;a i skora do rozmowy. Jedynie niech&#281;&#263; do lizusostwa i czu&#322;ych s&#322;&#243;wek przeszkadza&#322;a mi wykorzystywa&#263; t&#281; zabawn&#261; cech&#281; jej charakteru.

Bardzo si&#281; ciesz&#281;, &#380;e pojedziesz, Eli! powiedzia&#322;a. I chocia&#380; dzi&#347; mam wi&#281;cej powod&#243;w do niepokoju ni&#380; do rado&#347;ci, bardzo jestem rada.

Ja cieszy&#322;em si&#281; jak dziecko.

No c&#243;&#380;, Wiero powiedzia&#322;em po chwili. Mo&#380;liwe, &#380;e na Ziemi sprawiam wra&#380;enie narwa&#324;ca, ale te nie najlepsze cechy mojego charakteru mog&#261; si&#281; przyda&#263; w innych &#347;wiatach.

Z&#322;o tak&#380;e mo&#380;na wykorzysta&#263; w dobrych celach, ale lepiej obywa&#263; si&#281; bez z&#322;a. Jeszcze jedna sprawa. B&#261;d&#378; jutro w Zarz&#261;dzie Komputer&#243;w Pa&#324;stwowych. Poka&#380;&#261; nam, co uda&#322;o si&#281; rozszyfrowa&#263;. Punktualnie o dziesi&#261;tej, nie sp&#243;&#378;nij si&#281; Podnios&#322;a si&#281; z fotela. Pora spa&#263;. Tw&#243;j pok&#243;j nie zmieni&#322; si&#281; od czasu, kiedy odlecia&#322;e&#347; na Plutona, tylko oczywi&#347;cie jest posprz&#261;tany.

Nie chce mi si&#281; spa&#263;. Posiedz&#281; w ogrodzie.



13

Wszystkie domy w Stolicy s&#261; co pi&#261;te pi&#281;tro opasane werandami, a co dwadzie&#347;cia pi&#281;ter maj&#261; tarasy z ogrodami. Nasze mieszkanie znajduje si&#281; na siedemdziesi&#261;tym dziewi&#261;tym pi&#281;trze Zielonego Bulwaru, wewn&#281;trznej strony Pier&#347;cienia Centralnego. Pojecha&#322;em wind&#261; do g&#243;ry i usiad&#322;em w ogrodzie na osiemdziesi&#261;tym pi&#281;trze. Nie pami&#281;tam ju&#380;, jak d&#322;ugo siedzia&#322;em i o czym duma&#322;em. Rozbiegane my&#347;li k&#322;&#281;bi&#322;y mi si&#281; w g&#322;owie by&#322;em jednocze&#347;nie szcz&#281;&#347;liwy i zatroskany.

W szko&#322;ach uczy si&#281;, &#380;e staro&#380;ytne miasta by&#322;y zalane blaskiem reflektor&#243;w i latar&#324; jarzeniowych, &#380;e by&#322;y gwarne, a na ulicach nieustannie przelewa&#322;y si&#281; t&#322;umy przechodni&#243;w. Chocia&#380; Stolica jest miastem niem&#322;odym (wkr&#243;tce minie czterysta lat od jej za&#322;o&#380;enia) i skupiskiem wielkich gmach&#243;w zbudowanych na skrawku ziemi, czego ju&#380; dawno si&#281; nie robi, to pod innymi wzgl&#281;dami jest miastem nowoczesnym. Noc&#261; magistrale s&#261; ciemne i ciche. Aby nie zapala&#263; o&#347;wietlenia ulicznego, ludzie zak&#322;adaj&#261; wieczorem specjalne okulary noktowizyjne, kt&#243;re pozwalaj&#261; doskonale orientowa&#263; si&#281; w ciemno&#347;ci.

Lubi&#281; nocne kontrasty Stolicy: ciemne ulice i bulwary obrze&#380;one &#347;wietlistymi wst&#281;gami dom&#243;w. Po&#322;yskliwy &#322;a&#324;cuch g&#243;rski Pier&#347;cienia Centralnego rozp&#322;ywaj&#261;cy si&#281; w oddali, czarn&#261; dolin&#281; parku zamkni&#281;t&#261; r&#243;wnoleg&#322;ymi liniami o&#347;wietlonych pi&#281;ter Pier&#347;cienia Wewn&#281;trznego.

Dzielnicy Muzealnej, centrum Stolicy, nie by&#322;o wida&#263;. Ani piramidy, ani &#347;wi&#261;tynie egipskie i asyryjskie, ani Kreml, ani bazylika &#346;wi&#281;tego Piotra, paryska Notre Dame, kolo&#324;ski i mediola&#324;ski gotyk, ani te&#380; &#380;adne inne pomniki minionych wiek&#243;w odtworzone na niewielkiej wyspie, doskonale, widoczne dniem, nie wy&#322;ania&#322;y si&#281; z ciemno&#347;ci. Jedynie czerwona p&#243;&#322;kula na centralnym placu miasta, siedziba Zarz&#261;du Komputer&#243;w Pa&#324;stwowych, ton&#281;&#322;a w potokach &#347;wiat&#322;a. Na Ziemi ka&#380;demu cz&#322;owiekowi wolno wchodzi&#263;, dok&#261;d zechce: do fabryk, laboratori&#243;w czy pa&#322;ac&#243;w publicznych i tylko ten jeden gmach jest obj&#281;ty zakazem. Ka&#380;dy z nas setki razy widzia&#322; na stereoekranie wszystkie pokoje i korytarze tej s&#322;awnej fabryki my&#347;lenia i kierowania, jak niekt&#243;rzy go nazywaj&#261;, ale tylko nieliczni szcz&#281;&#347;liwcy mog&#261; si&#281; pochwali&#263;, &#380;e byli w nim osobi&#347;cie. Trzy najwa&#380;niejsze urz&#261;dzenia: Wielki Komputer Pa&#324;stwowy, Wielki Komputer Akademicki i Informacja nieustannie, dniem i noc&#261;, nie zatrzymuj&#261;c si&#281; ani na sekund&#281; pracuj&#261; tam ju&#380; od nieomal dw&#243;ch wiek&#243;w. Patrzy&#322;em na czerwony budynek i my&#347;la&#322;em, &#380;e dzi&#347; rozwi&#261;zuje si&#281; w nim jedn&#261; z najtrudniejszych zagadek, jakie stan&#281;&#322;y przed ludzko&#347;ci&#261; i &#380;e ca&#322;a przysz&#322;o&#347;&#263; Ziemi zale&#380;y by&#263; mo&#380;e od tego, czy maszyny rozwi&#261;&#380;&#261; prawid&#322;owo t&#281; zagadk&#281;. My&#347;la&#322;em r&#243;wnie&#380; o tym, &#380;e b&#281;d&#281; musia&#322; znale&#378;&#263; si&#281; daleko od tego miejsca, gdzie w&#347;r&#243;d stu miliard&#243;w element&#243;w Wielkiego znajduje si&#281; m&#243;j prywatny fragmencik z&#322;o&#380;ony z milion&#243;w kom&#243;rek moja Opiekunka, m&#261;dry i beznami&#281;tny nauczyciel i przewodnik. Nieraz k&#322;&#243;ci&#322;em si&#281; z Opiekunk&#261;, beszta&#322;em j&#261;, nazywa&#322;em bezduszn&#261; i niepotrzebn&#261;, chwali&#322;em si&#281; nawet swym ironicznym stosunkiem do maszyn kieruj&#261;cych. Ale prawd&#281; m&#243;wi&#261;c jestem do niej przywi&#261;zany tak, jak trudno si&#281; przywi&#261;za&#263; do &#380;ywego cz&#322;owieka. Kt&#243;&#380; jak nie ona odsuwa ode mnie niebezpiecze&#324;stwo, stara si&#281; strzec przed chorobami, powstrzymuje przed nie przemy&#347;lanymi post&#281;pkami?

Zapragn&#261;&#322;em po raz ostatni wypr&#243;bowa&#263; pot&#281;g&#281; obs&#322;uguj&#261;cych nas maszyn i poleci&#322;em Opiekunce dowiedzie&#263; si&#281;, co to za dziewczyna dwukrotnie mnie zwymy&#347;la&#322;a. W m&#243;zgu rozjarzy&#322;a si&#281; odpowied&#378;: Zbyt ma&#322;o danych, by udzieli&#263; odpowiedzi.

Opar&#322;em g&#322;ow&#281; o pie&#324; oleandra i zacz&#261;&#322;em przypomina&#263; sobie spotkania z t&#261; dziewczyn&#261;: t&#322;ok przed sal&#261; koncertow&#261;, nieprzyjemn&#261; rozmow&#281; pod daszkiem, gdzie schronili&#347;my si&#281; przed deszczem. Mia&#322;em j&#261; przed oczyma, zagniewan&#261;, ciemnow&#322;os&#261;, z delikatn&#261; twarz&#261;, smuk&#322;&#261; szyj&#261; i szerokimi brwiami

Teraz danych wystarczy zabrzmia&#322; g&#322;os Opiekunki. Dziewczyna nazywa si&#281; Mary Glann, pochodzi ze Szkocji, studiowa&#322;a na Marsie, dok&#261;d pojecha&#322;a z ojcem. Ma czterdzie&#347;ci trzy lata, sto osiemdziesi&#261;t dwa centymetry wzrostu, wa&#380;y siedemdziesi&#261;t pi&#281;&#263; kilogram&#243;w, niezam&#281;&#380;na. Najwa&#380;niejsze zainteresowania hodowla form ro&#347;linnych dla planet z wysok&#261; grawitacj&#261; i twardym promieniowaniem.

Czy ta Mary Glann ma narzeczonego? spyta&#322;em.

Nie jest i nie by&#322;a zakochana.

Kontynuowa&#322;em gr&#281; w narzeczonego i narzeczon&#261;, jak t&#281; zabaw&#281; nazywa si&#281; w szko&#322;ach. W tym okresie m&#322;odzie&#380; zasypuje Informacj&#281; pytaniami na temat wzajemnej tolerancji, zw&#322;aszcza dziewcz&#281;ta bardzo si&#281; tym pasjonuj&#261;. Zwykle sprawdzaj&#261; w ten spos&#243;b kilka setek narzeczonych, a wychodz&#261; za m&#261;&#380; najcz&#281;&#347;ciej nie za tego, kt&#243;rego im poleca&#322;a Opiekunka.

A czy ja bym jej odpowiada&#322;? Jaki jest stopie&#324; naszej wzajemnej tolerancji?

Tym razem Opiekunka przekaza&#322;a odpowied&#378; Informacji dopiero po jakich&#347; czterech sekundach. Wyobra&#380;am sobie, jaki ogrom czu&#322;o&#347;ci, nami&#281;tno&#347;ci, u&#347;cisk&#243;w, k&#322;&#243;tni, przeprosin, nieporozumie&#324;, kl&#281;sk, krzywd, rado&#347;ci i zachwyt&#243;w zmodelowa&#322;a w ci&#261;gu tego czasu. Us&#322;ysza&#322;em nagle pogardliwy g&#322;os Romera: Nie wydaje si&#281; panu przypadkiem, drogi przyjacielu, &#380;e technika maszynowa naszych czas&#243;w przeros&#322;a sam&#261; siebie? Dawniej takie zjawiska okre&#347;lano zwrotem: Ma nie po~ kolei w g&#322;owie. G&#322;os zad&#378;wi&#281;cza&#322; tak realnie, &#380;e odwr&#243;ci&#322;em si&#281; odruchowo. Pawe&#322; nie m&#243;g&#322; zreszt&#261; pods&#322;ucha&#263; moich pyta&#324;, bo tajemnice my&#347;li s&#261; bardzo surowo chronione.

Informacja wreszcie odezwa&#322;a si&#281;:

Wasza wzajemna tolerancja wynosi dziesi&#281;&#263; i trzy dziesi&#261;te procent. Jej indywidualna przydatno&#347;&#263; do tego zwi&#261;zku siedemna&#347;cie i dwie dziesi&#261;te procent, twoja dwa i osiem dziesi&#261;tych. Rozw&#243;d prawdopodobny w pierwszym miesi&#261;cu po&#380;ycia, a nieunikniony w po&#322;owie drugiego.

Przypomnia&#322;em sobie &#347;mieszn&#261; histori&#281; opowiedzian&#261; przez Romera. Znalaz&#322;a si&#281; dw&#243;jka romantycznie usposobionych m&#322;odych, m&#281;&#380;czyzna i kobieta, kt&#243;rzy tak dalece uwierzyli w nieomylno&#347;&#263; Informacji, &#380;e ca&#322;kiem serio polecili jej znale&#378;&#263; sobie partner&#243;w. Informacja wybra&#322;a spo&#347;r&#243;d wszystkich mieszka&#324;c&#243;w Ziemi w&#322;a&#347;nie ich, jako maksymalnie przydatnych do wsp&#243;lnego &#380;ycia. Teraz pozostawa&#322;o tylko pozna&#263; si&#281; i pokocha&#263;. M&#322;odzi spotkali si&#281; i poczuli do siebie wzajemn&#261; odraz&#281;.

Niespodziewanie dla samego siebie poczu&#322;em si&#281; dotkni&#281;ty i zapyta&#322;em brutalnie:

Ta, jak jej tam, Mary, nie pyta&#322;a przypadkiem o mnie?

Opiekunka przemawia zwykle mi&#322;ym kobiecym g&#322;osem, rzadziej opryskliwym starczym tenorkiem, a jeszcze rzadziej po prostu zapala w m&#243;zgu swoje odpowiedzi. Nie wiem, czemu tak si&#281; dzieje, ale przypuszczam, &#380;e konstruktorzy nie chcieli, aby ludzie przywi&#261;zywali si&#281; do maszyn jak do cz&#322;owieka. Je&#347;li sprawy tak si&#281; rzeczywi&#347;cie mia&#322;y, to ich ostro&#380;no&#347;&#263; okaza&#322;a si&#281; niezbyt skuteczna.

W m&#243;zgu zamigota&#322; zimny, zielonkawy napis: Niegrzecznie. Nie przekazuj&#281; pytania Informacji. Przeci&#261;gn&#261;&#322;em si&#281; i wsta&#322;em. Na &#347;wiecie nie by&#322;o dziewczyny, kt&#243;ra mniej by mnie obchodzi&#322;a ni&#380; ta arogancka Mary. Zreszt&#261; m&#243;wi&#322;em ju&#380; Andre, &#380;e gdy si&#281; zakocham, nie b&#281;d&#281; prosi&#322; Informacji o rad&#281;.

Poszed&#322;em spa&#263;.



14

Nazajutrz rano nic w mie&#347;cie nie &#347;wiadczy&#322;o o tym, &#380;e wczoraj by&#322;o &#347;wi&#281;to. Gdyby w Stolicy zjawi&#322; si&#281; cz&#322;owiek, kt&#243;ry nigdy w niej poprzednio nie by&#322;, nie uwierzy&#322;by, i&#380; mieszka w niej pi&#281;tna&#347;cie milion&#243;w os&#243;b, tak ma&#322;o by&#322;o przechodni&#243;w na ulicach: dzieci jeszcze wczoraj odwieziono do podmiejskich szk&#243;&#322; i przedszkoli, a doro&#347;li byli w fabrykach i laboratoriach. Gdy na ulicach pojawiaj&#261; si&#281; ludzie nie spiesz&#261;cy si&#281;, rozgl&#261;daj&#261;cy si&#281; dooko&#322;a, to od razu wiadomo, &#380;e to tury&#347;ci. Szczeg&#243;lnie wielu turyst&#243;w spotyka si&#281; w Dzielnicy Muzealnej. Zanim dotar&#322;em do Zarz&#261;du Komputer&#243;w Pa&#324;stwowych, wymin&#261;&#322;em co najmniej dziesi&#281;&#263; grup wycieczkowych, nie licz&#261;c zwiedzaj&#261;cych w pojedynk&#281;.

Przy wej&#347;ciu do gmachu spotka&#322;em Romera i Andre.

Nie przyszed&#322;e&#347; do nas powiedzia&#322; Andre a &#379;anna czeka&#322;a.

Mia&#322;em bardzo wa&#380;n&#261; rozmow&#281; z Wier&#261;.

Andre wyniki tej rozmowy zna&#322; ju&#380; od Romera. Obaj pogratulowali mi nominacji na Or&#281;. Zar&#243;wno Andre, jak i Romero sprawiali wra&#380;enie zaniepokojonych. Allan, Olga i Leonid, kt&#243;rzy do&#322;&#261;czyli do nas w hallu, r&#243;wnie&#380; byli zas&#281;pieni. Znikn&#281;&#322;a bez &#347;ladu lekkomy&#347;lna beztroska, z jak&#261; dwa dni temu wys&#322;uchali&#347;my pierwszej wiadomo&#347;ci o Galaktach. Jedynie Lusin by&#322; spokojny. Jego obchodz&#261; tylko dziwaczne zwierz&#281;ta.

Kto z was ju&#380; tu kiedy&#347; by&#322;? zapyta&#322; Andre. Ja po raz pierwszy.

Romero oprowadzi&#322; nas po gmachu. Wszystkie trzy wielkie Komputery zmontowane s&#261; w wielopi&#281;trowych piwnicach i tam nie poszli&#347;my, bo to nic ciekawego: stojaki z milionami kom&#243;rek roboczych i rezerwowych, miliardy dzia&#322;aj&#261;cych element&#243;w i zagadkowy dla laika g&#261;szcz przewod&#243;w. Obejrzeli&#347;my za to sale posiedze&#324;. Tu wszystko by&#322;o pe&#322;ne wzbudzaj&#261;cego szacunek majestatu. Wielka Rada zbiera si&#281; w Sali B&#322;&#281;kitnej, kt&#243;rej strop imituje gwia&#378;dziste niebo. Nas zaproszono do Sali Pomara&#324;czowej, pomieszczenia roboczego Wielkiego Komputera Akademickiego. Sala obliczona jest na pi&#281;&#263; tysi&#281;cy os&#243;b i wszystkie te miejsca by&#322;y zaj&#281;te ju&#380; o dziesi&#261;tej. Naszej si&#243;demce dano lo&#380;&#281;. Przed oczami mieli&#347;my pusty sze&#347;cian stereoekranu. Wszystko, co si&#281; na nim pojawi, przekazywane b&#281;dzie na ziemskie stereofony. Dzisiejszej naradzie przypisywano tak wielk&#261; wag&#281;, &#380;e miano j&#261; transmitowa&#263; r&#243;wnie&#380; na planety Uk&#322;adu S&#322;onecznego.

Punktualnie o dziesi&#261;tej w zamglonym wn&#281;trzu stereoekranu pojawi&#322; si&#281; cz&#322;owiek o du&#380;ej g&#322;owie, nieco wytrzeszczonych oczach, rumianych policzkach i siwych w&#261;sach.

Marcin Spychalski szepn&#261;&#322; Andre. Wpatrywa&#322;em si&#281; z ciekawo&#347;ci&#261; w posta&#263; s&#322;ynnego astronauty. Jego statki dotar&#322;y najdalej w g&#322;&#261;b gwiezdnych przestworzy, on sam by&#322; w miejscach, w kt&#243;rych nikt przed nim ani po nim nie bywa&#322;. Jak na swoje sto czterdzie&#347;ci dziewi&#281;&#263; lat trzyma&#322; si&#281; doskonale, nawet g&#322;os mia&#322; m&#322;odzie&#324;czo d&#378;wi&#281;czny.

Opowiedzia&#322; o wyprawie na P&#322;omienist&#261; B i pokaza&#322; nam kolejno dziewi&#281;&#263; planet uk&#322;adu tej gwiazdy. Sama gwiazda i jej planety by&#322;y nie wyr&#243;&#380;niaj&#261;cymi si&#281; niczym cia&#322;ami niebieskimi, jakie mo&#380;na spotka&#263; na ka&#380;dym niemal kroku. Ale skrzydlaci mieszka&#324;cy uk&#322;adu wywo&#322;ali szepty i &#347;miech na sali. Rzeczywi&#347;cie przypominali wyobra&#380;enia staro&#380;ytnych na temat anio&#322;&#243;w, dlatego tak ich te&#380; nazwali odkrywcy Charles Wingdock i Zofia Kogut. Anio&#322;y z P&#322;omienistej B ma&#322;o si&#281; zreszt&#261; r&#243;&#380;ni&#261; od skrzydlatych istot zaludniaj&#261;cych planety pozosta&#322;ych stu trzydziestu gwiazd zgrupowanych w Hiadach, mo&#380;e s&#261; odrobin&#281; ni&#380;si i mniej w&#347;r&#243;d nich osobnik&#243;w czteroskrzyd&#322;ych. Wszystkie Anio&#322;y s&#261; wybuchowe i skore do bitki, rzadko kt&#243;re wi&#281;ksze zebranie odbywa si&#281; u nich bez r&#281;koczyn&#243;w. Pokazano nam b&#243;jk&#281; na placu ich miasta puch ze skrzyde&#322; przes&#322;oni&#322; wszystko jak mg&#322;a, &#322;opot by&#322; tak g&#322;o&#347;ny, &#380;e w uszach dzwoni&#322;o. A ju&#380; ich mieszkania na planetach tej dalekiej gwiazdy zupe&#322;nie nami wstrz&#261;sn&#281;&#322;y: ubogie parterowe baraki o tak niskich i w&#261;skich drzwiach, &#380;e biedne Anio&#322;y nie wlatuj&#261; do nich, lecz wpe&#322;zaj&#261; z podkulonymi skrzyd&#322;ami. W uk&#322;adach planetarnych centralnych gwiazd w Hiadach mieszka si&#281; wygodniej, bo Anio&#322;y buduj&#261; tam do odpoczynku i do snu komunalne pa&#322;ace z szerokimi portalami wej&#347;ciowymi, a w&#322;a&#347;ciwie wlotowymi.

Pokazano nam r&#243;wnie&#380;, jak te istoty &#347;pi&#261; pokotem na pod&#322;odze w ciemno&#347;ci i &#347;cisku, krzycz&#261;c i zrywaj&#261;c si&#281;, kiedy opanuj&#261; je senne majaki. P&#243;&#378;niej zap&#322;on&#281;&#322;y rozszyfrowane obrazy sn&#243;w.

Najpierw ujrzeli&#347;my posta&#263; z oddali zaskakuj&#261;co podobn&#261; do cz&#322;owieka. Posta&#263; wyp&#322;ywa&#322;a ze sk&#322;&#281;bionej mg&#322;y przedsnu i rozjarza&#322;a si&#281; w miar&#281; tego, jak sen si&#281; pog&#322;&#281;bia&#322;. Wkr&#243;tce sta&#322;o si&#281; jasne, &#380;e to r&#243;wnocze&#347;nie cz&#322;owiek i niecz&#322;owiek, kto&#347; s&#322;abszy i jednocze&#347;nie silniejszy od cz&#322;owieka. Patrzy&#322;y na nas spokojnie ogromne oczy, pe&#322;ne rozumu i dobroci. D&#322;ugie loki spada&#322;y na ramiona. Galakt podni&#243;s&#322; r&#281;k&#281;, na kt&#243;rej wi&#322;o si&#281; pi&#281;&#263; palc&#243;w, tak jest, wi&#322;o si&#281;, a nie porusza&#322;o. Podrapa&#322; si&#281; w brod&#281; jednym z tych ruchliwych palc&#243;w i po&#322;o&#380;y&#322; r&#281;k&#281; na piersi, tak &#380;e dwa palce by&#322;y wyci&#261;gni&#281;te do przodu, trzy za&#347; wygi&#281;&#322;y si&#281; do ty&#322;u ku grzbietowi d&#322;oni. R&#281;ce wywar&#322;y na mnie jeszcze wi&#281;ksze wra&#380;enie ni&#380; twarz.

Na drugim obrazie by&#322; krajobraz malinowoczerwone ska&#322;y i tak samo jaskrawoczerwony p&#322;yn uderzaj&#261;cy o nie falami (grzbiety fal by&#322;y zielonkawe ) oraz ogromne b&#322;&#281;kitnozielone s&#322;o&#324;ce wschodz&#261;ce nad malinowym p&#322;ynem. Krajobraz by&#322; tak z&#322;owieszczy, &#380;e sk&#243;ra mi &#347;cierp&#322;a, i nie od razu poj&#261;&#322;em, &#380;e pokazuj&#261; nam po prostu jedn&#261; z planet P&#322;omienistej B. Na ska&#322;&#281; wszed&#322; Galakt otoczony skrzydlatymi mieszka&#324;cami planety. By&#322; od nich prawie dwukrotnie wy&#380;szy. Wzrost Galakta, jak zakomunikowa&#322;a maszyna, wynosi&#322; dwa metry siedemdziesi&#261;t centymetr&#243;w. Na sali podni&#243;s&#322; si&#281; gwar: Galakt o p&#243;&#322; metra przewy&#380;sza&#322; ros&#322;ego cz&#322;owieka! Obejrzawszy go dok&#322;adnie przekona&#322;em si&#281;, &#380;e to ten sam osobnik, kt&#243;rego widzieli&#347;my w pierwszym obrazie. Galakt rozgl&#261;da&#322; si&#281;, os&#322;aniaj&#261;c jedn&#261; r&#281;k&#261; oczy przed jaskrawymi promieniami pe&#322;zn&#261;cej ku g&#243;rze gwiazdy dziennej, a drug&#261; przyjacielsko poklepywa&#322; po ramionach t&#322;ocz&#261;ce si&#281; wok&#243;&#322; niego cztero- i dwuskrzyd&#322;e karze&#322;ki.

Spoza ska&#322; pojawi&#322; si&#281; drugi Galakt, starzec z siw&#261; brod&#261; i siwymi w&#322;osami, i podszed&#322; do pierwszego. Obaj byli ubrani w stroje podobne do staro&#380;ytnych okry&#263; ludzkich: jaskrawozielone, swobodnie sp&#322;ywaj&#261;ce z ramion p&#322;aszcze.

Co nowego? zapyta&#322; starzec, a ja zdumia&#322;em si&#281;, &#380;e m&#243;wi ludzkim j&#281;zykiem. Dopiero po chwili poj&#261;&#322;em, &#380;e WKA t&#322;umaczy&#322; na nasz j&#281;zyk senne widzenia Anio&#322;&#243;w.

Wroga nie ma odpowiedzia&#322; m&#322;ody. &#379;adnych &#347;lad&#243;w Niszczycieli.

Niszczyciele s&#261; podst&#281;pni i zjawiaj&#261; si&#281; zawsze niespodzianie odrzek&#322; na to starzec. B&#261;d&#378;my ostro&#380;ni. Wpatrzyli si&#281; w milczeniu w czerwone morze. Obraz zacz&#261;&#322; bledn&#261;&#263;.

Zapisano na czwartej planecie P&#322;omienistej B zakomunikowa&#322; WKA. Kolejny zapis pochodzi z &#243;smej planety tego samego uk&#322;adu.

R&#243;wnie&#380; ten obraz zacz&#261;&#322; si&#281; od widoku krajobrazu, ale tym razem by&#322; to pejza&#380; szary, niemal czarny: jednostajnie pag&#243;rkowata r&#243;wnina, matowe gwiazdy na ciemnym niebie. Na powierzchni&#281; planety opuszcza&#322; si&#281; cygarowaty statek rzucaj&#261;cy snopy zielonkawego &#347;wiat&#322;a.

Fotonowy statek kosmiczny skomentowa&#322; WKA konstrukcja podobna do budowanych przez naszych przodk&#243;w cztery wieki temu.

Pierwszy stopie&#324; techniki kosmicznej! mrukn&#261;&#322; Allan. Nie najlepszy sprz&#281;t maj&#261; ci gwiezdni pielgrzymi

W nast&#281;pnym obrazie statek fotonowy le&#380;a&#322; na powierzchni gruntu, a wok&#243;&#322; niego krz&#261;tali si&#281; Galaktowie i Anio&#322;y. Galaktowie trzymali w r&#281;kach skrzynki podobne do pradawnych aparat&#243;w spawalniczych. Ze skrzynek tryska&#322;y p&#322;omienie i iskry. Nie opodal, na wzg&#243;rzu, wznosi&#322;a si&#281; wie&#380;a z obrotowym reflektorem, kt&#243;ry bez przerwy obmacywa&#322; niebo. Z cz&#281;&#347;ci dziobowej statku wystrzeli&#322;a rakietka i pomkn&#281;&#322;a w ciemne niebo. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e Galaktowie czego&#347; si&#281; obawiali. Nie dowierzaj&#261;c obrotowemu oku na wie&#380;y przerywali prac&#281; i wpatrywali si&#281; w gwiazdy po&#322;yskuj&#261;ce m&#281;tnie na czarnym niebosk&#322;onie. Galaktowie poruszali si&#281; szybko, pracowali nerwowo, s&#322;owem, spieszyli si&#281;.

A kiedy i ten obraz zblak&#322;, pojawi&#322;y si&#281; zapisy dostarczone z dziewi&#261;tej, zewn&#281;trznej planety uk&#322;adu. Nie by&#322;o w nich ani ludzi, ani przedmiot&#243;w, jedynie mgliste pasma i &#347;wiec&#261;cy py&#322;, kt&#243;ry wkr&#243;tce zape&#322;ni&#322; ca&#322;e wn&#281;trze stereoekranu. W tym pyle pojawi&#322;y si&#281; dwie zbli&#380;aj&#261;ce si&#281; do siebie, niejasno po&#322;yskuj&#261;ce kule. Zbli&#380;anie si&#281; kul wygl&#261;da&#322;o na pogo&#324; i ucieczk&#281;: prawa kula odchyla&#322;a si&#281; ku kraw&#281;dzi ekranu, lewa dop&#281;dza&#322;a j&#261;. Po chwili ca&#322;&#261; przestrze&#324; zala&#322;o b&#322;&#281;kitne &#347;wiat&#322;o i w szalonym rozb&#322;ysku poch&#322;on&#281;&#322;o obie kule. Odnios&#322;em wra&#380;enie, &#380;e obie kule eksplodowa&#322;y od zetkni&#281;cia si&#281; ze sob&#261;. WKA potwierdzi&#322;, i&#380; widziad&#322;o przedstawia zderzenie dw&#243;ch, na razie nie zidentyfikowanych cia&#322; niebieskich.

Przypuszczalnie katastrofa kosmiczna zakomunikowa&#322; WKA.

Allan pokr&#281;ci&#322; z niedowierzaniem g&#322;ow&#261;.

W&#261;tpi&#281; powiedzia&#322;. W ka&#380;dym razie nie wygl&#261;da&#322;o mi to na naturaln&#261; anihilacj&#281; materii.

Drugi obraz kosmiczny przedstawiony w stereoekranie ju&#380; nie przypomina&#322; wybuchu. By&#322; to wizerunek skupiska gwiezdnego, raczej rozproszonego ni&#380; kulistego. WKA poinformowa&#322;, &#380;e skupiska nie uda&#322;o si&#281; zidentyfikowa&#263;, chocia&#380; w snach skrzydlatych mieszka&#324;c&#243;w dziewi&#261;tej planety cz&#281;sto si&#281; powtarza jego odbicie. Mg&#322;awica mia&#322;a dziwaczny kszta&#322;t, sprawia&#322;a na mnie wra&#380;enie czego&#347; gro&#378;nego. Inni te&#380; to odczuli. Skupisko dzieli&#322;o si&#281; na dwie niemal jednakowe cz&#281;&#347;ci, z wieloma tysi&#261;cami gwiazd w ka&#380;dej z nich. Ta obfito&#347;&#263; cia&#322; niebieskich nie by&#322;a niczym nadzwyczajnym. W Galaktyce jest pod dostatkiem wielogwiezdnych roj&#243;w. Dziwne by&#322;o co innego. Jedna po&#322;owa wygl&#261;da&#322;a na bardziej skoncentrowan&#261;, skupion&#261;, podobn&#261; do zaci&#347;ni&#281;tej gwiezdnej pi&#281;&#347;ci wymierzaj&#261;cej pot&#281;&#380;ny cios drugiej grupie, kt&#243;ra odlatywa&#322;a i rozsypywa&#322;a si&#281; na setki pojedynczych gwiazd. Prawdopodobnie wiedz&#261;c, &#380;e czeka nas widok potwornych gwiezdnych bitew, ju&#380; zawczasu wyszukiwali&#347;my je w ka&#380;dym obrazie. Andre utrzymywa&#322; p&#243;&#378;niej, &#380;e s&#322;ysza&#322; krzyk b&#243;lu dobiegaj&#261;cy z drugiego roju. Znam wprawdzie sytuacje, kiedy &#347;wiat&#322;o zdaje si&#281; krzycze&#263;, ale tym razem g&#322;osu rozpaczy nie s&#322;ysza&#322;em.

Ostatni zapis zakomunikowa&#322;a maszyna. Planeta czwarta, si&#243;dma i dziewi&#261;ta. Widzenie powtarza si&#281; w majakach wielu skrzydlatych. Do demonstracji wybrano najwyra&#378;niejsz&#261; ta&#347;m&#281;.

To by&#322; obraz najbardziej dramatyczny spo&#347;r&#243;d wszystkich pokazanych nam przez WKA. Galakt jak podci&#281;ty pada&#322; na ziemi&#281;, w&#322;a&#347;nie pada&#322;, a nie upad&#322;, bo senne widziad&#322;o zaczyna&#322;o si&#281; w chwili jego upadku. P&#243;&#378;niej le&#380;&#261;c ju&#380;, rozpaczliwie bi&#322; nogami i rozdrapywa&#322; ziemi&#281; swoimi ruchliwymi palcami. Pr&#243;bowa&#322; czo&#322;ga&#263; si&#281; z podniesion&#261; g&#322;ow&#261;. Pe&#322;z&#322; w naszym kierunku. W jego szyi zia&#322;a szeroka rana, z kt&#243;rej tryska&#322;a krew na r&#281;ce i ziemi&#281;. Nigdy nie zapomn&#281; jego twarzy, m&#322;odej, pi&#281;knej, zeszpeconej b&#243;lem i strachem. Galakt krzycza&#322; i bez przek&#322;adu WKA ka&#380;dy z nas rozumia&#322; jego krzyk. Ratunku! wo&#322;a&#322; przera&#380;ony m&#322;odzieniec. Na mi&#322;o&#347;&#263; bosk&#261;, ratunku! Potem w ostatnim wysi&#322;ku wyci&#261;gn&#261;&#322; ku nam r&#281;ce, j&#281;zyk mu dr&#281;twia&#322;, twarz blad&#322;a i tylko ogromne, nieludzkie oczy nadal b&#322;aga&#322;y o pomoc, &#380;&#261;da&#322;y pomocy. Wreszcie m&#322;ody Galakt zamkn&#261;&#322; powieki i tylko s&#322;abe drgawki przebiega&#322;y po jego ciele, jakby w ten spos&#243;b chcia&#322; zrzuci&#263; z siebie okowy &#347;mierci. Przez sal&#281; przetoczy&#322;o si&#281; westchnienie: tysi&#261;ce wstrzymuj&#261;cych oddech ludzi jednocze&#347;nie wci&#261;gn&#281;&#322;o powietrze.

O, niech to diabli! kl&#261;&#322; na g&#322;os blady Andre. C&#243;&#380; to ma znaczy&#263;, do pioruna!?

Zem&#347;ci&#263; si&#281;! rykn&#261;&#322; w&#347;ciekle Leonid. Chwyci&#322; mnie za r&#281;k&#281; i wpar&#322; we mnie pobiela&#322;e z gniewu oczy. Trzeba si&#281; zem&#347;ci&#263;, Eli!

Jeden tylko Romero nie straci&#322; g&#322;owy.

Na kim si&#281; zem&#347;ci&#263;? Za co? Jeste&#347;cie pewni, &#380;e to by&#322;o przest&#281;pstwo, a nie wypadek? Zgoda, m&#322;odzieniec jest czaruj&#261;cy, wr&#281;cz bosko pi&#281;kny, cho&#263; niestety nie po bosku &#347;miertelny. Ale mo&#380;e widzieli&#347;my tu wydarzenie sprzed milion&#243;w lat, nie pomy&#347;la&#322; pan o tym, m&#243;j impulsywny Mrawo?

Leonid najpierw dzia&#322;a, a potem si&#281; zastanawia. Teraz oszo&#322;omiony zagapi&#322; si&#281; na Romera.

Zn&#243;w odezwa&#322; si&#281; Wielki Komputer Akademicki. Jak na akademick&#261; maszyn&#281; przysta&#322;o beznami&#281;tnie demonstrowa&#322; i opisywa&#322; aparatur&#281; do zapisu marze&#324; sennych, ocenia&#322; stopie&#324; wiarygodno&#347;ci rozszyfrowanych obraz&#243;w. Skrzydlaci mieszka&#324;cy P&#322;omienistej B nie mogli, jak si&#281; okaza&#322;o, wyt&#322;umaczy&#263; wielu rzeczy, kt&#243;re pojawia&#322;y si&#281; w ich snach. Nie mieli na przyk&#322;ad najmniejszego poj&#281;cia o statkach fotonowych i aparatach spawalniczych. WKA opowiedzia&#322;, w jaki spos&#243;b doznane niegdy&#347; silne wra&#380;enia s&#261; przekazywane potomkom przez mechanizmy dziedziczno&#347;ci, a p&#243;&#378;niej powt&#243;rzy&#322; ba&#347;nie o Galaktach i Niszczycielach &#380;yj&#261;ce w tradycji mieszka&#324;c&#243;w planet P&#322;omienistej B.

Podanie o przybyszach z kosmosu znaj&#261; jedynie Anio&#322;y z tego uk&#322;adu planetarnego. Sprowadzaj&#261; si&#281; one pokr&#243;tce do tego, &#380;e w dawnych czasach ich planety by&#322;y mroczne i nie zagospodarowane, po ziemi pe&#322;za&#322;y drapie&#380;ne gady, a w powietrzu, kryj&#261;c si&#281; przed s&#261;siadami, przelatywa&#322;y z rzadka dzikie Anio&#322;y. Skrzydlate ludy &#380;y&#322;y we wzajemnej wrogo&#347;ci. Przedmiotem krwawych b&#243;jek by&#322;o wszystko: gleba i powietrze, ro&#347;liny i odzie&#380;, pokarm i siedliska. Sk&#261;pa natura rodzi&#322;a ma&#322;o, ka&#380;dy k&#281;s sto razy przechodzi&#322; ze skrzyde&#322; do skrzyde&#322;, z pazur&#243;w do pazur&#243;w, zanim trafi&#322; do ust. W tym prymitywie Anio&#322;y &#380;y&#322;y niezmiernie d&#322;ugo i nic si&#281; nie zmienia&#322;o przez ca&#322;&#261; otch&#322;a&#324; czasu, a&#380; pewnego razu z nieba opu&#347;ci&#322;y si&#281; statki, a z nich wyszli Galaktowie. Wystraszone Anio&#322;y najpierw poukrywa&#322;y si&#281; w jaskiniach i lasach, a p&#243;&#378;niej przekonawszy si&#281;, &#380;e przylot Galakt&#243;w nie przyni&#243;s&#322; z&#322;a, wysypa&#322;y si&#281; w powietrze i z &#322;opotem szybowa&#322;y nad przybyszami, urz&#261;dzaj&#261;c przy okazji gwa&#322;towne b&#243;jki pomi&#281;dzy sob&#261;. Galaktowie zamkn&#281;li zabijak&#243;w na swoich statkach i na wszystkich planetach zakazali wojen. Pok&#243;j i porz&#261;dek zapanowa&#322;y z wolna na satelitach P&#322;omienistej B. Lata, kt&#243;re Galaktowie sp&#281;dzili u nich, zupe&#322;nie zmieni&#322;y wygl&#261;d ca&#322;ego uk&#322;adu planetarnego. Przybysze przekopali kana&#322;y, zaro&#347;la przekszta&#322;cili w ogrody, nauczyli Anio&#322;y r&#243;&#380;nych rzemios&#322;, przekazali im sztuk&#281; budowania kamiennych dom&#243;w. Chaotyczna dziko&#347;&#263; pierwotnego bytowania ust&#261;pi&#322;a miejsca uporz&#261;dkowanemu &#380;yciu.

Galaktowie uwa&#380;ali si&#281; jednak za go&#347;ci, a nie mieszka&#324;c&#243;w planet P&#322;omienistej B. Nieustannie obserwowali niebo obawiaj&#261;c si&#281; napadu stamt&#261;d. A&#380; wreszcie Anio&#322;y sta&#322;y si&#281; &#347;wiadkami bitwy kosmicznej, rozgorza&#322;ej mi&#281;dzy Galaktami a ich wrogami. Niebo zmieni&#322;o si&#281; w otch&#322;a&#324; spopielaj&#261;cego p&#322;omienia. Dwie zewn&#281;trzne planety zderzy&#322;y si&#281; i eksplodowa&#322;y. Na pozosta&#322;ych planetach unicestwiono zasiewy, sady, miasta i kana&#322;y. Po stworzonej przez Galakt&#243;w cywilizacji nie pozosta&#322;o &#347;ladu. Kiedy wiele miesi&#281;cy po bitwie uratowane od ognia i g&#322;odu Anio&#322;y wydosta&#322;y si&#281; na powierzchni&#281; z jaski&#324;, w kt&#243;rych si&#281; ukry&#322;y, zobaczy&#322;y potworny obraz zniszcze&#324;. Skrzydlate ludy zosta&#322;y zn&#243;w cofni&#281;te do stanu pierwotnego bytowania. Ani Galakt&#243;w, ani napastnik&#243;w-Z&#322;ywrog&#243;w nigdzie nie by&#322;o i wi&#281;cej ani ci, ani drudzy nie pojawili si&#281; na planetach uk&#322;adu P&#322;omienistej B.

WKA tak skomentowa&#322; legendy skrzydlatych:

Za orbit&#261; dziewi&#261;tej planety odkryto dwa ob&#322;oki py&#322;owe kr&#261;&#380;&#261;ce wok&#243;&#322; P&#322;omienistej B. Hipoteza, &#380;e s&#261; to pozosta&#322;o&#347;ci zniszczonych niegdy&#347; planet, jest bardzo prawdopodobna. Na wszystkich planetach uk&#322;adu stwierdzono &#347;lady zniszcze&#324; i po&#380;ar&#243;w ukryte pod p&#243;&#378;niejszymi nawarstwieniami. Wiek szcz&#261;tk&#243;w zawiera si&#281; mi&#281;dzy dwustu tysi&#261;cami a milionem lat wed&#322;ug ziemskiej rachuby czasu.

Na tym ko&#324;czy&#322;a si&#281; informacja przys&#322;ana przez Spychalskiego. Cz&#322;onk&#243;w Wielkiej Rady poproszono do Sali B&#322;&#281;kitnej.

Wyszli&#347;my.



15

Wida&#263; by&#322;o, &#380;e Andre jest poch&#322;oni&#281;ty jakimi&#347; niezwyk&#322;ymi pomys&#322;ami. Allan i Leonid zaproponowali, aby zaczeka&#263; na Wier&#281;, gdy&#380; spodziewali si&#281;, &#380;e decyzje Wielkiej Rady b&#281;d&#261; bezpo&#347;rednio dotyczy&#263; astronaut&#243;w. Romero zaprosi&#322; nas do wisz&#261;cych ogrod&#243;w Semiramidy. Uwielbia staro&#380;ytn&#261; egzotyk&#281;.

Awionetkami polecieli&#347;my nad dzielnice Mezopotamii i Egiptu i wyl&#261;dowali&#347;my na g&#243;rnym tarasie Wie&#380;y Babel przy &#347;wi&#261;tyni Molocha, ze z&#322;otym pos&#261;giem potwornego b&#243;stwa. Zeszli&#347;my na &#347;rodkowy taras, gdzie za&#322;o&#380;ono ogrody. By&#322;o tam przytulnie i zielono, otwiera&#322; si&#281; wspania&#322;y widok na Dzielnic&#281; Muzealn&#261;: piramidy po lewej i antyczne &#347;wi&#261;tynie po prawej. Siedli&#347;my na &#322;awce przy barierze. Pod nami szumia&#322;y cyprysy i eukaliptusy, zaskakuj&#261;ce w krajobrazie Stolicy. Zreszt&#261; na wyspie jest wiele rzeczy zaskakuj&#261;cych.

Powiedzcie wi&#281;c, przyjaciele, co o tym wszystkim my&#347;licie? zapyta&#322; Andre.

Moim zdaniem, interesuje ci&#281; raczej nie to, co my&#347;limy, ale to, co tobie samemu przysz&#322;o do g&#322;owy zaoponowa&#322;em. Nie tra&#263; wi&#281;c czasu na pytania. S&#322;uchamy ci&#281;.

Twierdz&#281;, &#380;e nasze podobie&#324;stwo do Galakt&#243;w nie jest dzie&#322;em przypadku o&#347;wiadczy&#322; Andre. Jeste&#347;my w jakim&#347; stopniu spokrewnieni, z tym &#380;e oni wcze&#347;niej od nas osi&#261;gn&#281;li wysoki stopie&#324; cywilizacji.

Technika maszynowa Galakt&#243;w jest mniej doskona&#322;a od naszej zauwa&#380;y&#322;a Olga.

By&#322;a, dwie&#347;cie tysi&#281;cy lub milion lat temu. Nie wiemy natomiast, jaka jest dzi&#347;. Wtedy zreszt&#261; by&#322;a dostatecznie wysoka, aby Galaktowie musieli si&#281; wyda&#263; naiwnym Anio&#322;om co najmniej bogami.

&#346;cigani po &#347;wiecie i w dodatku &#347;miertelni bogowie rzuci&#322;em ironicznie.

Tak, &#347;cigani bogowie! wykrzykn&#261;&#322;. W ka&#380;dym razie tak si&#281; rysuj&#261; w przes&#261;dnych wierzeniach lud&#243;w pierwotnych. Dla mnie Galaktowie s&#261; takimi samymi istotami jak my sami. Proponuj&#281; wi&#281;c, &#380;&#261;dam nawet, aby odszuka&#263; ich i zaofiarowa&#263; sojusz. Sama natura stworzy&#322;a nas do wsp&#243;&#322;pracy. W ka&#380;dym razie wydaje mi si&#281; ona naturalniejsza ni&#380; projektowane braterstwo z Aldebara&#324;czykami: A je&#380;eli Galaktowie nadal prowadz&#261; wyczerpuj&#261;c&#261; wojn&#281; z wrogami, mamy obowi&#261;zek przyj&#347;&#263; im z pomoc&#261;.

Cz&#322;owiek pomaga bogom, kt&#243;rym przydarzy&#322;o si&#281; nieszcz&#281;&#347;cie, oto widowisko godne bog&#243;w! powiedzia&#322;em z przek&#261;sem.

Do dyskusji w&#322;&#261;czy&#322; si&#281; Romero. Obrazy pokazane nam w Sali Pomara&#324;czowej wstrz&#261;sn&#281;&#322;y nim. Wywnioskowa&#322;em to z jego chmurnej, zas&#281;pionej twarzy.

Spieracie si&#281; o g&#322;upstwa powiedzia&#322;. Nie ma &#380;adnego znaczenia, czy jeste&#347;my z nimi spokrewnieni, czy te&#380; rozwijali&#347;my si&#281; niezale&#380;nie od siebie. Wa&#380;ne jest co innego: gdzie&#347; w kosmosie szalej&#261; wyniszczaj&#261;ce wojny, kt&#243;re z pewno&#347;ci&#261; dotr&#261; w ko&#324;cu r&#243;wnie&#380; do nas, poniewa&#380; wychodzimy teraz w przestrzenie galaktyczne. Uwa&#380;am, i&#380; ludzko&#347;ci grozi niebezpiecze&#324;stwo. Je&#380;eli wrogowie Galakt&#243;w ju&#380; milion lat temu potrafili pokonywa&#263; przestrzenie mi&#281;dzygwiezdne i zderza&#263; ze sob&#261; planety, to jak&#261; technik&#261; niszczenia dysponuj&#261; dzi&#347;? Zwracam wasz&#261; uwag&#281; na fakt, &#380;e nazywaj&#261; ich Niszczycielami Z&#322;ywrogi to jedynie pogardliwy epitet i nie jest to nazwa przypadkowa, pomy&#347;lcie o tym! Zupe&#322;nie wi&#281;c mo&#380;liwe, i&#380; Galaktowie ju&#380; dawno zostali unicestwieni przez swych wrog&#243;w, a poszukiwanie gwiezdnych braci, na co nalega Andre, doprowadzi jedynie do tego, &#380;e ludzko&#347;&#263; zetknie si&#281; oko w oko z Niszczycielami i sama z kolei zostanie unicestwiona. Zastan&#243;wcie si&#281;, nierozwa&#380;ni &#347;lepcy, pomy&#347;lcie, co my w gruncie rzeczy wiemy o Galaktyce? Dopiero co wype&#322;zli&#347;my poza op&#322;otki naszego ziemskiego domku, a wok&#243;&#322; nas rozpo&#347;ciera si&#281; ogromny &#347;wiat pe&#322;en niespodzianek!

Nie mog&#281; powiedzie&#263;, aby jego z&#322;owieszcza przemowa nie wywar&#322;a na nas wra&#380;enia. Nie bez znaczenia by&#322; tu pe&#322;en pasji ton jego przepowiedni. Zreszt&#261; wszyscy prorocy s&#261; nami&#281;tni, zw&#322;aszcza prorocy zguby. Beznami&#281;tnego wieszcza nikt by nie chcia&#322; s&#322;ucha&#263;. Proroctwa dzia&#322;aj&#261; raczej na uczucia ni&#380; na rozum. Tak te&#380; powiedzia&#322;em Romerowi i poradzi&#322;em mu nie straszy&#263; nas i uspokoi&#263; si&#281; samemu. Tego dnia nawet w przybli&#380;eniu nie domy&#347;la&#322;em si&#281;, jaki prze&#322;om si&#281; w nim dokonuje.

Romero zacz&#261;&#322; m&#243;wi&#263; nieco spokojniej.

Z panem dyskutowa&#263; nie b&#281;d&#281; zwr&#243;ci&#322; si&#281; do mnie. Dla pana, m&#243;j przyjacielu Eli, ka&#380;da powa&#380;niejsza my&#347;l jest przede wszystkim pretekstem do dowcipkowania. Nie chc&#281; te&#380; sprzecza&#263; si&#281; z Andre, gdy&#380; on we wszystkim nieznanym doszukuje si&#281; materia&#322;u do niezwyk&#322;ych hipotez. S&#261;dz&#281;, &#380;e powinienem raczej zwr&#243;ci&#263; si&#281; do ca&#322;ej ludzko&#347;ci i przestrzec j&#261;.

My r&#243;wnie&#380; jeste&#347;my cz&#261;stk&#261; ludzko&#347;ci wymamrota&#322; z chmurnym wyrazem twarzy Leonid. I nasze zdanie tak&#380;e ma jak&#261;&#347; wag&#281;.

Jemu, podobnie jak mnie, nie podoba&#322;y si&#281; proroctwa Romera, ale nie chcia&#322; wszczyna&#263; dyskusji, bo lepiej orientuje si&#281; w sferze przedmiot&#243;w ni&#380; w &#347;wiecie my&#347;li.

Postanowili&#347;my odpr&#281;&#380;y&#263; si&#281; nieco i poprosili&#347;my o przek&#261;sk&#281;. Posi&#322;ek dostarczono nam na taras. P&#243;&#378;niej Olga zacz&#281;&#322;a opowiada&#263; o swoich udoskonaleniach statk&#243;w kosmicznych, a ja zapatrzy&#322;em si&#281; na Partenon. S&#322;awna &#347;wi&#261;tynia wznosi&#322;a si&#281; o jakie&#347; dwie&#347;cie metr&#243;w od nas i z tej odleg&#322;o&#347;ci by&#322;a jeszcze bardziej harmonijna ni&#380; z bliska. Nie wiem czemu, ale grecki antyk przemawia do mnie najbardziej. Budowniczowie Dzielnicy Muzealnej rozmie&#347;cili wielkie pomniki staro&#380;ytno&#347;ci tak, &#380;e ka&#380;da &#347;wi&#261;tynia i pa&#322;ac stoi oddzielnie, w swym naturalnym. otoczeniu i nawet z g&#243;ry nie sprawia to wra&#380;enia gmatwaniny r&#243;&#380;ni&#261;cych si&#281; stylem gmach&#243;w.

P&#243;&#378;niej przylecia&#322;a Wiera. By&#322;a podniecona i bardzo z czego&#347; rada.

Powzi&#281;li&#347;my niezmiernie wa&#380;n&#261; decyzj&#281; powiedzia&#322;a. Wszyscy uwa&#380;aj&#261;, i&#380; znajdujemy si&#281; w punkcie zwrotnym historii ludzko&#347;ci i ka&#380;dy nieostro&#380;ny krok mo&#380;e spowodowa&#263; niepowetowane szkody. Ale bezczynno&#347;&#263; r&#243;wnie&#380; jest niedopuszczalna. Ostro&#380;no&#347;&#263; i odwaga, oto czego dzisiejsza sytuacja wymaga od wszystkich.

W najbli&#380;szych latach, a mo&#380;e miesi&#261;cach, b&#281;dziemy musieli okre&#347;li&#263; nasz&#261; polityk&#281; gwiezdn&#261; na ca&#322;e wieki, dla wszystkich naszych potomk&#243;w. Chcecie dowiedzie&#263; si&#281;, co dzia&#322;o si&#281; na posiedzeniu Rady.

Naturalnie poprosili&#347;my o szczeg&#243;&#322;owe sprawozdanie z przebiegu narady, ale najpierw chcieli&#347;my dowiedzie&#263; si&#281;, jakie powzi&#281;to decyzje. Wiera u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; rozbawiona nasz&#261; niecierpliwo&#347;ci&#261;. Siostra jest tak dok&#322;adna, &#380;e nigdy nie zacznie od ko&#324;ca.

Musz&#281; wam pogratulowa&#263;, przyjaciele powiedzia&#322;a zwracaj&#261;c si&#281; do Andre i Romera. Wielki nieustannie informowa&#322; nas o wa&#380;nych my&#347;lach rodz&#261;cych si&#281; w umys&#322;ach ludzi. W&#347;r&#243;d nich by&#322;a pa&#324;ska, Andre, my&#347;l o wsp&#243;&#322;pracy z Galaktami i twoja, Pawle, o mo&#380;liwych niebezpiecze&#324;stwach kryj&#261;cych si&#281; w rejonach Galaktyki. Radz&#281; jednak nie wpada&#263; w dum&#281;, gdy&#380; dok&#322;adnie tak samo my&#347;la&#322;y tysi&#261;ce innych ludzi.

Dopiero po tym o&#347;wiadczeniu zacz&#281;&#322;a m&#243;wi&#263; o uchwa&#322;ach Rady. Konferencja gwiezdna na Orze zosta&#322;a ostatecznie zatwierdzona. Zalecono dok&#322;adne zbadanie mo&#380;liwo&#347;ci utworzenia Sojuszu Mi&#281;dzygwiezdnego mieszka&#324;c&#243;w naszego zak&#261;tka Galaktyki. Postanowiono r&#243;wnie&#380; zdoby&#263; mo&#380;liwie wyczerpuj&#261;ce informacje o Galaktach i ich przeciwnikach, Niszczycielach. Dopiero po wszechstronnym zapoznaniu si&#281; z tymi nieznanymi narodami i ich konfliktami zostanie okre&#347;lona szczeg&#243;&#322;owa polityka galaktyczna, ustali si&#281;, z kim mo&#380;na si&#281; przyja&#378;ni&#263;, a z kim trzeba walczy&#263;. Zastanawiano si&#281; r&#243;wnie&#380; nad neutralno&#347;ci&#261; Ziemi w sporach nie przez ni&#261; rozpocz&#281;tych. Wszystkie te wielkie problemy czekaj&#261; jeszcze na rozstrzygni&#281;cie. Zostanie zwi&#281;kszona obronno&#347;&#263; Ziemi i planet Uk&#322;adu S&#322;onecznego. Nie dowiedziono, &#380;e niebezpiecze&#324;stwo z odleg&#322;ych rejon&#243;w Galaktyki rzeczywi&#347;cie nam zagra&#380;a, ale nie ma te&#380; pewno&#347;ci, &#380;e takie niebezpiecze&#324;stwo nie istnieje. Ludzko&#347;&#263; winna by&#263; dobrze przygotowana na wszelkie niespodzianki. Rada zaleca rozpocz&#281;cie budowy Wielkiej Floty Galaktycznej.

Zaaprobowano pani pomys&#322;, Olgo, dotycz&#261;cy statk&#243;w dziesi&#281;ciokrotnie wi&#281;kszych od istniej&#261;cych kr&#261;&#380;ownik&#243;w gwiezdnych powiedzia&#322;a Wiera. Ale zbuduje si&#281; nie dwa eksperymentalne egzemplarze, jak pani proponowa&#322;a, lecz seri&#281; licz&#261;c&#261; setki sztuk. I jeszcze jedna przyjemna nowo&#347;&#263;: dow&#243;dztwo pierwszej galaktycznej eskadry zostanie powierzone pani. Ty, bracie, r&#243;wnie&#380; powiniene&#347; si&#281; cieszy&#263; zwr&#243;ci&#322;a si&#281; do mnie. Gigantycznych kr&#261;&#380;ownik&#243;w nie mo&#380;na ze wzgl&#281;d&#243;w technicznych budowa&#263; na Ziemi. Wobec tego postanowiono jedn&#261; z planet przekszta&#322;ci&#263; w wyspecjalizowan&#261; baz&#281; rakietow&#261;. Wyb&#243;r pad&#322; na Plutom. Merkury b&#281;dzie specjalizowa&#322; si&#281; w produkcji substancji aktywnej do anihilator&#243;w Taniewa. Oto najwa&#380;niejsze zalecenia Rady, kt&#243;re po zatwierdzeniu przez ludzko&#347;&#263; stan&#261; si&#281; prawem.

Cieszy&#322;em si&#281; naprawd&#281;, bo by&#322;em dumny z Plutona. Allan i Leonid zapytali, kiedy polecimy na Or&#281;. Wiera odpowiedzia&#322;a, &#380;e przygotowania do wyprawy potrwaj&#261; jeszcze oko&#322;o miesi&#261;ca, ale kapitanowie Gwiezdnych P&#322;ug&#243;w wylec&#261; na Plutona wcze&#347;niej. Nast&#281;pnie przeprosi&#322;a, &#380;e nie mo&#380;e d&#322;u&#380;ej zosta&#263;, bo ma do za&#322;atwienia pilne sprawy.

Czy mog&#281; ci towarzyszy&#263;, Wiero? zapyta&#322; Romero.

Tak, oczywi&#347;cie odpowiedzia&#322;a. Jak zawsze, Pawle.

Wolny czas na Ziemi Wiera sp&#281;dza&#322;a z Romerem. Dawniej, kiedy by&#322;em m&#322;odszy, bardzo mnie to denerwowa&#322;o, ale z wiekiem pogodzi&#322;em si&#281; z tym, &#380;e Romero zaniedbuje dla niej przyjaci&#243;&#322;.



16

Wiera, Romero i ja odlecieli&#347;my z Ziemi 15 sierpnia roku 563 wraz z ostatni&#261; grup&#261;. Zanim wsiedli&#347;my do mi&#281;dzyplanetarnego ekspresu, odbyli&#347;my przeja&#380;d&#380;k&#281; nad Ziemi&#261;. Ziemia by&#322;a pi&#281;kna. Zachwyca&#322;em si&#281; ni&#261; i S&#322;o&#324;cem, bo wiedzia&#322;em, &#380;e rozstaj&#281; si&#281; z nimi na d&#322;ugo. Na trapie Wiera pomacha&#322;a Ziemi r&#281;k&#261;, ja za&#347; pu&#347;ci&#322;em tylko oko do naszej staruszki.

W kabinie planetolotu wkr&#243;tce zapomnia&#322;em o Ziemi. W my&#347;lach by&#322;em ju&#380; na Plutonie.

Nie ma nic nudniejszego od rejsowych statk&#243;w mi&#281;dzyplanetarnych, staro&#347;wieckich rakiet rydwan&#243;w z nap&#281;dem fotonowym. Nawet ich kszta&#322;t d&#322;ugie, niezgrabne cygaro nie zmieni&#322; si&#281; od trzech wiek&#243;w. W dodatku wlok&#261; si&#281; z prehistoryczn&#261; szybko&#347;ci&#261;: droga na Ksi&#281;&#380;yc zajmuje im pi&#281;&#263; minut, do Marsa dob&#281;, a na podr&#243;&#380; do Plutona trac&#261; ca&#322;y tydzie&#324;. &#379;aden z tych ekspres&#243;w nie rozwija pr&#281;dko&#347;ci wi&#281;kszej ni&#380; czterdzie&#347;ci tysi&#281;cy kilometr&#243;w na sekund&#281;, a na domiar z&#322;ego nie na wszystkich statkach grawitatory dobrze dzia&#322;aj&#261;, tak &#380;e czasami odczuwa si&#281; niewielkie przeci&#261;&#380;enia. Jedynie z niewa&#380;ko&#347;ci&#261; dobrze sobie radz&#261;, ale trudno to uwa&#380;a&#263; za sukces, bo likwidacja niewa&#380;ko&#347;ci jest spraw&#261; &#347;miesznie &#322;atw&#261;. Prosi&#322;em Wier&#281;, aby zam&#243;wi&#322;a mi&#281;dzyplanetarn&#261; torped&#281; z anihilatorami Taniewa, kt&#243;ra osi&#261;ga Plutona w ci&#261;gu o&#347;miu godzin, ale odpowiedzia&#322;a na to, &#380;e nie musimy si&#281; spieszy&#263; i wszyscy si&#281; z ni&#261; zgodzili. Od dzieci&#324;stwa dra&#380;ni mnie swoista doskona&#322;o&#347;&#263; Wiery. Najwa&#380;niejsze w jej s&#322;owach jest to, i&#380; s&#261; to jej s&#322;owa. Te same my&#347;li, lecz wypowiedziane przeze mnie, nie robi&#261; na s&#322;uchaczach &#380;adnego wra&#380;enia.

W dawnych czasach sekretarze nie krzyczeli na swoich zwierzchnik&#243;w, Eli skarci&#322;a mnie, kiedym jej powiedzia&#322;, co my&#347;l&#281; o jej decyzji.

Powiesz mi jeszcze, &#380;e zwierzchnicy krzyczeli na swych sekretarzy, a poniewa&#380; to b&#281;dzie twoja my&#347;l, nawet Romero uzna j&#261; za prawd&#281;.

Romero istotnie potwierdzi&#322;. W staro&#380;ytno&#347;ci szefowie nie patyczkowali si&#281; z podw&#322;adnymi powiedzia&#322;. A pewien rosyjski car w rozmowie z ministrami nierzadko u&#380;ywa&#322; kija. Szczeg&#243;lnie dostawa&#322;o si&#281; jego ulubie&#324;com, gdy&#380; w owym czasie ch&#322;osta uchodzi&#322;a za jedn&#261; z form zach&#281;ty. U&#380;ywano w&#243;wczas powszechnie wyra&#380;e&#324;: Przerzuci&#263; na odpowiedzialne stanowisko, Wlepi&#263; (lub wrzepi&#263;, historycy r&#243;&#380;ni&#261; si&#281; tu w opiniach) nagan&#281;, Uderzeniem miecza pasowa&#263; na rycerza. Wszystkie te sformu&#322;owania by&#322;y synonimami awansu jednostki.

Nie s&#261;dz&#281; jednak, aby rycerzy przy wyznaczaniu na odpowiedzialne stanowiska dos&#322;ownie gdzie&#347; przerzucano lub r&#261;bano mieczami. Nasi przodkowie uwielbiali hiperbole j&#281;zykowe. Moim zdaniem w opisanych przez Romera barbarzy&#324;skich czynno&#347;ciach kryj&#261; si&#281; typowe dla owej epoki obyczaje religijne i obrz&#281;dy magiczne.

We&#378;my chocia&#380;by tak rozpowszechniony w&#243;wczas termin jak rzucono towar na sklepy wykrzykn&#261;&#322;em zapalaj&#261;c si&#281; do dyskusji. Zwyk&#322;y cz&#322;owiek uzna za bezsens, aby wyprodukowane z trudem towary beztrosko rzucano, i to w dodatku na dach jakiego&#347; pomieszczenia. Ale &#380;ycie spo&#322;eczne owych czas&#243;w by&#322;o pe&#322;ne sprzeczno&#347;ci. Wiemy dzi&#347;, &#380;e zebranymi z trudem plonami kawy lub kukurydzy palono czasem pod kot&#322;ami parowymi lub topiono je w morzu, a buty zaraz po zej&#347;ciu z ta&#347;my kierowano na inn&#261; ta&#347;m&#281;, gdzie krojono je na cz&#281;&#347;ci. Je&#347;li nie zgodzicie si&#281; ze mn&#261;, &#380;e to wszystko robiono ze wzgl&#281;d&#243;w rytualnych, nie zaprzeczycie przynajmniej, &#380;e te dziwne terminy odzwierciedla&#322;y ca&#322;kiem realne sytuacje? A w og&#243;le, moi z&#322;oci, logika nie by&#322;a najmocniejsz&#261; stron&#261; naszych przodk&#243;w. Przegl&#261;dali&#347;my kiedy&#347; na Plutonie staro&#380;ytny film. Okazuje si&#281;, &#380;e dawniej wszyscy ludzie cierpieli na wysi&#281;k z nosa, jak zdarza si&#281; to obecnie chorym. I wyobra&#378;cie sobie, &#380;e zbierali t&#281; bezu&#380;yteczn&#261; wydzielin&#281; niczym najwi&#281;kszy skarb. Ma&#322;o tego, niekt&#243;rzy te uperfumowane i ozdobione w dodatku koronkami szmatki nosili w kieszeniach w ten spos&#243;b, aby koniuszek wystawa&#322; na zewn&#261;trz Nie ukrywali choroby, lecz chwalili si&#281; ni&#261;!

Romero patrzy&#322; na mnie ze zdumieniem. Odnios&#322;em wra&#380;enie, i&#380; oryginalno&#347;&#263; moich pogl&#261;d&#243;w pozbawi&#322;a go na moment daru mowy.

Pa&#324;ska wiedza historyczna jest wr&#281;cz zdumiewaj&#261;ca powiedzia&#322; niezmiernie uprzejmym tonem. A poniewa&#380; tak &#347;mia&#322;o przenika pan tajemnice przesz&#322;o&#347;ci, s&#261;dz&#281;, &#380;e nie powinno pana dziwi&#263; pokrzykiwanie prze&#322;o&#380;onego, cho&#263; zdrowy ludzki rozs&#261;dek uzna za naturalniejsze pokrzykiwanie podw&#322;adnych na szef&#243;w, gdy&#380; prze&#322;o&#380;onym nie wypada wykorzystywa&#263; swojej przewagi, a czeg&#243;&#380; ma si&#281; kr&#281;powa&#263; podw&#322;adny?

Troch&#281; racji w tym bez w&#261;tpienia by&#322;o.



17

Za Uranem ekspresy rozp&#281;dzaj&#261; si&#281; i nawet nasz wehiku&#322; zdoby&#322; si&#281; na jedn&#261; dziesi&#261;t&#261; szybko&#347;ci &#347;wiat&#322;a. Pluton skrz&#261;c si&#281; w iluminatorach zmienia&#322; si&#281; z ziarnka grochu w jab&#322;ko, a z jab&#322;ka w du&#380;&#261; pi&#322;k&#281;, wok&#243;&#322; niego &#347;miga&#322;y malutkie sztuczne s&#322;o&#324;ca. Na biegunach wznosi&#322;y si&#281; sztuczne protuberancje wytw&#243;rnie pary wodnej i syntetycznej atmosfery ruszy&#322;y niedawno pe&#322;n&#261; moc&#261; i produkowa&#322;y teraz dziesi&#281;&#263; milion&#243;w ton wody i dwa miliardy ton mieszanki azotowo-tlenowej na godzin&#281;. Przytoczy&#322;em te liczby Romerowi i Wierze z pami&#281;ci.

Wody na razie brakuje, atmosfera za&#347; jest ju&#380; por&#243;wnywalna z ziemsk&#261;, oddycha si&#281; jak u nas w g&#243;rach powiedzia&#322;em.

Wydaje mi si&#281;, &#380;e najciekawsz&#261; rzecz&#261; na Plutonie s&#261; te fabryki powietrza powiedzia&#322;a Wiera. Od ich pracy zale&#380;y teraz powodzenie projektu przebudowy Plutona i organizacja stoczni galaktycznych.

Nie odezwa&#322;em si&#281;, by&#322;em bowiem przekonany, &#380;e na Plutonie jest wiele rzeczy znacznie ciekawszych ni&#380; te ponure automatyczne fabryki przerabiaj&#261;ce gleb&#281; planety na wod&#281; i powietrze. S&#261; niew&#261;tpliwie potrzebne, ale zachwyca&#263; si&#281; nimi?

Zawiadomiono nas, &#380;e przyjaciele na Plutonie chc&#261; z nami m&#243;wi&#263;. Wkr&#243;tce na stereoekranie pojawi&#322; si&#281; Andre z &#379;ann&#261;, Lusin, Leonid, Olga i Allan. Mimo op&#243;&#378;nienia &#347;wiat&#322;a wyczuwalnego przy takiej odleg&#322;o&#347;ci ich g&#322;osy dociera&#322;y do nas stwarzaj&#261;c pe&#322;n&#261; iluzj&#281; blisko&#347;ci.

Hura, bracia! wrzeszcza&#322; Allan. Do g&#243;ry ich!

Lecicie m&#243;wi&#322; jak zwykle urywkami zda&#324; Lusin. Pokazali&#347;cie si&#281;. Dobrze.

Wykrzykiwali&#347;my w odpowiedzi powitania. Dzieli&#322;o nas jakie&#347; p&#243;&#322;tora miliarda kilometr&#243;w.

W pobli&#380;u Plutona Wier&#281; zainteresowa&#322;o skupisko gigantycznych bry&#322; kr&#261;&#380;&#261;ce nad planet&#261;. Jeden z g&#322;az&#243;w wyr&#243;&#380;nia&#322; si&#281; spo&#347;r&#243;d pozosta&#322;ych niczym g&#243;ra otoczona pag&#243;rkami.

Powiedzia&#322;em bardzo uroczystym tonem, jak przysta&#322;o w takiej chwili:

Baza Gwiezdnych P&#322;ug&#243;w. Ten ogromny, to Po&#380;eracz Przestrzeni, statek flagowy floty galaktycznej. Tu ostatecznie po&#380;egnamy si&#281; z rakietami fotonowymi.



18

Przygotowanie ka&#380;dej wyprawy galaktycznej to sprawa bardzo skomplikowana, a nasza ekspedycja mia&#322;a w dodatku szczeg&#243;lny charakter i wymaga&#322;a ogromnych ilo&#347;ci substancji aktywnej, graj&#261;cej rol&#281; zapalnika przy wybuchowej zamianie masy w przestrze&#324;. Aktywn&#261; substancj&#281; przywozi si&#281; z Merkurego. Gwiazdoloty kr&#261;&#380;y&#322;y wi&#281;c nad Plutonem czekaj&#261;c na ostatni&#261; parti&#281; paliwa.

Wiera zwiedza&#322;a planet&#281;, a ja by&#322;em jej przewodnikiem.

Uchwa&#322;a Wielkiej Rady w sprawie przekszta&#322;cenia Plutona w baz&#281; opiera&#322;a si&#281; na wynikach wieloletniej pracy cz&#322;owieka na tej planecie. Spo&#347;r&#243;d wszystkich planet Uk&#322;adu S&#322;onecznego Pluton jest najlepiej wykorzystany i tu mie&#347;ci si&#281; jedyny na razie port galaktyczny. Niegdy&#347; w dalekie rejsy statki kosmiczne startowa&#322;y z Marsa, a nawet z Ziemi, lecz p&#243;&#378;niej ludzie zrozumieli, &#380;e takie cha&#322;upnicze metody zagospodarowania kosmosu s&#261; niedopuszczalne. Do budowy Ory zmobilizowano wszystkie rezerwy ludzko&#347;ci. Pluton nie mo&#380;e jeszcze r&#243;wna&#263; si&#281; z Or&#261;, ale mimo wszystko w okolicach S&#322;o&#324;ca nie ma r&#243;wnie wielkiej budowy jak nasza!

Najpierw zwiedzili&#347;my jedn&#261; z wytw&#243;rni atmosfery. Urz&#261;dzenie szeroko&#347;ci kilometra i d&#322;ugo&#347;ci ponad dw&#243;ch porusza&#322;o si&#281; z wolna po powierzchni planety zbieraj&#261;c warstw&#281; gruntu. Kiedy podje&#380;d&#380;ali&#347;my do fabryki, jej &#347;ciana tn&#261;ca zbli&#380;a&#322;a si&#281; do granitowego wzg&#243;rza. Pag&#243;rek zapada&#322; si&#281; w oczach i taja&#322; jak w ogniu. Wkr&#243;tce nie zosta&#322;o po nim nawet &#347;ladu, a wytw&#243;rnia pope&#322;z&#322;a dalej. W miejscu, gdzie przesz&#322;a fabryka, czernia&#322;a warstwa sztucznej gleby wzbogaconej nawozami i zasianej traw&#261; i kwiatami. Nad urz&#261;dzeniem przetw&#243;rczym hula&#322;y wiatry: tysi&#261;ce ton wytworzonego powietrza ulatywa&#322;y co sekund&#281; do atmosfery. Stara&#322;em si&#281; trzyma&#263; Wier&#281; z dala od wir&#243;w powietrznych, ale mimo to huragan zerwa&#322; jej z g&#322;owy kapelusz. Wtedy omal nie wydarzy&#322;o si&#281; nieszcz&#281;&#347;cie. Romero pobieg&#322; za kapeluszem, ale strumienie powietrza przewr&#243;ci&#322;y go i trzeba by&#322;o spieszy&#263; na pomoc. Leonid i ja wczepili&#347;my si&#281; w Paw&#322;a, pom&#243;g&#322; nam r&#243;wnie&#380; Allan i we trzech wyrwali&#347;my Romera z szalej&#261;cej powietrznej otch&#322;ani.

Gdyby nie wy, lecia&#322;bym teraz pod ob&#322;okami powiedzia&#322; z bladym u&#347;miechem.

My&#347;l&#281;, &#380;e teraz by&#322;by pan przerabiany na tlen i azot zaoponowa&#322;em. A za jakie&#347; pi&#281;&#263; minut mogliby&#347;my panem oddycha&#263;.

Tak jak prawdopodobnie oddychamy moim biednym kapeluszem. Dlaczego wok&#243;&#322; wytw&#243;rni nie ma zabezpiecze&#324;? zapyta&#322;a Wiera.

Tu nie ma ludzi wyja&#347;ni&#322;em. Wszystkie fabryki atmosfery zmontowane s&#261; w pustych okolicach, a Ziemia nie zezwala na wycieczki na Plutona.

I nie zezwoli, p&#243;ki nie sko&#324;czycie monta&#380;u swojego Komputera Pa&#324;stwowego z co najmniej 18 milionami Opiekunek potwierdzi&#322;a Wiera. Na Ziemi takie wypadki, jaki o ma&#322;o nie przytrafi&#322; si&#281; Paw&#322;owi, s&#261; ju&#380; od dawna nie do pomy&#347;lenia.

Oczywi&#347;cie nie powiedzia&#322;em jej, &#380;e nieraz latali&#347;my awionetkami w pobli&#380;u wytw&#243;rni, aby zmaga&#263; si&#281; ze sztuczn&#261; burz&#261;. Zamiast tego zwr&#243;ci&#322;em uwag&#281; Wiery na ziele&#324; pokrywaj&#261;c&#261; grunt planety.

To na razie zaledwie trawa i kwiaty, ale wkr&#243;tce b&#281;dziemy mie&#263; tu prawdziwe lasy jak na Ziemi.

Ziele&#324; smaczna popar&#322; mnie Lusin. Soczysta. Bardzo.

Pr&#243;bowa&#322;e&#347;? zapyta&#322; Allan i klepn&#261;&#322; si&#281; z uciechy r&#281;kami po kolanach. Braciszkowie, Lusin je traw&#281;! Tak d&#322;ugo obcowa&#322; ze swoimi syntetycznymi zwierz&#281;tami, a&#380; przeszed&#322; na ich pokarm.

Nie ja. Smok. Pegazy. Smakuje. Jak na Ziemi. R&#243;wnina by&#322;a o&#347;wietlona trzema roboczymi s&#322;o&#324;cami. Jedno sta&#322;o w zenicie, drugie zachodzi&#322;o, a trzecie wschodzi&#322;o. Powiedzia&#322;em swym towarzyszom, &#380;e na Plutonie dzia&#322;a siedem roboczych s&#322;o&#324;c, kr&#261;&#380;&#261;cych po niskich orbitach i napromieniowuj&#261;cych jednorazowo niewielki wycinek planety.

Fioletowob&#322;&#281;kitne, teraz zachodz&#261;ce, jest jednym z nowych. To bia&#322;o&#380;&#243;&#322;te w zenicie sporz&#261;dzono pi&#281;&#263;dziesi&#261;t lat temu i dlatego ju&#380; prawie si&#281; wypali&#322;o. Pierwsi pluto&#324;scy koloni&#347;ci pracowali w blasku tego jednego s&#322;o&#324;ca, kt&#243;re w&#243;wczas wisia&#322;o nieruchomo nad p&#243;&#322;kul&#261; p&#243;&#322;nocn&#261; i tylko o&#347;wietlony przez nie region nadawa&#322; si&#281; do &#380;ycia. Po wystrzeleniu trzeciego s&#322;o&#324;ca r&#243;wnie&#380; i to pierwsze zosta&#322;o w&#322;&#261;czone do wsp&#243;lnego obiegu. Obecnie harmonogram obiegu s&#322;o&#324;c przedstawia si&#281; nast&#281;puj&#261;co: cztery gor&#261;ce s&#322;o&#324;ca tworz&#261; ciep&#322;y dzie&#324; trwaj&#261;cy szesna&#347;cie godzin; dwa czerwone podtrzymuj&#261; umiarkowan&#261; temperatur&#281; w ci&#261;gu szesnastogodzinnej nocy; jedno za&#347;, pomara&#324;czowe, zwiastuje odpoczynek wieczorny.

Wschodzi&#322;o pomara&#324;czowe s&#322;o&#324;ce, zamilk&#322;em wi&#281;c, bo chcia&#322;em, aby ono samo przem&#243;wi&#322;o. Dalekie ziemskie S&#322;o&#324;ce r&#243;wnie&#380; b&#322;yszcza&#322;o, ale jego male&#324;ka tarczka gin&#281;&#322;a obok sztucznych gwiazd. Aby odwr&#243;ci&#263; uwag&#281; przyjaci&#243;&#322; od wschodz&#261;cego pomara&#324;czowego s&#322;o&#324;ca, zacz&#261;&#322;em m&#243;wi&#263; o bilansie cieplnym Plutona. Sztuczne s&#322;o&#324;ca ogrzewaj&#261; jedynie powierzchni&#281;. Nale&#380;y rozpali&#263; wn&#281;trze planety, stworzy&#263; roz&#380;arzone j&#261;dro jak na Ziemi. Wtedy gleba b&#281;dzie ogrzewana od &#347;rodka, co pozwoli zast&#261;pi&#263; czerwone s&#322;o&#324;ce kilkoma zimnymi ksi&#281;&#380;ycami.

Zawiadomcie o swojej propozycji Wielk&#261; Rad&#281; powiedzia&#322;a Wiera. Bo&#380;e, jakie to pi&#281;kne. Ska&#322;y i dolinki, m&#322;oda ziele&#324; i konstrukcje wytw&#243;rni atmosfery zalewa&#322;o pomara&#324;czowe l&#347;nienie. Blask by&#322; tak g&#322;&#281;boki i jaskrawy, jakby wszystkie przedmioty p&#322;on&#281;&#322;y wewn&#281;trznym &#380;arem, by&#322;y nie o&#347;wietlone, lecz rozjarzone. Nad nimi rozpo&#347;ciera&#322;o si&#281; &#380;&#243;&#322;tobrunatne niebo, r&#243;wnie&#380; jakby rozjarzone w&#322;asnym blaskiem, bardzo niskie, niemal dotykalne, a nie puste i zwiewne jak na Ziemi.

Popatrzcie tylko, jakie to pi&#281;kne! zachwyca&#322;a si&#281; Wiera. Tamte s&#322;o&#324;ca s&#261; wspania&#322;e, a to po prostu cudowne!

Eli robi&#322; powiedzia&#322; Lusin. Dobrze! Bardzo!

Eli! Wiera obr&#243;ci&#322;a si&#281; ku mnie. To si&#243;dme s&#322;o&#324;ce, braciszku?

Tak odpowiedzia&#322;em. Kosztowa&#322;o mnie troch&#281; pracy, bo chcieli&#347;my, aby nie tylko przynosi&#322;o bezpo&#347;redni&#261; korzy&#347;&#263;, lecz r&#243;wnie&#380; upi&#281;ksza&#322;o nasz&#261; m&#322;od&#261; planet&#281;.

Przy kolacji Wiera powiedzia&#322;a:

Grubo ciosana i silna planeta. &#379;ycie tu na razie jest niezbyt wygodne, ale jakie&#380; pole do popisu! Ciesz&#281; si&#281;, &#380;e a w&#322;a&#347;nie ten glob wybrano na miejsce nowych, wielkich prac.

Port jest doskonale obs&#322;ugiwany doda&#322;a Olga. W ci&#261;gu godziny mo&#380;na za&#322;adowa&#263; na statki sto tysi&#281;cy ton frachtu i paliwa.

Romero zgasi&#322; og&#243;lne zachwyty:

Grubo ciosana, silna, wspania&#322;a Czy to nie przesada? Mieszka&#263; na sta&#322;e tu nie mo&#380;na. Najwy&#380;ej popracowa&#263; dwa do trzech lat. Znale&#378;li w oceanie kosmicznym kamienist&#261; wysepk&#281;, urz&#261;dzili na niej baz&#281; prze&#322;adunkow&#261; i ciesz&#261; si&#281; jak dzieci, &#380;e tak im si&#281; wspaniale uda&#322;o. A na razie jest to tylko niezdarna kopia znikomej cz&#281;&#347;ci tego, co znajduje si&#281; na Ziemi i czym rzeczywi&#347;cie mo&#380;na si&#281; zachwyca&#263;.

M&#243;wi&#261;c to zajada&#322; piero&#380;ki z syntetycznym mi&#281;sem i popija&#322; je sokiem owocowym, nie s&#261;dz&#281; wi&#281;c, aby przynajmniej jad&#322;o na Plutonie wydawa&#322;o si&#281; niezdarn&#261; kopi&#261; ziemskich przysmak&#243;w.



19

Na razie nie mia&#322;em najmniejszego poj&#281;cia, na czym polega funkcja sekretarza, ale nie znaczy to, abym leniuchowa&#322;. Dok&#322;adnie zbada&#322;em konstrukcj&#281; Gwiezdnych P&#322;ug&#243;w: by&#322;em w magazynach przechowuj&#261;cych miliony ton zapas&#243;w i w komorach, gdzie mo&#380;na zmagazynowa&#263; nast&#281;pne miliardy ton towar&#243;w, odwiedzi&#322;em wytw&#243;rnie produkuj&#261;ce dowolne wyroby z dowolnych surowc&#243;w, spacerowa&#322;em ulicami osiedla mieszkaniowego, dotar&#322;em do serca statku, sekcji anihilator&#243;w Taniewa, najniezwyklejszej fabryki &#347;wiata wytwarzaj&#261;cej substancj&#281; z pustej przestrzeni i pust&#261; przestrze&#324; z masy. Kiedy anihilatory zostaj&#261; uruchomione, doko&#322;a w promieniu wielu lat &#347;wietlnych, trylion&#243;w kilometr&#243;w &#347;cie&#347;nia si&#281; lub rozszerza przestrze&#324; mi&#281;dzygwiezdna. Przytocz&#281; tylko jedn&#261; liczb&#281;, kt&#243;ra wywar&#322;a na mnie szczeg&#243;lne wra&#380;enie: moc anihilator&#243;w Taniewa w najmniejszym z Gwiezdnych P&#322;ug&#243;w dochodzi do dw&#243;ch milion&#243;w albert&#243;w, a w Po&#380;eraczu Przestrzeni przekracza pi&#281;&#263; milion&#243;w! Wszystkie elektrownie na Ziemi w ko&#324;cu wieku dwudziestego starej ery mia&#322;y moc nieca&#322;ych trzech albert&#243;w. Ta gigantyczna moc mo&#380;e by&#263; ca&#322;kowicie zamieniona w szybko&#347;&#263; nad&#347;wietln&#261;, mo&#380;e w pe&#322;ni zasili&#263; anihilatory nap&#281;dowe. Ale gdy jaka&#347; nieprzewidziana przeszkoda stanie nagle na drodze statku, w&#243;wczas b&#322;yskawicznie przem&#243;wi&#261; inne anihilatory i w starym kosmosie pojawi si&#281; nowa przestrze&#324; w miejsce spopielonej substancji! Nigdy dot&#261;d nie istnia&#322;y mechanizmy tak doskona&#322;e i pot&#281;&#380;nie uzbrojone jak nasze statki galaktyczne, tak mi si&#281; wtedy wydawa&#322;o.

Podzieli&#322;em si&#281; swymi zachwytami z Olg&#261;.

Popatrzy&#322;a na mnie ze zdziwieniem.

Zbyt si&#281; zapalasz, Eli. Gwiazdoloty istotnie maj&#261; niema&#322;&#261; moc, ale nie starczy jej na g&#322;&#281;bokie przenikni&#281;cie w Galaktyk&#281;. Nie wiemy w dodatku, co nas tam czeka: przyjaciel czy wr&#243;g, a je&#380;eli wr&#243;g, to jak uzbrojony? Nie jest wykluczone, &#380;e technika tajemniczych Niszczycieli stoi wy&#380;ej od naszej.

Z Olg&#261; mo&#380;na pracowa&#263;, ale nie spos&#243;b rozmawia&#263;. Najsympatyczniejszym rozm&#243;wc&#261; by&#322;by dla niej chyba robot cybernetyczny. Z tym swoim usposobieniem nadaje si&#281; jednak na swoje wysokie stanowisko admira&#322;a flotylli statk&#243;w mi&#281;dzygwiezdnych.

Wielki Akademicki projektuje obecnie statki o mocy trzystu milion&#243;w albert&#243;w kontynuowa&#322;a Olga. Na takim gwiazdolocie czu&#322;abym si&#281; troch&#281; spokojniej. Ale te statki b&#281;d&#261; niepr&#281;dko.

Nie martw si&#281; poradzi&#322;em. Nawet na twoich s&#322;abiutkich stateczkach jako&#347; dotrzemy do Ory. A co do Z&#322;ywrog&#243;w, to kr&#261;&#380;&#261; s&#322;uchy, &#380;e wymarli milion lat temu.

Olga nie poj&#281;&#322;a, &#380;e z niej &#380;artuj&#281;. S&#322;ucha&#322;a mnie i u&#347;miecha&#322;a si&#281;. Gdybym nie odszed&#322;, mog&#322;aby tak s&#322;ucha&#263; i u&#347;miecha&#263; si&#281; godzinami. Jej z&#322;ociste w&#322;osy zawsze s&#261; r&#243;wniutko uczesane, jasne oczy zawsze promieniej&#261; dobroci&#261;, a policzki pokrywa jaki&#347; swoisty, bardzo spokojny, lekki rumieniec Nawet dziesi&#281;ciominutowa rozmowa z ni&#261; wyprowadza mnie z r&#243;wnowagi. Gdybym to ja zosta&#322; dow&#243;dc&#261; floty galaktycznej, co najmniej przez dwa dni chodzi&#322;bym ze szcz&#281;&#347;cia na g&#322;owie. A ona nawet si&#281; nie ucieszy&#322;a!



20

Andre wi&#281;kszo&#347;&#263; czasu sp&#281;dza z &#379;ann&#261;. Roz&#322;&#261;ka przychodzi im bardzo ci&#281;&#380;ko. &#379;anna zrobi&#322;a si&#281; ju&#380; tak t&#281;ga, &#380;e sta&#322;o si&#281; to widoczne nawet dla postronnych. Por&#243;d zosta&#322; wyznaczony na 27 lutego i odb&#281;dzie si&#281; normalnie, sam to czyta&#322;em w prognozie. Ale Andre niezbyt w t&#281; prognoz&#281; wierzy.

Mieszkamy na statku ju&#380; trzeci dzie&#324;. &#379;anna wraz z nami. Pradawny obrz&#281;d po&#380;egnania postanowiono odby&#263; na powierzchni planety. W po&#322;udnie ze wszystkich statk&#243;w pomkn&#281;&#322;y na Plutona rakiety z odprowadzaj&#261;cymi i odje&#380;d&#380;aj&#261;cymi. By&#322;em w rakiecie razem z Romerem, kt&#243;ry nie przepu&#347;ci &#380;adnej podobnej okazji, ja natomiast chcia&#322;em jeszcze raz stan&#261;&#263; na twardym gruncie.

Wyl&#261;dowali&#347;my w porcie, kiedy wschodzi&#322;o ju&#380; pomara&#324;czowe s&#322;o&#324;ce. Romero uzna&#322; to za dobry omen, chocia&#380; wiedzieli&#347;my zawczasu, &#380;e znajdziemy si&#281; na planecie na pocz&#261;tku dy&#380;uru si&#243;dmego s&#322;o&#324;ca. Na Or&#281; leci osiemset os&#243;b, odprowadzaj&#261;cych jest co najmniej drugie tyle. Nikt nie odchodzi&#322; daleko od rakiet, ale my wraz z Romerem weszli&#347;my w kamieniste piargi, gdzie przysiedli&#347;my na niewielkim wzg&#243;rku. W blasku pomara&#324;czowego s&#322;o&#324;ca r&#243;wnina p&#322;on&#281;&#322;a jak roz&#380;arzona.

Prosz&#281; mi powiedzie&#263;, Eli zapyta&#322; Romero czy nie ma pan uczucia, i&#380; &#380;egnamy si&#281; z tym miejscem na zawsze?

Dlaczego, oczywi&#347;cie &#380;e nie!

Kiedy wracali&#347;my, Romero wskaza&#322; laseczk&#261; na Andre i &#379;ann&#281; stoj&#261;cych przy trapie.

Po&#380;egnanie Hektora z Andromach&#261;. B&#281;dziemy &#347;wiadkami czu&#322;ych wyzna&#324;.

Stan&#281;li&#347;my tak blisko, &#380;e s&#322;yszeli&#347;my ca&#322;&#261; rozmow&#281;. Mogliby&#347;cie ju&#380; odjecha&#263;! powiedzia&#322;a &#379;anna. Zm&#281;czy&#322;o mnie to ci&#261;g&#322;e &#380;egnanie si&#281; z tob&#261;.

Nie odst&#281;puj od zalece&#324; lekarskich! nastawa&#322; Andre. Posi&#322;ki, praca, przechadzki, sen zgodnie z przepisanym planem. Po powrocie za&#380;&#261;dam sprawozdania.

A ty nie choruj i nie zalecaj si&#281; do pi&#281;knych dziewczyn z innych gwiazd, je&#347;li takie napotkasz. Jestem zazdrosna.

Zazdro&#347;&#263; to prze&#380;ytek z najgorszych czas&#243;w historii ludzko&#347;ci.

Dla mnie to nie jest prze&#380;ytek. Nie odpowiedzia&#322;e&#347; mi, Andre, i to mnie niepokoi!

Uspok&#243;j si&#281;, na Orze nie b&#281;dzie ludzi, a nie zamierzam zakochiwa&#263; si&#281; w jaszczurkach lub anielicach. Wzi&#261;&#322;em Romera pod r&#281;k&#281; i poszed&#322;em z nim do rakiety.

Ciekawe, jaki oni maj&#261; stopie&#324; wzajemnego przystosowania? zapyta&#322; Pawe&#322;. Przecie&#380; od trzech lat nie odst&#281;puj&#261; jedno od drugiego.

Wielki nie zdradza tajemnic osobistych, a sami te&#380; nie s&#261; skorzy do zwierze&#324;. Nie mog&#281; zaspokoi&#263; pa&#324;skiej ciekawo&#347;ci, Romero.

Cz&#322;owiek to jednak dziwne stworzenie. Niczego tak nie pragn&#261;&#322;em jak podr&#243;&#380;y na Or&#281;, ale zrobi&#322;o mi si&#281; smutno, kiedy patrzy&#322;em przez okno rakiety na oddalaj&#261;cego si&#281; Plutona. Pragniemy nowego i jednocze&#347;nie boimy si&#281; utraci&#263; stare. Jedn&#261; r&#281;k&#261; nie mo&#380;na uchwyci&#263; dw&#243;ch przedmiot&#243;w, jedn&#261; nog&#261; nie da si&#281; st&#261;pn&#261;&#263; w dwa miejsca naraz, a jednak w gruncie rzeczy zawsze do tego d&#261;&#380;ymy. Czy nie st&#261;d przypadkiem wywodzi si&#281; obrz&#281;d po&#380;egnania, z jego obj&#281;ciami, &#322;zami i smutkiem? Na my&#347;l, &#380;e kto&#347; mnie na Plutonie zast&#261;pi i &#243;sme, najpi&#281;kniejsze s&#322;o&#324;ce powstanie beze mnie, straci&#322;em humor. Do diab&#322;a, jak mawiano w staro&#380;ytno&#347;ci, czemu nie mo&#380;emy by&#263; wszechobecni? Co przeszkadza nam zosta&#263; wszechobecnymi? Niski poziom techniki, czy po prostu to, &#380;e nigdy nie zastanawiali&#347;my si&#281; nad tym problemem? Czemu ka&#380;dy z nas jest jednym, jedynym? Lusin tworzy od niechcenia nowe zwierz&#281;ta oddzia&#322;uj&#261;c na kwasy nukleinowe zarodk&#243;w, czy&#380; wi&#281;c tak trudno zdublowa&#263; si&#281;, stworzy&#263; kilka identycznych egzemplarzy tego samego cz&#322;owieka? Dwie Wiery, o&#347;miu Romer&#243;w, Andre w czterech osobach: jeden buduje nowe deszyfratory, drugi pie&#347;ci swoj&#261; &#379;ann&#281;, trzeci komponuje, czwarty poszukuje Galakt&#243;w! Odjecha&#263;, ale pozostawi&#263; siebie, jednocze&#347;nie by&#263; obecnym i nieobecnym, to by&#322;oby wspania&#322;e!

Za&#322;o&#380;&#281; si&#281;, &#380;e pan fantazjuje na jaki&#347; niebywa&#322;y temat powiedzia&#322; Romero.

Oprzytomnia&#322;em. Rozstanie Andre i &#379;anny naprowadzi&#322;o mnie na my&#347;l, &#380;e urz&#261;dzili&#347;my swoje &#380;ycie nie tak zn&#243;w wygodnie, jak si&#281; tym ci&#261;gle chwalimy.

Pragnienia zawsze wyprzedzaj&#261; mo&#380;liwo&#347;ci, nie na darmo Andre utyskuje, &#380;e po&#322;owa jego potrzeb nie jest zaspokojona, mieszaj&#261;c dla wi&#281;kszego wra&#380;enia potrzeby z pragnieniami. A propos, on ci&#261;gle jeszcze &#380;egna si&#281;, prosz&#281; spojrze&#263;.

Andre nie odst&#281;powa&#322; od okna. Planeta zmniejsza&#322;a si&#281;, po jej tarczy toczy&#322;y si&#281; trzy s&#322;o&#324;ca, kt&#243;re z oddali wydawa&#322;y si&#281; jaskrawsze ni&#380; by&#322;y w istocie.

Odwr&#243;ci&#322;em si&#281; od Plutona. Przed nami wyrasta&#322; podobny do gigantycznej soczewki Po&#380;eracz Przestrzeni, a obok niego, zachowuj&#261;c przepisow&#261; odleg&#322;o&#347;&#263;, wisia&#322;y pozosta&#322;e statki galaktyczne. Tylko z wielkiej odleg&#322;o&#347;ci mo&#380;na by&#322;o ogarn&#261;&#263; wzrokiem te ogromy. Oczywi&#347;cie ziemski Ksi&#281;&#380;yc jest wi&#281;kszy od ka&#380;dego z tych statk&#243;w, ale ca&#322;&#261; Stolic&#281; wraz z jej pi&#281;tnastomilionow&#261; ludno&#347;ci&#261; mo&#380;na by swobodnie zmie&#347;ci&#263; we wn&#281;trzu gwiazdolotu.

W burcie statku galaktycznego rozwar&#322; si&#281; wylot tunelu kosmodromu i rakieta wyl&#261;dowa&#322;a.



21

W drugim dniu lotu odwiedzi&#322;em hal&#281; dow&#243;dcz&#261;, st&#261;d kieruje si&#281; lotem statku.

Ma ona kszta&#322;t wydr&#261;&#380;onej kuli pokrytej na ca&#322;ej powierzchni wkl&#281;s&#322;ymi ekranami. W &#347;rodku hali wisi na polach si&#322;owych pi&#281;&#263; foteli swobodnie obracaj&#261;cych si&#281; na rozkaz my&#347;lowy w dowolnej p&#322;aszczy&#378;nie. W centralnym fotelu siedzia&#322;a Olga, po bokach jej pomocnicy: Leonid i siwiutki staruszek Osima. Przy ka&#380;dym z foteli znajduje si&#281; obrotowa lorneta o gigantycznym powi&#281;kszeniu. W sali by&#322;o ciemno.

Pasa&#380;erowie nie mog&#261; tu wchodzi&#263;, ale dla mnie Olga zrobi&#322;a wyj&#261;tek.

Jutro w po&#322;udnie przechodzimy z nap&#281;du fotonowego na anihilacj&#281; przestrzeni powiedzia&#322;a wkr&#243;tce po starcie. B&#261;d&#378; o &#243;smej przy wej&#347;ciu do ster&#243;wki.

Za dwie &#243;sma podszed&#322;em do zamkni&#281;tych drzwi. Nikt na mnie nie czeka&#322;, zastuka&#322;em wi&#281;c, ale nikt nie odpowiedzia&#322;. Punktualnie o &#243;smej drzwi rozwar&#322;y si&#281; i co&#347; z nieodpart&#261; si&#322;&#261; wessa&#322;o mnie w ciemno&#347;&#263;. Krzykn&#261;&#322;em z nag&#322;ego przestrachu i wtedy poczu&#322;em, &#380;e siedz&#281; w wygodnym fotelu. Normalnie na zwyk&#322;ych meblach przez chwil&#281; usadawiamy si&#281;, tutaj natychmiast linie pola wybra&#322;y mi najwygodniejsz&#261; pozycj&#281;. Zorientowa&#322;em si&#281; w tym wszystkim znacznie p&#243;&#378;niej, a na razie nie mog&#322;em wyzby&#263; si&#281; przera&#380;enia: poczu&#322;em si&#281; jakby wyrzucony na zewn&#261;trz, w bezmiar kosmosu. Gwiazdy by&#322;y nade mn&#261; i przede mn&#261;, z prawej i lewej, z przodu i za plecami! Us&#322;ysza&#322;em spokojny g&#322;os Olgi:

Zdaje si&#281;, &#380;e j&#281;kn&#261;&#322;e&#347;, Eli?

Z najwi&#281;kszym wysi&#322;kiem opanowa&#322;em dr&#380;enie g&#322;osu.

To z zachwytu. Nigdy nie czu&#322;em si&#281; tak dobrze. Wyt&#322;umacz, co tu do czego s&#322;u&#380;y.

Olga wyja&#347;ni&#322;a mi, &#380;e w sali nie ma do&#322;u ani g&#243;ry, wszystkie kierunki s&#261; r&#243;wnoprawne. Zaraz te&#380; z zimn&#261; krwi&#261; obr&#243;ci&#322;a si&#281; do g&#243;ry nogami. Poszed&#322;em za jej przyk&#322;adem i ta cz&#281;&#347;&#263; nieba, kt&#243;ra by&#322;a pode mn&#261;, znalaz&#322;a si&#281; nad ciemieniem. Odby&#322;o si&#281; to tak, jakby g&#243;ra i d&#243;&#322; zamieni&#322;y si&#281; miejscami: moje cia&#322;o nadal &#347;ci&#347;le przylega&#322;o do fotela.

Mogliby&#347;my obraca&#263; gwiezdn&#261; sfer&#281; zauwa&#380;y&#322;a Olga ale w&#243;wczas wszyscy obserwatorzy widzieliby ten sam obraz. U nas ka&#380;dy bada sw&#243;j odcinek nieba nie przeszkadzaj&#261;c pozosta&#322;ym. Pole si&#322;owe za&#347; stwarza w ka&#380;dej pozycji wra&#380;enie, i&#380; g&#322;owa znajduje si&#281; u g&#243;ry.

W jaki spos&#243;b okre&#347;li&#263; kierunek lotu? Przecie&#380; tu jest ciemno i gwiazdy otaczaj&#261; nas zewsz&#261;d.


Zapragnij zobaczy&#263; i zobaczysz. Fotel wykona&#322; p&#243;&#322;obr&#243;t. Teraz przede mn&#261; b&#322;yszcza&#322; gwiazdozbi&#243;r Byka, a w nim dziko po&#322;yskiwa&#322;o pomara&#324;czowe oko Aldebarana i widmowo, na granicy widoczno&#347;ci &#347;wieci&#322;y Hiady. Z boku, podobne do k&#322;&#281;bka promienistej we&#322;ny, p&#322;on&#281;&#322;y Plejady; zwane te&#380; Sto&#380;arami. Na razie nie widzia&#322;em zmian w rysunku gwiazdozbior&#243;w. Poszuka&#322;em oczami Wielkiej Nied&#378;wiedzicy: w&#243;z wygl&#261;da&#322; zwyczajnie, widzia&#322;em go w takiej postaci tysi&#261;ce razy. Olga roze&#347;mia&#322;a si&#281;.

Jeste&#347; niecierpliwy. Lecimy nieca&#322;&#261; dob&#281;, i to w dodatku z nap&#281;dem fotonowym. Od Plutona dzieli nas zaledwie jakie&#347; dziesi&#281;&#263; miliard&#243;w kilometr&#243;w, a to zbyt ma&#322;o, aby gwiazdozbiory zmieni&#322;y si&#281;.

Zapyta&#322;em, jak mierzy si&#281; szybko&#347;&#263; statku. Odpowiedzia&#322; mi Osima. Mia&#322;em ju&#380; wtedy na twarzy infraczerwone okulary transformuj&#261;ce do bliskich obserwacji, kt&#243;re nie przeszkadzaj&#261; w widzeniu przedmiot&#243;w odleg&#322;ych, promieniuj&#261;cych &#347;wiat&#322;o widzialne, rozr&#243;&#380;nia&#322;em siedz&#261;cego obok mnie Osim&#281; i nie zmienione gwiazdy na sferycznych ekranach.

Szybko&#347;&#263; gwiazdolotu okre&#347;lano wed&#322;ug paralaksy jasnych gwiazd w stosunku do kulistych roj&#243;w na granicach Galaktyki. W ciemno&#347;ci rozjarzy&#322;y si&#281; widmowo dwie skale. Na jednej by&#322;y naniesione szybko&#347;ci pod&#347;wietlne osi&#261;gane przy nap&#281;dzie fotonowym, druga za&#347; okre&#347;la&#322;a szybko&#347;ci nad&#347;wietlne i dzia&#322;a&#322;a przy w&#322;&#261;czonych anihilatorach Taniewa. Na pierwszej skali drga&#322;a jaskrawa plamka szli&#347;my z jedn&#261; trzeci&#261; szybko&#347;ci &#347;wiat&#322;a.

Obr&#243;ci&#322;em si&#281; do ty&#322;u, aby popatrze&#263; na pozosta&#322;e statki, ale nie znalaz&#322;em nawet punkcik&#243;w. Olga pokaza&#322;a mi, w jaki spos&#243;b pos&#322;ugiwa&#263; si&#281; lornet&#261;. Teraz widzia&#322;em wszystkie nasze gwiazdoloty lec&#261;ce wachlarzem w odleg&#322;o&#347;ci oko&#322;o stu milion&#243;w kilometr&#243;w. By&#322; to dystans bezpiecze&#324;stwa. Wi&#281;ksze zbli&#380;enie mog&#322;o utrudni&#263; manewrowanie mi&#281;dzygwiezdnej flotylli.

Kiedy przejdziemy w obszar nad&#347;wietlny, w og&#243;le przestaniemy je widzie&#263; powiedzia&#322;a Olga. Wtedy jedynym &#347;rodkiem koordynacji lotu b&#281;dzie zawczasu przygotowany wykres szybko&#347;ci.

Lecie&#263; nie widz&#261;c si&#281; nawzajem, bez mo&#380;liwo&#347;ci przekazywania koniecznych informacji! Na o&#347;lep!

C&#243;&#380; robi&#263;, Eli! Gwiazdoloty p&#281;dz&#261; kilkaset razy szybciej ni&#380; &#347;wiat&#322;o, a nie znamy innego naturalnego no&#347;nika informacji poruszaj&#261;cego si&#281; z pr&#281;dko&#347;ci&#261; naszych statk&#243;w.

Na jaki&#347; czas poch&#322;on&#281;&#322;a mnie zabawa z lornet&#261;. Za&#380;&#261;da&#322;em w my&#347;li odpowiedniego powi&#281;kszenia (maksimum milion razy) i natychmiast je otrzyma&#322;em. Przez taki instrument mo&#380;na by z Plutom rozr&#243;&#380;ni&#263; wszystkie miasta i wi&#281;ksze rzeki Ziemi. Osima powiedzia&#322;, &#380;e mno&#380;niki fotonowe, bo tak nazywaj&#261; si&#281; te kosmiczne teleskopy, zosta&#322;y wynalezione niedawno i na ich gwiazdolocie zainstalowano egzemplarz pr&#243;bny.

Przyrz&#261;d dzia&#322;a na innej zasadzie ni&#380; teleskop. Instrument optyczny jedynie zbiera &#347;wiat&#322;o gwiazd, natomiast mno&#380;nik wzmacnia, pomna&#380;a liczb&#281; z&#322;owionych foton&#243;w. W gruncie rzeczy to nie jest aparat, lecz optyczno-kwantowa fabryka przetwarzaj&#261;ca sk&#261;p&#261; informacj&#281; zewn&#281;trzn&#261; w bogate obrazy &#322;atwe do obserwacji. Lorneta przy fotelu jest zaledwie niewielkim u&#322;amkiem urz&#261;dzenia, kt&#243;rego podstawowe mechanizmy znajduj&#261; si&#281; we wn&#281;trzu statku.

Dobieg&#322; mnie st&#322;umiony g&#322;os Osimy:

Za dziesi&#281;&#263; minut startuj&#261; anihilatory przestrzeni.


Tak, widz&#281; odpowiedzia&#322;a Olga.

Wszystko odby&#322;o si&#281; zwyczajnie i bez zak&#322;&#243;ce&#324;. Nie by&#322;o wstrz&#261;s&#243;w ani &#322;oskotu, ani b&#322;ysk&#243;w i przeci&#261;&#380;e&#324;. Krew nie nap&#322;yn&#281;&#322;a mi do twarzy, w uszach nie zaszumia&#322;o. Po&#380;eracz Przestrzeni ju&#380; nie lecia&#322; w przestrzeni, lecz unicestwia&#322; j&#261; przed sob&#261;. W sali nikt i nic nie zmieni&#322;o swego wygl&#261;du. Co prawda gwiazdy na kursie jakby pokry&#322;y si&#281; mgie&#322;k&#261;, ale i to trwa&#322;o zaledwie chwil&#281;.

Odwr&#243;&#263; si&#281; do ty&#322;u poradzi&#322;a Olga. Tam &#322;atwiej znajdziesz co&#347; nowego.

Jednak i z ty&#322;u nie odkry&#322;em nic szczeg&#243;lnie zaskakuj&#261;cego. Szuka&#322;em pot&#281;&#380;nych efekt&#243;w &#347;wietlnych, kt&#243;rych akurat nie nale&#380;a&#322;o oczekiwa&#263;. P&#243;&#378;niej zauwa&#380;y&#322;em za statkiem t&#281; sam&#261; mgie&#322;k&#281;, co i w przodzie, lecz g&#281;&#347;ciejsz&#261;: migaj&#261;ce gwiazdy wydawa&#322;y si&#281; czerwie&#324;sze i bardziej matowe. To by&#322;a nowa substancja wytworzona przez gwiazdolot. Kosmiczna pustka spalona w anihilatorach Taniewa zyskiwa&#322;a namacalny kszta&#322;t, przekszta&#322;ca&#322;a si&#281; w ob&#322;ok py&#322;owy. Na pierwszym paralaksometrze widnia&#322;a nadal jedna trzecia pr&#281;dko&#347;ci &#347;wiat&#322;a, nasza szybko&#347;&#263; w przestrzeni, na drugim natomiast plamka min&#281;&#322;a dwadzie&#347;cia jednostek &#347;wietlnych, tak gwa&#322;townie anihilatory po&#380;era&#322;y przestrze&#324;. Wkr&#243;tce potem wska&#378;nik pierwszego paralaksometru potoczy&#322; si&#281; ku zeru, sam za&#347; aparat zblak&#322; i znikn&#261;&#322; w ciemno&#347;ci. Teraz posuwali&#347;my si&#281; do przodu jedynie kosztem unicestwionej przestrzeni. Osiem punkt&#243;w rozrzuconych wachlarzowato za nami znikn&#281;&#322;o. My sami r&#243;wnie&#380; stali&#347;my si&#281; niewidoczni dla innych gwiazdolot&#243;w. Dali&#347;my nurka w niewidzialno&#347;&#263; powiedzia&#322;em w duchu.

Plamka &#347;wietlna paralaksometru dotar&#322;a do liczby pi&#281;&#263;dziesi&#261;t. Chocia&#380; nie wyczuwa&#322;em zmian ani w sobie, ani w otaczaj&#261;cych przedmiotach, ani w dalekim gwiezdnym &#347;wiecie, przez kt&#243;ry tak ob&#322;&#281;dnie p&#281;dzili&#347;my, na my&#347;l o tym, co si&#281; dokonuje, zrobi&#322;o mi si&#281; niewyra&#378;nie na duchu. Po raz pierwszy porusza&#322;em si&#281; z tak&#261; pr&#281;dko&#347;ci&#261;.

Zapyta&#322;em: Do jakiej warto&#347;ci b&#281;dzie wzrasta&#263; pr&#281;dko&#347;&#263;?

Wzrasta nieustannie wyja&#347;ni&#322; Osima. Dzi&#347; ograniczymy si&#281; do stu jednostek, a potem osi&#261;gniemy dwie&#347;cie.

Olga dorzuci&#322;a:

Do Ory mamy dwadzie&#347;cia parsek&#243;w, sze&#347;&#263;dziesi&#261;t lat &#347;wietlnych. Musimy tam dotrze&#263; w ci&#261;gu trzech miesi&#281;cy, trzeba wi&#281;c spieszy&#263; si&#281;, Eli.

Wznosi&#322;em mno&#380;nik do g&#243;ry i zn&#243;w go opuszcza&#322;em. Chmura py&#322;owa z ty&#322;u zag&#281;szcza&#322;a si&#281;. Pi&#281;&#263; lub sze&#347;&#263; lot&#243;w takiej armady gwiazdolot&#243;w my&#347;la&#322;em a w Galaktyce ub&#281;dzie spory szmat przestrzeni i w zamian przyb&#281;dzie nowe cia&#322;o kosmiczne, ob&#322;ok py&#322;owy stworzony z niczego, jak powiedzieliby nasi przodkowie. Nic wi&#281;c dziwnego, &#380;e uruchamianie anihilator&#243;w Taniewa w obr&#281;bie Uk&#322;adu S&#322;onecznego jest zabronione.

Czasami wydawa&#322;o mi si&#281;, &#380;e gwiazdy przed nami przybli&#380;y&#322;y si&#281;, sta&#322;y si&#281; wi&#281;ksze i ja&#347;niejsze. Ale p&#243;&#378;niej zrozumia&#322;em, &#380;e nawet przy tak wielkiej pr&#281;dko&#347;ci nie mogli&#347;my w ci&#261;gu paru godzin pokona&#263; wielkich odleg&#322;o&#347;ci. W kosmosie obowi&#261;zuje inna skala ni&#380; w &#380;yciu codziennym. Nawet ogrom jest tam wi&#281;cej ni&#380; skromny.

Kiedy zako&#324;czy&#322; si&#281; dy&#380;ur Olgi, zosta&#322;em wyssany na zewn&#261;trz w ten sam spos&#243;b, w jaki dosta&#322;em si&#281; do &#347;rodka. Przy wej&#347;ciu spotka&#322;em si&#281; z Leonidem, kt&#243;rego ponure oczy rozb&#322;ys&#322;y niedobrym &#347;wiat&#322;em.

Mia&#322;em zezwolenie powiedzia&#322;em.

Nie w&#261;tpi&#281; odpar&#322; zimnym g&#322;osem. Nasz surowy admira&#322; ma dla ciebie wiele wzgl&#281;d&#243;w.

Ten drobiazg, spotkanie z Leonidem, porz&#261;dnie zwarzy&#322; mi humor. Dla pasa&#380;er&#243;w urz&#261;dzono sal&#281; obserwacyjn&#261;, wi&#281;ksz&#261; od ster&#243;wki, ale wed&#322;ug tego samego planu: niewa&#380;ko&#347;&#263;, pole si&#322;owe, obrotowe fotele, lornety mno&#380;nika. Stamt&#261;d wprawdzie nie mo&#380;na kierowa&#263; urz&#261;dzeniami statku, ale i w ster&#243;wce nie dowodzi&#322;em, tylko obserwowa&#322;em.

B&#281;d&#281; korzysta&#322; z sali obserwacyjnej postanowi&#322;em.



22

Or&#281; zobaczyli&#347;my w czterdziestym &#243;smym dniu podr&#243;&#380;y. Stawna sztuczna planeta pojawi&#322;a si&#281; w lornecie mno&#380;nika jako drobniutka plamka. Mija&#322; dzie&#324; za dniem, a plamka nie zwi&#281;ksza&#322;a si&#281;. Tak b&#281;dzie do ko&#324;ca lotu. Ora nagle uro&#347;nie do wielkich rozmiar&#243;w, zmieni si&#281; z male&#324;kiej drobinki zawieszonej w przestrzeni w ogromne cia&#322;o niebieskie. Za to Aldebaran zajmowa&#322; w polu widzenia lornety niemal p&#243;&#322; nieba. Z bliska nie jest tak pi&#281;kny jak z oddali, ot, zwyczajne s&#322;o&#324;ce, nic nadzwyczajnego. Pozostawiamy go z boku, gdy&#380; Ora le&#380;y o jakie&#347; trzy parseki w prawo.

Jedynym wyczuwalnym dowodem przebycia ogromnej drogi jest zmiana rysunku gwiazdozbior&#243;w. Gwiezdny &#347;wiat staje si&#281; nieznany i ta jego obco&#347;&#263; ci&#261;gle si&#281; pog&#322;&#281;bia. Najpierw przeobrazi&#322; si&#281; Orion, wyzby&#322; si&#281; swego l&#347;ni&#261;cego otoczenia: Capelli, Syriusza, Polluksa, a nast&#281;pnie sam gwiazdozbi&#243;r skurczy&#322; si&#281; i przesun&#261;&#322;. Wielka Nied&#378;wiedzica nie zmieni&#322;a si&#281; wyra&#378;nie, pojawi&#322;y si&#281; natomiast b&#322;&#261;dz&#261;ce gwiazdy, szybko niczym planety przemieszczaj&#261;ce si&#281; po niebosk&#322;onie. Nagle ruszy&#322; z miejsca Syriusz, kt&#243;ry pocz&#261;tkowo lecia&#322; po naszej lewej stronie, a potem zawr&#243;ci&#322; i zacz&#261;&#322; si&#281; zmniejsza&#263;. Po dalszym miesi&#261;cu podr&#243;&#380;y dziwili&#347;my si&#281;: czy&#380;by ta skromna gwiazdka, pi&#281;kna wprawdzie, bo urody i teraz nie straci&#322;a, mia&#322;a by&#263; najcudowniejsz&#261; z gwiazd ziemskiego nieba? Nareszcie za Syriuszem poruszy&#322;a si&#281; uroczy&#347;cie zimna Wega, kt&#243;ra opu&#347;ci&#322;a gwiazdozbi&#243;r Lutni i pod&#261;&#380;y&#322;a ku W&#281;&#380;owi i Skorpionowi. P&#243;&#378;niej wszystko zacz&#281;&#322;o si&#281; gwa&#322;townie tasowa&#263;: jedne gwiazdy blak&#322;y, drugie rozjarza&#322;y si&#281; i jedynie Droga Mleczna, gigantyczna rzeka &#347;wiat&#243;w, w og&#243;le si&#281; nie zmienia&#322;a.

Po pewnym czasie w przestrzeni otaczaj&#261;cej Or&#281; pojawi&#322;y si&#281; &#347;lady &#380;ycia. Zbli&#380;ali&#347;my si&#281; do w&#281;z&#322;owej stacji kosmicznej zbudowanej na skrzy&#380;owaniu tras galaktycznych. Olga wy&#322;&#261;czy&#322;a anihilatory Taniewa i od tej chwili zn&#243;w przeszli&#347;my na nap&#281;d fotonowy. Pozosta&#322;e statki eskadry wynurzy&#322;y si&#281; z obszaru nad&#347;wietlnego i sta&#322;y si&#281; widoczne w lornecie. O jakie&#347; trzy miliony kilometr&#243;w od nas przemkn&#261;&#322; pasa&#380;erski statek kosmiczny u&#380;ywany do przewoz&#243;w mi&#281;dzy planetami. Pasa&#380;er widocznie bardzo si&#281; spieszy&#322;, bo nie odpowiedzia&#322; na nasze sygna&#322;y.

A p&#243;&#378;niej Ora zacz&#281;&#322;a rosn&#261;&#263; i dow&#243;dztwo nad nami przej&#281;&#322;a dyspozytorka portu mi&#281;dzygwiezdnego. S&#261;dz&#261;c po g&#322;osie by&#322;a to surowa i energiczna dziewczyna. Dyspozytorka poleci&#322;a nam zmieni&#263; szyk: jako pierwsze mia&#322;y l&#261;dowa&#263; na Orze ma&#322;e statki, Po&#380;eracz Przestrzeni za&#347; szed&#322; w ariergardzie. Statki uchwycone polem si&#322;owym planety kolejno w&#281;drowa&#322;y na wyznaczone miejsca. Nigdzie l&#261;dowanie nie jest tak skomplikowane jak na Orze, gdy&#380; tu statki l&#261;duj&#261; na powierzchni planety, w innych za&#347; wypadkach cumuj&#261; do sztucznych satelit&#243;w i same staj&#261; si&#281; sztucznymi satelitami planety, na kt&#243;r&#261; przylecia&#322;y.

W ko&#324;cu pozostali&#347;my tylko my i pole si&#322;owe zacisn&#281;&#322;o nas niczym w kleszczach, a potem nieodparcie poci&#261;gn&#281;&#322;o ku powierzchni sztucznego cia&#322;a niebieskiego.

Ogromne l&#261;dowisko przeznaczone dla wielkich gwiazdolot&#243;w przypomina&#322;o g&#243;rzyst&#261; krain&#281;: doko&#322;a wznosi&#322;y si&#281; zakotwiczone statki, kt&#243;re l&#261;dowa&#322;y przed nami. Po&#380;eracz Przestrzeni ko&#322;ysa&#322; si&#281; w polu si&#322;owym zbli&#380;aj&#261;c si&#281; wolno do wyznaczonego miejsca postoju. Wymin&#281;li&#347;my sztuczne s&#322;o&#324;ce, kt&#243;re przygaszono, aby nas zbyt silnie nie napromieniowa&#322;o. Przed nami, jak okiem si&#281;gn&#261;&#263;, rozpo&#347;ciera&#322;a si&#281; powierzchnia sztucznej planety, najwspanialszego z cud&#243;w dokonanych przez r&#281;ce i umys&#322; cz&#322;owieka!

Statek znieruchomia&#322; osadzony pewnie w polu hamuj&#261;cym i ku jego wrotom zbli&#380;a&#322; si&#281; p&#243;&#322;przezroczysty trap utkany z linii pola si&#322;owego. Nie czeka&#322;em, a&#380; zostan&#281; wyssany na zewn&#261;trz niczym pi&#243;rko i z wrzaskiem potoczy&#322;em si&#281; po liniach si&#322;owych. Z g&#243;ry spad&#322; na mnie &#347;miej&#261;cy si&#281; w g&#322;os Andre, a na niego Wiera i Pawe&#322;. Nasza zabawa nie spodoba&#322;a si&#281; dyspozytorce portu, gdy&#380; niewidzialne r&#281;ce bezpardonowo rzuci&#322;y nami w r&#243;&#380;ne strony, przez kilka sekund potrzyma&#322;y w powietrzu, a potem delikatnie opu&#347;ci&#322;y na l&#261;d.

Zupe&#322;nie jak ma&#322;a dziewczynka! Zachowuj&#281; si&#281; jak ma&#322;a dziewczynka! m&#243;wi&#322;a Wiera. Co ty z nami wyprawiasz, Eli!

A tu najwyra&#378;niej nie lubi&#261; &#380;art&#243;w! zauwa&#380;y&#322; Romero, kt&#243;ry oczywi&#347;cie jako pierwszy spowa&#380;nia&#322;. Powitano nas niezbyt uprzejmie.

Byli&#347;my na Orze!



23

Zanim opowiem o w zdarzeniach na Orze, musz&#281; opisa&#263; j&#261; sam&#261;. Nie ma tematu r&#243;wnie pasjonuj&#261;cego. B&#281;d&#261;c dzie&#263;mi marzyli&#347;my o niej, gdy doro&#347;li&#347;my, starali&#347;my si&#281; na ni&#261; dosta&#263;. Obecnie, w naszym 563 roku, potrafimy wznie&#347;&#263; budowl&#281; znacznie wspanialsz&#261; ni&#380; Ora, ale czego&#347; r&#243;wnie bliskiego ka&#380;demu cz&#322;owiekowi ju&#380; chyba nigdy nie b&#281;dzie.

Wymy&#347;lili j&#261; nasi pradziadowie, zbudowali ojcowie. To by&#322;o pierwsze wielkie cia&#322;o niebieskie uprzednio dok&#322;adnie obliczone i zaprojektowane. Ora najpierw by&#322;a ide&#261;, rysunkiem, potem sta&#322;a si&#281; rzeczywisto&#347;ci&#261;. Ludzko&#347;&#263; sto cztery lata &#380;y&#322;a my&#347;lami o Orze, pracowa&#322;a dla niej, &#347;piewa&#322;a o niej i marzy&#322;a, a prawie po&#322;ow&#281; tego stulecia zaj&#281;&#322;a nie budowa planety, lecz projektowanie jej. Planet kulistych lub nieregularnych nie brakuje w kosmosie. Tylko niekt&#243;re z nich nadaj&#261; si&#281; do zamieszkania i na ka&#380;dej rozwija si&#281; jedynie ta szczeg&#243;lna forma &#380;ycia, kt&#243;rej sprzyjaj&#261; miejscowe warunki. Ora by&#322;a od pocz&#261;tku pomy&#347;lana jako najwi&#281;kszy hotel galaktyczny, jako miejsce przydatne dla wszystkich form &#380;ycia. &#379;adna planeta naturalna, bez wzgl&#281;du na jej wyposa&#380;enie, nie nadawa&#322;a si&#281; do tego celu. Ora nie jest planet&#261; pokryt&#261; mechanizmami, lecz mechanizmem wyros&#322;ym do wielko&#347;ci planety. I Umieszczono j&#261; w takiej odleg&#322;o&#347;ci od Ziemi, aby by&#322;a mo&#380;liwie blisko naszych gwiezdnych s&#261;siad&#243;w, w samym centrum naszego rejonu gwiezdnego.

Jest to r&#243;wnie&#380; pierwsze w historii ludzko&#347;ci cia&#322;o niebieskie stworzone z pustki, z niczego wed&#322;ug terminologii staro&#380;ytnych. Flotylle Gwiezdnych P&#322;ug&#243;w ca&#322;ymi latami przeorywa&#322;y i zag&#281;szcza&#322;y przestrze&#324; w tym zak&#261;tku Wszech&#347;wiata, a&#380; py&#322; kosmiczny utworzy&#322; mi&#281;dzy Bykiem a Hiadami now&#261; mg&#322;awic&#281;. P&#243;&#378;niej py&#322; skupiono, przetworzono na minera&#322;y, metal, gazy i wod&#281;, zasysano do fabryk umieszczonych na statkach, sk&#261;d wychodzi&#322; w postaci gotowych materia&#322;&#243;w na budow&#281; r&#243;wnin, wzg&#243;rz, dom&#243;w.

Niezwyk&#322;y jest r&#243;wnie&#380; kszta&#322;t Ory. Konstruktorzy zrezygnowali z formy kulistej, kt&#243;ra ma wiele wad: praktycznie rzecz bior&#261;c wykorzystuje si&#281; tylko powierzchni&#281; kuli. Ora jest p&#322;aszczyzn&#261;. Pocz&#261;tkowo w trakcie budowy by&#322;a kul&#261;, kt&#243;r&#261; nast&#281;pnie rozwini&#281;to i niczym gigantyczny dywan roz&#347;cielono w kosmosie. Obecnie Ora przypomina ogromny talerz. Warstwa gruntu ma kilka metr&#243;w grubo&#347;ci, a pod ni&#261; znajduj&#261; si&#281; dziesi&#261;tki pi&#281;ter urz&#261;dze&#324; i maszyn wytwarzaj&#261;cych na poszczeg&#243;lnych obszarach &#380;&#261;dane warunki &#380;ycia. Mo&#380;na te&#380; okre&#347;li&#263; to inaczej: Ora jest skrzynk&#261; wype&#322;nion&#261; mechanizmami i przykryt&#261; wieczkiem, a wieczkiem tym jest mieszkalna powierzchnia planety.

Jedyne w swoim rodzaju jest s&#322;o&#324;ce Ory, zawieszone nieruchomo nad &#347;rodkiem planety, gdzie stoi zawsze w zenicie, a w innych okolicach jest widziane pod sta&#322;ym k&#261;tem. Ze s&#322;o&#324;c obrotowych, podobnych do uruchomionych na Plutonie, zrezygnowano w&#322;a&#347;nie dlatego, &#380;e Ora jest p&#322;aszczyzn&#261;, a nie kul&#261;. Nie przeszkodzi&#322;o to jednak w urz&#261;dzeniu prawid&#322;owego nast&#281;pstwa dnia i nocy, &#347;wit&#243;w i zmierzch&#243;w. Osi&#261;gni&#281;to to przez regulacj&#281; jego nat&#281;&#380;enia i temperatury oraz barwy &#347;wiat&#322;a: w nocy, wkr&#243;tce po zmierzchu, s&#322;o&#324;ce zn&#243;w zapala si&#281;, ale ju&#380; zimnym, ksi&#281;&#380;ycowym blaskiem, przy czym promieniuj&#261; jedynie fragmenty jego tarczy zgodnie z kolejnymi kwadrami. Pe&#322;ny cykl aktywno&#347;ci s&#322;o&#324;ca wynosi dwadzie&#347;cia cztery godziny, aby ludzie nie musieli rezygnowa&#263; z przyzwyczaje&#324; wyniesionych z dzieci&#324;stwa.

I wreszcie powietrze! Nigdzie nie ma takiego powietrza jak na Orze. Atmosfer&#281; tworzono na wz&#243;r ziemskiej, ale na staruszce Ziemi nigdy nie oddycha&#322;em tak lekko, &#322;atwo i rado&#347;nie. Oddychanie na Orze to nie konieczno&#347;&#263;, lecz rozkosz. M&#243;g&#322;bym przysi&#261;c, &#380;e zawiera opr&#243;cz odurzaj&#261;cych zapach&#243;w r&#243;wnie&#380; od&#380;ywcze kalorie. W staro&#380;ytno&#347;ci &#380;artowano: Od&#380;ywia si&#281; samym powietrzem. Kiedy&#347; spr&#243;buj&#281; &#380;ywi&#263; si&#281; samym tutejszym powietrzem.

Taka jest Ora.



24

Nast&#281;pnego dnia Wiera powiedzia&#322;a:

Zaczynamy prac&#281;. Oczywi&#347;cie znasz swoje obowi&#261;zki?

Oczywi&#347;cie ich nie zna&#322;em. Wiera wyt&#322;umaczy&#322;a, czego ode mnie oczekuje. Sekretarzowanie okaza&#322;o si&#281; nietrudne. Na pocz&#261;tek mia&#322;em chodzi&#263; wsz&#281;dzie z Wier&#261; i pomaga&#263; jej. Chodz&#281; dobrze, a co si&#281; tyczy pomocy, to dotychczas ona pomaga&#322;a mnie, nie za&#347; na odwr&#243;t. S&#261;dz&#281; zreszt&#261;, &#380;e tak b&#281;dzie nadal.

Zaczniemy od zapoznania si&#281; z mieszka&#324;cami gwiazd powiedzia&#322;a Wiera. Teraz p&#243;jdziemy na narad&#281; do Spychalskiego, kt&#243;ry zamelduje, jak wykona&#322; polecenie Wielkiej Rady.

Spychalski przyj&#261;&#322; nas w gmachu Zarz&#261;du Ory, gdzie by&#322;o ju&#380; pe&#322;no pracownik&#243;w planety. Niestety nic pocieszaj&#261;cego nie m&#243;g&#322; nam zakomunikowa&#263;. Po otrzymaniu polecenia z Ziemi Spychalski rozes&#322;a&#322; specjalne wyprawy we wszystkie okolice kosmosu. Ale na gwiazdach zewn&#281;trznych o Galaktach nie s&#322;yszano, w Hiadach za&#347; ekspedycje nic nowego nie wykry&#322;y.

Na Or&#281; przywieziono z dziewi&#261;tej planety uk&#322;adu P&#322;omienistej B pewnego czteroskrzyd&#322;ego osobnika, kt&#243;rego nawiedzaj&#261; wyra&#378;ne sny o Galaktach powiedzia&#322; Spychalski. B&#281;dziecie mogli z nim porozmawia&#263;. Anio&#322; zacz&#261;&#322; si&#281; awanturowa&#263; i zosta&#322; oddzielony od wsp&#243;&#322;braci. Do ludzi odnosi si&#281; z szacunkiem, ale swoich nie znosi. A propos, odkryli&#347;my na Hiadach ciekawe zjawisko astrofizyczne: Hiady oddalaj&#261; si&#281; od innych gwiazd.

Olga wszystkie wiadomo&#347;ci przyjmuje z niezm&#261;conym spokojem, ale ta j&#261; poruszy&#322;a wyra&#378;nie.

Jaki&#380; to nowy fakt, Marcinie Julianowiczu? Przecie&#380; ju&#380; nasi przodkowie wiedzieli, &#380;e Hiady oddalaj&#261; si&#281; od S&#322;o&#324;ca!

Od S&#322;o&#324;ca tak zaoponowa&#322; Spychalski. Oddalaj&#261; si&#281; od S&#322;o&#324;ca i zbli&#380;aj&#261; si&#281; do innych gwiazd, tak przynajmniej uwa&#380;ali&#347;my do tej pory. A nowe odkrycie sprowadza si&#281; do tego, &#380;e Hiady oddalaj&#261; si&#281; od otaczaj&#261;cych je gwiazd, odleg&#322;o&#347;&#263; ro&#347;nie wzd&#322;u&#380; wszystkich osi wsp&#243;&#322;rz&#281;dnych.

Chce pan powiedzie&#263;, &#380;e Hiady generuj&#261; wok&#243;&#322; siebie now&#261; przestrze&#324;?

Tak, w&#322;a&#347;nie to. Przypuszczalnie pewna cz&#281;&#347;&#263; masy w Hiadach ulega anihilacji. Przyczyny i mechanizm tego zjawiska nie s&#261; na razie ustalone.


Spojrza&#322;em na Andre i spostrzeg&#322;em, &#380;e jest podniecony, bo z zapa&#322;em t&#322;umaczy&#322; co&#347; Lusinowi, kt&#243;ry z pow&#261;tpiewaniem kr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;. Nie w&#261;tpi&#322;em, &#380;e Andre ju&#380; stworzy&#322; teori&#281; ca&#322;kowicie t&#322;umacz&#261;c&#261; powody, dla kt&#243;rych Hiady wypadaj&#261; z otaczaj&#261;cego je &#347;wiata.

W konkluzji Spychalski zaproponowa&#322; nowo przyby&#322;ym, aby sami spr&#243;bowali szcz&#281;&#347;cia w wyprawach poszukiwawczych. Co za&#347; si&#281; tyczy poprzednich zada&#324;, to wszystkie zosta&#322;y wykonane. Na Or&#281; zaproszono przedstawicieli gwiezdnych lud&#243;w zamieszkuj&#261;cych uk&#322;ady otaczaj&#261;cych S&#322;o&#324;ce gwiazd. Niebian zakwaterowano w hotelach zapewniaj&#261;cych warunki, do kt&#243;rych przywykli.

Za godzin&#281; odwiedzimy Niebian zwr&#243;ci&#322;a si&#281; do mnie Wiera. Przygotuj deszyfrator.

Podszed&#322;em do Andre.

Nawet z daleka wida&#263;, &#380;e zn&#243;w wymy&#347;li&#322;e&#347; co&#347; osza&#322;amiaj&#261;cego powiedzia&#322;em. No, nie kr&#281;puj si&#281;, m&#243;w!

Pewnie, &#380;e osza&#322;amiaj&#261;ce! wykrzykn&#261;&#322; Andre zapalczywie. Tw&#243;j u&#347;mieszek mnie nie speszy Pami&#281;taj, &#380;e tylko g&#322;upcy wy&#347;miewaj&#261; si&#281; z tego, o czym nie maj&#261; najmniejszego poj&#281;cia!

Postara&#322;em si&#281; przybra&#263; powa&#380;ny wyraz twarzy.

Ca&#322;y zamieniam si&#281; w s&#322;uch, mo&#380;e mi si&#281; uda co&#347; zrozumie&#263;.

Andre z&#322;agodnia&#322; i z zapa&#322;em wy&#322;o&#380;y&#322; mi swoj&#261; hipotez&#281;. Musz&#281; przyzna&#263;, &#380;e i mnie ona wci&#261;gn&#281;&#322;a, je&#347;li nie swym prawdopodobie&#324;stwem, to malowniczo&#347;ci&#261;. Andre uwa&#380;a&#322;, i&#380; oddalanie si&#281; Hiad od wszystkich cia&#322; niebieskich jest skutkiem szalej&#261;cego niegdy&#347; w tym roju gwiezdnym starcia Z&#322;ywrog&#243;w z Galaktami. Jedna z walcz&#261;cych stron unicestwia&#322;a przestrze&#324;, zderzaj&#261;c ze sob&#261; i spopielaj&#261;c planety, druga natomiast niszczy&#322;a mas&#281;, aby nie pozwoli&#263; planetom wpada&#263; na siebie. Kr&#243;tko m&#243;wi&#261;c uruchomiono jednocze&#347;nie obie reakcje Taniewa, zwyk&#322;&#261; i odwrotn&#261;. Zwyk&#322;a dawno ju&#380; si&#281; zako&#324;czy&#322;a, odwrotna natomiast zamiana substancji w przestrze&#324; trwa nadal i w rezultacie Hiady z wolna pogr&#261;&#380;aj&#261; si&#281; w wytworzonej niegdy&#347; kosmicznej jamie.

Ta jama pog&#322;&#281;bia si&#281; do dzi&#347;! zako&#324;czy&#322; Andre energicznym g&#322;osem. Przestrze&#324; powstaje obecnie z py&#322;u, kt&#243;ry pozosta&#322; po eksplozji planet. Twierdz&#281;, &#380;e nie jest to zwyk&#322;y py&#322;, lecz substancja anihilizuj&#261;ca. Trzeba poprosi&#263; Wielk&#261; Rad&#281; o skierowanie do Hiad ekspedycji, kt&#243;ra sprawdzi&#322;aby moj&#261; hipotez&#281;!

W porz&#261;dku, pro&#347;! zezwoli&#322;em mu. A ja poprosz&#281; ci&#281; o deszyfrator. P&#243;jdziesz do Niebian?

B&#281;d&#281;, zdobywa&#322; wiadomo&#347;ci o Galaktach, spotkania dyplomatyczne nie interesuj&#261; mnie. Chc&#281; odwiedzi&#263; tego skrzydlatego awanturnika. Deszyfrator jest w moim pokoju, we&#378; sobie.

W pokoju Andre spojrza&#322;em z pow&#261;tpiewaniem na pot&#281;&#380;n&#261; waliz&#281;, ostatni wariant tego DP-2, kt&#243;ry takiego figla sp&#322;ata&#322; Allanowi na Ma&#322;ym Psie.

Teraz nazywa si&#281; Ma&#322;y Uniwersalny, a nie przeno&#347;ny, w skr&#243;cie DUM powiedzia&#322; Andre rozumiesz?

Tu nie chodzi przecie&#380; o nazw&#281;.

Nazwa oddaje istot&#281; urz&#261;dzenia. Ka&#380;dy dure&#324; spojrzawszy na tablic&#281; rozdzielcz&#261; potrafi porozumie&#263; si&#281; z dowolnym rozumnym Niebianinem. Zabieraj to i zmykaj!

Wyrazi&#322;em &#380;yczenie, aby k&#322;&#243;tliwy Anio&#322; wytarga&#322; Andre za k&#281;dziory, Andre natomiast za&#347;miewa&#322; si&#281; patrz&#261;c, jak uginam si&#281; pod ci&#281;&#380;arem deszyfratora. Wezwa&#322;em wi&#281;c awiow&#243;zek i oddali&#322;em si&#281; bez po&#347;piechu. W&#243;zek z aparatem p&#322;yn&#261;&#322; za mn&#261; na wysoko&#347;ci ramienia, holowany moim indywidualnym polem. Na Orze wszyscy otrzymuj&#261; takie pola.

Wiera wraz z Romerem ju&#380; mnie oczekiwali w pokoju hotelowym. Na ulicy spotkali&#347;my Spychalskiego, kt&#243;ry wezwa&#322; autobus i zapyta&#322;, kogo najpierw zamierzamy odwiedzi&#263;.

Tego, kto jest najbardziej interesuj&#261;cy odpar&#322;em.

Spychalski u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; krzywo, tak &#380;e jeden w&#261;s pow&#281;drowa&#322; mu w g&#243;r&#281;, a drugi opu&#347;ci&#322; si&#281;.

Dla mnie wszyscy s&#261; ciekawi, m&#322;odzie&#324;cze. A co pana bardziej interesuje, rozum czy pi&#281;kno? Rozumniejsi od nas nie s&#261;, a co do pi&#281;kna zreszt&#261; sam pan zobaczy.

W autobusie Spychalski powiedzia&#322;:

A wi&#281;c, szanowni Ziemianie, najbli&#380;szym hotelem b&#281;dzie Gwiazdozbi&#243;r Byka i Wo&#378;nicy. &#379;ycie osi&#261;gn&#281;&#322;o stosunkowo wysoki poziom jedynie w uk&#322;adach Aldebarana i Capelli. Planety s&#261; tam wielkie, ci&#261;&#380;enie wi&#281;ksze od ziemskiego. S&#261;dz&#281;, &#380;e b&#281;dziecie zaskoczeni wygl&#261;dem mieszka&#324;c&#243;w tego zak&#261;tka Wszech&#347;wiata. S&#261; ju&#380; uprzedzeni o waszej wizycie i oczekuj&#261; jej z niecierpliwo&#347;ci&#261;.

Wiera nic nie odpowiedzia&#322;a, Romero u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;, ja si&#281; roze&#347;mia&#322;em. Mieszka&#324;c&#243;w Aldebarana i Capelli widzieli&#347;my na Ziemi w setkach transmisji. By&#322;y to istoty rozp&#322;aszczone przez grawitacj&#281;, podobne do ogromnych rudawych kropli. Podobie&#324;stwo tym wi&#281;ksze, &#380;e porusza&#322;y si&#281; przelewaj&#261;c ca&#322;e cia&#322;o. A przy tym by&#322;y to istoty rozumne, umiej&#261;ce odpowiada&#263; na pytania, lecz dopiero po jakim&#347; czasie, bo procesy &#380;yciowe maj&#261; zwolnione. J&#281;zyk maj&#261; prosty, wyra&#380;any barwami le&#380;&#261;cymi niemal ca&#322;kowicie w zakresie promieniowania widzialnego. Mow&#281; ich rozszyfrowano jako jedn&#261; z pierwszych. Nie s&#261;dz&#281;, aby znali uczucie tak ludzkie jak niecierpliwo&#347;&#263;.

W hotelu, niskim budynku przypominaj&#261;cym skorup&#281; &#380;&#243;&#322;wia, ka&#380;de z nas otrzyma&#322;o ruchomy fotel z grawitatorem. W tym gmachu cz&#322;owiek m&#243;g&#322; czu&#263; si&#281; normalnie jedynie siedz&#261;c w fotelu. Gdyby wypad&#322; z niego, zosta&#322;by momentalnie zmia&#380;d&#380;ony przez potworn&#261; grawitacj&#281;. Ale wypa&#347;&#263; z fotela mo&#380;na by jedynie w wypadku powszechnej katastrofy na Orze, albowiem pole si&#322;owe nie pozwala zej&#347;&#263; z miejsca, cho&#263; mo&#380;na swobodnie porusza&#263; r&#281;koma, g&#322;ow&#261; i tu&#322;owiem. Usiad&#322;em i dla sprawdzenia szarpn&#261;&#322;em si&#281; w bok, ale odrzuci&#322;o mnie z powrotem.

Wewn&#261;trz budynku rozpo&#347;ciera&#322;a si&#281; kamienista r&#243;wnina, usiana w&#281;&#378;lastymi ro&#347;linami podobnymi do r&#261;k przytulonych do ziemi; tak wygl&#261;da&#322;o pomieszczenie Aldebara&#324;czyk&#243;w. Wkr&#243;tce ujrzeli&#347;my ich samych: trzy rude cielska niespiesznie przelewaj&#261;ce si&#281; ze wzg&#243;rka w dolink&#281;. Jeden z Aldebara&#324;czyk&#243;w pope&#322;zn&#261;&#322; w naszym kierunku. To by&#322; pierwszy Niebianin, kt&#243;rego zobaczy&#322;em w naturze, a nie w stereoskopie. Przy ruchu przybiera&#322; kszta&#322;t przypominaj&#261;cy nied&#378;wiedzie cielsko, r&#243;wnie&#380; mas&#281; mia&#322; r&#243;wn&#261; nied&#378;wiedziej. Mi&#281;kkie, prawie pozbawione ko&#347;ci cia&#322;o opina&#322;a mocna sk&#243;ra. Szczeg&#243;lnie godne uwagi s&#261; oczy Aldebara&#324;czyk&#243;w: szeroka, bia&#322;a wst&#281;ga oczu opasuj&#261;ca cia&#322;o niemal w po&#322;owie jego wysoko&#347;ci. G&#243;rna cz&#281;&#347;&#263; tu&#322;owia nad oczami by&#322;a organem ich j&#281;zyka barw. Kszta&#322;tem swym przypomina&#322;a czapk&#281;. Bez tylu oczu Aldebara&#324;czycy nie mogliby rozmawia&#263;, gdy&#380; mowa ich jest ma&#322;o wyrazista.

Podczas gdy Aldebara&#324;czyk zbli&#380;a&#322; si&#281;, wprowadzi&#322;em do deszyfratora program: Rejon Byka i Wo&#378;nicy, j&#281;zyk barw i unios&#322;em urz&#261;dzenie nadawczo-odbiorcze kul&#281; z r&#281;koje&#347;ci&#261;. Aldebara&#324;czyk natychmiast skierowa&#322; na kul&#281; t&#281; po&#322;ow&#281; swojej wst&#281;gi ocznej, kt&#243;ra znajdowa&#322;a si&#281; z naszej strony. Powitali&#347;my go&#347;cia na Orze, on podzi&#281;kowa&#322; nam za mi&#322;e przyj&#281;cie, a nast&#281;pnie rozpocz&#281;&#322;y si&#281; rzeczowe pertraktacje.

Jak si&#281; pan tu czuje? zapyta&#322;a Wiera.

Kula nadajnika zabarwi&#322;a si&#281; kolejno na malinowo, b&#322;&#281;kitnie i &#380;&#243;&#322;to. W odpowiedzi za&#347;wieci&#322;a si&#281; czapka Aldebara&#324;czyka, ale barwy by&#322;y bledsze ni&#380; na kuli i nie domy&#347;li&#322;bym si&#281;, &#380;e jest to mowa, gdybym nie wiedzia&#322; o tym wcze&#347;niej. W kuli zabrzmia&#322; g&#322;uchy, maszynowy g&#322;os. Informacje otrzymane od Niebian zamienia&#322;y si&#281; w ludzkie s&#322;owa z szybko&#347;ci&#261; tak&#261;, &#380;e nie zauwa&#380;yli&#347;my najmniejszego op&#243;&#378;nienia.

Dzi&#281;kuj&#281; powiedzia&#322; Aldebara&#324;czyk. To bardzo mi&#322;e, &#380;e grawitacja w czasie snu zwi&#281;ksza si&#281;. Jeszcze nigdy tak &#347;wietnie nie spa&#322;em.

Czy podobaj&#261; si&#281; wam ludzie? Nie &#380;a&#322;ujecie, i&#380; do nas przyjechali&#347;cie?

W&#347;r&#243;d ludzi czujemy si&#281; dobrze.

A czy wiecie co&#347; na temat istot podobnych do was? Nie wiem, jak si&#281; nazywasz, przyjacielu?

Nazywam si&#281; Wlan odpar&#322; Aldebara&#324;czyk. O istotach podobnych do nas niczego nie wiem. Trzeba o to zapyta&#263; m&#322;odszego staruszka, najlepiej dziecko. W naszej delegacji nie ma m&#322;odych staruszk&#243;w.

Wkr&#243;tce przype&#322;zli inni Aldebara&#324;czycy i rozmowa sta&#322;a si&#281; og&#243;lna. Je&#347;li nawet oczekiwali nas z niecierpliwo&#347;ci&#261;, to nie dawali tego po sobie pozna&#263;: mieszka&#324;cy Aldebarana cz&#281;&#347;ciej odpowiadali na nasze pytania, ni&#380; sami pytali. Zreszt&#261; ju&#380; wcze&#347;niej wiedzieli&#347;my, &#380;e te istoty nie odznaczaj&#261; si&#281; ciekawo&#347;ci&#261;.

Jaka&#347; abrakadabra powiedzia&#322; Romero, gdy&#347;my si&#281; z nimi po&#380;egnali. Dzieci-staruszkowie, grawitacja wzrasta w czasie snu

Spychalski ironicznie wykrzywi&#322; twarz w swoim dziwnym u&#347;miechu, do kt&#243;rego ci&#261;gle nie mog&#322;em przywykn&#261;&#263;.

Czy pa&#324;skim zdaniem jedynie ludzkie obyczaje maj&#261; jaki&#347; sens? Ich informacje s&#261; w pe&#322;ni logiczne.

Spychalski opowiedzia&#322; nast&#281;pnie, &#380;e dla Aldebara&#324;czyk&#243;w najwa&#380;niejszym problemem &#380;yciowym nie jest zdobywanie pokarmu, jak si&#281; to dzieje u wi&#281;kszo&#347;ci Niebian, &#322;&#261;cznie z lud&#378;mi, lecz sen. Pomy&#347;lno&#347;&#263; spo&#322;ecze&#324;stwa zale&#380;y od mo&#380;liwo&#347;ci zorganizowania odpoczynku. Przy normalnej w ich warunkach grawitacji Aldebara&#324;czycy pracuj&#261;, lecz nie mog&#261; zasn&#261;&#263;. Zasypiaj&#261; jedynie w silniejszym polu grawitacyjnym, udaj&#261; si&#281; wi&#281;c na wypoczynek do g&#322;&#281;bokich jaski&#324;. R&#243;&#380;nica ci&#281;&#380;ko&#347;ci pomi&#281;dzy powierzchni&#261; gruntu i dnem groty jest wprawdzie niewielka, ale wystarczaj&#261;ca. Poniewa&#380; Aldebara&#324;czycy nie mogliby o w&#322;asnych si&#322;ach wydosta&#263; si&#281; z dna groty, wobec tego inne osobniki wsp&#243;lnymi si&#322;ami wyci&#261;gaj&#261; ich na pomostach zawieszonych na pasach, kt&#243;re nawini&#281;te s&#261; na ko&#322;owroty. Na Orze natomiast urz&#261;dzono specjalne altany do snu. Kiedy ktokolwiek wpe&#322;za tam, natychmiast wzrasta pole si&#322;owe i Aldebara&#324;czyk s&#322;odko zasypia uko&#322;ysany pot&#281;&#380;niej&#261;c&#261; grawitacj&#261;.

Pos&#322;uchajcie teraz, kim s&#261; ci m&#322;odzi staruszkowie powiedzia&#322; Spychalski z&#322;o&#347;liwie.

Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e Aldebara&#324;czycy nie pisz&#261; ksi&#261;&#380;ek i ca&#322;&#261; wiedz&#281; przekazuj&#261; ustnie. Niekt&#243;re osobniki od dzieci&#324;stwa specjalizuj&#261; si&#281; w zapami&#281;tywaniu. Ci uczeni Aldebara&#324;czycy zwolnieni s&#261; z wszelkiej innej pracy, a na staro&#347;&#263;, gdy do wiadomo&#347;ci zas&#322;yszanych dodadz&#261; w&#322;asne do&#347;wiadczenia, staj&#261; si&#281; prawdziwymi skarbnicami m&#261;dro&#347;ci. Pod koniec &#380;ycia przekazuj&#261; nagromadzon&#261; wiedz&#281; nowym stra&#380;nikom do&#347;wiadcze&#324;. Wszystkich wyuczonych (m&#322;odych i starych) Aldebara&#324;czycy z czu&#322;o&#347;ci&#261; nazywaj&#261; staruszkami. S&#322;owo staruszek, znaczy u nich tyle co m&#261;dry. Aldebara&#324;czyk radzi&#322; zwr&#243;ci&#263; si&#281; po informacje do m&#322;odych staruszk&#243;w dlatego, &#380;e od leciwych m&#281;drc&#243;w nie&#322;atwo si&#281; czegokolwiek dowiedzie&#263; na staro&#347;&#263; kostniej&#261; i niezwykle powoli uruchamiaj&#261; swoj&#261; bibliotek&#281; wspomnie&#324;. M&#322;odzi natomiast operuj&#261; wiedz&#261; znacznie swobodniej.

Wlan to bardzo dziwne imi&#281; powiedzia&#322;em. Czy co&#347; oznacza?

Takie po&#322;&#261;czenie d&#378;wi&#281;k&#243;w w rzeczywisto&#347;ci nie istnieje. Realnym imieniem Aldebara&#324;czyka jest kombinacja barw, kt&#243;re deszyfrator przet&#322;umaczy&#322; na posta&#263; dla nas zrozumia&#322;&#261;. Sam Wlan nie podejrzewa nawet, &#380;e jego imi&#281; tak dla nas brzmi.

Za pofa&#322;dowan&#261; r&#243;wnin&#261; Aldebara&#324;czyk&#243;w ukaza&#322;a si&#281; druga strefa hotelu, jezioro ze skalistymi brzegami. W nadbrze&#380;nych ska&#322;ach znajdowa&#322;y si&#281; pieczary, jedyne pomieszczenia mieszkalne na tej ponurej pustyni. W jaskiniach przebywali go&#347;cie z Capelli, r&#243;wnie masywni i niezgrabni jak Aldebara&#324;czycy, ale jeszcze mniej rozmowni. Poznali&#347;my jednego z nich i z wielkim trudem wyci&#261;gn&#281;li&#347;my od niego kilka s&#322;&#243;w. Capella&#324;czyk podejrzliwie wpatrywa&#322; si&#281; w nas wst&#281;g&#261; oczu i odnios&#322;em wra&#380;enie, i&#380; tylko uprzejmo&#347;&#263; obowi&#261;zuj&#261;ca go&#347;cia powstrzymywa&#322;a go od odwr&#243;cenia si&#281; ty&#322;em. Zreszt&#261; te istoty widz&#261; na wszystkie strony i niewykluczone, &#380;e od pocz&#261;tku by&#322; zwr&#243;cony do nas plecami. Kiedy jednak zdecydowa&#322; si&#281; m&#243;wi&#263;, okaza&#322;o si&#281;, &#380;e ma wyrazisty j&#281;zyk i jasne my&#347;li. Za&#347;wieci&#322; na ciemieniu kombinacj&#261; barw oznaczaj&#261;c&#261;, &#380;e mo&#380;na tu &#380;y&#263; i odpe&#322;z&#322; do pieczary.

Podjecha&#322;em do jeziora i nachyliwszy si&#281; dotkn&#261;&#322;em wody. Woda by&#322;a zwyczajna, mokra. Ogromna si&#322;a ci&#281;&#380;ko&#347;ci nie wp&#322;ywa&#322;a na w&#322;a&#347;ciwo&#347;ci wody. Natomiast jezioro jako ca&#322;o&#347;&#263; by&#322;o niezwyk&#322;e: bez fal, a nawet najdrobniejszych zmarszczek na powierzchni. Ryb w tym jeziorze te&#380; naturalnie nie by&#322;o.

Przy wyj&#347;ciu Romero powiedzia&#322;:

Nie wiem, jak dalece te istoty s&#261; rozumne, ale w ka&#380;dym razie nie maj&#261; za grosz cz&#322;owiecze&#324;stwa.

&#379;ycie spo&#322;eczne mieszka&#324;c&#243;w Aldebarana i Capelli przypomina zwyczaje prymitywnych plemion ludzkich zauwa&#380;y&#322;a Wiera. Jedyna r&#243;&#380;nica, i to na ich korzy&#347;&#263;, polega na tym, &#380;e nie walcz&#261; ze sob&#261;.

Co dla pana jest oznak&#261; cz&#322;owiecze&#324;stwa? zapyta&#322; Spychalski Romera. Szczup&#322;a talia i blada cera?

Lepsza jest blado&#347;&#263;, nawet p&#243;&#322;przezroczysto&#347;&#263;, od nieprzenikliwej masywno&#347;ci. Szczup&#322;a talia te&#380; mi bardziej odpowiada ni&#380; zwaliste cielsko. Wol&#281; r&#243;wnie&#380; dwoje niebieskich oczu od czterdziestu o&#347;miu bezbarwnych.

Spychalski z zadowoleniem pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;.

Teraz odwiedzimy wys&#322;annik&#243;w Altairu. Je&#347;li nie uzna ich pan za nadludzi, to nie wiem, jak panu dogodzi&#263;.



25

Po takim wst&#281;pie oczekiwa&#322;em z niecierpliwo&#347;ci&#261; na spotkanie z Altairczykami. Hotel Gwiazdozbi&#243;r Or&#322;a by&#322; niewielkim metalowym budynkiem bez okien, sprawiaj&#261;cym wra&#380;enie skrzyni ustawionej na ziemi. W przedsionku ubrali&#347;my si&#281; w przezroczyste i elastyczne skafandry.

Za hallem znajdowa&#322;a si&#281; wysoka, pusta sala. Jedyn&#261; jej ozdob&#261;, je&#347;li mo&#380;na to uzna&#263; za ozdob&#281;, by&#322; pas reflektor&#243;w otaczaj&#261;cy pomieszczenie tu&#380; poni&#380;ej stropu.

Spychalski patrzy&#322; na nas z ironicznie-triumfalnym u&#347;miechem.

Sk&#261;d ten brak uprzejmo&#347;ci, drodzy Ziemianie. Otaczaj&#261; was sympatyczni Altairczycy t&#281;skni&#261;cy do rozmowy z lud&#378;mi, a wy nabrali&#347;cie wody w usta! powiedzia&#322;.

Romero ze zdumieniem rozejrza&#322; si&#281; doko&#322;a, staraj&#261;c si&#281; cokolwiek dostrzec w otaczaj&#261;cej pustce i wreszcie powiedzia&#322;:

Poddaj&#281; si&#281;, niczego nie rozumiem.

Pas reflektor&#243;w rozjarzy&#322; si&#281; blado i momentalnie wok&#243;&#322; nas zap&#322;on&#281;&#322;y p&#243;&#322;przezroczyste sylwetki, zielone i fioletowe. To by&#322;y niew&#261;tpliwie &#380;ywe istoty, cho&#263; przypomina&#322;y koszmarne widziad&#322;a: ni to gigantyczne paj&#261;ki, ni to kule naje&#380;one sztywn&#261; szczecink&#261;. Zjawy odbija&#322;y si&#281; od pod&#322;ogi paj&#281;czymi n&#243;&#380;kami i grupowa&#322;y doko&#322;a, a&#380; wreszcie otacza&#322;a nas ca&#322;a chmura tych istot.

Paj&#261;kokszta&#322;tne z gwiazdozbioru Or&#322;a powiedzia&#322;a Wiera, uprzedzaj&#261;c z&#322;o&#347;liwe komentarze Spychalskiego. Aktywne &#380;yciowo jedynie w strumieniu twardego promieniowania.

Przestawi&#322;em deszyfrator na program Rejon Or&#322;a, promieniowanie przenikliwe. Romero nieco zmieszany, lecz nadal zadziorny, szepn&#261;&#322; mi na ucho:

Te istoty s&#261; chyba bardziej przejrzyste od naszych meduz, ale wdzi&#281;ku maj&#261; chyba mniej od nich.

Altairczycy kr&#261;&#380;yli wok&#243;&#322; Wiery zasypuj&#261;c j&#261; pytaniami i odpowiadaj&#261;c na jej pytania, a Spychalski opowiada&#322; mnie i Romerowi o ich &#380;yciu. Altair jest gwiazd&#261; klasy A z temperatur&#261; powierzchni oko&#322;o 9000 stopni. Jego widmo zawiera znacznie wi&#281;cej promieniowania twardego ni&#380; S&#322;o&#324;ce. Organizmy bia&#322;kowe na planetach uk&#322;adu Altairu zgin&#281;&#322;yby natychmiast pod wp&#322;ywem radiacji. I oto dokona&#322; si&#281; cud przystosowania: &#380;ycie na Altairze opar&#322;o si&#281; na tym, co nios&#322;o mu &#347;mier&#263;. Kom&#243;rki organizm&#243;w Altairczyk&#243;w zaczynaj&#261; funkcjonowa&#263; dopiero pod wp&#322;ywem twardego promieniowania wysy&#322;anego przez gwiazd&#281;. Ka&#380;da z otaczaj&#261;cych nas istot jest sama &#378;r&#243;d&#322;em promieniotw&#243;rczo&#347;ci. Zabawny jest spos&#243;b &#380;ycia tych niebezpiecznych dla nas, ale dobrodusznych z usposobienia widziade&#322;. Budz&#261; si&#281; i staj&#261; si&#281; widzialni po wschodzie Altairu, w po&#322;udnie ich aktywno&#347;&#263; &#380;yciowa osi&#261;ga maksimum, a pod wiecz&#243;r, kiedy strumie&#324; promieni rentgenowskich s&#322;abnie, staj&#261; si&#281; ospali i ogarnia ich &#347;pi&#261;czka, z kt&#243;rej mo&#380;e ich wyprowadzi&#263; jedynie dawka promieni gamma. Na Orze w okre&#347;lonych godzinach Altairczyk&#243;w napromieniowuje si&#281;, w pozosta&#322;ych za&#347; radiacji nie ma i paj&#261;kokszta&#322;tne zasypiaj&#261;. Zatroszczono si&#281; r&#243;wnie&#380; o zaj&#281;cie dla nich. Altairczycy s&#261; doskona&#322;ymi budowniczymi: wznosz&#261; domy, buduj&#261; kana&#322;y. Za hal&#261; mieszkaln&#261; rozpo&#347;ciera si&#281; placyk wype&#322;niony tworami ich r&#261;k. Altairczycy s&#261; zreszt&#261; r&#243;wnie&#380; &#347;wietnymi malarzami, ale maluj&#261; nie farbami, lecz substancjami promieniotw&#243;rczymi, gdy&#380; inaczej nie mogliby ogl&#261;da&#263; swoich dzie&#322;.

Powiedzia&#322; pan, &#380;e s&#261; dobroduszni powiedzia&#322; Romero. Ale te dobroduszne istoty prowadz&#261; wyniszczaj&#261;ce wojny.

To prawda, wojuj&#261;. Maj&#261; dwa pa&#324;stwa, Sojusz P&#243;&#322;nocny i Po&#322;udniowy.

Zacz&#261;&#322;em przys&#322;uchiwa&#263; si&#281; rozmowie Wiery z Altairczykami. Naszych go&#347;ci z gwiazdozbioru Or&#322;a interesowa&#322;o, czy rzeczywi&#347;cie ich hotel jest tworem sztucznym i czy nie mogliby zabra&#263; na Altair wspania&#322;ego p&#322;omienia przenikaj&#261;cego cz&#322;onki, jak nazywali promienniki gamma.

Wiera obieca&#322;a przys&#322;a&#263; im parti&#281; tych urz&#261;dze&#324;.

Romero powiedzia&#322; p&#243;&#322;g&#322;osem:

Nie, wcale si&#281; nie zachwycam tymi nitkowatymi rozb&#243;jnikami z Altairu ani hipopotamami z Aldebarana i Capelli. Ich s&#322;o&#324;ca te&#380; nie wzbudzaj&#261; sympatii.

Wstr&#281;t Romera do tych dziwnych gwiezdnych istot wyda&#322; mi si&#281; nieco udawany, ale i zachwytu Wiery r&#243;wnie&#380; nie pojmowa&#322;em. Siostra zar&#243;&#380;owi&#322;a si&#281;, oczy jej rado&#347;nie b&#322;yszcza&#322;y. Zwraca&#322;a si&#281; to do jednego, to do drugiego Altairczyka staraj&#261;c si&#281; natychmiast odpowiedzie&#263; ka&#380;demu. Min&#281;&#322;a co najmniej godzina, a lawina spadaj&#261;cych na ni&#261; pyta&#324; bynajmniej nie s&#322;ab&#322;a.

Do widzenia, przyjaciele! powiedzia&#322;a Wiera z &#380;alem w g&#322;osie i d&#322;ugo macha&#322;a im r&#281;k&#261;, gdy niczym chmura r&#243;&#380;nokolorowych zjaw wirowali nad jej g&#322;ow&#261;.

Chod&#378;my teraz do hotelu Gwiazdozbi&#243;r Lutni w odwiedziny do my&#347;l&#261;cych w&#281;&#380;y z uk&#322;adu planetarnego Wegi zaproponowa&#322; Spychalski.

W&#281;&#380;e s&#261; jedynymi istotami, kt&#243;rych nie znosz&#281;, spojrza&#322;em wi&#281;c z przera&#380;eniem na Spychalskiego. Jego krzywy u&#347;mieszek niczego dobrego nie wr&#243;&#380;y&#322;.

Kiedy ju&#380; byli&#347;my przy wyj&#347;ciu, zasz&#322;o wydarzenie &#347;wiadcz&#261;ce o dalekowzroczno&#347;ci konstruktor&#243;w Ory. Wok&#243;&#322; mnie uwija&#322; si&#281; jaskrawozielony Altairczyk. Pr&#243;bowa&#322; obj&#261;&#263; w&#322;oskowatymi ko&#324;czynami, niemal tuli&#322; si&#281; do skafandra. Wyda&#322;o mi si&#281;, &#380;e smagn&#261;&#322; mnie zimn&#261; n&#243;&#380;k&#261; po twarzy. Mimo woli drgn&#261;&#322;em, Altairczyk za&#347; znikn&#261;&#322; niczym zdmuchni&#281;ty wiatrem.

Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e pole si&#322;owe reaguje nie tylko na w&#322;a&#347;ciwo&#347;ci przedmiot&#243;w, lecz r&#243;wnie&#380; na odczucia w&#322;a&#347;ciciela i momentalnie odrzuca to, co wywo&#322;uje strach lub odraz&#281;. Dzi&#281;ki temu pole si&#322;owe w jakim&#347; stopniu zast&#281;puje dobre ziemskie Opiekunki.



26

I oto weszli&#347;my do trzeciego hotelu, wielkiego ogrodu przykrytego kopu&#322;&#261;. Pami&#281;tam, z jakim nieprzyjemnym uczuciem przekracza&#322;em pr&#243;g gmachu, jak wewn&#281;trznie kurczy&#322;em si&#281; na my&#347;l o zetkni&#281;ciu ze &#347;liskimi gadami, kt&#243;re gdzie&#347; na dalekiej gwie&#378;dzie, jednej z najpi&#281;kniejszych gwiazd ziemskiego nieba, rozwin&#281;&#322;y si&#281; do rangi istot my&#347;l&#261;cych. Wega jest gor&#281;tsza od Altairu, jej promieniowanie zawiera jeszcze wi&#281;cej twardej radiacji, jakimi wi&#281;c potworami musz&#261; by&#263; mieszka&#324;cy jej uk&#322;adu planetarnego, skoro Altairczycy s&#261; tak straszni? Dzi&#347; niepok&#243;j, kt&#243;ry mnie w&#243;wczas ogarn&#261;&#322;, wydaje mi si&#281; proroczy. Sta&#322;em wtedy na skrzy&#380;owaniu dr&#243;g &#380;yciowych, ale nie u&#347;wiadamia&#322;em sobie tego. Szepn&#261;&#322;em nawet Romerowi na ucho:

Dla takiego zwierzy&#324;ca nie warto by&#322;o chyba organizowa&#263; konferencji mi&#281;dzygwiezdnej.

Marcin Spychalski powiedzia&#322; g&#322;o&#347;no:

O czym pan my&#347;li, m&#322;odzie&#324;cze? Prosz&#281; nastroi&#263; deszyfrator na mow&#281; d&#378;wi&#281;kowo-barwn&#261;.

Przenie&#347;li&#347;my si&#281; w inny &#347;wiat. Pocz&#261;tkowo by&#322;o ciemno. Doko&#322;a wznosi&#322;y si&#281; jedynie ro&#347;liny: wysokie drzewa, g&#281;ste zaro&#347;la krzew&#243;w i korzennie pachn&#261;ce kwiaty. Nagle wsz&#281;dzie zamigota&#322;y pomara&#324;czowe ogniki, blade jak wszystko w tym mrocznym ogrodzie. P&#322;omyki szybko przesuwa&#322;y si&#281; na tle drzew. Co&#347; mnie &#347;cisn&#281;&#322;o za gard&#322;o, nie mog&#322;em przem&#243;wi&#263; s&#322;owa z zachwytu i zdumienia. Patrzy&#322;a na mnie ludzka twarz. Rozejrza&#322;em si&#281; doko&#322;a. Takie same twarze widnia&#322;y z bok&#243;w i z ty&#322;u. Otacza&#322;y nas istoty tak nieprawdopodobnie ludzkie, &#380;e omal nie krzykn&#261;&#322;em z przestrachu. Wprawdzie przypomina&#322;y czym&#347; w&#281;&#380;e, ale nie to rzuca&#322;o si&#281; w oczy. Wega&#324;czycy mieli w&#281;&#380;owo gi&#281;tki korpus uwie&#324;czony ludzk&#261; twarz&#261; i r&#281;kami, nieco tylko kr&#243;tszymi i cie&#324;szymi od naszych. P&#243;&#378;niej dojrza&#322;em, &#380;e nie maj&#261; n&#243;g: ich tu&#322;&#243;w ko&#324;czy si&#281; pojedyncz&#261; stop&#261;. Poruszaj&#261; si&#281; wiruj&#261;c na tej stopie tak szybko, &#380;e wygl&#261;daj&#261; jak po&#322;yskliwa kolumna. Pocz&#261;tkowo nie widzia&#322;em tego, nie zauwa&#380;y&#322;em nawet, &#380;e zbli&#380;aj&#261; si&#281; wiruj&#261;c. Spostrzeg&#322;em ich dopiero wtedy, kiedy stali tu&#380; obok i witali nas g&#322;osem i blaskiem. Oczarowany nie mog&#322;em oderwa&#263; od nich wzroku.

Powiedzia&#322;em, &#380;e ich twarze przypominaj&#261; ludzkie, i jest to prawda, lecz niepe&#322;na. Og&#243;lny kszta&#322;t twarzy, zarys g&#322;owy, oczy, usta i nos s&#261; identyczne z naszymi. Ale wszystko to sk&#322;ada si&#281; na ca&#322;o&#347;&#263; bez por&#243;wnania bardziej harmonijn&#261; i delikatn&#261;. Ziemska kr&#243;lowa pi&#281;kno&#347;ci nawet nie mo&#380;e marzy&#263; o takiej matowej, atlasowo g&#322;adkiej cerze policzk&#243;w, takich r&#243;&#380;owych wargach, wspania&#322;ych brwiach i d&#322;ugich rz&#281;sach Zreszt&#261; nie to jest wa&#380;ne, m&#243;wi&#281; o g&#322;upstwach. Weganie ubrani s&#261; w r&#243;&#380;nobarwne, p&#243;&#322;przezroczyste szaty, suknie czy te&#380; p&#322;aszcze Nie, r&#243;wnie&#380; nie o to chodzi! Najniezwyklejsze s&#261; ich oczy, rozb&#322;yskuj&#261;ce i gasn&#261;ce, nieustannie zmieniaj&#261;ce barw&#281;. Mieszka&#324;cy uk&#322;adu Wegi m&#243;wi&#261; blaskiem swoich oczu!

Zaczynamy! powiedzia&#322;a Wiera. Chcia&#322;abym si&#281; dowiedzie&#263;, jak czuj&#261; si&#281; nasi go&#347;cie?

Cho&#263; to by&#322;o zwyk&#322;e, standardowe pytanie, r&#281;ce mi zadr&#380;a&#322;y, kiedy unosi&#322;em deszyfrator. Kula zamigota&#322;a i roz&#347;piewa&#322;a si&#281;, pola&#322;y si&#281; z niej kaskady d&#378;wi&#281;k&#243;w i barw. A w odpowiedzi jeden z Wegan za&#347;piewa&#322; i zamigota&#322; oczami. To by&#322;o tak pi&#281;kne, &#380;e a&#380; nieprawdopodobne. Deszyfrator prze&#322;o&#380;y&#322; jego mow&#281; na ludzki, szary j&#281;zyk, wyg&#322;osi&#322; nieco ochryp&#322;ym, ludzkim g&#322;osem uprzejme, jednakowe we wszystkich gwiezdnych &#347;wiatach podzi&#281;kowanie:

Czujemy si&#281; tu cudownie. Dzi&#281;kujemy za go&#347;cin&#281;. Opowiemy naszemu ludowi o tym, jacy ludzie s&#261; dobrzy i pot&#281;&#380;ni.

Jeden z przybysz&#243;w z Wegi, a w&#322;a&#347;ciwie jedna, gdy&#380; by&#322;a to dziewczyna, z zaciekawieniem wpatrywa&#322;a si&#281; we mnie. Ja te&#380; nie spuszcza&#322;em z niej wzroku. Nawet w&#347;r&#243;d pi&#281;knych Wegan dziewczyna wyr&#243;&#380;nia&#322;a si&#281; niezwyk&#322;&#261; urod&#261;.

Jak si&#281; nazywasz? zapyta&#322;em.

Za&#347;piewa&#322;a swoje imi&#281; subtelnym g&#322;osem przypominaj&#261;cym d&#378;wi&#281;ki fletu i mo&#380;liwym do oddania jedynie nutami, a nie literami. R&#243;wnocze&#347;nie jej oczy rozb&#322;ys&#322;y fioletowym ogniem. Wykrzykn&#261;&#322;em:

Fiola! C&#243;&#380; za pi&#281;kne imi&#281;! w Wszyscy roze&#347;miali si&#281;, nawet Wiera si&#281; u&#347;miechn&#281;&#322;a. W oczach dziewczyny r&#243;wnie&#380; zamigota&#322; b&#322;&#281;kitnor&#243;&#380;owy &#347;miech.

Fiola powt&#243;rzy&#322;em w zmieszaniu. Czy&#380;bym &#378;le wymawia&#322;?

Fiola zaskrzypia&#322; maszynowy g&#322;os deszyfratora. Fiola.

Niech b&#281;dzie Fiola powiedzia&#322;a Wiera. Imi&#281; r&#243;wnie pi&#281;kne jak dziewczyna. Ale czas wr&#243;ci&#263; do rozm&#243;w. Eli, staraj si&#281; nie rozprasza&#263;!

Ale nie potrafi&#322;em si&#281; skupi&#263; i chocia&#380; by&#322;em ciekaw, czego potrzebuj&#261; i do czego d&#261;&#380;&#261; te wspania&#322;e istoty, nie mog&#322;em oderwa&#263; si&#281; od Fioli. Zbli&#380;y&#322;em kul&#281; deszyfratora do tego Weganina, z kt&#243;rym rozmawia&#322;a Wiera, lecz patrzy&#322;em tylko na Fiol&#281;. Ona r&#243;wnie&#380; patrzy&#322;a tylko na mnie, rozmawia&#322;a ze mn&#261; rozb&#322;yskuj&#261;cymi i gasn&#261;cymi, zmieniaj&#261;cymi barw&#281; oczami. Wiera nie by&#322;a jeszcze w po&#322;owie swoich rozm&#243;w i pyta&#324;, a ja ju&#380; nauczy&#322;em si&#281; rozumie&#263; ten zachwycaj&#261;co malowniczy j&#281;zyk. Nie, nie mog&#322;em odpowiada&#263; takim samym blaskiem oczu, najprawdopodobniej po prostu gapi&#322;em si&#281; g&#322;upio na Fiol&#281;, ale Fiola pojmowa&#322;a moje milcz&#261;ce, nie&#347;mia&#322;onami&#281;tne wyznania. Rozumieli&#347;my si&#281; bez s&#322;&#243;w.

Jeste&#347;cie zadziwiaj&#261;cymi stworzeniami m&#243;wi&#322;a Fiola a ty jeste&#347; najpi&#281;kniejszym z ludzi. Masz dobr&#261; twarz, jeste&#347; zgrabny i pi&#281;kny, tak czule patrzysz na mnie, &#380;e zapragn&#281;&#322;am, aby&#347; obj&#261;&#322; mnie swoimi wielkimi r&#281;koma. Wszyscy macie wielkie, silne r&#281;ce, ale ty jeste&#347; najsilniejszym z Ziemian. Tak, oczywi&#347;cie odpowiedzia&#322;em to znaczy wr&#281;cz przeciwnie, wcale nie jestem najsilniejszy i najpi&#281;kniejszy, ja i pi&#281;kny, u&#347;mia&#263; si&#281; mo&#380;na! Ale za to ty jeste&#347; cudowna, nawet nie przypuszcza&#322;em, &#380;e mog&#261; istnie&#263; takie istoty, dr&#380;&#281; z rado&#347;ci, kiedy patrzysz na mnie swoimi wspania&#322;ymi oczami! Tak, b&#281;d&#281; patrzy&#322; i ty patrz na mnie, nie l&#281;kaj si&#281;, nie odejd&#281; od ciebie, zostan&#281;, ja chc&#281;, bardzo chc&#281; zosta&#263; z tob&#261;, Fiolo!

Ocknij si&#281;, Eli powiedzia&#322;a Wiera. Rozmowa sko&#324;czona.

Trzeba ju&#380; i&#347;&#263;? Naprawd&#281; musimy ju&#380; i&#347;&#263;?

A ty my&#347;la&#322;e&#347;, &#380;e tu zamieszkamy?

Obr&#243;ci&#322;em si&#281; ku Spychalskiemu.

Marcinie Julianowiczu! czy Ziemianie mog&#261; odwiedza&#263; ten hotel?

Jego twarz zn&#243;w wykrzywi&#322;a si&#281; w u&#347;miechu i nagle poj&#261;&#322;em, &#380;e jest to dobry cz&#322;owiek.

Ten hotel jest jedynym miejscem, gdzie na ludzi nie czyhaj&#261; &#380;adne niebezpiecze&#324;stwa pr&#243;cz urody jego mieszka&#324;c&#243;w.

Chwyci&#322;em r&#281;k&#281; Fioli i zajrza&#322;em w jej oczy. By&#322;y ciemne.

Fiolo! powiedzia&#322;em zapominaj&#261;c o deszyfratorze. Ja tu jeszcze przyjd&#281;. Czekaj na mnie!

Powtarza&#322;em: Ja tu przyjd&#281;, p&#243;ki czarne oczy Fioli nie zap&#322;on&#281;&#322;y barw&#261; morskiej wody roz&#347;wietlonej s&#322;o&#324;cem. Romero poci&#261;gn&#261;&#322; mnie za sob&#261;.

Za bram&#261; hotelu Wiera udzieli&#322;a mi nagany. Ile&#380; to razy s&#322;ysza&#322;em w dzieci&#324;stwie ten surowy g&#322;os!

Jestem z ciebie niezadowolona, Eli. Czemu tak si&#281; gapi&#322;e&#347; na t&#281; biedn&#261; dziewczyn&#281;?

Zachwyca&#322;em si&#281; ni&#261;, Wiero. Nie chcia&#322;em jej peszy&#263;, po prostu wpatrywa&#322;em si&#281; w ni&#261; pe&#322;en zachwytu!

Odtr&#261;ca&#263; wszystkie ziemskie dziewczyny, aby zadurzy&#263; si&#281; w pierwszej napotkanej Niebiance, kto w to uwierzy, Eli?

Najwa&#380;niejsze, abym ja uwierzy&#322;! mrukn&#261;&#322;em.

Romero powiedzia&#322; z przek&#261;sem:

W starych podaniach m&#243;wi si&#281;, &#380;e w&#261;&#380; skusi&#322; pramatk&#281; ludzi, niejak&#261; Ew&#281;. Biedny Eli da&#322; si&#281; chyba uwie&#347;&#263; pi&#281;knej i podst&#281;pnej w&#281;&#380;ycy.

Patrzy&#322;em na niego w milczeniu. S&#322;ysza&#322;em g&#322;os dobiegaj&#261;cy z mego starego &#347;wiata, podczas gdy ja sam by&#322;em ju&#380; w nowym. Romero opiera&#322; si&#281; na idiotycznej laseczce, wynios&#322;y i pysza&#322;kowaty. Spostrzeg&#322;em te&#380;, jakby po raz pierwszy, &#380;e Pawe&#322; bardzo dba o sw&#261; urod&#281;, &#380;e jego kr&#243;tka broda jest pieczo&#322;owicie piel&#281;gnowana. Mi&#281;dzy nami co&#347; si&#281; zerwa&#322;o. Romero przesta&#322; by&#263; moim przyjacielem.



27

Teraz Anio&#322;y z Hiad powiedzia&#322;a Wiera. W spo&#322;ecze&#324;stwie tych skrzydlatych istot zachowa&#322;y si&#281; antagonistyczne klasy.

Niedorzeczny ludek potwierdzi&#322; Spychalski. Ka&#380;dego dnia wszczynaj&#261; b&#243;jki. Pi&#243;ra lec&#261; z nich niczym puch z topoli.

Jest ich bardzo du&#380;o, sto siedem g&#281;sto zamieszka&#322;ych planet, dwadzie&#347;cia trzy zaludnione uk&#322;ady. &#379;adne z rozumnych plemion tak si&#281; nie rozmno&#380;y&#322;o, prawie czterysta miliard&#243;w

Rozumne plemi&#281;? powt&#243;rzy&#322; z pow&#261;tpiewaniem Spychalski. To zale&#380;y, co uwa&#380;a&#263; za rozum W ka&#380;dym razie bardzo g&#322;odne plemi&#281;. Popatrzyliby&#347;cie, co si&#281; dzieje, kiedy rozlega si&#281; sygna&#322; na posi&#322;ki.

Wiera zamy&#347;li&#322;a si&#281;. Mnie nie opuszcza&#322; obraz Fioli.

W milczeniu dolecieli&#347;my do hotelu Hiady. Ten budynek wielko&#347;ci ca&#322;ego miasta pe&#322;en jest zieleni i &#347;wiat&#322;a, prostok&#261;ty dom&#243;w tworz&#261; ulice, na skrzy&#380;owaniach wznosz&#261; si&#281; amfiteatry z ekranami, bo Anio&#322;y uwielbiaj&#261; ruchome obrazy.

Warunki w hotelu s&#261; zbli&#380;one do ziemskich. Skrzydlaci &#322;atwo przystosowuj&#261; si&#281; do ka&#380;dych parametr&#243;w grawitacyjnych i temperaturowych. Prawdopodobnie dzi&#281;ki temu w&#322;a&#347;nie tak szeroko zasiedlili odmienne w charakterze planety.

Trzy uradowane Anio&#322;y natychmiast rzuci&#322;y si&#281; na nas z szata&#324;skim &#322;opotem skrzyde&#322;. Radosny pisk i uderzenia pi&#243;r &#347;ci&#261;gn&#281;&#322;y nast&#281;pne. Po chwili w powietrzu zak&#322;&#281;bi&#322; si&#281; ca&#322;y skrzydlaty t&#322;um. Klepa&#322;em je po skrzyd&#322;ach, ale by&#322;o ich zbyt wiele, aby si&#281; z ka&#380;dym przywita&#263;.

Anio&#322;y maj&#261; w sobie co&#347; wzbudzaj&#261;cego antypati&#281;. Wygl&#261;daj&#261; imponuj&#261;co, a nawet majestatycznie: bia&#322;e cia&#322;o, z&#322;ote w&#322;osy, szerokie pot&#281;&#380;ne skrzyd&#322;a zabarwione na wszystkie kolory t&#281;czy. Trafia&#322;y si&#281; skrzyd&#322;a r&#243;&#380;owe, fioletowe, pomara&#324;czowe, czarne (zw&#322;aszcza u czteroskrzyd&#322;ych), ale przewa&#380;a&#322;y r&#243;&#380;nobarwne. W lataj&#261;cym t&#322;umie wi&#281;cej by&#322;o dwuskrzyd&#322;ych. Czteroskrzyd&#322;ych najwy&#380;ej dziesi&#281;&#263; procent, za to ka&#380;dy z nich mia&#322; si&#322;y za trzech. Twarze Anio&#322;&#243;w s&#261; z gruba ciosane i bezw&#322;ose. &#379;aden z nich nie ma g&#322;adkiej cery. Nawet m&#322;odzi maj&#261; pokryte zmarszczkami twarze i ka&#380;dy wygl&#261;da jak postarza&#322;e dziecko. Wra&#380;enie to pot&#281;guje jeszcze ich zachowanie, ha&#322;a&#347;liwe i rozbrykane. Na domiar z&#322;ego Anio&#322;y rzadko si&#281; myj&#261; i po prostu cuchn&#261;. W jaskiniach Anio&#322;&#243;w pachnie chyba nie lepiej ni&#380; w stajniach pegaz&#243;w.

Kiedy przedarli&#347;my si&#281; przez skrzydlaty t&#322;um, dojrza&#322;em stoj&#261;cych na uboczu Andre i Lusina.

Pawle, prosz&#281; mnie zast&#261;pi&#263; przy deszyfratorze poprosi&#322;em Romera.

Romero zdziwi&#322; si&#281;: czy&#380;by a&#380; tak podobali mi si&#281; krzykliwi lotnicy, &#380;e chc&#281; porozmawia&#263; z nimi na osobno&#347;ci? Wyja&#347;ni&#322;em, &#380;e chc&#281; zamieni&#263; kilka s&#322;&#243;w z Andre.

Pawe&#322; wzi&#261;&#322; deszyfrator, a ja ruszy&#322;em w kierunku Lusina i Andr&#263;. Jaki&#347; rozbawiony Anio&#322;ek rzuci&#322; si&#281; na mnie z rozpostartymi skrzyd&#322;ami, ale zdo&#322;a&#322;em mu umkn&#261;&#263;.

Milcz i s&#322;uchaj! wykrzykn&#261;&#322; Andre. Nowe informacje o Galaktach. M&#243;wi&#281; ci, milcz! Uzyskali&#347;my wspania&#322;y zapis sn&#243;w tego czteroskrzyd&#322;ego. Czemu machasz r&#281;kami?

Bo kaza&#322;e&#347; mi milcze&#263;! wrzasn&#261;&#322;em i doda&#322;em spokojnie: Poka&#380; zapisy.

Najpierw wys&#322;uchaj, a potem ci poka&#380;&#281;.

Lusin i Andre mieli szcz&#281;&#347;cie. Kiedy przyszli do izolowanego czteroskrzyd&#322;ego, Anio&#322; spa&#322;, mia&#322; koszmary i jego m&#243;zg intensywnie promieniowa&#322;. Andre nie czekaj&#261;c na przebudzenie Anio&#322;a natychmiast zmaterializowa&#322; jego sny na wielkim deszyfratorze.

To jest deszyfrator! triumfowa&#322; Andre. Allan dopiero na Ziemi zdo&#322;a&#322; odczyta&#263; mow&#281; jakich&#347; zdech&#322;ych mch&#243;w, a my bez k&#322;opotu rozszyfrowujemy znacznie trudniejsze rzeczy!

I nie zwlekaj&#261;c, na ulicy, w pe&#322;nym s&#322;o&#324;cu wezwa&#322; wideokolumn&#281;. Wpatrywa&#322;em si&#281; w ni&#261; z wysi&#322;kiem, bo &#347;wiat&#322;o zewn&#281;trzne by&#322;o silniejsze od wewn&#281;trznego blasku wideokolumny. Ogarn&#281;&#322;o mnie zdumienie. Zobaczy&#322;em te same obrazy, kt&#243;re demonstrowano ju&#380; na Ziemi: ska&#322;y, jaskrawe gwiazdy, czarne jezioro, zni&#380;aj&#261;cy si&#281; cygarowaty statek. Dalej te&#380; nie by&#322;o niczego nowego, sami Galaktowie, wie&#380;a z obrotowym okiem

No? zapyta&#322; Andre. Rozumiesz, co to znaczy?

Rozumiem, wyblak&#322;a kopia zapis&#243;w Spychalskiego.

Ja r&#243;wnie&#380; odezwa&#322; si&#281; milcz&#261;cy dotychczas Lusin. Kopia. Ju&#380; widzieli&#347;my.

Mylicie si&#281;! wykrzykn&#261;&#322; rado&#347;nie Andre. No to co, &#380;e ju&#380; widzieli&#347;cie? Wa&#380;ne jest jedno: gwiezdne widzenia nawiedzaj&#261; naszego czteroskrzyd&#322;owego bardzo cz&#281;sto, skoro zapisali&#347;my je ju&#380; w trakcie pierwszego badanego snu. Jedynie w&#322;asne doznania, a nie dziedziczno&#347;&#263; mo&#380;e da&#263; tak wyraziste obrazy. Anio&#322; sam widzia&#322; Galakt&#243;w.

Andre patrzy&#322; na nas z triumfem. Bezczelnie roze&#347;mia&#322;em mu si&#281; w twarz.

Teraz idziesz przes&#322;uchiwa&#263; tego Anio&#322;a i wyja&#347;ni&#263;, czy prawid&#322;owo t&#322;umaczysz jego sny?

Jakby&#347; zgad&#322;.

P&#243;jd&#281; z wami, aby zobaczy&#263;, jak wali si&#281; z trzaskiem twoja kolejna teoria.

Czteroskrzyd&#322;y awanturnik by&#322; ogromnym, zwalistym Anieliskiem, o gro&#378;nym pysku i pot&#281;&#380;nych skrzyd&#322;ach. Wlepi&#322; w nas m&#281;tne &#347;lepska i co&#347; warkn&#261;&#322;. Anio&#322;y maj&#261; cienkie g&#322;osiki i m&#243;wi&#261;c zawsze d&#322;awi&#261; si&#281; z po&#347;piechu, tak &#380;e w ka&#380;dym ich zbiorowisku panuje ha&#322;as i pisk. Ten natomiast g&#322;os mia&#322; dopasowany do postury, nie piszcza&#322;, lecz grzmia&#322; basem. Podoba&#322; mi si&#281;.

Andre nastawi&#322; deszyfrator i powiedzia&#322; uprzejmie:

Pozwoli pan, &#380;e zadam mu kilka pyta&#324;?

Na kolana! rykn&#261;&#322; Anio&#322;. Na kolana albo wyno&#347;cie si&#281; do diab&#322;a!

Jego w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263; by&#322;a tak niedorzeczna i gwa&#322;towna, &#380;e wybuchn&#281;li&#347;my &#347;miechem, kt&#243;ry go jeszcze bardziej rozz&#322;o&#347;ci&#322;. Anio&#322; gro&#378;nie pochyli&#322; bycz&#261; g&#322;ow&#281;, roz&#322;o&#380;y&#322; skrzyd&#322;a i zabulgota&#322;.

Po co mamy kl&#281;ka&#263;? zapyta&#322; Andre. Ludzie nie maj&#261; takiego zwyczaju.

Deszyfrator przet&#322;umaczy&#322; odpowied&#378; Anio&#322;a:

Pochodz&#281; od bog&#243;w. Jestem ksi&#281;ciem.

Zw&#261;tpi&#322;em w prawid&#322;owo&#347;&#263; przek&#322;adu. Zwroty wyno&#347;cie si&#281; do diab&#322;a, pochodz&#281; od bog&#243;w, na kolana, ksi&#261;&#380;&#281; zbyt przypomina&#322;y ziemskie poj&#281;cia i porzekad&#322;a, aby by&#322;y prawdopodobne. Nie rozumia&#322;em, czemu z ca&#322;ego bogactwa j&#281;zyka ludzkiego deszyfrator spo&#380;ytkowa&#322; jedynie t&#281; starzyzn&#281;.

Nie s&#261;dz&#281;, &#380;eby DUM k&#322;ama&#322; zaoponowa&#322; Andre. Pami&#281;&#263; ma dosy&#263; obszern&#261;: czterysta tysi&#281;cy s&#322;&#243;w i sto milion&#243;w poj&#281;&#263;, skoro wi&#281;c wybra&#322; ksi&#281;cia i diab&#322;a, to znaczy, &#380;e nasz jeniec mia&#322; na my&#347;li co&#347;, czemu w najwi&#281;kszym stopniu odpowiada ksi&#261;&#380;&#281; i diabe&#322;.

W&#243;wczas ja zwr&#243;ci&#322;em si&#281; do Anio&#322;a:

Dlaczego pan uwa&#380;a si&#281; za ksi&#281;cia?

Nalec&#281; i rozdepcz&#281;! powiedzia&#322; swarliwie Anio&#322;. Na kolana albo &#347;mier&#263;.

Przypomnia&#322;em sobie, &#380;e osobiste pole ochronne ludzi na Orze reaguje na emocje. Wywo&#322;a&#322;em wi&#281;c w sobie gniew. Anio&#322;a tak trzasn&#281;&#322;o, &#380;e wrzasn&#261;&#322; z przestrachu. Kolejno rozszerza&#322;em i zmniejsza&#322;em pole. Skrzydlatym ksi&#281;ciem rzuca&#322;o w powietrzu, cho&#263; rozpaczliwie bi&#322; skrzyd&#322;ami staraj&#261;c si&#281; wyrwa&#263; z niewidzialnych r&#261;k. Kiedy szczeg&#243;lnie mocno uderzy&#322;em go polem, Anio&#322; rykn&#261;&#322; basem:

Ratunku! Ratunku!

Cofn&#261;&#322;em pole i czteroskrzyd&#322;y run&#261;&#322; na ziemi&#281;. Przera&#380;ony i bezsilny nie pr&#243;bowa&#322; si&#281; nawet podnie&#347;&#263;, lecz pe&#322;z&#322; rozpostar&#322;szy skrzyd&#322;a w uni&#380;onym ge&#347;cie. Lusin zasapa&#322; i odwr&#243;ci&#322; si&#281;. Jestem przekonany, &#380;e w owej chwili brutalny Anio&#322; wyda&#322; mu si&#281; czym&#347; w rodzaju jego &#322;agodnych smok&#243;w lub cudacznego boga Hora z sokol&#261; g&#322;ow&#261;.

Wy&#380;sze istoty! wymamrota&#322; Anio&#322; roztrz&#281;sionym g&#322;osem. Wy&#380;sze istoty!

Wsta&#324; i przesta&#324; by&#263; ksi&#281;ciem! powiedzia&#322;em. Nie znosz&#281; durni&#243;w! Pytaj&#261; ci&#281; jak kogo dobrego, a ty zachowujesz si&#281; po chamsku!

Pytajcie! skwapliwie odpowiedzia&#322; Anio&#322;. Cho&#263; nie wiem, co mog&#281; powiedzie&#263; pot&#281;&#380;nym istotom

Andre opowiedzia&#322; Anio&#322;owi jego sny i zapyta&#322;, czy przypadkiem nie widzia&#322; Galakt&#243;w i ich wrog&#243;w.

To s&#261; legendy mamrota&#322; Anio&#322;. Nikt nie widzia&#322; Galakt&#243;w. W dzieci&#324;stwie s&#322;ysza&#322;em o nich bajki.

Spojrza&#322;em wymownie na Andre, kt&#243;ry postara&#322; si&#281; nie zauwa&#380;y&#263; mojego wzroku. Zreszt&#261; nie bardzo przej&#261;&#322; si&#281; fiaskiem swojej teorii. Nowe pomys&#322;y zbyt &#322;atwo przychodz&#261; mu do g&#322;owy.

A czemu chwalisz si&#281; swym boskim pochodzeniem? spyta&#322;em Anio&#322;a. Co znacz&#261; te brednie?

Anio&#322; opu&#347;ci&#322; skrzyd&#322;a i g&#322;ow&#281;.

Jest podanie m&#243;wi&#261;ce, &#380;e czteroskrzyd&#322;ych przywie&#378;li ze sob&#261; gwiezdni tu&#322;acze, natomiast dwuskrzydli s&#261; gatunkiem miejscowym Nie lubi&#281; dwuskrzyd&#322;ych. Chcia&#322;em im tu wyt&#322;umaczy&#263;, &#380;e s&#261; n&#281;dznymi podistotami, ale ludzie nie pozwalaj&#261; ich bi&#263;

I nigdy nie pozwolimy potwierdzi&#322;em. Zakazujemy tak&#380;e uwa&#380;a&#263; ich za istoty ni&#380;sze. Ka&#380;dy z nas jest o wiele pot&#281;&#380;niejszy od ciebie, a nawet nie pomy&#347;li, aby si&#281; nad tob&#261; zn&#281;ca&#263; jak nad gorszym. Jak si&#281; nazywasz?

Wo&#322;aj&#261; na mnie Trub odpowiedzia&#322;. Postaram si&#281; Chc&#281;, aby&#347;cie mnie polubili.

By&#322; tak poni&#380;ony, &#380;e a&#380; mi si&#281; go &#380;al zrobi&#322;o. Przecie&#380; w ko&#324;cu by&#322; dzieci&#281;ciem swego niedoskona&#322;ego spo&#322;ecze&#324;stwa. Czule rozwichrzy&#322;em mu pi&#243;ra. Skrzyd&#322;a mia&#322; wspania&#322;e, jedwabiste, silne, pokryte l&#347;ni&#261;cofioletowymi pi&#243;rami. W&#322;a&#347;ciwie ten czteroskrzyd&#322;y ma tylko dwa prawdziwe skrzyd&#322;a, pozosta&#322;e za&#347; s&#261; raczej dodatkowymi lotkami. W zagi&#281;ciu du&#380;ych skrzyde&#322; znajduje si&#281; uwsteczniona r&#281;ka, pi&#281;&#263; silnych czarnych palc&#243;w z pazurami. Nie chcia&#322;bym bez swego pola ochronnego znale&#378;&#263; si&#281; w zasi&#281;gu tych paluszk&#243;w.

Po wyj&#347;ciu z anielskiej celi podsumowali&#347;my informacje uzyskane od Truba. Andre pr&#243;bowa&#322; usprawiedliwi&#263; si&#281; ze swej nieudanej teorii.

Mimo wszystko czego&#347; nowego si&#281; dowiedzieli&#347;my powiedzia&#322;. My&#347;l&#281; o podaniach dotycz&#261;cych pochodzenia czteroskrzyd&#322;ych.

To &#380;adna nowo&#347;&#263; odpar&#322;em. Interesuj&#261; nas Galaktowie, a nasza wiedza o nich nie wzbogaci&#322;a si&#281;. Takie podania maj&#261; wszystkie narody, gdzie pracowite istoty daj&#261; si&#281; osiod&#322;a&#263; paso&#380;ytom. Czy&#380;by&#347; nie wiedzia&#322;, &#380;e najlepsz&#261; metod&#261; usprawiedliwienia w&#322;asnego lenistwa jest t&#322;umaczenie go przez bosk&#261; natur&#281;?

Trub dobry powiedzia&#322; zmartwiony Lusin. Nie paso&#380;yt. Pi&#281;kny. Bardzo silny. Najsilniejszy ze wszystkich Anio&#322;&#243;w.



28

Wra&#380;enia wyniesione z pozosta&#322;ych hoteli zla&#322;y si&#281; w nieuchwytne uczucie czego&#347; nu&#380;&#261;cego. Rozumiem, &#380;e ludzka dwunoga i jednog&#322;owa forma cia&#322;a jest zaledwie jedn&#261; z mo&#380;liwych pow&#322;ok rozumnego &#380;ycia, i by&#322;em przygotowany na wszelkie niespodzianki. Nie dziwi&#322;em si&#281; nawet kiedy rozmawiali&#347;my z istotami sk&#322;adaj&#261;cymi si&#281; w trzech czwartych z metali czy te&#380; z galaretowatymi my&#347;l&#261;cymi kryszta&#322;ami gin&#261;cymi od &#347;wiat&#322;a. Wszystko jest mo&#380;liwe. W naturze istnieje nieodparty p&#281;d do poznania samych siebie, a jakim konkretnym sposobem to samopoznanie si&#281; realizuje, jest spraw&#261; warunk&#243;w i przypadku. Nie nale&#380;y si&#281; dziwi&#263;, a tym bardziej oburza&#263;, &#380;e warunki czasem uk&#322;adaj&#261; si&#281; dziwacznie. Taki pogl&#261;d pomaga&#322; mi zachowa&#263; spok&#243;j przy nowych znajomo&#347;ciach, ale pod koniec obchodu poczu&#322;em si&#281; zupe&#322;nie rozbity. Rozmaito&#347;&#263; form &#380;ycia zebranych na Orze by&#322;a przyt&#322;aczaj&#261;ca.

Wieczorem spacerowa&#322;em wraz z Romerem po planecie.

Nieruchome s&#322;o&#324;ce utraci&#322;o ju&#380; swe dzienne gor&#261;co i poblad&#322;o, zmieniaj&#261;c si&#281; w ksi&#281;&#380;yc. Trzy czwarte tarczy w og&#243;le zgas&#322;o, by&#322; n&#243;w. Powietrze, we dnie nios&#261;ce daleko ka&#380;dy d&#378;wi&#281;k, teraz go t&#322;umi&#322;o, zamienia&#322;o w szumy i szmery, za to zapachy stawa&#322;y si&#281; intensywniejsze. Wo&#324; kwiat&#243;w wywo&#322;ywa&#322;a lekki zawr&#243;t g&#322;owy. Romero wymachiwa&#322; laseczk&#261;, a ja opowiada&#322;em, jakie my&#347;li przysz&#322;y mi do g&#322;owy w czasie zapoznawania si&#281; z Niebianami.

Romera oburzy&#322;a moja tolerancja.

G&#322;upstwa opowiadasz, m&#243;j drogi! Wszystkie te anielskie g&#281;by, w&#281;&#380;oludzie i p&#243;&#322;przejrzyste paj&#261;ki s&#261; tylko potworkami, a z potworkami nie chc&#281; mie&#263; nic wsp&#243;lnego. Dawniej niezbyt si&#281; zachwyca&#322;em lud&#378;mi, teraz ich ub&#243;stwiam. Znajomo&#347;&#263; z Niebianami przekona&#322;a mnie, &#380;e cz&#322;owiek jest najwy&#380;sz&#261; form&#261; &#380;ycia rozumnego. Dopiero teraz poj&#261;&#322;em ca&#322;&#261; g&#322;&#281;bi&#281; kryterium Wszystko. dla dobra ludzko&#347;ci i cz&#322;owieka.

Kryterium jest prawid&#322;owe i nikt nie zamierza go obala&#263;

Myli si&#281; pan odrzek&#322; Romero ponurym g&#322;osem. Nie podobaj&#261; mi si&#281; nastroje pa&#324;skiej siostry. Chc&#281; co&#347; zaproponowa&#263;. Wiera jest droga nam obu. Zawi&#261;&#380;my wi&#281;c przyjacielski sojusz skierowany przeciw jej niebezpiecznym fantazjom. Pan jest zdziwiony? Prosz&#281; mnie wys&#322;ucha&#263; uwa&#380;nie, przyjacielu!

Wspar&#322; si&#281; na lasce i przem&#243;wi&#322; uroczy&#347;cie:

Nasz sojusz przeciwstawi si&#281; po&#347;wi&#281;caniu interes&#243;w cz&#322;owieka dla dobra p&#243;&#322;zwierz&#261;t, moralnych i fizycznych potwork&#243;w.

Odraza zeszpeci&#322;a mu twarz. Wiele mi si&#281; w Niebianach nie podoba&#322;o, ale nie na tyle, aby ich znienawidzi&#263;. Pa&#324;skim zdaniem niebezpiecze&#324;stwo zapomnienia o interesach ludzko&#347;ci jest realne?

Tak! odpowiedzia&#322;. Ju&#380; si&#281; o nich zapomina. Nie pami&#281;ta o nich Wiera planuj&#261;c szerok&#261; pomoc dla setek uk&#322;ad&#243;w gwiezdnych. Zapomina pan, kiedy tak oburzaj&#261;co oboj&#281;tnie przyznaje, &#380;e rozumne &#380;ycie mo&#380;e r&#243;wnie dobrze wyst&#281;powa&#263; w formach pi&#281;knych, jak i odra&#380;aj&#261;cych. Andre, gotowy po&#347;wi&#281;ci&#263; wszystkie si&#322;y grzebaniu w idiotycznych my&#347;lach prymitywnych jak debile Anio&#322;&#243;w. Zapominaj&#261; te&#380; tysi&#261;ce, ba, miliony podobnych do was fantast&#243;w i szale&#324;c&#243;w. Prosz&#281; mi odpowiedzie&#263;, uczciwie odpowiedzie&#263;, czy to, co si&#281; dzieje na Orze, nie &#347;wiadczy o uszczuplaniu interes&#243;w ludzko&#347;ci. Wszystkie bogactwa Ziemi zapewniaj&#261; luksusowe warunki paj&#261;kom i hipopotamom! Gwiezdny P&#322;ug wys&#322;any na Weg&#281; zu&#380;y&#322; ca&#322;y zapas substancji aktywnej na budow&#281; sztucznego s&#322;o&#324;ca dla kochanych w&#281;&#380;yk&#243;w. Tak wygl&#261;da nasza troska o innych. A cz&#322;owiek? Cz&#322;owieka odsuwa si&#281; na dalszy plan. A ja nie pozwol&#281; cz&#322;owieka krzywdzi&#263;. Je&#380;eli do tej pory milcza&#322;em, to teraz milcze&#263; nie b&#281;d&#281;. Powarzam to, co ju&#380; m&#243;wi&#322;em na Ziemi. Nad ludzko&#347;ci&#261; zawis&#322;o wielkie niebezpiecze&#324;stwo i obecnie musimy my&#347;le&#263; tylko o sobie, wy&#322;&#261;cznie o sobie! &#379;adnej dobroczynno&#347;ci kosztem interes&#243;w cz&#322;owieka!

Ostatnie s&#322;owa krzykn&#261;&#322; w takt uderze&#324; laski.

Jeszcze niedawno nie widzia&#322;bym w jego wypowiedzi niczego niemo&#380;liwego do przyj&#281;cia, gdy&#380; takie pogl&#261;dy odpowiada&#322;y moim &#243;wczesnym nastrojom. Teraz, po spotkaniu z Fiol&#261;, sta&#322;em si&#281; inny.

Nie rozumiem, po co ten patos, Pawle? Prosz&#281; zapyta&#263; MUK, kto ma racj&#281;, pan czy pa&#324;scy antagoni&#347;ci, i wszystko stanie si&#281; jasne.

Romerowi z wolna wraca&#322; jego zwyk&#322;y ironiczno-wynios&#322;y wygl&#261;d, a po jego twarzy przemkn&#261;&#322; niedobry u&#347;mieszek.

Dzi&#281;ki za dobr&#261; rad&#281;, m&#243;j m&#322;ody przyjacielu, nie omieszkam zastosowa&#263; si&#281; do niej. A wi&#281;c, je&#380;eli dobrze zrozumia&#322;em, nie odpowiada panu proponowany przeze mnie sojusz?

W og&#243;le nie widz&#281; potrzeby zawi&#261;zywania podobnego sojuszu.

Pozwoli pan, &#380;e ocen&#281; potrzeby tego sojuszu wezm&#281; na siebie. Dobranoc, szanowny przyjacielu. Ceremonialnie, wed&#322;ug staro&#380;ytnych wzor&#243;w, uni&#243;s&#322; kapelusz i oddali&#322; si&#281;. Z ci&#281;&#380;kim sercem popatrzy&#322;em za nim. By&#322;o mi smutno, i&#380; nasza wieloletnia przyja&#378;&#324; w tak nied&#322;ugim czasie rozpad&#322;a si&#281; w proch.

Ze spuszczon&#261; g&#322;ow&#261; wlok&#322;em si&#281; pustynn&#261; alej&#261; bulwaru. Przede mn&#261; wyl&#261;dowa&#322;a awionetka. U&#347;wiadomi&#322;em sobie, &#380;e mimo woli za&#380;&#261;da&#322;em jakiego&#347; wehiku&#322;u. Wszed&#322;em do kabiny i pomy&#347;la&#322;em: Do Fioli.



29

Przekroczy&#322;em pr&#243;g hotelu Gwiazdozbi&#243;r Lutni i zatrzyma&#322;em si&#281; zmieszany. Po co tu przyszed&#322;em? Je&#347;li nawet Romero przesadza w swojej antypatii do Niebian, nie znaczy to jeszcze, &#380;e trzeba si&#281; w nich kocha&#263;. Brakowa&#322;o mi na Orze ziemskich wyg&#243;d, cho&#263; ta planeta uchodzi&#322;a za cud techniki. Gdyby by&#322;a Opiekunka, wszystko by&#322;oby proste. Powiedz, co si&#281; ze mn&#261; dzieje? Nic szczeg&#243;lnego, kaprys pozorowany ch&#281;ci&#261; poznania nowego albo: Przydarzy&#322;o si&#281; nieszcz&#281;&#347;cie, obdarzasz ziemskim uczuciem mi&#322;o&#347;ci mieszkank&#281; gwiazd, kt&#243;ra o podobnym uczuciu nawet nie s&#322;ysza&#322;a. Roze&#347;mia&#322;em si&#281;. Na naszej wypiel&#281;gnowanej Ziemi maszyny zbyt troskliwie nas piastuj&#261;! Wszed&#322;em do parku.

W parku l&#347;ni&#322;o to samo przyt&#322;umione do ksi&#281;&#380;ycowego blasku s&#322;o&#324;ce, co i na zewn&#261;trz. Nawet w ci&#261;gu dnia wszystko rozp&#322;ywa&#322;o si&#281; tu w p&#243;&#322;mroku, a co dopiero w nocy! Szed&#322;em po omacku, wpadaj&#261;c na drzewa. W oddali pojawi&#322; si&#281; i przemkn&#261;&#322; r&#243;&#380;owy s&#322;up czy-wicher, jaskrawy i nieuchwytnie szybki. Potem rozp&#322;omieni&#322; si&#281; drugi i znikn&#261;&#322;. Zatrzyma&#322;em si&#281;, chc&#261;c si&#281; zorientowa&#263;, w. jakim miejscu si&#281; znajduj&#281;. Spad&#322;a na mnie d&#322;awi&#261;ca ciemno&#347;&#263; wype&#322;niona sennym szelestem li&#347;ci i niespokojnym pomrukiem moich w&#322;asnych my&#347;li.

Fiolo! zawo&#322;a&#322;em p&#243;&#322;g&#322;osem. Fiolo!

Z czerni krzew&#243;w zn&#243;w wychyn&#261;&#322; w przelocie l&#347;ni&#261;cy wir. Zabrzmia&#322; cichy &#347;piew. Wpatrywa&#322;em si&#281; w gwa&#322;townie wiruj&#261;c&#261; pochodni&#281; gin&#261;c&#261; za drzewami i ws&#322;uchiwa&#322;em si&#281; w &#347;piew. Pienia umilk&#322;y wkr&#243;tce. Cisza dzwoni&#322;a w uszach. Nagle wpad&#322;em w gniew. Zacz&#261;&#322;em g&#322;o&#347;no tupa&#263; nogami, a petem bezceremonialnie wtargn&#261;&#322;em pomi&#281;dzy krzewy. Chcia&#322;em zrobi&#263; jak najwi&#281;cej ha&#322;asu, aby zaniepokoi&#263; Wegan. Je&#347;li s&#261; na tyle nieuprzejmi, &#380;e uciekaj&#261; nie pytaj&#261;c, co mnie do nich sprowadza, to ja r&#243;wnie&#380; nie musz&#281; si&#281; nimi kr&#281;powa&#263;.

Fiolo! wrzasn&#261;&#322;em. Fiolo!

I zn&#243;w nikt mi nie odpowiedzia&#322;, jedynie w oddali zapala&#322;y si&#281; i gas&#322;y rozjarzone &#347;wietli&#347;cie s&#322;upy. Dozna&#322;em zawrotu g&#322;owy, zasch&#322;o mi w gardle, ka&#380;da kom&#243;rka cia&#322;a dygota&#322;a jak w febrze. To chyba silna wo&#324; nieznanych kwiat&#243;w tak mnie oszo&#322;omi&#322;a.

Filo! rycza&#322;em. Fiolo!

Run&#261;&#322;em do przodu. Co&#347; zast&#261;pi&#322;o mi drog&#281;, krzew lub istota, odepchn&#261;&#322;em to co&#347;. Par&#322;em w czujn&#261;, boja&#378;liw&#261; cisz&#281;. Pohukiwa&#322;em dla dodania sobie animuszu i rwa&#322;em do przodu odrzucaj&#261;c na boki wszystko, co mi przeszkadza&#322;o, potyka&#322;em si&#281;, przewraca&#322;em, zn&#243;w podrywa&#322;em, kopa&#322;em nogami krzewy i bieg&#322;em dalej.

W jakim&#347; zak&#261;tku ogrodu przewr&#243;ci&#322;em si&#281; i ju&#380; tak pozosta&#322;em. Le&#380;a&#322;em pop&#322;akuj&#261;c z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci i poczucia bezsi&#322;y. By&#322;em zwyci&#281;&#380;ony.

Fiolo! szepta&#322;em. Fiolo!

Podnios&#322;em si&#281; z trudem. Nie mog&#322;em utrzyma&#263; si&#281; na nogach. W g&#322;owie mi hucza&#322;o. Ogarnia&#322; wstyd. Ja, dumny ze swego rozumu cz&#322;owiek, zachowa&#322;em si&#281; jak dziki zwierz lub nieokrzesany barbarzy&#324;ca gotowy bi&#263; i tratowa&#263;. I to w dodatku nie w&#347;r&#243;d ludzi, lecz w domu go&#347;ci przekonanych o pot&#281;dze i dobroci cz&#322;owieka! Co oni teraz o nas pomy&#347;l&#261;?

Wybaczcie, przyjaciele! powiedzia&#322;em. Wybaczcie.

Teraz my&#347;la&#322;em tylko o jednym: jak najpr&#281;dzej wydosta&#263; si&#281; z milcz&#261;cego ogrodu. W oszala&#322;ym biegu w&#347;r&#243;d krzew&#243;w zap&#281;dzi&#322;em si&#281; zbyt daleko. Korony drzew &#322;&#261;czy&#322;y si&#281; nad moj&#261; g&#322;ow&#261; tak, &#380;e nie widzia&#322;em nieba. Przypomnia&#322;em sobie, jak nieoczekiwanie pojawia&#322;a si&#281; awionetka i wezwa&#322;em w my&#347;li dyspozytorni&#281; planety. Nikt si&#281; nie zjawi&#322;, nikt nie odezwa&#322;. Nie by&#322;o &#322;&#261;czno&#347;ci z tym ogrodem. Ruszy&#322;em wybieraj&#261;c drog&#281; na los szcz&#281;&#347;cia. Wkr&#243;tce drzewa rozst&#261;pi&#322;y si&#281;, ukazuj&#261;c niebo z gasn&#261;cym ksi&#281;&#380;ycem. Wyszed&#322;em na drog&#281;.

Tam zn&#243;w us&#322;ysza&#322;em &#347;piew i przez chwil&#281; sta&#322;em, usi&#322;uj&#261;c okre&#347;li&#263; kierunek, z kt&#243;rego dobiega&#322;. Pienia nasila&#322;y si&#281;, d&#378;wi&#281;cza&#322; w nich niepok&#243;j ust&#281;puj&#261;cy miejsca dyskusji lub nawet k&#322;&#243;tni. Takie przynajmniej odnios&#322;em wra&#380;enie. I nagle park roz&#347;wietli&#322; si&#281;, pomi&#281;dzy drzewami zamigota&#322;y ogniki, kt&#243;re zbli&#380;a&#322;y si&#281; do mnie d&#378;wi&#281;cz&#261;c w wysokich rejestrach. P&#243;&#378;niej z krzew&#243;w wytrysn&#261;&#322; s&#322;up t&#281;czowego blasku i jak wicher pomkn&#261;&#322; ku mnie. Ledwie utrzyma&#322;em si&#281; na nogach i obj&#261;wszy Weganina zawirowa&#322;em wraz z nim. Nie od razu spostrzeg&#322;em, &#380;e to by&#322;a Fiola.

Fiolo! powiedzia&#322;em. Fiolo

Trzyma&#322;em j&#261; w obj&#281;ciach, a ku nam ze wszystkich stron p&#281;dzili jej &#347;wietli&#347;ci wsp&#243;&#322;bracia. Nie zd&#261;&#380;y&#322;em och&#322;on&#261;&#263; po spotkaniu z dziewczyn&#261;, a ju&#380; by&#322;em otoczony t&#322;umem Wegan. Teraz widzia&#322;em, &#380;e &#347;wiec&#261; nie tylko ich oczy, ale r&#243;wnie&#380; ca&#322;e cia&#322;o. To, co za dnia wydawa&#322;o si&#281; zabarwieniem ich odzie&#380;y, okaza&#322;o si&#281; ich w&#322;asnym blaskiem swobodnie przenikaj&#261;cym przez szaty, &#347;wiat&#322;em znacznie jaskrawszym ni&#380; za dnia. Weganie nie tylko rozja&#347;niali cia&#322;ami ciemno&#347;&#263;, tak &#380;e w parku sta&#322;o si&#281; tak jasno jak w pe&#322;nym s&#322;o&#324;cu, ale oburzali si&#281; tym jarzeniem, atakowali nim mnie i Fiol&#281;, czynili gwa&#322;towne wyrzuty. To by&#322;o gniewne &#347;wiat&#322;o, tak jak u nas bywa gniewny g&#322;os. Jaka&#347; si&#322;a, wielekro&#263; pot&#281;&#380;niejsza od mojej, odrywa&#322;a mnie od Fioli. Nasze d&#322;onie rozwar&#322;y si&#281; i Fiola wy&#347;lizgn&#281;&#322;a si&#281; z mych obj&#281;&#263;. W jej &#347;piewie zabrzmia&#322; szloch. Rzuci&#322;a si&#281; ku mnie, lecz zn&#243;w co&#347; j&#261; powstrzyma&#322;o.

Fiolo, co si&#281; dzieje? wykrzykn&#261;&#322;em zapominaj&#261;c, &#380;e nie rozumie j&#281;zyka ludzi. Uspokoi&#322;em si&#281; i zacz&#261;&#322;em ch&#322;odno rozumowa&#263;. Te istoty najwyra&#378;niej dysponowa&#322;y polami ochronnymi, podobnymi do mojego, lecz chyba s&#322;abszymi, gdy&#380; dopiero wsp&#243;lnym wysi&#322;kiem t&#322;umu by&#322;y zdolne oddzia&#322;ywa&#263; na mnie. Zorientowa&#322;em si&#281;, co robi&#263;, aby przeciwstawi&#263; si&#281; im, a jednocze&#347;nie nie odrzuci&#263; Fioli wraz z innymi. Wybrawszy odpowiedni&#261; chwil&#281; uchwyci&#322;em j&#261; obiema r&#281;kami i natychmiast przywo&#322;a&#322;em pole. Gdybym nie by&#322; tak zdenerwowany, wybuchn&#261;&#322;bym &#347;miechem, kiedy Weganie rozpierzchli si&#281; niczym zdmuchni&#281;ci i zacz&#281;li gasn&#261;&#263; ze strachu. Pospiesznie cofn&#261;&#322;em pole, aby nie porozbijali si&#281; o drzewa. Fiola tuli&#322;a si&#281; do mnie. Dr&#380;a&#322;a. Oczy mia&#322;a ciemne. Uchwyci&#322;a m&#243;j wzrok i g&#322;&#281;boko westchn&#281;&#322;a. Pog&#322;adzi&#322;em j&#261; po w&#322;osach.

Weganie nie rozbiegli si&#281;, na co liczy&#322;em, lecz zn&#243;w zacz&#281;li zbli&#380;a&#263; si&#281; do nas. Posuwali si&#281; ostro&#380;nie, wolnymi obrotami cia&#322;, jednak&#380;e dwukrotnie szybciej od ludzkiego biegu. Widzia&#322;em w ich twarzach przera&#380;enie, najwidoczniej uznali mnie za potwora, wszechpot&#281;&#380;nego i nieub&#322;aganego. Z przestrachu blask ich oczu przygas&#322;, za to &#347;piew, smutny nawet dla ludzkiego ucha, zabrzmia&#322; g&#322;o&#347;niej. Ogarn&#281;&#322;a mnie fala czu&#322;o&#347;ci dla tych wra&#380;liwych, s&#322;abych fizycznie, lecz silnych duchem istot, kt&#243;re odwa&#380;nie zbli&#380;a&#322;y si&#281; ku mnie, aby wyzwoli&#263; swoj&#261; siostr&#281;, cho&#263; by&#322;y przekonane, &#380;e id&#261; na &#347;mier&#263;.

G&#322;uptasy powiedzia&#322;em. Czemu wy si&#281; mnie boicie?

&#346;piew umilk&#322;. Weganie starali si&#281; zrozumie&#263; moje s&#322;owa. U&#347;miechn&#261;&#322;em si&#281;, zn&#243;w pog&#322;adzi&#322;em w&#322;osy Fioli i poda&#322;em r&#281;k&#281; jednemu z nich. Weganin pospiesznie odskoczy&#322;, ale pozostali zachowywali si&#281; ju&#380; inaczej. Otaczali mnie ciasnym kr&#281;giem, lecz ju&#380; nie nacierali, nie usi&#322;owali oderwa&#263; mnie od Fioli.

Wierzcie mi m&#243;wi&#322;em &#380;e pr&#281;dzej bym si&#281; zabi&#322;, ni&#380; wyrz&#261;dzi&#322; z&#322;o Fioli lub kt&#243;remu&#347; z was.

Nie wiem, czy mnie zrozumieli, ale &#347;piew, kt&#243;ry zad&#378;wi&#281;cza&#322; w odpowiedzi, nie by&#322; ju&#380; tak beznadziejnie smutny. Weganie zn&#243;w rozjarzyli swoje cia&#322;a, oczy im rozb&#322;ys&#322;y, a g&#322;osy sta&#322;y si&#281; bardziej zr&#243;&#380;nicowane: dyskutowali mi&#281;dzy sob&#261;, przekonywali si&#281; o czym&#347; nawzajem. I wtedy zn&#243;w w&#322;&#261;czy&#322;a si&#281; Fiola.

Oczy rozb&#322;ys&#322;y jej fioletowym p&#322;omieniem, kt&#243;ry przemieni&#322; si&#281; w purpur&#281;, a p&#243;&#378;niej w b&#322;&#281;kit opalizuj&#261;cy wszystkimi barwami i odcieniami. R&#243;wnocze&#347;nie dziewczyna za&#347;piewa&#322;a. W moich uszach zabrzmia&#322; ch&#243;r srebrnych dzwonk&#243;w powtarzaj&#261;cych dwukrotnie t&#281; sam&#261; fraz&#281; muzyczn&#261;, popart&#261; zimnym blaskiem oczu. Zrozumia&#322;em, &#380;e rozkazuje swym pobratymcom: Odejd&#378;cie! Odejd&#378;cie! Weganie przyga&#347;li, zamilkli i z napi&#281;ciem wpatrywali si&#281; we mnie i w Fiol&#281;. Powt&#243;rzy&#322;em &#322;agodnie:

Fioli nic z&#322;ego si&#281; nie stanie.

A jednak nie mogli si&#281; zdecydowa&#263; na pozostawienie nas samych. Jarzyli si&#281;, pod&#378;wi&#281;kiwali s&#322;abiutkimi g&#322;osikami, ale nie ruszali si&#281; z miejsca. W oczach Fioli zap&#322;on&#281;&#322;y zimne p&#322;omienie, w g&#322;osie odezwa&#322; si&#281; gniew. Rozumia&#322;em ka&#380;dy jej rozb&#322;ysk, ka&#380;d&#261; nutk&#281;. Czemu nie odchodzicie?! oburza&#322;a si&#281;. Odejd&#378;cie, prosz&#281; was! Dopiero kiedy kilkakrotnie powt&#243;rzy&#322;a swoje &#380;&#261;danie, t&#322;um powoli zacz&#261;&#322; si&#281; rozprasza&#263;. Najpierw zawirowa&#322; kto&#347; na skraju, za nim odsun&#261;&#322; si&#281; w ciemno&#347;&#263; jego s&#261;siad, a&#380; wreszcie stopniowo rozproszyli si&#281; pozostali. Mi&#281;dzy drzewami zamigota&#322;y oddalaj&#261;ce si&#281; &#347;wietliste kolummy na kilka sekund wszystko zn&#243;w rozjarzy&#322;o si&#281; niezwyk&#322;ymi ogniami, kt&#243;re zgas&#322;y po chwili i doko&#322;a zapanowa&#322;a nieprzenikniona, atramentowoczarna, d&#322;awi&#261;ca si&#281; w&#322;asnymi woniami ciemno&#347;&#263; obcego, niepoj&#281;tego parku. Nie ba&#322;em si&#281; ju&#380; jednak, gdy&#380; obok mnie by&#322;a Fiola. U&#347;miecha&#322;a si&#281; i ja si&#281; u&#347;miechn&#261;&#322;em do niej. Przypomnia&#322;em sobie, &#380;e jeste&#347;my przecie&#380; dla siebie niemi i chwyci&#322;em za zapomniany deszyfrator w nadziei, &#380;e on nam troch&#281; pomo&#380;e.

Nie trzeba! roze&#347;mia&#322;a si&#281; Fiola. Obejdziemy si&#281; ju&#380; bez tego aparatu.

By&#322;em tak zdumiony, &#380;e nie mog&#322;em wykrztusi&#263; s&#322;owa. Rozumia&#322;em wszystko, nie domy&#347;la&#322;em si&#281;, lecz rozumia&#322;em ka&#380;dy d&#378;wi&#281;k i ka&#380;d&#261; barw&#281; jej mowy.

Czy nie pojmujesz zad&#378;wi&#281;cza&#322;a Fiola &#380;e nauczy&#322;am si&#281; twego j&#281;zyka jeszcze w ci&#261;gu dnia, a teraz zrozumieli go tak&#380;e moi przyjaciele?

Mnie r&#243;wnie&#380; wydawa&#322;o si&#281;, i&#380; chyba mnie zrozumieli powiedzia&#322;em. Teraz jestem tego pewien. Spojrza&#322;a na mnie filuternie. By&#322;a tak pi&#281;kna, &#380;e dech mi w piersi zapar&#322;o.

Mam nadziej&#281;, &#380;e i ty mnie rozumiesz, Eli. Mam racj&#281;?

Opanowa&#322;em si&#281;. &#379;aden cud si&#281; nie zdarzy&#322;. Nasz m&#243;zg te&#380; jest przecie&#380; deszyfratorem, s&#322;owa jedynie towarzysz&#261; bezpo&#347;redniemu przekazywaniu my&#347;li, tu za&#347; my&#347;lom pomaga&#322;y nie tylko d&#378;wi&#281;ki, lecz r&#243;wnie&#380; i barwy. Ale nawet po zrozumieniu tego zjawiska nie przesta&#322;em si&#281; dziwi&#263;.

Nasz j&#281;zyk jest ubo&#380;szy od waszego powiedzia&#322;em. Na Ziemi nie tylko ludzie, ale tak&#380;e niemal wszystkie zwierz&#281;ta komunikuj&#261; si&#281; ze sob&#261; przy pomocy d&#378;wi&#281;ku, tak ju&#380; jeste&#347;my zbudowani. Wyjd&#378;my na otwart&#261; przestrze&#324;. To mo&#380;e &#347;mieszne, ale wydaje mi si&#281;, &#380;e wasze drzewa zamiast li&#347;ci maj&#261; &#322;apy.

Fantazjujesz! Drzewa s&#261; naszymi obro&#324;cami. Ich li&#347;cie ekranizuj&#261; promieniowanie kr&#243;tkofalowe naszej gwiazdy dziennej. Nikt z nas w ci&#261;gu ca&#322;ego dnia nie wyjdzie na nie os&#322;oni&#281;t&#261; przestrze&#324;. Spacerujemy tylko noc&#261;.

Przypomnia&#322;em sobie, &#380;e pi&#281;kna Wega jest gor&#281;tsza nawet od Altairu, temperatura jej wynosi oko&#322;o 15 000 stopni. W promieniach takiego s&#322;o&#324;ca trudno spacerowa&#263;. Nie ulega w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e &#347;wiec&#261;cy i rozmawiaj&#261;cy b&#322;yskami &#347;wiat&#322;a Weganie s&#261; po prostu stworzeni do &#380;ycia nocnego.



30

Wyszli&#347;my na polan&#281; i siedli&#347;my na &#322;aweczce. Chodzi&#263; z Fiol&#261; by&#322;o mi dosy&#263; trudno, bo dziewczyna nie potrafi&#322;a wlec si&#281; w ludzkim tempie, a ja zn&#243;w nie mog&#322;em za ni&#261; nad&#261;&#380;y&#263;. Za to dobrze si&#281; z ni&#261; siedzia&#322;o. Promieniuje od niej przyjemne ciep&#322;o, gdy&#380; Weganie r&#243;wnie&#380; s&#261; ciep&#322;okrwi&#347;ci.

Nad polan&#261; otwar&#322;o si&#281; nocne niebo. Ksi&#281;&#380;yc zgas&#322;, a gwiazdy p&#322;on&#281;&#322;y czysto i jaskrawo. Na Orze ci&#347;nienie powietrza jest r&#243;wne ziemskiemu, ale grubo&#347;&#263; atmosfery znacznie mniejsza, a wi&#281;c i gwiazdy &#347;wiec&#261; ja&#347;niej. Fiola patrzy&#322;a na Weg&#281;. Na Ziemi cz&#281;sto podziwia&#322;em pi&#281;kny blask tej gwiazdy, tutaj wpad&#322;em wr&#281;cz w zachwyt nad jej wspania&#322;o&#347;ci&#261;. Fiola poprosi&#322;a, abym pokaza&#322; jej nasze S&#322;o&#324;ce, ja za&#347; zapyta&#322;em, kt&#243;ry gwiazdozbi&#243;r najbardziej si&#281; jej podoba. Z niepokojem czeka&#322;em na odpowied&#378;. Gwiazdozbiory widziane z Ory nie s&#261; podobne do ziemskich, ale Wielka Nied&#378;wiedzica, Kasjopeja i Orion tak&#380;e tutaj s&#261; bardzo pi&#281;kne. Jednak Fiola zwr&#243;ci&#322;a p&#322;omienne oczy na r&#243;wnoleg&#322;obok ograniczony przez Fomalhaut, Altair, Syriusza i Capell&#281;, w &#347;rodku kt&#243;rego po&#322;yskiwa&#322;y trzy male&#324;kie, trudne do odnalezienia, lecz drogie memu sercu gwiazdki: Polluks, Alfa Centauri i S&#322;o&#324;ce.

Dobrze wybra&#322;a&#347; powiedzia&#322;em. jeste&#347;my stamt&#261;d, Fiolo. Wskaza&#322;em na S&#322;o&#324;ce.

Zdziwi&#322;a si&#281;, &#380;e S&#322;o&#324;ce jest takie ma&#322;e. Odpowiedzia&#322;em, &#380;e jest po prostu bardzo odleg&#322;e. Fiola zamy&#347;li&#322;a si&#281;.

Jeste&#347;cie pot&#281;&#380;ni, wy, ludzie powiedzie&#322;a (a raczej zab&#322;ys&#322;a i za&#347;piewa&#322;a). Kiedy wyl&#261;dowali&#347;cie na naszej planecie, niekt&#243;rzy my&#347;leli, i&#380; jeste&#347;cie b&#243;stwami, bo wasze pojawienie wydawa&#322;o si&#281; im nadnaturalne.

Teraz ju&#380; chyba wiecie, &#380;e jeste&#347;my zwyk&#322;ymi istotami, nie lepszymi od was?

Pokr&#281;ci&#322;a g&#322;ow&#261;, a oczy jej zab&#322;ys&#322;y matowo i wilgotnie. W zamy&#347;leniu przypomina&#322;a smutne dziecko i chcia&#322;o si&#281; j&#261; pocieszy&#263;, oderwa&#263; od z&#322;ych my&#347;li przynosz&#261;cych troski.

Pod wieloma wzgl&#281;dami jeste&#347;cie nawet gorsi od nas, a jednocze&#347;nie niezmiernie nas przewy&#380;szacie. Prosi&#322;em o wyja&#347;nienie. Rozumieli&#347;my si&#281; ju&#380; tak dobrze, &#380;e mogli&#347;my rozmawia&#263; na dowolny temat, cho&#263; &#322;atwo pojmowa&#322;em jedynie proste poj&#281;cia, a bardziej z&#322;o&#380;one my&#347;li Fiola powtarza&#322;a mi kilkakrotnie, nim je wreszcie przyswoi&#322;em.

Rozpocz&#281;&#322;a od tego, &#380;e w pierwszej chwili ludzie wydaj&#261; si&#281; s&#322;abi i bezsilni.

Jeste&#347;cie niezr&#281;czni i wolno my&#347;licie, nie umiecie ani porusza&#263; si&#281; szybko, ani podejmowa&#263; b&#322;yskawicznych decyzji. Wreszcie rzecz chyba najwa&#380;niejsza: mo&#380;ecie utrzyma&#263; si&#281; przy &#380;yciu jedynie w bardzo w&#261;skim zakresie warunk&#243;w i nawet niewielka ich zmiana nieuchronnie zabija was. Nie znosicie upa&#322;u, ani mrozu, ani rozrzedzonego powietrza, ani wielkich ci&#347;nie&#324;, ani przenikliwych promieniowa&#324;, ani d&#322;ugotrwa&#322;ego g&#322;odu, ani pragnienia, ani przeci&#261;&#380;e&#324;. Co by si&#281; sta&#322;o, gdyby kogokolwiek z was wyrzucono nagiego, bez narz&#281;dzi i maszyn, w zewn&#281;trzny &#347;wiat? Nawet &#347;rodki porozumiewania si&#281; macie niedoskona&#322;e: mowa prymitywna i powolna, a bezpo&#347;rednio nie potraficie przekazywa&#263; my&#347;li. Przedzia&#322; istnienia ludzi jest tak w&#261;ski, &#380;e wr&#281;cz tragicznie przypomina lini&#281;, na kt&#243;rej &#380;ycie ludzkie wisi jak na w&#322;osku. Jeste&#347;my pod wieloma wzgl&#281;dami doskonalsi od was. Wprawdzie chronimy si&#281; przed twardym promieniowaniem naszej gwiazdy, ale r&#243;wnie &#322;atwo oddychamy przy jednym i czterdziestu procentach tlenu w powietrzu; znosimy stustopniowy upa&#322; i stustopniowy mr&#243;z, porozumiewamy si&#281; bez d&#378;wi&#281;k&#243;w i &#347;wiate&#322;, d&#378;wi&#281;ki i barwy jedynie towarzysz&#261; bezpo&#347;redniej mowie naszych my&#347;li; nie toniemy w wodzie; miesi&#261;cami &#380;yjemy bez pokarmu i napoju; nie umieramy, je&#347;li przez tydzie&#324; musimy czuwa&#263;. Ka&#380;dy z nas przechowuje w swoim m&#243;zgu ca&#322;&#261; wiedz&#281; zgromadzon&#261; przez spo&#322;ecze&#324;stwo, nie potrzebujemy wi&#281;c maszyn informacyjnych do uruchomienia naszych wiadomo&#347;ci. Oto jacy jeste&#347;my i jacy jeste&#347;cie wy. Ju&#380; przy pierwszym zetkni&#281;ciu si&#281; z wami uderza fakt, &#380;e wy, tacy s&#322;abi, nie wygin&#281;li&#347;cie jeszcze w zaraniu waszej historii.

To dlatego, &#380;e zmusili&#347;my w&#322;asne braki, aby nam s&#322;u&#380;y&#322;y. Nasza pot&#281;ga jest odwrotn&#261; stron&#261; naszych s&#322;abo&#347;ci.

Tak powiedzia&#322;a Fiola. Wasza wielko&#347;&#263; jest przed&#322;u&#380;eniem tych s&#322;abo&#347;ci. To druga rzecz, kt&#243;ra w was zdumiewa. Szkodz&#261; wam wahania temperatury, bronicie si&#281; wi&#281;c przed nimi odzie&#380;&#261;, budynkami, generatorami ciep&#322;a i ch&#322;odu. Spadek ci&#347;nienia powietrza i zawarto&#347;ci tlenu w atmosferze jest dla was zab&#243;jczy, wobec tego wymy&#347;lili&#347;cie skafandry. Nie mo&#380;ecie &#380;y&#263; bez jad&#322;a i napoju, zabieracie wi&#281;c z sob&#261; ich zapasy i umiecie sporz&#261;dza&#263; pokarm i nap&#243;j z dowolnych substancji. Od przeci&#261;&#380;e&#324; chroni&#261; was pola si&#322;owe, te same pola pokonuj&#261; niewa&#380;ko&#347;&#263;, tworz&#261;c specyficzne, jedynie wam odpowiadaj&#261;ce i nader rzadko spotykane we Wszech&#347;wiecie, warunki ci&#261;&#380;enia. Macie niewielk&#261; pami&#281;&#263;, ale bezgranicznie poszerzyli&#347;cie j&#261; za pomoc&#261; urz&#261;dze&#324; zapami&#281;tuj&#261;cych. Macie s&#322;abe mi&#281;&#347;nie, lecz pos&#322;ugujecie si&#281; niezmiernie pot&#281;&#380;nymi maszynami. My&#347;l wasza jest powolna, spos&#243;b wyra&#380;ania jej s&#322;owami prymitywny, nie potraficie te&#380; bezpo&#347;rednio chwyta&#263; cudzych my&#347;li, macie za to deszyfratory, kt&#243;re kompensuj&#261; te wasze wrodzone braki. I cho&#263; sami nie mo&#380;ecie si&#281; szybko porusza&#263; na swoich s&#322;abych, &#378;le przez natur&#281; zbudowanych nogach, to skonstruowali&#347;cie aparaty kosmiczne &#322;atwo wyprzedzaj&#261;ce najszybszego biegacza Wszech&#347;wiata &#347;wiat&#322;o. I tak jest ze wszystkim, Eli! Wyszukujecie swoje s&#322;abe punkty, wzmacniacie je mechanizmami i wasze niedoskona&#322;o&#347;ci staj&#261; si&#281; zaletami. Bez swoich wynalazk&#243;w jeste&#347;cie &#380;a&#322;o&#347;nie mali, lecz wraz z nimi nieprawdopodobnie wielcy. Niemoc w obliczu ka&#380;dego z &#380;ywio&#322;&#243;w skompensowali&#347;cie tak, &#380;e sami stali&#347;cie si&#281; najpot&#281;&#380;niejsz&#261; z si&#322; natury. We Wszech&#347;wiecie nie ma si&#322; pot&#281;&#380;niejszych od was malutkich, nieruchawych ludzi.

Pi&#281;knie odpar&#322;em. Podoba mi si&#281; tw&#243;j wyk&#322;ad na temat brak&#243;w i zalet ludzkich. Ale je&#347;li nie nasza pot&#281;ga, to co wywo&#322;uje najwi&#281;ksze wasze zdumienie?

Od razu wida&#263;, &#380;e jeste&#347; cz&#322;owiekiem i &#380;e ludzie s&#261; prymitywni. Chocia&#380; macie m&#281;tne oczy i wasze twarze nie odbijaj&#261; waszych my&#347;li, to teraz oczy ci zab&#322;ys&#322;y i twarz masz pe&#322;n&#261; uwagi. A wszystko dlatego, &#380;e jeste&#347; pr&#243;&#380;ny. Zawczasu cieszysz si&#281;, &#380;e zostaniesz pochwalony, niewa&#380;ne za co, byle tylko pochwa&#322;a by&#322;a gor&#261;ca.

To by&#322;o bezlitosne, tak celne, &#380;e poczerwienia&#322;em. Fiola patrzy&#322;a na mnie z u&#347;miechem. Jej oczy o&#347;wietla&#322;y mnie i rozprasza&#322;y mrok parku. Gdyby&#347;my nie rozmawiali na powa&#380;ne tematy, wyda&#322;oby mi si&#281;, &#380;e jestem zakochany. Mi&#322;o&#347;&#263; moim zdaniem wymaga specjalnych warunk&#243;w, kt&#243;re tu w&#322;a&#347;nie by&#322;y spe&#322;nione: ciep&#322;a, przesycona zapachami noc, wspania&#322;y, ba&#347;niowy park i wreszcie, co najwa&#380;niejsze, bosko pi&#281;kna dziewczyna. Ta boska pi&#281;kno&#347;&#263; by&#322;a piekielnie m&#261;dra i to mnie trze&#378;wi&#322;o. Nie by&#322;a te&#380; cz&#322;owiekiem, a mnie ogarnia&#322;o ludzkie, nazbyt ludzkie uczucie! Ziemskie dziewczyny obejmuje si&#281; i ca&#322;uje, szepcze si&#281; im czu&#322;e s&#322;owa, bo taka jest ludzka mi&#322;o&#347;&#263;, prymitywna jak my sami. A czego oczekuj&#261; doskona&#322;e mieszkanki gwiazd?

Fiola zrozumia&#322;a pow&#243;d mego milczenia, poj&#281;ta chyba lepiej ode mnie. W jej oczach barwy zmienia&#322;y si&#281; szybko, g&#322;os &#347;piewa&#322; d&#378;wi&#281;cznie i melodyjnie. Gdybym nie stara&#322; si&#281; rozszyfrowa&#263; sensu tej muzyki, rozkoszowa&#322;bym si&#281; ni&#261; po prostu jak cudown&#261; pie&#347;ni&#261;. Wspomnia&#322;em swoje zami&#322;owanie do muzyki indywidualnej. To by&#322;o znacznie prostsze, bo nie trzeba by&#322;o &#322;owi&#263; znaczenia ka&#380;dego tonu.

Czemu zamilk&#322;e&#347;? spyta&#322;a Fiola. Czy&#380;by ci&#281; nie interesowa&#322;o, co jest wasz&#261; najbardziej zdumiewaj&#261;c&#261; cech&#261;?

Ale&#380; tak, oczywi&#347;cie &#380;e interesuje! Czym wi&#281;c was tak bardzo zadziwiamy?

Wasz&#261; dobroci&#261;. Jeste&#347;cie rozbrajaj&#261;co dobrzy, m&#243;j mi&#322;y cz&#322;owieku. Nic nie mo&#380;e si&#281; r&#243;wna&#263; z wasz&#261; dobroci&#261; i wyrozumia&#322;o&#347;ci&#261;.

Nabra&#322;em nieco otuchy. M&#243;g&#322;bym wprawdzie wiele opowiedzie&#263; o wypadkach, kiedy bywamy &#378;li, ale nie chcia&#322;em. Pomy&#322;ka Fioli sprawia&#322;a mi przyjemno&#347;&#263;. Wola&#322;bym rozmawia&#263; o Fioli i jej pobratymcach lub o nocy i naszym spotkaniu, a nie o ludziach. Nasza rozmowa by&#322;aby wtedy bardziej interesuj&#261;ca.

Dziewczyna powr&#243;ci&#322;a do naszej pot&#281;gi.

Pot&#281;ga przewa&#380;a nad ma&#322;ostkowo&#347;ci&#261;, wielko&#347;&#263; jest ponad dokuczliwe drobiazgi, bo takie jest prawo natury. Gwiazda jest oboj&#281;tna, nie wzrusza jej to, &#380;e swoimi promieniami podtrzymuje &#380;ycie jednych istot, a zabija inne. Ludzie natomiast naruszaj&#261; to prawo. Ich pot&#281;ga nie jest &#347;lepa, poniewa&#380; burzy i tworzy planety w imi&#281; &#380;ycia. Kiedy pierwsi ludzie wyl&#261;dowali u nas, ogarn&#281;&#322;o nas przera&#380;enie, gdy&#380; oczekiwali&#347;my zguby. Ale ludzie pomogli nam upora&#263; si&#281; z letnim nadmiarem promieniowania, pomogli uchroni&#263; si&#281; przed straszliwymi mrozami w zimie. Zbudowali pomieszczenia ekranizuj&#261;ce i obecnie w upa&#322; nie musimy chowa&#263; si&#281; w krzewach i pod drzewami. Nie marzniemy te&#380;, kiedy nasza planeta oddala si&#281; zim&#261; od Wegi: ogrzewa nas sztuczne s&#322;o&#324;ce. Wielu my&#347;li, &#380;e ludzie przybyli do nas jedynie po to, aby nam pom&#243;c, &#380;e ich przylot nie mia&#322; innego celu. Czy&#380; to nie zadziwiaj&#261;ce`? W trakcie przelotu na Or&#281; ludzie m&#243;wili: To wszystko jest dla was. Na Orze ci&#261;gle si&#281; nam powtarza: &#379;&#261;dajcie wszystkiego, co jest wam potrzebne. Naszym obowi&#261;zkiem jest stworzy&#263; wam najlepsze warunki.

A czy sami nie post&#261;piliby&#347;cie tak samo? zaoponowa&#322;em. Powiedzmy, &#380;e przylecieli&#347;cie na inn&#261; planet&#281;

Nie wiem. W uk&#322;adzie Wegi &#380;ycie nie jest lekkie, a mechanizm&#243;w podobnych do waszych nie mamy. Obawiam si&#281;, &#380;e zawsze troszczyliby&#347;my si&#281; przede wszystkim o siebie. Pomy&#347;l. Przyszed&#322;e&#347; noc&#261; bez uprzedzenia i ju&#380; zacz&#281;&#322;o si&#281; zamieszanie. Wszyscy zl&#281;kli si&#281; ciebie, Eli, a kiedy zbli&#380;y&#322;am si&#281; do ciebie, chciano nas rozdzieli&#263;. Ale siedz&#281; teraz z tob&#261; i jest mi dobrze. Nam wszystkim jest dobrze przy ludziach. To cudowne, &#380;e na &#347;wiecie jeste&#347;cie wy, ludzie!

Fiola jarzy&#322;a si&#281; w uniesieniu, &#347;piew jej chwyta&#322; za serce. Czu&#322;em si&#281; w tej chwili przedstawicielem ludzko&#347;ci, by&#322;em dumny, &#380;e ludzie s&#261; kochani. Wspomnia&#322;em z oburzeniem, jak Romero m&#243;wi&#322; z pogard&#261; o sztucznym s&#322;o&#324;cu, za kt&#243;re Weganka dzi&#281;kowa&#322;a ludziom. Za&#322;oga gwiazdolotu wys&#322;anego na Weg&#281; zu&#380;y&#322;a na to ca&#322;&#261; rezerw&#281; substancji aktywnej i poniewa&#380; nie by&#322;o to przewidziane w programie lotu, b&#281;dzie t&#322;umaczy&#263; si&#281; z tego na Ziemi. Wyobrazi&#322;em sobie planet&#281; Fioli latem spalon&#261; nieub&#322;aganym &#380;arem, ciemn&#261; i mro&#378;n&#261; zim&#261;. W oddali b&#322;yszcza&#322;a niebieskawobia&#322;a Wega, dekoracyjna, lecz nie&#380;yciodajna gwiazda. Tak, oczywi&#347;cie, do wszystkiego mo&#380;na si&#281; przystosowa&#263;, nawet do najgorszych warunk&#243;w bytowania, Weganie przystosowali si&#281; wi&#281;c kosztem niewyobra&#380;alnych cierpie&#324; i m&#281;czarni. Rozum i serce kaza&#322; mi by&#263; razem z nimi i z tymi, kt&#243;rzy w lodowat&#261; ciemno&#347;&#263; pos&#322;ali fal&#281; ciep&#322;a, a skute mrozem schrony os&#322;onili przed zab&#243;jczymi promieniami letniego &#347;wiat&#322;a. Nie ulega jednak w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e znajd&#261; si&#281; ludzie, kt&#243;rzy popr&#261; Romera, uznaj&#261; bezinteresown&#261; ludzk&#261; pomoc za karygodn&#261; rozrzutno&#347;&#263; Nie mog&#322;em jednak powiedzie&#263; tego Fioli, nie chcia&#322;em jej m&#243;wi&#263;, &#380;e ludzie bywaj&#261; r&#243;&#380;ni!

Tymczasem zgas&#322;y ksi&#281;&#380;yc zacz&#261;&#322; odradza&#263; si&#281; s&#322;o&#324;cem. Na czarnej zas&#322;onie nieba zab&#322;ysn&#261;&#322; kr&#261;g, kt&#243;ry stawa&#322; si&#281; coraz ja&#347;niejszy i gor&#281;tszy. Gwiazdy blak&#322;y i nikn&#281;&#322;y. Fiola przytuli&#322;a si&#281; do mnie. Chcia&#322;em j&#261; poca&#322;owa&#263;, a ale nie wiedzia&#322;em, czy na Wedze jest podobny zwyczaj. Zreszt&#261; by&#322;o mi dobrze nawet bez poca&#322;unk&#243;w.

Nadchodzi dzie&#324;, Fiolo. Dzie&#324; pracy powiedzia&#322;em.

Tak, dzie&#324; odezwa&#322;a si&#281;. I ty odejdziesz. Dzi&#281;kuj&#281;, &#380;e by&#322;e&#347; tej nocy ze mn&#261;, Eli.

Ja ci r&#243;wnie&#380; dzi&#281;kuj&#281;, Fiolo. Ofiarowa&#322;a&#347; mi najpi&#281;kniejsz&#261; noc w &#380;yciu.

Co by&#322;o w niej najpi&#281;kniejsze i najlepsze, Eli? To, &#380;e krytykowa&#322;am niesfornych ludzi?

Nie. To, &#380;e siedzieli&#347;my razem i cho&#263; odmienni, czuli&#347;my swoj&#261; wsp&#243;lnot&#281;.

Dziewczyna d&#378;wi&#281;cz&#261;c i po&#322;yskuj&#261;c pomkn&#281;&#322;a w g&#322;&#261;b parku, a ja powlok&#322;em si&#281; do wyj&#347;cia.



31

Wybiera&#322;em si&#281; w&#322;a&#347;nie do Wiery, gdy ona sama mnie wezwa&#322;a. Przed wej&#347;ciem do hotelu zab&#322;ys&#322;a wideokolumna. Wiera siedzia&#322;a przy stole. Sprawia&#322;a wra&#380;enie zm&#281;czonej.

Nie spa&#322;e&#347; dzi&#347;, bracie? zapyta&#322;a, przygl&#261;daj&#261;c mi si&#281; uwa&#380;nie. Nie by&#322;o ci&#281; w domu.

Sp&#281;dzi&#322;em noc z Fiol&#261; w parku.

Ja r&#243;wnie&#380; nie spa&#322;am. Idiotyczna noc: dyskusje, spory, k&#322;&#243;tnie Niekt&#243;rzy ludzie zupe&#322;nie nie maj&#261; serca! Zorientowa&#322;em si&#281;, &#380;e m&#243;wi o Romerze.

Rzadko zdarza&#322;o mi si&#281; widzie&#263; Wier&#281; tak zm&#281;czon&#261;. Dawniej spory mobilizowa&#322;y j&#261;, dodawa&#322;y energii. Dyskusje o&#380;ywia&#322;y, a nie przyt&#322;acza&#322;y. Mi&#281;dzy ni&#261; a Romerem musia&#322;o zaj&#347;&#263; co&#347; bardzo wa&#380;nego.

We&#378; natrysk radiacyjny i nie my&#347;l o czyim&#347; braku serca.

Natrysk wezm&#281;, ale nie my&#347;le&#263; o ludziach bez serca nie potrafi&#281;. Osch&#322;o&#347;&#263; mo&#380;e sta&#263; si&#281; gro&#378;na, je&#380;eli dotknie wielu ludzi. Wezwa&#322;am ci&#281;, aby zwolni&#263; na dzi&#347; z obowi&#261;zk&#243;w.

Zjad&#322;em &#347;niadanie i poszed&#322;em do Andre. Spotka&#322;em u niego Lusina. Zaproponowa&#322;em im wypraw&#281; po informacje na temat Galakt&#243;w. Andre zamierza&#322; przygotowa&#263; sal&#281; Narad Galaktycznych do swego koncertu. Zapewni&#322;em go, &#380;e Niebianie odnios&#261; si&#281; do jego koncertu nie lepiej ni&#380; ludzie, gdy&#380; muzyka winna przynosi&#263; rado&#347;&#263;, a nie m&#281;czarnie.

Nasz wiek jest tragiczny wykrzykn&#261;&#322; Andre. Popatrz na niebo: ile&#380; tam nieszcz&#281;&#347;&#263;! I jeszcze na domiar z&#322;ego ci cz&#322;ekokszta&#322;tni z ich zagadkowymi wrogami. Nasi przodkowie mogli prymitywnie cieszy&#263; si&#281; nie wiadomo z czego, my natomiast musimy zastanowi&#263; si&#281; nad sensem istnienia.

Got&#243;w by&#322; wywo&#322;a&#263; gwa&#322;town&#261; dyskusj&#281;, ale odwr&#243;ci&#322;em si&#281; od niego i powt&#243;rzy&#322;em propozycj&#281; Lusinowi. Lusin pocz&#261;tkowo odm&#243;wi&#322; pod pozorem nawa&#322;u pracy w stajni, ale przekona&#322;em go, &#380;e jego wym&#243;wki s&#261; &#347;mieszne. Bo czy&#380; po to przyjecha&#322; na Or&#281;, aby spe&#322;nia&#263; zachcianki pegaz&#243;w i smok&#243;w? Tym mo&#380;na r&#243;wnie dobrze zajmowa&#263; si&#281; na Ziemi. Lusina &#322;atwiej jest przekona&#263; ni&#380; Andre. Zabrali&#347;my ze sob&#261; przeno&#347;ny deszyfrator i pojechali&#347;my do hotelu Gwiazdozbi&#243;r Or&#322;a.

Pomys&#322; szukania informacji o Galaktach u Altairczyk&#243;w przyszed&#322; mi do g&#322;owy jeszcze wczoraj. Chcia&#322;em te&#380; zapozna&#263; si&#281; z ich malarstwem. Spychalski tak je zachwala&#322;, &#380;e rozpiera&#322;a mnie ciekawo&#347;&#263;.

W przedsionku w&#322;o&#380;yli&#347;my skafandry i otrzymali&#347;my latarki gamma do o&#347;wietlania niewidzialnych mieszka&#324;c&#243;w uk&#322;adu Altairu.

W hali by&#322;o pusto. &#346;wiecili&#347;my na wszystkie strony, ale nikogo nie mogli&#347;my znale&#378;&#263;.

W odleg&#322;ym ko&#324;cu sali rozpoczyna&#322; si&#281; tunel, kt&#243;rym przedostali&#347;my si&#281; na plac roboczy. Serce &#347;cisn&#281;&#322;o mi si&#281; na widok krajobrazu, kt&#243;ry rozpo&#347;ciera&#322; si&#281; doko&#322;a. Na ciemnym niebie wisia&#322;a bia&#322;ob&#322;&#281;kitna kula imituj&#261;ca Altair. Wszystko w&#347;ciekle b&#322;yszcza&#322;o. Ani jednej trawki, ani jednej ro&#347;linki, tylko niezno&#347;ny bia&#322;y kamie&#324;, skrzypi&#261;cy bia&#322;y piasek i kurz unosz&#261;cy si&#281; spod n&#243;g

&#321;adny widoczek powiedzia&#322;em. &#379;y&#263; si&#281; odechciewa!

Lusin i tym razem nie straci&#322; kontenansu.

Nie&#378;le! rzek&#322;. &#379;y&#263; tutaj to sztuka. Wielka. Wkr&#243;tce napotkali&#347;my budowle Altairczyk&#243;w: kamienne sze&#347;ciany bez okien, skalne pude&#322;ka ci&#261;gn&#261;ce si&#281; rz&#281;dami a&#380; do horyzontu. Weszli&#347;my do jednego z sze&#347;cian&#243;w i zapalili&#347;my latarki. Na &#347;cianach zap&#322;on&#281;&#322;y obrazy namalowane farbami luminescencyjnymi. Rysunki zmienia&#322;y barw&#281; i nat&#281;&#380;enie, gdy tylko poruszy&#322;o si&#281; promieniem latarki. Po jej zgaszeniu z wolna nik&#322;y. Malowid&#322;a sprawia&#322;y dziwne wra&#380;enie: same dziwacznie pogmatwane linie. Zdecydowane, mi&#281;kkie, faliste. Nie urywane kreski, lecz pe&#322;ne kontury. Przypomnia&#322;a mi si&#281; matematyczna krzywa Peana, linia bez szeroko&#347;ci i grubo&#347;ci, lecz wype&#322;niaj&#261;ca sob&#261; dowoln&#261; bry&#322;&#281;. Linie Altairczyk&#243;w by&#322;y podobne: zape&#322;nia&#322;y ca&#322;&#261; przestrze&#324;, okre&#347;la&#322;y g&#322;&#281;bi&#281;, odtwarza&#322;y powietrze i przedmioty. Widzia&#322;em na obrazach ten sam pejza&#380;, kt&#243;ry rozpo&#347;ciera&#322; si&#281; na zewn&#261;trz budynku: to samo pal&#261;ce s&#322;o&#324;ce, pola, kamienie, piasek i budowle. W tym krajobrazie byli umieszczeni Altairczycy nitkonodzy, paj&#261;kowaci, przemykaj&#261;cy si&#281; mi&#281;dzy przedmiotami. Przed jednym z obraz&#243;w sta&#322;em d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281;. Dw&#243;ch Altairczyk&#243;w walczy&#322;o z sob&#261;. W&#347;ciekle splatali ko&#324;czyny i przepychali si&#281; tu&#322;owiami. Artysta wspaniale odda&#322; ich w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263;, szybko&#347;&#263; i energi&#281; ruch&#243;w. Szed&#322;em wzd&#322;u&#380; jednej ze &#347;cian, a Lusin ogl&#261;da&#322; przeciwleg&#322;&#261;. Nagle krzykn&#261;&#322;:

Eli, chod&#378; tutaj! Szybciej!

Rzuci&#322;em si&#281; ku niemu my&#347;l&#261;c, &#380;e przytrafi&#322;o mu si&#281; co&#347; z&#322;ego. Lusin pokazywa&#322; palcem na rysunek.

Na obrazie byli Galaktowie.

Ten obraz te&#380; by&#322; rysowany liniami. Na kamieniu le&#380;a&#322; umieraj&#261;cy brodaty Galakt w czerwonym p&#322;aszczu i kr&#243;tkich spodniach. Jedn&#261; r&#281;k&#281; bezsilnie odrzuci&#322; w bok, drug&#261; przyciska&#322; do piersi. Oczy umieraj&#261;cego by&#322;y zamkni&#281;te, usta wykrzywia&#322; grymas. Opodal sta&#322;o trzech Galakt&#243;w ze skutymi r&#281;kami (na wizerunku dok&#322;adnie wida&#263; by&#322;o &#322;a&#324;cuch kr&#281;puj&#261;cy ich r&#281;ce wykr&#281;cone do ty&#322;u). Artysta z tak&#261; sam&#261; przera&#380;aj&#261;c&#261; wierno&#347;ci&#261; odda&#322; m&#281;ki konaj&#261;cego i milcz&#261;c&#261; rozpacz trzech je&#324;c&#243;w. Galaktowie nie patrzyli na widza, g&#322;owy mieli opuszczone z bezwoln&#261; pokor&#261;. A nad nimi przelatywali Altairczycy. Malarz z r&#243;wnym mistrzostwem ukaza&#322; rozterk&#281; mieszka&#324;c&#243;w Altairu. Ka&#380;da linia ich cia&#322;a krzycza&#322;a cierpieniem, ch&#281;ci&#261; niesienia pomocy i bezsi&#322;&#261;.

A gdzie s&#261; ci, kt&#243;rzy pojmali Galakt&#243;w? zastanawia&#322;em si&#281;. Najwidoczniej to nie Altairczycy, bo oni sami zdaj&#261; si&#281; umiera&#263; z przera&#380;enia. &#379;adnego &#347;ladu, &#380;adnej poszlaki wskazuj&#261;cej na Z&#322;ywrog&#243;w! Rozumiesz, co to znaczy'? Po ka&#380;dym nowym odkryciu tajemniczy Niszczyciele staj&#261; si&#281; jeszcze bardziej zagadkowi.

Zagadka. Trzeba szuka&#263;. Mo&#380;e jeszcze jeden obraz?

Przechodzili&#347;my z jednego pustego budynku do drugiego. Pod naszymi latarkami rozjarza&#322;y si&#281; coraz nowe obrazy, ale nie by&#322;o w&#347;r&#243;d nich wizerunku Galakt&#243;w.

Trzeba poszuka&#263; Altairczyk&#243;w powiedzia&#322;em. Jedynie oni potrafi&#261; wyja&#347;ni&#263; zagadki w&#322;asnych rysunk&#243;w.

Chod&#378;my. Poszukajmy.

Przechodz&#261;c roz&#380;arzon&#261; pustyni&#261; natkn&#281;li&#347;my si&#281; wreszcie na t&#322;um zaciekle pracuj&#261;cych Altairczyk&#243;w. Wyr&#261;bywali i obciosywali kamienie, kt&#243;re potem nie&#347;li do wznoszonych budynk&#243;w. Praca by&#322;a uci&#261;&#380;liwa, lecz rzemie&#347;lnicy biegli. Nietrudno zreszt&#261; by&#263; zr&#281;cznym, je&#347;li zamiast dw&#243;ch r&#261;k ma si&#281; dwadzie&#347;cia gi&#281;tkich i silnych ko&#324;czyn.

Kula zast&#281;puj&#261;ca Altair &#347;wieci&#322;a w zenicie i paj&#261;kowate istoty jarzy&#322;y si&#281; w niewidzialnych promieniach, chocia&#380; s&#322;abiej ni&#380; w hali, gdzie je po raz pierwszy zobaczyli&#347;my. Tam by&#322;y p&#243;&#322;przezroczyste, tu za&#347; podobie&#324;stwo do widziade&#322; by&#322;o wr&#281;cz uderzaj&#261;ce. Doko&#322;a by&#322;y jedynie milcz&#261;ce cienie i sylwetki, zarysy cia&#322;, a nie same cia&#322;a. Teraz rozumiem ich dziwaczn&#261; manier&#281; malarsk&#261; pomy&#347;la&#322;em.

Altairczycy zauwa&#380;yli nas i porzucaj&#261;c prac&#281; pobiegli naprzeciw. Z takim zapa&#322;em cisn&#281;li si&#281; ku nam, staraj&#261;c si&#281; obj&#261;&#263; nas w&#322;oskowatymi n&#243;&#380;kami, &#380;e musieli&#347;my wzmocni&#263; pole ochronne. Uregulowa&#322;em odpowiednio deszyfrator i &#380;yczy&#322;em im zdrowia. Te dobre istoty w zamian &#380;yczy&#322;y, aby&#347;my nigdy nie zasypiali. Najwidoczniej sen by&#322; u nich czym&#347; wzbudzaj&#261;cym l&#281;k.

Zwr&#243;ci&#322;em si&#281; do Altairczyka wygl&#261;daj&#261;cego nieco mniej wiotko ni&#380; jego pozostali pobratymcy.

Bardzo si&#281; nam podoba&#322;y wasze obrazy, przyjaciele.

Tak, tak! wykrzykiwali ch&#243;rem. My rysujemy, zawsze rysujemy.

Chcieliby&#347;my dowiedzie&#263; si&#281;, jakie to istoty, podobne do nas, widniej&#261; na jednym z waszych obraz&#243;w. Kiedy deszyfrator przet&#322;umaczy&#322; moje pytanie i wypromieniowa&#322; je w postaci wi&#261;zki radiacji gamma, Altairczycy jakby skamienieli. Gdyby mieli oczy, powiedzia&#322;bym, &#380;e zamarli z wytrzeszczonymi oczami. Solidnie zbudowany Altairczyk odskoczy&#322; gwa&#322;townie. Potem przez pier&#347;cie&#324; otaczaj&#261;cych nas istot przebieg&#322;o dr&#380;enie: t&#322;um zacz&#261;&#322; rozprasza&#263; si&#281; w pop&#322;ochu.

Co si&#281; z nimi dzieje? zapyta&#322;em Lusina. Wygl&#261;da na to, &#380;e zl&#281;kli si&#281; pytania.

Powt&#243;rz! poradzi&#322; Lusin. Nie zrozumieli. Przez kilka chwil nie mog&#322;em zdecydowa&#263; si&#281; na powt&#243;rzenie pytania i Altairczycy powoli uspokajali si&#281;. Patrzy&#322;em na nich w milczeniu, oni za&#347; tak samo milcz&#261;co czekali, czy nie powiem czego&#347; r&#243;wnie okropnego.

Kiedy wreszcie nabra&#322;em odwagi i powt&#243;rnie poprosi&#322;em o wyja&#347;nienie, kogo przedstawia obraz, zn&#243;w ogarn&#281;&#322;a ich panika. Z tak&#261; szybko&#347;ci&#261; oddalili si&#281; od nas, &#380;e po sekundzie zostali&#347;my sami. Ucieczka odbywa&#322;a si&#281; w zupe&#322;nej ciszy, bo deszyfrator nie przekaza&#322; nam ani jednego d&#378;wi&#281;ku. Obr&#243;ci&#322;em si&#281; ku Lusinowi.

&#321;adna historia! Czy ty co&#347; z tego rozumiesz? Rozumiem odpar&#322; Lusin. Zagadka.



32

Andre nie znale&#378;li&#347;my, do Romera nie chcia&#322;em i&#347;&#263;, a Spychalski zajmowa&#322; si&#281; sprawami swego ogromnego gospodarstwa, nie mieli&#347;my wi&#281;c z kim podzieli&#263; si&#281; nowym odkryciem i now&#261; zagadk&#261;.

Lusin zaraz po wyj&#347;ciu z hotelu Gwiazdozbi&#243;r Or&#322;a zat&#281;skni&#322; do swych potwor&#243;w.

Co si&#281; tam mo&#380;e sta&#263;? Pegazy bij&#261; si&#281; ze sob&#261;, a smoki &#380;uj&#261; traw&#281;. Komu na Orze potrzebne s&#261; twoje prymitywne twory?

Nie m&#243;w tak mamrota&#322; Lusin. Nie trzeba. Dobre.

No to znikaj powiedzia&#322;em. Znudzi&#322;e&#347; mi si&#281;. &#379;ycz&#281; twoim pegazom, aby trafi&#322;y w paszcz&#281;ki smok&#243;w.

Uszcz&#281;&#347;liwiony Lusin d&#322;ugo za&#347;miewa&#322; si&#281; z mego, zabawnego jego zdaniem, &#380;yczenia. Mia&#322; racj&#281;, bo dwa najspokojniejsze nawet pegazy, je&#347;li im na to pozwoli&#263;, zam&#281;cz&#261; ka&#380;dego smoka.

Poszed&#322;em do siebie i pospa&#322;em godzink&#281; nadrabiaj&#261;c bezsenn&#261; noc.

Obudzi&#322;o mnie wezwanie Wiery.

Siostra niespokojnym krokiem spacerowa&#322;a po pokoju, czasami bra&#322;a jaki&#347; przedmiot do r&#281;ki i po chwili k&#322;ad&#322;a go z powrotem na biurko. Zawsze ma wiele drobiazg&#243;w i bibelot&#243;w kryszta&#322;k&#243;w z zapisami, miniaturowych lampek, lusterek, grzebyk&#243;w, ksi&#261;&#380;ek z pierwszego wieku. Kiedy Wiera denerwuje si&#281;, oczy jej ciemniej&#261;. Teraz mia&#322;a bardzo ciemne. Odpocz&#281;&#322;a ju&#380; i nie wygl&#261;da&#322;a teraz na zm&#281;czon&#261;, ale by&#322;a najwyra&#378;niej podniecona.

No i co nowego znalaz&#322;e&#347;, Eli? wida&#263; by&#322;o, &#380;e z najwi&#281;kszym wysi&#322;kiem zmusza si&#281; do s&#322;uchania.

Jednak ju&#380; po moich pierwszych s&#322;owach na temat obrazu z Galaktami przeobrazi&#322;a si&#281; zupe&#322;nie. Zrozumia&#322;a od razu, &#380;e dokonali&#347;my odkrycia. Dotychczas by&#322;o wiadomo, &#380;e Galaktowie pojawiali si&#281; na pewnej odleg&#322;ej gwie&#378;dzie w Hiadach, 0 150 lat &#347;wietlnych od S&#322;o&#324;ca. Teraz znale&#378;li&#347;my ich &#347;lady na Altairze, w naszym najbli&#380;szym gwiezdnym otoczeniu.

To szalenie wa&#380;ne powiedzia&#322;a Wiera. Twoje odkrycie wskazuje na to, &#380;e Galaktowie wraz ze swoimi wrogami mog&#261; pojawi&#263; si&#281; w Uk&#322;adzie S&#322;onecznym. Je&#380;eli ju&#380; si&#281; w nim nie pojawili. To, o czym na Ziemi m&#243;wili&#347;my jako o teoretycznej mo&#380;liwo&#347;ci, sta&#322;o si&#281; realnym zagro&#380;eniem. Ale na czym polega to zagro&#380;enie? Nadal nie wiemy, kim s&#261; Niszczyciele lub Z&#322;ywrogi, kt&#243;rzy pojmali Galakt&#243;w. Dlaczego ich nie ma na obrazie Nie s&#261; przecie&#380; chyba duchami!

Wiera poleci&#322;a, aby wszystkie obrazy Altairczyk&#243;w zosta&#322;y sfotografowane i powr&#243;ci&#322;a do rozmowy o naszym odkryciu.

Czy potrafisz wyt&#322;umaczy&#263; ucieczk&#281; Altairczyk&#243;w?

Roz&#322;o&#380;y&#322;em r&#281;ce.

Jeszcze jedna zagadka! Ale chyba potrafimy j&#261; jako&#347; rozwi&#261;za&#263;. A teraz pom&#243;wmy o czym&#347; innym.

To znaczy o Romerze?

Wiera zn&#243;w zacz&#281;&#322;a nerwowo chodzi&#263; po pokoju. Tak, o Romerze. Trzy godziny temu zapytali&#347;my wraz z Romerem MUK, kto z nas ma racj&#281;. Maszyna odpowiedzia&#322;a, &#380;e pomocy dla Niebian nie da si&#281; pogodzi&#263; z zasad&#261;, i&#380; wszystko dokonuje si&#281; dla dobra ludzko&#347;ci i cz&#322;owieka.

Poderwa&#322;em si&#281; z miejsca. Radz&#261;c Romerowi, aby zwr&#243;ci&#322; si&#281; z tym pytaniem do MUK, by&#322;em przekonany, &#380;e maszyna odrzuci jego pogl&#261;dy. Krzykn&#261;&#322;em:

Maszyna sk&#322;ama&#322;a! Na Ziemi zapytamy Wielki Komputer. Polega&#263; w powa&#380;nych sprawach na opinii takiego male&#324;stwa!

Upiera niecierpliwie machn&#281;&#322;a r&#281;k&#261;. Ledwie panowa&#322;a nad sob&#261;.

Maszynie mo&#380;na wierzy&#263;, Eli. Wprawdzie nie zawiera ca&#322;ej wiedzy Wielkiego, ale podstawowe zasady t&#322;umaczy prawid&#322;owo. Tak&#261; sam&#261; odpowied&#378; da Wielki.

Patrzy&#322;em na Wier&#281; nie wierz&#261;c w&#322;asnym uszom. Wydawa&#322;o mi si&#281; dotychczas, &#380;e j&#261; znam. Dawniej nie ust&#281;powa&#322;a. By&#322;a nawet niedelikatna, je&#347;li wiedzia&#322;a, &#380;e ma racj&#281;. Poczu&#322;em si&#281; dotkni&#281;ty w swoich uczuciach do pi&#281;knych Wegan, dobrych, cho&#263; &#347;mierciono&#347;nych Altairczyk&#243;w, nawet do gadatliwych, cuchn&#261;cych, lecz na sw&#243;j spos&#243;b sympatycznych Anio&#322;&#243;w.

Romero wiedzia&#322;, co robi powiedzia&#322;a siostra. Potrafi&#322; zr&#281;cznie wykorzysta&#263; ostatnie dane Podni&#243;s&#322; krzyk, &#380;e ludzko&#347;ci grozi bez ma&#322;a zguba, a to wszystko po to, aby zrzuci&#263; z Ziemian odpowiedzialno&#347;&#263; za naszych gwiezdnych pobratymc&#243;w. Nie rozumiem, czemu on ich tak nienawidzi, czemu jest tak nieludzki? Nasze maszyny socjalne oczywi&#347;cie powiel&#261; jego wersj&#281;, w przekonaniu, &#380;e skoro nad ludzko&#347;ci&#261; zawis&#322;o widmo zag&#322;ady, to trzeba my&#347;le&#263; jedynie o cz&#322;owieku. Nie ma si&#281; czemu dziwi&#263;, maszyny musz&#261; my&#347;le&#263; mechanistycznie.

Szybko si&#281; jednak wycofa&#322;a&#347;, Wiero! Zbyt szybko

Podesz&#322;a do okna i za&#322;o&#380;y&#322;a r&#281;ce na kark. Widzia&#322;em tylko jej profil prosty nos, delikatne brwi, wysokie czo&#322;o i pe&#322;ne wargi odcinaj&#261;ce si&#281; jaskrawo od matowej cery. Mia&#322;a w sobie znacznie wi&#281;cej pi&#281;kno&#347;ci ni&#380; si&#322;y. A kiedy trwa walka, potrzebne s&#261; pi&#281;&#347;ci.

Wydaje ci si&#281;, &#380;e si&#281; wycofa&#322;am?

Chcia&#322;bym, aby mi si&#281; tylko wydawa&#322;o. Odesz&#322;a od okna.

Nie wycofuj&#281; si&#281;. Zaczynam walk&#281;. Ale nie z maszyn&#261;. C&#243;&#380; to jest maszyna? Mechanizm informacyjny przystosowany do rob&#243;t obliczeniowych, automatyczny s&#322;uga. Co si&#281; w ni&#261; w&#322;o&#380;y, to si&#281; z powrotem, w innej formie, odbiera. Chc&#281; zada&#263; ludzko&#347;ci pytanie: czy nie pora ju&#380; rozszerzy&#263; zasady naszego ustroju spo&#322;ecznego? Zasady te istniej&#261; od pi&#281;ciuset lat bez &#380;adnych zmian i nadszed&#322; chyba ju&#380; czas na ich dalsze rozwini&#281;cie. Przygotowuj&#281; w&#322;a&#347;nie po&#347;wi&#281;cony tej sprawie raport dla Wielkiej Rady.

Pomy&#347;la&#322;em, &#380;e zap&#281;dza si&#281; zbyt daleko. Wystarczy inaczej sformu&#322;owa&#263; pytanie i maszyna da inn&#261; odpowied&#378;. Romero jest nieg&#322;upi, znalaz&#322; sprytne posuni&#281;cie, nale&#380;y wi&#281;c walczy&#263; z nim jego w&#322;asn&#261; broni&#261;: poszuka&#263; jeszcze sprytniejszego sformu&#322;owania

Z nim nale&#380;y walczy&#263; otwarcie i bezpo&#347;rednio, Eli. Pomyli&#322;e&#347; si&#281; w jego ocenie. Romero nie jest m&#261;dry. Jest inteligentny, lecz prymitywny. W&#347;r&#243;d dzikus&#243;w te&#380; zdarzaj&#261; si&#281; inteligentne istoty. Pos&#322;uchaj, jak ja to sobie wyobra&#380;am.

Wiera i dawniej lubi&#322;a opowiada&#263; przyjacio&#322;om to, z czym p&#243;&#378;niej wyst&#281;powa&#322;a na posiedzeniach Rady. Nie znosi&#322;em jej d&#322;ugich przem&#243;wie&#324;, ale tego s&#322;ucha&#322;em z najwi&#281;ksz&#261; uwag&#261;, bo my&#347;li siostry wyda&#322;y mi si&#281; mymi w&#322;asnymi my&#347;lami.

Wiera zacz&#281;&#322;a od pami&#281;tnego roku, kiedy to ludzko&#347;&#263; zjednoczy&#322;a si&#281; w jedno spo&#322;ecze&#324;stwo i na kuli ziemskiej nasta&#322; wreszcie koniec wa&#347;ni narodowych, klasowych i pa&#324;stwowych. Rok zjednoczenia sta&#322; si&#281; pierwszym rokiem nowej ery, prawdziwa historia ludzko&#347;ci zacz&#281;&#322;a si&#281; od narodzin nowego spo&#322;ecze&#324;stwa, od urzeczywistnienia zasady: Spo&#322;ecze&#324;stwo istnieje dla dobra cz&#322;owieka. Ka&#380;demu wed&#322;ug jego potrzeb, od ka&#380;dego wed&#322;ug jego mo&#380;liwo&#347;ci. W pocz&#261;tkowych latach zasada ta by&#322;a jedynie pragnieniem. Nale&#380;a&#322;o dopiero uczyni&#263; wielk&#261; ide&#281; oczywistym prawem. Od tej chwili min&#281;&#322;o bez ma&#322;a pi&#281;&#263;set lat i przez te wszystkie lata ludzko&#347;&#263; doskonali&#322;a si&#281;. Doskonali&#322;a si&#281; i by&#322;a zapatrzona w siebie, pozosta&#322;y &#347;wiat interesowa&#322; j&#261; tylko w tym stopniu, w jakim dotyczy&#322; ludzi. Gdy spojrze&#263; wstecz, mo&#380;na dozna&#263; zawrotu g&#322;owy: w trakcie tysi&#261;cleci poprzedzaj&#261;cych now&#261; er&#281; istnienia ludzko&#347;ci nie uczyniono dla cz&#322;owieka tyle dobrego, ile dokonano w ci&#261;gu tych pi&#281;ciu wiek&#243;w.

Ale na tym zako&#324;czy&#322;o si&#281; zaledwie jego niemowl&#281;ctwo i nic wi&#281;cej. &#346;wiatopogl&#261;d dziecka jest z natury rzeczy egocentryczny, w centrum Wszech&#347;wiata znajduje si&#281; ono, wszystko pozosta&#322;e obraca si&#281; wok&#243;&#322; niego. Nadchodzi jednak czas, kiedy dziecko poznaje swoje prawdziwe miejsce w &#347;wiecie. Staje si&#281; silniejsze i m&#261;drzejsze, ale z p&#281;pka &#347;wiata zmienia si&#281; w jego cz&#261;stk&#281;. Taka jest dzisiejsza ludzko&#347;&#263;. Rozejrza&#322;a si&#281; woko&#322;o i zobaczy&#322;a, &#380;e formy &#380;ycia rozumnego s&#261; niesko&#324;czenie r&#243;&#380;norodne. Natura nie wyczerpa&#322;a swoich mo&#380;liwo&#347;ci na cz&#322;owieku. Mo&#380;liwe, &#380;e nad Altairczykami i Aldebara&#324;czykami musia&#322;a nawet usilniej pracowa&#263;, gdy&#380; tam trzeba by&#322;o pokona&#263; znacznie wi&#281;cej barier na drodze rozwoju rozumu. Ludzko&#347;&#263; pozna&#322;a wreszcie swoje miejsce we Wszech&#347;wiecie, miejsce bardzo skromne.

I oto nastaje pr&#243;ba rzeczywistej warto&#347;ci cz&#322;owieka. Odkryli&#347;my inne spo&#322;ecze&#324;stwa i co w nich znale&#378;li&#347;my. Czy osi&#261;gn&#281;&#322;y nasz poziom &#380;yciowy, czy go przekroczy&#322;y? Czy uda&#322;o si&#281; im zaw&#322;adn&#261;&#263; pot&#281;&#380;nymi si&#322;ami, kt&#243;re nam ulegaj&#261;? Nie! Nikt nie opanowa&#322; przyrody, natura ca&#322;kowicie panuje nad nimi. Ze wszystkich si&#322; walcz&#261; u istnienie, ci&#281;&#380;ko pracuj&#261; na to tylko, aby zdoby&#263; odrobin&#281; ciep&#322;a i strawy.

W tym miejscu przerwa&#322;em Wierze:

To nie dotyczy Galakt&#243;w, kt&#243;rzy maj&#261; rozwini&#281;t&#261; cywilizacj&#281; maszynow&#261;.

Na razie wiemy o nich bardzo ma&#322;o. Mo&#380;liwe, &#380;ekiedy&#347; zawrzemy z Galaktami sojusz, aby pomaga&#263; spo&#322;ecze&#324;stwom na niskim stopniu rozwoju. Obecnie to zadanie stoi jedynie przed nami.

Przypominam sobie, m&#243;wi&#322;a dalej, jak zmienia&#322;y si&#281; stosunki mi&#281;dzy lud&#378;mi. Ludzko&#347;&#263; zaczyna&#322;a od zaciek&#322;ej wzajemnej nienawi&#347;ci. Cz&#322;owiek cz&#322;owiekowi wilkiem!, Padaj&#261;cego popchnij! oto okrutne symbole wiary owych dalekich czas&#243;w. Co zast&#261;pi&#322;o je, kiedy ludzko&#347;&#263; osi&#261;gn&#281;&#322;a jedno&#347;&#263;? Dumna formu&#322;a: Cz&#322;owiek cz&#322;owiekowi przyjacielem, towarzyszem i bratem! Niemal pi&#281;&#263; stuleci &#380;yli&#347;my zgodnie z tym has&#322;em, bowiem nie znali&#347;my nikogo innego poza lud&#378;mi. Obecnie nadszed&#322; czas, by nada&#263; tej formule posta&#263;: Cz&#322;owiek przyjacielem wszystkiego co dobre i rozumne we Wszech&#347;wiecie! Tymczasem Romero o&#347;wiadcza, &#380;e przeczy ona zasadzie: Spo&#322;ecze&#324;stwo &#380;yje dla dobra cz&#322;owieka, ka&#380;demu wed&#322;ug jego potrzeb. Maszyna go popiera. Ale twierdz&#281;, &#380;e po przyj&#281;ciu proponowanej przeze mnie poprawki zasada: Ka&#380;demu wed&#322;ug jego potrzeb pozostanie nie naruszona. Stare, pochodz&#261;ce z dwudziestego wieku starej ery poj&#281;cie potrzeby, zaprogramowane w pami&#281;ci maszyny, sta&#322;o si&#281; zbyt w&#261;skie. W&#243;wczas do potrzeb zaliczano zorganizowanie dostatniego, sprawiedliwego &#380;ycia cz&#322;owieka w&#347;r&#243;d innych ludzi, gdy&#380; Niebian nie znano. Obecnie cz&#322;owiek stan&#261;&#322; twarz&#261; w twarz z innymi &#347;wiatami. Czy mo&#380;emy przej&#347;&#263; oboj&#281;tnie wobec rozumnych istot cierpi&#261;cych z braku ciep&#322;a, pokarmu i &#347;wiat&#322;a? Czy potrafimy im powiedzie&#263;: Wy sobie, a my sobie, cierpcie, skoro inaczej nie umiecie A poniewa&#380; zjawi&#322;y si&#281; nowe obowi&#261;zki, wynik&#322;y r&#243;wnie&#380; nowe potrzeby: powinni&#347;my sta&#263; si&#281; godnymi samych siebie. Tymczasem nasze maszyny pa&#324;stwowe zastyg&#322;y na poziomie czas&#243;w, kiedy ludzko&#347;&#263; zna&#322;a tylko siebie. S&#261; wyrazem naszego niemowl&#281;ctwa, my za&#347; stajemy si&#281; doro&#347;li. Nie poddawa&#263; si&#281; decyzji komputer&#243;w, lecz zmieni&#263; ich program oto m&#243;j plan. W&#261;tpi&#281;, aby Romero m&#243;g&#322; d&#322;ugo triumfowa&#263;.

Pogl&#261;dy Wiery bardzo mi odpowiada&#322;y. Musia&#322;em jednak wskaza&#263; kilka s&#322;abych punkt&#243;w jej argumentacji. Wszystko zn&#243;w sprowadza&#322;o si&#281; do problemu Galakt&#243;w. Czy siostra nie us&#322;yszy w odpowiedzi, &#380;e niebezpiecznie jest zaczyna&#263; przeobra&#380;enia kosmiczne w chwili, kiedy nie wiemy, co nas czeka jutro?

Tak, niew&#261;tpliwie us&#322;ysz&#281; to. A nawet ju&#380; us&#322;ysza&#322;am. Od Romera! Ale mam na to odpowied&#378;. Wyt&#281;&#380;ymy wszystkie si&#322;y i dowiemy si&#281;, jakie realne niebezpiecze&#324;stwo kryje si&#281; w informacji o Galaktach. Poza tym nie nale&#380;y wpada&#263; w panik&#281;! Przez miliony lat te tajemnicze istoty nie odwiedza&#322;y naszego uk&#322;adu i tylko na niekt&#243;rych gwiazdach przetrwa&#322;y podania na ich temat, czemu wi&#281;c mamy zachowywa&#263; si&#281; tak, jakby&#347;my jutro oczekiwali napadu? Przecie&#380; to niegodne trz&#261;&#347;&#263; si&#281; ze strachu przy pierwszej niejasnej wiadomo&#347;ci o czym&#347; zupe&#322;nie na razie nieznanym! Wreszcie, i to jest najwa&#380;niejsze, je&#380;eli gdzie&#347; w przestrzeniach mi&#281;dzygwiezdnych szalej&#261; okrutne wojny i wojny te mog&#261; nas dotkn&#261;&#263;, musimy zawczasu zjednoczy&#263; si&#281; z gwiezdnymi s&#261;siadami dla odparcia ataku wrog&#243;w. Czy&#380; po zjednoczeniu nie staniemy si&#281; silniejsi? Przecie&#380; w&#243;wczas nie jeden uk&#322;ad planetarny, lecz tysi&#261;ce gwiazd b&#281;d&#261; tworzy&#263; niezniszczaln&#261; zapor&#281; na drodze nieznanego napastnika. Kto dowi&#243;d&#322;, &#380;e b&#281;d&#261; jedynie przeciwnicy? Czy&#380; Galaktowie, tak podobni do nas, stan&#261; si&#281; naszymi wrogami? Ca&#322;kowicie zgadzam si&#281; z Andre, kt&#243;ry twierdzi, &#380;e najpewniej b&#281;d&#261; naszymi przyjaci&#243;&#322;mi.

Zasoby, Wiero, na tym polega ca&#322;y k&#322;opot powiedzia&#322;em. Zasoby ludzko&#347;ci s&#261; ograniczone. Rozumiesz, m&#243;wi&#281; to w imieniu twoich oponent&#243;w

Milcza&#322;em chwil&#281;, zanim zada&#322;em Wierze pytanie. Do tej pory nie rozmawiali&#347;my nigdy o jej sprawach osobistych.

A co z Romerem? Czy twoje argumenty nie wywar&#322;y na nim wra&#380;enia? Zawsze mi si&#281; zdawa&#322;o, &#380;e mi&#281;dzy wami istnieje ca&#322;kowita jedno&#347;&#263; ducha.

Mnie te&#380; si&#281; tak wydawa&#322;o odpar&#322;a z gorycz&#261;. My&#347;la&#322;am, &#380;e nie ma cz&#322;owieka bli&#380;szego mi ni&#380; on, poza tob&#261; oczywi&#347;cie. To zwali&#322;o si&#281; na mnie tak nieoczekiwanie Najprawdopodobniej zwyczajnie przymyka&#322;am oczy na wiele jego wad. Wczoraj w nocy zrozumia&#322;am, &#380;e nic nas nie &#322;&#261;czy. Krzycza&#322; na mnie, tupa&#322; nogami, wymy&#347;la&#322; Przecie&#380; Pawe&#322; jest z nas wszystkich najbardziej opanowany, najuprzejmiejszy!

Poprosi&#322;a&#347;, aby si&#281; uspokoi&#322;?

Wyp&#281;dzi&#322;am go. Powiedzia&#322;am, &#380;e nie chc&#281; go widzie&#263;, &#380;e wzbudza we mnie wstr&#281;t.

Zawsze by&#322;a&#347; gwa&#322;towna, siostro.

Mia&#322;am racj&#281;. Mam racj&#281; i to jedynie jest wa&#380;ne! Ale kiedy on wyszed&#322;, wyda&#322;o mi si&#281;, &#380;e g&#322;owa mi p&#281;ka. Dlaczego akurat Romero? Powiedz, dlaczego on? Gdyby to by&#322; kto&#347; inny, znios&#322;abym to, r&#243;&#380;ni ludzie trafiaj&#261; si&#281; przecie&#380; Ale Pawe&#322;! Wierzy&#322;am w niego jak w siebie, by&#322;am z niego dumna. Ty tego nie zrozumiesz, Eli, bo nikogo jeszcze nie kocha&#322;e&#347;!

Zapa&#322; ogarniaj&#261;cy j&#261;, kiedy wyk&#322;ada&#322;a mi swoje teorie, argumenty i propozycje, wygas&#322;. Wygl&#261;da&#322;a obecnie na jeszcze bardziej zm&#281;czon&#261; ni&#380; rankiem. U&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; smutnie, pochwyciwszy m&#243;j wzrok. Zala&#322;a mnie gor&#261;ca fala wsp&#243;&#322;czucia i mi&#322;o&#347;ci do niej. Milcza&#322;em, nie wiedz&#261;c co powiedzie&#263;. Wreszcie wydusi&#322;em:

Jak wyobra&#380;asz sobie walk&#281; z Romerem? Pawe&#322; znajdzie wielu zwolennik&#243;w.

Niew&#261;tpliwie uzyska poparcie, ale prawda jest po mojej stronie. Po powrocie na Ziemi&#281; zwr&#243;cimy si&#281; do ludzi z pro&#347;b&#261; o rozs&#261;dzenie, kto ma racj&#281;. Zespo&#322;owy rozum ludzki i wola wi&#281;kszo&#347;ci b&#281;d&#261; nasz&#261; najwy&#380;sz&#261; instancj&#261;.



33

Andre oczywi&#347;cie nie uwierzy&#322;, &#380;e Altairczycy uciekaj&#261; s&#322;ysz&#261;c pytanie na temat Galakt&#243;w. Chwyci&#322; wi&#281;c deszyfrator i pop&#281;dzi&#322; z nim do hotelu Gwiazdozbi&#243;r Or&#322;a. Oko&#322;o po&#322;udnia spotka&#322;em go w sto&#322;&#243;wce, gdzie z ponur&#261; min&#261; &#380;u&#322; syntetyczne mi&#281;so.

Te piekielne istoty s&#261; tch&#243;rzliwsze od zaj&#281;cy! z&#322;o&#347;ci&#322; si&#281; Andre. Ode mnie uciekali jeszcze szybciej ni&#380; od was. Co&#347; jednak zdo&#322;a&#322;em zapisa&#263;.

Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e Andre zawczasu nastroi&#322; deszyfrator na odbi&#243;r fal m&#243;zgowych Altairczyk&#243;w i nagra&#322; ich reakcje w chwili ucieczki. W g&#322;owach Altairczyk&#243;w panowa&#322; kompletny chaos i urz&#261;dzenie nie potrafi&#322;o uchwyci&#263; sedna ich my&#347;li. Odnosi&#322;o si&#281; jednak wra&#380;enie, &#380;e panicznie hali si&#281; samego s&#322;owa Galakt.

Odkrytego przez was obrazu ju&#380; nie ma doda&#322; Andre Altairczycy starli go do czysta.

Co o tym my&#347;lisz?

Nic nie my&#347;l&#281;, wiem natomiast, czemu nie zobaczyli&#347;cie Niszczycieli obok zakutych w kajdanych Galakt&#243;w.

Prawdopodobnie nie zobaczyli&#347;my ich z tego samego powodu, dla kt&#243;rego nikt ich dotychczas nie widzia&#322;, je&#347;li wierzy&#263; zapisom na P&#322;omienistej B.

Masz racj&#281;. Ale czy pojmujesz, o co tu chodzi? O ile rozumiem, stworzy&#322;e&#347; swoj&#261; kolejn&#261; b&#322;yskotliw&#261; teori&#281;?

W ka&#380;dym razie prawdopodobn&#261;. Sekret polega na tym, &#380;e Niszczyciele s&#261; niewidzialni.

Andre z zimn&#261; krwi&#261; zni&#243;s&#322; moje niebotyczne zdumienie. Kiedy jednak powiedzia&#322;em, &#380;e pr&#243;buje rozwi&#261;za&#263; jedn&#261; zagadk&#281; przez wprowadzenie innej, jeszcze trudniejszej do wyja&#347;nienia, rzuci&#322; pogardliwie:

Jeste&#347; pedantem i konserwatyst&#261;. Wszystko co nowe odpycha ci&#281; tylko dlatego, &#380;e jest nowe. Pomy&#347;l o tym w chwili wolnej od innych zaj&#281;&#263;. Jeszcze nie jest za p&#243;&#378;no na popraw&#281;. Oczekuj&#281; prze&#322;omu.

Skin&#261;&#322; mi r&#281;k&#261; i pobieg&#322; ko&#324;czy&#263; przygotowania do swego koncertu. Lubi&#322; przerywa&#263; dyskusje w ten spos&#243;b, aby ostatnie s&#322;owo przynajmniej pozornie nale&#380;a&#322;o do niego.

Po tej utarczce odwiedzi&#322;em Truba. Awanturniczego Anio&#322;a dniem wypuszczano na zewn&#261;trz, ale urz&#261;dzi&#322; na placu kolejn&#261; b&#243;jk&#281; i Spychalski poleci&#322; umie&#347;ci&#263; go w poprzednim miejscu. Wyda&#322;o mi si&#281;, &#380;e ucieszy&#322;y go moje odwiedziny, chocia&#380; nie zdradzi&#322; tego najmniejszym nawet ruchem skrzyde&#322;. Wlepi&#322; tylko we mnie swe ponure &#347;lepiska i co&#347; warkn&#261;&#322;.

Jak si&#281; czujesz, Trub? Koszmarne sny ci&#281; nie m&#281;cz&#261;?

Nie chc&#281; tu d&#322;u&#380;ej by&#263;! rykn&#261;&#322;. Ode&#347;lijcie mnie do domu! Nienawidz&#281; n&#281;dznych dwuskrzyd&#322;ych, kt&#243;rym si&#281; podlizujecie.

Nie wszystkie Anio&#322;y s&#261; dwuskrzyd&#322;e. Zdarzaj&#261; si&#281; i czteroskrzyd&#322;e.

Tych te&#380; nienawidz&#281;. Wszystkich nienawidz&#281;. A siebie lubisz?

Zagapi&#322; si&#281; na mnie jak na idiot&#281;. Czeka&#322;em na odpowied&#378; z tak&#261; powag&#261;, &#380;e wreszcie zmiesza&#322; si&#281;.

Nie wiem odpar&#322; niemal uprzejmie. Nie my&#347;la&#322;em o tym.

Poklepa&#322;em go po ramieniu i pog&#322;adzi&#322;em wspania&#322;e skrzyd&#322;a. To by&#322; rasowy egzemplarz prawdziwie bojowego Anio&#322;a.

G&#322;upi jeste&#347;, Trub! powiedzia&#322;em serdecznie. Milcza&#322; i w podnieceniu stroszy&#322; skrzyd&#322;a. Kiedy wsta&#322;em, w jego oczach zjawi&#322; si&#281; niemal ludzki smutek, ale powiedzia&#322; ze zwyk&#322;&#261; arogancj&#261;:

Nie odpowiedzia&#322;e&#347;, cz&#322;owieku, kiedy odwieziecie mnie z powrotem.

Przygotowujemy konferencj&#281; gwiezdn&#261;. Porozmawiamy o formach wsp&#243;&#322;&#380;ycia, o rejsach gwiezdnych i innych rzeczach, a potem do dom&#243;w!

Gdyby mia&#322; r&#281;ce, skrzy&#380;owa&#322;by je dumnie na piersiach. Zamiast tego majestatycznie otuli&#322; si&#281; skrzyd&#322;ami. Konferencja mnie nie interesuje. Dwuskrzyd&#322;e piszcz&#261; o handlu mi&#281;dzygwiezdnym. Nie cierpi&#281; kramarzy! Ju&#380; stoj&#261;c w drzwiach spyta&#322;em:

Mnie znosisz? Odwiedza&#263; ci&#281;?

Przychod&#378;! burkn&#261;&#322; chmurnie. I twoi koledzy te&#380;

Wiecz&#243;r sp&#281;dzi&#322;em u Fioli. Weganie ju&#380; nie rozbiegali si&#281; w przera&#380;eniu, kiedy przychodzi&#322;em. Interesowali mnie coraz bardziej, a najbardziej oczywi&#347;cie Fiola. Opowiada&#322;a mi o ich &#380;yciu, a ja, nie s&#322;uchaj&#261;c zbyt uwa&#380;nie, rozkoszowa&#322;em si&#281; jej widokiem. Przychwyci&#322;a mnie na tym.

Czemu patrzysz tak na mnie, Eli? Czy&#380;bym patrzy&#322;?

Tak. I oczy ci m&#281;tniej&#261;, kiedy si&#281; zamy&#347;lasz.

Nie wiedzia&#322;em o tym. Naturalnie oczy ludzkie nie mog&#261; r&#243;wna&#263; si&#281; z waszymi. Mamy jeden kolor na ca&#322;e &#380;ycie. S&#322;owem, nieciekawe oczy.

Macie za to cudowny u&#347;miech. Serce mi bije, kiedy si&#281; u&#347;miechasz. Czemu si&#281; rumienisz?

Jeste&#347; szalenie bezpo&#347;rednia. U nas to si&#281; niezbyt cz&#281;sto zdarza.

Co to znaczy bezpo&#347;rednia?

Jak by ci to wyt&#322;umaczy&#263;? Je&#347;li kto&#347; z nas my&#347;li, &#380;e kto&#347; drugi jest dobry, to stara si&#281; zaraz mu o tym powiedzie&#263;, &#380;eby si&#281; tamten ucieszy&#322;.

U nas te&#380; tak jest.

No widzisz! Ale je&#347;li s&#261;dzimy, &#380;e kto&#347; jest z&#322;y, nieopanowany lub ponury, to milczymy, &#380;eby mu nie robi&#263; przykro&#347;ci.

Tego nie rozumiem. Ten kto&#347; powinien si&#281; cieszy&#263;, je&#380;eli dowie si&#281;, &#380;e jest z&#322;y, bo wtedy b&#281;dzie m&#243;g&#322; si&#281; poprawi&#263;.

No wiesz! Na Ziemi nawet maszyna nie cieszy si&#281;, je&#380;eli si&#281; jej wymy&#347;la. Zreszt&#261; mamy jeszcze wiele podobnych nielogiczno&#347;ci.

Fiola zastanawia&#322;a si&#281;. W zamy&#347;leniu stawa&#322;a si&#281; jeszcze pi&#281;kniejsza. Oczy jej nabiera&#322;y barwy delikatnego seledynu z rozjarzaj&#261;cymi si&#281; w g&#322;&#281;bi iskierkami. Kiedy obraca&#322;a g&#322;ow&#281;, z ciemno&#347;ci wy&#322;ania&#322;y si&#281; przedmioty o&#347;wietlone jej wzrokiem. Ale zdaje si&#281; m&#243;wi&#322;em ju&#380; o tym

Wkr&#243;tce zaczn&#261; was rozwozi&#263; po domach i rozstaniemy si&#281; powiedzia&#322;em.

Martwi ci&#281; to?

Tak. B&#281;d&#281; za tob&#261; t&#281;skni&#322;.

Ja r&#243;wnie&#380;. Kiedy ciebie nie ma, my&#347;l&#281; o tobie. Nikt z nas nie chce rozstawa&#263; si&#281; z lud&#378;mi. Zst&#261;pili&#347;cie z nieba do naszych serc.

Takie rozmowy mogli&#347;my prowadzi&#263; godzinami. Przytuli&#322;em si&#281; do jej ramienia. Spojrza&#322;a na mnie ze zdziwieniem, a kiedy musn&#261;&#322;em ustami jej wargi, zapyta&#322;a bardzo powa&#380;nie:

Czemu to robisz`?

Co mog&#322;em jej odpowiedzie&#263;? Powiedzia&#322;em, &#380;e takie dotkni&#281;cie nazywa si&#281; poca&#322;unkiem.

Nie mog&#281; powiedzie&#263;, aby poca&#322;unki by&#322;y przyjemne odpar&#322;a na to. Ale postaram si&#281; je znie&#347;&#263;, je&#380;eli ich pragniesz.

Nied&#322;ugo sko&#324;cz&#261; si&#281; te przykro&#347;ci.

B&#281;dzie mi ci&#281; brakowa&#322;o, Eli powt&#243;rzy&#322;a.

Mnie i teraz ciebie brakuje. Wed&#322;ug ziemskich poj&#281;&#263; jeste&#347; i r&#243;wnocze&#347;nie ci&#281; nie ma. Jeste&#347; upragniona i nieosi&#261;galna.

Dawniej m&#243;wi&#322;e&#347;, &#380;e jestem pi&#281;kna przypomnia&#322;a mi. Czy&#380;by pi&#281;kno&#347;&#263; by&#322;a nieosi&#261;galna? Nie spuszczasz ze mnie oczu, a wi&#281;c j&#261; widzisz.

Mo&#380;na by&#263; pi&#281;kn&#261; i upragnion&#261;, pi&#281;kn&#261; i nieosi&#261;galn&#261;, bo jedno nie wyklucza drugiego. Pragnienie te&#380; czasem bywa niedost&#281;pne.

Pewnie dlatego, &#380;e wy, ludzie, cz&#281;sto pragniecie rzeczy niemo&#380;liwych. Macie tak&#261; dziwn&#261; w&#322;a&#347;ciwo&#347;&#263;.

Mamy wiele dziwnych cech.

Tak. A my pragniemy jedynie tego, co dyktuje rozs&#261;dek. Nie mamy rzeczy nieosi&#261;galnych i niedost&#281;pnych, bowiem nie staramy si&#281; posi&#261;&#347;&#263; nieosi&#261;galnego, ani zbli&#380;y&#263; si&#281; do niedost&#281;pnego.

Ludzie umarliby z nud&#243;w, gdyby byli tak trze&#378;wi jak wy.

Przecie&#380; powiedzia&#322;am, &#380;e jeste&#347;cie dziwni.

Wyt&#322;umacz mi wi&#281;c, czemu tu siedzisz ze mn&#261;c Rozmawiam z tob&#261;. Opowiadasz wiele ciekawych rzeczy.

Inni ludzie m&#243;wiliby ciekawiej ode mnie, ale ty wolisz spotyka&#263; si&#281; ze mn&#261;. Dlaczego ze mn&#261;, a nie na przyk&#322;ad z Lusinem?

Jeste&#347; mi sympatyczniejszy przyzna&#322;a si&#281;. My&#347;l&#281; w ci&#261;gu dnia, &#380;e wieczorem zobacz&#281; ci&#281;, i od tej my&#347;li robi mi si&#281; ciep&#322;o na sercu. Nie rozumiem, co to znaczy, bo u nas ka&#380;dy odnosi si&#281; do wszystkich jednakowo przyja&#378;nie.

A u nas stosunek do niekt&#243;rych jest inny ni&#380; do pozosta&#322;ych. Nazywamy ten szczeg&#243;lny stosunek mi&#322;o&#347;ci&#261; i nie wymagamy, aby mi&#322;o&#347;&#263; by&#322;a logiczna.

Wszystkie zjawiska maj&#261; wewn&#281;trzn&#261; logik&#281;, musi wi&#281;c mie&#263; j&#261; i mi&#322;o&#347;&#263;.

Oczywi&#347;cie, &#380;e j&#261; ma. Ale jest to logika innego rodzaju. Tym, kt&#243;rzy nie znaj&#261; mi&#322;o&#347;ci, mo&#380;e si&#281; ona wydawa&#263; szale&#324;stwem. I je&#347;li nie zauwa&#380;amy, &#380;e mi&#322;o&#347;&#263; jest dziwna, to tylko dlatego, &#380;e jest w&#347;r&#243;d nas bardzo rozpowszechniona. Nie ma chyba cz&#322;owieka, kt&#243;ry by si&#281; cho&#263; raz nie zakocha&#322;.

Biedacy! Pewnie przeklinacie ca&#322;y &#347;wiat, kiedy zwali si&#281; na was takie nieszcz&#281;&#347;cie?

Wr&#281;cz przeciwnie, b&#322;ogos&#322;awimy j&#261; jak &#347;wi&#281;ty dar. Wszystko co najlepsze w cz&#322;owieku zwi&#261;zane jest z mi&#322;o&#347;ci&#261;.

Co mianowicie?

Jak by ci to wyt&#322;umaczy&#263;? Wszystko Na przyk&#322;ad narodziny nowych ludzi Bez mi&#322;o&#347;ci si&#281; to nie zdarza

Powinni&#347;cie uczy&#263; si&#281; od nas. Wszystko jest proste i racjonalne. Jaja z zarodkami sk&#322;adaj&#261;

Fiolo, lepiej nie m&#243;w. Na Ziemi przed rozstaniem zawsze si&#281; chwil&#281; milczy.

Milczeli&#347;my. Fiola tuli&#322;a si&#281; do mnie. Mo&#380;e chcia&#322;a zrobi&#263; mi przyjemno&#347;&#263;, a mo&#380;e jej samej spodoba&#322; si&#281; taki spos&#243;b okazywania sympatii Nie wiem, bo nie pyta&#322;em. Mo&#380;na wsp&#243;&#322;pracowa&#263; z Niebianami, mo&#380;na si&#281; z nimi przyja&#378;ni&#263;, pomaga&#263; im, przekazywa&#263; nasz&#261; wiedz&#281;, korzysta&#263; z ich do&#347;wiadcze&#324;, ale kochanie si&#281; w nich jest sprzeczne z natur&#261;. Mi&#322;o&#347;&#263; jest rzecz&#261; ludzk&#261;, zbyt ludzk&#261;, aby przenosi&#263; j&#261; w inne &#347;wiaty.

Od tych my&#347;li zrobi&#322;o mi si&#281; smutno na duszy.

Przyle&#263; do nas powiedzia&#322;a Fiola. Spodoba ci si&#281; na naszej planecie.

Mo&#380;e istotnie przylec&#281;.

Je&#347;li ty nie przylecisz, ja wprosz&#281; si&#281; na Ziemi&#281;. Obiecali&#347;cie przecie&#380; go&#347;ci&#263; nas u siebie. B&#281;dziesz na mnie czeka&#322;?

Oczywi&#347;cie powiedzia&#322;em z westchnieniem. Wydaje mi si&#281;, &#380;e nie robi&#281; nic innego tylko czekam na ciebie. Przyjed&#378; koniecznie. Chc&#281; ci&#281; widzie&#263; bardziej ni&#380; kogokolwiek innego z ludzi.

To niezbyt logiczne, Fiolo.

Masz racj&#281;, zarazi&#322;e&#347; mnie swoimi dziwactwami. Trzyma&#322;em j&#261; za r&#281;ce, g&#322;adzi&#322;em je.

Poca&#322;uj mnie prosi&#322;a samym tylko blaskiem swoich. oczu.

Poca&#322;owa&#322;em j&#261; i rzek&#322;em smutnym g&#322;osem: Upragniona i niedost&#281;pna.

Fiola z napi&#281;ciem ws&#322;uchiwa&#322;a si&#281; w moje s&#322;owa. Wiedzia&#322;em, &#380;e b&#281;dzie p&#243;&#378;niej powtarza&#263; je w duchu, b&#281;dzie stara&#322;a si&#281; poj&#261;&#263; ich znaczenie. Zawstydzi&#322;em si&#281;. Czemu zaszczepiam ludzki niepok&#243;j w spokojn&#261; dusz&#281; dalekiej od cz&#322;owieka istoty? Czemu narzucam jej nasze nami&#281;tno&#347;ci? Przecie&#380; ona potrafi zrozumie&#263; nasze niepokoje i cierpienia, a nie dane jej b&#281;dzie zazna&#263; rozkoszy i szcz&#281;&#347;cia. B&#281;dzie potem w rozpaczy kr&#261;&#380;y&#263; po mrocznych lasach, b&#281;dzie wzywa&#263; mnie &#347;piewem i &#347;wiat&#322;em. Po co?

Upragniona i nieosi&#261;galna! szepta&#322;em patrz&#261;c, jak znika w g&#322;&#281;bi parku.



34

Konferencja Niebian uda&#322;a si&#281; doskonale. Ogromna sala przyj&#281;&#263; galaktycznych zosta&#322;a podzielona na sektory. Wewn&#261;trz sektor&#243;w stworzono warunki odpowiednie dla poszczeg&#243;lnych istot. Aldebara&#324;czyey mieli ogromn&#261; grawitacj&#281;, Altairczycy twarde promieniowanie swojej rozpalonej gwiazdy, Weganie intymny p&#243;&#322;mrok i wspania&#322;e ro&#347;liny. Jedynie Anio&#322;om z Hiad nie stwarzano szczeg&#243;lnych warunk&#243;w, gdy&#380; ten ludek &#347;wietnie przystosowywa&#322; si&#281; do ka&#380;dych. Wiele sektor&#243;w &#347;wieci&#322;o pustk&#261;, bo konstruktorry z Ory przewidzieli tyle r&#243;&#380;nych wariant&#243;w &#380;ycia, &#380;e po&#322;owy tych hipotetycznych form istnienia nie zdo&#322;ano jeszcze odkry&#263;.

Chcia&#322;em w czasie narady siedzie&#263; razem z Fiol&#261;, ale Wiera poleci&#322;a mi, abym zjawi&#322; si&#281; w sektorze S&#322;o&#324;ca, gdzie zebrali si&#281; ludzie.

Usiad&#322;em mi&#281;dzy Romerem i Andre, w pobli&#380;u Olgi, Allana, Lusina i Leonida. Przed nami i za nami zaj&#281;li miejsca pracownicy Ory wolni od dy&#380;ur&#243;w przy urz&#261;dzeniach sztucznej planety. Ludzi by&#322;o wiele. Jeszcze wi&#281;cej by&#322;o go&#347;ci, zw&#322;aszcza Anio&#322;&#243;w. Sektory wznosi&#322;y si&#281; amfiteatralnie ku g&#243;rze rz&#281;dami foteli, grupami drzew lub trawnikami ka&#380;demu ludowi zapewniono otoczenie takie, do jakiego przywyk&#322;. Przed fotelami i wszelkiego rodzaju siedziskami znajdowa&#322;y si&#281; wideofony, t&#322;umacz&#261;ce dowolne formy mowy na zrozumia&#322;e dla danego odbiorcy. Ludzie, Anio&#322;y i cz&#281;&#347;ciowo Weganie korzystali z j&#281;zyka d&#378;wi&#281;k&#243;w, pozostali nawi&#261;zywali kontakty przy pomocy r&#243;&#380;norodnych rodzaj&#243;w promieniowania.

Przy o&#347;wietlonym stoliku w centrum sali zasiedli Wiera ze Spychalskim przewodnicz&#261;cym dzisiejszej narady mieszka&#324;c&#243;w naszej Galaktyki.

Tr&#261;ci&#322;em &#322;okciem zachmurzonego Andre.

Warto by&#322;o wybra&#263; prezydium, jakie lubili przodkowie, po jednym przedstawicielu z ka&#380;dego gwiazdozbioru, nie s&#261;dzisz?

Andre w ci&#261;gu ostatnich dni nie dojada&#322; i nie dosypia&#322;, krz&#261;ta&#322; si&#281; w&#347;r&#243;d Anio&#322;&#243;w, ale niczego nowego nie zdo&#322;a&#322; si&#281; dowiedzie&#263;. Nie uda&#322;o mu si&#281; te&#380; nic wyci&#261;gn&#261;&#263; z l&#281;kliwych Altairczyk&#243;w, kt&#243;rzy niew&#261;tpliwie zataili wa&#380;ne informacje o kosmicznych podr&#243;&#380;nikach.

Zwr&#243;&#263; si&#281; do Romera burkn&#261;&#322;. Nie jestem specjalist&#261; od prezydi&#243;w.

Do Romera si&#281; nie zwr&#243;ci&#322;em. Pawe&#322; ustawi&#322; lask&#281; pomi&#281;dzy nogami, po&#322;o&#380;y&#322; r&#281;ce na r&#281;koje&#347;ci i z oboj&#281;tn&#261; pogard&#261; ogl&#261;da&#322; sal&#281;. Nadal wi&#281;c wypytywa&#322;em Andre:

Po odwiedzinach u Anio&#322;&#243;w chodzi&#322;e&#347; do mieszka&#324;c&#243;w Aldebarana i Capelli. Co opowiadaj&#261;?

To samo. To znaczy nic. Ani s&#322;owa?

Przecie&#380; ci m&#243;wi&#281;! A mo&#380;e przynie&#347;&#263; deszyfrator, &#380;eby&#347; m&#243;g&#322; sam porozumie&#263; si&#281; z przyjaci&#243;&#322;mi?

&#379;adnego snu, &#380;adnej my&#347;li?

Po raz setny m&#243;wi&#281; ci, &#380;e nic! Aldebara&#324;czycy staraj&#261; si&#281; my&#347;le&#263; jak najmniej, a ich sny s&#261; pozbawione obraz&#243;w i przedstawiaj&#261; jakie&#347; barwne pasma. Mo&#380;e im si&#281; &#347;ni, &#380;e ci&#261;&#380;enie wzros&#322;o do tego stopnia, i&#380; nie mog&#261; oddycha&#263;.

Maj&#261; ci&#281;&#380;ki sen w dos&#322;ownym znaczeniu tego s&#322;owa Bez zwi&#281;kszenia grawitacji nie zasypiaj&#261; w og&#243;le. Dzi&#281;kuj&#281; za informacj&#281;. Zapomnia&#322;e&#347;, &#380;e ja r&#243;wnie&#380; s&#322;ucha&#322;em wyk&#322;adu Spychalskiego o &#380;yciu na Aldebaranie i Capelli!

P&#243;ki rozmawia&#322;em z Andre, Spychalski zaproponowa&#322; Wierze, aby powiedzia&#322;a kilka s&#322;&#243;w na temat zada&#324; pierwszej narady mi&#281;dzygwiezdnej. Wiera w swojej mowie proklamowa&#322;a pocz&#261;tek nowej ery kosmicznej, pocz&#261;tek okresu wsp&#243;&#322;pracy wewn&#261;trzgalaktycznej.

Andre by&#322; zdania, &#380;e Wiera stara si&#281; przedstawi&#263; wsp&#243;&#322;prac&#281; mi&#281;dzygwiezdn&#261; w zbyt r&#243;&#380;owych kolorach. Wszech&#347;wiatowe towarzystwo charytatywne powiedzia&#322; ziewaj&#261;c. Bractwo spadaj&#261;cych z nieba syntetycznych go&#322;&#261;bk&#243;w. Wielka Lo&#380;a Niebian-Spryciarzy. Ironia Andre bardzo mnie dotkn&#281;&#322;a. Zapyta&#322;em go z wyrzutem, czy to nie on przypadkiem napisa&#322; niedawno symfoni&#281; o harmonii gwiezdnych &#347;wiat&#243;w.

Ja odpar&#322; Andre oboj&#281;tnie. I nadal jestem zwolennikiem wsp&#243;&#322;pracy kosmicznej. Ale niechaj i gwiezdni braciszkowie zakasz&#261; r&#281;kawy.

Romero zdawa&#322; si&#281; s&#322;ucha&#263; tylko Wiery. W ci&#261;gu godziny nie odwr&#243;ci&#322; g&#322;owy, nie chrz&#261;kn&#261;&#322; i trwa&#322; w niezmiennej pozie z r&#281;kami skrzy&#380;owanymi na lasce i z aroganck&#261; nud&#261; na twarzy. Pochwyci&#322; jednak sedno naszej cichej rozmowy. Obr&#243;ci&#322; si&#281; ku nam.

To pierwsza pa&#324;ska idea, drogi Andre, kt&#243;ra wydaje mi si&#281; zdrowa. Po wczorajszej teorii s&#261;dzi&#322;em, &#380;e pan ju&#380; sko&#324;czy&#322; si&#281; jako my&#347;liciel.

Zaciekawi&#322;em si&#281;, o kt&#243;r&#261; teori&#281; Andre mu chodzi. Czy o t&#281; zabawn&#261; hipotez&#281; na temat niewidzialno&#347;ci nieznanych wrog&#243;w Galakt&#243;w?

Nie, nast&#281;pn&#261;. Nasz przyjaciel Andre jest generatorem nowych pomys&#322;&#243;w dzia&#322;aj&#261;cym w spos&#243;b ci&#261;g&#322;y. Nie dalej jak wczoraj przekonywa&#322; mnie, &#380;e cz&#322;owiek jest czym&#347; w rodzaju sztucznego tworu zaprojektowanego w niepami&#281;tnych czasach przez Galakt&#243;w, kt&#243;rzy po skonstruowaniu porzucili nas na Ziemi ze wzgl&#281;du na nasz&#261; ca&#322;kowit&#261; nieprzydatno&#347;&#263;.

Niczego podobnego Andre mi nie m&#243;wi&#322;.

Drobiazg rzuci&#322; lekko Andre. Hipoteza r&#243;wnie dobra jak ka&#380;da inna, wynik analizy jednego z teoretycznych mo&#380;liwych przypuszcze&#324; W instytucie Lusina wytwarza si&#281; pegazy i smoki, dzia&#322;aj&#261;c na genetyczne kwasy nukleinowe koni i jaszczurek, czemu wi&#281;c cz&#322;owiek nie mia&#322;by by&#263; wynikiem eksperyment&#243;w genetycznych na ma&#322;pach? Zadanie przy obecnym stanie wiedzy zupe&#322;nie mo&#380;liwe, po prostu nikt si&#281; nim nie zajmowa&#322;. Za&#322;o&#380;y&#322;em wi&#281;c, &#380;e niegdy&#347; na Ziemi wyl&#261;dowali Galaktowie i troch&#281; poeksperymentowawszy z kodem genetycznym ma&#322;p, stworzyli ludzi podobnych do siebie. Zgodzicie si&#281;, &#380;e to przypuszczenie doskonale t&#322;umaczy wiele zagadek.

Przypuszczenie czy fantazja? zapyta&#322; Romero. Poniewa&#380; pan ju&#380; zacz&#261;&#322;, wi&#281;c prosz&#281; doko&#324;czy&#263;. Mam na my&#347;li ocen&#281;, jak&#261; MUK da&#322; pa&#324;skiej interesuj&#261;cej teorii.

MUK odrzuci&#322; moj&#261; hipotez&#281; powiedzia&#322; niech&#281;tnie Andre. Uzna&#322; j&#261; za nienaukow&#261;.

Nazwa&#322; j&#261; bredniami, mi&#322;y Andre. Wybra&#322; w&#322;a&#347;nie to s&#322;owo do precyzyjnej kwalifikacji pa&#324;skiego kolejnego dzie&#322;a naukowego. Co za&#347; do mnie, to uwa&#380;am, &#380;e s&#322;&#243;wko brednie zawiera wi&#281;cej tre&#347;ci ni&#380; wszystkie inne wasze uczone rozwa&#380;ania o Galaktach i ludziach, kwasach nukleinowych i kodach genetycznych.

Powiedzia&#322; to z tak&#261; z&#322;o&#347;ci&#261; w g&#322;osie, &#380;e zrobi&#322;o mi si&#281; nieprzyjemnie. Andre milcza&#322; ponuro, a ja wiedzia&#322;em, sk&#261;d si&#281; wzi&#261;&#322; jego z&#322;y nastr&#243;j.

Po wyst&#261;pieniu Wiery zrobiono przerw&#281;, aby go&#347;cie mogli przemy&#347;le&#263; jej s&#322;owa. W przerwie dla ch&#281;tnych wykonano symfoni&#281; Andre. Kompozytor opowiedzia&#322; o swym utworze. Potem zabrzmia&#322;a mechaniczna muzyka. S&#322;ucha&#322;em koncertu siedz&#261;c obok Fioli w jej sektorze. Muzyka wprawi&#322;a j&#261; w zdumienie. D&#378;wi&#281;ki s&#261; wulgarne powiedzia&#322;a a efekty barwne prymitywne. Czy&#380;by ludzie zachwycali si&#281; czym&#347; r&#243;wnie bezsensownym? Zapewni&#322;em j&#261;, &#380;e normalni ludzie nie zachwycaj&#261; si&#281; podobn&#261; sztuk&#261;, a je&#380;eli zdarzaj&#261; si&#281; dziwacy w rodzaju Andre, to bywaj&#261; zwykle wy&#347;miewani. Wydaje mi si&#281;, &#380;e to wyja&#347;nienie zadowoli&#322;o j&#261;.

Postara&#322;em si&#281; r&#243;wnie&#380; pozna&#263; opinie innych Niebian.

No wi&#281;c tak powiedzia&#322;em p&#243;&#378;niej Andre. Altairczycy uwa&#380;aj&#261;, &#380;e symfonia jest zbyt pastelowa, zawiera zbyt ma&#322;o promieni rentgenowskich, dla Aldebara&#324;czyk&#243;w jest zbyt lekka, Anio&#322;om wydaje si&#281; zimna i pusta, Weganom prymitywna i monotonna Co poza tym? Ludzie nadal maj&#261; zbyt w&#261;skie spektrum warunk&#243;w &#380;yciowych, wi&#281;c dla nich jest zab&#243;jcza. Kto wygra&#322;?

Id&#378; do diab&#322;a! powiedzia&#322; Andre pogodnie. Podejrzewam, &#380;e przewidywa&#322; fiasko i zabiega&#322; o urz&#261;dzenie koncertu jedynie po to, aby spe&#322;ni&#263; warunki zak&#322;adu. Niebianie maj&#261; jeszcze mniej poczucia estetyki ni&#380; ludzie. Rozkoszuj si&#281; swoj&#261; fizjologiczn&#261; papk&#261; muzyczn&#261;, je&#380;eli nie rozumiesz arcydzie&#322;.

Nie powiedzia&#322;e&#347;, kto wygra&#322; zak&#322;ad? nalega&#322;em.

Ty przyzna&#322; niech&#281;tnie. Ale, je&#347;li ci&#281; mo&#380;na prosi&#263;, nie ta&#324;cz i nie krzycz na ca&#322;&#261; Or&#281;. Jak na m&#243;j gust cieszysz si&#281; zbyt ha&#322;a&#347;liwie.

Obieca&#322;em mu cicho prze&#380;ywa&#263; t&#281; rado&#347;&#263;.



35

Ostatnie dni pobytu na Orze by&#322;y wype&#322;nione naradami. Ludzi pomi&#281;dzy sob&#261; i ludzi z grupami Niebian. Na jednej z narad u Spychalskiego, na kt&#243;rej nie by&#322;o gwiezdnych go&#347;ci, postanowiono, &#380;e dwa najwi&#281;ksze statki galaktyczne: Po&#380;eracz Przestrzeni i Sternik powinny kontynuowa&#263; podr&#243;&#380; w g&#322;&#261;b Galaktyki.

Wiera wyt&#322;umaczy&#322;a, dlaczego penetracji gwiezdnych g&#322;&#281;bi nie mo&#380;na od&#322;o&#380;y&#263; na p&#243;&#378;niej. Wyprawa na Or&#281; mia&#322;a dwa zadania, z kt&#243;rych jedno stworzenie podstaw organizacyjnych przysz&#322;ego Sojuszu Mi&#281;dzygwiezdnego wykonano.

Jednak&#380;e m&#243;wi&#322;a Wiera gdzie&#347; w&#347;r&#243;d gwiazd mieszka podobny do nas, wysoko rozwini&#281;ty nar&#243;d Galakt&#243;w, o kt&#243;rym nie dowiedzieli&#347;my si&#281; niczego. Ca&#322;a praca nad tworzeniem sojuszu mieszka&#324;c&#243;w gwiazd stanie pod znakiem zapytania, je&#380;eli nie dowiemy si&#281;, czy projektowanej organizacji nie zagra&#380;a niebezpiecze&#324;stwo. I na odwr&#243;t, sprawa mo&#380;e posun&#261;&#263; si&#281; szybko naprz&#243;d, je&#380;eli zapewnimy sobie pomoc Galakt&#243;w. Dok&#261;d skierowa&#263; statki w ich poszukiwaniu? Sk&#261;d Galaktowie przylecieli do gwiazdozbioru Hiad i na Altair? Najprawdopodobniej z Plejad, kt&#243;re s&#261; skupiskiem gwiezdnym po&#322;o&#380;onym najbli&#380;ej Hiad. Tak wi&#281;c skok w Plejady, dok&#261;d ludzie jeszcze nie docierali, b&#281;dzie naszym kolejnym zadaniem.

Ja lec&#281; Po&#380;eraczem Przestrzeni zako&#324;czy&#322;a Wiera. Ewakuacji go&#347;ci z Ory i wys&#322;ania statk&#243;w na Ziemi&#281; podejmie si&#281; szanowny Marcin Julianowicz.

Spychalski u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; nieweso&#322;o.

Mia&#322;em nadziej&#281;, &#380;e i mnie, staruszka, zabierzecie ze sob&#261; w daleki rejs. Ale widz&#281;, &#380;e trzeba b&#281;dzie do&#380;y&#263; ostatnich lat jako dozorca tej planetki.

Nie jako dozorca, ale jako przedstawiciel ludzko&#347;ci na wysuni&#281;tej gwiezdnej plac&#243;wce. A my b&#281;dziemy kontynuowa&#263; pa&#324;skie poszukiwania.

Po zako&#324;czeniu narady spyta&#322;em Romera: Pan z nami, Pawle, czy na Ziemi&#281;?

W staro&#380;ytno&#347;ci odpar&#322; sucho za g&#322;&#243;wn&#261; cnot&#281; m&#281;&#380;czyzny uwa&#380;ano umiej&#281;tno&#347;&#263; walki z wrogiem. Po&#380;eracz Przestrzeni ma zadanie szczeg&#243;lne: zwiad na terytorium wroga. Straci&#322;bym dla siebie szacunek, gdybym nie wykorzysta&#322; mo&#380;liwo&#347;ci wykazania si&#281; odwag&#261; godn&#261; m&#281;&#380;czyzny!

Wydaje mi si&#281;, &#380;e m&#243;g&#322;by powiedzie&#263; to samo mniej zawi&#322;ym stylem.

Kolejno odlatywa&#322;y statki na Altair, Aldebarana, Capell&#281;, Fomalhaut, a&#380; wreszcie nasta&#322;a kolej na odlot mieszka&#324;c&#243;w Wegi.

Noc przed rozstaniem z Fiol&#261; sp&#281;dzi&#322;em w jej parku pod sm&#281;tnym blaskiem sztucznego ksi&#281;&#380;yca. Przewa&#380;nie milczeli&#347;my. W tym milczeniu by&#322;o co&#347; tak lirycznie ziemskiego, &#380;e m&#243;j smutek zamieni&#322; si&#281; w rozpacz. To by&#322;a pierwsza noc, w czasie kt&#243;rej Fiola nie wypytywa&#322;a mnie ani o nauk&#281;, ani o kosmos, ani te&#380; o nasze porz&#261;dki spo&#322;eczne, czy te&#380; statki gwiezdne. Intymnie g&#322;upia noc, prawdziwa noc zakochanych.

Przed &#347;witem Fiola wsta&#322;a.

Zapala si&#281; s&#322;o&#324;ce, Eli. Musz&#281; i&#347;&#263;. Zobaczymy si&#281; w porcie kosmicznym.

Wieczorem do bazy gwiazdolot&#243;w zaje&#380;d&#380;a&#322;y kolejno autobusy, z kt&#243;rych wypryskiwa&#322;y &#347;wiec&#261;ce kolumny Wegan. Przyt&#322;umione, uroczyste &#347;wiat&#322;o, p&#322;yn&#261;ce z cia&#322; mieszka&#324;c&#243;w Wegi, zala&#322;o ca&#322;y port. Poszed&#322;em tam z Lusinem i sta&#322;em na uboczu. Wielu Wegan poznawa&#322;o mnie i powitalnie b&#322;yska&#322;o oczami.

Potem zjawi&#322;a si&#281; Fiola. Ruszy&#322;em ku niej, a ona b&#322;yskawicznie przyp&#322;yn&#281;&#322;a do mnie.

Obieca&#322;e&#347; przyjecha&#263; przypomnia&#322;a. A je&#380;eli nie b&#281;d&#281; m&#243;g&#322;, przyjedziesz ty.

Po jej odlocie chodzi&#322;em d&#322;ugo po Orze wraz z Lusinem.

Jeste&#347; biologiem powiedzia&#322;em. Wiesz, &#380;e mi&#322;o&#347;&#263; jest jednym z bod&#378;c&#243;w do przed&#322;u&#380;enia gatunku. Czy mo&#380;e istnie&#263; mi&#322;o&#347;&#263;, kiedy o tym bod&#378;cu nie mo&#380;e by&#263; mowy? Je&#380;eli dwie istoty tak r&#243;&#380;ni&#261; si&#281; od siebie, &#380;e nie mog&#261; mie&#263; wsp&#243;lnego potomstwa Czy takie dwie istoty maj&#261; prawo kocha&#263; si&#281;?

Lusin rozumia&#322; mnie znacznie lepiej, ni&#380; mog&#322;em przypuszcza&#263;.

Mi&#322;o&#347;&#263; przed&#322;u&#380;enie gatunku, tak. Tak si&#281; zaczyna&#322;o. B&#281;dzie inaczej. Mi&#322;o&#347;&#263; wsp&#243;lnota dusz. Wy&#380;sze stadium.

Okazuje si&#281; powiedzia&#322;em gorzko &#380;e sta&#322;em si&#281; przypadkiem pionierem nowej, wy&#380;szej formy uczucia: jedno&#347;ci pokrewnych dusz Wszech&#347;wiata. Mnie pierwszemu przypad&#322;o w udziale pokocha&#263; istot&#281; biologicznie obc&#261;.

Tak, Eli. Pierwsze kroki. Dzi&#347; obce. Jutro zwyk&#322;e.

Jutro b&#281;dzie tw&#243;j kopalny b&#243;g z g&#322;ow&#261; soko&#322;a powiedzia&#322;em ze z&#322;o&#347;ci&#261;. Na nic wi&#281;cej wasza biologia si&#281; nie zdecyduje.

Nast&#281;pnego dnia flotylla trzech statk&#243;w odlatywa&#322;a z Anio&#322;ami na Hiady. Za&#322;adunek skrzydlatych odbywa&#322; si&#281; przy akompaniamencie krzyk&#243;w, &#322;opotu skrzyde&#322; i skowyt&#243;w. Znajome Anio&#322;y rzuca&#322;y si&#281; nam na szyje, pot&#281;guj&#261;c zamieszanie swymi p&#322;aczami i narzekaniami.

Nagle w skrzydlatym t&#322;umie pojawi&#322; si&#281; Trub i roztr&#261;ciwszy pobratymc&#243;w pomkn&#261;&#322; ku nam z rykiem. Krzycza&#322; nie wiadomo dlaczego tylko do mnie:

Eli! Eli! Eli!

Obj&#261;&#322; mnie skrzyd&#322;ami i zabulgota&#322; straszliwym g&#322;osem:

Nie pojad&#281;! Chc&#281; z lud&#378;mi, tylko z lud&#378;mi! Andre pr&#243;bowa&#322; przem&#243;wi&#263; do rozs&#261;dku awanturuj&#261;cemu si&#281; Anio&#322;owi, ale Trub krzycza&#322; coraz g&#322;o&#347;niej:

Pojad&#281; z lud&#378;mi! Nie chc&#281; do siebie!

Lusin mia&#322; &#322;zy w oczach i czule g&#322;adzi&#322; l&#347;ni&#261;ce pi&#243;ra krzykacza.

Dobry szepta&#322;. Cudowny. Najlepszy.

Odszuka&#322;em Spychalskiego i powiedzia&#322;em, co si&#281; dzieje.

Chcecie wzi&#261;&#263; Anio&#322;a z sob&#261;? A na diab&#322;a wam Anio&#322;? zdumia&#322; si&#281; Spychalski.

Prosz&#281; na niego spojrze&#263; powiedzia&#322;em. Przecie&#380; to pi&#281;kny okaz. Jakie on wra&#380;enie wywrze na Ziemi! Zreszt&#261; przywi&#261;za&#322; si&#281; do nas nie mniej ni&#380; my do niego. Ponadto nie cierpi swoich pobratymc&#243;w.

Spychalski wywo&#322;a&#322; Wier&#281;. Przekaza&#322; jej &#380;yczenie Truba i nasze, a od siebie doda&#322;, &#380;e prosi o to samo.

Mo&#380;ecie zabra&#263; Truba powiedzia&#322;a i wy&#322;&#261;czy&#322;a si&#281;.

Pomkn&#261;&#322;em ku swoim krzycz&#261;c ju&#380; z daleka, &#380;e sprawa za&#322;atwiona. Trub ma piekielnie mocne skrzyd&#322;a i ma&#322;o mi nie po&#322;ama&#322; ko&#347;ci.

Jestem twoim niewolnikiem powiedzia&#322;. Niewolnikiem na wieki, Eli!

Jeste&#347; moim adiutantem odpar&#322;em. Adiutant jest kim&#347; w rodzaju przyjaciela. Na prawach przyja&#378;ni poprosz&#281; ci&#281; o jedn&#261; drobn&#261; przys&#322;ug&#281;.

Wszystko, co zechcesz. Jestem szcz&#281;&#347;liwy, o pot&#281;&#380;ny

Wyk&#261;p si&#281; i zmie&#324; odzie&#380;. W magazynach jest wiele anielskich szat, we&#378; co najmniej tuzin na zapas. Trub natychmiast uni&#243;s&#322; si&#281; w g&#243;r&#281;. Jak na swoj&#261; ogromn&#261; wag&#281; lata&#322; wspaniale.



2. Rejs Gwiezdnego P&#322;uga



1

Kiedy spogl&#261;dam na przebyt&#261; przez nas drog&#281;, ogarnia mnie z&#322;o&#380;one uczucie &#380;alu z powodu poniesionych strat, pomieszanego z dum&#261;. Byli&#347;my uczestnikami najtrudniejszej z dotychczasowych wypraw kosmicznych i ca&#322;kowicie spe&#322;nili&#347;my sw&#243;j ludzki obowi&#261;zek. Chodzi oczywi&#347;cie nie o to, &#380;e w ci&#261;gu dw&#243;ch ziemskich lat przebyli&#347;my dziesi&#281;&#263; tysi&#281;cy lat &#347;wietlnych i nie o to, &#380;e cho&#263; nie przenikn&#281;li&#347;my do os&#322;oni&#281;tego ciemnymi mg&#322;awicami centrum Galaktyki, to przynajmniej wdarli&#347;my si&#281; w gwiezdne g&#322;&#281;bie tak daleko, jak nikt przed nami. Gdyby nasze zas&#322;ugi ogranicza&#322;y si&#281; tylko do trylion&#243;w kilometr&#243;w pozostawionych za ruf&#261; statku, nie by&#322;oby &#380;adnych powod&#243;w do dumy. Dowiedzieli&#347;my si&#281; jednak, jak wielka jest pot&#281;ga osi&#261;gni&#281;ta przez inne istoty rozumne, jak wielkie jest dobro i z&#322;o walcz&#261;ce ze sob&#261; w galaktycznej wojnie i jak nieub&#322;aganie to wszystko zmusza cz&#322;owieka do ingerencji w konflikty nie przez niego wywo&#322;ane, gdy&#380; poza nim nikt nie mo&#380;e ich ostatecznie rozwik&#322;a&#263;. Nasz wiek jest tragiczny cz&#281;sto powtarza&#322; biedaczysko Andre i dowi&#243;d&#322; tego w&#322;asnym &#380;yciem. Obok burt naszego statku przemkn&#281;&#322;y tysi&#261;ce uk&#322;ad&#243;w gwiezdnych i na &#380;adnym z nich nie znale&#378;li&#347;my cukierkowego raju spokoju i b&#322;ogo&#347;ci. Musieli&#347;my natomiast bi&#263; ci&#281;&#380;k&#261; pi&#281;&#347;ci&#261; ludzkiej pot&#281;gi tych, kt&#243;rzy budowali sw&#243;j malutki dobrobyt na wielkich nieszcz&#281;&#347;ciach innych. Uderza&#263; z&#322;em w z&#322;o jest tak&#380;e dobrem. Oczywi&#347;cie nie osi&#261;gn&#281;li&#347;my ca&#322;kowitego zwyci&#281;stwa, byli&#347;my wszak tylko zwiadowcami, a nie armi&#261; ludzko&#347;ci. Wiemy jednak teraz, kogo popieramy i kto jest naszym wrogiem, wiemy, &#380;e na wie&#347;&#263; o naszym wyj&#347;ciu we Wszech&#347;wiat tysi&#261;ce zamieszka&#322;ych &#347;wiat&#243;w z b&#322;aganiem i nadziej&#261; wyci&#261;gaj&#261; ku nam r&#281;ce. Jestem przekonany, &#380;e wkr&#243;tce nadejdzie czas, kiedy przetarta przez nas &#347;cie&#380;ka w kosmosie zamieni si&#281; w szerok&#261; drog&#281;, najwa&#380;niejsz&#261; tras&#281; Wszech&#347;wiata od cz&#322;owieka ku zamieszka&#322;ym gwiazdom, od gwiazd ku cz&#322;owiekowi!



2

W przodzie lecia&#322; Po&#380;eracz Przestrzeni, a za nim Sternik. Dow&#243;dc&#261; pierwszego by&#322;a Olga, kt&#243;rej pomagali Leonid i Osima. Drugim statkiem dowodzi&#322; Allan. Wiera wybra&#322;a Po&#380;eracza Przestrzeni. Opr&#243;cz niej byli na nim: Lusin, Romero, Andre i ja.

Codziennie przez wiele godzin &#347;l&#281;cza&#322;em wraz z Wier&#261; nad jej raportem dla Ziemi, pozwoli&#322;a wi&#281;c mi komunikowa&#263; si&#281; ze sob&#261; bez uprzedzania. Kt&#243;rego&#347; dnia po&#322;&#261;czy&#322;em si&#281; z jej pokojem i ujrza&#322;em, &#380;e siostra k&#322;&#243;ci si&#281; z Romerem. Powinienem by&#322; oczywi&#347;cie przerwa&#263; po&#322;&#261;czenie, ale by&#322;em tak zaskoczony, &#380;e po prostu o tym zapomnia&#322;em. Wiera wyrywa&#322;a si&#281; trzymaj&#261;cemu j&#261; za ramiona Romerowi. Pawe&#322; ci&#281;&#380;ko dysza&#322;, oczy b&#322;yszcza&#322;y mu nieprzytomnie.

Nie! sycza&#322; w&#347;ciek&#322;ym g&#322;osem. Nie, Wiero! To si&#281; nie zdarzy!

Odejd&#378;! wyrywa&#322;a si&#281; Wiera. Nie chc&#281; na ciebie patrze&#263;! Pu&#347;&#263;, to boli!

Romero cofn&#261;&#322; si&#281; na &#347;rodek pokoju. Potkn&#261;&#322; si&#281; przy tym i popatrzy&#322; w&#347;ciek&#322;y na pod&#322;og&#281;. Zapami&#281;ta&#322;em dobrze ten wzrok cz&#322;owieka nienawidz&#261;cego nawet przedmiot&#243;w. Powinienem si&#281; by&#322; wy&#322;&#261;czy&#263;, bo m&#243;j post&#281;pek zakrawa&#322; na podgl&#261;danie, ale wyda&#322;o mi si&#281;, &#380;e siostra jest w niebezpiecze&#324;stwie i nie wygasi&#322;em ekranu.

Wiera poprawi&#322;a koronkowy ko&#322;nierzyk.

No, tak jest lepiej. I sko&#324;czmy ju&#380; z tym, Pawle. Milcza&#322;. Stara&#322; si&#281; uspokoi&#263;.

Czemu stoisz? Powtarzam: wyjd&#378;.

Spojrza&#322; nie na ni&#261;, lecz na mnie. Nie m&#243;g&#322; wiedzie&#263; o mej niewidzialnej obecno&#347;ci, lecz obr&#243;ci&#322; si&#281; ku mnie. Jego &#347;ci&#261;gni&#281;te brwi jakby uderza&#322;y jedna o drug&#261;, mi&#281;&#347;nie szcz&#281;k dygota&#322;y. Gdybym by&#322; z nimi w pokoju, os&#322;oni&#322;bym siostr&#281;. Od cz&#322;owieka z tak&#261; twarz&#261; nie mo&#380;na oczekiwa&#263; niczego dobrego.

W staro&#380;ytno&#347;ci istnia&#322; nieg&#322;upi zwyczaj powiedzia&#322; wreszcie ochryp&#322;ym g&#322;osem. Damy zrywaj&#261;ce ze swymi wielbicielami m&#243;wi&#322;y, co przesta&#322;o si&#281; im podoba&#263; w porzucanym kawalerze. Mam nadziej&#281;, &#380;e nie oka&#380;esz si&#281; mniej uprzejma ni&#380; twoje lekkomy&#347;lne poprzedniczki?

Chcesz powiedzie&#263;, &#380;e jestem lekkomy&#347;lna?

Chc&#281; wiedzie&#263;, co si&#281; sta&#322;o. Tylko to chc&#281; wiedzie&#263;

Nie wiesz? To niezwyk&#322;e u tak przenikliwego cz&#322;owieka, za jakiego si&#281; uwa&#380;asz.

Wiero, przysi&#281;gam ci! Gdyby dach zwali&#322; mi si&#281; na g&#322;ow&#281;, nie by&#322;bym tak zaskoczony! Wszystkiego spodziewa&#322;em si&#281; po wyprawie na Or&#281;, ale nie tego!

No dobrze. Nie kocham ci&#281;. To wystarczy?

To wiem. Ale dlaczego? Wyt&#322;umacz mi po ludzku, dlaczego?

Mog&#322;abym odpowiedzie&#263; twoim ulubionym porzekad&#322;em: nie wiadomo, czemu mi&#322;o&#347;&#263; przychodzi, nie wiadomo, czemu znika. W&#261;tpi&#281; jednak, by ci&#281; zadowoli&#322;a odpowied&#378; w tym stylu. A wi&#281;c nie kocham ci&#281;, poniewa&#380; nie szanuj&#281;. Tym razem wystarczy?

Milcza&#322; chwil&#281;.

To znaczy, &#380;e chodzi o gwiezdnych niby-ludzi? O hipopotamy z Aldebarana, paj&#261;ki z Altaira, w&#281;&#380;e z Wegi, senn&#261; galaret&#281; z Arktura i t&#281;pe Anio&#322;ki z Hiad? S&#261; dla ciebie dro&#380;si ode mnie. Stan&#261;&#322;em w obronie cz&#322;owieka i w rezultacie utraci&#322;em jedyne ludzkie uczucie, jakie nas &#322;&#261;czy&#322;o mi&#322;o&#347;&#263;!

Pawle, jeszcze raz prosz&#281; ci&#281;, wyjd&#378;! Czy&#380;by&#347; nie rozumia&#322;, &#380;e ka&#380;dym twym s&#322;owem wzmagasz moj&#261; odraz&#281; do ciebie?

Duma walczy&#322;a w nim z nami&#281;tno&#347;ci&#261;. Jeszcze bardziej zl&#261;k&#322;em si&#281; o Wier&#281;. Pawe&#322; w swym szale&#324;stwie m&#243;g&#322; podnie&#347;&#263; na ni&#261; r&#281;k&#281;. Zaciska&#322;em bezsilnie pi&#281;&#347;ci. Powinienem os&#322;ania&#263; j&#261; w&#322;asn&#261; piersi&#261;, a nie podpatrywa&#263;!

Czo&#322;ga&#322;bym si&#281; przed tob&#261; na kolanach, ca&#322;owa&#322; twoj&#261; sukni&#281; powiedzia&#322; gorzko Pawe&#322;. By&#322;bym dumny z roli twego s&#322;ugi, twojego niewolnika nawet, gdyby&#347; cho&#263; w najmniejszym stopniu tego potrzebowa&#322;a.

Niewolnik&#243;w nie potrzebuj&#281;, a s&#322;ug ka&#380;dy z nas ma pod dostatkiem.

Tak, mechanicznych! Mechanicznych, niech to diabli! Osiemna&#347;cie miliard&#243;w kilowat&#243;w na cz&#322;owieka, dwie&#347;cie miliard&#243;w egipskich niewolnik&#243;w! Jaki faraon, jaki prezydent m&#243;g&#322; si&#281; pochwali&#263; tak&#261; armi&#261; lokaj&#243;w? A w&#347;r&#243;d tej otch&#322;ani kilowat&#243;w ani jednego gor&#261;cego, oddanego ludzkiego serca! Lud&#378;mi jeste&#347;cie czy automatami, wy, aposto&#322;owie powszechnej pomocy? Jak ja was nienawidz&#281;, jak nienawidz&#281;!

Wiera podesz&#322;a do niego. Zl&#261;k&#322;em si&#281;, &#380;e ona pierwsza go uderzy.

Nareszcie, Pawle! D&#322;ugo oczekiwa&#322;am takiego wyznania. Wiem w ko&#324;cu, z kim mam do czynienia z uosobieniem nienawi&#347;ci! I ty chcesz, aby ci&#281; kochano? S&#261;dzisz, g&#322;upcze, &#380;e mi&#322;o&#347;&#263; rodzi si&#281; z nienawi&#347;ci?!

Pawe&#322; obrzydliwie zakl&#261;&#322;, odwr&#243;ci&#322; si&#281; i poszed&#322; ku drzwiom. Wiera zm&#281;czonym ruchem opad&#322;a na tapczan i zamkn&#281;&#322;a oczy. Nadal nie domy&#347;la&#322;a si&#281;, &#380;e j&#261; obserwuj&#281;. Siedzia&#322;a tak kilka minut, a potem zacz&#281;&#322;a p&#322;aka&#263;. P&#322;aka&#322;a najpierw cicho, prawie bezd&#378;wi&#281;cznie. P&#243;&#378;niej nasilaj&#261;ce si&#281; &#322;kania wstrz&#261;sn&#281;&#322;y jej cia&#322;em i run&#281;&#322;a twarz&#261; na poduszk&#281;.

Wy&#322;&#261;czy&#322;em ekran.



3

Lusin ze swym nowym ulubie&#324;cem Trubem przesiaduje ci&#261;gle gdzie&#347; we wn&#281;trzu statku i prawie go nie widujemy. Anio&#322; uczy si&#281; j&#281;zyka ludzkiego, aby m&#243;c rozmawia&#263; z nami bez deszyfratora. Cz&#281;sto natomiast odwiedzam Andre. W jego kajucie stoi na biurku zdj&#281;cie &#379;anny. &#379;anna jest do niego tak podobna, &#380;e z daleka trudno ma&#322;&#380;onk&#243;w rozr&#243;&#380;ni&#263;. Wiele w tym jest naturalnego podobie&#324;stwa, ale jeszcze wi&#281;cej umy&#347;lnych stara&#324;: jednakowe loki si&#281;gaj&#261;ce ramion, identyczne pochylenie g&#322;owy, taki sam kr&#243;j odzie&#380;y. Nie wiem, kto do kogo si&#281; upodabnia, pewnie oboje si&#281; o to staraj&#261; i skutek jest taki, &#380;e bardziej przypominaj&#261; brata i siostr&#281; ni&#380; ma&#322;&#380;e&#324;stwo.

Pewnego razu na biurku Andre pojawi&#322; si&#281; r&#243;wnie&#380; jego przysz&#322;y synek, trzy horoskopowe fotografie ch&#322;opaka w wieku jednego, dw&#243;ch i dziesi&#281;ciu lat.

Galeria rodzinna powiedzia&#322;em. St&#281;skni&#322;e&#347; si&#281;, ch&#322;opie?

Dzi&#347; urodzi&#322; si&#281; Oleg odpowiedzia&#322; Andre uroczystym tonem. O dziesi&#261;tej rano wed&#322;ug miejscowego czasu ziemskiego. Szarooki i rumiany grubas. Sze&#347;&#263;dziesi&#261;t trzy centymetry, pi&#281;&#263; i p&#243;&#322; kilograma u&#347;miech&#243;w i krzyku!

Zainteresowa&#322;em si&#281;, w jaki spos&#243;b wiadomo&#347;&#263; z Ziemi pokona&#322;a dziel&#261;ce nas w&#243;wczas czterysta lat &#347;wietlnych. Andre spojrza&#322; na mnie z oburzeniem.

Nie s&#261;dzi&#322;em, &#380;e zapomnisz o komputerowym horoskopie ma&#322;ego! Przed odjazdem podarowano mi album &#379;anny we wszystkich dniach ci&#261;&#380;y.

Wydoby&#322; z szuflady grub&#261; ksi&#281;g&#281;. Na ka&#380;dej stronie widnia&#322;a fotografia &#379;anny, data, notatka o jej samopoczuciu oraz przepisany jej na t&#281; dob&#281; rozk&#322;ad snu, posi&#322;k&#243;w i przechadzek. Przejrza&#322;em album. Komputerowe prognozy medyczne sprawdzaj&#261; si&#281; niezbyt dok&#322;adnie, zw&#322;aszcza u kobiet. Poza tym mo&#380;liwe s&#261; nieprzewidziane wypadki upadek, z&#322;amanie nogi, k&#322;&#243;tnia z przyjacielem. Nie chcia&#322;em jednak denerwowa&#263; Andre swoimi w&#261;tpliwo&#347;ciami, nic wi&#281;c nie powiedzia&#322;em.

Andre przypatrywa&#322; si&#281; z zachwytem fotografiom &#380;ony.

Kiedy nareszcie zwr&#243;cisz uwag&#281; na ziemskie kobiety, zaopatrz si&#281; w taki sam album. B&#281;dziesz daleko od ukochanej i jednocze&#347;nie obok niej! B&#281;dziesz wiedzie&#263; o niej wszystko, odczuwa&#263; bicie jej serca i ciep&#322;o r&#261;k!

Mam nadziej&#281;, &#380;e pr&#281;dko si&#281; to nie zdarzy. Je&#347;li jednak to nast&#261;pi, zaopatrz&#281; si&#281; w prognoz&#281; nastroju &#380;ony na ka&#380;dy dzie&#324; w roku i b&#281;d&#281; wiedzia&#322;, kiedy spodziewa&#263; si&#281; czu&#322;o&#347;ci, a kiedy awantur S&#261;dz&#281;, &#380;e do tego czasu podobne prognozy stan&#261; si&#281; rzecz&#261; powszechn&#261;. Dopiero wtedy &#380;ycie rodzinne zyska trwa&#322;y fundament. Co o tym s&#261;dzisz?

Po mistrzowsku potrafisz zepsu&#263; najlepszy nastr&#243;j powiedzia&#322; ze z&#322;o&#347;ci&#261;. Nie rozumiem, czemu ci&#281; przyjaciele lubi&#261;?

S&#261; minimalistami. Wiedz&#261;, &#380;e niczego dobrego nie mo&#380;na ode mnie oczekiwa&#263;, i zadowalaj&#261; si&#281; z&#322;ym.

Andre schowa&#322; album.

Chod&#378;my do sali obserwacyjnej. Chcia&#322;bym urodziny syna uczci&#263; jakim&#347; niez&#322;ym odkryciem.

Statki ju&#380; trzeci miesi&#261;c z rz&#281;du sz&#322;y kursem na Plejady. Szybko&#347;&#263; gwiazdolot&#243;w wynosi&#322;a trzy tysi&#261;ce jednostek &#347;wietlnych. Przeorywali&#347;my przestrze&#324; z wielkim impetem. Wyrwali&#347;my z kosmosu k&#322;&#261;b pustki wystarczaj&#261;cy do utworzenia &#347;redniej wielko&#347;ci gwiazdy. Gdyby zak&#322;&#243;cona przez nas geometria tego odcinka Wszech&#347;wiata nie wyr&#243;wnywa&#322;a si&#281; kosztem nienaruszonych obszar&#243;w &#347;wiatowej pustki, zmiany wywo&#322;ane obecno&#347;ci&#261; Gwiezdnych P&#322;ug&#243;w by&#322;yby jeszcze znaczniejsze. Popi&#243;&#322; przestrzeni kosmicznej powiedzia&#322; kiedy&#347; Andre patrz&#261;c na tworzony przez nas py&#322;. Od tej chwili inaczej tego py&#322;u nie nazywali&#347;my.

Andre uregulowa&#322; mno&#380;nik fotonowy i prze&#322;&#261;czy&#322; obraz na ekran zewn&#281;trzny, aby&#347;my obaj widzieli ten sam wizerunek. Zagubione &#347;wiaty o&#380;y&#322;y. Najpierw zal&#347;ni&#322; r&#243;wnoleg&#322;obok Worka S&#322;onecznego, a potem zap&#322;on&#281;&#322;o samo S&#322;o&#324;ce. Wyda&#322;o si&#281; nawet, &#380;e rozr&#243;&#380;niamy obiegaj&#261;ce je planety, ale by&#322;o to oczywi&#347;cie z&#322;udzenie optyczne.

Witaj, daleka ojczyzno! wykrzykn&#261;&#322;em.

Witaj, cz&#322;owieku imieniem Oleg, kt&#243;ry przyszed&#322;e&#347; dzi&#347; na &#347;wiat. Tw&#243;j ojciec i tw&#243;j przyjaciel &#347;l&#261; ci pozdrowienia z gwiezdnej g&#322;&#281;bi! Andre, jak uczcimy jego narodziny? Dawniej przy podobnych okazjach upijano si&#281;. Proponuj&#281; pota&#324;czy&#263; i pokrzycze&#263;.

Nie czekaj&#261;c na zgod&#281; popchn&#261;&#322;em fotel Andre.

Szerstiuk polecia&#322; g&#322;ow&#261; w d&#243;&#322;. Pomkn&#261;&#322;em za nim. Gwiezdny Wszech&#347;wiat zawirowa&#322;, cia&#322;a niebieskie zbli&#380;a&#322;y si&#281; i oddala&#322;y. Andre rozp&#281;dzi&#322; si&#281;, ale go wyprzedzi&#322;em. Jeszcze przez chwil&#281; po barbarzy&#324;sku hasali&#347;my w ciemno&#347;ci przenikni&#281;tej &#347;wiat&#322;em gwiazd, a&#380; zm&#281;czeni obr&#243;cili&#347;my fotele do odleg&#322;ego S&#322;o&#324;ca.

Do widzenia, synu! Cudownie pota&#324;czyli&#347;my na twoj&#261; cze&#347;&#263; powiedzia&#322; Andre i zaj&#261;&#322; si&#281; Plejadami.

Przez dwa miesi&#261;ce podr&#243;&#380;y w kierunku Plejad gwiazdozbi&#243;r zupe&#322;nie si&#281; nie zmienia&#322;. Zar&#243;wno z Ziemi, jak i z Ory Plejady sprawia&#322;y wra&#380;enie kosmicznej paj&#281;czynki zawis&#322;ej mi&#281;dzy wielkimi gwiazdami. Kiedy do roju pozosta&#322;o niewiele parsek&#243;w, gwiazdozbi&#243;r zacz&#261;&#322; si&#281; rozszerza&#263; i nape&#322;nia&#263; blaskiem. Wspania&#322;e skupisko jaskrawych gwiazd rozpala&#322;o si&#281; na niebie. S&#322;o&#324;ca wi&#281;ksze od naszego Syriusza po&#322;yskiwa&#322;y r&#243;&#380;nobarwnymi ogniami, a mrowie mniejszych gwiazdek tworzy&#322;o &#347;wietlist&#261; mozaik&#281;.W mno&#380;niku r&#243;j rozpad&#322; si&#281; na pojedyncze gwiazdy.

Widz&#281; uk&#322;ad planetarny, Eli! powiedzia&#322; wkr&#243;tce Andre.

Zewn&#281;trzne gwiazdy skupiska by&#322;y puste i o niewielkiej jasno&#347;ci, ale Atlanta, olbrzym stokro&#263; jaskrawszy od S&#322;o&#324;ca, mia&#322;a satelity: trzy ciemne globy. Ogl&#261;dali&#347;my je przez chwil&#281;, a potem przesun&#281;li&#347;my si&#281; ku centrum gwiazdozbioru. Tam niemal ka&#380;da gwiazda mia&#322;a sw&#243;j uk&#322;ad planetarny. Wok&#243;&#322; Altiona i Mai kr&#261;&#380;y&#322;o po sze&#347;&#263; planet i to tak blisko gwiazd, &#380;e ich orbity musia&#322;y si&#281; przecina&#263;. Wywo&#322;a&#322;em ster&#243;wk&#281;. Olga ju&#380; wiedzia&#322;a o uk&#322;adach planetarnych w Plejadach. Na niekt&#243;rych z planet automaty wykry&#322;y atmosfer&#281; z zawarto&#347;ci&#261; tlenu oraz umiarkowane pola grawitacyjne.

Wydaje si&#281;, &#380;e na Elektrze &#380;yj&#261; istoty o wysokiej cywilizacji dorzuci&#322;a Olga. Na drugiej spo&#347;r&#243;d czterech jej planet zauwa&#380;ono sztuczne &#347;wiecenie rozb&#322;yskuj&#261;ce po zachodzie Elektry, a potem stopniowo przygasaj&#261;ce. Nocne o&#347;wietlenie miast na Ziemi daje podobny efekt.

Ale miasta! wykrzykn&#261;&#322; Andre. Co z miastami?

Miast st&#261;d nie spos&#243;b wykry&#263;.

Andre skierowa&#322; mno&#380;nik na Elektr&#281;. Wkr&#243;tce znale&#378;li&#347;my kr&#261;&#380;&#261;ce wok&#243;&#322; niej cztery planety, ale nie mogli&#347;my nic dostrzec na ich powierzchni.

Pozostawi&#322;em Plejady w spokoju i odsun&#261;wszy si&#281; nieco od ekranu skierowa&#322;em mno&#380;nik w bok. Przede mn&#261; rozb&#322;ys&#322;y dwa rozproszone skupiska gwiezdne Psi i Chi Perseusza. Z Ziemi i Plutona cz&#281;sto ogl&#261;da&#322;em te dwie zwarte grupy gwiazd odleg&#322;ych od nas o cztery tysi&#261;ce lat &#347;wietlnych. Nigdy nie interesowa&#322;y mnie zbytnio, ale teraz nie mog&#322;em si&#281; od nich oderwa&#263;. W ich rysunku by&#322;o co&#347; znajomego. Rozumia&#322;em, &#380;e jest to zwyczajne z&#322;udzenie, ale nie mog&#322;em si&#281; pozby&#263; tego uczucia. By&#322;o to tym dziwniejsze, &#380;e st&#261;d, z Plejad, dalekie roje Perseusza widoczneby&#322;y pod innym k&#261;tem ni&#380; z Ziemi lub z Ory. Nie tylko ja, lecz tak&#380;e nikt z ludzi nie obserwowa&#322; jeszcze tych skupisk w takiej projekcji, a wi&#281;c nie mog&#322;y mi by&#263; znane. Tak to sobie t&#322;umaczy&#322;em w duchu, pr&#243;buj&#261;c st&#322;umi&#263; narastaj&#261;ce zdenerwowanie.

Co si&#281; z tob&#261; dzieje? zapyta&#322; Andre. Popatrz na Elektr&#281;. Rzeczywi&#347;cie wida&#263; sztuczne &#347;wiat&#322;o nad jedn&#261; z planetek.

Odczep si&#281;! burkn&#261;&#322;em. Znudzi&#322;a mi si&#281; twoja Elektra.

Z coraz wi&#281;kszym napi&#281;ciem wpatrywa&#322;em si&#281; w dwie b&#322;yszcz&#261;ce grupki gwiazd. By&#322;y niemal r&#243;wne co do wielko&#347;ci, ale jedna z nich wydawa&#322;a mi si&#281; bardziej zwarta wiele tysi&#281;cy s&#322;o&#324;c skupionych na ma&#322;ej przestrzeni Jedna przypomina&#322;a zaci&#347;ni&#281;t&#261; pi&#281;&#347;&#263; bij&#261;c&#261; w &#347;rodek drugiego skupiska, z kt&#243;rego gwiazdy rozlatywa&#322;y si&#281; na zewn&#261;trz niczym od&#322;amki.

Nagle przypomnia&#322;em sobie, gdzie widzia&#322;em ten obraz.

Chwyci&#322;em Andre za ramiona i potrz&#261;sn&#261;&#322;em tak, &#380;e g&#322;owa mu si&#281; zako&#322;ysa&#322;a, a z&#281;by mimo woli szcz&#281;kn&#281;&#322;y.

Oni s&#261; na Perseuszu! wrzasn&#261;&#322;em. Nie tam lecimy, gdzie trzeba, bo oni s&#261; na Perseuszu!

Pu&#347;&#263; mnie! b&#322;aga&#322; Andre. Dusz&#281; ze mnie wytrz&#281;siesz! Jacy oni? Co tu ma do rzeczy Perseusz?

Z&#322;ywrogi! powiedzia&#322;em. Wiem teraz, gdzie gnie&#380;d&#380;&#261; si&#281; Niszczyciele!

Andre zdenerwowa&#322; si&#281; tak, &#380;e a&#380; straci&#322; g&#322;os.

Przypomnij sobie zapisy pokazywane w Sali Pomara&#324;czowej m&#243;wi&#322;em. Przypomnij sobie, jak przekonywa&#322;e&#347; nas, &#380;e s&#322;ysza&#322;e&#347; krzyk b&#243;lu dobiegaj&#261;cy z roju gwiezdnego Czy to nie s&#261; te same gwiazdy? Pytam ci&#281;, czy to nie jest dok&#322;adnie ten sam widok?

Andre oderwa&#322; si&#281; wreszcie od lornety mno&#380;nika.

Eli, przyjacielu, dokona&#322;e&#347; wielkiego odkrycia powiedzia&#322; uroczystym tonem. Zawsze by&#322;em przekonany, i&#380; natura wyznaczy&#322;a ci rol&#281; powa&#380;niejsz&#261; ni&#380; monotonna b&#322;azenada. Gratuluj&#281; ci. A teraz biegiem do Wiery.

Po co? Nie ma gwa&#322;tu, zd&#261;&#380;ymy.

Nie ma chwili do stracenia. Musimy natychmiast zmieni&#263; kurs. Po c&#243;&#380; nam Plejady, skoro ci, kt&#243;rych szukamy, s&#261; na Perseuszu?

Teraz on ci&#261;gn&#261;&#322; mnie i popycha&#322;. Chcia&#322;em ju&#380; wsta&#263;, kiedy zap&#322;on&#281;&#322;y sygna&#322;y awaryjne i zawy&#322;y syreny. Strefa niebieska pokry&#322;a si&#281; mgie&#322;k&#261;, gwiazdy zako&#322;ysa&#322;y si&#281; i zgas&#322;y. Rozleg&#322; si&#281; spokojny g&#322;os Olgi.

Przed nami w prawo od kursu cia&#322;o kosmiczne id&#261;ce z szybko&#347;ci&#261; przy&#347;wietln&#261;. To nie jest meteoryt. Og&#322;aszam alarm og&#243;lny. Wychodzimy z obszaru nad&#347;wietlnego.

Andre i ja chwycili&#347;my za lornety mno&#380;nik&#243;w. W ci&#261;gu nast&#281;pnych paru minut do sali obserwacyjnej nieustannie przybywali cz&#322;onkowie za&#322;ogi. Obok mnie usiad&#322;a Wiera. Pospiesznie opowiedzia&#322;em jej o swoich spostrze&#380;eniach na temat Perseusza.

To bardzo wa&#380;ne, Eli powiedzia&#322;a siostra. Polecimy automatom sprawdzi&#263; twoj&#261; obserwacj&#281;. Ale teraz ciekawi mnie, jakie to cia&#322;o mknie z szybko&#347;ci&#261; przy&#347;wietln&#261;. Mo&#380;e to gwiazdolot?

Po pewnym czasie analizatory zameldowa&#322;y:

Przed nami stattek fotonowy z unieruchomionymi silnikami. Porusza si&#281; si&#322;&#261; bezw&#322;adno&#347;ci.



4

Czarny statek kosmiczny pojawi&#322; si&#281; w mno&#380;niku jako &#347;wiec&#261;cy punkcik, p&#243;&#378;niej powi&#281;kszy&#322; si&#281; do rozmiar&#243;w ma&#322;ego str&#261;czka grochu. To by&#322;a metalowa rakieta. Rozr&#243;&#380;niali&#347;my dysze rufowe i okna pozbawione os&#322;on pancernych. Po&#380;eracz Przestrzeni nada&#322; sygna&#322;y wywo&#322;awcze, nieznajomy statek nie odpowiedzia&#322;.

Andre zacz&#261;&#322; dowodzi&#263;, &#380;e to Mendelejew Roberta Lista, zagubiony w przestrzeni mi&#281;dzygwiezdnej pi&#281;&#263;set lat temu. Wyda&#322;o mi si&#281; nieprawdopodobne, aby pojazd z martw&#261; za&#322;og&#261; m&#243;g&#322; b&#322;&#261;dzi&#263; nie uszkodzony w kosmosie przez pi&#281;&#263; wiek&#243;w.

Kiedy do statku pozosta&#322;o oko&#322;o miliona kilometr&#243;w, z jego pok&#322;adu odezwa&#322;a si&#281; radiostacja niewielkiej mocy. Andre uruchomi&#322; deszyfrator na wszystkich zakresach.

Nieznani astronauci przy pomocy starego alfabetu Morse'a starali si&#281; porozumie&#263; z nami po rosyjsku i angielsku. Dok&#322;adnie dobieg&#322;y do nas s&#322;owa: Ziemia Nie mog&#281; sterowa&#263; Kamagin, Groman Gwiazdolot Mendelejew

Tym razem zgad&#322;e&#347; zwr&#243;ci&#322;em si&#281; do Andre.

Pierwsze powodzenie po wielu kl&#281;skach.

W przestrze&#324; pobieg&#322;y fale radiowe naszego statku.

S&#322;ysz&#281; was dobrze dyktowa&#322;a Olga. Tu gwiazdolot typu P&#322;ug Gwiezdny z Ziemi. Brak sterowania nie ma dla mnie znaczenia. Wyhamuj&#281; i doprowadz&#281; do zetkni&#281;cia w&#322;asnymi polami. Luk&#243;w bez mojej komendy nie otwiera&#263;.

P&#243;&#378;niej Po&#380;eracz Przestrzeni zawis&#322; nad fotonowym gwiazdolotem i o&#347;wietli&#322; go swoimi reflektorami. Rakieta wygl&#261;da&#322;a obok Gwiezdnego P&#322;uga jak drobinka. Wyrzucone na zewn&#261;trz pole p&#322;ynnie wci&#261;ga&#322;o Mendelejewa do wn&#281;trza naszego statku, p&#243;&#378;niej wyprowadzi&#322;o go na platform&#281; postojow&#261;, gdzie sta&#322;y operacyjne gwiazdoloty, planetoloty i awionetki.

Na powitanie nieoczekiwanych go&#347;ci zebra&#322;a si&#281; ca&#322;a za&#322;oga.

Luk rakiety otworzy&#322; si&#281; i wysun&#281;&#322;a si&#281; z niego drabinka. Na trap wysz&#322;o dw&#243;ch niziutkich m&#322;odzie&#324;c&#243;w. Ch&#322;opcy zerwali z siebie he&#322;my i pomachali nimi w powietrzu. Zacz&#281;li&#347;my bi&#263; im brawo.

P&#243;&#378;niej nast&#261;pi&#322;a chwila ciszy i us&#322;yszeli&#347;my pierwsze s&#322;owa kosmonaut&#243;w z rakiety.

Bo&#380;e, jacy oni s&#261; wysocy! powiedzia&#322; jeden z nich po rosyjsku. To przecie&#380; olbrzymy, a nie ludzie!

Drugi wykrzykn&#261;&#322; z zapa&#322;em:

S&#322;uchaj, Edward, oni maj&#261; normalne ci&#261;&#380;enie! Tu nasze magnetyczne buty s&#261; niepotrzebne!

Podszed&#322; do nich Romero, kt&#243;ry jako jedyny w&#347;r&#243;d nas zna&#322; staro&#380;ytne j&#281;zyki. U&#347;cisn&#261;&#322; ka&#380;demu z nich r&#281;k&#281; i pogratulowa&#322; pomy&#347;lnego l&#261;dowania.

Mam nadziej&#281;, &#380;e jeste&#347;cie zdrowi? Je&#347;li nie, na statku znajd&#261; si&#281; leki na wszelkie dolegliwo&#347;ci.

Jeste&#347;my zdrowi odpowiedzia&#322; pierwszy. Jest nas dw&#243;ch: ja, zast&#281;pca kapitana, Edward Kamagin i nawigator Wasilij Groman Nasi koledzy niedawno zgin&#281;li w katastrofie. Doda&#322; po chwili dr&#380;&#261;cym g&#322;osem: Czemu nie zjawili&#347;cie si&#281; miesi&#261;c temu, tylko miesi&#261;c temu?

Pawe&#322; zapyta&#322; przyja&#378;nie:

Jak dawno wystartowali&#347;cie z Ziemi, przyjaciele?

Niezbyt dawno, trzy lata temu odpowiedzia&#322; Groman.

Na platformie rozleg&#322; si&#281; nag&#322;y gwar, popatrzyli&#347;my na siebie porozumiewawczo. Rakiety podobne do tej, jak&#261; przycumowali&#347;my, mo&#380;na w naszych czasach obejrze&#263; jedynie w muzeum.

Zapominacie, ziomkowie, o einsteinowskim spowolnieniu czasu powiedzia&#322; weso&#322;o Kamagin. Im bardziej spieszy&#322;a nasza rakieta, tym wolniej bieg&#322; nasz czas pok&#322;adowy. Kiedy opuszczali&#347;my Ziemi&#281;, by&#322; rok czterdziesty pierwszy nowej ery. Popatrzy&#322; na Romera. Czy nie zechce pan &#322;askawie nam powiedzie&#263;, jakie stulecie dzi&#347; mamy?

Romero odpowiedzia&#322;:

Dzi&#347; jest dziesi&#261;ty kwietnia roku pi&#281;&#263;set sze&#347;&#263;dziesi&#261;tego trzeciego nowej ery!



5

Wszystko zdumiewa&#322;o tych wspania&#322;ych ch&#322;opak&#243;w, kt&#243;rzy pi&#281;&#263;set dwadzie&#347;cia dwa lata temu wystartowali w kosmos i wkr&#243;tce zagubili si&#281; w jego przestrzeniach. Zachwycali si&#281; wszystkim, co widzieli i o czym s&#322;yszeli. To nie statek, lecz lataj&#261;ca wyspa! m&#243;wili, zaskoczeni tym, &#380;e wewn&#261;trz gwiazdolotu opr&#243;cz maszyn znajduje si&#281; jeszcze prawdziwe miasteczko z parkami i basenami k&#261;pielowymi. Na nas patrzyli z przestrachem. Nasz wzrost wywiera&#322; na nich chyba jeszcze wi&#281;ksze wra&#380;enie ni&#380; rozmiary statku. A kiedy dowiedzieli si&#281;, &#380;e poruszamy si&#281; w obszarze nad&#347;wietlnym i przekszta&#322;camy przestrze&#324; w mas&#281;, w cia&#322;a materialne, jak m&#243;wiono w ich czasach, i r&#243;wnie &#322;atwo tworzymy gigantyczne pustki ze zniszczonych cia&#322; materialnych, to uznali, &#380;e z nich &#380;artujemy. Fizyka dwudziestego wieku starej ery, wraz z jej niezrozumieniem materialno&#347;ci przestrzeni i demonizowaniem niewyt&#322;umaczalnie granicznej dla wszystkich cia&#322; pr&#281;dko&#347;ci &#347;wiat&#322;a, utkwi&#322;a w ich m&#243;zgach niczym gw&#243;&#378;d&#378; i nie mogli&#347;my jej stamt&#261;d wyci&#261;gn&#261;&#263;. Groman usi&#322;owa&#322; nawet dyskutowa&#263;. Czarnow&#322;osy, okr&#261;g&#322;y na twarzy, szybki w ruchach i s&#322;owach bardzo r&#243;&#380;ni&#322; si&#281; od flegmatycznego, d&#322;ugog&#322;owego, p&#322;owego Kamagina, a obaj w jeszcze wi&#281;kszym stopniu r&#243;&#380;nili si&#281; od ka&#380;dego z nas.

Wiedzieli&#347;my, &#380;e nasi potomkowie p&#243;jd&#261; daleko naprz&#243;d powiedzia&#322; Groman, kiedy wyt&#322;umaczono mu, na czym polega efekt Taniewa. Ale taki przeskok!

Kiedy ju&#380; nasi m&#322;odzi przodkowie wypocz&#281;li, opowiedzieli nam o swej przed&#322;u&#380;aj&#261;cej si&#281; podr&#243;&#380;y.

Gwiazdolot Mendelejew zosta&#322; zbudowany do wypraw galaktycznych. Ten najdoskonalszy statek owych czas&#243;w wystartowa&#322; z Ziemi w pi&#261;tek 13 sierpnia roku 41 nowej ery z za&#322;og&#261; sk&#322;adaj&#261;c&#261; si&#281; z czternastu in&#380;ynier&#243;w i dw&#243;ch kapitan&#243;w: Roberta Lista i Edwarda Kamagina. Na pok&#322;adzie znajdowa&#322;y si&#281; zapasy &#380;ywno&#347;ci i paliwa rakietowego (w tym antymaterii) obliczone na pi&#281;&#263;dziesi&#261;t lat podr&#243;&#380;y. W pierwszych miesi&#261;cach rejsu min&#281;li Uk&#322;ad S&#322;oneczny i zag&#322;&#281;bili si&#281; w przestrzenie mi&#281;dzygwiezdne id&#261;c kursem na Syriusza. Celem wyprawy by&#322;o zbadanie tej podw&#243;jnej gwiazdy, a zw&#322;aszcza mniejszego jej sk&#322;adnika, bia&#322;ego kar&#322;a o g&#281;sto&#347;ci czterdzie&#347;ci tysi&#281;cy razy przewy&#380;szaj&#261;cej g&#281;sto&#347;&#263; wody. Rejs mia&#322; trwa&#263; dwadzie&#347;cia pi&#281;&#263; lat ziemskich. Wkr&#243;tce po wyj&#347;ciu z Uk&#322;adu S&#322;onecznego rozp&#281;dzili gwiazdolot do szybko&#347;ci przy&#347;wietlnej. Od bariery &#347;wietlnej dzieli&#322;o ich zaledwie trzy tysi&#261;ce kilometr&#243;w na sekund&#281;. Zacz&#281;&#322;y dzia&#322;a&#263; efekty przy&#347;wietlne: zwi&#281;kszenie masy statku i spowolnienie czasu pok&#322;adowego. A p&#243;&#378;niej przysz&#322;a katastrofa uderzenie b&#322;&#261;dz&#261;cego meteorytu i wybuch. Przedzia&#322;y, w kt&#243;rych by&#322;a zmagazynowana antymateria, zosta&#322;y zniszczone.

Na szcz&#281;&#347;cie statek podzielony by&#322; szczelnymi grodziami i ludzie nie ucierpieli. Zniszczone segmenty gwiazdolotu zosta&#322;y zablokowane. Statek uzyska&#322; w czasie wybuchu dodatkowe przyspieszenie i nadal mkn&#261;&#322; do przodu, lecz ju&#380; nie w kierunku Syriusza, ale kursem na gwiazdozbi&#243;r Byka ku rozproszonej mg&#322;awicy Plejad. Nie mogli zmieni&#263; kursu, bo nie dzia&#322;a&#322;y urz&#261;dzenia nap&#281;dowe z powodu braku paliwa fotonowego.

Dow&#243;dca, Robert List, pierwszy otrz&#261;sn&#261;&#322; si&#281; z niemocy i za&#380;&#261;da&#322; od innych cz&#322;onk&#243;w za&#322;ogi, aby r&#243;wnie&#380; wzi&#281;li si&#281; w gar&#347;&#263;. Jest &#378;le, m&#243;wi&#322;, ale jeszcze nie zgin&#281;li&#347;my i to ju&#380; dobrze. Czasu jest pod dostatkiem ca&#322;e &#380;ycie s&#261; te&#380; mechanizmy, laboratoria i materia&#322;y, spr&#243;bujemy wi&#281;c naprawi&#263; uszkodzenia, wyprodukowa&#263; pewn&#261; ilo&#347;&#263; paliwa, oczywi&#347;cie nie fotonowego, lecz zwyk&#322;ego, na jakim latali pierwsi kosmonauci. Szybko&#347;&#263; mamy gigantyczn&#261;, przekonywa&#322;, wystarczy jedynie zmieni&#263; jej kierunek, a wtedy uda si&#281; zawr&#243;ci&#263; statek. Jeszcze wr&#243;cimy na Ziemi&#281;, powtarza&#322;, ale trzeba od razu zawin&#261;&#263; r&#281;kawy!

Zabrali si&#281; do pracy trwaj&#261;cej wed&#322;ug ich czasu pok&#322;adowego oko&#322;o trzech lat, a wed&#322;ug ziemskiego ponad cztery stulecia. Uszkodzenia za&#322;atali, a os&#322;abione urz&#261;dzenia nap&#281;dowe doprowadzili do stanu u&#380;ywalno&#347;ci. Przy- sz&#322;a kolej na paliwo i kosmonauci liczyli ju&#380; dni do uruchomienia silnik&#243;w, kiedy wydarzy&#322;a si&#281; nast&#281;pna katastrofa. Kamagin i Groman dy&#380;urowali tego dnia w kabinie nawigacyjnej i jedynie oni ocaleli

Edward Kamagin wspominaj&#261;c zjawienie si&#281; b&#322;yszcz&#261;cej kuli mocno zblad&#322;, a nam udzieli&#322;o si&#281; jego zdenerwowanie. Kula pojawi&#322;a si&#281; nagle, w&#322;a&#347;nie pojawi&#322;a si&#281;, a nie zbli&#380;y&#322;a, jakby wyskoczy&#322;a z niebytu, i to by&#322;a pierwsza zagadka, jak&#261; ze sob&#261; przynios&#322;a. W przestrzeni, gdzie S&#322;o&#324;ca ju&#380; od dawna nie by&#322;o wida&#263;, trzeba by&#322;o codziennie fotografowa&#263; gwiazdozbiory, aby ustali&#263; kurs powrotny, kiedy uda si&#281; statek zawr&#243;ci&#263;. Kamagin skupi&#322; uwag&#281; na Aldebaranie, gdy nagle gwiazda zamigota&#322;a i znik&#322;a, a w pole widzenia wskoczy&#322;a jaskrawo &#347;wiec&#261;ca, zielonkawa kula. Kamagin krzykn&#261;&#322; i ca&#322;a za&#322;oga rzuci&#322;a si&#281; do iluminator&#243;w.

Mendelejew mkn&#261;&#322; tu&#380; pod barier&#261; &#347;wietln&#261;, a jednak kula zacz&#281;&#322;a dop&#281;dza&#263; statek.

Edward, nadaj nasz znak rozpoznawczy! rozkaza&#322; List. Ciekaw jestem, czy to statek, czy cia&#322;o kosmiczne.

To by&#322;y jego ostatnie s&#322;owa. Kamagin uruchomi&#322; nadajnik i panoramiczne urz&#261;dzenie rejestruj&#261;ce. Nie zd&#261;&#380;y&#322; zdj&#261;&#263; palc&#243;w z pulpitu, kiedy straszliwy ci&#281;&#380;ar wt&#322;oczy&#322; mu r&#281;ce w klawiatur&#281;. Trac&#261;c przytomno&#347;&#263; od przeci&#261;&#380;enia s&#322;ysza&#322; j&#281;ki konaj&#261;cych towarzyszy.

Kiedy Kamagin si&#281; ockn&#261;&#322;, kuli ju&#380; nie by&#322;o. Wywo&#322;ane p&#243;&#378;niej zdj&#281;cia r&#243;wnie&#380; pokaza&#322;y jej nag&#322;e znikni&#281;cie, zn&#243;w skok w niebyt. Kula znikn&#281;&#322;a bez &#347;ladu!

Ko&#322;o Kamagina le&#380;a&#322; j&#281;cz&#261;cy Groman. Edward wla&#322; mu do ust troch&#281; wody i po&#322;o&#380;y&#322; na fotelu. Gdy ju&#380; nieco przyszed&#322; do siebie, obaj udali si&#281; do laboratorium. Na pod&#322;odze le&#380;a&#322;y skrwawione cia&#322;a towarzyszy: niekt&#243;rzy umarli od przeci&#261;&#380;enia, inni za&#347; zostali przygnieceni spadaj&#261;cymi z g&#243;ry sprz&#281;tami. Nikogo nie uda&#322;o si&#281; uratowa&#263;.

Z&#322;o&#380;yli&#347;my ich do lodowni zako&#324;czy&#322; Kamagin sw&#261; smutn&#261; opowie&#347;&#263;. B&#322;ony ze zdj&#281;ciami kuli przechowujemy w kasie pancernej.

Nast&#281;pnego dnia przenie&#347;li&#347;my szcz&#261;tki kosmonaut&#243;w na nasz cmentarz w parku, do mauzoleum z przezroczystymi sarkofagami, gdzie w neutralnej atmosferze zw&#322;oki trwa&#263; b&#281;d&#261; wiecznie. Rozbrzmiewa&#322;a muzyka &#380;a&#322;obna z dwudziestego wieku, nad zmar&#322;ymi pochyla&#322; si&#281; sztandar Wyzwolonej Ludzko&#347;ci przyniesiony z pok&#322;adu Mendelejewa.

Po zako&#324;czeniu pogrzebu ogl&#261;dali&#347;my na stereoekranie fotografie katastrofy. Kula istotnie ukazywa&#322;a si&#281; i znika&#322;a nagle. Analizatory ustali&#322;y, i&#380; ma kszta&#322;t idealnie kulisty, &#347;rednica jej wynosi osiemna&#347;cie i sze&#347;&#263; dziesi&#261;tych kilometra, a zbudowana jest z nieznanego tworzywa sztucznego. Powierzchnia ca&#322;kowicie g&#322;adka bez wkl&#281;&#347;ni&#281;&#263; i wyst&#281;p&#243;w &#347;wieci &#347;wiat&#322;em monochromatycznym o d&#322;ugo&#347;ci fali 560 milimikron&#243;w.

Andre jak zwykle chcia&#322; si&#281; wypowiedzie&#263; pierwszy. Oczekiwali&#347;my od niego czego&#347; niezwyk&#322;ego, nie zdziwili&#347;my si&#281; wi&#281;c, kiedy zdecydowanie odrzuci&#322; my&#347;l o naturalnym ciele kosmicznym, kt&#243;re przypadkowo pojawi&#322;o si&#281; obok gwiazdolotu. Cia&#322;a naturalne o nienaturalnych w&#322;a&#347;ciwo&#347;ciach s&#261; cudem, a cud&#243;w w przyrodzie nie ma. Kula jest wi&#281;c mechanizmem, kr&#261;&#380;ownikiem wojennym, a w jej wn&#281;trzu siedz&#261; tajemniczy Niszczyciele zwani tak&#380;e Z&#322;ywrogami. Wszystko wskazuje na nich. Fale grawitacyjne wstrz&#261;saj&#261;ce gwiazdolotem &#347;wiadcz&#261; o tym, &#380;e Niszczyciele opanowali mechanik&#281; p&#243;l grawitacyjnych, co i wcze&#347;niej by&#322;o wiadome. Ich nieoczekiwane zjawienie si&#281; z niczego i nag&#322;y skok w nic mo&#380;na bez trudu wyt&#322;umaczy&#263;, je&#347;li si&#281; przyjmie, &#380;e podobnie jak my poruszaj&#261; si&#281; w obszarze nad&#347;wietlnym. Cia&#322;a przebywaj&#261;ce poza barier&#261; &#347;wietln&#261; s&#261; niewidzialne, gdy&#380; wyprzedzaj&#261; &#347;wiat&#322;o, a po rozpocz&#281;ciu hamowania nagle pojawiaj&#261; si&#281; jak z niebytu. Oczywi&#347;cie to, co nam obecnie wydaje si&#281; zwyk&#322;&#261; rzecz&#261;, musia&#322;o si&#281; wyda&#263; cudem kosmonautom z pierwszego wieku

Andre tak m&#243;wi&#322; o okr&#281;tach wojennych, jakby widzia&#322; Niszczycieli przy sterach i spustach dzia&#322; grawitacyjnych. Przekona&#322; mnie. Olg&#281; r&#243;wnie&#380;.

Jest faktem, &#380;e kula porusza si&#281; z regulowan&#261; pr&#281;dko&#347;ci&#261; i zada&#322;a cios grawitacyjny powiedzia&#322;a. Wniosek Andre jest logiczny: regulowa&#322;y szybko&#347;&#263; i strzela&#322;y istoty rozumne. Nie wiemy jednak, czy to byli Niszczyciele. Przekonali&#347;my si&#281; jednak, &#380;e istnieje jaki&#347; rozwini&#281;ty technicznie, napastliwy nar&#243;d pozbawiony nawet problematycznej dobroci k&#322;&#243;tliwych Anio&#322;&#243;w z Hiad.

Wiera zamilk&#322;a na chwil&#281;, a p&#243;&#378;niej zapyta&#322;a:

Uderzenie grawitacyjne spad&#322;o natychmiast po tym, jak tylko gwiazdolot nada&#322; sw&#243;j sygna&#322; wywo&#322;awczy. Przypu&#347;&#263;my, &#380;e w kuli znajdowali si&#281; Niszczyciele. Przy takich mo&#380;liwo&#347;ciach technicznych musieli rozszyfrowa&#263; informacj&#281; radiow&#261;. Odpowiedzieli na ni&#261; &#347;mierciono&#347;n&#261; salw&#261;. Dlaczego?

Wojna! odpar&#322; Andre. Po ustaleniu, &#380;e maj&#261; przed sob&#261; ludzi, natychmiast wypowiedzieli ludzko&#347;ci wojn&#281; i pr&#243;bowali unicestwi&#263; pierwszych jej wys&#322;annik&#243;w. Znale&#378;li&#347;my si&#281; w obszarze kosmicznych pobojowisk i chc&#261;c nie chc&#261;c stali&#347;my si&#281; stron&#261; walcz&#261;c&#261;.

To by&#322;o w&#322;a&#347;nie to, co Romero przepowiada&#322; nam na Ziemi. W&#243;wczas nikt si&#281; z nim nie zgodzi&#322;. Obecnie nikt by mu si&#281; nie o&#347;mieli&#322; przeciwstawi&#263;. Spojrza&#322;em na Paw&#322;a. By&#322; zas&#281;piony i milcz&#261;cy.

Nic nadal nie wiemy ani o naturze, ani o ustroju spo&#322;ecznym tych istot kontynuowa&#322;a Wiera. Ale to, &#380;e istniej&#261; i &#380;e s&#261; agresywni, niestety prawie nie ulega w&#261;tpliwo&#347;ci. Trzeba si&#281; mie&#263; na baczno&#347;ci. Analizatory potwierdzi&#322;y, &#380;e r&#243;j gwiezdny ze sn&#243;w Anio&#322;&#243;w pokrywa si&#281; z tym, kt&#243;ry widzimy st&#261;d w Perseuszu. Do skupisk Perseusza mamy ponad cztery tysi&#261;ce lat &#347;wietlnych. Moim zdaniem nie trzeba zmienia&#263; kursu. Skoro w okolicach Plejad odkryli&#347;my Niszczycieli, b&#281;dziemy kontynuowa&#263; badanie Plejad.

Wszyscy si&#281; z ni&#261; zgodzili.

Po naradzie wzi&#261;&#322;em Andre pod r&#281;k&#281;.

Po raz drugi dzisiaj mia&#322;e&#347; racj&#281;. &#379;artowa&#322;em z twojej teorii o niewidzialno&#347;ci wrog&#243;w, ale zdaje si&#281;, &#380;e oni sami j&#261; potwierdzili.

Popatrzy&#322; na mnie uwa&#380;nie.

Czemu jeste&#347; taki chmurny, Eli?- Dziwisz si&#281;? Idziemy niczym &#347;lepcy. Doko&#322;a nas tryliony kilometr&#243;w przezroczystej przestrzeni, a w tej rzekomej przejrzysto&#347;ci mog&#261; si&#281; kry&#263; niewidzialni wrogowie! Niczym ich nie mo&#380;na wykry&#263;, dop&#243;ki si&#281; sami nie ujawni&#261;!

M&#243;j niepok&#243;j wywar&#322; chyba na nim wra&#380;enie, bo my&#347;la&#322; przez d&#322;ug&#261; chwil&#281;, zanim powiedzia&#322;:

Niepotrzebnie mnie chwali&#322;e&#347;. My&#347;la&#322;em o jednostkowej, osobniczej niewidzialno&#347;ci Niszczycieli, a nie o znikaniu ich kr&#261;&#380;ownik&#243;w w obszarze nad&#347;wietlnym.

Pod tym wzgl&#281;dem my r&#243;wnie&#380; jeste&#347;my niewidzialni, ale nie o to przecie&#380; chodzi. Nie, my&#347;l&#281;, &#380;e oni s&#261; realnie niewidzialni.

Nadal podtrzymujesz sw&#261; hipotez&#281;?

Nie wiem. Chcia&#322;bym si&#281; myli&#263;. To straszne, je&#380;eli mam racj&#281;!

Powiedzia&#322; to tak przej&#281;tym g&#322;osem, i&#380; nie na &#380;arty si&#281; przerazi&#322;em. Zapalczywego, niespokojnego, ba&#322;aganiarskiego Andre widzia&#322;em na co dzie&#324;, ale Andre l&#281;kaj&#261;cego si&#281; czego&#347; nie zna&#322;em. Po wydarzeniu, jakie zasz&#322;o na Plejadach, nie mog&#281; si&#281; wyzby&#263; my&#347;li, &#380;e Andre ju&#380; w&#243;wczas niejasno przeczuwa&#322; katastrof&#281;.



6

Z ty&#322;u pozosta&#322; rozproszony gwiezdny welon Sto&#380;ar&#243;w. Przybli&#380;ali&#347;my. si&#281; do centrum gwiazdozbioru. Wok&#243;&#322; nas &#347;wiec&#261; setki jaskrawych s&#322;o&#324;c. Kosmicznej pustki jednak jest pod dostatkiem: gwiazdy odleg&#322;e s&#261; od siebie wprawdzie nie o dziesi&#261;tki lat &#347;wietlnych jak u nas; ale jednak nie bli&#380;ej ni&#380; o rok &#347;wietlny. Idziemy nadal kursem na Elektr&#281;.

Na pok&#322;adzie statku zawi&#261;za&#322;a si&#281; grupa badawcza. W&#322;&#261;czono do niej tak&#380;e Kamagina i Gromana. Przewodniczy jej Andre, a ja jestem jego zast&#281;pc&#261;.

Spyta&#322;em kiedy&#347; Lusina:

Jak si&#281; miewa Trub? Nie wyrywa si&#281; na zewn&#261;trz?

Twarz Lusina tak si&#281; rozpromieni&#322;a, &#380;e odpowied&#378; by&#322;a jasna bez s&#322;&#243;w.

Przygotowuj&#281; Anio&#322;a do lot&#243;w. B&#281;dzie zwiadowc&#261;.

W pobli&#380;u Elektry statek przeszed&#322; na szybko&#347;ci pod&#347;wietlne i zn&#243;w zacz&#281;&#322;y nas obowi&#261;zywa&#263; prawa mechaniki relatywistycznej. Spowolnienia czasu pok&#322;adowego unikn&#281;li&#347;my oddzielaj&#261;c si&#281; od bariery &#347;wietlnej wystarczaj&#261;cym interwa&#322;em szybko&#347;ci, przez co nie mogli&#347;my ju&#380; by&#263; niewidzialni. Wyp&#322;yn&#281;li&#347;my na zewn&#261;trz z drugiego &#347;wiata tak samo, jak przed kosmonautami z Mendelejewa wynurzy&#322; si&#281; kr&#261;&#380;ownik wrog&#243;w. Obserwator wyposa&#380;ony w dobre przyrz&#261;dy m&#243;g&#322; nas teraz wykry&#263;. Z ostro&#380;no&#347;ci Olga nie zbli&#380;a&#322;a si&#281; do &#380;adnej gwiazdy oczekuj&#261;c na przybycie Sternika, kt&#243;ry lecia&#322; w obszarze nad&#347;wietlnym i by&#322; na razie niewidzialny, chocia&#380; nas ju&#380; widzia&#322;. Zbli&#380;ali&#347;my si&#281; do Elektry obchodz&#261;c inne gwiazdy bokiem i lawiruj&#261;c po skomplikowanej krzywej. Jedna grupa automat&#243;w wyszukiwa&#322;a w przestrzeni sztuczne cia&#322;a, druga za&#347; wycelowana by&#322;a w Elektr&#281;. Druga planeta jej uk&#322;adu mia&#322;a z pewno&#347;ci&#261; rozumnych mieszka&#324;c&#243;w. Andre chwali&#322; si&#281;, &#380;e rozr&#243;&#380;nia miasta i kana&#322;y, ja natomiast widzia&#322;em tylko nocne zarzewie pojawiaj&#261;ce si&#281; tu&#380; po zachodzie miejscowego s&#322;o&#324;ca. Nazwali&#347;my planet&#281; Sigm&#261;.

Wkr&#243;tce zacz&#281;&#322;y nap&#322;ywa&#263; sygna&#322;y ze Sternika. Zawiadomiono go o spotkaniu z Mendelejewem i o tajemniczej kuli.

Spotkanie gwiazdolot&#243;w nast&#261;pi&#322;o w pobli&#380;u Elektry. Sternik po&#322;o&#380;y&#322; si&#281; na kurs r&#243;wnoleg&#322;y do naszego i wystrzeli&#322; planetolot. To Allan zostawiwszy statek pod opiek&#261; zast&#281;pcy udawa&#322; si&#281; do nas. Mia&#322; przy sobie swoj&#261; nieodst&#281;pn&#261; walizeczk&#281; podr&#243;&#380;n&#261;.

Gdzie przodkowie? grzmia&#322;. Dawajcie ich tutaj, musz&#281; ich uca&#322;owa&#263;!

Altan tak &#347;cisn&#261;&#322; Kamagina i Gromana, obu naraz, &#380;e przez chwil&#281; nie mogli s&#322;owa wydusi&#263;. &#379;aden z nich nie si&#281;ga&#322; Allanowi do ramion.

To tacy jeste&#347;cie! hucza&#322; Altan. Zupe&#322;nie jak na fotografiach, nic si&#281; w ci&#261;gu pi&#281;ciu wiek&#243;w nie zmienili&#347;cie. Popatrzcie sami, mam racj&#281;?

Wyj&#261;&#322; z walizki ksi&#261;&#380;ki, pisma i monografie z pierwszego wieku. Z kart ksi&#261;&#380;ek i czasopism patrzyli na go&#347;ci oni sami wraz z ich zmar&#322;ymi towarzyszami: reporta&#380;e z kosmodromu, komunikat o utraceniu &#322;&#261;czno&#347;ci ze statkiem i zmianie jego kursu. W ostatnich pismach raport rz&#261;dowy komunikowa&#322; o fiasku pr&#243;b nawi&#261;zania &#322;&#261;czno&#347;ci z zaginionym gwiazdolotem. Tam r&#243;wnie&#380; zamieszczono wspomnienia i artyku&#322;y przyjaci&#243;&#322; i uczonych, smutne niczym epitafia: zagin&#261;&#322; wspania&#322;y statek, zgin&#281;li nasi odwa&#380;ni towarzysze, zwiadowcy otch&#322;ani galaktycznej. By&#322;o co&#347; dziwnego i zaskakuj&#261;cego w fakcie, &#380;e krewni i znajomi kosmonaut&#243;w, rozpaczaj&#261;cy po ich zgubie, sami dawno, pi&#281;&#263; wiek&#243;w temu rozstali si&#281; z &#380;yciem i nawet pami&#281;&#263; o nich pozosta&#322;a jedynie na po&#380;&#243;&#322;k&#322;ych papierowych kartkach. A ci, kt&#243;rych zgon op&#322;akiwali, stali obok nas. Zdrowi, przystojni, dalecy nasi przodkowie, z kt&#243;rymi b&#281;dziemy jeszcze pracowa&#263;, dyskutowa&#263; i rami&#281; przy ramieniu walczy&#263; ze wsp&#243;lnym wrogiem.

Kamagin ze &#322;zami w oczach obj&#261;&#322; u&#347;miechaj&#261;cego si&#281; Allana. Groman tak&#380;e wzruszy&#322; si&#281; ogl&#261;daj&#261;c fotografie dawno zmar&#322;ych koleg&#243;w i krewnych.

To dopiero podarunek! powiedzia&#322; p&#243;&#378;niej Kamagin. Najdro&#380;szy i najbardziej nieoczekiwany: spojrzenie w nieznan&#261; nam przysz&#322;o&#347;&#263;, kt&#243;ra ju&#380; dawno sta&#322;a si&#281; przesz&#322;o&#347;ci&#261;.

W&#322;a&#347;nie! Wasza przysz&#322;o&#347;&#263; za&#347;mia&#322; si&#281; Allan.

Najnowsze pisemko wydano w dwadzie&#347;cia lat po waszym odlocie, a przecie&#380; wed&#322;ug kalendarza pok&#322;adowego Mendelejewa min&#281;&#322;o od startu zaledwie trzy lata, tak &#380;e te wydarzenia dopiero dla was nast&#261;pi&#261;. No a teraz poka&#380;cie, bracia-pionierzy, na jakiej to kosmicznej &#322;ajbie ponios&#322;o was z Ziemi na Plejady.

Poszed&#322; z kosmonautami ogl&#261;da&#263; ich gwiazdolot, a ja zacz&#261;&#322;em si&#281; przygotowywa&#263; do desantu na Sigm&#281;, poniewa&#380; mnie powierzono dow&#243;dztwo grupy zwiadowczej.



7

Wyl&#261;dowali&#347;my na planecie 8 maja roku 563. Ten dzie&#324; w kalendarzu mego serca zabarwiony jest na czarno. W szkole zapoznawano mnie z pod&#322;o&#347;ciami zamierzch&#322;ych wiek&#243;w ludzko&#347;ci. W skali kosmicznej by&#322;y to zaledwie pod&#322;ostki: wojny mi&#281;dzy malutkimi pa&#324;stewkami, ludzkie k&#322;&#243;tnie, wyzyskiwanie przez jednych pracy i zdolno&#347;ci innych. Tu zobaczy&#322;em pod&#322;o&#347;&#263; tak kosmicznie wielk&#261;, &#380;e my&#347;li mi si&#281; w g&#322;owie miesza&#322;y. I tu wierz&#281;, i&#380; przej&#347;ciowo utraci&#322;em najbli&#380;szego mi cz&#322;owieka.

Na Sigmie by&#322;y miasta. W&#322;a&#347;nie by&#322;y, gdy&#380; po naszym wyl&#261;dowaniu ju&#380; nie istnia&#322;y. Uprzedzam wypadki. Powinienem zacz&#261;&#263; od tego, jak z oddali badali&#347;my cztery satelity Elektry. Pierwsza, najbli&#380;sza jej powierzchni planeta, nie zainteresowa&#322;a nas. By&#322;a to ognistodymna kula, oceany lawy i chmury siarkowodoru nad nimi. &#379;adne formy &#380;ycia nie mog&#322;y istnie&#263; w tym piekle. Dwie planety zewn&#281;trzne r&#243;wnie&#380; nie by&#322;y zach&#281;caj&#261;ce. Globy te, odleg&#322;e od Elektry bardziej ni&#380; Pluton od S&#322;o&#324;ca, by&#322;y pokryte ogromnymi warstwami kopalnego lodu. Natomiast Sigma, rozpalaj&#261;ca si&#281; wieczorami r&#243;&#380;owawym zarzewiem, by&#322;a podobna do Ziemi: oceany, g&#243;ry, lasy i rzeki. Jedno nas tylko zaskoczy&#322;o: zbli&#380;anie si&#281; do planety sygnalizowali&#347;my falami radiowymi i &#347;wiat&#322;em, ale odpowiedzi nie otrzymali&#347;my. Pewnie l&#281;kaj&#261; si&#281; nieoczekiwanych przybysz&#243;w, pomy&#347;leli&#347;my.

Oba gwiazdoloty zawis&#322;y nad planet&#261;, a ku jej powierzchni wystartowa&#322; planetolot ze mn&#261;, Andre, Lusinem i Trubem na pok&#322;adzie. Z ostro&#380;no&#347;ci postanowiono nie posy&#322;a&#263; na zwiad zbyt wielu ludzi.

Najpierw okr&#261;&#380;yli&#347;my Sigm&#281;. To by&#322;a doskonale zagospodarowana planeta. Od Ziemi r&#243;&#380;ni&#322;a si&#281; przede wszystkim tym, &#380;e &#322;a&#324;cuchy g&#243;rskie rozci&#261;ga&#322;y si&#281; w&#347;r&#243;d ocean&#243;w, l&#261;dy za&#347; stanowi&#322;y g&#322;adk&#261; r&#243;wnin&#281; pokryt&#261; lasami i &#322;&#261;kami.

W trakcie oblotu zauwa&#380;yli&#347;my cztery miasta i oko&#322;o dziesi&#281;ciu osiedli, ale ani mieszka&#324;c&#243;w, ani maszyn nie zobaczyli&#347;my. Pod nami le&#380;a&#322;y precyzyjnie rozplanowane skrzynki &#347;lepych budynk&#243;w tworz&#261;ce ulice, kt&#243;re z kolei wbiega&#322;y na place. Zar&#243;wno place, jak i ulice by&#322;y puste.

Andre wybra&#322; le&#347;n&#261; polank&#281; w pobli&#380;u miasta, wyl&#261;dowa&#322; i pierwszy wyszed&#322; na zewn&#261;trz. Kiedy zacz&#261;&#322;em gramoli&#263; si&#281; do wyj&#347;cia, wyprzedzi&#322; mnie Trub. Anio&#322; z ha&#322;asem wyskoczy&#322; na &#322;&#261;czk&#281;. Chocia&#380; gwiazdolot jest obszerny, to jednak tu czu&#322; si&#281; swobodniej. Podskoczy&#322; do g&#243;ry i zacz&#261;&#322; kozio&#322;kowa&#263; w powietrzu nieznanej planety niczym rozbrykany ch&#322;opak w awionetce.

Chod&#378;my szuka&#263; mieszka&#324;c&#243;w zaproponowa&#322; Andre.

Wsiedli&#347;my do awionetek i bez po&#347;piechu polecieli&#347;my w kierunku miasta. Trub pomkn&#261;&#322; do przodu usi&#322;uj&#261;c nas wyprzedzi&#263;, ale wkr&#243;tce pozosta&#322; z ty&#322;u i Lusin wzi&#261;&#322; zawstydzonego Anio&#322;a do swojej awionetki.

Po jakim&#347; czasie wyl&#261;dowali&#347;my, opu&#347;cili&#347;my pojazdy i poszli&#347;my pieszo ulicami miasta. Znaj&#261;c ju&#380; jaskiniowe siedliska Aldebara&#324;czyk&#243;w i ochronne zaro&#347;la Wegan nie zdziwili&#347;my si&#281; widokiem tego osiedla. B&#261;d&#378; co b&#261;d&#378; by&#322;y tu domy skrzynki bez okien i drzwi z jakimi&#347; otworami pod dachem, niskie, ponure i niezmiernie d&#322;ugie (niekt&#243;re ci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; na kilometr i wi&#281;cej). Gdyby nie ogromne rozmiary budowli, powiedzia&#322;bym, &#380;e przypominaj&#261; mieszkania Altairczyk&#243;w.

Za&#322;o&#380;&#281; si&#281;, &#380;e tutejsi mieszka&#324;cy s&#261; skrzydlaci powiedzia&#322; Andre. Przypominaj&#261; z pewno&#347;ci&#261; naszego Truba.

Ale gospodarze tej ziemi przypominali raczej koniki polne ni&#380; Anio&#322;y. Wkr&#243;tce ujrzeli&#347;my grup&#281; takich &#347;wierszczy wzrostu naszych dziesi&#281;cioletnich dzieci, zielonych, przezroczystych, b&#322;onoskrzyd&#322;ych, z czterema gi&#281;tkimi ko&#324;czynami i pionowo ustawion&#261;, w&#261;sk&#261;, niemal ludzk&#261; twarz&#261;. Wszyscy byli martwi Le&#380;eli pod &#347;cian&#261;, skrwawieni, rozp&#322;aszczeni i &#380;adnemu z nich nie bi&#322;o serce, &#380;aden nie oddycha&#322;. Stali&#347;my przed nimi w milczeniu, jedynie Trub ze &#347;wistem wymachiwa&#322; skrzyd&#322;ami.

Nie ma pokoju pod gwiazdami rzek&#322; chmurnie Andre i przywo&#322;a&#322; gestem Truba. Wsu&#324; no, przyjacielu, g&#322;ow&#281; w kt&#243;r&#261;&#347; z tych dziurek i powiedz, co tam zobaczysz.

Trub podfrun&#261;&#322; do jednego z g&#243;rnych otwor&#243;w i znikn&#261;&#322; w nim na jakie&#347; dwie minuty. Potem run&#261;&#322; jak kamie&#324; na ziemi&#281;.

&#346;mier&#263;! wychrypia&#322; zdenerwowanym g&#322;osem.

Wszyscy zabici!

Skin&#261;&#322;em na Anio&#322;a. Trub z gotowo&#347;ci&#261; podstawi&#322; ramiona. To skrzydlate ch&#322;opisko jest silne jak byk i z &#322;atwo&#347;ci&#261; unios&#322;o mnie do otworu. Wsun&#261;&#322;em nogi do wn&#281;trza i siad&#322;em chwyciwszy r&#281;kami za brzegi otworu.

Le&#263; do &#347;rodka, Trub! powiedzia&#322;em.

Anio&#322; piorunem przedosta&#322; si&#281; przez inny otw&#243;r i podlecia&#322; do mnie od wewn&#261;trz budynku. Jestem od niego szerszy w ramionach, nie mog&#322;em wi&#281;c r&#243;wnie &#322;atwo przele&#378;&#263; na drug&#261; stron&#281;. Trub poci&#261;gn&#261;&#322; mnie za nogi i pochwyci&#322; w locie. Obj&#261;&#322;em go za szyj&#281; i zapali&#322;em kieszonkowy reflektor. Widok by&#322; straszliwy. W ogromnej kamiennej stodole le&#380;a&#322;y zwa&#322;y martwych &#347;wierszczy o ludzkich twarzach. Trub ci&#281;&#380;ko machaj&#261;c skrzyd&#322;ami polecia&#322; w koniec hali i wr&#243;ci&#322; do mnie: wsz&#281;dzie le&#380;a&#322;y trupy, same trupy. Nikt nie podni&#243;s&#322; g&#322;owy, nikt nie poruszy&#322; b&#322;oniastym skrzyd&#322;em.

Zaraza czy pobojowisko? zapyta&#322; Andre, kiedy wydostali&#347;my si&#281; z Trubem na zewn&#261;trz.

Chyba pobojowisko. Mieszka&#324;cy miasta chronili si&#281; za &#347;cianami i &#347;mier&#263; ich tam dopad&#322;a. Dzia&#322;o si&#281; to zupe&#322;nie niedawno, mo&#380;e kilka dni lub godzin temu.

Zw&#322;oki s&#261; tak samo zmia&#380;d&#380;one? zapyta&#322; Andre wskazuj&#261;c na trupy le&#380;&#261;ce pod &#347;cian&#261;.

Rozp&#322;aszczone. Najpewniej salwa z dzia&#322; grawitacyjnych.

Przed nami by&#322;a &#347;ciana przegradzaj&#261;ca ulic&#281;, skr&#281;cili&#347;my wi&#281;c w biegn&#261;cy w lewo zau&#322;ek. Lusin nagle rzuci&#322; si&#281; do przodu z krzykiem:

Cz&#322;owiek! My! Taki sam!

Pospieszyli&#347;my za nim. Wyprzedzi&#322; nas lec&#261;cy z &#322;opotem skrzyde&#322; Trub.

Na malutkim placyku, utworzonym przez szczyty trzech stodo&#322;owatych dom&#243;w, sta&#322;a grupa z trzech figur. Wysoki cz&#322;owiek obejmowa&#322; dwa cz&#322;ekog&#322;owe &#347;wierszcze. Ca&#322;a tr&#243;jka &#347;mia&#322;a si&#281; unosz&#261;c uradowane twarze ku g&#243;rze. &#379;&#243;&#322;ty, wytworny kamie&#324;, niepodobny zupe&#322;nie do zimnego marmuru naszych pomnik&#243;w, podkre&#347;la&#322; jeszcze nastr&#243;j rado&#347;ci.

Galakt powiedzia&#322; Andre, wskazuj&#261;c na wygi&#281;te we wszystkie strony palce centralnej postaci.

Spotkanie przyjaci&#243;&#322; rzek&#322; Lusin. Zszed&#322; z nieba. Oczekuje innych.

Nie mog&#322;em si&#281; od figury Galakta oderwa&#263;. Ziemscy rze&#378;biarze nie potrafi&#261; tak prawdziwie odda&#263; twarzy, zawsze w ich rze&#378;bach pozostaje co&#347; martwego, ukazuj&#261;cego, &#380;e mamy do czynienia z kamieniem, a nie z cia&#322;em. Tu mieli&#347;my &#380;yw&#261; twarz, tak &#380;yw&#261;, i&#380; chcia&#322;o si&#281; odpowiedzie&#263; u&#347;miechem na jej u&#347;miech. Zn&#243;w by&#322;em pod wra&#380;eniem ogromnych oczu Galakta. Te niemal kwadratowe oczy zajmowa&#322;y prawie po&#322;ow&#281; twarzy i one przede wszystkim nadawa&#322;y jej wyraz. Artysta doskonale odda&#322; t&#281; weso&#322;o&#347;&#263; z odcieniem niepokoju, jaka z nich tryska&#322;a. Gdy &#347;wierszcze tylko si&#281; cieszy&#322;y, Galakt jednocze&#347;nie radowa&#322; si&#281; i niepokoi&#322;, by&#322; szcz&#281;&#347;liwy i czujny, bo najwidoczniej nie tylko radosnych wie&#347;ci oczekiwa&#322; wpatruj&#261;c si&#281; w niebo.

Wywo&#322;a&#322;em w my&#347;li Wier&#281;. W rozjarzonej wideo-kolumnie ujrza&#322;em ster&#243;wk&#281; i siedz&#261;cych w fotelach Olg&#281;, Wier&#281; i Leonida.

Nie obawiaj si&#281; powiedzia&#322;a W&#380;era. Obserwujemy was.

To znaczy, &#380;e widzieli&#347;cie okropno&#347;ci tego miasta umar&#322;ych i wiecie, o czym to &#347;wiadczy?

Tak, Eli. Jeste&#347;cie chronieni pot&#281;&#380;nymi polami. Pos&#322;ugujcie si&#281; nimi.

Wok&#243;&#322; nas lata&#322; Trub, to wznosz&#261;c si&#281; do g&#243;ry, to opadaj&#261;c w d&#243;&#322;. Nagle pomkn&#261;&#322; w bok i wkr&#243;tce rozleg&#322; si&#281; jego rozpaczliwy krzyk. Anio&#322; krzycza&#322; tak straszliwie, &#380;e ze wszystkich si&#322; rzucili&#347;my si&#281; ku niemu. Przypomnia&#322;em sobie, &#380;e Trub nie potrafi pos&#322;ugiwa&#263; si&#281; polami si&#322;owymi, i otoczy&#322;em go w&#322;asnym. Anio&#322;a oderwa&#322;o od bry&#322;y, na kt&#243;r&#261; w&#347;ciekle si&#281; rzuca&#322;. Pospiesznie cofn&#261;&#322;em pole. Trub nie poj&#261;&#322;, co mu si&#281; przydarzy&#322;o. P&#243;&#378;niej opowiedzia&#322;, &#380;e jaka&#347; niezwyk&#322;a si&#322;a chwyci&#322;a go za w&#322;osy i powlok&#322;a do ty&#322;u.

Wr&#243;g! rycza&#322; Trub zn&#243;w rzucaj&#261;c si&#281; na bry&#322;&#281;.

Pod&#322;y!

Ale nie by&#322;a to &#380;ywa istota, lecz tak&#380;e kamie&#324;. Na wypolerowanym cokole wznosi&#322;o si&#281; jakie&#347; niepodobne do niczego straszyd&#322;o: ni to bry&#322;a ziemi, ni to sp&#281;cznia&#322;y &#380;&#243;&#322;w, ni to rycerski he&#322;m z ziemskich muze&#243;w. Ze &#347;rodka kamiennej naro&#347;li tryska&#322;a w g&#243;r&#281; gi&#281;tka jak cia&#322;o &#380;mii rurka, na ko&#324;cu kt&#243;rej znajdowa&#322;o si&#281; zgrubienie podobne do wielkiego og&#243;rka lub ananasa. Ananas b&#322;yszcza&#322;, promieniowa&#322; &#347;wiat&#322;em, lecz nie ci&#261;g&#322;ym, jakie daje lampa, a&#322;e jakby z&#322;o&#380;onym z tysi&#281;cy k&#322;uj&#261;co jaskrawych ostrzy. Zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e zgrubienie jest inkrustowane drogimi kamieniami, kt&#243;rych ka&#380;da gra&#324; b&#322;yszczy osobno. W wygl&#261;dzie dziwnej konstrukcji by&#322;o co&#347; z&#322;owieszczego. Rozumia&#322;em wi&#281;c Truba, kt&#243;ry rzuca&#322; si&#281; na ni&#261; z tak&#261; pa-sj&#261;.

W milczeniu stali&#347;my przed monumentem. Wiedzieli&#347;my, &#380;e na gwiazdolotach r&#243;wnie&#380; wszyscy go obserwuj&#261; i podobnie jak my staraj&#261; si&#281; poj&#261;&#263;, co to jest.

Czy to przypadkiem nie Niszczyciel? zapyta&#322; Andre bez zwyk&#322;ej pewno&#347;ci siebie.

Chyba tak potwierdzi&#322; Lusin, kt&#243;rego przekona&#322; nie Andre, lecz w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263; Truba.

Raczej ich pojazd bojowy wtr&#261;ci&#322;em. A ten og&#243;rek na szyjce to oczy lub peryskop. W tym wszystkim tkwi wielka zagadka, Andre.

Jedna? Naliczy&#322;em ich co najmniej tysi&#261;c.

Jedna powt&#243;rzy&#322;em. Taka mianowicie: je&#380;eli mieszka&#324;cy Sigmy tak ciesz&#261; si&#281; na widok Galakt&#243;w, co wynika z pierwszej rze&#378;by, to czemu wznosz&#261; pomniki wrogom swych przyjaci&#243;&#322;? Czemu sk&#322;adaj&#261; im ho&#322;d?

Pomniki stawia si&#281; nie tylko jako wyraz czci. To mo&#380;e by&#263; ostrze&#380;enie: nie zapominajcie o tym, co wam grozi.

Trzeci! krzykn&#261;&#322; Lusin rzucaj&#261;c si&#281; w przej&#347;cie mi&#281;dzy domami. Pierwszorz&#281;dny Z&#322;ywr&#243;g! Galakt r&#243;wnie&#380;! 


Trzecia grupa postaci istotnie by&#322;a wspania&#322;a. S&#322;owo wspania&#322;a odnosi si&#281; do mistrzostwa wykonania, a nie do tre&#347;ci. Na skraju coko&#322;u spoczywa&#322;o takie samo kamienne cielsko z po&#322;yskliw&#261; naro&#347;l&#261;, a w centrum i na drugim skraju sta&#322;o dw&#243;ch Galakt&#243;w i o&#347;miu mieszka&#324;c&#243;w Sigmy. Zamilkli&#347;my i zamarli przed rze&#378;b&#261;. Po raz drugi (pierwszy raz na zniszczonym p&#243;&#378;niej obrazie Altairczyk&#243;w) ujrzeli&#347;my okropn&#261; scen&#281; wzi&#281;cia do niewoli. Na szyjach Galakt&#243;w wisia&#322;y &#322;a&#324;cuchy, takie same &#322;a&#324;cuchy oplata&#322;y mieszka&#324;c&#243;w Sigmy. To by&#322;a procesja je&#324;c&#243;w, a po&#322;yskuj&#261;cy okiem czy peryskopem Niszczyciel by&#322; najwidoczniej ich nadzorc&#261;.

A jednak jest w tych potworno&#347;ciach jedna rzecz, kt&#243;ra mnie cieszy powiedzia&#322;em w chwil&#281; p&#243;&#378;niej. Wiesz co, Andre? Teraz mo&#380;emy spokojnie od&#322;o&#380;y&#263; do lamusa jedno z twoich odkry&#263;. Mam na my&#347;li gro&#378;n&#261; teori&#281; o niewidzialno&#347;ci Niszczycieli.

Nie masz poj&#281;cia, jak ja sam si&#281; z tego ciesz&#281;! wykrzykn&#261;&#322; Andre z ulg&#261;. Ta pancerna ropucha wygl&#261;da obrzydliwie, ale jest to cia&#322;o, a nie zjawa.

I ja s&#261;dz&#281; zacz&#261;&#322;em, lecz przerwa&#322;em w p&#243;&#322; zdania.

Ratunku! krzykn&#261;&#322; przera&#378;liwie Andre. Osza&#322;amiaj&#261;co jaskrawe &#347;wiat&#322;o uderzy&#322;o nam w oczy, a straszliwa si&#322;a rzuci&#322;a na &#347;cian&#281; budynku. Wyda&#322;o mi si&#281;, &#380;e dosta&#322;em si&#281; pod pras&#281; i zosta&#322;em zmia&#380;d&#380;ony.



8

Trwa&#322;o to chyba nie d&#322;u&#380;ej ni&#380; setne u&#322;amki sekundy: b&#322;yskawiczne, natychmiast sparowane uderzenie. Teraz zdaj&#281; sobie spraw&#281;, &#380;e gdyby przyjaciele na statku nie obserwowali nas, byliby&#347;my zniszczeni ju&#380; pierwszym wystrza&#322;em grawitacyjnym wroga. Nasze indywidualne pola, jak si&#281; potem okaza&#322;o, by&#322;y zbyt s&#322;abe, aby przeciwstawi&#263; si&#281; wysy&#322;anym przez Niszczycieli pot&#281;&#380;nym impulsom grawitacyjnym. Kiedy wi&#281;c wr&#243;g zada&#322; sw&#243;j zab&#243;jczy cios, nasze pola ochronne zosta&#322;y sp&#322;aszczone i jedynie os&#322;abi&#322;y nacisk wal&#261;cego si&#281; na nas tysi&#261;ctonowego ci&#281;&#380;aru. Na pomoc pospieszy&#322;y nam automaty gwiazdolotu, kt&#243;rych przeciwstawny impuls zneutralizowa&#322; uderzenie.

Mimo prze&#380;ytego wstrz&#261;su utrzyma&#322;em si&#281; na nogach. W chwilach wielkiego napi&#281;cia my&#347;li i uczucia biegn&#261; setki razy szybciej. R&#243;wnocze&#347;nie odbiera&#322;em i przetwarza&#322;em informacje p&#322;yn&#261;ce z r&#243;&#380;nych stron, s&#322;ysza&#322;em, widzia&#322;em, wyczuwa&#322;em dziesi&#261;tki wa&#380;nych obraz&#243;w, reagowa&#322;em na nie, kwalifikowa&#322;em, odrzuca&#322;em wszystko naraz. Krzycza&#322; we mnie w&#347;ciek&#322;y g&#322;os Leonida: Pole sto&#380;kowe, Eli! Pole sto&#380;kowe!, widzia&#322;em wykrzywion&#261; twarz samego Leonida, kt&#243;ry oddalony o tysi&#261;ce kilometr&#243;w walczy&#322; razem z nami. Natychmiast po tym zobaczy&#322;em sinych, trac&#261;cych oddech Andre i Lusina. G&#322;&#243;wna fala przeci&#261;&#380;e&#324; spad&#322;a na nich i wt&#322;oczeni w &#347;cian&#281;, niemal zmia&#380;d&#380;eni, walczyli z w&#322;asnymi cia&#322;ami, aby nie straci&#263; przytomno&#347;ci i nie sta&#263; si&#281; &#322;upem atakuj&#261;cego nas z&#322;oczy&#324;cy. Zobaczy&#322;em te&#380; wroga, ogromny ziemisty p&#281;cherz z d&#322;ug&#261; szyj&#261; i po&#322;yskuj&#261;cym na niej straszliwym okiem. Niszczyciel wype&#322;z&#322; zza &#347;ciany i szybko si&#281; zbli&#380;a&#322;, szykuj&#261;c si&#281; do nowego, kilkadziesi&#261;t razy silniejszego ciosu, kt&#243;rego nie potrafi&#322;yby ju&#380; odbi&#263; dalekie automaty statku. Wszystko to utrwali&#322;o si&#281; w mojej pami&#281;ci jako jeden obraz, bo w gruncie rzeczy by&#322;o jednym obrazem, gdy&#380; odby&#322;o si&#281; w u&#322;amku sekundy: pojawienie si&#281; wroga, b&#322;yskawiczny atak Truba i m&#243;j pot&#281;&#380;ny cios.

Nie wiem dzi&#347;, co w&#243;wczas zrobi&#322;o na mnie wi&#281;ksze wra&#380;enie: widok umieraj&#261;cego Andre i Lusina, gro&#378;ny wygl&#261;d atakuj&#261;cego Z&#322;ywroga czy bezsilny upadek Truba. Odwa&#380;ny Anio&#322; z rykiem spad&#322; na wroga z g&#243;ry wyci&#261;gaj&#261;c ku niemu swe straszliwe pazury. Celowa&#322; w oko Niszczyciela i napad by&#322; widocznie tak zaskakuj&#261;cy, &#380;e Trubowi uda&#322;o si&#281; skrobn&#261;&#263; pazurami po peryskopie. Wr&#243;g przechyli&#322; szyj&#281;, wyrzuci&#322; swe pole do g&#243;ry i Trub nawet nie krzykn&#261;wszy odlecia&#322; na bok. Skrzyd&#322;a mia&#322; po&#322;amane, a postrz&#281;pione pi&#243;ra chmur&#261; zawirowa&#322;y w powietrzu. W tej samej chwili zada&#322;em Z&#322;ywrogowi &#347;miertelny cios.

Doskonale pami&#281;tam sw&#243;j &#243;wczesny stan. Rykn&#261;&#322;em z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci. Wszystkie moje pragnienia skoncentrowa&#322;y si&#281; na jednej tylko my&#347;li: Przebi&#263;! Przebi&#263;! Ca&#322;ym wysi&#322;kiem woli skupi&#322;em swoje pole ochronne w w&#261;sk&#261; niczym promie&#324; wi&#261;zk&#281; i pchn&#261;&#322;em nim wroga jak szpad&#261;.

Niszczyciel nie upad&#322; zalany krwi&#261;, nie p&#281;k&#322; jak ba&#324;ka mydlana uderzona kijem. Wybuch, s&#322;up ognia i dymu, spadaj&#261;ce od&#322;amki i krople oto wszystko. Istota atakuj&#261;ca nas zosta&#322;a zamieniona na od&#322;amki i strz&#281;py. Nie wiedzia&#322;em w&#243;wczas, &#380;e jest to jedyna forma &#347;mierci Z&#322;ywroga.

Rzuci&#322;em si&#281; ku Lusinowi i Andre. Andre by&#322; blady, oczy mia&#322; zamkni&#281;te, chwia&#322; si&#281; na nogach. Lusin szybciej przyszed&#322; do siebie.

Trub chyba zgin&#261;&#322;! krzykn&#261;&#322;em.

Lusin trzymaj&#261;c si&#281; &#347;ciany poszed&#322; chwiejnym krokiem w kierunku Anio&#322;a. Trub le&#380;a&#322; pod &#347;cian&#261;. Lusin nie m&#243;g&#322; go sam unie&#347;&#263; i poprosi&#322; mnie o pomoc. Cuci&#322;em wtedy Andre, kt&#243;ry otworzy&#322; ju&#380; oczy, ale nie m&#243;g&#322; jeszcze m&#243;wi&#263;. Wezwa&#322;em awionetki, ale nie zjawi&#322;y si&#281;. Zakl&#261;&#322;em i wywo&#322;a&#322;em planetolot, kt&#243;ry r&#243;wnie&#380; si&#281; nie odezwa&#322;.

Zap&#322;on&#281;&#322;a wideokolumna. Nigdy nie zapomn&#281; strachu na twarzy Wiery. Patrzy&#322;a na mnie tak, jakbym ju&#380; by&#322; martwy.

Eli! j&#281;kn&#281;&#322;a siostra. Otaczaj&#261; was!

Pojawi&#322; si&#281; Leonid: Jego wyrazista twarz p&#322;on&#281;&#322;a gniewem.

Awionetki zosta&#322;y zniszczone przez Niszczycieli! krzykn&#261;&#322;. Planetolot jest uszkodzony. W waszym kierunku pe&#322;znie co najmniej p&#243;&#322; setki tych stwor&#243;w. Wzmocnili&#347;my wasze pola do maksimum, spieszymy na pomoc. Trzymajcie si&#281;, bracia!

Ile mamy czasu? zapyta&#322;em. Minuty? Sekundy?

Najwy&#380;ej trzy minuty! Ukryjcie si&#281; za &#347;cianami, kamie&#324; ekranuje fale grawitacyjne!

Zostawi&#322;em Andre pod &#347;cian&#261; i pomkn&#261;&#322;em do Lusina. Razem z nim przenios&#322;em Truba do Andre. Biedny Anio&#322; by&#322; tak rozbity, &#380;e nie m&#243;g&#322; porusza&#263; palcami. G&#322;owa bezsilnie chwia&#322;a mu si&#281; z boku na bok, ale gra&#322;a w nim jeszcze bitewna pasja, bo kiedy przechodzili&#347;my obok strz&#281;pk&#243;w Z&#322;ywroga, resztki pi&#243;r na z&#322;amanych skrzyd&#322;ach w&#347;ciekle mu si&#281; zje&#380;y&#322;y. To by&#322;o jednak dzielne ch&#322;opisko!

Rozejrza&#322;em si&#281; woko&#322;o. &#379;adnego odpowiedniego schronu w pobli&#380;u nie by&#322;o. Potrz&#261;sn&#261;&#322;em Andre za rami&#281;.

Ocknij si&#281;, s&#322;yszysz! Otaczaj&#261; nas Z&#322;ywrogi. Trzeba maksymalnie skoncentrowa&#263; pola.

Andre drgn&#261;&#322; i usiad&#322;. Oprzytomnia&#322;. Zostawi&#322;em go i zaj&#261;&#322;em si&#281; Trubem. By&#322;em teraz spokojny o Andre. Poczucie niebezpiecze&#324;stwa i konieczno&#347;&#263; w&#322;&#261;czenia si&#281; do wsp&#243;lnych wysi&#322;k&#243;w jest najlepszym lekarstwem dla takich jak on.

Z Anio&#322;em sprawa wygl&#261;da&#322;a gorzej. Trub &#347;wietnie walczy&#322; skrzyd&#322;ami i pazurami, umiej&#281;tnie uderza&#322; swym ci&#281;&#380;kim cia&#322;em, ale &#378;le operowa&#322; polem. Pole uruchamia si&#281; my&#347;l&#261; i odczuciami, a Trub w &#380;aden spos&#243;b nie potrafi&#322; poj&#261;&#263;, &#380;e sama ch&#281;&#263; obrony ju&#380; jest obron&#261;. Dla Anio&#322;a istnieje jedynie &#347;wiat widzialny i wyczuwalny. Tego, czego nie mo&#380;na dotkn&#261;&#263;, jego zdaniem, po prostu nie ma. Odwa&#380;ny, ale naiwny ch&#322;opak.

Kiedy przyjd&#261;, nie ruszaj si&#281;, ale krzycz na nich: do ty&#322;u! do ty&#322;u! Krzycz w duchu, rozumiesz? t&#322;umaczy&#322;em mu. A je&#380;eli nie potrafisz w duchu, wrzeszcz na g&#322;os, to r&#243;wnie&#380; podzia&#322;a.

Ich trzeba szarpa&#263; z&#281;bami, bi&#263; cia&#322;em! nie zgadza&#322; si&#281; ze mn&#261; i w zdenerwowaniu usi&#322;owa&#263; wsta&#263;, pomagaj&#261;c sobie u&#322;omkami skrzyde&#322;. Nie m&#243;g&#322; si&#281; jednak na nich utrzyma&#263; i z j&#281;kiem zn&#243;w opada&#322; na ziemi&#281;.

Wtedy pojawili si&#281; Niszczyciele. Pe&#322;zli ze wszystkich stron naraz, wytaczali si&#281; zza &#347;cian i niezr&#281;cznie maszerowali ulic&#261; poprzedzani mrocznym l&#347;nieniem swoich oczog&#322;&#243;w. Purpurowe p&#322;omienie miota&#322;y si&#281; pomi&#281;dzy &#347;cianami budynk&#243;w, rozja&#347;nia&#322;y si&#281; stopniowo, a&#380; znale&#378;li&#347;my si&#281; jakby w centrum pchanego wiatrem po&#380;aru, tak pot&#281;&#380;ne i z&#322;owieszcze by&#322;o wysy&#322;ane przez nich promieniowanie. Aby nie o&#347;lepn&#261;&#263;, opu&#347;cili&#347;my filtry na he&#322;mach skafandr&#243;w. Andre, kt&#243;ry ju&#380; ostatecznie przyszed&#322; do siebie, otworzy&#322; walizeczk&#281; deszyfratora i uruchomi&#322; go na wszystkich zakresach.

Oszala&#322;e&#347;, po co? szepn&#261;&#322;em.

Nie zaszkodzi. Jestem przekonany, &#380;e oni rozmawiaj&#261; ze sob&#261; i &#380;e blask ich g&#322;&#243;w jest z tym zwi&#261;zany. Mam zupe&#322;nie inne usposobienie ni&#380; Andre. Ca&#322;y by&#322;em poch&#322;oni&#281;ty oczekiwaniem walki. Nie mia&#322;em pewno&#347;ci, &#380;e odeprzemy atak, wiedzia&#322;em jednak, &#380;e tanio swego &#380;ycia nie sprzedamy. Brzmia&#322; we mnie pe&#322;en niepokoju g&#322;os Olgi: Trzymajcie si&#281;, pomoc wkr&#243;tce nadejdzie! Mo&#380;liwe, i&#380; gdzie&#347; w powietrzu zap&#322;on&#281;&#322;a wideokolumna z ni&#261; i z Wier&#261;. Nie wiem, nie mog&#322;em si&#281; rozgl&#261;da&#263;, bo patrzy&#322;em tylko na wrog&#243;w.

Zbiera&#322;o si&#281; ich coraz wi&#281;cej. Niszczyciele ustawili si&#281; w p&#243;&#322;kole i bez po&#347;piechu zbli&#380;ali si&#281; do nas. Rozszyfrowa&#322;em ten nieskomplikowany plan. Si&#322;a ich p&#243;l grawitacyjnych jest odwrotnie proporcjonalna do kwadratu odleg&#322;o&#347;ci, zmniejszaj&#261;c j&#261; wi&#281;c dwukrotnie mogli uderzy&#263; cztery razy silniej. Najwidoczniej zamierzali nie atakuj&#261;c z daleka metodycznie zacie&#347;nia&#263; pier&#347;cie&#324; tak d&#322;ugo, dop&#243;ki na to pozwoli op&#243;r naszych p&#243;l ochronnych, a p&#243;&#378;niej b&#322;yskawicznie skoncentrowa&#263; wysi&#322;ki i zada&#263; decyduj&#261;cy cios.

Zrozumia&#322;em, &#380;e je&#347;li nie pomieszamy im szyk&#243;w, zrobi&#261; z nas mokr&#261; plam&#281;. Dusi&#322;a mnie w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263; na te bestie atakuj&#261;ce bez najmniejszego powodu i musia&#322;em j&#261; z siebie wyrzuci&#263; w pot&#281;&#380;nym pchni&#281;ciu pola. Mieli&#347;my nad nimi przewag&#281; w postaci naszego szybkiego biegu i postanowi&#322;em t&#281; przewag&#281; wykorzysta&#263;.

Skoncentrujcie na mnie swoje pola, kiedy rzuc&#281; si&#281; do przodu! rozkaza&#322;em. Zaraz poka&#380;&#281; tym &#347;wiec&#261;cym &#380;&#243;&#322;wiom, &#380;e daleko im do ludzi!

Uwa&#380;aj, Eli! powiedzia&#322; Lusin. Ale nie b&#243;j si&#281;, skoncentrujemy!

W&#243;wczas run&#261;&#322;em na najbli&#380;szego, kt&#243;ry wype&#322;z&#322; nieco z szeregu i zap&#322;aci&#322; za sw&#261; nieostro&#380;no&#347;&#263; &#380;yciem. Chroniony z bok&#243;w przez przyjaci&#243;&#322; skupi&#322;em swoje pole w w&#261;skie pasmo i rozci&#261;&#322;em Niszczyciela jak mieczem. Jego strz&#281;py jeszcze sypa&#322;y si&#281; na ziemi&#281;, kiedy moje sztyletowe pole przebi&#322;o s&#261;siada. Z&#322;ywrogi cofn&#281;&#322;y si&#281;, nasili&#322;y i tak ju&#380; pot&#281;&#380;ne &#347;wiat&#322;o g&#322;&#243;w do tego stopnia, &#380;e ich blask razi&#322; oczy nawet przez ciemne filtry. Moje cia&#322;o zacisn&#281;&#322;a niewidzialna prasa i zacz&#261;&#322;em traci&#263; oddech z b&#243;lu. Szcz&#281;ki prasy zaciska&#322;y si&#281; i natychmiast cofa&#322;y, zaciska&#322;y i wreszcie os&#322;ab&#322;y: Z&#322;ywrogi bi&#322;y mnie impulsami grawitacyjnymi, a przyjaciele odpierali ciosy swoimi polami. Zachwia&#322;em si&#281; trac&#261;c przytomno&#347;&#263; i zanim upad&#322;em, zd&#261;&#380;y&#322;em jeszcze wysadzi&#263; w powietrze nast&#281;pnego Niszczyciela. Andre i Lusin podbiegli. Upad&#322;em im na r&#281;ce, a oni szybko odnie&#347;li mnie pod os&#322;on&#281; &#347;ciany.

Lusin &#347;mia&#322; si&#281; i tupa&#322; nogami, Anio&#322; w&#347;ciekle warcza&#322; ukazuj&#261;c k&#322;y i nawet Andre si&#281; u&#347;miecha&#322;. Nie zdarza&#322;o si&#281; nam nie m&#243;wi&#281; oczywi&#347;cie o Aniele nigdy przedtem walczy&#263; na &#347;mier&#263; i &#380;ycie i pierwsze powodzenie zawr&#243;ci&#322;o nam w g&#322;owach. W ka&#380;dym obudzi&#322; si&#281; instynkt wojownika, kt&#243;ry pozornie zosta&#322; wiele pokole&#324; wstecz wytrzebiony ze &#347;wiadomo&#347;ci ludzkiej.

Na atomy! wrzeszcza&#322; Lusin. W strz&#281;py! Tak trzeba!

Andre uspokoi&#322; si&#281; pierwszy.

Oni powtarzaj&#261; atak powiedzia&#322;.

Niszczyciele zn&#243;w napierali na nas p&#243;&#322;kolem. Nie wiem czemu, ale by&#322;em przekonany, &#380;e zmienili plan natarcia. &#346;rodek szyku porusza&#322; si&#281; ostro&#380;niej ni&#380; skrzyd&#322;a, kt&#243;re stara&#322;y si&#281; zaj&#347;&#263; z bok&#243;w i stamt&#261;d zmia&#380;d&#380;y&#263; nas mi&#281;dzy wystrzelanymi naprzeciw siebie polami. Gdybym natomiast zn&#243;w wyrwa&#322; si&#281; do przodu, spokojnie wycofaliby si&#281; z centrum szyku i bez trudu rozprawili z mymi przyjaci&#243;&#322;mi pozbawionymi os&#322;ony z flanki. Plan obliczony by&#322; na tak g&#322;upiego przeciwnika, &#380;e poczu&#322;em do nich pogard&#281;. Nie wiedzia&#322;em jeszcze wtedy, &#380;e nigdy nie nale&#380;y uwa&#380;a&#263; wroga za durnia.

My r&#243;wnie&#380; powt&#243;rzymy napad, ale tym razem inaczej powiedzia&#322;em. M&#243;j plan opiera&#322; si&#281; na szybko&#347;ci i zgraniu naszej akcji.

Kiedy Niszczyciele dostatecznie si&#281; zbli&#380;yli, my, zwarci w pi&#281;&#347;&#263; trzech ludzi z przodu i kulej&#261;cy Anio&#322; z ty&#322;u uderzyli&#347;my na ich lewe skrzyd&#322;o. Wszystko by&#322;o drobiazgowo wyliczone i doskonale si&#281; uda&#322;o. Napadaj&#261;c na lewe skrzyd&#322;o jednocze&#347;nie oddalali&#347;my si&#281; od prawego, przez co os&#322;abiali&#347;my jego uderzenie, z centrum szyku mo&#380;na si&#281; by&#322;o chwilowo nie liczy&#263;, bo nauczone do&#347;wiadczeniem Z&#322;ywrogi nie wyrywa&#322;y si&#281; pod ogie&#324; p&#243;l sztyletowych.

Tym razem dzia&#322;aj&#261;c czterema zwartymi polami unicestwili&#347;my sze&#347;ciu Niszczycieli i zmusili&#347;my ich do ucieczki ca&#322;&#261; lew&#261; flank&#261;. Nie mogli&#347;my ich &#347;ciga&#263;, bo trzeba by&#322;o obr&#243;ci&#263; si&#281; ku centrum i prawemu skrzyd&#322;u. Kr&#243;tkim wypadem r&#243;wnie&#380; i t&#281; formacj&#281; zmusili&#347;my do wycofania si&#281;. Pole bitwy usiane by&#322;o szcz&#261;tkami zniszczonych wrog&#243;w i zalane ciemn&#261; ciecz&#261;, ich krwi&#261;.

Powt&#243;rnie schronili&#347;my si&#281; w cieniu &#347;ciany.

Te piekielne stworzenia szybko jednak uczy&#322;y si&#281; na b&#322;&#281;dach. Zrozumia&#322;y, &#380;e atakuj&#261;c tyralier&#261; jedynie nara&#380;aj&#261; si&#281; na ciosy naszych si&#322;owych szpad. Obecnie wi&#281;c sz&#322;y trzema zwartymi grupami po jakie&#347; dwadzie&#347;cia sztuk w ka&#380;dej, cielsko przy cielsku, oko przy oku. To samo, czym odparli&#347;my ich drugi atak wielokrotnie wzmocnione, zwarte w pi&#281;&#347;&#263; pole teraz obracali przeciwko nam. &#379;adnym, nawet najszybszym wypadem, nie mogli&#347;my st&#322;umi&#263; tak silnego, skoncentrowanego si&#322;owego strumienia. W tej sytuacji czas naszego &#380;ycia zale&#380;a&#322; jedynie od szybko&#347;ci ruchu wrog&#243;w.

Andre jeszcze niezupe&#322;nie doszed&#322; do siebie po napadzie pierwszego Niszczyciela, lecz by&#322; zupe&#322;nie spokojny. Popatrzy&#322;em na&#324; i domy&#347;li&#322;em si&#281;, co ma na sercu.

Zd&#261;&#380;ysz jeszcze wywo&#322;a&#263; gwiazdolot i nagra&#263; po&#380;egnanie powiedzia&#322;em i odwr&#243;ci&#322;em twarz.

Z&#322;ywrogi nie spieszy&#322;y si&#281;, bo wiedzia&#322;y, &#380;e im ju&#380; nie umkniemy, i naciera&#322;y z rozwag&#261;. Andre wywo&#322;a&#322; statek. Nigdy jeszcze nie s&#322;ysza&#322;em tego gor&#261;cego, porywczego cz&#322;owieka m&#243;wi&#261;cego tak spokojnie i rzeczowo.

&#379;anno! Olegu! dyktowa&#322;. Za dwie minuty ju&#380; mnie nie b&#281;dzie. Kocham was! B&#261;d&#378;cie szcz&#281;&#347;liwi!

Obejmijmy si&#281;, przyjaciele! zwr&#243;ci&#322; si&#281; do nas. A potem zaatakujemy ich po raz ostatni. Nie ma sensu ci&#261;gn&#261;&#263; tego dalej.

U&#347;cisn&#281;li&#347;my si&#281; i uca&#322;owali. Trub przytuli&#322; si&#281; do mego ramienia i &#322;ka&#322; jak cz&#322;owiek. Czu&#322;o&#347;&#263; okazana temu dziwnemu stworzeniu niemal pogodzi&#322;a je z nadchodz&#261;c&#261; &#347;mierci&#261;. Da&#322;em znak i wszyscy rzucili&#347;my si&#281; na centraln&#261; grup&#281; wroga.

Tak jak si&#281; tego obawia&#322;em, nie uda&#322;o nam si&#281; niczego dokona&#263;. Nie zdo&#322;ali&#347;my nawet skupi&#263; swych p&#243;l w jedno ostrze, gdy&#380; skuwaj&#261;ce nas &#322;a&#324;cuchy przeci&#261;&#380;e&#324; by&#322;y zbyt silne. Jedynie Lusin przebi&#322; jednego Niszczyciela i sam natychmiast upad&#322;. Nie chcia&#322;em krzycze&#263; ani wo&#322;a&#263; o pomoc, ale j&#281;k rozpaczy mimo woli wydar&#322; mi si&#281; z piersi. Obok mnie krzycza&#322; Andre. Nasze krzyki nie zd&#261;&#380;y&#322;y jeszcze umilkn&#261;&#263; zd&#322;awione &#347;mierciono&#347;nymi oplotami wrogich p&#243;l si&#322;owych, gdy z g&#243;ry co&#347; run&#281;&#322;o i wszystko cudownie si&#281; przeobrazi&#322;o: nagle os&#322;ab&#322; skuwaj&#261;cy nas u&#347;cisk grawitacji, zgas&#322;o przenikliwe jarzenie oczodo&#322;&#243;w, a Z&#322;ywr&#243;g, w kt&#243;rego centrum celowa&#322;em, lecz nie dosi&#281;gn&#261;&#322;em, trysn&#261;&#322; w g&#243;r&#281; s&#322;upem p&#322;omieni i kurzu.

Skoncentrujcie si&#281; na mnie! rozleg&#322; si&#281; dziki ryk Leonida. Naprz&#243;d! Naprz&#243;d!

Zachwia&#322;em si&#281;. Podtrzyma&#322; mnie Romero.

Niez&#322;e uderzenie, nieprawda&#380;, m&#243;j dzielny Eli? zapyta&#322; z u&#347;miechem. S&#261;dz&#281;, &#380;e uda&#322;o mi si&#281; roz&#322;o&#380;y&#263; pa&#324;skiego przeciwnika na atomy. Skupmy teraz pola i udajmy si&#281; za naszym wodzem!



9

Leonid rwa&#322; do przodu, a przed nim rozpadali si&#281; i znikali, jakby unoszeni wiatrem, Niszczyciele. Po bokach os&#322;aniali go Allan i Andre, z ty&#322;u podtrzymuj&#261;c si&#281; nawzajem dreptali Lusin i Trub. Zrobi&#322;em krok i poczu&#322;em, &#380;e nie mog&#281; porusza&#263; si&#281; o w&#322;asnych si&#322;ach.

Odwagi, odwagi! dodawa&#322; mi ducha Romero. Panu oczywi&#347;cie najwi&#281;cej si&#281; dosta&#322;o, bo oni chcieli wyko&#324;czy&#263; pana w pierwszej kolejno&#347;ci, ale nie wolno si&#281; poddawa&#263;. Prosz&#281; zewrze&#263; pole i od razu b&#281;dzie &#322;atwiej i&#347;&#263;.

Nie zostawaj w tyle, Eli! pokrzykiwa&#322; Allan. Poka&#380; im, do czego jeste&#347; zdolny!

Namowy, okrzyki i wreszcie widok Kamagina i Gromana biegn&#261;cych na pomoc pierwszej grupie doda&#322;y mi si&#322;. Szed&#322;em coraz pewniej i po kilku minutach dop&#281;dzili&#347;my Leonida.

Naprz&#243;d! krzykn&#261;&#322; Leonid skin&#261;wszy mi g&#322;ow&#261;. Tu zosta&#322;o jeszcze z dziesi&#281;&#263; tych potwork&#243;w. Chwyci&#322;em go za r&#281;k&#281;.

Czekaj! szepn&#261;&#322;em. Nie trzeba ich niszczy&#263;.

A to niby czemu? Nie odejdziemy st&#261;d, p&#243;ki chocia&#380; jeden wr&#243;g jeszcze si&#281; rusza.

Daj spok&#243;j, Leonidzie! podtrzyma&#322; mnie Andre. Przynajmniej jednego trzeba wzi&#261;&#263; &#380;ywcem.

Racja! zawo&#322;a&#322; Allan. Przywlec takiego potwora na Ziemi&#281;! Dawniej nazywa&#322;o si&#281; to: bra&#263; j&#281;zyka. Zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Kamagina i Gromana: Tak to by&#322;o, przodkowie?

Kosmonauci potwierdzili, &#380;e zdobywanie j&#281;zyka i obcinanie skalp&#243;w by&#322;o wa&#380;n&#261; operacj&#261; w ka&#380;dej cywilizowanej wojnie. W ich czasach wojen ju&#380; nie by&#322;o, ale zachowa&#322;y si&#281; podania na ich temat. Poza tym czytali o tym w ksi&#261;&#380;kach. Literaci, cho&#263; ju&#380; dawno nikt na Ziemi nie walczy&#322; i nie umiera&#322; gwa&#322;town&#261; &#347;mierci&#261;, ch&#281;tnie opisywali rozmaite okropno&#347;ci: kradzie&#380;e, morderstwa, pogo&#324; za zyskiem i s&#322;aw&#261;, zdradzanie &#380;on i m&#281;&#380;&#243;w, wdrapywanie si&#281; po tak zwanej drabinie s&#322;u&#380;bowej i inne dzikie czyny wymagaj&#261;ce chytro&#347;ci i krwi. Poniewa&#380; w tym dalekim gwiazdozbiorze zetkn&#281;li&#347;my si&#281; z okrutnym narodem, r&#243;wnie&#380; i my powinni&#347;my zapozna&#263; si&#281; z obyczajami tych wojowniczych czas&#243;w.

Andre wskaza&#322; na resztki:

Sp&#243;jrzcie! To nie istoty, lecz maszyny!

Na jego d&#322;oni le&#380;a&#322; zwil&#380;ony ciemnym p&#322;ynem zesp&#243;&#322; element&#243;w uk&#322;adu elektronicznego: p&#243;&#322;przewodnik&#243;w, opornik&#243;w i kondensator&#243;w po&#322;&#261;czonych ze sob&#261; przewodami. By&#322;o to bez w&#261;tpienia urz&#261;dzenie sztuczne.

To ca&#322;kiem prawdopodobne zgodzi&#322;em si&#281;. Wszystko, co wiemy o Z&#322;ywrogach, &#347;wiadczy o ich niezwyk&#322;ym okrucie&#324;stwie. Czy normalne istoty mog&#322;yby by&#263; takie?

Nie powiedzia&#322; Lusin podnosz&#261;c z ziemi inny fragment cia&#322;a Niszczyciela. Organizm. Patrzcie!

To by&#322; kawa&#322;ek &#380;ywej tkanki: plecionka nerw&#243;w, mi&#281;&#347;ni, &#347;ci&#281;gien i ko&#347;ci. Andre obraca&#322; strz&#281;p w r&#281;ku brudz&#261;c sobie palce lepk&#261; pokrywaj&#261;c&#261; go ciecz&#261;.

Tak przyzna&#322;. Nie mechanizm.

Nasi wybawiciele poszli dalej zabieraj&#261;c ze sob&#261; Truba, a my we tr&#243;jk&#281; myszkowali&#347;my po terenie niedawnej bitwy. Jeszcze raz przekona&#322;em si&#281;, jak wielkie si&#322;y rozrywa&#322;y pora&#380;onych wrog&#243;w. Okre&#347;lenie rozbryzgany nie by&#322;o przeno&#347;ni&#261;, lecz precyzyjnym opisem &#347;mierci Niszczyciela.

Wydaje mi si&#281;, &#380;e dziwna forma unicestwienia stanowi klucz do zagadki ich &#380;ycia powiedzia&#322;em, gdy po jakim&#347; czasie zebrali&#347;my z dziesi&#281;&#263; fragment&#243;w cia&#322; Niszczycieli.

Andre u&#322;o&#380;y&#322; szcz&#261;tki rz&#281;dem.

Sp&#243;jrzcie: sze&#347;&#263; kawa&#322;k&#243;w &#380;ywej tkanki i cztery u&#322;omki sztucznych urz&#261;dze&#324;. Nic wam to nie m&#243;wi?

Rozumiem odpar&#322; Lusin. Na po&#322;y organizm, na po&#322;y mechanizm. P&#243;&#322; &#380;ywy, p&#243;&#322; sztuczny. Prawda?

Tak. To w&#322;a&#347;nie mia&#322;em na my&#347;li.

Zapominacie o jeszcze jednej mo&#380;liwo&#347;ci: &#380;ywy Z&#322;ywr&#243;g siedz&#261;cy w maszynie zaoponowa&#322;em. Przy rozpadzie tkanki cia&#322;a miesza&#322;y si&#281; z fragmentami mechanizmu i da&#322;y taki obraz.

No to popatrz na ten fragmencik!

Strz&#281;pek istotnie by&#322; interesuj&#261;cy: &#380;ywa tkanka przenika&#322;a si&#281; ze sztuczn&#261; struktur&#261;, jedno by&#322;o przed&#322;u&#380;eniem drugiego: z ko&#347;ci wyrasta&#322; przew&#243;d i platynowy opornik, na kondensatorze za&#347; pozosta&#322;y nerwy i w&#322;&#243;kienka mi&#281;&#347;ni. To by&#322;o harmonijne po&#322;&#261;czenie, a nie mechaniczne s&#261;siedztwo &#380;ywego i martwego.

S&#261; dwie mo&#380;liwo&#347;ci ci&#261;gn&#261;&#322; Andre. Albo istoty &#380;ywe odkry&#322;y spos&#243;b mistrzowskiego zast&#281;powania swych niedoskona&#322;ych narz&#261;d&#243;w sztucznymi organami i w ten spos&#243;b w po&#322;owie si&#281; zmechanizowa&#322;y, albo na odwr&#243;t, stworzone przez kogo&#347; mechanizmy nauczy&#322;y si&#281; wbudowywa&#263; &#380;ywe tkanki i awansowa&#322;y w ten spos&#243;b do stopnia p&#243;&#322;organizm&#243;w. W obu wypadkach mamy do czynienia z obiektami wysokiej kultury materialnej.

Dla mnie mieszana natura Z&#322;ywrog&#243;w stanowi&#322;a wyja&#347;nienie ich zaskakuj&#261;cego okrucie&#324;stwa. Istoty zdegradowane do mechanizm&#243;w musia&#322;y utraci&#263; wrodzon&#261; dobro&#263;. Ale je&#347;li to naprawd&#281; s&#261; automaty zmontowane z element&#243;w organicznych, to sk&#261;d bior&#261; potrzebne im &#380;ywe tkanki? Mo&#380;e poluj&#261; na istoty w kosmosie, aby dzi&#281;ki ich tkankom zapewni&#263; sobie istnienie?



10

Leonid z zas&#281;pion&#261; twarz&#261; przechadza&#322; si&#281; pod &#347;cian&#261; budynk&#243;w. Spojrza&#322; na nas tak, jakby&#347;my r&#243;wnie&#380; nale&#380;eli do gatunku g&#322;owookich. Byto jasne, &#380;e nie uda&#322;o si&#281; &#380;ywcem wzi&#261;&#263; Z&#322;ywrog&#243;w.

Rozpadaj&#261; si&#281; jak ba&#324;ki mydlane. Pozosta&#322;y przy &#380;yciu trzy sztuki.

W k&#261;cie utworzonym przez za&#322;amanie &#347;ciany siedzia&#322;o trzech Niszczycieli &#347;ci&#347;ni&#281;tych naszymi polami. Z&#322;ywrogi by&#322;y wyczerpane: ich oczy ledwie &#347;wieci&#322;y, a wysy&#322;ane od czasu do czasu impulsy grawitacyjne utraci&#322;y dawn&#261; moc. Andre uruchomi&#322; deszyfrator. Romero, blokuj&#261;c wrog&#243;w z Allanem, Kamaginem, Gromanem i Trubem, przywo&#322;a&#322; mnie gestem.

Wie pan, czemu ani jednego nie wzi&#281;li&#347;my &#380;ywcem? Niewiarygodne, ale oni pope&#322;niaj&#261; samob&#243;jstwo, kiedy sytuacja jest ju&#380; bez wyj&#347;cia!

Buch &#322;bem o cia&#322;o i koniec! powiedzia&#322; Allan. Nasi przeciwnicy to samoeksploduj&#261;ce konstrukcje. Tymczasem Kamagin, skoncentrowawszy na sobie trzy pola, metodycznie odrywa&#322; jednego Z&#322;ywroga od dw&#243;ch pozosta&#322;ych. Kiedy pomi&#281;dzy nimi utworzy&#322;a si&#281; szczelina, Niszczyciel uderzy&#322; okiem w cia&#322;o. Rozleg&#322; si&#281; wybuch i do g&#243;ry trysn&#281;&#322;y k&#322;&#281;by wilgotnego dymu. Dwa pozosta&#322;e potwory przywar&#322;y do siebie jeszcze silniej. Ich g&#322;owy gor&#261;czkowo migota&#322;y.

I tak wszystkie! powiedzia&#322; ze z&#322;o&#347;ci&#261; Leonid. Go&#322;ymi r&#281;kami chwyta&#263; je za te &#322;by, czy co?

Jak tam u ciebie? spyta&#322;em Andre. To chyba mowa &#347;wietlna, nie powiniene&#347; mie&#263; trudno&#347;ci z odczytaniem.

K&#322;opot polega w&#322;a&#347;nie na tym, &#380;e to nie jest mowa &#347;wietlna. Nadaj&#261; s&#322;abo modulowane fale grawitacyjne, a &#347;wiecenie tym impulsom tylko towarzyszy. Z tak&#261; form&#261; mowy stykam si&#281; po raz pierwszy.

Andre westchn&#261;&#322;.

Klucz! Klucz! Gdybym m&#243;g&#322; odczyta&#263; przynajmniej jeden sygna&#322;

Zaraz dam ci klucz. Podra&#380;ni&#281; ich troch&#281;, a ty obserwuj reakcj&#281;.

Wysun&#261;&#322;em si&#281; do przodu, uderzy&#322;em niezbyt silnie polem i zn&#243;w si&#281; cofn&#261;&#322;em. Operacj&#281; t&#281; powt&#243;rzy&#322;em trzykrotnie, a potem zacz&#261;&#322;em ostro&#380;nie rozsuwa&#263; wrog&#243;w. Porzuci&#322;em to zaj&#281;cie, aby zn&#243;w przej&#347;&#263; do uderze&#324;. Ciosy by&#322;y s&#322;abe, raczej poklepywania ni&#380; pchni&#281;cia. Ze dwa razy wystawi&#322;em te&#380; w ich kierunku rozcapierzone palce.

Starczy! powiedzia&#322; Andre rado&#347;nie. Teraz chyba rozszyfrujemy ich mow&#281;. S&#322;uchajcie, to bardzo ciekawe.

P&#243;&#378;niej okaza&#322;o si&#281;, &#380;e deszyfrator niekt&#243;re szczeg&#243;&#322;y &#378;le zrozumia&#322;, ale sedno przekaza&#322; prawid&#322;owo: Ten sam, zab&#243;jca pierwszego Zn&#243;w ten sam Zn&#243;w Rozsuwa Ka&#380;cie ekranowanym Tylko oni Na planecie jest dw&#243;ch, pozostali zgin&#281;li Sze&#347;&#263;dziesi&#261;ty trzeci zada&#322; sobie &#347;mier&#263;. Ja s&#322;abn&#281;. Brakuje mi grawitacji. Odpowiadam: oni s&#261; inni, kamiennopa&#322;cza&#347;ci Ekranowanych Dlaczego dopiero pod wiecz&#243;r, przecie&#380; s&#261; bli&#380;ej? Do wieczora nie utrzymam si&#281; Nie wytrzymam Wys&#322;ali&#347;my wszystko, niepotrzebnie zostali&#347;my Uderz&#281; g&#322;ow&#261; Planeta nie jest ju&#380; potrzebna Planeta

Przez kilka sekund zastanawiali&#347;my si&#281; nad rozszyfrowanym tekstem. Najwidoczniej gdzie&#347; w pobli&#380;u by&#322;a ich baza, z kt&#243;r&#261; rozmawiali. Powinni&#347;my by&#263; przygotowani na nowy atak. P&#243;&#378;niej ka&#380;dy z nas zacz&#261;&#322; m&#243;wi&#263; o tym, co mu si&#281; wydawa&#322;o najbardziej wa&#380;ne.

Pomoc dla nich przyjdzie dopiero w nocy powiedzia&#322; Leonid. Powinni&#347;my wi&#281;c upora&#263; si&#281; z nimi przed wieczorem.

O jakich ekranowanych mowa? Przed czym ekranowanych? Przed dzia&#322;aniem naszych p&#243;l? zapyta&#322;em. Ale oni zapominaj&#261; o naszych gwiazdolotach.

Ich grawitacja s&#322;abnie powiedzia&#322; Andre. Co znaczy to dziwne zdanie? Dlaczego nie odebrali&#347;my impuls&#243;w ich rozm&#243;wc&#243;w?

Rozm&#243;wcy s&#261; daleko odpar&#322;em. Deszyfrator nie uchwyci&#322; ich s&#322;abych sygna&#322;&#243;w.

Planeta niepotrzebna wymamrota&#322; Lusin. Niepotrzebna. Zniszcz&#261;?

W tej chwili najwa&#380;niejsza jest gro&#378;ba: Uderz&#281; g&#322;ow&#261; powiedzia&#322; Kamagin. Jest to niew&#261;tpliwie zapowied&#378; samob&#243;jstwa. Trzeba mu zapobiec, tylko jak?

Unieruchomi&#263; tym stworom g&#322;owy! hukn&#261;&#322; Allan. Albo po prostu odci&#261;&#263; im peryskopy p&#322;askim polem.

Nie zaoponowa&#322;em. Wtedy rozsypi&#261; si&#281; na kawa&#322;ki. Andre ma racj&#281;, &#380;e co&#347; wa&#380;nego zwi&#261;zane jest z faktem s&#322;abni&#281;cia ich grawitacji. Usztywnijmy ich mi&#281;dzy polami i przenie&#347;my w takim stanie do komory ci&#347;nieniowej.

Unieruchomione Z&#322;ywrogi zosta&#322;y wkr&#243;tce rozdzielone. Wtedy jeden z nich zdo&#322;a&#322; jednak jako&#347; uderzy&#263; si&#281; g&#322;ow&#261;. Tym pieczo&#322;owiciej obchodzili&#347;my si&#281; z ostatnim. Nie&#347;li&#347;my go do planetolotu, &#347;ciskaj&#261;c oddzielnymi polami tu&#322;&#243;w i g&#322;ow&#281;. Niszczyciel wyra&#378;nie s&#322;ab&#322;, jego impulsy stawa&#322;y si&#281; nieczytelne, g&#322;owa przesta&#322;a si&#281; porusza&#263; i zgas&#322;a.

Chyba umar&#322; powiedzia&#322; Andre, kiedy umie&#347;cili&#347;my potwora w komorze ci&#347;nieniowej planetolotu. Deszyfrator nie odbiera &#380;adnych sygna&#322;&#243;w.

Wzmocnili&#347;my ci&#347;nienie w komorze i uruchomili&#347;my pok&#322;adowy grawitator w nadziei, &#380;e wielkie ci&#261;&#380;enie wskrzesi Niszczyciela. Zamocowawszy g&#322;ow&#281; tak, aby przypadkiem nie upad&#322;a na cia&#322;o, pozostawili&#347;my Niszczyciela w jego tymczasowym wi&#281;zieniu.

Zostan&#281; tu powiedzia&#322; Andre i postaram si&#281; zbada&#263; budow&#281; cia&#322;a oraz fizjologi&#281; naszych przeciwnik&#243;w.

My tymczasem poszukamy mieszka&#324;c&#243;w planety o&#347;wiadczy&#322; Leonid. Mo&#380;e nie wszyscy zgin&#281;li. Planeta wydawa&#322;a si&#281; po dawnemu martwa. Oblecieli&#347;my miasto i skierowali&#347;my si&#281; ku innym osiedlom, kt&#243;re wygl&#261;da&#322;y jak kopie pierwszego. Wsz&#281;dzie spotykali&#347;my okropne &#347;lady pogromu. Zielone jeszcze rankiem lasy i &#322;&#261;ki &#380;&#243;&#322;k&#322;y i wi&#281;d&#322;y. Ro&#347;liny na planecie by&#322;y ca&#322;kowicie zniszczone, podobnie jak uprawiaj&#261;ce je rozumne &#347;wierszcze z niemal ludzkimi g&#322;owami.

Nastroi&#322;em deszyfrator na dowolne fale jeszcze pracuj&#261;cego m&#243;zgu. Po godzinie poszukiwa&#324; odebrali&#347;my s&#322;abe impulsy i polecieli&#347;my w kierunku ich &#378;r&#243;d&#322;a.

Peleng falowy doprowadzi&#322; nas do podziemnego kana&#322;u czy te&#380; rury kanalizacyjnej zagubionej w&#347;r&#243;d lasu. Wej&#347;cie do kana&#322;u by&#322;o zas&#322;oni&#281;te traw&#261; i krzewami. Deszyfrator wykazywa&#322; obecno&#347;&#263; trzech &#380;ywych istot.

Pr&#243;bowa&#322;em przedosta&#263; si&#281; do wn&#281;trza rury, ale otw&#243;r by&#322; dla mnie zbyt w&#261;ski i do &#347;rodka wpe&#322;z&#322; Kamagin. Poprosi&#322; o pomoc i za nim uda&#322; si&#281; r&#243;wnie&#380; szczup&#322;y Groman. We dw&#243;jk&#281; wydobyli na zewn&#261;trz konaj&#261;cego sze&#347;cioskrzyd&#322;ego. Rozumny &#347;wierszcz nie odpowiada&#322; na pytania, nie porusza&#322; si&#281; i prawie nie oddycha&#322;, ale jego m&#243;zg jeszcze pracowa&#322; z gor&#261;czkow&#261; szybko&#347;ci&#261;.

Tam s&#261; ich ca&#322;e setki powiedzia&#322; Kamagin ale wszyscy martwi.

Dw&#243;ch jeszcze &#380;yje odpowiedzia&#322;em. Przyrz&#261;d odbiera pr&#261;dy czynno&#347;ciowe ich m&#243;zg&#243;w. We&#378;cie bioskop.

Z aparacikiem wykrywaj&#261;cym &#347;lady &#380;ycia wr&#243;cili do kana&#322;u. Dw&#243;ch wydobytych mieszka&#324;c&#243;w planety by&#322;o w jeszcze gorszym stanie ni&#380; pierwszy. Jeden skona&#322;, kiedy go wynoszono na zewn&#261;trz, drugi &#380;y&#322; jeszcze kilka minut i mog&#322;em zapisa&#263; promieniowanie jego umieraj&#261;cego m&#243;zgu.

Zaj&#261;wszy si&#281; pierwszym, przekona&#322;em si&#281;, &#380;e nie ma nadziei na jego powr&#243;t do zdrowia, ale mo&#380;na przez jaki&#347; czas podtrzymywa&#263; gasn&#261;cy p&#322;omyk &#380;ycia. Zbli&#380;a&#322; si&#281; wiecz&#243;r, kiedy przekonali&#347;my si&#281;, &#380;e na planecie nie ma ju&#380; &#380;ywych istot.

Zabierzemy pomniki zaproponowa&#322; Leonid. Automaty zdj&#281;&#322;y rze&#378;by z coko&#322;&#243;w, a p&#243;&#378;niej przenios&#322;y do planetolotu r&#243;wnie&#380; same postumenty.

Nadal brak sygna&#322;&#243;w statku id&#261;cego wrogom na pomoc powiedzia&#322; Andre. Jego milczenie dzia&#322;a mi na nerwy.

Wsiada&#263;! zakomenderowa&#322; Leonid. Wracamy do gwiazdolotu.

Spojrza&#322;em na niebo. Elektra zasz&#322;a za horyzont i nast&#261;pi&#322; zmierzch. Nad miastem zap&#322;on&#281;&#322;o tysi&#261;ce latar&#324;. One jedne nadal dzia&#322;a&#322;y. Wstrz&#261;saj&#261;ce wra&#380;enie robi&#322;a ta wspania&#322;a iluminacja w kr&#243;lestwie &#347;mierci i chaosu.



11

Teraz przechodz&#281; do tragedii Andre i na my&#347;l o niej rozpacz &#347;ciska mnie za gard&#322;o. Nawet teraz, oddzielony od owego strasznego dnia latami i jeszcze straszliwszymi wydarzeniami, nie pojmuj&#281; do ko&#324;ca tego; co si&#281; wtedy sta&#322;o. Przede wszystkim nie rozumiem siebie. Jak mog&#322;em okaza&#263; si&#281; tak lekkomy&#347;lny? Czemu wszyscy zachowywali&#347;my si&#281; jak stado ciel&#261;t? Wszak ju&#380; wtedy wiedzieli&#347;my, &#380;e walczymy z podst&#281;pnym, dysponuj&#261;cym pot&#281;&#380;nymi &#347;rodkami technicznymi wrogiem, wiedzieli&#347;my te&#380;, i&#380; wr&#243;g ten pod wieloma wzgl&#281;dami nas przewy&#380;sza. Dlaczego, dlaczego nie pomy&#347;leli&#347;my o najprostszych, elementarnych wr&#281;cz &#347;rodkach ochronnych? Wr&#243;g sam o&#347;wiadczy&#322;, &#380;e zamierz&#261; nas pokona&#263;. Dlaczego zlekcewa&#380;yli&#347;my jego gro&#378;by? Czytaj&#261;c po raz kt&#243;ry&#347; z rz&#281;du zapis rozmowy Z&#322;ywrog&#243;w ze sw&#261; baz&#261;, przekona&#322;em si&#281; ostatecznie, &#380;e ze wszystkich mo&#380;liwych znacze&#324; zagadkowego s&#322;owa ekranowany wybra&#322;em najdalsze od prawdy i nie tylko pomyli&#322;em si&#281;, lecz r&#243;wnie&#380; przekona&#322;em wszystkich, &#380;e mam racj&#281;. I Andre! Biedny Andre, kt&#243;ry tak przenikliwie domy&#347;li&#322; si&#281; niewidzialno&#347;ci naszych przeciwnik&#243;w, te&#380; z ulg&#261; zrezygnowa&#322; ze swego odkrycia. Zn&#243;w pytam si&#281;, czemu nasze oczy za&#263;mi&#322;a &#347;lepota w&#243;wczas, kiedy potrzebna by&#322;a ca&#322;a ostro&#347;&#263; wzroku? Czy to dlatego, &#380;e ujrzawszy jak brzydcy i niezdarni s&#261; nasi przeciwnicy i jak &#322;atwo rozprawiamy si&#281; z nimi naszymi s&#322;abymi polami, od razu nabrali&#347;my do nich pe&#322;nej zadufania pogardy i nawet nie pr&#243;bowali&#347;my si&#281; dowiedzie&#263;, czy wszyscy s&#261; tacy sami? Dlaczego nie mo&#380;ecie by&#263; przed noc&#261;? wo&#322;a&#322; do swoich ostatni Z&#322;ywr&#243;g. Na Sigmie zapada&#322;a noc. Pos&#322;ana przez wrog&#243;w pomoc ju&#380; zbli&#380;a&#322;a si&#281; do planety. Od okrutnego ciosu dzieli&#322;y nas minuty, a my beztrosko paplali&#347;my, ciesz&#261;c si&#281; z &#322;atwego zwyci&#281;stwa!

Tu s&#261; pi&#281;kne noce! powiedzia&#322;em do Andre. Nawet ta automatyczna iluminacja nie t&#322;umi blasku gwiazd.

Andre uni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281; i przez chwil&#281; patrzy&#322; w niebo. Powietrze by&#322;o niezwykle przejrzyste. Ekranowani wrogowie ju&#380; wisieli nad nami, a my spokojnie zachwycali&#347;my si&#281; gwiazdami Plejad.

Pospieszcie si&#281;! krzykn&#261;&#322; gniewnie Leonid. Tylko na was czekamy.

Ruszy&#322;em ku planetolotowi i wtedy us&#322;ysza&#322;em krzyk Andre, ochryp&#322;y i przerywany. Dusili go, a on si&#281; w&#347;ciekle wyrywa&#322;. Czu&#322;em pulsacj&#281; jego pola.

Eli, pom&#243;&#380;! krzycza&#322; Andre. Eli! Eli! Rzuci&#322;em si&#281; ku niemu. Nie dojrza&#322;em go. Nad ciemn&#261; ziemi&#261; jaskrawo po&#322;yskiwa&#322;y gwiazdy, powietrze by&#322;o spokojne i przejrzyste. Gdzie&#347; obok mnie d&#322;awi&#322; si&#281; i wo&#322;a&#322; o pomoc Andre. S&#322;ysza&#322;em go zupe&#322;nie dok&#322;adnie, wiedzia&#322;em, &#380;e mu knebluj&#261; usta, a on si&#281; wyrywa i zn&#243;w krzyczy:

Eli! Eli! Na pomoc!

Niewidzialni! wrzasn&#261;&#322;em i rzuci&#322;em swoje pole w kierunku krzyku; nie zdaj&#261;c sobie nawet sprawy, &#380;e jest r&#243;wnie niebezpieczne dla Andre, jak i dla napastnik&#243;w.

Wtedy zobaczy&#322;em Andre po raz ostatni. Moje uderzenie odrzuci&#322;o kt&#243;rego&#347; z atakuj&#261;cych go Niewidzialnych. W powietrzu nagle zjawi&#322;y si&#281; nogi Andre, w&#347;ciekle wierzgaj&#261;ce i zadaj&#261;ce komu&#347; ciosy. Wida&#263; by&#322;o tylko nogi! Na miejscu, gdzie powinien by&#263; tu&#322;&#243;w i g&#322;owa, spokojnie &#347;wieci&#322;y gwiazdy. Od tej pory min&#281;&#322;o wiele lat, ale ci&#261;gle jeszcze widz&#281; ten obraz: same tylko zawieszone w powietrzu, walcz&#261;ce nogi Andre.

Nie zdo&#322;a&#322;em zewrze&#263; jeszcze ca&#322;kiem pola, kiedy zada&#322;em nowy cios. Wiedzia&#322;em, &#380;e koledzy spiesz&#261; ju&#380; na pomoc i najwa&#380;niejsz&#261; rzecz&#261; w tej pierwszej minucie bitwy by&#322;o nie pozwoli&#263; wci&#261;gn&#261;&#263; Andre w ca&#322;kowit&#261; niewidzialno&#347;&#263;, zanim reszta ludzi nie w&#322;&#261;czy si&#281; do walki. Chcia&#322;em ca&#322;kowicie odkry&#263; Andre, ale chybi&#322;em. Jaka&#347; nowa si&#322;a podrzuci&#322;a mnie w powietrze. Rozejrza&#322;em si&#281; i poj&#261;&#322;em, &#380;e sta&#322;em si&#281; niewidzialny. Nie znalaz&#322;em swojego tu&#322;owia i n&#243;g. Widzia&#322;em przez swoje cia&#322;o kamyki i trawki na ziemi, kt&#243;re szybko oddala&#322;y si&#281; i nik&#322;y w ciemno&#347;ciach nocy. Jakie&#347; elastyczne p&#281;ta wi&#261;za&#322;y mi r&#281;ce i ci&#261;gn&#281;&#322;y ku g&#243;rze. Cho&#263; zaskoczony, do granic mo&#380;liwo&#347;ci napi&#261;&#322;em swoje pole i zatrzyma&#322;em wznoszenie. Teraz ko&#322;ysa&#322;em si&#281; o jakie&#347; pi&#281;&#263; metr&#243;w nad gruntem. Andre nadal krzycza&#322;, ale jego g&#322;uchy, przerywany g&#322;os dobiega&#322; gdzie&#347; z wysoka. Powoli, lecz nieust&#281;pliwie ci&#261;gni&#281;to go do g&#243;ry. Zn&#243;w by&#322; ca&#322;kowicie niewidoczny.

W dole zobaczy&#322;em biegn&#261;cych ludzi kieruj&#261;cych si&#281; na krzyk Andre. Ja sam napinaj&#261;c maksymalnie pole, aby nie da&#263; si&#281; pokona&#263;, walczy&#322;em w milczeniu. Leonid zatrzyma&#322; si&#281; pode mn&#261; i uni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281; do g&#243;ry.

Gdzie jeste&#347;cie? krzycza&#322; zatrwo&#380;ony. Gdzie jeste&#347;cie? Nie widz&#281; was!

Co&#347; wstr&#281;tnie szorstkiego i zimnego zakry&#322;o mi usta. Wyrwa&#322;em si&#281; i krzykn&#261;&#322;em:

Koncentrujcie na mnie swoje pola! Andre unosz&#261; do g&#243;ry!

Tym razem d&#378;wignie &#347;cisn&#281;&#322;y moj&#261; g&#322;ow&#281; i szyj&#281; tak silnie, &#380;e p&#322;ucom zabrak&#322;o oddechu. Przed oczami zamigota&#322;y czerwone kr&#281;gi, ale r&#243;wnocze&#347;nie poczu&#322;em, jak nape&#322;nia si&#281; si&#322;&#261; moje s&#322;abn&#261;ce pole. Niemal traci&#322;em ju&#380; przytomno&#347;&#263; z braku powietrza, ale nie straci&#322;em jasno&#347;ci my&#347;li. Nie u&#380;y&#322;em pola natychmiast, lecz troch&#281; jeszcze opiera&#322;em si&#281;, nie daj&#261;c si&#281; wlec do g&#243;ry, a kiedy ju&#380; nie mog&#322;em wytrzyma&#263;, szarpn&#261;&#322;em si&#281; ze wszystkich si&#322;.

Osaczaj&#261;cy mnie przeciwnicy najwidoczniej nie oczekiwali takiego uderzenia i zostali odrzuceni jak pi&#243;rka. Jeden, zupe&#322;nie pora&#380;ony ciosem pola, wypad&#322; z niewidzialno&#347;ci i run&#261;&#322; obok mnie na ziemi&#281;. Nie traci&#322;em czasu na przygl&#261;danie mu si&#281;. Poderwa&#322;em si&#281; na nogi i wezwa&#322;em awionetk&#281;. Obok wznosi&#322;a si&#281; ku g&#243;rze awionetka Romera.

Strze&#380;cie si&#281;, oni s&#261; niewidzialni! krzykn&#261;&#322;em i us&#322;ysza&#322;em jeszcze, &#380;e Leonid poleci&#322; uruchomi&#263; lokatory planetolotu.

Wznios&#322;em si&#281; do g&#243;ry i zatrzyma&#322;em awionetk&#281;.

Romero tak&#380;e znieruchomia&#322; w powietrzu. Ws&#322;uchiwali&#347;my si&#281; w cisz&#281;, w nadziei, &#380;e us&#322;yszymy jeszcze krzyki Andre. G&#322;os&#243;w nie us&#322;ysza&#322;em, ale wyda&#322;o mi si&#281;, &#380;e z boku dobiega j&#281;k i odg&#322;os przerywanego oddechu. Rzuci&#322;em si&#281; w kierunku tych odg&#322;os&#243;w walki, obmacuj&#261;c przezroczyste powietrze liniami pola si&#322;owego. Romero czyni&#322; to samo, ale &#380;aden z nas niczego nie wykry&#322;.

Trzeba jako&#347; zracjonalizowa&#263; nasze poszukiwania powiedzia&#322; Romero zbli&#380;aj&#261;c si&#281; do mnie. Zgodzi si&#281; pan, &#380;e miotanie si&#281; na o&#347;lep

Oni go unios&#261; ze sob&#261;! m&#243;wi&#322;em nie s&#322;uchaj&#261;c go. Porw&#261; i unios&#261;, niech pan to zrozumie!

Oni ju&#380; porwali Andre. Pytanie, gdzie si&#281; ukryli? Szukamy ich nad polem walki, a oni mogli ju&#380; dawno opu&#347;ci&#263; planet&#281;. Trzeba wezwa&#263; gwiazdoloty.

Na statkach ju&#380; wiedziano o nieszcz&#281;&#347;ciu Andre. Lokatory pok&#322;adowe przeszukiwa&#322;y przestrze&#324; wok&#243;&#322; planety. Czu&#322;o&#347;&#263; tych urz&#261;dze&#324; jest taka, &#380;e wykrywaj&#261; przedmiot wielko&#347;ci guzika z odleg&#322;o&#347;ci stu tysi&#281;cy kilometr&#243;w. Andre i jego porywacze byli wi&#281;ksi od guzika, a statki znajdowa&#322;y si&#281; w odleg&#322;o&#347;ci mniejszej ni&#380; sto tysi&#281;cy kilometr&#243;w, ale nawet &#347;ladu Z&#322;ywrog&#243;w nie wykry&#322;y. Nie wiedzieli&#347;my jeszcze w&#243;wczas, &#380;e wszelkie typy lokator&#243;w s&#261; bezsilne wobec ich urz&#261;dze&#324; ekranuj&#261;cych. Skuteczne &#347;rodki walki z niewidzialnymi nale&#380;a&#322;o dopiero wynale&#378;&#263;. Obecnie ka&#380;dy rozumie, &#380;e nierozwa&#380;nie uwik&#322;ali&#347;my si&#281; w walk&#281;, wprawdzie dobrze uzbrojeni, jak tego p&#243;&#378;niej dowiedli&#347;my, ale nie maj&#261;c zupe&#322;nie poj&#281;cia, jakie &#347;rodki techniczne b&#281;d&#261; do tej walki potrzebne. Byli&#347;my podobni do &#347;lepego giganta rzucaj&#261;cego si&#281; w&#347;ciekle na widz&#261;cych wrog&#243;w, kt&#243;rzy oczywi&#347;cie b&#281;d&#261; mieli za swoje, je&#380;eli dostan&#261; si&#281; w jego r&#281;ce, je&#380;eli si&#281; dostan&#261;! Nieszcz&#281;&#347;cie porwanie Andre ju&#380; nas dotkn&#281;&#322;o, ale nikt nie zdawa&#322; sobie sprawy z wielko&#347;ci tego nieszcz&#281;&#347;cia. Mo&#380;liwe zreszt&#261;, &#380;e dobrze si&#281; sta&#322;o. Gdyby&#347;my dok&#322;adnie wiedzieli, co nam grozi, niemal na pewno nie odwa&#380;yliby&#347;my si&#281; tak ryzykowa&#263;, jak ryzykowali&#347;my i nie osi&#261;gn&#281;liby&#347;my takich sukces&#243;w, jakie sta&#322;y si&#281; naszym udzia&#322;em.

Ja najmniej ze wszystkich pojmowa&#322;em daremno&#347;&#263; naszych &#243;wczesnych poszukiwa&#324;. Dygota&#322;em z rozpaczy i wiedzia&#322;em jedynie to, &#380;e przed porwaniem Andre tylko mnie wo&#322;a&#322; na pomoc, a ja mu tej pomocy nie udzieli&#322;em. Nie mog&#322;em t&#322;umaczy&#263; si&#281; przed sob&#261; nag&#322;o&#347;ci&#261; napadu niewidzialnych, gdy&#380; w gruncie rzeczy nie by&#322;o to &#380;adn&#261; niespodziank&#261; (wszak w swych rozwa&#380;aniach dopuszczali&#347;my niewidzialno&#347;&#263; Niszczycieli).

Nie pami&#281;tam, jak d&#322;ugo trwa&#322;a ta szamotanina nad planet&#261;. Do mnie i Romera do&#322;&#261;czyli Lusin i Allan. Cztery skrzy&#380;owane pola si&#322;owe obmacywa&#322;y ka&#380;d&#261; drobin&#281; powietrza. Nak&#322;ada&#322;y si&#281; na nie pot&#281;&#380;ne pola lokacyjne gwiazdolot&#243;w i szerokie sto&#380;ki si&#322;owe planetolot&#243;w. Wszystko na pr&#243;&#380;no.

Zn&#243;w podlecia&#322; do mnie Romero.

Ze statku przekazano polecenie, aby&#347;my zaprzestali poszukiwa&#324;. Daj&#261; nam kwadrans na powr&#243;t. Wydarzy&#322;o si&#281; co&#347; jeszcze wa&#380;niejszego.

By&#322;em wtedy ju&#380; tak zm&#281;czony i zoboj&#281;tnia&#322;y, &#380;e przyj&#261;&#322;em to bez protestu. Wyl&#261;dowa&#322;em ko&#322;o planetolotu i powlok&#322;em si&#281; do wej&#347;cia, gdzie czeka&#322; na mnie przygn&#281;biony Leonid.

Sp&#243;jrz, kto z tob&#261; walczy&#322; powiedzia&#322; wskazuj&#261;c na skrzyni&#281; stoj&#261;c&#261; obok planetolotu.

W skrzyni le&#380;a&#322;y szcz&#261;tki mojego wroga. Patrzy&#322;em na niego t&#281;pym wzrokiem, nie zdaj&#261;c sobie sprawy z tego, co widz&#281;. Bytem tak pewny, &#380;e wszystkie umieraj&#261;ce Z&#322;ywrogi rozpadaj&#261; si&#281; na strz&#281;py, &#380;e nawet nie dopuszcza&#322;em dla nich innej formy zgonu. Nie w&#261;tpi&#322;em, &#380;e uwidoczniony niewidzialny wr&#243;g ju&#380; dawno rozproszy&#322; si&#281; na powierzchni planety. Potem zrozumia&#322;em, &#380;e je&#347;li nawet mam przed sob&#261; Niszczyciela, to niewiele by&#322; podobny do tych, z kt&#243;rymi walczyli&#347;my poprzednio.

Wiecie, kogo mi przypomina ten potworek? wyszepta&#322; zdumiony Romero. Ludzik&#243;w ze stali zbrojeniowej i z&#322;omu, jakimi straszyli swoich pobratymc&#243;w staro&#380;ytni rze&#378;biarze abstrakcjoni&#347;ci.

Obr&#243;ci&#322;em si&#281; w milczeniu ku Romerowi. Nie mia&#322;em poj&#281;cia, &#380;e kiedykolwiek &#380;yli tacy rze&#378;biarze i nigdy nie widzia&#322;em ich prac. Istota spoczywaj&#261;ca w skrzynce sk&#322;ada&#322;a si&#281; z samych ko&#347;ci lub pr&#281;t&#243;w: kolumna centralna, dwie nogi, dwie r&#281;ce, dwa pier&#347;cienie o grubo&#347;ci naszej szyi umieszczone tam, gdzie ludzie maj&#261; biodra, i zamiast g&#322;owy znana ju&#380; nam po&#322;yskliwa, a teraz martwa naro&#347;l. To by&#322; szkielet istoty, a nie istota, tak mi si&#281; przynajmniej wydawa&#322;o. Stawy szkieletu, wytrzyma&#322;ego i gi&#281;tkiego, zgina&#322;y si&#281; &#322;atwiej ni&#380; ludzkie. Tylko w gor&#261;czkowym &#347;nie mo&#380;na zobaczy&#263; takiego mieszka&#324;ca za&#347;wiat&#243;w.

Lusin by&#322; bardziej obyty z takimi istotami, hodowa&#322; przecie&#380; swoich ptasiog&#322;owych bog&#243;w i cudaczne zwierzaki. Podni&#243;s&#322; teraz z&#322;aman&#261; przy wyj&#347;ciu z niewidzialno&#347;ci i upadku na ziemi&#281; ko&#347;&#263; nogi.

Popatrz, Eli. Mi&#281;&#347;nie i nerwy te&#380;. Tylko wewn&#261;trz. Dla nas ko&#347;ci s&#261; rusztowaniem. Dla nich pow&#322;ok&#261;. Niezawodna konstrukcja. Lepsza od ludzkiej. Natura si&#281; postara&#322;a Ciekawe, ile miliard&#243;w lat? Sto milion&#243;w nie wystarczy na pewno

Gwiazdoloty zn&#243;w nas pop&#281;dzaj&#261;! powiedzia&#322; Leonid. Zabieramy skrzynk&#281; i odlatujemy.



12

Droga do gwiazdolotu zabra&#322;a nam kilka minut. Kiedy planetolot znikn&#261;&#322; we wn&#281;trzu Po&#380;eracza Przestrzeni, oba statki szybko oddali&#322;y si&#281; od Sigmy. Twarz Wiery zapuch&#322;a od p&#322;aczu. O nic nas nie pyta&#322;a, gdy&#380; widzia&#322;a na ekranie nasz&#261; walk&#281; z niewidzialnymi. Zapyta&#322;em, czemu zakazano nam dalszych poszukiwa&#324;. Musia&#322;o si&#281; wydarzy&#263; co&#347; okropnego, skoro porzucili&#347;my Andre na pastw&#281; losu!

Przestrze&#324; pe&#322;na jest zak&#322;&#243;ce&#324; grawitacyjnych odpowiedzia&#322;a Wiera. Deszyfratory przechwyci&#322;y grawigram niewidzialnych. Na szcz&#281;&#347;cie z&#322;amali&#347;my ich kod i odczytali&#347;my t&#281; wiadomo&#347;&#263;. S&#261;dz&#261;c z doniesienia, Andre na planecie ju&#380; nie ma. Wzi&#281;li&#347;my jednego kamiennopalczastego. Niszczyciel numer sto trzydzie&#347;ci zgin&#261;&#322;. Wycofujemy si&#281; do bazy. Mo&#380;liwe s&#261; wszelkie niespodzianki. Natychmiast zabierzcie nas. Pora ju&#380; sko&#324;czy&#263; z planet&#261;.

Wszyscy cz&#322;onkowie za&#322;ogi wolni od wachty byli w sali obserwacyjnej. Obok mnie usiad&#322;a Wiera. Milczeli&#347;my czekaj&#261;c na nowe wiadomo&#347;ci. Potem przysiad&#322;a si&#281; do nas Olga, kt&#243;ra przekaza&#322;a dow&#243;dztwo Leonidowi na czas jego wachty.

Eli, kochany powiedzia&#322;a Olga. Wszyscy cierpimy. Taka okropna &#347;mier&#263;

Porwanie odpar&#322;em. Andre nie zgin&#261;&#322;, lecz zosta&#322; porwany. Zapami&#281;taj to, Olgo.

Olga nic na to nie odpar&#322;a. Ja r&#243;wnie&#380; nie chcia&#322;em nic m&#243;wi&#263;. S&#322;owa nie mog&#322;y pom&#243;c ani pocieszy&#263;. Nie wiedzieli&#347;my przecie&#380; rzeczy najwa&#380;niejszej: gdzie jest Andre! Mo&#380;e gdzie&#347; w pobli&#380;u, niewidzialny i niedost&#281;pny? Zacisn&#261;&#322;em z&#281;by z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci i rozpaczy.

Uspok&#243;j si&#281;, Eli powiedzia&#322;a Wiera. Nie trzeba tak rozpacza&#263;.

I wtedy pojawi&#322;a si&#281; kula Niszczycieli. Pojawi&#322;a si&#281; dok&#322;adnie tak, jak to opisywali kosmonauci z Mendelejewa. Wyskoczy&#322;a z niebytu i zwalniaj&#261;c stopniowo bieg pomkn&#281;&#322;a ku powierzchni Sigmy. Wstrzymali&#347;my oddech i nie odrywali&#347;my od niej wzroku.

Co oni robi&#261;! wykrzykn&#281;&#322;a po chwili Wiera. Musimy im przeszkodzi&#263;, to potworne!

Kula lecia&#322;a teraz nad powierzchni&#261; Sigmy. Nikt nie zauwa&#380;y&#322;, kiedy jej lot przekszta&#322;ci&#322; si&#281; w grawitacyjny atak na planet&#281;. Wszystko, co si&#281; na niej znajdowa&#322;o miasta, lasy, r&#243;wniny nagle poderwa&#322;o si&#281; do g&#243;ry, jakby przeorane gigantycznym p&#322;ugiem. Na Sigmie podnosi&#322;a si&#281; ogromna fala przyp&#322;ywowa, z tym tylko, &#380;e nie by&#322;a to fala oceaniczna, lecz fala twardej masy planetarnej, ska&#322; i gruntu. Ci&#281;&#380;kie chmury py&#322;u zasnu&#322;y unicestwian&#261; planet&#281;. &#379;aden wybuch wulkanu, &#380;adna eksplozja atomowa nie spowodowa&#322;aby takich potwornych zniszcze&#324;, jak jeden oblot gro&#378;nej kuli wok&#243;&#322; planety. Musi min&#261;&#263; wiele tysi&#281;cy lat, zanim Sigma zn&#243;w b&#281;dzie nadawa&#263; si&#281; do &#380;ycia.

Kr&#261;&#380;ownik wroga skry&#322; si&#281; za kraw&#281;dzi&#261; Sigmy i przeorywa&#322; z kolei jej odwrotn&#261; stron&#281;.

Leonidzie! krzycza&#322;a Wiera. &#379;&#261;dam interwencji! Zatrzymaj ich si&#322;&#261;!

Nie! krzykn&#261;&#322;em. Nie, Wiero! Na Sigmie nie ma ju&#380; &#380;ycia, a w kuli lub w jej pobli&#380;u jest Andre. Nie wszystko jeszcze stracone i mo&#380;emy go uratowa&#263;!

Zreszt&#261; ju&#380; za p&#243;&#378;no na pomoc dla Sigmy dorzuci&#322; Leonid. Nie spodziewali&#347;my si&#281;, &#380;e ich statek jest zdolny do podobnych dzia&#322;a&#324;. Niewykluczone, &#380;e z nami spr&#243;buj&#261; post&#261;pi&#263; tak samo.

Jeste&#347;cie gotowi do odparcia ataku? spyta&#322;a Wiera, kt&#243;ra zdo&#322;a&#322;a si&#281; opanowa&#263;.

Gotowi. Allan donosi, &#380;e jego anihilatory czekaj&#261; tylko na rozkaz. Atak na nas nie wyjdzie bandycie na zdrowie.

Je&#380;eli trzeba b&#281;dzie walczy&#263;, pami&#281;tajcie, &#380;e na tamtym statku jest Andre.

Statek wrog&#243;w wynurzy&#322; si&#281; zza tarczy Sigmy i ju&#380; k&#322;ad&#322; si&#281; w powrotny kurs, kiedy nas zauwa&#380;y&#322;. Natychmiast zawr&#243;ci&#322; i pocz&#261;&#322; si&#281; do nas zbli&#380;a&#263;. Leonid i Allan uruchomili anihilatory masy. Substancja aktywna zamieni&#322;a si&#281; w przestrze&#324;. Ani Allan, ani Leonid z ostro&#380;no&#347;ci nie w&#322;&#261;czyli otaczaj&#261;cych nas cia&#322; kosmicznych do reakcji rozk&#322;adu masy. Nie by&#322;o to na razie potrzebne, bo wrogi kr&#261;&#380;ownik, lec&#261;cy z szybko&#347;ci&#261; niemal &#347;wietln&#261;, nie zbli&#380;a&#322; si&#281; do nas nawet o kilometr. Wytwarzali&#347;my tak&#261; ilo&#347;&#263; pustki kosmicznej, &#380;e nie zdo&#322;a&#322; si&#281; przez ni&#261; przebi&#263;. Mog&#322;o si&#281; pozornie wydawa&#263;, &#380;e nasze statki dysponuj&#261;ce przewag&#261; szybko&#347;ci ucieka&#322;y co si&#322; przed po&#347;cigiem. Je&#380;eli Niszczyciele sami nie opanowali techniki anihilacji substancji, to nie mogli si&#281; domy&#347;li&#263;, i&#380; w rzeczywisto&#347;ci nie zamierzali&#347;my nawet rusza&#263; z miejsca.

MUK rozszyfrowa&#322; grawigram kr&#261;&#380;ownika: Widz&#281; obcy statek. Nie mog&#281; si&#281; do niego zbli&#380;y&#263;. Atakowa&#263; z wielkiej odleg&#322;o&#347;ci nie mog&#281;. Przechodz&#281; w nad&#347;wietln&#261;, aby wej&#347;&#263; w sto&#380;ek ciosu.

Przechodz&#261; w nad&#347;wietln&#261;! krzykn&#281;&#322;a Wiera. Niech przechodz&#261; odezwa&#322; si&#281; Leonid. Im szybciej rw&#261; si&#281; ku nam, tym energiczniej ich odrzucamy. Na razie nie widz&#281; zbytniego niebezpiecze&#324;stwa.

Nie podziela&#322;em optymizmu Leonida. Kr&#261;&#380;ownik po przej&#347;ciu do obszaru nad&#347;wietlnego sta&#322; si&#281; nie tylko niewidoczny, lecz r&#243;wnie&#380; umkn&#261;&#322; spod naszej kontroli. Nie wiedz&#261;c, o ile wyprzedza &#347;wiat&#322;o, nie mogli&#347;my by&#263; pewni skuteczno&#347;ci obrony anihilacyjnej. Statek Z&#322;ywrog&#243;w m&#243;g&#322; si&#281; przebi&#263; w takiej sytuacji przez tarcz&#281; nieustannie generowanej pustki.

Leonid mnie uspokoi&#322;:

Odrzucimy go, nawet nie wiedz&#261;c, gdzie si&#281; znajduje. A je&#380;eli si&#281; zbli&#380;y, zd&#261;&#380;ymy zawsze realnie uciec nie wdaj&#261;c si&#281; w walk&#281;.

Wkr&#243;tce Niszczyciele poj&#281;li, &#380;e niczego nie osi&#261;gn&#261;, i po zahamowaniu zn&#243;w stali si&#281; widzialni. MUK rozszyfrowa&#322; kolejny meldunek:

Atak si&#281; nie powi&#243;d&#322;. Zabieram baz&#281; ekranowanych i wracam do eksadry.

Zaraz po tym kr&#261;&#380;ownik znikn&#261;&#322; r&#243;wnie nagle, jak si&#281; pojawi&#322;. Razem z nim znikn&#281;&#322;a ostatnia nadzieja na wyzwolenie Andre, kt&#243;ry unoszony przez kosmicznych zb&#243;jc&#243;w mkn&#261;&#322; do wn&#281;trza Plejad, gdzie stacjonowa&#322;a ich eskadra. Je&#380;eli naturalnie jeszcze &#380;y&#322;



13

By&#322;em tak zm&#281;czony, &#380;e zasn&#261;&#322;em w fotelu. Przy&#347;ni&#322; mi si&#281; Andre i obudzi&#322;em si&#281; z krzykiem. Oba gwiazdoloty sz&#322;y w obszarze nad&#347;wietlnym kursem niewidzialnej kuli. Dowiedzia&#322;em si&#281;, &#380;e postanowiono odszuka&#263; tajemnicz&#261; eskadr&#281; wrog&#243;w, a po jej wykryciu dzia&#322;a&#263; zale&#380;nie od okoliczno&#347;ci. Przemy&#347;lawszy wszystko, z ci&#281;&#380;kim sercem u&#347;wiadomi&#322;em sobie, &#380;e nie ma prawie szans na uratowanie Andre.

Po znikni&#281;ciu Andre ca&#322;a jego praca przypad&#322;a na mnie. Razem z Lusinem ca&#322;y ranek sp&#281;dzili&#347;my na badaniu szcz&#261;tk&#243;w obu wrog&#243;w i rozszyfrowywaniu nagra&#324; pr&#261;d&#243;w m&#243;zgowych sze&#347;cioskrzyd&#322;ych. W po&#322;udnie ostatni mieszkaniec nieszcz&#281;snej Sigmy zmar&#322;. Umie&#347;cili&#347;my jego zw&#322;oki w &#347;rodowisku konserwuj&#261;cym, aby przywie&#378;&#263; je na Ziemi&#281; w nienaruszonym stanie. Pracowa&#322;em z pasj&#261;, ale czasami dos&#322;ownie sztywnia&#322;em gubi&#261;c my&#347;li i trac&#261;c orientacj&#281;. W&#243;wczas Lusin delikatnie poci&#261;ga&#322; mnie za r&#281;kaw lub g&#322;adzi&#322; po ramieniu. Jego przyjazne wsp&#243;&#322;czucie wraca&#322;o mi si&#322;y.

W przerwie odwiedzili&#347;my Truba. Anio&#322; pop&#322;akiwa&#322; i wyciera&#322; oczy szcz&#261;tkami skrzyde&#322;. Prze&#380;ywa&#322; nasze wsp&#243;lne nieszcz&#281;&#347;cie otwarcie, nie kryj&#261;c si&#281; z tym tak jak my.

Czy nasi wczorajsi przeciwnicy podobni s&#261; do tych, kt&#243;rzy zwalczali Galakt&#243;w przebywaj&#261;cych niegdy&#347; na waszej planecie? zapyta&#322;em.

Od razu poj&#261;&#322;em, &#380;e to oni. Od razu, od razu odpar&#322; i ca&#322;y si&#281; naje&#380;y&#322;. Porusza&#322; si&#281; z trudem, ale sprawia&#322; wra&#380;enie gotowego do nowego boju.

Bitwy jeszcze b&#281;d&#261; pocieszy&#322;em go. W&#261;tpi&#281;, aby ludzko&#347;&#263; mog&#322;a wsp&#243;&#322;istnie&#263; z tymi potworami. Musisz si&#281; teraz leczy&#263;, aby nabra&#263; si&#322; do walki. Zgodnie z prognoz&#261; skrzyd&#322;a ci odrosn&#261; lepsze od starych.

Stoimy? zapyta&#322;. Gdzie jeste&#347;my?

Idziemy kursem na Maj&#281;, w sam &#347;rodek Plejad. Na o&#347;lep mrukn&#261;&#322; Lusin ponurym tonem. Nie widzimy. A oni?

Ja r&#243;wnie&#380; niemal bez przerwy o tym my&#347;la&#322;em. Ju&#380; Andre by&#322; zaskoczony, &#380;e kiedy Niszczyciel rozmawia&#322; ze swoim kr&#261;&#380;ownikiem mkn&#261;cym w obszarze nad&#347;wietlnym, jego grawigramy rozszyfrowywali&#347;my, ale odpowiedzi statku nie mogli&#347;my pochwyci&#263;. Dopiero kiedy kr&#261;&#380;ownik wyhamowa&#322; w przestrze&#324; pod&#347;wietln&#261;, jego depesze grawitacyjne zacz&#281;&#322;y do nas dochodzi&#263;. To by&#322;o zrozumia&#322;e, gdy&#380; wyprzedza&#322; swoje fale grawitacyjne rozchodz&#261;ce si&#281; z pr&#281;dko&#347;ci&#261; &#347;wiat&#322;a. Pola grawitacyjne jedynie towarzysz&#261; ich dalekiej &#322;&#261;czno&#347;ci, rozmy&#347;la&#322;em, sama za&#347; &#322;&#261;czno&#347;&#263; odbywa si&#281; za pomoc&#261; jakiego&#347; innego, skuteczniejszego sposobu.

Tak powiedzia&#322;em z westchnieniem. Oni nie s&#261; &#347;lepi. Wygl&#261;da na to, &#380;e maj&#261; jaki&#347; spos&#243;b porozumiewania si&#281; w obszarze nad&#347;wietlnym.

Wieczorem przedstawili&#347;my za&#322;odze rozszyfrowane majaczenia zmar&#322;ego mieszka&#324;ca Sigmy. Obraz sk&#322;ada&#322; si&#281; z chaotycznie pojawiaj&#261;cych si&#281; i nikn&#261;cych strz&#281;pk&#243;w akcji, postaci, miast i nieba planety. Znajdowa&#322;o si&#281; w nim wszystko to, co znalaz&#322;o si&#281; w polu widzenia, i wszystko stanowi&#322;o akt oskar&#380;enia przeciwko agresorom. Na stereoekr&#261;nie p&#322;on&#281;&#322;o bia&#322;awe niebo Sigmy, Elektra sta&#322;a w zenicie. Nagle, zaciemniaj&#261;c wspania&#322;y dzie&#324;, nad planet&#261; zawis&#322;a zielonkawa kula. Po niewidzialnych grawitacyjnych schodach wdarli si&#281; na planet&#281; flibustierzy kosmosu, zunifikowani i jak maszyny nieub&#322;agani. Na bezbronne istoty spada&#322;y grawitacyjne ciosy, p&#281;ta&#322;y je grawitacyjne &#322;a&#324;cuchy, rwa&#322;y grawitacyjne haki, a grawitacyjny transporter wysysa&#322; z planety do wisz&#261;cej nad ni&#261; kuli. Tysi&#261;ce s&#322;abiutkich mieszka&#324;c&#243;w Sigmy wymachiwa&#322;y rozpaczliwie skrzyd&#322;ami i p&#322;aka&#322;y. Jaki los czeka&#322; ich w &#322;adowniach kr&#261;&#380;ownika? Mieli zosta&#263; pokarmem dla nienasyconych gardzieli, czy rezerw&#261; tkanek dla starzej&#261;cych si&#281; mechanizm&#243;w oprawc&#243;w? Nikt tego nie wiedzia&#322;. Widzieli&#347;my natomiast, jak rozprawiano si&#281; z tymi, kt&#243;rzy pr&#243;bowali si&#281; ukry&#263;. Grawitacyjne ciosy spada&#322;y na zbieg&#243;w, nie oszcz&#281;dzano nikogo, nikt si&#281; nie uratowa&#322;.

Patrzeli&#347;my w przygn&#281;bieniu na pociemnia&#322;y stereoekran. Odczuwali&#347;my strach i wstyd, &#380;e co&#347; podobnego dokonuje si&#281; we Wszech&#347;wiecie, w kt&#243;rym my, ludzie, &#380;yjemy w szcz&#281;&#347;ciu i dobrobycie.

Prze&#347;wietlenie cia&#322; uj&#281;tych przez nas wrog&#243;w potwierdzi&#322;o ich dwoist&#261; struktur&#281; anatomiczn&#261;: &#380;ywe tkanki s&#261;siadowa&#322;y ze sztucznymi, kable by&#322;y przed&#322;u&#380;eniem nerw&#243;w, a kondensatory i oporniki wrasta&#322;y w ko&#347;ci. P&#322;yn o szczeg&#243;lnych w&#322;a&#347;ciwo&#347;ciach ma&#322;o przypominaj&#261;cych krew p&#322;yn&#261;&#322; sztucznymi rurkami i kapilarami. Natomiast m&#243;zg u obu form Niszczycieli by&#322; pochodzenia biologicznego i mie&#347;ci&#322; si&#281; u pierwszych w &#347;rodku cia&#322;a, u drugich za&#347; w g&#243;rnym pier&#347;cieniu. Najdziwniejszym narz&#261;dem tych &#380;ywych mechanizm&#243;w by&#322;o serce miniaturowy grawitator wielkiej mocy. U niewidzialnych grawitator znajdowa&#322; si&#281; w drugim pier&#347;cieniu, a u pojmanego &#380;&#243;&#322;wia w g&#243;rnej cz&#281;&#347;ci cielska. Ten aparacik potrafi&#322; indukowa&#263; kr&#243;tkotrwa&#322;e, miejscowe pole grawitacyjne r&#243;wnowa&#380;ne przyci&#261;ganiu powierzchniowemu kilkuset planet typu Ziemi. Najwidoczniej kt&#243;ry&#347; z ich organ&#243;w wymaga&#322; dla podtrzymania dzia&#322;alno&#347;ci pot&#281;&#380;nych impuls&#243;w grawitacyjnych. Serce pracowa&#322;o z osza&#322;amiaj&#261;c&#261; pr&#281;dko&#347;ci&#261; kilku tysi&#281;cy uderze&#324; na sekund&#281;. Ale to jeszcze nie wszystko. Grawitacyjne serce Niszczyciela generowa&#322;o w przestrzeni ukierunkowane fale, by&#322;o wi&#281;c urz&#261;dzeniem bojowym. Jedynym sposobem unicestwienia wroga m&#243;g&#322; by&#263; cios w serce. Co do oczu, to wykryli&#347;my w nich substancj&#281; radioaktywn&#261; wywo&#322;uj&#261;c&#261; &#347;wiecenie. Naro&#347;l na szyi jednocze&#347;nie o&#347;wietla&#322;a, wypatrywa&#322;a i razi&#322;a zdobycz. Przy sprzyjaj&#261;cych okoliczno&#347;ciach Z&#322;ywr&#243;g m&#243;g&#322; zabi&#263; ofiar&#281; wi&#261;zk&#261; &#347;wiat&#322;a, a w ka&#380;dym razie &#322;atwo o&#347;lepi&#263;.

Wyja&#347;nili&#347;my r&#243;wnie&#380; mechanizm samob&#243;jstwa powiedzia&#322;em, ko&#324;cz&#261;c raport z badania cia&#322; przeciwnik&#243;w. Kiedy oko uderza w cia&#322;o, serce ulega chwilowemu parali&#380;owi. Si&#322;y grawitacyjne ju&#380; nie przeciwdzia&#322;aj&#261; panuj&#261;cemu wewn&#261;trz cia&#322;a wysokiemu ci&#347;nieniu. Nast&#281;puje eksplozja. W komorze ci&#347;nieniowej utrzymujemy ci&#347;nienie o&#347;miu tysi&#281;cy atmosfer, aby si&#322;y wewn&#281;trzne nie rozpryska&#322;y martwego cia&#322;a wroga. Wynika z tego zreszt&#261;, &#380;e Niszczycieli &#322;atwiej razi&#263; strumieniami promieniowania przenikliwego i korpuskularnego ni&#380; polami si&#322;owymi. Pot&#281;&#380;ne &#378;r&#243;d&#322;o promieniowania gamma lub proton&#243;w b&#281;dzie dla nich zab&#243;jcze. Zapoznajcie si&#281; teraz z zapisami dzia&#322;alno&#347;ci ich m&#243;zg&#243;w.

Zapobiegliwo&#347;&#263; Andre, kt&#243;ry przed walk&#261; uruchomi&#322; deszyfrator na wszystkich zakresach, okaza&#322;a si&#281; uzasadniona. Zobaczyli&#347;my teraz nas samych, bladych, przypartych do &#347;ciany, lecz odwa&#380;nie walcz&#261;cych. Zn&#243;w bieg&#322;em z w&#347;ciekle wykrzywion&#261; twarz&#261; na centrum wrogiej formacji. Z nieba spada&#322; Leonid i Allan, Romero zadawa&#322; ciosy. Przera&#380;eni i umieraj&#261;cy Niszczyciele uwa&#380;ali nas raczej za potwory. Ta cz&#281;&#347;&#263; zapisu nie przynios&#322;a &#380;adnych rewelacji, by&#322;a po prostu powt&#243;rzeniem tego, co sami wiedzieli&#347;my. Natomiast my&#347;li Niszczyciela uj&#281;tego &#380;ywcem i zmar&#322;ego w kleszczach naszych p&#243;l da&#322;y co&#347; nowego.

Niegdy&#347; wierzono, &#380;e przed oczami umieraj&#261;cego przesuwa si&#281; ca&#322;e jego &#380;ycie. Badanie czynno&#347;ci m&#243;zgu umieraj&#261;cych wykaza&#322;o, &#380;e ich my&#347;li s&#261; rozmyte i pozbawione logiki. Jednak ten konaj&#261;cy Niszczyciel przed &#347;mierci&#261; wspomina&#322;, je&#347;li nie ca&#322;e swe &#380;ycie, to przynajmniej znaczn&#261; jego cz&#281;&#347;&#263;. Ukaza&#322;a si&#281; nam na ekranie dzika planeta, sprawiaj&#261;ca wra&#380;enie ulepionej z o&#322;owiu i z&#322;ota: metalowe g&#243;ry ust&#281;powa&#322;y miejsca metalicznym polom, w metalowych sadach ros&#322;y metaliczne kryszta&#322;y traw i krzew&#243;w. Pod koronami metalowych drzew kry&#322;y si&#281; metalowe budowle. I wsz&#281;dzie by&#322;y Z&#322;ywrogi, t&#322;umy i chmary &#347;lepi&#261;cych oczog&#322;owami, roj&#261;cych si&#281;, pe&#322;zaj&#261;cych, obrzydliwie identycznych Nad ich przera&#380;aj&#261;cym &#347;wiatem wznosi&#322;a si&#281; ogromna, ze trzydzie&#347;ci razy wi&#281;ksza od S&#322;o&#324;ca, m&#281;tnawa gwiazda. Jeszcze jedna rzecz zaskakiwa&#322;a: jak daleko si&#281;ga&#322; wzrok, ci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; metalowe g&#243;ry, pola i budowle, chcia&#322;oby si&#281; rzec do horyzontu, ale horyzontu nie by&#322;o planeta by&#322;a znacznie wi&#281;ksza od Ziemi.

Po zako&#324;czeniu demonstracji Wiera zapyta&#322;a mnie: Zwr&#243;ci&#322;e&#347; uwag&#281;, &#380;e drugi Niszczyciel nie pozostawi&#322; &#347;lad&#243;w ani w m&#243;zgu pobratymc&#243;w, ani w m&#243;zgu mieszka&#324;c&#243;w Sigmy?

To naturalne, gdy&#380; w normalnych warunkach jest niewidzialny. Dopiero po ci&#281;&#380;kiej walce uda&#322;o si&#281; nam wyrwa&#263; go z niewidzialno&#347;ci.

A jaki jest mechanizm tej niewidzialno&#347;ci?

Nie wiem, Wiero. Nie zdo&#322;ali&#347;my tego rozszyfrowa&#263;.

Wydaje mi si&#281;, &#380;e w&#322;a&#347;nie niewidzialni s&#261; ich &#380;o&#322;nierzami powiedzia&#322;a Wiera. W Hiadach, gdzie toczyli walki z Galaktami, nie zachowa&#322;y si&#281; dane o ich wygl&#261;dzie i to &#347;wiadczy na korzy&#347;&#263; tej tezy. Te &#380;&#243;&#322;wiokszta&#322;tne natomiast s&#261; raczej robotnikami i nadzorcami niewolnik&#243;w. &#379;aden nie uszed&#322; z &#380;yciem. Niewidzialni walczyli inaczej: jedno ich &#380;ycie kosztowa&#322;o jedno nasze.

Andre nie zgin&#261;&#322;, lecz znikn&#261;&#322; powiedzia&#322;em sucho. To s&#261; r&#243;&#380;ne rzeczy, Wiero. Nie nale&#380;y go grzeba&#263; przed czasem.

Niekt&#243;re z zagadkowych post&#281;pk&#243;w i w&#322;a&#347;ciwo&#347;ci Niszczycieli daj&#261; si&#281; wyt&#322;umaczy&#263; wtr&#261;ci&#322;a Olga. Na przyk&#322;ad ich niewidzialno&#347;&#263;. Odnosz&#281; bowiem wra&#380;enie, i&#380; nasi przeciwnicy g&#322;&#281;biej od nas wnikn&#281;li w natur&#281; grawitacji.

Olga zrobi&#322;a nam ca&#322;y wyk&#322;ad. Zacz&#281;&#322;a od pogl&#261;d&#243;w najdawniejszych uczonych Newtona, Einsteina i Ngoro. Ich wzory opisywa&#322;y jedynie stacjonarne pola grawitacyjne, to znaczy ustalone raz na zawsze ci&#261;&#380;enie. Tymczasem realne procesy przyrodnicze s&#261; z regu&#322;y chwiejne. Niszczyciele wspaniale operuj&#261; polami zmiennymi, kt&#243;rych nie spos&#243;b uj&#261;&#263; we wzory Newtona, Einsteina ani nawet uog&#243;lnione szeregi Ngoro. Umiej&#281;tno&#347;&#263; pos&#322;ugiwania si&#281; szybkozmiennymi polami ci&#281;&#380;ko&#347;ci daje przeciwnikom wielk&#261; przewag&#281; nad nami. Gdyby cios grawitacyjny zadany Sigmie przybra&#322; charakter zr&#243;wnowa&#380;onego pola jednakowo przyci&#261;gaj&#261;cego kr&#261;&#380;ownik do planety i planet&#281; do kr&#261;&#380;ownika, to w rezultacie statek run&#261;&#322;by na powierzchni&#281; Sigmy, kt&#243;ra ma niepor&#243;wnywalnie wi&#281;ksz&#261; mas&#281;. Tymczasem kr&#261;&#380;ownik przekszta&#322;ci&#322; powierzchni&#281; planety w otch&#322;a&#324; gruz&#243;w i spokojnie oddali&#322; si&#281; nawet nie czuj&#261;c jej przyci&#261;gania. W boju spotkaniowym Z&#322;ywrogi zawsze nas pokonaj&#261;, a wi&#281;c nie nale&#380;y dopuszcza&#263; do walki na bliskie dystanse. Taki jest pierwszy wniosek.

Wniosek drugi stanowi uzupe&#322;nienie pierwszego. Oni tak&#380;e potrafi&#261; zamienia&#263; przestrze&#324; w mas&#281;, lecz nie pos&#322;uguj&#261; si&#281; reakcj&#261; odwrotn&#261; zamian&#261; masy w przestrze&#324;. Najwidoczniej jeszcze jej nie odkryli. Jest to w pewnym stopniu zrozumia&#322;e, gdy&#380; rozszerzanie przestrzeni prowadzi do os&#322;abienia p&#243;l ci&#281;&#380;ko&#347;ci, kt&#243;re Niszczyciele staraj&#261; si&#281; wzmocni&#263;.

Wytwarzanie przestrzeni jest niezawodn&#261; broni&#261; przeciwko nim zakonkludowa&#322;a Olga. Niestety nie mamy zbyt wielkich zapas&#243;w substancji anihiluj&#261;cej i nie wytrzymamy wielokrotnych star&#263; kosmicznych. Teraz o naturze ich niewidzialno&#347;ci. R&#243;wnie&#380; i tu, moim zdaniem, rozwi&#261;zanie zagadki kryje si&#281; w umiej&#281;tno&#347;ci wytwarzania przez nich nie znanych nam rodzaj&#243;w p&#243;l o wielkiej intensywno&#347;ci. Nazwijmy je umownie mikrograwitacyjnymi. Widzia&#322;am zw&#322;oki niewidzialnego. Budowa cia&#322;a jest wspaniale przystosowana do pe&#322;nienia funkcji niewidzialnego &#380;o&#322;nierza. Serce grawitator wytwarza wok&#243;&#322; cia&#322;a sto&#380;ek zakrzywionej przestrzeni. Promie&#324; &#347;wiat&#322;a padaj&#261;cego na ten sto&#380;ek nie przenika go i nie odbija si&#281;, lecz ugina si&#281; i wychodzi po drugiej stronie dok&#322;adnie na przed&#322;u&#380;eniu swej pierwotnej drogi. Wszystko, co znajduje si&#281; wewn&#261;trz sto&#380;ka i on, i jego &#322;up jest oczywi&#347;cie niewidzialne i niedost&#281;pne dla zwyk&#322;ych lokator&#243;w.

Zapyta&#322;em: Nie wydaje ci si&#281;, Olgo, &#380;e ich &#322;&#261;czno&#347;&#263; jest doskonalsza od naszej? Moim zdaniem wykryli oni jaki&#347; momentalnie rozchodz&#261;cy si&#281; czynnik i moduluj&#261;c go doskonale porozumiewaj&#261; si&#281; mi&#281;dzy sob&#261; w obszarze nad&#347;wietlnym.

Tak, to jest mo&#380;liwe przyzna&#322;a Olga. St&#261;d wynika jeszcze jeden wniosek: w obszarze nad&#347;wietlnym nale&#380;y unika&#263; spotkania. W&#261;tpliwe, aby ich flotylla porusza&#322;a si&#281; na o&#347;lep, jak to, niestety, my musimy robi&#263;. Jest jednak pewna sprzyjaj&#261;ca nam okoliczno&#347;&#263;. Fale grawitacyjne rozchodz&#261; si&#281; z pr&#281;dko&#347;ci&#261; &#347;wiat&#322;a, wobec czego Niszczyciele mog&#261; nas atakowa&#263; jedynie w przestrzeni optycznej, gdy&#380; w przeciwnym wypadku wyprzedziliby swe w&#322;asne ciosy. Innymi s&#322;owy, przed atakiem musimy ich zobaczy&#263;.

Zwr&#243;ci&#322;em si&#281; do Romera, s&#261;dzi&#322;em bowiem, &#380;e wizerunki na stereoekranie wywar&#322;y na nim jakie&#347; wra&#380;enie. Pawe&#322; gniewnie &#347;ciska&#322; r&#281;koje&#347;&#263; swojej laseczki.

Widzi pan teraz, &#380;e nie mo&#380;emy sta&#263; z boku? Ich zbrodnie wo&#322;aj&#261; o pomst&#281;

Romero spojrza&#322; na mnie wynio&#347;le.

Moje ucho nie s&#322;yszy wo&#322;a&#324;, gdy&#380; rozlegaj&#261; si&#281; zbyt daleko od Uk&#322;adu S&#322;onecznego. Kt&#243;&#380; zreszt&#261; wo&#322;a? Kogo bierzecie w obron&#281;? Do paj&#261;k&#243;w i w&#281;&#380;y dodajecie &#347;wierszcze i dla nich gotowi&#347;cie ryzykowa&#263; istnieniem ludzko&#347;ci! Czy&#380;by&#347;cie nie pojmowali, z jakim pot&#281;&#380;nym przeciwnikiem &#347;wiadomie nas sk&#322;&#243;cacie? Andre ju&#380; zgin&#261;&#322;, nie wiadomo dlaczego i po co, a wam jeszcze tego ma&#322;o?

Andre zosta&#322; porwany powiedzia&#322;em. Serce zabi&#322;o mi mocno, ba&#322;em si&#281;, &#380;e g&#322;os mi zadr&#380;y. Jestem przekonany, i&#380; Andre &#380;yje.

Romero powiedzia&#322;:

A propos naszego nieszcz&#281;&#347;liwego przyjaciela Andre. Ci&#261;gle pan powtarza, &#380;e nie zgin&#261;&#322;, lecz zosta&#322; porwany. S&#261;dz&#281;, i&#380; nikt nie w&#261;tpi, &#380;e ch&#281;tnie odda&#322;bym w&#322;asne &#380;ycie, aby go uratowa&#263;. Ale je&#347;li mam by&#263; szczery, to by&#322;oby lepiej dla nas i dla ca&#322;ej ludzko&#347;ci, a nawet dla tak przez pana ukochanych p&#243;&#322;rozumnych gwiezdnych zwierzak&#243;w, gdyby Andre zgin&#261;&#322; w walce z niewidzialnym.

Czy pan zdaje sobie spraw&#281; z tego, co pan m&#243;wi, Pawle?

Ca&#322;kowicie. Andre zbyt wiele wie na temat osi&#261;gni&#281;&#263; ludzko&#347;ci. Nie wie natomiast, czym s&#261; tortury, fizyczne i moralne. Je&#380;eli Niszczyciele znaj&#261; chocia&#380;by tak&#261; technik&#281; przes&#322;ucha&#324;, jak&#261; stosowano w lochach staro&#380;ytnych w&#322;adc&#243;w Ziemi Pan mnie rozumie?

Na to r&#243;wnie&#380; nie odpowiedzia&#322;em. My&#347;la&#322;em o losie oczekuj&#261;cym Andre, je&#347;li zosta&#322; przy &#380;yciu. Mi&#322;y i genialny, rozpieszczony i mi&#281;kki Andre najmniej z nas wszystkich zdolny by&#322; znie&#347;&#263; gwa&#322;t i cierpienie. Eli! Eli! krzycza&#322; znikaj&#261;c. Dlaczego on, czemu nie ja! Gdyby mi pozwolono zamieni&#263; z nim losy, z jak&#261; ulg&#261; i rado&#347;ci&#261; bym to uczyni&#322;!

Po statku przetoczy&#322; si&#281; ryk syreny, zabrzmia&#322; w&#322;adczy g&#322;os Leonida:

Wszyscy na miejsca! Statki wroga w przestrzeni optycznej! Alarm bojowy!



14

Alarm! Alarm! Alarm! hucza&#322; statek.

Moje stanowisko bojowe znajdowa&#322;o si&#281; przy pulpicie wielkich deszyfrator&#243;w MUK. Wypad&#322;em z klubu, gdzie si&#281; naradzali&#347;my, do sali obserwacyjnej, gdy&#380; stamt&#261;d mia&#322;em najlepsz&#261; &#322;&#261;czno&#347;&#263; z deszyfratorami. Wraz ze mn&#261; biegli na swoje stanowiska alarmowe inni cz&#322;onkowie za&#322;ogi. Ha&#322;as trwa&#322; jeszcze par&#281; chwil, a potem w gwiazdolocie zapanowa&#322;a pe&#322;na napi&#281;cia cisza.

Byli&#347;my gotowi do walki.

Do walki! Przez niemal pi&#281;&#263;set lat ludzko&#347;&#263; nie u&#380;ywa&#322;a tego s&#322;owa w jego pierwotnym znaczeniu. Istnia&#322;o jeszcze w j&#281;zyku jako s&#322;ownikowe kuriozum, jak temat do uczonej rozprawy o przesz&#322;o&#347;ci, lecz nie sta&#322;a ju&#380; za nim rzecz najwa&#380;niejsza dzia&#322;anie. Ludzie mego pokolenia, pi&#281;tnastego ju&#380; z kolei pokolenia nie znaj&#261;cego wojny, utracili wojowniczo&#347;&#263;. Urodzili&#347;my si&#281; w pokoju i w wiecznym pokoju powinni&#347;my umrze&#263;, tak nam si&#281; przynajmniej wydawa&#322;o. O nie, nie byli&#347;my zniewie&#347;ciali, duch nasz nie os&#322;ab&#322;. Po prostu od dawna zapomnieli&#347;my, czym jest wojna. Si&#322;a nie stanowi&#322;a ju&#380; na Ziemi argumentu i byli&#347;my szczerze przekonani, &#380;e pozbyli&#347;my si&#281; nawet instynktu walki.

Ale okrutne okoliczno&#347;ci narzuci&#322;y nam walk&#281; i w ka&#380;dym z nas natychmiast obudzi&#322; si&#281; wojownik. Skupieni trwali&#347;my na swych stanowiskach bojowych, w milczeniu oczekuj&#261;c na atak. Wr&#243;g w swym szale&#324;stwie napad&#322; na nas i musi by&#263; surowo ukarany my&#347;la&#322; ka&#380;dy z nas. MUK nieustannie sumowa&#322; nasze my&#347;li oraz odczucia i niezw&#322;ocznie meldowa&#322; je dow&#243;dcy statku: by&#322;y niemal identyczne. Oko&#322;o setki kobiet i m&#281;&#380;czyzn, starych i m&#322;odych, zr&#243;wnowa&#380;onych i porywczych, powa&#380;nych i weso&#322;ych sta&#322;o si&#281; nagle jednym organizmem, o&#380;ywianym nieugi&#281;t&#261; wol&#261; i wsp&#243;lnym rozumem. Na statku panowa&#322;a cisza pe&#322;na pasji i napi&#281;cia.

Byli&#347;my gotowi do walki!

Wtedy zobaczyli&#347;my kr&#261;&#380;owniki przeciwnika. Wyhamowawszy z obszaru nad&#347;wietlnego w zwyk&#322;&#261; przestrze&#324; wrogie statki wyskoczy&#322;y z pseudoniebytu w &#347;wiat normalnych cia&#322; i wielko&#347;ci. Bez wzgl&#281;du na to, co Olga m&#243;wi na temat niebezpiecze&#324;stwa bliskich cios&#243;w grawitacyjnych, g&#322;&#243;wne zagro&#380;enie kry&#322;o si&#281; w niespodziewanym pojawianiu si&#281; wrog&#243;w.

Tym razem Niszczyciele si&#281; przeliczyli. Gdyby skrycie podlecieli bli&#380;ej, by&#322;oby nam znacznie trudniej. Ale ujawnili si&#281; o jakie&#347; dziesi&#281;&#263; milion&#243;w kilometr&#243;w od nas. B&#322;&#261;d tym dziwniejszy, &#380;e lec&#261;c w przestrzeni dla nas niewidzialnej sami nas doskonale widzieli, podobnie jak my lec&#261;c w obszarze nad&#347;wietlnym widzimy cia&#322;a kosmiczne, do kt&#243;rych si&#281; zbli&#380;amy. Jedynie przekonanie o w&#322;asnej pot&#281;dze, kt&#243;ra do tej pory nie napotyka&#322;a godnego siebie przeciwnika, mog&#322;o wyt&#322;umaczy&#263; ten nierozwa&#380;ny krok.

Naliczy&#322;em szesna&#347;cie kul mkn&#261;cych ku nam ze wszystkich kierunk&#243;w. P&#243;&#378;niej do&#322;&#261;czy&#322;y do nich jeszcze dwa statki, kt&#243;re pozosta&#322;y w tyle za g&#322;&#243;wnym szykiem.

Ze swymi osiemnastoma kr&#261;&#380;ownikami przeciwko dw&#243;m naszym statkom Niszczyciele mogli liczy&#263; na &#322;atwe zwyci&#281;stwo. Ca&#322;kowicie o nim przekonani troszczyli si&#281; g&#322;&#243;wnie o to, aby&#347;my nie uciekli. Zamkn&#281;li nas w sfer&#281; pier&#347;cie&#324;, jak m&#243;wili nasi przodkowie walcz&#261;cy jedynie w przestrzeni dwuwymiarowej. Zwyczajem wszystkich pirat&#243;w nie pr&#243;bowali nawet pertraktowa&#263; z nami, bada&#263; naszych zamiar&#243;w, lecz natychmiast po utworzeniu szyku zaatakowali. Zn&#243;w zagra&#322;y anihilatory Taniewa przekszta&#322;cone w baterie zaporowe.

Gdybym potrafi&#322; ogl&#261;da&#263; te sceny wzrokiem postronnego, beznami&#281;tnego obserwatora, mog&#322;yby mi si&#281; one wyda&#263; nawet w jakim&#347; stopniu zabawne. B&#322;yskawicznie rosn&#261;ce kule nagle odskoczy&#322;y. Generowana przez dwa gwiazdoloty przestrze&#324; utworzy&#322;a w kosmosie jam&#281;, spowodowa&#322;a nieci&#261;g&#322;o&#347;&#263; w jego metryce i kule szamota&#322;y si&#281; na granicy nieoczekiwanie rozwartej przepa&#347;ci, odlatuj&#261;c coraz dalej. Kr&#261;&#380;owniki nadal p&#281;dzi&#322;y ku nam ze wszystkich kierunk&#243;w gwiezdnej sfery i na wszystkich osiach gwiezdnych odleg&#322;o&#347;&#263; mi&#281;dzy nami ros&#322;a. Teraz nawet najg&#322;upsi z nich powinni si&#281; zorientowa&#263;, &#380;e nie uciekamy, lecz po prostu nie pozwalamy zbli&#380;y&#263; si&#281; do siebie: gdyby&#347;my uciekali przed jednymi, musieliby&#347;my zbli&#380;a&#263; si&#281; do innych.

Deszyfratory milcza&#322;y. We w&#347;ciek&#322;ym wirze rozrywanej przestrzeni zapl&#261;tywa&#322;y si&#281; i rwa&#322;y najpot&#281;&#380;niejsze fale grawitacyjne.

Po odparciu pierwszego ataku kr&#261;&#380;ownik&#243;w i odrzuceniu ich tak daleko, &#380;e nawet nastawiony na maksymalne powi&#281;kszenie mno&#380;nik z trudno&#347;ci&#261; je identyfikowa&#322;, Leonid i Allan zatrzymali anihilatory bojowe, aby nie zu&#380;ywa&#263; bez potrzeby zapas&#243;w substancji aktywnej.

Po pewnym czasie kule zn&#243;w ukaza&#322;y si&#281; w strefie widzialno&#347;ci, a deszyfrator wreszcie wychwyci&#322; grawigramy rozm&#243;w mi&#281;dzy statkami przeciwnika. Jeden z kr&#261;&#380;ownik&#243;w by&#322;, jak si&#281; okaza&#322;o, okr&#281;tem flagowym. Zasypywano go pytaniami, a on wydawa&#322; rozkazy. Niszczycieli oszo&#322;omi&#322;a nasza umiej&#281;tno&#347;&#263; generowania przestrzeni i na razie nie potrafili znale&#378;&#263; sposob&#243;w walki z tym zjawiskiem. Ich dow&#243;dca zamierza&#322; teraz przebi&#263; si&#281; przez zwa&#322;y pustki na szybko&#347;ciach ponad&#347;wietlnych. Wiedzia&#322;em, &#380;e Leonid otrzymuje bezpo&#347;rednio wszystkie dane z maszyn, ale na wszelki wypadek powt&#243;rzy&#322;em mu t&#281; informacj&#281;.

Raz ju&#380; pr&#243;bowali si&#281; przebi&#263; na nad&#347;wietlnej i nic im nie wysz&#322;o odpar&#322; Leonid. Tym razem te&#380; nic nie wsk&#243;raj&#261;.

Zbli&#380;ywszy si&#281; na wystarczaj&#261;cy ich zdaniem dystans, kule jedna za drug&#261; nurkowa&#322;y w niewidzialno&#347;&#263;. Nie mog&#322;em wyzby&#263; si&#281; poczucia bezsilno&#347;ci, kiedy utraci&#322;em z oczu okr&#281;ty wroga. Zn&#243;w usi&#322;owa&#322;em rozwi&#261;za&#263; dr&#281;cz&#261;c&#261; mnie zagadk&#281;. Wok&#243;&#322; nas rozpo&#347;ciera&#322;y si&#281; miliardy kilometr&#243;w przestrzeni i w tej rozjarzonej gwiazdami pustce mkn&#281;&#322;o ku nam osiemna&#347;cie niewidzialnych, &#347;mierciono&#347;nych kul. Co si&#281; stanie, je&#380;eli Leonid i Allan pomyl&#261; si&#281; i szybko&#347;&#263; zbli&#380;ania si&#281; przekroczy intensywno&#347;&#263; puchni&#281;cia przestrzeni? Je&#380;eli wrogie okr&#281;ty po&#380;eraj&#261;ce pustk&#281; wezm&#261; g&#243;r&#281; nad naszymi statkami, rozrzucaj&#261;cymi pustk&#281; doko&#322;a siebie? Odpowied&#378; mo&#380;e da&#263; jedynie do&#347;wiadczenie, lecz do&#347;wiadczenie jest kijem o dw&#243;ch ko&#324;cach. Je&#347;li zwr&#243;ci si&#281; przeciwko nam, b&#322;&#281;du ju&#380; nie b&#281;dzie mo&#380;na naprawi&#263;.

Kiedy mno&#380;nik wykry&#322; pojawienie si&#281; kul na granicy widzialno&#347;ci, kamie&#324; spad&#322; mi z serca. Ale zbyt wcze&#347;nie triumfowa&#322;em. Niszczyciele okazali si&#281; inteligentniejsi, ni&#380; przypuszcza&#322;em. Znale&#378;li jedyny skuteczny spos&#243;b walki: narzucili nam wielokrotne starcia, jakich d&#322;ugo wytrzyma&#263; nie mogli&#347;my. Aparaty rozszyfrowa&#322;y rozkaz statku flagowego: Atakowa&#263; na zwyk&#322;ych szybko&#347;ciach, dop&#243;ki nie wyczerpie si&#281; ich mo&#380;liwo&#347;&#263; wytwarzania przestrzeni. Doskonale zrozumieli, &#380;e generacja przestrzeni odbywa si&#281; kosztem zapas&#243;w uprzednio zgromadzonej materii, a zapasy musz&#261; si&#281; w ko&#324;cu wyczerpa&#263;. Nie wiedzieli jednak, jak wkr&#243;tce tego dowi&#243;d&#322; przebieg wydarze&#324;, &#380;e potrafimy w&#322;&#261;cza&#263; do reakcji niszczenia masy tak&#380;e cia&#322;a znajduj&#261;ce si&#281; na zewn&#261;trz statku, w tym r&#243;wnie&#380; ich okr&#281;ty.

I tak powtarza&#322;o si&#281; kilkakrotnie: odrzucali&#347;my ich wytwarzaj&#261;c przestrze&#324;, oni za&#347; nurkowali w niewidzialno&#347;&#263; i przebijali si&#281; na szybko&#347;ciach nad&#347;wietlnych. Ich ataki stawa&#322;y si&#281; coraz niebezpieczniejsze. Teraz hamowali tak blisko, &#380;e jedynie u&#380;ycie pe&#322;nej mocy wszystkich anihilator&#243;w ratowa&#322;o nas przed grawitacyjn&#261; salw&#261;. Wrogowie nie w&#261;tpili, &#380;e w ko&#324;cu wezm&#261; nas na muszk&#281;.

Leonid poprosi&#322; wszystkich cz&#322;onk&#243;w za&#322;ogi obu gwiazdolot&#243;w, aby zg&#322;aszali swoje propozycje za po&#347;rednictwem MUK.

Mamy dwie mo&#380;liwo&#347;ci wyj&#347;cia z walki. Pierwsza: przebi&#263; si&#281; z okr&#281;&#380;enia i pozostawiaj&#261;c Plejady wrogowi ucieka&#263; w kierunku S&#322;o&#324;ca. Nie mog&#281; gwarantowa&#263;, &#380;e wyrwiemy si&#281; bez unicestwiaj&#261;cego starcia. Mo&#380;liwe te&#380;, i&#380; wr&#243;g b&#281;dzie nas &#347;ciga&#322; i narzuci decyduj&#261;c&#261; walk&#281;. Druga: przej&#347;&#263; z obrony do natarcia. Jestem pewien, &#380;e uda si&#281; zanihilowa&#263; kilka kr&#261;&#380;ownik&#243;w wroga. Wiem, &#380;e na jednym z nich mo&#380;e znajdowa&#263; si&#281; nasz porwany towarzysz, ale mimo to s&#261;dz&#281;, &#380;e nale&#380;y atakowa&#263;.

Ka&#380;dy z nas my&#347;la&#322; w owej gro&#378;nej chwili o Andre.

Nie spieszyli&#347;my si&#281; z podj&#281;ciem decyzji. Mieli&#347;my do spe&#322;nienia wa&#380;ny obowi&#261;zek: musieli&#347;my wr&#243;ci&#263; na Ziemi&#281; i opowiedzie&#263; o tym, co odkryli&#347;my w dalekich rejonach Galaktyki. Ale nie chcieli&#347;my r&#243;wnie&#380; uchyla&#263; si&#281; od odpowiedzialno&#347;ci za &#347;mier&#263; naszego przyjaciela, kt&#243;remu przydarzy&#322;o si&#281; nieszcz&#281;&#347;cie, po prostu nie mogli&#347;my si&#281; od niej uchyla&#263;! Wiedzieli&#347;my, jak&#261; nale&#380;y podj&#261;&#263; decyzj&#281;, ale nikt nie spieszy&#322; si&#281; z jej wypowiedzeniem.

P&#243;&#378;niej MUK zakomunikowa&#322;, &#380;e nie ma przeciwnych ani wstrzymuj&#261;cych si&#281;. Trzeba przyj&#261;&#263; b&#243;j, kt&#243;ry nam narzucono.

I zn&#243;w, ju&#380; po raz ostatni, na wszystkich osiach gwiezdnej sfery pojawi&#322;o si&#281; osiemna&#347;cie rozp&#281;dzonych kul. Kr&#261;&#380;owniki przeciwnika zorientowa&#322;y si&#281;, &#380;e jeste&#347;my gotowi przyj&#261;&#263; walk&#281;, zacz&#281;&#322;y wi&#281;c wyhamowywa&#263; i ustawia&#263; si&#281; w szyku sferycznym, kt&#243;rego centrum stanowi&#322;y nasze dwa statki. Po chwili okr&#281;ty Z&#322;ywrog&#243;w wyr&#243;wna&#322;y swoje wzajemne szybko&#347;ci tak, aby znale&#378;&#263; si&#281; jednocze&#347;nie w naszym pobli&#380;u. Z&#322;owieszczy blask eskadry napastnik&#243;w gasi&#322; &#347;wiat&#322;o otaczaj&#261;cych nas gwiazd. Od salwy wszystkich dzia&#322; grawitacyjnych Niszczycieli dzieli&#322;y nas minuty. Wszystko teraz zale&#380;a&#322;o od tego, kto pierwszy zdo&#322;a zada&#263; cios.

Kiedy osiemna&#347;cie statk&#243;w wroga, nie osi&#261;gn&#261;wszy jeszcze sfery w&#322;asnego skutecznego ognia, znalaz&#322;o si&#281; w zasi&#281;gu naszego dzia&#322;ania, Allan i Leonid r&#243;wnocze&#347;nie uruchomili anihilatory trakcyjne unicestwiaj&#261;ce przestrze&#324;. Wrogowi mog&#322;o si&#281; wydawa&#263;, &#380;e my sami zacz&#281;li&#347;my si&#281; gwa&#322;townie zbli&#380;a&#263;. Ale Niszczyciele nie dali si&#281; oszuka&#263;, spostrzegli bowiem, &#380;e odleg&#322;o&#347;&#263; mi&#281;dzy nimi a nami maleje we wszystkich kierunkach. Ogarn&#281;&#322;a ich panika. Cztery z osiemnastu kr&#261;&#380;ownik&#243;w wroga, zagarni&#281;te sto&#380;kami znikaj&#261;cej przestrzeni, gwa&#322;townie oderwa&#322;y si&#281; od swoich. Rozszyfrowali&#347;my ich rozpaczliwe depesze: Pom&#243;&#380;cie, stracili&#347;my sterowno&#347;&#263;! i paniczne rozkazy flagowca: Dajcie ca&#322;&#261; wstecz i bijcie z dzia&#322; grawitacyjnych, bo zderzycie si&#281; z nimi! Roze&#347;mia&#322;em si&#281; triumfalnie: wrogowie nawet w ostatniej chwili swego &#380;ycia nie domy&#347;lali si&#281;, jaki los ich czeka.

Ani Allan, ani Leonid nie czekali na przed&#347;miertn&#261; salw&#281; gin&#261;cych pirat&#243;w. To, co zobaczyli&#347;my i co niew&#261;tpliwie ujrzeli pozostali przy &#380;yciu wrogowie, by&#322;o wspania&#322;e. Teraz Z&#322;ywrogi pozna&#322;y ca&#322;&#261; moc ludzkiej pot&#281;gi. Na gwia&#378;dzistym niebie o&#347;lepiaj&#261;co zap&#322;on&#281;&#322;y cztery purpurowe s&#322;o&#324;ca, kt&#243;re natychmiast zgas&#322;y tworz&#261;c mgliste ob&#322;oki. Py&#322;owe chmury wirowa&#322;y, rozprasza&#322;y si&#281; i nik&#322;y wszech&#347;wiatowa pustka wzbogaci&#322;a si&#281; o cztery nowe otch&#322;anie. Z&#322;owieszcze kr&#261;&#380;owniki sta&#322;y si&#281; kilometrami, nie gazem, nie moleku&#322;ami, nie atomami nawet, lecz milionami kilometr&#243;w bezcielesnej przestrzeni, milionami kilometr&#243;w pustego nic!

Pozosta&#322;e okr&#281;ty wroga rzuci&#322;y si&#281; do ucieczki. Leonid pr&#243;bowa&#322; je goni&#263;, lecz kule przesz&#322;y w obszar nad&#347;wietlny. Zdo&#322;ali&#347;my jednak przedtem odebra&#263; rozkaz nadany z pok&#322;adu flagowca Niszczycieli: Natychmiast opu&#347;ci&#263; gromad&#281; gwiezdn&#261;! Wszystkie okr&#281;ty opuszczaj&#261; gromad&#281; gwiezdn&#261;!

Pobieg&#322;em do Romera. Musia&#322;em mu rzuci&#263; moj&#261; rado&#347;&#263; w twarz jak gryz&#261;cy wyrzut.

Andre niczego nie powiedzia&#322;, Pawle! Z rozkazu admira&#322;a wynika jasno, &#380;e do ostatniej chwili Niszczyciele obawiali si&#281; zwyk&#322;ego zderzenia z nami, a nie anihilacji!

Romero d&#322;ugo patrzy&#322; na mnie bez s&#322;owa. Zauwa&#380;y&#322;em nagle, &#380;e zgarbi&#322; si&#281; i postarza&#322;.

Prosz&#281; mi wierzy&#263;, &#380;e ciesz&#281; si&#281; wraz z panem powiedzia&#322; zm&#281;czonym g&#322;osem. Chocia&#380;, prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, z czego tu si&#281; cieszy&#263;?

Nienawidzi&#322;em go, bo nie wierzy&#322;, &#380;e Andre m&#243;g&#322; pozosta&#263; przy &#380;yciu i nie wyda&#263; naszych sekret&#243;w. Dla niego istnia&#322;a tylko jedna mo&#380;liwo&#347;&#263;: Andre dawno zgin&#261;&#322;.



15

Plejady zosta&#322;y za nami.

To by&#322;a bardzo smutna podr&#243;&#380;.

Dzie&#324; za dniem i tydzie&#324; za tygodniem oblatywali&#347;my kolejne uk&#322;ady gwiezdne. Na tych planetach, gdzie istnia&#322;y warunki do powstania &#380;ycia i gdzie jeszcze niedawno &#380;ycie kwit&#322;o, teraz &#380;ycia nie by&#322;o.

Zjawili&#347;my si&#281; w Plejadach zbyt p&#243;&#378;no.

Zdziwi&#322;em si&#281;, kiedy WKA t&#322;umacz&#261;c nazw&#281; dziwnych istot u&#380;ywa&#322; infantylnego s&#322;owa Z&#322;ywrogi. Teraz ze wzrastaj&#261;c&#261; w&#347;ciek&#322;o&#347;ci&#261; przekonywa&#322;em si&#281; o precyzji przek&#322;adu. Tam, gdzie pojawiali si&#281; oni, zjawia&#322;o si&#281; z&#322;o. Nawet my&#347;l o tym, &#380;e istniej&#261; w tym samym &#347;wiecie co my, budzi&#322;a odraz&#281;. Nie chodzi&#322;o ju&#380; o to, aby zatrzyma&#263; agresor&#243;w. Trzeba ich po prostu zniszczy&#263;, znale&#378;&#263; i unicestwi&#263;!

Dzie&#324; za dniem i tydzie&#324; za tygodniem w lornetach mno&#380;nik&#243;w i na stereoekranach ukazywa&#322;y si&#281; te same widoki: g&#281;ste chmury popio&#322;u i py&#322;u k&#322;&#281;bi&#261;ce si&#281; nad planetami, l&#261;dy wymieszane z oceanami w jedn&#261; grz&#261;sk&#261; mas&#281;

Spr&#243;bowali&#347;my wyl&#261;dowa&#263; na jednej ze zniszczonych planet. By&#322;o to w uk&#322;adzie Alcjony, wspania&#322;ej, jasnej gwiazdy. W niedalekiej przesz&#322;o&#347;ci z pewno&#347;ci&#261; niczego tam nie brakowa&#322;o, by&#322;o pod dostatkiem &#347;wiat&#322;a i ciep&#322;a, wody i zieleni, powietrza, minera&#322;&#243;w i strawy. W smutnej tera&#378;niejszo&#347;ci by&#322; kurz, nic poza py&#322;em Nad planet&#261; k&#322;&#281;bi&#322;y si&#281; czarne chmury delikatnej zawiesiny. Wpatrywali&#347;my si&#281; w powierzchni&#281; globu, domy&#347;lali&#347;my si&#281; ruin miast pod g&#243;rami popio&#322;u. Po wyl&#261;dowaniu omal nie uton&#281;li&#347;my w pyle podobnym do sproszkowanego grafitu, kt&#243;ry ciek&#322; niczym woda. Musieli&#347;my wr&#243;ci&#263;.

Pewnego wieczoru w klubie pok&#322;adowym Wiera zapyta&#322;a nas, co robi&#263; dalej. Wiemy teraz, &#380;e w Galaktyce buszuj&#261; dziwne p&#243;&#322; istoty, p&#243;&#322; mechanizmy, tworz&#261;ce wojowniczy nar&#243;d o wysokiej kulturze technicznej m&#243;wi&#322;a. Dotarli&#347;my do przestrzeni galaktycznych i przekonali&#347;my si&#281;, &#380;e s&#261; opanowane przez pirat&#243;w. Ale nie wszystko jeszcze jest jasne. Nie wiemy, gdzie oni maj&#261; swoj&#261; baz&#281;. Po co dokonuj&#261; swych niszczycielskich napad&#243;w? Gdzie mieszkaj&#261; podobne do nas istoty? Widzieli&#347;my je w sennych majakach Anio&#322;&#243;w, na obrazach Altairczyk&#243;w i w rze&#378;bach mieszka&#324;c&#243;w Sigmy, ale nie widzieli&#347;my ich &#380;ywych. Mo&#380;e ten nar&#243;d naszych potencjalnych przyjaci&#243;&#322; ju&#380; nie istnieje? Nie jest wykluczone, &#380;e stali&#347;my si&#281; &#347;wiadkami ostatniej fazy kosmicznej wojny mi&#281;dzy Niszczycielami i pokojowo usposobionymi Niebianami, w kt&#243;rej zgin&#281;li wszyscy przeciwnicy Z&#322;ywrog&#243;w. To jeszcze nale&#380;y wyja&#347;ni&#263;. Jednocze&#347;nie pora ju&#380; wraca&#263; na Ziemi&#281;. Trzeba zapozna&#263; ca&#322;&#261; ludzko&#347;&#263; z zebranymi informacjami, aby jej decyzje by&#322;y obiektywne.

Wiera zaproponowa&#322;a podzieli&#263; flotyll&#281;. Jeden gwiazdolot we&#378;mie kurs na Ziemi&#281;, drugi za&#347; b&#281;dzie kontynuowa&#322; poszukiwanie gwiezdnych siedlisk wykrytych nieprzyjaci&#243;&#322; i nieznanych sprzymierze&#324;c&#243;w. W ci&#261;gu kilku miesi&#281;cy oddalili&#347;my si&#281; od S&#322;o&#324;ca o pi&#281;&#263;set lat &#347;wietlnych i wtargn&#281;li&#347;my w Plejady. Kolejnym obiektem zwiadu powinno by&#263; chyba skupisko gwiezdne w Perseuszu, od kt&#243;rego dzieli nas cztery tysi&#261;ce lat &#347;wietlnych. Wyprawa do tego roju potrwa co najmniej kilka lat, ale jest niezb&#281;dna. Dop&#243;ki nie dowiemy si&#281;, gdzie ukry&#322;a si&#281; flotylla wroga, nikt na Ziemi nie b&#281;dzie m&#243;g&#322; &#380;y&#263; w spokoju.

Wracam na Ziemi&#281; zako&#324;czy&#322;a Wiera. Wiecie, dlaczego: trzeba pokona&#263; izolacjonist&#243;w.

Jestem gotowa lecie&#263; dalej o&#347;wiadczy&#322;a Olga. Po&#380;eracz Przestrzeni jest lepiej przystosowany do dalekich podr&#243;&#380;y ni&#380; Sternik. We&#378;miemy cz&#281;&#347;&#263; zapas&#243;w substancji aktywnej ze Sternika. Za&#322;og&#281; skompletujemy z tych, kt&#243;rzy zg&#322;osz&#261; si&#281; na ochotnika.

Powiedzia&#322;a to tak spokojnie, jakby chodzi&#322;o o podr&#243;&#380; z Ziemi na Syriusza lub Alf&#281; Centauri. Inni nie spieszyli z odpowiedzi&#261;.

My&#347;la&#322;em o Ziemi i Orze, o gwiazdach rozsianych wok&#243;&#322; nich. Nic mnie szczeg&#243;lnie nie ci&#261;gn&#281;&#322;o na Ziemi&#281;, wabi&#322; mnie raczej Pluton, ale i bez Plutona mog&#322;em &#380;y&#263;. Wprawdzie na dalekiej Wedze, pi&#281;knej, b&#322;&#281;kitnawobia&#322;ej Wedze, gdzie nigdy nie by&#322;em i chyba nie b&#281;d&#281;, pozosta&#322;o to, co cho&#263; troch&#281; wi&#261;za&#322;o mnie z przesz&#322;o&#347;ci&#261;. Ale c&#243;&#380; si&#281; zmieni, je&#380;eli zawr&#243;c&#281;? &#321;&#261;czy mnie z Fiol&#261; jedynie czcze pragnienie jedno&#347;ci. Nasza mi&#322;o&#347;&#263; nie ma sensu, jest przedwczesna, jak to uczucie okre&#347;li&#322; Lusin. Natomiast tam, do dalekiego Perseusza, rw&#281; si&#281; ca&#322;&#261; pasj&#261; swojej duszy, wszystkimi argumentami rozumu. Gdzie&#347; tam jest m&#243;j przyjaciel, kt&#243;ry wzywa&#322; mnie na pomoc w chwili niebezpiecze&#324;stwa. Mo&#380;e te&#380; uda mi si&#281; rozwik&#322;a&#263; niekt&#243;re zagadki Z&#322;ywrog&#243;w, bo gdzie szuka&#263; ich rozwi&#261;zania, je&#347;li nie w&#347;r&#243;d przeciwnik&#243;w?

Lec&#281; do Perseusza powiedzia&#322;em.

Romero i Lusin postanowili wr&#243;ci&#263; na Ziemi&#281;. Zabierali ze sob&#261; Truba.

P&#243;&#378;niej nadszed&#322; dzie&#324; rozstania. Po&#380;egnanie by&#322;o smutne. Wiera obj&#281;&#322;a mnie i uca&#322;owa&#322;a. Nie wiedzia&#322;em, czy j&#261; kiedykolwiek jeszcze zobacz&#281;. Przed ni&#261; nie musia&#322;em ukrywa&#263; smutku.

Wiero, w tak dalekiej podr&#243;&#380;y wszystko mo&#380;e si&#281; zdarzy&#263; powiedzia&#322;em. Zapami&#281;taj moje ostatnie &#380;yczenie: Romera trzeba pokona&#263;. Je&#380;eli ludzie nie przyjd&#261; z pomoc&#261; Niebianom, b&#281;d&#261; niegodni siebie.

Patrzy&#322;a na mnie przez &#322;zy.

Ludzie pomog&#261; wszystkiemu co dobre, rozumne i wymagaj&#261;ce pomocy. Mog&#281; ci&#281; o tym zapewni&#263;.

Ostatni &#380;egnali si&#281; ze mn&#261; Groman i Kamagin. Odwa&#380;ni kosmonauci, nasi przodkowie, byli r&#243;wnie&#380; wzruszeni.

Trzy lata temu, pi&#281;&#263;set dwadzie&#347;cia lat planetarnych, rozstali&#347;my si&#281; z Ziemi&#261; powiedzia&#322; Kamagin. Niewiele si&#281; przez ten czas zmienili&#347;my, cho&#263; Ziemia i ludzie zmienili si&#281; nie do poznania. Z ca&#322;ego serca &#380;ycz&#281; wam w dalekiej podr&#243;&#380;y wi&#281;kszego szcz&#281;&#347;cia, ni&#380; nam przypad&#322;o w udziale.

A wam &#380;yczymy dobrego spotkania z Ziemi&#261; odpar&#322;em. I dobrego nowego &#380;ycia na naszej zielonej staruszce, na wiecznie m&#322;odej kolebce ludzko&#347;ci!

Masz tu podarunek na drog&#281; = powiedzia&#322; Allan i da&#322; mi najwi&#281;kszy sw&#243;j skarb, ksi&#261;&#380;ki i czasopisma z dwudziestego wieku.

Siedzieli&#347;my wraz z Olg&#261; w sali obserwacyjnej. Kontury Sternika szybko nik&#322;y na tle gwiazd i wkr&#243;tce nie mo&#380;na by&#322;o go dostrzec go&#322;ym okiem, chocia&#380; Allan w&#322;&#261;czy&#322; wszystkie reflektory statku.

No i zostali&#347;my sami powiedzia&#322;em. Jak d&#322;ugo potrwa ta samotno&#347;&#263;?

Nie boj&#281; si&#281; samotno&#347;ci odpar&#322;a Olga. Mog&#281; lecie&#263; chocia&#380;by na tamten &#347;wiat, ale nie wiem, gdzie tamten &#347;wiat si&#281; znajduje.

Popatrzy&#322;em na ni&#261; ze zdumieniem. Olga u&#347;miecha&#322;a si&#281; do mnie. Poczu&#322;em si&#281; tak, jakbym zrobi&#322; co&#347; z&#322;ego i w zmieszaniu zn&#243;w obr&#243;ci&#322;em si&#281; ku gwiazdom.



16

Zgodnie z programem opracowanym przez MUK mieli&#347;my do roj&#243;w gwiezdnych w Perseuszu lecie&#263; ponad rok z szybko&#347;ci&#261; r&#243;wn&#261; pi&#281;ciu tysi&#261;com pr&#281;dko&#347;ci &#347;wietlnych. Podobnych szybko&#347;ci nikt przed nami nie osi&#261;ga&#322;, ale Leonid i Osima byli pewni, &#380;e nam si&#281; to uda.

Dotychczas Allan nas hamowa&#322; dowodzi&#322; Leonid bo jego statek jest znacznie wolniejszy.

Po wej&#347;ciu w obszar nad&#347;wietlny Leonid da&#322; upust swoim zami&#322;owaniom do p&#281;du. Wszyscy wiedz&#261;, &#380;e przestrzenie galaktyczne s&#261; puste. Co innego jednak wiedzie&#263;, a co innego czu&#263;. W czasie przelotu z Ziemi na Or&#281; nie poczu&#322;em pustki, gdy&#380; cia&#322;a niebieskie zbli&#380;a&#322;y si&#281; i oddala&#322;y, zmienia&#322; si&#281; te&#380; kszta&#322;t gwiazdozbior&#243;w. Tchnienie ogromnej pustki dosi&#281;g&#322;o nas w locie do Plejad: mija&#322; dzie&#324; za dniem, tydzie&#324; za tygodniem, p&#281;dzili&#347;my tysi&#261;ckrotnie szybciej od &#347;wiat&#322;a, a na zewn&#261;trz statku wszystko pozostawa&#322;o bez zmiany. Dopiero jednak po wyj&#347;ciu z Plejad zrozumia&#322;em, jak bezdennie pusty jest Wszech&#347;wiat. Ju&#380; po tygodniu wspania&#322;a gromada gwiezdna przekszta&#322;ci&#322;a si&#281; w taki sam k&#322;&#281;buszek waty, na jaki wygl&#261;da z Ziemi.

Teraz mia&#322;em w&#322;asny fotel w ster&#243;wce obok dy&#380;urnego dow&#243;dcy. Deszfratory &#322;owi&#322;y ka&#380;d&#261; fal&#281; i impuls, strumienie cz&#261;stek, pola elektryczne i grawitacyjne. Zawarte w nich informacje trafia&#322;y do komputera, kt&#243;ry wydawa&#322; rozkazy automatom, ja za&#347;, obserwuj&#261;c nieustann&#261; prac&#281; badawcz&#261;, dawa&#322;em mechanizmom dodatkowe zadania. Zwykle dy&#380;urowa&#322;em wraz z Olg&#261;: Milczeli&#347;my w&#243;wczas godzinami, wpatruj&#261;c si&#281; w gwia&#378;dziste niebo i rozmawiaj&#261;c w my&#347;lach z podleg&#322;ymi nam maszynami.

Codziennie zjawia&#322;em si&#281; w laboratorium grawitacyjnym. Uruchamia&#322;em mechanizmy, a impulsy odebrane przez deszyfratory przekazywa&#322;em do analizy komputerowi pok&#322;adowemu. Ci&#261;gle od nowa bada&#322;em promieniowanie m&#243;zgu Z&#322;ywrog&#243;w nagrane przez Andre i grawigramy atakuj&#261;cych nas kr&#261;&#380;ownik&#243;w.

Uwa&#380;a&#322;em t&#281; prac&#281; za swe naczelne zadanie. Dawniej Andre wszystko robi&#322; sam, my za&#347; tylko mu pomagali&#347;my. &#379;artowali&#347;my z jego tworzonych na kolanie teorii, pob&#322;a&#380;liwie akceptowali&#347;my genialne wizje i czuli&#347;my si&#281; pewni i bezpieczni. Przy nas gorza&#322; ogromny rozum, nieustannie rodz&#261;cy b&#322;yskotliwe idee. Andre chciwie rzuca&#322; si&#281; na ka&#380;d&#261; zagadk&#281; i nie spoczywa&#322;, p&#243;ki jej nie rozwi&#261;za&#322;. Wszystko, co mo&#380;na zrobi&#263;, robi&#322; znacznie lepiej od kogokolwiek z nas, po c&#243;&#380; wi&#281;c mieli&#347;my si&#281; trapi&#263;? Teraz Andre nie by&#322;o. Znikn&#261;&#322; genialny generator nowych pomys&#322;&#243;w. Trzeba go by&#322;o zast&#261;pi&#263; chocia&#380;by cz&#281;&#347;ciowo. Nie mia&#322;em nawet odrobiny owej natchnionej lekko&#347;ci Andre, lecz nieustannie, uparcie my&#347;la&#322;em chcia&#322;em pracowito&#347;ci&#261; zrekompensowa&#263; jego intuicj&#281;.

Siada&#322;em na kanapce, zamyka&#322;em oczy i po tysi&#261;ckro&#263; wraca&#322;em my&#347;lami do tej samej sceny. Zacisn&#281;li&#347;my polami os&#322;ab&#322;ego oczog&#322;owa, kt&#243;ry rozpaczliwie wzywa&#322; pomocy na falach grawitacyjnych. Jego impulsy grawitacyjne bieg&#322;y z normaln&#261; szybko&#347;ci&#261; &#347;wiat&#322;a, z t&#261; sam&#261; pr&#281;dko&#347;ci&#261; przychodzi&#322;y odpowiedzi. Mo&#380;na by&#322;o wed&#322;ug czasu dziel&#261;cego pytania i odpowiedzi obliczy&#263; odleg&#322;o&#347;&#263; dziel&#261;c&#261; Sigm&#281; od kr&#261;&#380;ownika &#347;piesz&#261;cego na pomoc. A kr&#261;&#380;ownik zawiadamia&#322;, &#380;e nawet lec&#261;c z szybko&#347;ci&#261; nad&#347;wietln&#261; nie zdo&#322;a dotrze&#263; do celu przed noc&#261;. Ile dni lub tygodni &#347;wietlnych mia&#322; do pokonania? Tymczasem Z&#322;ywr&#243;g rozmawia&#322; z okr&#281;tem tak, jakby sta&#322; obok niego.

Jak to by&#322;o mo&#380;liwe? pyta&#322;em w duchu. Co mo&#380;e porusza&#263; si&#281; w przestrzeni z szybko&#347;ci&#261; nad&#347;wietln&#261; nie unicestwiaj&#261;c tej przestrzeni?

Nawet we &#347;nie pr&#243;bowa&#322;em rozwik&#322;a&#263; t&#281; zagadk&#281;. Kiedy&#347; przez nieuwag&#281; nie wy&#322;&#261;czy&#322;em na noc deszyfratora nastrojonego na promieniowanie mojego m&#243;zgu i urz&#261;dzenie zarejestrowa&#322;o moje sny. Wreszcie z wolna zacz&#261;&#322;em dostrzega&#263; zarysy rozwi&#261;zania. Rozwi&#261;zanie by&#322;o tak proste, &#380;e pocz&#261;tkowo nie uwierzy&#322;em w jego prawid&#322;owo&#347;&#263;. Ale wszystkie drogi wiod&#322;y do tego samego punktu, wszystkie nici logicznie zap&#281;tli&#322;y si&#281; w jeden w&#281;ze&#322;. Przekaza&#322;em swoje domys&#322;y komputerowi, kt&#243;ry po analizie zawiadomi&#322; mnie, &#380;e hipoteza jest niesprzeczna i mo&#380;e by&#263; przyj&#281;ta za punkt wyj&#347;ciowy do dalszych rozwa&#380;a&#324;. Znalaz&#322;em si&#281; na w&#322;a&#347;ciwej drodze. Do celu by&#322;o wprawdzie jeszcze bardzo daleko, lecz wiedzia&#322;em, &#380;e do niego dotr&#281;.

Poprosi&#322;em Olg&#281; do siebie. Przysz&#322;a do laboratorium, d&#322;ugo s&#322;ucha&#322;a nie przerywaj&#261;c mi, a potem powiedzia&#322;a:

Uwa&#380;asz wi&#281;c, &#380;e tym zagadkowym no&#347;nikiem &#322;&#261;czno&#347;ci momentalnie przenikaj&#261;cym przestrze&#324;, jest sama przestrze&#324;?

Tak, sama przestrze&#324;, a w&#322;a&#347;ciwie drgania g&#281;sto&#347;ci przestrzeni. Doszed&#322;em do wniosku, &#380;e jedynie zmiany stanu przestrzeni mog&#261; rozchodzi&#263; si&#281; w niej z szybko&#347;ci&#261; nad&#347;wietln&#261;.

Olga zastanawia&#322;a si&#281; przez chwil&#281;. P&#243;&#378;niej skin&#281;&#322;a g&#322;ow&#261; i zacz&#281;&#322;a rozwija&#263; moj&#261; hipotez&#281;:

Nauczyli&#347;my si&#281; przekszta&#322;ca&#263; mas&#281; w przestrze&#324; i zn&#243;w otrzymywa&#263; z niej mas&#281;. Kr&#243;tko m&#243;wi&#261;c operujemy stanami kra&#324;cowymi niszczeniem i tworzeniem Tymczasem okazuje si&#281;, &#380;e mi&#281;dzy nimi zawiera si&#281; ca&#322;e spektrum stan&#243;w przej&#347;ciowych, mo&#380;e r&#243;wnie wa&#380;nych jak punkty graniczne Musimy ich szuka&#263;, musimy szuka&#263; wszyscy, a nie tylko ty, Eli.

Z rado&#347;ci uca&#322;owa&#322;em Olg&#281; w oba policzki. Nie powinienem by&#322; tego robi&#263;. Olga zmiesza&#322;a si&#281; jak ma&#322;a dziewczynka zaskoczona przy niedozwolonej zabawie, chocia&#380; winny by&#322;em ja, a nie ona.

Nie gniewaj si&#281; powiedzia&#322;em ze skruch&#261;. Nie chcia&#322;em ci zrobi&#263; przykro&#347;ci.

Wcale si&#281; nie gniewam odpar&#322;a smutnym g&#322;osem. Czy nie zauwa&#380;y&#322;e&#347;, &#380;e nie potrafi&#281; si&#281; na ciebie gniewa&#263;?



17

Tego wieczora d&#322;ugo nie mog&#322;em zasn&#261;&#263;. My&#347;la&#322;em o Andre. Przyjaciel pochwali&#322;by mnie za odkrycie fal przestrzeni. Rzadko zas&#322;ugiwa&#322;em na jego pochwa&#322;y, kiedy byli&#347;my jeszcze razem, ale teraz by mnie pochwali&#322;, jestem tego pewien, bo lepiej ni&#380; ktokolwiek inny potrafi&#322;by oceni&#263; wag&#281; tego odkrycia.

Andre sta&#322; przede mn&#261;. S&#322;ysza&#322;em jego g&#322;os. Zamyka&#322;em oczy, aby go lepiej widzie&#263; i s&#322;ysze&#263;. Przyjaciel chodzi&#322; po kajucie, potrz&#261;sa&#322; ekstrawaganckimi k&#281;dziorami i spiera&#322; si&#281; ze mn&#261;. By&#322; jak zawsze odrobin&#281; &#347;mieszny i bardzo mi&#322;y. Patrzy&#322;em na niego z b&#243;lem: Andre znalaz&#322; si&#281; w niebezpiecze&#324;stwie, a ja nie mog&#322;em mu pom&#243;c.

Ci&#281;&#380;ko my&#347;lisz, Eli m&#243;wi&#322; Andre gniewnym tonem. Krytycyzm i ironia &#322;&#261;cz&#261; si&#281; w twoim m&#243;zgu z niez&#322;&#261; dawk&#261; t&#281;poty. Gdybym powiedzia&#322; to, do czego sam z takim trudem doszed&#322;e&#347;, na wszelki wypadek wy&#347;mia&#322;by&#347; mnie. Dowcipkowa&#322;e&#347; na temat ka&#380;dego mojego pomys&#322;u, czy&#380; nie mam racji?

Nie masz broni&#322;em si&#281;. B&#261;d&#378; sprawiedliwy, Andre. Wiele idei akceptowa&#322;em od razu.

Zacz&#261;&#322;em przypomina&#263; sobie jego idee i teorie. By&#322;o ich tak wiele, &#380;e godziny bieg&#322;y, a ja przypomina&#322;em sobie wci&#261;&#380; nowe. Ju&#380; nie dyskutowa&#322;em z Andre, by&#322;em got&#243;w przyj&#261;&#263; ka&#380;d&#261; hipotez&#281; tylko dlatego, &#380;e on by&#322; jej autorem. Pod koniec nocy wspomnia&#322;em jego teori&#281; pochodzenia ludzi, tak nieub&#322;aganie skrytykowan&#261; przez Romera. Nabra&#322;em teraz do niej wielkiej sympatii tak&#380;e dlatego, &#380;e Pawe&#322; z tak&#261; zaciek&#322;o&#347;ci&#261; si&#281; na ni&#261; rzuci&#322;.

Zn&#243;w zamkn&#261;&#322;em oczy, aby dok&#322;adniej widzie&#263; nap&#322;ywaj&#261;ce pod powieki obrazy, i pogr&#261;&#380;y&#322;em si&#281; w p&#243;&#322;sen przypominaj&#261;cy gor&#261;czkowe majaczenia. Powr&#243;ci&#322;em na Ziemi&#281; i cofn&#261;&#322;em si&#281; w jej g&#322;&#281;bok&#261; przesz&#322;o&#347;&#263;. Ujrza&#322;em dzikie, dawno ju&#380; nie istniej&#261;ce lasy, pradawny statek kosmiczny le&#380;&#261;cy na boku u st&#243;p wzg&#243;rza. Z rozdartego wn&#281;trza gwiazdolotu wysypa&#322;y si&#281; beczki, trapy, skrzynie, nieznane mechanizmy. Dostrzeg&#322;em mkn&#261;ce po niebie postrz&#281;pione chmury, us&#322;ysza&#322;em krzyki ma&#322;p, poczu&#322;em wilgotny upa&#322; wisz&#261;cy w powietrzu nad wyimaginowanym przeze mnie zak&#261;tkiem Ziemi.

Na szczyt wzg&#243;rza wspina si&#281; starzec (widzia&#322;em go ju&#380; kiedy&#347; na stereoekranie w Sali Pomara&#324;czowej). Starzec jest wysoki, szczup&#322;y i siwy, ma wielkie, nie po ludzku promienne oczy. Rozgl&#261;da si&#281; doko&#322;a z dezaprobat&#261;. Nie podoba mu si&#281; okolica, w kt&#243;rej znalaz&#322; si&#281; statek.

Do starca zbli&#380;aj&#261; si&#281; dwaj m&#322;odzie&#324;cy. Pierwszego r&#243;wnie&#380; widzia&#322;em w Sali Pomara&#324;czowej. Drugiego nie znam, wymy&#347;li&#322;em go. Zreszt&#261; podobny jest do zabitego z obrazu Altairczyk&#243;w.

Ale wpadli&#347;my! m&#243;wi pierwszy m&#322;odzieniec. &#379;e te&#380; musieli&#347;my si&#281; tak rozbi&#263;! Naprawa potrwa ze dwa tysi&#261;ce miejscowych lat. Laboratoria zabrali&#347;my ze sob&#261;, ale fabryki zosta&#322;y w domu.

Musimy znale&#378;&#263; pomocnik&#243;w m&#243;wi drugi. Jest nas dwudziestu, to zbyt ma&#322;o, a tutejsze istoty &#380;ywe potrafi&#261; na razie tylko skaka&#263; z ga&#322;&#281;zi na ga&#322;&#261;&#378;. Zdobywaj&#261; pokarm po&#380;eraj&#261;c si&#281; nawzajem. Maj&#261; pot&#281;&#380;ne z&#281;by, ale za grosz rozumu.

Starzec ich uspokaja. Nie jest tak &#378;le m&#243;wi. Uda&#322;o si&#281; wybra&#263; planet&#281; ze zno&#347;n&#261; temperatur&#261;, dostatkiem wody i zieleni. Ju&#380; sam fakt, &#380;e mo&#380;na chodzi&#263; bez skafandr&#243;w ochronnych, bardzo wiele znaczy. A fabryki? C&#243;&#380;, fabryki mo&#380;na zbudowa&#263;, oczywi&#347;cie prymitywne.

Bez pomocy? przerywa mu pierwszy, zdumiony spokojem starca.

Znajdziemy pomocnik&#243;w. Sp&#243;jrzcie na te ogoniaste istoty ha&#322;asuj&#261;ce w koronach drzew. Kiedy&#347; zacz&#281;li&#347;my si&#281; rozwija&#263; z podobnych zwierzak&#243;w. Po jakich&#347; pi&#281;ciuset milionach tutejszych lat ogonia&#347;ci stan&#261; si&#281; rozumnymi istotami. Dlaczego nie mogliby&#347;my przyspieszy&#263; ich ewolucji?

Ile to zajmie lat, pomy&#347;l! m&#243;wi drugi. Nie jeste&#347;my nie&#347;miertelni. Po&#322;owa z nas umrze tutaj. Nie domy&#347;la si&#281; naturalnie, &#380;e przyjdzie mu zgin&#261;&#263; w innym miejscu.

B&#281;dziemy si&#281; spieszy&#263;. Ja pewnie nie do&#380;yj&#281; startu, ale wy opu&#347;cicie t&#281; planet&#281;.

Bior&#261; si&#281; do pracy. Jedni szukaj&#261; rud, drudzy &#322;ataj&#261; wyrwy w poszyciu i naprawiaj&#261; urz&#261;dzenia wewn&#261;trz statku, inni jeszcze &#322;owi&#261; ma&#322;py i eksperymentuj&#261; z ich zarodkami, zmieniaj&#261; kody genetyczne. Nie od razu udaje si&#281; wyhodowa&#263; istoty podobne do siebie, bo trudno w ci&#261;gu jednego pokolenia zmieni&#263; ma&#322;p&#281; w herosa. Niebia&#324;scy przybysze zawijaj&#261; wi&#281;c r&#281;kawy i pracuj&#261;, pracuj&#261;, pracuj&#261;. Pewne rzeczy si&#281; udaj&#261;, ale niepowodze&#324; jest znacznie wi&#281;cej. Wreszcie zjawia si&#281; prawdziwy cz&#322;owiek, od razu we wszystkich wariantach: bia&#322;y i czarny, k&#281;dzierzawy i prostow&#322;osy, pigmej i gigant. Czy&#380;by tym razem powodzenie? Nie, zn&#243;w fiasko! S&#322;ysz&#281; g&#322;osy Galakt&#243;w, ich dyskusje na naradzie produkcyjnej.

I to ma by&#263; cz&#322;owiek? oburza si&#281; jeden z nich. Sp&#243;jrzcie na projekt i jego realizacj&#281;. Na papierze istota rozumna, a w rzeczywisto&#347;ci zwierz&#281;. Protestuj&#281; przeciwko takiemu brakor&#243;bstwu!

Konkretniej! m&#243;wi przewodnicz&#261;cy. Jakie macie zarzuty?

Tysi&#261;ce zarzut&#243;w! Absolutne nieprzystosowanie do &#380;ycia. Brak sier&#347;ci, pazur&#243;w, k&#322;&#243;w, rog&#243;w. Jak to stworzenie ma zdobywa&#263; pokarm, porusza&#263; si&#281; i broni&#263;? Palce jak s&#281;ki, oczy jak szparki. I to ma by&#263; istota stworzona na nasz obraz i podobie&#324;stwo?

A jednak jest podobna do nas m&#243;wi starzec. Podobna, cho&#263; nieidentyczna. Zapominacie o rzeczy najwa&#380;niejszej: o tym, &#380;e cz&#322;owiek ma potencjalnie nieograniczone mo&#380;liwo&#347;ci. Sp&#243;jrzcie na wykres zdolno&#347;ci opracowany przez maszyn&#281;. Je&#347;li zdolno&#347;&#263; samodoskonalenia si&#281; psa przyj&#261;&#263; za jedno&#347;&#263;, to nie ma zwierz&#281;cia, u kt&#243;rego ten wska&#378;nik przekroczy&#322;by dziesi&#281;&#263;. A tymczasem u cz&#322;owieka wynosi on 1 395 660 800! Rozumiecie? Miliardy razy wi&#281;cej ni&#380; u dowolnego zwierz&#281;cia! Setki razy wi&#281;cej ni&#380; u nas! Uwa&#380;am, &#380;e stworzyli&#347;my cud rozumu! Na razie jest to cud g&#322;upoty i nieprzystosowania! krzykn&#261;&#322; kto&#347; gniewnie. Wasz rozumny cz&#322;owiek jest debilem! Pr&#243;bowa&#322;em wpoi&#263; temu dzikusowi elementarne poj&#281;cia z dziedziny mechaniki grawitacyjnej i przestrzennej, a on tylko &#347;lepia rozdziawia&#322; i skomla&#322;. W&#243;wczas zaprowadzi&#322;em go do koryta z &#380;arciem. To warto by&#322;o zobaczy&#263;! Up&#322;yn&#261; miliony lat, zanim wasz cud natury domy&#347;li si&#281;, &#380;e ma jakiekolwiek zdolno&#347;ci. Proponuj&#281; odrzuci&#263; zademonstrowany nam model cz&#322;owieka i kontynuowa&#263; badania.

Prosz&#281; g&#322;osowa&#263; powiedzia&#322; przewodnicz&#261;cy. Kto jest za odrzuceniem cz&#322;owieka i kontynuacj&#261;? Kto przeciw? Kto si&#281; wstrzymuje? A wi&#281;c cz&#322;owiek zosta&#322; odrzucony wszystkimi g&#322;osami poza jednym wstrzymuj&#261;cym si&#281;. Jakie wymagania ma spe&#322;ni&#263; nowy model, kt&#243;ry zamierzacie opracowa&#263;? S&#322;ucham.

Zn&#243;w wstaje pierwszy:

S&#261;dz&#281;, &#380;e nie nale&#380;y upiera&#263; si&#281; przy zewn&#281;trznym podobie&#324;stwie do nas, gdy&#380; nie jest ono w praktyce osi&#261;galne i przekszta&#322;ca si&#281; w kalectwo. Potrzebujemy nie nadzwyczajnych zdolno&#347;ci, lecz realnej &#380;ywotno&#347;ci, szybkiej reakcji i sprytu! Proponuj&#281; nowy model opracowa&#263; tak, aby m&#243;g&#322; w maksymalnym stopniu przystosowa&#263; si&#281; do dowolnych warunk&#243;w &#380;yciowych.

S&#261; jakie&#347; inne propozycje? Nie? A wi&#281;c wniosek przyj&#281;to m&#243;wi przewodnicz&#261;cy. Prosz&#281; zapisa&#263;: nast&#281;pny model zaopatrzy&#263; w sier&#347;&#263;, pazury, k&#322;y, rogi i kopyta Co jeszcze? Aha Ogon do czepiania si&#281; ga&#322;&#281;zi Jak nazwiemy model?

Mamy woln&#261; liter&#281; d odzywa si&#281; jaki&#347; g&#322;os z k&#261;ta. Mo&#380;e wi&#281;c diabe&#322;?

Diabe&#322; brzmi nie&#378;le stwierdza przewodnicz&#261;cy. Uruchamiamy wi&#281;c produkcj&#281; diab&#322;a bior&#261;c za podstaw&#281; nieudany model cz&#322;owieka. Pozostaje ostatni problem: co robi&#263; ze stworzonymi lud&#378;mi?

Zanihilowa&#263;! krzyczy zapalczywy g&#322;os. Do piachu! Nie ma sensu p&#322;odzi&#263; bezbronne potworki. Starzec zn&#243;w protestuje. Przypomina, jak wiele szlachetnych cech wkonstruowano do ludzkiego m&#243;zgu. Niechaj wi&#281;c ludzie &#380;yj&#261;, niech brn&#261; trudn&#261; drog&#261; samodoskonalenia si&#281;. Otrzymali wiele i wiele mog&#261; osi&#261;gn&#261;&#263;.

Racja powiedzia&#322; przewodnicz&#261;cy. Nie warto ludzi unicestwia&#263;. Je&#347;li rozwin&#261; si&#281; ich dobre cechy, to cz&#322;owiek zwyci&#281;&#380;y w ci&#281;&#380;kiej walce o przetrwanie, je&#347;li natomiast g&#243;r&#281; wezm&#261; wady wynikaj&#261;ce z naszej niedba&#322;ej pracy, to zguba tego modelu nie zmartwi nas zbytnio.

I oto ludzi wygnano z obozu awaryjnego niebia&#324;skich przybysz&#243;w, z raju, w kt&#243;rym ma&#322;p&#281; przemieniono w cz&#322;owieka. Odt&#261;d b&#281;dzie si&#281; on rodzi&#322; w m&#281;kach, w pocie czo&#322;a pracowa&#322; na chleb i cierpia&#322; choroby. Zamiast niego pojawi si&#281; udoskonalony model: m&#261;dry, zr&#281;czny, pracowity diabe&#322;. Ten nowy model uda&#322; si&#281; nad podziw. Ogoniasta i rogata istota jest nader wszechstronna: biega, skacze z ga&#322;&#281;zi na ga&#322;&#261;&#378;, nurkuje w wodzie i wciska si&#281; w ziemne szczeliny. Us&#322;u&#380;ny diabe&#322;, prawdziwy s&#322;uga swojego boga, na&#347;miewa si&#281; z pechowych wygna&#324;c&#243;w skazanych na samodzielne &#380;ycie, a ludzie szczerze go za to nienawidz&#261;. Kiedy wi&#281;c Galaktowie usun&#281;li wreszcie uszkodzenia statku, zabrali ze sob&#261; stworzone przez siebie diab&#322;y, kt&#243;re trz&#281;s&#322;y si&#281; na my&#347;l o tym, &#380;e mog&#261; pozosta&#263; sam na sam z nieudanym ludzkim plemieniem.

&#379;egnaj, dzika planeto! m&#243;wi uroczystym g&#322;osem starzec. Jestem pewien, &#380;e posiane przez nas ziarno rozumu wyda owoce. Chocia&#380; do&#380;y&#322;em do startu naszego statku, na pewno nie doczekam twojego rozkwitu, cz&#322;owieku. &#379;yj wi&#281;c i doskonal si&#281;!

Dobry starzec macha mi r&#281;k&#261;, a ja u&#347;miecham si&#281; do niego i otwieram oczy, aby przep&#281;dzi&#263; z g&#322;owy k&#322;&#281;bi&#261;ce si&#281; w niej obrazy. Przecieram czo&#322;o i wywo&#322;uj&#281; MUK.

Prosz&#281; zanalizowa&#263; my&#347;li na temat Galakt&#243;w, kt&#243;rzy niegdy&#347; przekonstruowali ma&#322;p&#281; w cz&#322;owieka, sprawdzi&#263; wszystkie obrazy pojawiaj&#261;ce si&#281; w moim m&#243;zgu i oceni&#263; je. Tylko jednym s&#322;owem, bo nie lubi&#281; tych waszych z jednej strony, z drugiej strony

MUK odpowiedzia&#322; jednym s&#322;owem: Brednie.

No dobrze, mo&#380;e by&#263; nie jednym s&#322;owem powiedzia&#322;em.

Tym razem MUK odpowiedzia&#322; nast&#281;puj&#261;co:

Pseudohipoteza nadaj&#261;ca si&#281; jedynie na temat do powie&#347;ci fantastyczno-naukowej.

Przypomnia&#322;em sobie, &#380;e inny komputer, na Orze, niemal identycznie oceni&#322; t&#281; ide&#281; Andre i uspokojony zasn&#261;&#322;em.



18

Przez ca&#322;y rok, p&#243;ki lecieli&#347;my ku podw&#243;jnemu skupisku Perseusza, by&#322;em poch&#322;oni&#281;ty badaniem w&#322;a&#347;ciwo&#347;ci przestrzeni. Przebudowane laboratorium po pewnym czasie zamieni&#322;o si&#281; w niewielk&#261; fabryk&#281;. Urz&#261;dzenia laboratoryjne r&#243;&#380;ni&#322;y si&#281; od anihilator&#243;w nap&#281;dowych i bojowych jedynie moc&#261;. Moje malutkie aparaciki nie rozwija&#322;y bowiem nawet miliarda kilowat&#243;w, podczas gdy tamte dysponowa&#322;y milionami albert&#243;w. Nie chcia&#322;em, aby przez m&#261; nieostro&#380;no&#347;&#263; nasz gwiazdolot sam zamieni&#322; si&#281; w tak&#261; przestrzenn&#261; jam&#281;, jak&#261; robili&#347;my z innych cia&#322;. Moje mechanizmy nie unicestwia&#322;y przestrzeni, lecz zmienia&#322;y jej g&#281;sto&#347;&#263; operuj&#261;c daleko od stan&#243;w granicznych, kiedy to przestrze&#324; koncentruje si&#281; w mas&#281;, a masa rozpada si&#281; na przestrze&#324;.

Nie b&#281;d&#281; tu szczeg&#243;&#322;owo opisywa&#322; do&#347;wiadcze&#324;. Niepowodzenia i sukcesy zosta&#322;y zanotowane w pami&#281;ci komputera i tam odsy&#322;am zainteresowanych. Wa&#380;ne jest jedno: niezliczone eksperymenty dowiod&#322;y, &#380;e wahania g&#281;sto&#347;ci przestrzeni podlegaj&#261; prawom mechaniki falowej. Otrzymywali&#347;my fale kuliste, sto&#380;kowe i cylindryczne w postaci w&#261;skiego promienia przebijaj&#261;cego przestrze&#324;. Jedno tylko prawo ruchu drgaj&#261;cego nie sprawdza&#322;o si&#281; w wypadku fal g&#281;sto&#347;ci przestrzeni, fale te mianowicie rozchodzi&#322;y si&#281; zawsze z pr&#281;dko&#347;ci&#261; nad&#347;wietln&#261;. Samo &#347;wiat&#322;o by&#322;o szczeg&#243;lnym, granicznym rodzajem fal przestrzennych i to t&#322;umaczy&#322;o jego zagadkow&#261; dot&#261;d stabilno&#347;&#263; w poruszaj&#261;cych si&#281; uk&#322;adach. Wkroczyli&#347;my w niezwyk&#322;y, nie znany jeszcze na Ziemi &#347;wiat!

Kiedy odkrycie zosta&#322;o wszechstronnie zbadane i sprawdzone, zmontowali&#347;my zesp&#243;&#322; nowych maszyn: generator&#243;w fal przestrzennych, odbiornik&#243;w i deszyfrator&#243;w depesz nadawanych na tych falach. Teraz mogli&#347;my notowa&#263; dowolne zak&#322;&#243;cenia poczynaj&#261;c od przy&#347;wietlnych, kiedy fala przestrzenna o niskim poziomie energetycznym by&#322;a o krok od zamiany na &#347;wiat&#322;o, a&#380; do hiperpr&#281;dkich, rozchodz&#261;cych si&#281; z szybko&#347;ciami r&#243;wnymi miliardowym wielokrotno&#347;ciom szybko&#347;ci &#347;wiat&#322;a. Odt&#261;d ju&#380; Z&#322;ywrogi nie mog&#322;y si&#281; do nas niepostrze&#380;enie podkra&#347;&#263;, gdy&#380; mogli&#347;my ich obserwowa&#263; w obszarze nad&#347;wietlnym na falach przestrzennych. Przesta&#322;a nam grozi&#263; walka na o&#347;lep z widz&#261;cym przeciwnikiem. I zn&#243;w wprawi&#322;a mnie w zdumienie &#347;wietna konstrukcja zagadkowych istot zwanych Z&#322;ywrogami lub Niszczycielami. Zdj&#281;cia anatomiczne cia&#322; przekona&#322;y nas, &#380;e ich serce by&#322;o nie tylko grawitatorem i broni&#261; grawitacyjn&#261;, lecz tak&#380;e doskona&#322;ym nadajnikiem fal przestrzennych.

Olga marzy&#322;a o zorganizowaniu s&#322;u&#380;by dyspozycyjnej &#380;eglugi mi&#281;dzygwiezdnej.

Obecnie zaraz po starcie statek niknie w obszarze nad&#347;wietlnym i nie ma z nim &#380;adnego kontaktu. Wkr&#243;tce to si&#281; zmieni. Dyspozytor na Orze b&#281;dzie wiedzia&#322; wszystko o ka&#380;dym statku bez wzgl&#281;du na to, jaka odleg&#322;o&#347;&#263; go od niego dzieli. Wydawa&#263; rozkazy gwiazdolotom znajduj&#261;cym si&#281; na przeciwleg&#322;ym kra&#324;cu Wszech&#347;wiata i natychmiast uzyskiwa&#263; odpowiedzi! W g&#322;owie si&#281; kr&#281;ci Czy&#380; to nie wspania&#322;e?

A ja wspomina&#322;em Andre t&#281;skni&#261;cego za &#379;ann&#261; i nigdy nie widzianym Olegiem. O ile pi&#281;kniejsze by&#322;oby jego &#380;ycie, gdyby m&#243;g&#322; komunikowa&#263; si&#281; z ukochanymi, gdyby nie czu&#322; si&#281; od nich odci&#281;ty, zamkni&#281;ty w obcym &#347;wiecie. Czy&#380; mo&#380;liwo&#347;&#263; natychmiastowego pokonywania niewyobra&#380;alnych przestrzeni nie jest urzeczywistnieniem odwiecznych ludzkich marze&#324; o wszechobecno&#347;ci?

S&#322;ucha&#263; Ziemi! powiedzia&#322;em. Widzie&#263; Ziemi&#281;! Zawsze by&#263; razem z Ziemi&#261;!



19

P&#243;&#378;niej nast&#261;pi&#322;o to, co ju&#380; wielokrotnie zdarza&#322;o si&#281; w trakcie naszej kosmicznej Odysei i co od dawna winno spowszednie&#263;, a mimo to za ka&#380;dym razem zaskakiwa&#322;o majestatem i pi&#281;knem.

Podw&#243;jna gromada gwiezdna Chi i Psi Perseusza, matowa mgie&#322;ka od roku nie zmieniaj&#261;ca ani kszta&#322;tu, ani wielko&#347;ci, ani jasno&#347;ci, nagle o&#380;y&#322;a i zacz&#281;&#322;a rosn&#261;&#263;. Skupisko zmienia&#322;o si&#281; w oczach, p&#281;cznia&#322;o, rozpe&#322;za&#322;o si&#281; jaskrawymi gwiazdami, ogromnia&#322;o. Nasta&#322;a wreszcie chwila, kiedy ca&#322;a przednia p&#243;&#322;kula pokry&#322;a si&#281; s&#322;o&#324;cami Perseusza i tylko z ty&#322;u zosta&#322;y gwiazdy z innych gromad. Potem r&#243;wnie&#380; i one znikn&#281;&#322;y. Znale&#378;li&#347;my si&#281; wewn&#261;trz gwiazdozbioru.

Dy&#380;uruj&#261;cy w owej znamiennej godzinie Osima zacz&#261;&#322; zmniejsza&#263; pr&#281;dko&#347;&#263;.

Wtargn&#281;li&#347;my do jednego z najwi&#281;kszych skupisk gwiezdnych Galaktyki, wyra&#378;nie rozpadaj&#261;cego si&#281; na dwa zespo&#322;y cia&#322;. Niebo wzd&#322;u&#380; r&#243;wnika sfery gwiezdnej przecina&#322;o ciemniejsze pasmo, oddzielaj&#261;ce te zespo&#322;y od siebie, jednak s&#322;o&#324;c w tym ciemnym pa&#347;mie by&#322;o znacznie wi&#281;cej ni&#380; w najja&#347;niejszym wycinku ziemskiego niebosk&#322;onu. Niebo obu skupisk p&#322;on&#281;&#322;o tak jaskrawym &#347;wiat&#322;em, &#380;e bez trudu rozr&#243;&#380;nia&#322;em litery na formularzach obserwacyjnych. W Perseuszu nie ma nigdy naprawd&#281; ciemnych nocy.

Z ostro&#380;no&#347;ci lecieli&#347;my w r&#243;wnikowej strefie ciemno&#347;ci, nie wychodz&#261;c z obszaru nad&#347;wietlnego.

Kilka dni min&#281;&#322;o bez niespodzianek: &#380;adna gwiazda nie sygnalizowa&#322;a swojej obecno&#347;ci, my sami te&#380; nikogo nie zauwa&#380;yli&#347;my. Wok&#243;&#322; wielu s&#322;o&#324;c obraca&#322;y si&#281; planety, lecz znajdowa&#322;y si&#281; one bardzo daleko od nas.

P&#243;&#378;niej odbiorniki fal przestrzennych zarejestrowa&#322;y s&#322;abe impulsy. Okresowo dobiegaj&#261;ce do nas zg&#281;szczenia i rozrzedzenia przestrzeni uk&#322;ada&#322;y si&#281; w ci&#261;gle to samo zdanie. Za&#322;o&#380;yli&#347;my, &#380;e jest to pytanie: Kim jeste&#347;cie?, gdy&#380; o to w&#322;a&#347;nie powinni przede wszystkim zapyta&#263; nieznani korespondenci. Deszyfratory, wzi&#261;wszy za podstaw&#281; taki odczyt, sporz&#261;dzi&#322;y wst&#281;pny kod. Kod niewiele si&#281; r&#243;&#380;ni&#322; od dotychczas u&#380;ywanych przez nasze maszyny. Sta&#322;o si&#281; jasne, &#380;e zdo&#322;amy porozumie&#263; si&#281; z nieznanymi istotami wysy&#322;aj&#261;cymi sygna&#322;y przestrzenne.

Chcia&#322;em ju&#380; nawi&#261;zywa&#263; &#322;&#261;czno&#347;&#263;, ale Olga obawia&#322;a si&#281;, &#380;e to mo&#380;e by&#263; prowokacja przeciwnik&#243;w, kt&#243;rzy staraj&#261; si&#281; pozna&#263; nasze tajemnice. Wi&#281;kszo&#347;&#263; za&#322;ogi j&#261; popar&#322;a.

Mia&#322;em inne zdanie i wraz z Leonidem, kt&#243;ry si&#281; ze mn&#261; zgadza&#322;, przekonali&#347;my w&#261;tpi&#261;cych. Z&#322;ywrogi nie b&#281;d&#261; przed czasem pokazywa&#263;, &#380;e nas zauwa&#380;y&#322;y m&#243;wili&#347;my. Ich bro&#324; dzia&#322;a na niewielkie dystanse, postaraj&#261; si&#281; wi&#281;c, aby&#347;my si&#281; do nich maksymalnie zbli&#380;yli. Nie wiemy, kto szuka z nami kontaktu, ale nie mog&#261; to by&#263; wrogowie!

Jako podstawy naszego kodu u&#380;yli&#347;my, podobnie jak nasi poprzednicy przy spotkaniach z istotami rozumnymi, tablicy pierwiastk&#243;w. W nast&#281;pnych dniach generatory fal przestrzennych nadawa&#322;y je we wszystkich kierunkach, z jakich dociera&#322;y do nas sygna&#322;y. By&#322;em przekonany, &#380;e po zako&#324;czeniu tej transmisji zaczn&#261; nadawa&#263; obcy.

Nie pomyli&#322;em si&#281;. Natychmiast po wy&#322;&#261;czeniu naszych nadajnik&#243;w w przestrzeni pojawi&#322;y si&#281; nowe fale. Nios&#322;y one jednak nie wiadomo&#347;&#263; przeznaczon&#261; dla nas, lecz raczej jakie&#347; rozmowy wewn&#281;trzne. Nieznane istoty pyta&#322;y i odpowiada&#322;y, o czym&#347; si&#281; nawzajem przekonywa&#322;y (tak przynajmniej mi si&#281; wydawa&#322;o, a MUK nie zaprzecza&#322; tej mo&#380;liwo&#347;ci). Wdzierali&#347;my si&#281; w g&#322;&#261;b skupiska stokrotnie wyprzedzaj&#261;c &#347;wiat&#322;o, a doko&#322;a niespokojnie pulsowa&#322;a przestrze&#324;, zastanawiaj&#261;c si&#281;, kim jeste&#347;my.

Skr&#281;camy w lewo powiedzia&#322;a kt&#243;rego&#347; dnia Olga, w czasie naszego wsp&#243;lnego dy&#380;uru. B&#281;dziemy bada&#263; skupisko Chi, kt&#243;re zawiera wi&#281;cej gwiazd ni&#380; skupisko Psi. Czy masz jakie&#347; nowe wiadomo&#347;ci?

Na razie nie odpar&#322;em. Tajemnicze rozmowy trwaj&#261;. Zapisujemy zak&#322;&#243;cenia g&#281;sto&#347;ci przestrzeni i po rozszyfrowaniu j&#281;zyka zdo&#322;amy odczyta&#263; tre&#347;&#263; transmisji.

Tego dnia Niebianie ponownie zwr&#243;cili si&#281; bezpo&#347;rednio do nas. Zrozumia&#322;em to natychmiast po przejrzeniu zapisu Nasi korespondenci wyliczali pierwiastki, powtarzaj&#261;c w swoim j&#281;zyku nasz&#261; niedawn&#261; transmisj&#281;. Deszyfratory przekszta&#322;ci&#322;y wst&#281;pny szkic kodu w precyzyjny s&#322;ownik. Od tej chwili mieli&#347;my wsp&#243;lny j&#281;zyk.

Podyktowa&#322;em telegram zaaprobowany przez ca&#322;&#261; za&#322;og&#281;: Lecimy z daleka. W Plejadach zaatakowa&#322;o nas osiemna&#347;cie statk&#243;w kosmicznych. Widzieli&#347;my potworne zniszczenia uk&#322;ad&#243;w planetarnych, gdzie dawniej kwit&#322;o &#380;ycie rozumne.

Byli&#347;my wraz z Olg&#261; w laboratorium fal przestrzennych, kiedy nadesz&#322;a nowa depesza. Deszyfratory Niebian pracowa&#322;y nie gorzej od naszych. Korespondenci przekazali lakoniczny tekst: Zrozumieli&#347;my. Niezw&#322;ocznie zawracajcie. Grozi wam zguba. Uciekajcie pe&#322;n&#261; moc&#261; silnik&#243;w.

Spojrza&#322;em wstrz&#261;&#347;ni&#281;ty na poblad&#322;&#261; Olg&#281;. Nie mog&#322;em wydusi&#263; z siebie s&#322;owa.

Co to znaczy? zacz&#261;&#322;em wreszcie, ale nie zdo&#322;a&#322;em sko&#324;czy&#263;.

Rykn&#281;&#322;a syrena alarmu bojowego. Leonid i Osima wzywali nas do ster&#243;wki.



20

Po og&#322;oszeniu alarmu bojowego informacje o sytuacji wok&#243;&#322; statku, w normalnych warunkach docieraj&#261;ce jedynie do ster&#243;wki, przekazuje si&#281; wszystkim cz&#322;onkom za&#322;ogi, a MUK nieustannie sumuje i uog&#243;lnia ich opinie. W takich chwilach dow&#243;dc&#261; staje si&#281; zesp&#243;&#322; ludzki i nominalny dow&#243;dca dysponuje w&#322;adz&#261; jedynie w takim zakresie, jaki niezb&#281;dny jest do realizacji kolektywnej woli za&#322;ogi, w kt&#243;rej jego osobista wola spe&#322;nia rol&#281; wa&#380;n&#261;, lecz nie decyduj&#261;c&#261;.

Leonid by&#322; ponury, ale spokojny. Osima wygl&#261;da&#322; na zdenerwowanego. Zaj&#281;li&#347;my swoje miejsca i Osima powiedzia&#322;:

Szli&#347;my z pr&#281;dko&#347;ci&#261; stu dziesi&#281;ciu jednostek. Rozkaza&#322;em automatom zmniejszy&#263; pr&#281;dko&#347;&#263; o dwadzie&#347;cia procent. Po wyhamowaniu okaza&#322;o si&#281;, &#380;e szybko&#347;&#263; wynosi nie osiemdziesi&#261;t dziewi&#281;&#263;, lecz dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t sze&#347;&#263; jednostek. Wok&#243;&#322; nas samorzutnie znika przestrze&#324; w tempie oko&#322;o siedmiu jednostek &#347;wietlnych.

Olga zamy&#347;li&#322;a si&#281;. Tajemnicze nikni&#281;cie przestrzeni mog&#322;o mie&#263; zwi&#261;zek z odebranym przez nas gro&#378;nym ostrze&#380;eniem. Ale czemu kto&#347; przyspiesza nasz lot, skoro i tak idziemy w obszarze nad&#347;wietlnym?

Musimy zdecydowa&#263; powiedzia&#322;a wreszcie co teraz robi&#263;. Zag&#322;&#281;bia&#263; si&#281; nadal w skupisko gwiezdne, czy te&#380; wycofa&#263; si&#281;, jak radz&#261; nieznani przyjaciele?

Lub wrogowie zaoponowa&#322; Leonid. Nie jestem przekonany, &#380;e depesza pochodzi od przyjaci&#243;&#322;. Proponuj&#281; kontynuowa&#263; rejs.

MUK zawiadomi&#322;, &#380;e za&#322;oga popiera Leonida. Przykro by&#322;o po d&#322;ugiej podr&#243;&#380;y ucieka&#263; przed nie wiadomo czym. Na Ziemi nie zrozumiano by zreszt&#261; takiego post&#281;powania. Nawet nowy telegram naszych zagadkowych korespondent&#243;w: Macie jeszcze czas na ratunek! Wracajcie, bo mkniecie ku zgubie! nie zmieni&#322; naszej decyzji. Nada&#322;em tylko nasz&#261; odpowied&#378;: Kontynuuj&#281; rejs. Na czym polega niebezpiecze&#324;stwo?

P&#243;ki b&#281;d&#261; si&#281; zastanawia&#263;, sami postaramy si&#281; zrozumie&#263;, co si&#281; dzieje powiedzia&#322;a Olga. Trzeba b&#281;dzie zmienia&#263; pr&#281;dko&#347;ci. Na pocz&#261;tek dodamy ze trzydzie&#347;ci jednostek.

Po wykonaniu przez automaty rozkazu mieli&#347;my sto dwadzie&#347;cia jednostek. Nie zaobserwowali&#347;my dodatkowej anihilacji przestrzeni. Je&#347;li poprzednio kto&#347; stara&#322; si&#281; przyspieszy&#263; nasz lot, to obecna pr&#281;dko&#347;&#263; mu odpowiada&#322;a.

Zwolnijmy teraz o te same trzydzie&#347;ci jednostek, ale etapami rozkaza&#322;a Olga.

Na rubie&#380;y stokrotnej pr&#281;dko&#347;ci &#347;wiat&#322;a pojawi&#322;y si&#281; oznaki zewn&#281;trznej ingerencji. W miar&#281; hamowania ta ingerencja nasila&#322;a si&#281;. Szybko&#347;&#263; w&#322;asna statku zmniejszy&#322;a si&#281; do sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu jednostek, natomiast pr&#281;dko&#347;&#263; sumaryczna wynosi&#322;a siedemdziesi&#261;t pi&#281;&#263; jednostek &#347;wietlnych, a wi&#281;c kto&#347; dodawa&#322; nam pi&#281;tna&#347;cie jednostek. Przez jaki&#347; czas lecieli&#347;my z t&#261; pr&#281;dko&#347;ci&#261;, nie zmniejszali&#347;my w&#322;asnej i nie dodawano nam zewn&#281;trznej. Wrogowie &#347;cie&#347;niaj&#261; &#347;wiat przypomnia&#322;em sobie komunikat przekazany przez Spychalskiego na Ziemi&#281;. Oto ich &#347;cie&#347;nianie &#347;wiata, my&#347;la&#322;em. Wygrzebuj&#261; w&#322;asn&#261; przestrze&#324; gwiezdn&#261;, aby podprowadzi&#263; nas na dystans ciosu grawitacyjnego. Ryzykuj&#261; r&#243;wnowag&#281; kosmiczn&#261; swojego &#347;wiatka, aby tylko zniszczy&#263; przeciwnika.

Anihilatory nap&#281;dowe stop! powiedzia&#322;a Olga. Wyhamowa&#263; lot swobodny!

Wkr&#243;tce nie wydatkowywali&#347;my na ruch ani jednego alberta, a gwiazdolot p&#281;dzi&#322; naprz&#243;d z pr&#281;dko&#347;ci&#261; dwudziestu pi&#281;ciu jednostek &#347;wietlnych. Kto&#347; intensywnie poch&#322;ania&#322; le&#380;&#261;c&#261; na naszej drodze przestrze&#324;.

Odbiorniki pochwyci&#322;y nowy komunikat. Tym razem trudno go by&#322;o rozszyfrowa&#263;. Pojawi&#322;y si&#281; zak&#322;&#243;cenia, jedna fala nak&#322;ada&#322;a si&#281; na drug&#261;. Wpadli&#347;cie do sto&#380;ka &#347;cie&#347;nienia anihilacja do trzydziestu dw&#243;ch &#347;wietlnych jeszcze czas peryferie uciekajcie pe&#322;n&#261; moc&#261; okrutni niestety bezsilni wracajcie

Jasne powiedzia&#322;a Olga. Radz&#261; ucieka&#263;, p&#243;ki mamy jeszcze czas i starcza nam mocy.

Wr&#243;g przyci&#261;gaj&#261;cy nas do siebie zak&#322;&#243;ca transmisj&#281;, aby rady przyjaci&#243;&#322; do nas nie dotar&#322;y doda&#322;em. S&#261;dz&#281;, &#380;e trzeba post&#281;powa&#263; odwrotnie, ni&#380; tego sobie &#380;yczy wr&#243;g kontynuowa&#322;a Olga. W tej sytuacji nale&#380;a&#322;oby chyba jednak wycofa&#263; si&#281; na razie ze skupiska. Wr&#243;ci&#263; tu zawsze zd&#261;&#380;ymy.

Nie rozumiem, czego si&#281; boisz? powiedzia&#322;.

Leonid ze z&#322;o&#347;ci&#261;. W depeszy powiedziano, &#380;e maksymalne &#347;cie&#347;nienie przestrzeni wynosi trzydzie&#347;ci dwie jednostki &#347;wietlne, my za&#347; rozwijamy pi&#281;&#263; tysi&#281;cy jednostek! Je&#347;li zajdzie potrzeba, przebijemy si&#281; przez ich os&#322;on&#281; jak nosoro&#380;ec przez &#347;ciank&#281; namiotu! Nalegam na kontynuowanie wyprawy, gdy&#380; na razie &#380;adne z jej zada&#324; nie zosta&#322;o wykonane!

Leonid &#322;atwo wpada we w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263;, kiedy kto&#347; mu si&#281; opiera. Jego czarna sk&#243;ra szarzeje, oczy robi&#261; si&#281; ca&#322;kiem bia&#322;e, spod uchylonych warg ukazuj&#261; si&#281; z&#281;by. Zawsze te&#380; wybiera spo&#347;r&#243;d wielu mo&#380;liwo&#347;ci t&#281;, kt&#243;ra daje najwi&#281;cej szans na b&#243;jk&#281;. W staro&#380;ytno&#347;ci by&#322;by zapewne wodzem bitnego plemienia. Ale p&#243;ki do walki nie dosz&#322;o, jego rady trzeba traktowa&#263; z wielk&#261; ostro&#380;no&#347;ci&#261;. Zreszt&#261; w tym wypadku sta&#322;em po jego stronie.

Olga zwr&#243;ci&#322;a si&#281; do mnie: Eli, a fale przestrzenne?

Wiedzia&#322;em, co j&#261; niepokoi. Je&#347;li zginiemy, razem z nami przepadnie nasze odkrycie, tak potrzebne ludzko&#347;ci. Ile czasu minie, zanim inni na nie natrafi&#261;? Czy wobec tego mamy prawo poddawa&#263; szalonemu ryzyku jej dobro? Ale kt&#243;&#380; dowi&#243;d&#322;, &#380;e nasze ryzyko jest szale&#324;cze?

Jestem za kontynuowaniem wyprawy. Na razie nie widz&#281; powod&#243;w do paniki.

Niechaj wi&#281;c zn&#243;w MUK si&#281; wypowie powiedzia&#322;a Olga.

MUK o&#347;wiadczy&#322;, &#380;e jedynie dow&#243;dca nalega na powr&#243;t, wszyscy za&#347; pozostali cz&#322;onkowie za&#322;ogi &#380;&#261;daj&#261; kontynuowania rejsu.

Musz&#281; si&#281; wi&#281;c podporz&#261;dkowa&#263; wi&#281;kszo&#347;ci powiedzia&#322;a Olga z trosk&#261; w g&#322;osie.

Leonid uruchomi&#322; anihilatory.



21

Doskonale pami&#281;tam swoje odczucia, kiedy wtargn&#281;li&#347;my w g&#281;stw&#281; ogromnego zbiorowiska gwiezdnego. Nie przypuszcza&#322;em wtedy nawet, &#380;e nasz ryzykowny wypad omal nie zako&#324;czy si&#281; tragicznie dla gwiazdolotu, a ja sam na wiele miesi&#281;cy stan&#281; si&#281; inwalid&#261;. By&#322;em jednak w&#243;wczas w kiepskim nastroju. Spogl&#261;da&#322;em na p&#322;on&#261;c&#261; gwiezdn&#261; sfer&#281; i wszystko mi w duszy a&#380; dr&#380;a&#322;o z niepokoju. &#346;wietnie ten stan pami&#281;tam.

Siedzia&#322;em na zewn&#281;trznym fotelu, obok Leonid, za nim Olga i Osima. Pr&#281;dko&#347;&#263; statku wzrasta&#322;a i wszystko doko&#322;a nieuchwytnie si&#281; zmienia&#322;o. Gwiazdy by&#322;y ju&#380; nie punkcikami, lecz ziarenkami grochu b&#322;yszcz&#261;cymi jak malutkie ksi&#281;&#380;yce. Szczeg&#243;lnie jasne gwiazdy otoczone by&#322;y koronami. G&#281;sto&#347;&#263; gwiazd setki, je&#347;li nie tysi&#261;ce razy przewy&#380;sza&#322;a t&#281;, do jakiej przywykli&#347;my w okolicach Uk&#322;adu S&#322;onecznego. Ale ca&#322;y ten majestat by&#322; gro&#378;ny, emanowa&#322;o ze&#324; tajemnicze niebezpiecze&#324;stwo.

Z zadumy wyrwa&#322; mnie g&#322;os Osimy:

Trajektoria statku wiedzie ku gwie&#378;dzie widocznej obecnie pod k&#261;tem czterdziestu pi&#281;ciu stopni. Wskaza&#322; mi cia&#322;o niebieskie po&#322;yskuj&#261;ce w bok od kursu. Dzieli&#322;o nas od niego kilka lat &#347;wietlnych, lecz jego jasno&#347;&#263; absolutna by&#322;a wy&#380;sza od wszystkich znanych mi dotychczas gwiazd. By&#322; to typowy czerwony superolbrzym. W pobli&#380;u &#347;wieci&#322;y inne, s&#322;absze gwiazdki.

Komputerowi co&#347; si&#281; pomyli&#322;o odezwa&#322; si&#281; Leonid. Nie zamierza&#322;em wcale lecie&#263; kursem ku tej gwie&#378;dzie. Czerwony gigant pozostanie z boku.

Ogl&#261;da&#322;em gwiazd&#281; przez lunet&#281; mno&#380;nika. Okr&#261;&#380;a&#322;y j&#261; trzy planety. Wszystkie trzy wydawa&#322;y mi si&#281; dziwne, gdy&#380; zbyt silnie b&#322;yszcza&#322;y. Analizatory okre&#347;li&#322;y ich sk&#322;ad. Planety by&#322;y metalowe.

W przestrzeni dzia&#322;y si&#281; niezwyk&#322;e rzeczy. Kto&#347; nieustannie nadawa&#322; fale, kto&#347; inny natychmiast je gasi&#322;. Deszyfratory nie potrafi&#322;y sobie poradzi&#263; z pl&#261;tanin&#261; informacji i zak&#322;&#243;ce&#324;. Z niewyobra&#380;alnego chaosu uda&#322;o si&#281; jedynie wydoby&#263; wielokrotnie powtarzane s&#322;owa: Nie wolno!

Nieznani przyjaciele ze wszystkich si&#322; staraj&#261; si&#281; przekaza&#263; nam jak&#261;&#347; wiadomo&#347;&#263;, nieznani wrogowie energicznie temu przeciwdzia&#322;aj&#261; powiedzia&#322;em.

Niew&#261;tpliwie ich wiadomo&#347;&#263; odnosi si&#281; do tej gwiazdy odezwa&#322;a si&#281; Olga. Mamy j&#261; ju&#380; pod k&#261;tem trzydziestu pi&#281;ciu stopni do kursu. Jeste&#347;my na ni&#261; znoszeni, a kto&#347; ostrzega, &#380;e nie wolno tam lecie&#263;.

Nazwijmy j&#261; Gro&#378;n&#261;.

Leonid, przekonawszy si&#281;, &#380;e MUK si&#281; nie myli&#322;, wyr&#243;wna&#322; kurs. Teraz Gro&#378;na zacz&#281;&#322;a si&#281; oddala&#263;. Zdrzemn&#261;&#322;em si&#281; w fotelu.

Kiedy obudzi&#322;em si&#281;, rozdra&#380;niony Leonid spiera&#322; si&#281; z Osun&#261;. Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e przed nami pojawi&#322;a si&#281; grupka gwiazd, czerwonych i bia&#322;ych olbrzym&#243;w r&#243;wnie jasnych jak Gro&#378;na. Znosi nas na nie przy ca&#322;kowicie wy&#322;&#261;czonych anihilatorach, gdy&#380; przestrze&#324; przed nami jest gwa&#322;townie niszczona. MUK ustali&#322;, &#380;e znale&#378;li&#347;my si&#281; w obszarze przestrzeni o wysokim stopniu zakrzywienia i poruszamy si&#281; po krzywej geodezyjnej, zbli&#380;aj&#261;c si&#281; do nieznanego punktu. Zakrzywienie przestrzeni zmienia si&#281; i wygl&#261;da na to, &#380;e nasi wrogowie swobodnie j&#261; reguluj&#261;.

Trzeba zawr&#243;ci&#263; i wyrwa&#263; si&#281; poza krzywizn&#281; nalega&#322; Leonid. Kiedy rozniesiemy w strz&#281;py ich krzywoliniow&#261; metryk&#281;, wrogowie zaprzestan&#261; pr&#243;b dyktowania nam kierunku lotu.

Obawiam si&#281;, &#380;e nie doceniasz ich mo&#380;liwo&#347;ci, ale masz racj&#281;, nie mamy innego wyj&#347;cia jak tylko gwa&#322;townie zmieni&#263; kurs powiedzia&#322;a Olga.

Leonid i Osima wydali odpowiednie rozkazy, a tymczasem Olga kontynuowa&#322;a:

Znale&#378;li&#347;my si&#281; chyba w trudnej sytuacji, Eli. Wiedzia&#322;am wprawdzie, &#380;e Z&#322;ywrogi lepiej od nas pozna&#322;y natur&#281; przyci&#261;gania, ale fakt, &#380;e potrafi&#261; zmienia&#263; metryk&#281; przestrzeni wszech&#347;wiatowej, stanowi dla mnie niespodziank&#281;. My, z naszymi mo&#380;liwo&#347;ciami technicznymi, nie mo&#380;emy na razie nawet o tym marzy&#263;.

No, powiedzmy, &#380;e nie wszech&#347;wiatowej, lecz na razie w&#322;asnej przestrzeni mi&#281;dzygwiezdnej zaoponowa&#322;em. W ich malowniczym skupisku jest tak wiele materii i tak ma&#322;o pustki, &#380;e bez szczeg&#243;lnego trudu mo&#380;na wytworzy&#263; dowoln&#261; krzywizn&#281; w dowolnym punkcie.

Olga spojrza&#322;a na mnie z wyrzutem i pokr&#281;ci&#322;a g&#322;ow&#261;. Nie musia&#322;a tego robi&#263;, sam wiedzia&#322;em, &#380;e nie mam racji.

Manewr Leonida uda&#322; si&#281;. Sztuczna krzywizna przestrzeni zosta&#322;a rozerwana przez anihilatory gwiazdolotu. Szczerz&#261;ca na nas z&#281;by grupka gwiazd nazwa&#322;em j&#261; Niedobr&#261; potoczy&#322;a si&#281; w prawo. Analizatory donios&#322;y, &#380;e przestrze&#324; na nowej trasie ma&#322;o r&#243;&#380;ni si&#281; od euklidesowej. Leonid triumfowa&#322;. Nasz statek nie na darmo nazywano Gwiezdnym P&#322;ugiem! Wszystkie konstrukcje i struktury przestrzeni, zwane metryk&#261;, trzeszcz&#261; i rozpadaj&#261; si&#281; tam, gdzie on przejdzie.

Olga zirytowa&#322;a si&#281;:

Wcale nie jestem przekonana, &#380;e krzywizn&#281; przestrzeni my zniszczyli&#347;my!

Ale&#380; to oczywiste, Olgo!

Nic podobnego. Zak&#322;&#243;cenia metryki przestrzennej wywo&#322;ywane s&#261; przez jaki&#347; supergigantyczny mechanizm. Wyobra&#378; sobie, &#380;e po naszej zmianie kursu mechanizm ten zosta&#322; unieruchomiony.

Dlaczego? Czy potrafisz wyt&#322;umaczy&#263; dlaczego? W ka&#380;dym razie domy&#347;lam si&#281;. Zawr&#243;cili&#347;my akurat w t&#281; stron&#281;, w kt&#243;r&#261; nas si&#281; zwabia, i teraz wystarczy prosta droga, aby&#347;my wpadli w pu&#322;apk&#281;.

Nawet Leonid si&#281; przerazi&#322;. Zamilk&#322; i wbi&#322; ponury wzrok w ekrany. Na ekranach widnia&#322;o czarne niebo rozp&#322;omienione wielkimi gwiazdami. Takie samo niebo by&#322;o po lewej, gdzie zosta&#322;a Gro&#378;na, i po prawej, sk&#261;d uciekli&#347;my, aby nie wpa&#347;&#263; w gwiazdozbi&#243;r Niedobrej.

Id&#378;cie odpocz&#261;&#263; powiedzia&#322;a Olga do Leonida i do mnie. Minie wiele godzin, zanim wyja&#347;ni si&#281;, co nas czeka na nowej drodze.

Poszli&#347;my do jadalni. Jedli&#347;my w milczeniu, zatopieni w nieweso&#322;ych my&#347;lach. Przy naszym stoliku usiad&#322;o dw&#243;ch mechanik&#243;w z anihilatorni. Leonid powiedzia&#322;:

Te diabelskie Z&#322;ywrogi s&#261; sprytniejsze, ni&#380; s&#261;dzi&#322;em.

Zmusz&#261; nas do szybkiego zu&#380;ycia wszystkich zapas&#243;w substancji aktywnej zauwa&#380;y&#322; jeden z mechanik&#243;w, m&#322;ody i weso&#322;y, z gatunku tych, kt&#243;rzy w ka&#380;dej przygodzie widz&#261; jedynie jej dobr&#261; stron&#281;. Zbyt cz&#281;sto zmieniali&#347;my dzi&#347; szybko&#347;ci i kursy.

Podejmowali&#347;cie decyzj&#281; razem ze mn&#261; rozz&#322;o&#347;ci&#322; si&#281; Leonid. By&#322; tak zdenerwowany, &#380;e obawia&#322;em si&#281;, i&#380; wywo&#322;a k&#322;&#243;tni&#281;.

Poparli&#347;my pa&#324;sk&#261; decyzj&#281; dow&#243;dcy. Prosz&#281; nie my&#347;le&#263;, &#380;e protestuj&#281;. Po prostu my&#347;l&#281; o przysz&#322;o&#347;ci.

Drugi z mechanik&#243;w, chudy, ponury, z wielkim nosem i cienkimi wargami, g&#322;osu nie zabiera&#322;, ale by&#322;o jasne, &#380;e zgadza si&#281; z koleg&#261;. Leonid poszed&#322; do swojej kabiny. W&#261;tpi&#281;, aby mu si&#281; dobrze odpoczywa&#322;o.

Zacz&#261;&#322;em zagl&#261;da&#263; kolejno do wszystkich pomieszcze&#324; statku. Odbiorniki fal przestrzennych nadal zapisywa&#322;y nie rozszyfrowany chaos informacji i zak&#322;&#243;ce&#324;. Sala obserwacyjna by&#322;a pe&#322;na wolnych od wachty astronaut&#243;w. Zawo&#322;ano mnie. Mia&#322;em prawo wst&#281;pu do ster&#243;wki, a wi&#281;c ponosi&#322;em odpowiedzialno&#347;&#263; za to, co si&#281; tam dzia&#322;o.

Znacie sytuacj&#281;, ch&#322;opcy odpowiedzia&#322;em na grad pyta&#324; sypi&#261;cych si&#281; ze wszystkich stron. Kr&#281;cimy si&#281; mi&#281;dzy tymi diabelskimi gwiazdami i nie mo&#380;emy si&#281; wyrwa&#263;.

MUK za&#380;&#261;da&#322; nowej decyzji. Wielotysi&#281;czne skupisko Chi sk&#322;ada&#322;o si&#281; z mn&#243;stwa ma&#322;ych gromadek licz&#261;cych po dziesi&#281;&#263; do dwudziestu gwiazd. Zn&#243;w byli&#347;my znoszeni na jedn&#261; z takich grupek. Analizatory sygnalizowa&#322;y znikanie przestrzeni na trasie i znaczne zakrzywienie jej metryki.

Olga poprosi&#322;a o zgod&#281; na zmian&#281; kursu.

Obecni na sali obserwacyjnej milczeli. MUK po zsumowaniu naszych my&#347;lowych opinii zameldowa&#322;, &#380;e za&#322;oga zgadza si&#281; z dow&#243;dc&#261;. Trzecia zmiana kursu podzia&#322;a&#322;a na wszystkich przygn&#281;biaj&#261;co. Nawet optymi&#347;ci poj&#281;li, &#380;e dzieje si&#281; co&#347; niedobrego.

Poszed&#322;em do parku i siad&#322;em na &#322;awce. W parku by&#322;a wiosna, prawdziwa ziemska wiosna. Siedem p&#243;r roku przemin&#281;&#322;o od chwili, kiedy wyl&#261;dowa&#322;em na rakietodromie tego statku. Zaledwie siedem p&#243;r, nieca&#322;e dwa lata, a wyda&#322;o mi si&#281;, &#380;e przesz&#322;y stulecia, tak bardzo zmieni&#322;em si&#281; wewn&#281;trznie.

Nade mn&#261; kwit&#322;a brz&#243;zka, z jej li&#347;ci spada&#322;y lepkie krople spadzi. Wok&#243;&#322; pnia utworzy&#322; si&#281; wilgotny kr&#261;g. W koronie niziutkiej jab&#322;oni, w&#347;r&#243;d bia&#322;ych kwiat&#243;w wi&#347;ni i moreli miarowo brz&#281;cza&#322;y pszczo&#322;y. Gdy si&#281; zamkn&#281;&#322;o oczy, mo&#380;na by&#322;o pomyli&#263; drzewa z dzia&#322;aj&#261;cym anihilatorem, kt&#243;ry wydaje taki sam brz&#281;kliwy pomruk. Zrobi&#322;o mi si&#281; duszno od nieruchomego aromatu kwitn&#261;cych drzew, cierpkiego zapachu brz&#243;zki i silnej woni bz&#243;w nad stawem. Poprosi&#322;em w my&#347;li o wietrzyk. Wietrzyk nadlecia&#322; szumi&#261;c w ga&#322;&#281;ziach i trawie, wszystko doko&#322;a zako&#322;ysa&#322;o si&#281;, dusz&#261;cy aromat znik&#322;. Otworzy&#322;em oczy i wpatrzy&#322;em si&#281; w male&#324;ki &#347;wiatek parku, tak doskonale imituj&#261;cy dalek&#261; Ziemi&#281;. Tylko te pszczo&#322;y, brz&#281;cz&#261;ce jak anihilatory Taniewa

Wzdrygn&#261;&#322;em si&#281;. Wsta&#322;em i poszed&#322;em do siebie. W kabinie zacz&#261;&#322;em przegl&#261;da&#263; pisma ofiarowane mi przez Allana. Z dziwnym uczuciem czyta&#322;em o trudno&#347;ciach i obawach kosmonaut&#243;w z dwudziestego pierwszego wieku. Mkn&#281;li w wielkiej ciszy kosmosu czuj&#261;c si&#281; niezmiernie samotnie, je&#347;li o miliard kilometr&#243;w nie po&#322;yskiwa&#322;a go&#347;cinna planetka ze stacj&#261; kosmiczn&#261;. Jaki zreszt&#261; niezmierny wydawa&#322; im si&#281; ten &#380;a&#322;osny miliard kilometr&#243;w! Nie, dzisiejsze trudno&#347;ci nie dadz&#261; si&#281; por&#243;wna&#263; z &#243;wczesnymi. Boimy si&#281; dzisiaj nie pustki i milczenia, lecz raczej tego, &#380;e kosmos jest g&#281;sto zaludniony niebezpiecznymi istotami. P&#243;&#378;niej zawstydzi&#322;em si&#281;, &#380;e tak my&#347;l&#281;. Ka&#380;da epoka ma swoje problemy i swoje bohaterskie czyny.

Zdrzemn&#261;&#322;em si&#281; nad czasopismami. Zbudzi&#322; mnie sygna&#322; wywo&#322;ania. Leonid wzywa&#322; mnie do ster&#243;wki.

Leonid by&#322; a&#380; szary z podniecenia. W ci&#261;gu kilku dni sp&#281;dzonych w Perseuszu wychud&#322; tak, jak w staro&#380;ytno&#347;ci ludzie chudli w czasie choroby. G&#322;os mu dr&#380;a&#322; z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci:

Zn&#243;w nas niesie na Gro&#378;n&#261;! Zrobili&#347;my w tym piekielnym skupisku zamkni&#281;t&#261; p&#281;tl&#281;!



22

Sens jego s&#322;&#243;w nie od razu do mnie doszed&#322;. W pierwszej chwili zrozumia&#322;em tylko, &#380;e Leonid jest szalenie zdenerwowany i &#380;e w tym stanie nie powinien dowodzi&#263; statkiem.

Zastan&#243;wmy si&#281;, a potem b&#281;dziemy decydowa&#263; powiedzia&#322;em i przesuwaj&#261;c lornet&#261; po gwiezdnej sferze, umy&#347;lnie nie spieszy&#322;em si&#281; z wnioskami, aby da&#263; mu czas na uspokojenie. W mno&#380;niku ukaza&#322; si&#281; obraz podobny do tego, jaki widzieli&#347;my przelatuj&#261;c po raz pierwszy obok Gro&#378;nej. Od jaskrawej gwiazdy zn&#243;w dzieli&#322;y nas miesi&#261;ce &#347;wiat&#322;a. W obszarze nad&#347;wietlnym przestrze&#324; by&#322;a czysta. Je&#347;li nawet Z&#322;ywrogi przygotowywa&#322;y napad, to najwyra&#378;niej si&#281; z nim nie spieszy&#322;y.

Trzeba zawraca&#263; powiedzia&#322; Leonid. Dok&#261;d zawraca&#263; i co to da? Jak d&#322;ugo b&#281;dziemy b&#322;&#261;dzi&#263;? Opowiedzia&#322; mi nast&#281;pnie, &#380;e na dy&#380;urze Olgi i Osimy przestrze&#324; zn&#243;w zacz&#281;&#322;a si&#281; zakrzywia&#263;, z godziny na godzin&#281; zmienia&#263; swoj&#261; metryk&#281;. W rezultacie kurs zosta&#322; przymusowo zniekszta&#322;cony i zamiast pozostawi&#263; Gro&#378;n&#261; daleko po prawej, p&#281;dzimy prosto na ni&#261;.

Do gwiazdy jest jeszcze daleko zauwa&#380;y&#322;em. Mamy czas do namys&#322;u. Na wszelki wypadek nale&#380;y si&#281; przygotowa&#263; do odparcia atak&#243;w grawitacyjnych.

Leonid zastopowa&#322; anihilatory nap&#281;dowe. Od tej chwili lecieli&#347;my jedynie dlatego, &#380;e kto&#347; przed nami niszczy&#322; przestrze&#324;. Za jakie&#347; trzy doby, je&#380;eli nic si&#281; nie zmieni, wlecimy pro&#347;ciutko do uk&#322;adu planetarnego Gro&#378;nej.

Je&#347;li dam ca&#322;&#261; wstecz, ich anihilatory nas nie zatrzymaj&#261; powiedzia&#322; Leonid.

Nikt nas nie b&#281;dzie zatrzymywa&#322;. Przy biegu wstecznym powr&#243;cimy do centrum skupiska, a o to im chodzi. Zapominasz jeszcze o jednym, Leonidzie. Anihilatory maj&#261; wprawdzie s&#322;absze od naszych, ale potrafi&#261; zmienia&#263; metryk&#281; przestrzeni i zadawa&#263; mia&#380;d&#380;&#261;ce ciosy grawitacyjne. Je&#380;eli zastosuj&#261; te obie mo&#380;liwo&#347;ci naraz, na zdrowie nam to nie wyjdzie!

W ster&#243;wce zjawi&#322;a si&#281; Olga wraz z Osim&#261;. Sytuacja by&#322;a zbyt gro&#378;na, aby przestrzega&#263; kolejno&#347;ci dy&#380;ur&#243;w. Ich plan jest oczywisty powiedzia&#322;a Olga.

B&#281;d&#261; nas rzuca&#263; od gwiazdy do gwiazdy, p&#243;ki nie wyczerpiemy zapas&#243;w substancji aktywnej. W&#243;wczas bez trudu naprowadz&#261; nas pod salw&#281; grawitacyjn&#261; z jakiego&#347; uk&#322;adu planetarnego.

Je&#347;li oni si&#281; nie spiesz&#261;, to i my nie musimy si&#281; gor&#261;czkowa&#263; zauwa&#380;y&#322;em. Przybyli&#347;my do Perseusza, aby dowiedzie&#263; si&#281; o nim mo&#380;liwie najwi&#281;cej, a na razie tylko miotamy si&#281; bez sensu i celu. Spr&#243;bujmy kontynuowa&#263; kurs na Gro&#378;n&#261; i dowiedzie&#263; si&#281;, czym ona w ko&#324;cu jest.

Troch&#281; to niebezpieczne, ale musimy spr&#243;bowa&#263;.

Przez ca&#322;&#261; noc i po&#322;ow&#281; nast&#281;pnego dnia gwiazdolot z wy&#322;&#261;czonymi anihilatorami mkn&#261;&#322; ku z&#322;owieszczej gwie&#378;dzie.

W przestrzeni optycznej zewn&#281;trznej planety kr&#261;&#380;owniki przeciwnika zameldowa&#322; w po&#322;udnie komputer.

Obserwowa&#322;em przez mno&#380;nik metalowe planety. Dwie wewn&#281;trzne by&#322;y z o&#322;owiu, trzecia za&#347;, zewn&#281;trzna, b&#322;yszcza&#322;a pow&#322;ok&#261; ze z&#322;ota. Pole ci&#281;&#380;ko&#347;ci wok&#243;&#322; Z&#322;otej by&#322;o tysi&#261;ckrotnie wi&#281;ksze od tego, jakie powinno dzia&#322;a&#263;, gdyby planeta sk&#322;ada&#322;a si&#281; ca&#322;kowicie ze z&#322;ota: jej j&#261;dro najwidoczniej zawiera&#322;o superg&#281;st&#261; plazm&#281;. Pola grawitacyjne pozosta&#322;ych planet nie odbiega&#322;y od normy.

Okr&#281;ty przeciwnika kr&#261;&#380;y&#322;y wok&#243;&#322; Z&#322;otej po orbitach sztucznych satelit&#243;w. Nie r&#243;&#380;ni&#322;y si&#281; niczym od tych, kt&#243;re zaatakowa&#322;y nas w Plejadach. Policzy&#322;em je: kr&#261;&#380;ownik&#243;w by&#322;o dziesi&#281;&#263;.

Ciekawe, gdzie one teraz naprawd&#281; s&#261;? powiedzia&#322;a Olga. Przecie&#380; dzieli nas od nich oko&#322;o trzech tygodni &#347;wietlnych. Widzimy wizerunek przesz&#322;o&#347;ci.

W obszarze nad&#347;wietlnym ich nie ma, bo przyrz&#261;dy niczego nie wykazuj&#261;. Nie obawiaj si&#281;, Olgo. Nikt nas na razie nie atakuje.

Znacznie uwa&#380;niej ni&#380; w Z&#322;ot&#261; wpatrywa&#322;em si&#281; w dwie planety wewn&#281;trzne. Zna&#322;em je. Obrazy tych glob&#243;w Andre rozszyfrowa&#322; w przed&#347;miertnych widzeniach g&#322;owookiego. Sm&#281;tna metalowa r&#243;wnina, metalowe g&#243;ry i metalowe konstrukcje podobne do budynk&#243;w Gdzie&#347; tam, na martwych o&#322;owianych polach, w g&#322;&#281;bi o&#322;owianych g&#243;r cierpi&#261; wi&#281;&#378;niowie. Mo&#380;e nawet Andre jest w&#347;r&#243;d nich

Automaty zarejestrowa&#322;y wszystko, co mo&#380;na dojrze&#263;. Pora zawraca&#263; powiedzia&#322; Leonid.

Uruchomi&#322; wsteczny ci&#261;g anihilator&#243;w. Przez chwil&#281; wisieli&#347;my nieruchomo, pokonuj&#261;c si&#322;y zasysaj&#261;ce nas ku Z&#322;otej, gdy&#380; w&#322;a&#347;nie na niej znajdowa&#322;y si&#281; urz&#261;dzenia niszcz&#261;ce przestrze&#324;, a p&#243;&#378;niej wyrwali&#347;my si&#281; z przepa&#347;ci, w kt&#243;r&#261; chciano nas zepchn&#261;&#263;. Leonid nieustannie zwi&#281;ksza&#322; pr&#281;dko&#347;&#263; i wkr&#243;tce mieli&#347;my tysi&#261;c jednostek &#347;wietlnych. Olga zwr&#243;ci&#322;a mu uwag&#281;, &#380;e w&#347;r&#243;d g&#281;sto rozsianych gwiazd takie tempo jest niebezpieczne.

Leonid odwarkn&#261;&#322;:

Od najbli&#380;szej gwiazdy dziel&#261; nas miesi&#261;ce &#347;wietlne. Trzeba ucieka&#263; jak najdalej od tych metalowych gwiazd i w og&#243;le z tego skupiska!

Jeszcze niedawno rwa&#322;e&#347; si&#281; tu ze wszystkich si&#322; przypomnia&#322;a Olga. Wreszcie zrozumia&#322;e&#347;, &#380;e nie jeste&#347;my przygotowani do podr&#243;&#380;y po tym niebezpiecznym rejonie. A jak ty uwa&#380;asz, Eli?

Pomy&#347;la&#322;em, &#380;e nadzieja na &#322;atwe znalezienie Andre w gwiezdnym legowisku naszych wrog&#243;w by&#322;a co najmniej naiwna. On oczywi&#347;cie &#380;yje, bo porwano go nie po to, aby od razu zabi&#263;, ale mo&#380;e znajdowa&#263; si&#281; na ka&#380;dej z tysi&#281;cy planet i nie wiadomo na kt&#243;rej. Jeden gwiazdolot nie zdo&#322;a walczy&#263; ze wszystkimi planetami naraz, nie zdo&#322;a nawet dotrze&#263; do ka&#380;dej z nich!

G&#322;osuj&#281; za powrotem rzek&#322;em.

Zapytajmy o zdanie za&#322;og&#281;, a potem pomy&#347;limy, jak&#261; drog&#261; ucieka&#263; powiedzia&#322;a Olga. Wed&#322;ug mnie najlepszym wyj&#347;ciem jest rejon Gro&#378;nej, za kt&#243;r&#261; rozpo&#347;ciera si&#281; pusty kosmos, sk&#261;d przybyli&#347;my.

W czasie, kiedy MUK ankietowa&#322; cz&#322;onk&#243;w za&#322;ogi, oddalali&#347;my si&#281; od metalowych planet. Z przodu pojawi&#322;a si&#281; nowa grupka gwiazd, na kt&#243;rej te&#380; nas chyba oczekiwano, bo kurs statku zacz&#261;&#322; si&#281; odchyla&#263; w tamt&#261; stron&#281;. Za&#322;oga popar&#322;a decyzj&#281; Olgi. Leonid powesela&#322; i zawr&#243;ci&#322; w kierunku Gro&#378;nej.

Tak szybko przemkniemy obok tej paskudnej planety, &#380;e Z&#322;ywrogi nawet nie zd&#261;&#380;&#261; mrugn&#261;&#263; swymi g&#322;owooczami powiedzia&#322; z zapa&#322;em. Zamierzam pobi&#263; teraz wszystkie w&#322;asne rekordy pr&#281;dko&#347;ci.

Natychmiast przyst&#261;pi&#322; do spe&#322;niania swego zamia ru. Anihilatory nap&#281;dowe ruszy&#322;y jeden za drugim. Po&#380;eracz Przestrzeni jeszcze nigdy nie poch&#322;ania&#322; jej tak gwa&#322;townie. Za nami ci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; szeroki woal mg&#322;awicy gazowo-py&#322;owej. Paralaksometry wykazywa&#322;y pr&#281;dko&#347;&#263; trzech, a potem czterech i pi&#281;ciu tysi&#281;cy jednostek &#347;wietlnych Leonid dotrzymywa&#322; s&#322;owa. Gro&#378;na, teraz ju&#380; ogromna, po&#322;yskiwa&#322;a z lewej. Przeskakiwali&#347;my obok niej z rekordow&#261; szybko&#347;ci&#261; sze&#347;ciu tysi&#281;cy jednostek &#347;wietlnych. Zasch&#322;o mi w gardle, serce g&#322;o&#347;no bi&#322;o. Nawet opanowany zwykle Osima wykrzykiwa&#322; co&#347; w podnieceniu. Tylko Olga w milczeniu wpatrywa&#322;a si&#281; w nadlatuj&#261;c&#261; na nas z boku Gro&#378;n&#261;.

Zwyci&#281;&#380;ali&#347;my, to by&#322;o oczywiste! K&#261;t kursowy w stosunku do Gro&#378;nej powi&#281;ksza&#322; si&#281;, gwiazda oddala&#322;a si&#281; w bok. Ju&#380; by&#322;em got&#243;w krzycze&#263; Hura!, gdy MUK zawiadomi&#322; o gwa&#322;townie narastaj&#261;cej krzywi&#378;nie. Z ka&#380;d&#261; chwil&#261; zakrzywienie si&#281; zwi&#281;ksza&#322;o. Statek nadal unicestwia&#322; miliony kilometr&#243;w sze&#347;ciennych pustki, zamieniaj&#261;c j&#261; na py&#322;y i gaz, ale wszystko to odbywa&#322;o si&#281; wewn&#261;trz niepoj&#281;tej dla nas metryki. Wbrew prawom geometrii euklidesowej nie wydostawali&#347;my si&#281; na zewn&#261;trz, lecz ostro skr&#281;cali&#347;my zgodnie z podyktowanym nam torem.

Gro&#378;na nadal cofa&#322;a si&#281; do ty&#322;u i by&#322;a teraz na prostopad&#322;ej do osi lotu. Za to inne gwiazdy ruszy&#322;y z miejsc. Ca&#322;a sfera niebieska zawirowa&#322;a. Punkt, do kt&#243;rego d&#261;&#380;yli&#347;my wyrywaj&#261;c si&#281; na zewn&#261;trz, znalaz&#322; si&#281; za naszymi plecami. Zatoczyli&#347;my wok&#243;&#322; Gro&#378;nej gigantyczne p&#243;&#322;kole i ponownie znale&#378;li&#347;my si&#281; w centrum skupiska.

Rozw&#347;cieczony Leonid uderzy&#322; pi&#281;&#347;ci&#261; w oparcie fotela.

Oni s&#261; silniejsi! wrzasn&#261;&#322;. S&#261; silniejsi od nas!

Olga chwyci&#322;a go za rami&#281;. Do owej chwili nawet nie przypuszcza&#322;em, &#380;e potrafi si&#281; zdenerwowa&#263;.

Wstyd&#378; si&#281;! Natychmiast przesta&#324; histeryzowa&#263;! Oni nie s&#261; silniejsi od nas, lecz my jeste&#347;my szaleni!



23

Jej okrzyk otrze&#378;wi&#322; nie tylko Leonida. Prawie wszyscy stracili&#347;my g&#322;owy: jeszcze nigdy dot&#261;d nie forsowali&#347;my tak anihilator&#243;w, a i to nie pomog&#322;o. Nawet nie fatygowano si&#281; nas odrzuci&#263;, po prostu zmieniono kurs!

Prosz&#281; o ca&#322;kowity spok&#243;j! powiedzia&#322;a stanowczo Olga. Komputer przekaza&#322; jej s&#322;owa wszystkim cz&#322;onkom za&#322;ogi. Sytuacja skomplikowa&#322;a si&#281;, ale nie jest beznadziejna. To, co nie uda&#322;o si&#281; ko&#322;o Gro&#378;nej, mo&#380;e uda&#263; si&#281; w innym rejonie. Pozosta&#322;a nam jeszcze jedna mo&#380;liwo&#347;&#263;: przebija&#263; si&#281; w walce!

Gwiazdolot, okr&#261;&#380;ywszy Gro&#378;n&#261;, powt&#243;rnie mkn&#261;&#322; ku gromadce Niedobrej, sk&#261;d pospiesznie uciekali&#347;my. Olga skierowa&#322;a statek w prawo od tej grupki s&#322;o&#324;c. Mi&#281;dzy Gro&#378;n&#261; a Niedobr&#261; p&#322;on&#281;&#322;y g&#281;sto rozsiane gwiazdy.

Wkr&#243;tce okaza&#322;o si&#281;, &#380;e nie wszystkie gwiazdy nas przyci&#261;ga&#322;y. Z niekt&#243;rych tryska&#322; sto&#380;ek anihilowanej przestrzeni i te aktywne cia&#322;a skwapliwie omijali&#347;my. Obawa przed nimi zamieni&#322;a si&#281; w prawdziwy l&#281;k, kiedy wok&#243;&#322; jednej z gwiazd odkryli&#347;my uk&#322;ad takich samych metalowych planet, jak i doko&#322;a Gro&#378;nej, a na planetach kr&#261;&#380;owniki przeciwnika. Nie ulega&#322;o w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e chciano nas przyci&#261;gn&#261;&#263;, aby z bezpo&#347;redniej odleg&#322;o&#347;ci zada&#263; cios grawitacyjny.

Ale by&#322;y te&#380; i inne s&#322;o&#324;ca, kt&#243;re nie emitowa&#322;y sto&#380;k&#243;w pustki. Gwiazdy te r&#243;wnie&#380; mia&#322;y uk&#322;ady planetarne, lecz planety przypomina&#322;y nasze s&#322;oneczne i nie mia&#322;y nic wsp&#243;lnego ze z&#322;otymi globami Z&#322;ywrog&#243;w. Wydawa&#322;o mi si&#281; nawet, &#380;e na jednej z nich dostrzeg&#322;em miasta, ale r&#243;wnie dobrze mog&#322;o to by&#263; z&#322;udzenie optyczne.

Musimy si&#281; przebija&#263; w rejonie jednej z gwiazd nieaktywnych zdecydowa&#322;a Olga. Postaraj&#261; si&#281; nam w tym przeszkodzi&#263;, trzeba wi&#281;c b&#281;dzie dzia&#322;a&#263; mo&#380;liwie sprytnie.

Nowy plan ucieczki wygl&#261;da&#322; nast&#281;puj&#261;co: najpierw wymacywanie zap&#243;r na ma&#322;ych szybko&#347;ciach, a potem przebijanie bariery z pe&#322;n&#261; moc&#261; nap&#281;du. Wok&#243;&#322; gwiazd nieaktywnych trudniej jest zakrzywi&#263; przestrze&#324; ni&#380; w rejonie planet zamieszkanych przez Z&#322;ywrog&#243;w, m&#243;wi&#322;a Olga, wobec czego b&#281;dziemy stara&#263; si&#281; przerwa&#263; ich zapory w najs&#322;abszym miejscu.

Wrogowie doskonale orientowali si&#281;, co chcemy osi&#261;gn&#261;&#263;. Chwycili nas w gwiezdn&#261; pu&#322;apk&#281; i nie zamierzali z niej wypuszcza&#263;. Zmieniali metryk&#281; przestrzeni z niezwyk&#322;&#261; &#322;atwo&#347;ci&#261; i energi&#261;. Nawet nie pozwolili nam zbli&#380;y&#263; si&#281; do nieaktywnych gwiazd, po prostu przegrodzili wszystkie wiod&#261;ce tam drogi. Raz za razem pr&#243;bowali&#347;my si&#281; przebi&#263; i zawsze na naszym kursie wyrasta&#322;a z&#322;owieszcza aktywna planeta, otoczona wianuszkiem metalowych okr&#281;t&#243;w zacumowanych na jej powierzchni.

Po szeregu nieudanych pr&#243;b przebicia si&#281; Olga powiedzia&#322;a:

Oni nader zdecydowanie przegradzaj&#261; nam drog&#281; ku nieaktywnym gwiazdom, a wi&#281;c najwidoczniej istnieje realna szansa przebicia si&#281; w tym rejonie. Do gwiazd aktywnych przyci&#261;gaj&#261; nas teraz bez szczeg&#243;lnej energii. Czekaj&#261; pewnie, p&#243;ki nie zu&#380;yjemy wszystkich zapas&#243;w substancji aktywnej. Musimy skorzysta&#263; z tego i obr&#243;ci&#263; ich plan na swoj&#261; korzy&#347;&#263;.

Co zamierzasz zrobi&#263;? spyta&#322;em.

Wkr&#243;tce ci powiem, Eli. Jeszcze nie przemy&#347;la&#322;am wszystkich szczeg&#243;&#322;&#243;w.

Odbiorniki nadal wychwytywa&#322;y strz&#281;pki informacji, niesionych przez fale przestrzenne. Jedn&#261; z transmisji uda&#322;o si&#281; nam cz&#281;&#347;ciowo rozszyfrowa&#263;: Kontynuujcie Zapory ograniczon&#261; trwa&#322;o&#347;&#263; jedyny T&#281; depesz&#281; odebrali&#347;my w czasie atakowania krzywizny w rejonie jednej z nieaktywnych gwiazd. Nasi przyjaciele nie wiedzieli, &#380;e musimy oszcz&#281;dza&#263; paliwo.

Oddaliwszy si&#281; od gromadki Niedobrej, zaatakowali&#347;my seri&#281; nieaktywnych gwiazd po&#322;o&#380;onych w pobli&#380;u. Ataki by&#322;y coraz s&#322;absze. Przerazi&#322;em si&#281;, &#380;e istotnie zapasy substancji aktywnej ju&#380; si&#281; ko&#324;cz&#261;, ale Olga mnie uspokoi&#322;a.

Niechaj wrogowie odnios&#261; takie samo wra&#380;enie jak i ty. Chcia&#322;abym, aby nabrali przekonania, &#380;e jeste&#347;my bezsilni.

Po pewnym czasie gwiazdolot zacz&#261;&#322; zmniejsza&#263; szybko&#347;&#263;. Je&#347;li poprzednio krzywizny przestrzeni atakowali&#347;my przy pi&#281;ciu lub sze&#347;ciu tysi&#261;cach jednostek &#347;wietlnych, a wewn&#261;trz skupiska rozwijali&#347;my kilkaset jednostek, to obecnie nasza pr&#281;dko&#347;&#263; by&#322;a wy&#380;sza od szybko&#347;ci &#347;wiat&#322;a zaledwie kilkadziesi&#261;t razy. Wtedy Olga ujawni&#322;a nam sw&#243;j plan: Z&#322;ywrogi zakrzywiaj&#261; przestrze&#324;, kiedy staramy si&#281; przemkn&#261;&#263; obok gwiazd aktywnych, ale nie przeszkadzaj&#261; w zbli&#380;aniu si&#281; ku nim. Trzeba wi&#281;c lecie&#263; w sto&#380;ek unicestwianej przestrzeni, tryskaj&#261;cy z metalowej planety, a nast&#281;pnie, ju&#380; z najmniejszej odleg&#322;o&#347;ci, ostrzela&#263; j&#261; z anihilator&#243;w bojowych. To ostateczno&#347;&#263;, lecz nie pozosta&#322;o nam nic innego, jak tylko zamieni&#263; cia&#322;o niebieskie w jam&#281; pustej przestrzeni i przez t&#281; wyrw&#281; przedrze&#263; si&#281; na zewn&#261;trz.

Wiedzia&#322;em, &#380;e Olga ma uki&#347; &#347;mia&#322;y pomys&#322;, przypuszcza&#322;em jednak, &#380;e ograniczy si&#281; do wydania bitwy kr&#261;&#380;ownikom wroga. W tym mieli&#347;my ju&#380; pewne do&#347;wiadczenie. Allan i Leonid zniszczyli cztery okr&#281;ty przeciwnika, potrafimy wi&#281;c w razie konieczno&#347;ci unicestwi&#263; ca&#322;&#261; flotyll&#281;. Ale zanihilowa&#263; planet&#281;! Ludzko&#347;&#263; potrafi&#322;a tworzy&#263; planety z niczego, trwa&#322;o to jednak d&#322;ugo i kosztowa&#322;o wiele wysi&#322;ku. Budowa niewielkiej Ory zaj&#281;&#322;a dwa pokolenia. Teraz mieli&#347;my w u&#322;amku sekundy zniszczy&#263; metalowy glob o &#347;rednicy pi&#281;ciokrotnie i masie tysi&#261;ckrotnie wi&#281;kszej od Ziemi. Zniszczy&#263; cia&#322;o niebieskie wyposa&#380;one we w&#322;asne mechanizmy obronne i strze&#380;one przez ca&#322;&#261; flot&#281; okr&#281;t&#243;w bojowych!

Olga spokojnie odparowa&#322;a sypi&#261;ce si&#281; ze wszystkich stron w&#261;tpliwo&#347;ci. Plan jest ca&#322;kowicie realny. Zapas&#243;w substancji aktywnej wystarczy na zburzenie dowolnej planety bez wzgl&#281;du na jej mas&#281;. Trzeba jedynie maksymalnie zbli&#380;y&#263; si&#281; do celu. Ale o to ju&#380; zatroszcz&#261; si&#281; sami wrogowie.

Powtarzam, nie mamy innej szansy przebicia si&#281; na zewn&#261;trz! powiedzia&#322;a Olga. Jeszcze z dziesi&#281;&#263; okr&#261;&#380;e&#324; skupiska gwiezdnego, jeszcze kilka cios&#243;w w zapory przestrzenne i zupe&#322;nie bezbronni staniemy si&#281; &#322;atw&#261; zdobycz&#261; bandyt&#243;w.

Olga jednog&#322;o&#347;nie otrzyma&#322;a &#380;&#261;dane pe&#322;nomocnictwa na czas bitwy kosmicznej. Wtedy powiedzia&#322;a:

Sama b&#281;d&#281; dowodzi&#263; statkiem w czasie szturmu. Nie chc&#281; obra&#380;a&#263; m&#281;&#380;czyzn, ale nie potraficie skutecznie walczy&#263;. Jeste&#347;cie na to zbyt niezr&#243;wnowa&#380;eni i gor&#261;cokrwi&#347;ci. Odpocznijcie, czeka was ci&#281;&#380;ka pr&#243;ba. Niechaj ka&#380;dy spe&#322;ni sw&#243;j obowi&#261;zek, jak mawiali przodkowie.

Odnios&#322;em wra&#380;enie, i&#380; Leonid z rado&#347;ci&#261; przyj&#261;&#322; wiadomo&#347;&#263;, &#380;e nie on b&#281;dzie dowodzi&#322; statkiem w czasie bitwy. Po nieudanym ataku na rejon Gro&#378;nej straci&#322; nieco pewno&#347;&#263; siebie.



24

Ka&#380;dy z nas w my&#347;li stara&#322; si&#281; przyspieszy&#263; starcie z wrogiem, lecz Olga ci&#261;gle zmniejsza&#322;a pr&#281;dko&#347;&#263;. Ju&#380; nie mkn&#281;li&#347;my, zmiataj&#261;c przestrze&#324; na swej drodze, lecz wlekli&#347;my si&#281; na samej granicy obszaru nad&#347;wietlnego. Wystarczy&#322;o lekko zahamowa&#263;, a znale&#378;liby&#347;my si&#281; po drugiej stronie bariery. Pomy&#347;la&#322;em nawet, &#380;e Olga chce wyj&#347;&#263; w przestrze&#324; optyczn&#261;, przekszta&#322;ci&#263; statek w zwyk&#322;e materialne cia&#322;o, podlegaj&#261;ce prawom mechaniki elementarnej. Myli&#322;em si&#281;.

Dla obserwatora z zewn&#261;trz nasz gwiazdolot stanowi&#322; teraz grudk&#281; zmaterializowanej rozpaczy, pust&#261; skorup&#281; miotan&#261; bezwolnie we wszystkie strony. W tej chaotycznej pozornie miotaninie by&#322; jednak narzucony z zewn&#261;trz system: krzywizna przestrzeni sama kierowa&#322;a nas ku Gro&#378;nej.

Po raz trzeci zbli&#380;ali&#347;my si&#281; do tej gwiazdy. Jakie&#347; gigantyczne mechanizmy tasowa&#322;y metryk&#281; kosmosu, kieruj&#261;c nas wprost w otwart&#261; paszcz&#281;. Olga pokornie wiod&#322;a statek po narzuconej drodze, nawet nie usi&#322;uj&#261;c skr&#281;ci&#263; w bok. Wiedzieli&#347;my oczywi&#347;cie, &#380;e stara si&#281; w ten spos&#243;b zmyli&#263; wroga, ale ka&#380;demu by&#322;o ci&#281;&#380;ko na duszy, gdy widzia&#322;, jak nieub&#322;aganie olbrzymieje z&#322;owieszczy glob Gro&#378;nej, kt&#243;r&#261; teraz mieli&#347;my bezpo&#347;rednio na kursie.

Bezw&#322;adny lot statku trwa&#322; do chwili, kiedy zakrzywienie przestrzeni ust&#261;pi&#322;o, a zacz&#281;&#322;o si&#281; unicestwianie samej przestrzeni. Zn&#243;w z uk&#322;adu planetarnego Gro&#378;nej trysn&#261;&#322; sto&#380;ek anihilowanej pustki, kt&#243;ry zacz&#261;&#322; nas wsysa&#263;. Gwiazdolot jakby ockn&#261;&#322; si&#281; i skoczy&#322; do ty&#322;u. Natychmiast chwycono nas w kleszcze geometrii nieeuklidesowej. Za ka&#380;dym razem wr&#243;g dzia&#322;a&#322; pewniej, a nasz op&#243;r s&#322;ab&#322;.

Wreszcie nasta&#322;a chwila, kiedy statkowi zabrak&#322;o mocy na wyrwanie si&#281; ze sto&#380;ka wci&#261;gaj&#261;cej go pustki. Z generowanych przez wrog&#243;w trzydziestu jednostek &#347;wietlnych neutralizowali&#347;my pocz&#261;tkowo ruchem wstecznym dwadzie&#347;cia cztery jednostki, p&#243;&#378;niej dwadzie&#347;cia, pi&#281;tna&#347;cie, dziesi&#281;&#263; Walczyli&#347;my, beznadziejnie walczyli&#347;my, staraj&#261;c si&#281; odwlec zgub&#281; takie to powinno sprawia&#263; wra&#380;enie na obserwatorze Wkr&#243;tce nie mieli&#347;my ju&#380; szybko&#347;ci w&#322;asnej, niepodzielnie rz&#261;dzi&#322;a nami obca wola. Gro&#378;na coraz bardziej odchyla&#322;a si&#281; od osi lotu: przyci&#261;gano nas do Z&#322;otej Planety, bazy kr&#261;&#380;ownik&#243;w przeciwnika, wystawiano nas pod salw&#281; jej mechanizm&#243;w grawitacyjnych.

Je&#347;li mo&#380;na by&#322;o m&#243;wi&#263; w owych ci&#281;&#380;kich chwilach o uldze, to co&#347; podobnego do ulgi odczu&#322;em. Na Z&#322;otej, poza Niszczycielami, ze wzgl&#281;du na panuj&#261;c&#261; tam wysok&#261; grawitacj&#281; nie mog&#322;y bytowa&#263; &#380;adne istoty &#380;ywe, nie by&#322;o wi&#281;c tam z pewno&#347;ci&#261; wi&#281;&#378;ni&#243;w zagarni&#281;tych do niewoli. Walka wobec tego b&#281;dzie uczciwa, wr&#243;g przeciw wrogowi.

Olga oderwa&#322;a mnie od lornety mno&#380;nika.

Co tam wida&#263;, Eli? zapyta&#322;a. Kieruj&#261;c prac&#261; wszystkich urz&#261;dze&#324; statku nie mia&#322;a czasu na obserwacje. Nadal te same kr&#261;&#380;owniki.

Nie lec&#261; nam naprzeciw?

Nie, obszar nad&#347;wiet&#322;ny jest pusty.

Wkr&#243;tce rusz&#261;. Z&#322;ota zmniejsza anihilacj&#281;. Z&#322;ywrogi dosz&#322;y widocznie do wniosku, &#380;e nie musz&#261; si&#281; spieszy&#263;, bo i tak im si&#281; nie wymkniemy. Za kilka minut przekonaj&#261; si&#281;, jak bardzo si&#281; pomylili.

Te minuty ci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; bardzo d&#322;ugo, a kiedy up&#322;yn&#281;&#322;y, zacz&#281;&#322;o si&#281; to, na co tak czekali&#347;my i czego tak bardzo si&#281; l&#281;kali&#347;my. Olga uruchomi&#322;a anihilatory i Gwiezdny P&#322;ug run&#261;&#322; wprost na Z&#322;ot&#261; Planet&#281;. Wszystkie rekordy ustalone poprzednio przez Leonida zosta&#322;y pobite. Olga w ci&#261;gu niewielu sekund rozp&#281;dzi&#322;a statek do siedmiu tysi&#281;cy jednostek &#347;wietlnych i przy tej szybko&#347;ci zaatakowa&#322;a!

Wtedy spostrzegli&#347;my, &#380;e Niszczyciele poj&#281;li wreszcie sw&#243;j b&#322;&#261;d. W obszarze nad&#347;wietlnym pojawi&#322;o si&#281; dziesi&#281;&#263; mkn&#261;cych naprzeciw nam punkcik&#243;w. Obserwowa&#322;em dwa r&#243;&#380;ne obrazy. Lorneta mno&#380;nika pokazywa&#322;a jeszcze okr&#281;ty przeciwnika kr&#261;&#380;&#261;ce czujnie wok&#243;&#322; planety, ale rzeczywisto&#347;&#263; by&#322;a inna. Przestrze&#324; optyczna z jej wolno biegn&#261;cym &#347;wiat&#322;em dawa&#322;a wizerunek przesz&#322;o&#347;ci, a w tera&#378;niejszo&#347;ci dziesi&#281;&#263; kr&#261;&#380;ownik&#243;w, niczym sfora ps&#243;w, poch&#322;ania&#322;o dziel&#261;c&#261; nas pustk&#281;. Nasze generatory fal przestrzennych wykry&#322;y to bez trudu.

Zdumia&#322;a mnie odwaga naszych wrog&#243;w. Nie, nie przesta&#322;em ich nienawidzi&#263;! Skoncentrowali w sobie ca&#322;e z&#322;o kosmosu. Z&#322;a nie mo&#380;na akceptowa&#263;, tolerowa&#263; i szanowa&#263;. Jedyne, na co zas&#322;uguje, to pogarda, nienawi&#347;&#263; i unicestwienie. Ale Niszczyciele byli odwa&#380;ni, to trzeba im przyzna&#263;. Mogli przecie&#380; uciec od skazanej na zgub&#281; planety. Za&#322;ogi kr&#261;&#380;ownik&#243;w mia&#322;y dosy&#263; czasu i wystarczaj&#261;c&#261; szybko&#347;&#263;, aby uratowa&#263; w&#322;asne sk&#243;ry. Nie zrobi&#322;y tego, lecz wybra&#322;y &#347;mier&#263;, staraj&#261;c si&#281; ocali&#263; pobratymc&#243;w na planecie.

Wspominaj&#261;c teraz przebieg wydarze&#324;, nie przestaj&#281; si&#281; dziwi&#263;, &#380;e ich szale&#324;czy plan si&#281; nie powi&#243;d&#322;. Byli wszak o krok od jego urzeczywistnienia, co m&#243;wi&#281;, zaledwie tysi&#281;czne u&#322;amki sekundy dzieli&#322;y ich od sukcesu.

Na widok tych p&#281;dz&#261;cych ku nam punkcik&#243;w ogarn&#281;&#322;a mnie panika.

Olgo, atakuj! krzykn&#261;&#322;em.

Za wcze&#347;nie! odpar&#322;a. Za wcze&#347;nie, Eli! Atakuj! b&#322;aga&#322;em pe&#322;en strachu. Zrozum, &#380;e oni wyprzedzaj&#261; w&#322;asne salwy grawitacyjne. Ka&#380;da chwila zw&#322;oki oznacza nowe fale przeci&#261;&#380;e&#324;, kt&#243;re spadn&#261; na nas p&#243;&#378;niej!

Grawitatory je zamortyzuj&#261;! Nie mog&#281; zbyt wcze&#347;nie atakowa&#263;, bo zbocz&#281; z bezpo&#347;redniego kursu na planet&#281;. Pami&#281;taj, &#380;e to w&#322;a&#347;nie Z&#322;ota zagradza nam drog&#281; ku wolno&#347;ci!

Nasza pr&#281;dko&#347;&#263; sumowa&#322;a si&#281; z pr&#281;dko&#347;ci&#261; kr&#261;&#380;ownik&#243;w i punkciki widoczne w obszarze nad&#347;wietlnym b&#322;yskawicznie powi&#281;ksza&#322;y si&#281;, zamienia&#322;y w kule. Wtedy Leonidowi z kolei nerwy odm&#243;wi&#322;y pos&#322;usze&#324;stwa.

D&#322;u&#380;ej nie wolno czeka&#263;, Olgo! krzykn&#261;&#322; ochryple. Doprowadzisz nas do zguby!

Za wcze&#347;nie! powiedzia&#322;a.

Leonid straci&#322; zupe&#322;nie opanowanie. Chwyci&#322; Olg&#281; za ramiona i zacz&#261;&#322; potrz&#261;sa&#263;.

Jestem takim samym dow&#243;dc&#261; jak i ty! S&#322;yszysz? Nie pozwol&#281; nas zgubi&#263;!

Wyrwa&#322;a mu si&#281; i powiedzia&#322;a ostrym tonem:

Rozkazuj&#281; zachowa&#263; spok&#243;j i milczenie! Nie wolno mi przeszkadza&#263;, tu chodzi o &#380;ycie nas wszystkich!

Zn&#243;w przez par&#281; chwil panowa&#322;a pe&#322;na napi&#281;cia cisza, wype&#322;niona ci&#281;&#380;kim pulsowaniem krwi w &#380;y&#322;ach. Kr&#261;&#380;owniki galaktyczne przeciwnika by&#322;y ju&#380; wyra&#378;nie widoczne. Znajdowa&#322;y si&#281; od nas o godziny biegu &#347;wiat&#322;a i sekundy zaledwie naszego piorunuj&#261;cego p&#281;du. Wtedy Olga w&#322;&#261;czy&#322;a anihilatory bojowe. Cia&#322;a widoczne na ekranach lokator&#243;w fal przestrzennych momentalnie rozpad&#322;y si&#281;, zamieni&#322;y w po&#322;yskliw&#261; plam&#281;. Przemkn&#281;li&#347;my przez to, co niegdy&#347; by&#322;o okr&#281;tami, i dostrzegli&#347;my w urz&#261;dzeniach optycznych dziesi&#281;&#263; jaskrawych rozb&#322;ysk&#243;w. Flota wroga przesta&#322;a istnie&#263;, przesta&#322;a nam zagra&#380;a&#263;. Zapomnia&#322;em w owej chwili o wystrzelonych przez wrog&#243;w salwach grawitacyjnych. Kr&#261;&#380;owniki Niszczycieli p&#281;dz&#261;c ku nam wyprzedzi&#322;y bowiem znacznie w&#322;asne ciosy.

Teraz widzieli&#347;my w przestrzeni optycznej jedynie wolno rosn&#261;c&#261;, skazan&#261; na zag&#322;ad&#281; Z&#322;ot&#261; Planet&#281;, gor&#261;czkowo wysy&#322;aj&#261;c&#261;, jak wykaza&#322;y potem rejestratory, ochronne pola grawitacyjne. P&#243;&#378;niej znale&#378;li&#347;my si&#281; w strefie salwy unicestwionych okr&#281;t&#243;w i okaza&#322;o si&#281;, &#380;e nasze grawitatory nie potrafi&#261; ca&#322;kowicie jej zneutralizowa&#263;. Pot&#281;&#380;na si&#322;a zmia&#380;d&#380;y&#322;a mi klatk&#281; piersiow&#261;, j&#281;kn&#261;&#322;em z b&#243;lu. Obok j&#281;cza&#322; Osima, a Leonid kl&#261;&#322;. Ta fala przeci&#261;&#380;e&#324; by&#322;a najs&#322;absza, kr&#261;&#380;owniki wyemitowa&#322;y j&#261; tu&#380; przed zniszczeniem i najwidoczniej ich dzia&#322;a nie mia&#322;y ju&#380; wtedy pe&#322;nej mocy. Jestem przekonany, &#380;e oni sami wiedzieli o wyczerpaniu zasob&#243;w energii grawitacyjnej i starali si&#281; po prostu nas staranowa&#263;, unicestwi&#263; nas i siebie w zderzeniu czo&#322;owym.

Druga fala przeci&#261;&#380;e&#324; by&#322;a za to tak pot&#281;&#380;na, &#380;e zabrak&#322;o mi powietrza w p&#322;ucach nawet na j&#281;k. Leonid straci&#322; przytomno&#347;&#263;, z jego ust wydobywa&#322; si&#281; przed&#347;miertny, jak mi si&#281; wydawa&#322;o, charkot. Jedynie Olga, wczepiwszy si&#281; w por&#281;cze fotela, potrafi&#322;a ustrzec si&#281; przed omdleniem. Wiedzia&#322;a, &#380;e musi by&#263; przytomna i zachowa&#322;a przytomno&#347;&#263;.

Olgo! wychrypia&#322;em staraj&#261;c si&#281; unie&#347;&#263;. Olgo, trzeciego uderzenia

Trzymaj si&#281;, Eli! krzykn&#281;&#322;a trac&#261;c oddech. Trzymajcie si&#281;, przyjaciele. Zaraz ich zniszczymy!

Trzecia fala przeci&#261;&#380;e&#324; run&#281;&#322;a na nas w chwili, kiedy rozpad&#322;a si&#281; przekl&#281;ta planeta. Ogromna tarcza rozjarzy&#322;a si&#281; w obszarze nad&#347;wietlnym i natychmiast rozprysn&#281;&#322;a na strz&#281;py, by po chwili zamieni&#263; si&#281; w mg&#322;awic&#281;. W przestrzeni optycznej zobaczyli&#347;my gigantyczn&#261; eksplozj&#281;, gejzer p&#322;omieni tryskaj&#261;cy z wn&#281;trza planety. Olga precyzyjnie obliczy&#322;a salw&#281; i wystrzeli&#322;a j&#261; w odpowiedniej chwili. Wszystko sko&#324;czy&#322;o si&#281; w u&#322;amku sekundy. Okropna planeta, zagradzaj&#261;ca nam swymi gigantycznymi mechanizmami grawitacyjnymi wyj&#347;cie ze skupiska gwiezdnego, przesta&#322;a istnie&#263;. Na jej miejscu rozwar&#322;a si&#281; nowa jama w pustce, dziura w przestrzeni kosmicznej. Ostatni&#261; rzecz&#261;, jak&#261; ujrza&#322;em, zanim straci&#322;em przytomno&#347;&#263; od trzeciego ciosu grawitacyjnego, kt&#243;ry spad&#322; zbyt p&#243;&#378;no, aby uratowa&#263; Niszczycieli, by&#322; obraz odrzuconej daleko w bok, zamienionej w czerwony punkcik Gro&#378;nej na tle czystego nieba, po&#322;yskuj&#261;cego dalekimi gwiazdami. Dostrzeg&#322;em jeszcze wspanialsz&#261; Drog&#281; Mleczn&#261;. Zrozumia&#322;em, &#380;e uciekli&#347;my z gwiezdnego wi&#281;zienia, kt&#243;re omal nie sta&#322;o si&#281; naszym grobem.



3. Ziemia



1

Eli! d&#378;wi&#281;cza&#322; mi w uszach g&#322;os. Eli! Eli! Chcia&#322;em si&#281; odezwa&#263;, chcia&#322;em powiedzie&#263;, &#380;e s&#322;ysz&#281;, &#380;e &#380;yj&#281;. Zdaje si&#281;, &#380;e o&#347;lep&#322;em, ale wszystko pozosta&#322;e jest w porz&#261;dku! chcia&#322;em odkrzykn&#261;&#263; temu g&#322;osowi. Zaraz wstan&#281;, nie wo&#322;aj mnie tak rozpaczliwie, nic si&#281; nie sta&#322;o. Zostaw mnie na chwil&#281; w spokoju!

Wydawa&#322;o mi si&#281; w&#243;wczas, &#380;e my&#347;l&#281; sprawnie i precyzyjnie. Dzisiaj, przegl&#261;daj&#261;c zapisy pracy m&#243;zgu, widz&#281;, &#380;e moja &#347;wiadomo&#347;&#263; ledwie si&#281; tli&#322;a. na pograniczu jawy i gor&#261;czkowych majak&#243;w. Dziesi&#281;&#263; razy umiera&#322;em i dziesi&#281;&#263; razy przywracano mnie do &#380;ycia, zanim sam nie zacz&#261;&#322;em o to &#380;ycie walczy&#263;.

Eli! wo&#322;ano. Eli! Eli!

G&#322;os nie pozostawia&#322; mnie w spokoju. W ciemnym zewn&#281;trznym &#347;wiecie nie by&#322;o nic pr&#243;cz niego, ca&#322;y &#347;wiat by&#322; tym g&#322;osem. Ciasny, krzycz&#261;cy, niespokojny &#347;wiat. Nareszcie zdecydowa&#322;em si&#281; spe&#322;ni&#263; pro&#347;b&#281; g&#322;osu. Otworzy&#322;em oczy.

Ko&#322;o &#322;&#243;&#380;ka siedzieli Olga i Osima. Wpatrywali si&#281; we mnie.

Odzyskuje przytomno&#347;&#263;! powiedzia&#322;a Olga szeptem.

Powieki zn&#243;w mi opad&#322;y. Ci&#261;&#380;y&#322;y mi tak bardzo, tak wiele wysi&#322;ku kosztowa&#322;o mnie ich d&#378;wiganie, &#380;e musia&#322;em troch&#281; odpocz&#261;&#263;. Nie mog&#322;em jednak, bo zn&#243;w wype&#322;ni&#322; mnie g&#322;os krzycz&#261;cy: Eli! Eli! J&#281;kn&#261;&#322;em.

Przesta&#324;! wyszepta&#322;em i zn&#243;w otworzy&#322;em oczy.

Olga p&#322;aka&#322;a. Osima r&#243;wnie&#380; wyciera&#322; &#322;zy.

Przyjaciele! powiedzia&#322;em i spr&#243;bowa&#322;em si&#281; podnie&#347;&#263;.

Le&#380;! rozkaza&#322;a Olga. Nie wolno ci si&#281; rusza&#263;.

Ogarn&#281;&#322;o mnie przera&#380;enie. Przypomnia&#322;em sobie krwaw&#261; czerwie&#324; Gro&#378;nej. Musia&#322;em si&#281; przekona&#263;, i&#380; oddalamy si&#281; od straszliwego skupiska Chi w Perseuszu

Le&#380;! powtarza&#322;a Olga g&#322;adz&#261;c mi r&#281;ce. Nic nie zobaczysz. Jeste&#347;my bardzo daleko od tego miejsca. A wi&#281;c gdzie jeste&#347;my? zapyta&#322;em. Ile czasu up&#322;yn&#281;&#322;o od bitwy?

Zd&#261;&#380;y&#322;em us&#322;ysze&#263;, &#380;e od Perseusza dzieli nas trzy tysi&#261;ce lat &#347;wietlnych i zn&#243;w straci&#322;em przytomno&#347;&#263;.

W ten spos&#243;b rozpocz&#281;&#322;a si&#281; moja rekonwalescencja.



2

Uczy&#322;em si&#281; by&#263; &#380;ywym: otwiera&#263; oczy, s&#322;ucha&#263;, odpowiada&#263; na pytania, je&#347;&#263;. Potem dosz&#322;a do tego nauka wielkiej sztuki chodzenia. To by&#322;a trudna nauka. Up&#322;yn&#281;&#322;o wiele miesi&#281;cy, zanim zn&#243;w sta&#322;em si&#281; podobny do innych ludzi.

Mia&#322;em pecha: ucierpia&#322;em wi&#281;cej od innych. Trzecia fala przeci&#261;&#380;e&#324; narobi&#322;a wiele szk&#243;d, ale tylko mnie porozrywa&#322;a tkanki i zmia&#380;d&#380;y&#322;a ko&#347;ci. Osiem os&#243;b, a w&#347;r&#243;d nich Leonid, straci&#322;o na kr&#243;tko przytomno&#347;&#263; i ockn&#281;&#322;o si&#281;, gdy gwiazdolot wyrwa&#322; si&#281; na otwart&#261; przestrze&#324;.

Ja r&#243;wnie&#380; zemdla&#322;am m&#243;wi&#322;a Olga. Sta&#322;o si&#281; to wtedy, kiedy zobaczy&#322;am, w jakim stanie ty Przypomnia&#322;am sobie, jak bardzo prosi&#322;e&#347;, abym natychmiast zniszczy&#322;a kr&#261;&#380;owniki wroga

Byli&#347;my w parku. Siedzia&#322;em w w&#243;zku-awionetce, a Olga sta&#322;a obok mnie. W parku rozkwit&#322;y bzy, trzecie wiosenne bzy w czasie naszej wyprawy. Pachnia&#322;a ziemia. Olga wychud&#322;a, by&#322;a blada i nie&#347;mia&#322;a. Przekona&#322;em si&#281;, &#380;e potrafi p&#322;aka&#263;. Wzrusza&#322;o mnie to, ale jednocze&#347;nie irytowa&#322;o. Chcia&#322;em widzie&#263; przy sobie nie roztrz&#281;sion&#261;, wspominaj&#261;c&#261; straszliwe prze&#380;ycia, lecz dawn&#261; rozs&#261;dn&#261; i beznami&#281;tn&#261;, spokojn&#261; Olg&#281;, a jeszcze ch&#281;tniej tak&#261;, jaka by&#322;a w Perseuszu: odwa&#380;n&#261; i przewiduj&#261;c&#261;

Za&#380;artowa&#322;em: W ka&#380;dym razie post&#261;pili&#347;my ze Z&#322;ywrogami nader z&#322;ywrogo. My&#347;l&#281;, &#380;e ca&#322;e to wstr&#281;tne skupisko gwiezdne dr&#380;y na my&#347;l o tym, &#380;e mogliby&#347;my powr&#243;ci&#263;.

Dlaczego nazywasz to skupisko wstr&#281;tnym? Czy&#380;by&#347; nie zachwyca&#322; si&#281; dawniej jego pi&#281;kno&#347;ci&#261;? Zreszt&#261; nie wszyscy jego mieszka&#324;cy my&#347;l&#261; ze strachem o naszym powrocie. Mamy tam przyjaci&#243;&#322;.

M&#243;wisz o Galaktach?

W&#322;a&#347;nie o nich. Pami&#281;tasz nieaktywne gwiazdy, od kt&#243;rych Z&#322;ywrogi odrzuca&#322;y nas tak energicznie?

A wi&#281;c Galaktowie zamieszkuj&#261; uk&#322;ady tych gwiazd? To jest pewne?

Sam si&#281; o tym przekonasz, kiedy zapoznasz si&#281; z danymi przetworzonymi przez komputer. Przyjaznych gwiazd jest w skupiskach Perseusza wi&#281;cej ni&#380; zasiedlonych przez Z&#322;ywrog&#243;w. Nie dotyczy to przestrzeni mi&#281;dzygwiezdnych, kt&#243;rymi oni ca&#322;kowicie w&#322;adaj&#261;. Niestety nasze odbiorniki s&#261; zbyt s&#322;abe, aby utrzymywa&#263; dalekosi&#281;&#380;n&#261; &#322;&#261;czno&#347;&#263; na falach przestrzeni.

Przypomnia&#322;em jej bitw&#281; ze Z&#322;ot&#261; Planet&#261;.

Wrogowie do ko&#324;ca nie wiedzieli, do czego jeste&#347;my zdolni. Inaczej unikaliby zbli&#380;enia z naszym gwiazdolotem.

Olga przez chwil&#281; my&#347;la&#322;a, a potem zapyta&#322;a ostro&#380;nie:

Czemu o tym wspominasz?

Nie wiem, tak jako&#347; samo przysz&#322;o na my&#347;l

S&#261;dzisz, &#380;e Andre jeszcze &#380;yje? Niczego si&#281; o nim nie dowiedzieli&#347;my i nie zdo&#322;ali&#347;my pom&#243;c Przecie&#380; ty sam w Perseuszu g&#322;osowa&#322;e&#347; za powrotem

W&#243;wczas nie mogli&#347;my pom&#243;c, trzeba wi&#281;c by&#322;o wraca&#263;.

Uwa&#380;asz, &#380;e sytuacja si&#281; zmieni&#322;a?

Uda&#322;em, &#380;e rozmowa mnie zm&#281;czy&#322;a. Nie chcia&#322;em ujawnia&#263; tego, co mnie niepokoi&#322;o. Zanim nie przyb&#281;dziemy na Ziemi&#281;, nie mo&#380;na by&#263; niczego pewnym.



3

Kt&#243;rego&#347; dnia, kiedy jak zwykle usi&#322;owa&#322;em spacerowa&#263; po parku, Leonid powiedzia&#322;, &#380;e chce ze mn&#261; porozmawia&#263;.

Domy&#347;li&#322;em si&#281;, jaki b&#281;dzie temat tej rozmowy.

Chcesz tutaj, czy wolisz p&#243;j&#347;&#263; do mojej kabiny?

Lepiej do ciebie, aby nikt nie przeszkadza&#322;.

W kajucie wisia&#322; na &#347;cianie wykres powrotu: &#347;wiec&#261;ca linia i pe&#322;zn&#261;cy po niej czerwony punkcik nasza droga na Ziemi&#281; i statek. Czerwony punkcik zbli&#380;a&#322; si&#281; do ko&#324;ca linii. Od gwiezdnych skupisk Perseusza dzieli&#322;o nas bez ma&#322;a pi&#281;&#263; tysi&#281;cy lat &#347;wietlnych. Przez dwie trzecie przebytej drogi by&#322;em nieprzytomny.

Za miesi&#261;c Ora, za trzy miesi&#261;ce Ziemia powiedzia&#322;em wskazuj&#261;c na wykres.

Tak. Ora za miesi&#261;c, Ziemia za trzy. Ale dla mnie nie ma&#322;o &#380;adnego znaczenia.

Sk&#261;d ta oboj&#281;tno&#347;&#263;?

Doskonale wiesz o co chodzi, Eli.

Naturalnie. Chodzi o Olg&#281;. Co mi chcesz o niej powiedzie&#263;?

Leonidowi zszarza&#322;a twarz. M&#243;j zimny ton przyprawi&#322; go o w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263;, ale postanowi&#322; za wszelk&#261; cen&#281; zachowa&#263; spok&#243;j.

Wiesz doskonale, jak ona si&#281; do ciebie odnosi. Kiedy chorowa&#322;e&#347;, zaniedbywa&#322;a statek, ca&#322;ymi dniami i nocami siedzia&#322;a przy twoim &#322;&#243;&#380;ku

I jakie wnioski z tego wyci&#261;gasz? zapyta&#322;em. &#377;renice mu si&#281; rozszerzy&#322;y. Ledwie nad sob&#261; panowa&#322;.

Czemu si&#281; z ni&#261; nie o&#380;enisz?

Dziwi&#261; mnie takie rady s&#322;yszane od ciebie.

Nie! krzykn&#261;&#322;. Nie ma w tym nic dziwnego! Je&#380;eli nie masz serca Nie wolno ci si&#281; nad ni&#261; tak zn&#281;ca&#263;! Dlaczego milczysz? Czemu nie odpowiadasz?

Zastanawia&#322;em si&#281;, co mam mu odpowiedzie&#263;. Ani on, ani Olga nie zrozumieliby tego, co si&#281; we mnie dokonywa&#322;o. Oni s&#261; normalni, a ja nie. To, czym obecnie &#380;y&#322;em, wyklucza&#322;o jak&#261;&#347; dodatkow&#261; nami&#281;tno&#347;&#263;. Nie mog&#322;em sobie pozwoli&#263; nawet na malutk&#261; mi&#322;ostk&#281;, a Olga zas&#322;ugiwa&#322;a na wielk&#261; mi&#322;o&#347;&#263; doskonale to pojmowa&#322;em.

T&#322;umaczy&#263; to Leonidowi nie mia&#322;o sensu. Powiedzia&#322;em wi&#281;c:

Milcz&#281;, poniewa&#380; oczekiwa&#322;em od ciebie nie pyta&#324;, lecz pro&#347;by, takiej pro&#347;by, w odpowiedzi na kt&#243;r&#261; m&#243;g&#322;bym ci tylko u&#347;cisn&#261;&#263; r&#281;k&#281; i powiedzie&#263;: masz racj&#281;, nie mam &#380;adnych kontrargument&#243;w.

Oczekiwa&#322;e&#347; wi&#281;c pro&#347;by, a nie pyta&#324;. Powiedz mi wobec tego, jakiej pro&#347;by oczekiwa&#322;e&#347;?

Spodziewa&#322;em si&#281;, &#380;e powiesz: Eli, Olga nie dostrzega, &#380;e jest ci oboj&#281;tna, w og&#243;le nie widzi &#380;adnej z twoich wad, bo wydaje si&#281; jej, i&#380; w tobie skupi&#322;y si&#281; wszelkie ludzkie zalety. Ta m&#261;dra i przenikliwa kobieta myli si&#281; tylko w jednym: w ocenie ciebie. Ale wiemy obaj czeka&#322;em, &#380;e mi to powiesz, Leonidzie &#380;e jeste&#347; cz&#322;owiekiem bez serca i niegodnym jej, &#380;e nie dasz jej szcz&#281;&#347;cia, bo chyba w og&#243;le nikomu szcz&#281;&#347;cia da&#263; nie mo&#380;esz. Ja za to nie znam innej rado&#347;ci, jak tylko by&#263; zawsze razem z ni&#261;, pomaga&#263; jej, przyjmowa&#263; jej pomoc Wiemy tak&#380;e, i&#380; b&#281;dzie to r&#243;wnie&#380; jej szcz&#281;&#347;cie, bo przy mnie Olga potrafi da&#263; z siebie wszystko, co w niej najlepszego

Leonidowi tak rozb&#322;ys&#322;y oczy, &#380;e trudno mi by&#322;o w nie patrze&#263;.

To nieprawda, &#380;e nie masz serca. Ale przypu&#347;&#263;my, i&#380; powiedzia&#322;em ci to wszystko w&#322;asnymi s&#322;owami. Co mi na to odpowiesz?

Wskaza&#322;em mu na &#347;cian&#281;, gdzie czerwony punkcik wolno zaledwie z tysi&#261;ckrotn&#261; pr&#281;dko&#347;ci&#261; &#347;wiat&#322;a pe&#322;z&#322; po &#347;wietlistej linii.

Za miesi&#261;c znajdziemy si&#281; na Orze i tam si&#281; po&#380;egnamy. Ty zostaniesz z Olg&#261;, ja odejd&#281;. B&#281;dziecie pokonywa&#263; kosmiczne przestrzenie, a ja musz&#281; lecie&#263; na Ziemi&#281;. Nawet nie podejrzewasz, jak bardzo pragn&#281; by&#263; na Ziemi!

Obj&#261;&#322; mnie i wyszed&#322; nie powiedziawszy ani s&#322;owa.



4

Kiedy w przestrzeni optycznej ukaza&#322;a si&#281; Ora, ko&#324;czy&#322; si&#281; trzeci rok naszej kosmicznej odysei.

Szli&#347;my w obszarze nad&#347;wietlnym i na Orze nas nie widziano. My natomiast widzieli&#347;my sztuczn&#261; planet&#281;, a w&#322;a&#347;ciwie ogl&#261;dali&#347;my jej przesz&#322;o&#347;&#263;, nieustannie zbli&#380;aj&#261;c si&#281; ku tera&#378;niejszo&#347;ci.

Zaduma&#322;em si&#281; nad tym przez chwil&#281;: zwykle tera&#378;niejszo&#347;&#263; odsuwa si&#281; od nas i staje si&#281; przesz&#322;o&#347;ci&#261;, tu za&#347; by&#322;o na odwr&#243;t przesz&#322;o&#347;&#263; stawa&#322;a si&#281; tera&#378;niejszo&#347;ci&#261;.

Lokatory pracuj&#261;ce na falach przestrzennych przekazywa&#322;y r&#243;wnie&#380;, jak Ora wygl&#261;da obecnie. R&#243;&#380;nicy nie by&#322;o.

O dob&#281; &#347;wietln&#261; przed Or&#261; Po&#380;eracz Przestrzeni wynurzy&#322; si&#281; z obszaru nad&#347;wietlnego i ju&#380; jako zwyk&#322;e cia&#322;o materialne kontynuowa&#322; podr&#243;&#380; w nie naruszonej przestrzeni. Dopiero w&#243;wczas nas wykryto. Na spotkanie pomkn&#261;&#322; jeden z gwiazdolot&#243;w. Wkr&#243;tce przekonali&#347;my si&#281;, &#380;e to by&#322; Sternik, kt&#243;rym nadal dowodzi&#322; Allan. Allan ju&#380; z daleka zasypa&#322; nas powitalnymi depeszami, pyta&#322;, co si&#281; wydarzy&#322;o w rejsie i czy uzyskali&#347;my jakie&#347; wiadomo&#347;ci o Andre. Na to ostatnie pytanie odpowiedzieli&#347;my niezw&#322;ocznie, natomiast reszt&#281; obiecali&#347;my opowiedzie&#263; osobi&#347;cie. Zagrozi&#322;, &#380;e wejdzie w obszar nad&#347;wietlny, aby szybciej si&#281; z nami spotka&#263;. Olga odpowiedzia&#322;a: Wchod&#378;! I tak b&#281;dziemy widzie&#263; tw&#243;j stateczek.

Kiedy statki po&#322;o&#380;y&#322;y si&#281; na r&#243;wnoleg&#322;e kursy, Allan przekaza&#322; dowodzenie zast&#281;pcy i przylecia&#322; do nas. Z rado&#347;ci nieco przesadzi&#322;. Nawet Leonid post&#281;kiwa&#322; wyrwawszy si&#281; z jego obj&#281;&#263;. Dla mnie Allan zrobi&#322; wyj&#261;tek, traktuj&#261;c mnie jak chorego.

Ach wy w&#322;&#243;cz&#281;gi! wrzeszcza&#322; po chwili. Gdzie&#347;cie si&#281; podziewali przez ponad dwa lata? Opowiadajcie, opowiadajcie: gdzie? co? jak?

Zaprowadzili&#347;my go do klubu, gdzie zebra&#322;a si&#281; ca&#322;a za&#322;oga. Niepokoi&#322;a nas tylko jedna sprawa: co s&#322;ycha&#263; na Ziemi i jak zako&#324;czy&#322; si&#281; sp&#243;r Wiery z Romerem?

Altan rozsiad&#322; si&#281; w fotelu i popatrzy&#322; na nas rozpromienionym wzrokiem. Cieszy&#322; si&#281; z naszego niepokoju o ziemskie sprawy, bo nie m&#243;g&#322; poj&#261;&#263; ca&#322;ej g&#322;&#281;bi naszej rozterki.

Jaki sp&#243;r? Drobiazg, dawno si&#281; ju&#380; wszystko uspokoi&#322;o. Wprawdzie co&#347; tam by&#322;o i ludziska wiecowali niczym starzy, dobrzy przodkowie. Romero ha&#322;asowa&#322; we wszystkich g&#322;o&#347;nikach i b&#322;yszcza&#322; we wszystkich wideokolumnach. Z tak&#261; pasj&#261; broni&#322; starych zasad spo&#322;ecznych, &#380;e &#322;zy z oczu wyciska&#322;. Krzycza&#322; o przodkach, o potomkach, o nas, o Z&#322;ywrogach, o Niebianach, o komputerach wielkich, ma&#322;ych, informacyjnych i akademickich. A propos, Wielki Komputer Akademicki r&#243;wnie&#380; przyzna&#322; mu racj&#281;. Ale nadszed&#322; dzie&#324; plebiscytu, kt&#243;ry postanowiono przeprowadzi&#263;, chocia&#380; i tak wszyscy wiedzieli, jaki b&#281;dzie jego wynik.

Za&#347;mia&#322; si&#281; triumfalnie. W klubie wisia&#322;a kamienna cisza, bali&#347;my si&#281; nawet spojrze&#263; na siebie. Allan nie zrozumia&#322;, dlaczego mu nie przerywamy. Ludzko&#347;&#263; zwariowa&#322;a! krzycza&#322; rado&#347;nie. To by&#322;o masowe szale&#324;stwo, m&#243;wi&#281; wam. Romero uzyska&#322; poparcie nieca&#322;ych trzech dziesi&#261;tych procent og&#243;&#322;u. Dziewi&#281;&#263;dziesi&#261;t dziewi&#281;&#263; procent z u&#322;amkami zgadza&#322;o si&#281; z Wier&#261;. Wielki uzna&#322; w&#322;asn&#261; kl&#281;sk&#281; i za&#380;&#261;da&#322; uaktualnienia swych w&#322;asnych podstawowych program&#243;w.

Podbiegli&#347;my do Altana i z rado&#347;ci&#261; zacz&#281;li&#347;my podrzuca&#263; go pod sufit. Jedynie my, kt&#243;rzy poznali&#347;my pu&#322;apki Perseusza i ogie&#324; walki z Gro&#378;n&#261;, mogli&#347;my do ko&#324;ca, ca&#322;ym sercem, a nie tylko rozumem poj&#261;&#263;, jak dalece s&#322;usznie post&#261;pi&#322;a ludzko&#347;&#263;.

Kiedy podniecenie troch&#281; opad&#322;o, powiedzia&#322;em ironicznie:

Ty oczywi&#347;cie znalaz&#322;e&#347; si&#281; mi&#281;dzy tymi, kt&#243;rzy zachowali rozs&#261;dek do ko&#324;ca i g&#322;osowali za Romerem?

Ja? zdziwi&#322; si&#281; Altan. Chyba zwariowa&#322;e&#347;, Eli. To w&#322;a&#347;nie mnie oskar&#380;y&#322; Romero, &#380;e uleg&#322;em szale&#324;stwu. Nie jestem takim m&#243;wc&#261; jak on, ale kiedy wyst&#281;powa&#322;em, ludzie wy&#322;&#261;czali transmisje Paw&#322;a. S&#322;owo daj&#281;, &#380;e tak by&#322;o! Kamagin z Gromanem i nasz Trub r&#243;wnie&#380; dolewali oliwy do ognia. &#346;mier&#263; kosmonaut&#243;w i niszczenie planet w Plejadach doprowadza&#322;y ludzi do w&#347;ciek&#322;o&#347;ci. A Trub lata&#322; nad t&#322;umem i dziko wrzeszcza&#322; archanielskim g&#322;osem.

Jak si&#281; czuj&#261; na Ziemi kosmonauci i Anio&#322;? zainteresowa&#322;a si&#281; Olga.

Doskonale! Trub jest szcz&#281;&#347;liwy i jedyn&#261; jego trosk&#261; jest to, &#380;e ma&#322;e dzieci troch&#281; si&#281; go boj&#261;, bo nie potrafi cicho lata&#263;. Nastolatki urz&#261;dzaj&#261; z nim wy&#347;cigi na awionetkach, no i oczywi&#347;cie wygrywaj&#261;. Kosmonauci przekwalifikowuj&#261; si&#281; na nawigator&#243;w gwiazdolot&#243;w i op&#281;dzaj&#261; si&#281; od kandydatek na &#380;ony. Nie dacie wiary, ile si&#281; w nich dziewcz&#261;t zakocha&#322;o! Wspaniali ch&#322;opcy, m&#322;odsi od ka&#380;dego z nas, a jednak urodzili si&#281; ponad czterysta lat temu moim zdaniem to kobiety najbardziej poci&#261;ga.

Zapyta&#322;em, jakie wa&#380;ne prace rozpocz&#281;to ostatnio na Ziemi. Allan odpowiedzia&#322; mi na to ca&#322;&#261; przemow&#261;. Entuzjazm, kt&#243;ry ogarn&#261;&#322; Ziemi&#281;, znalaz&#322; upust w praktycznym dzia&#322;aniu. Utworzono przedsi&#281;biorstwa: Zak&#322;ady Budowy Gwiazdolot&#243;w z baz&#261; na Plutonie i Zak&#322;ady Budowy Planet, kt&#243;re trudno nazywa&#263; przedsi&#281;biorstwami, gdy&#380; po&#322;owa ludzko&#347;ci w nich pracuje. Na zielonej Ziemi pozostali jedynie starcy, dzieci i obs&#322;uga ziemskich fabryk. Ba&#322;aganu i zamieszania jest na razie tyle, &#380;e postronnemu obserwatorowi w&#322;osy by si&#281; zje&#380;y&#322;y na g&#322;owie, ale obserwator&#243;w nie ma, wszyscy s&#261; uczestnikami i ka&#380;dy w miar&#281; w&#322;asnych si&#322; stara si&#281; ba&#322;agan pog&#322;&#281;bi&#263;. Zacznijmy od tego, &#380;e na razie nie ma jeszcze konkretnego planu pracy dla Zak&#322;ad&#243;w Budowy Planet. Jednym z proponowanych kierunk&#243;w dzia&#322;alno&#347;ci jest wznoszenie nowych planet wok&#243;&#322; samotnych gwiazd s&#261;siaduj&#261;cych ze S&#322;o&#324;cem. To si&#281; ju&#380; robi. Budowa przebiega pod has&#322;ami: Precz z pustymi gwiazdami!, Wszyscy do walki o najwy&#380;sz&#261; planetno&#347;&#263; gwiazd naszego rejonu Galaktyki!, W uk&#322;adzie ka&#380;dej gwiazdy planety przydatne dla ka&#380;dej formy &#380;ycia! i tak dalej, i tak dalej. Plakaty i transparenty z tymi z&#322;otymi my&#347;lami spotyka si&#281; na wszystkich zaludnionych planetach, nie spos&#243;b przed nimi uciec. Do Aldebarana w jedn&#261; stron&#281; i gdzie&#347; poza Krzy&#380; Po&#322;udnia w drug&#261; nie ma gwiazdy, gdzie by nie kipia&#322;a robota. Ale ostatnio s&#322;yszy si&#281; g&#322;osy, &#380;e wybrano nieodpowiedni kierunek inwestycji, &#380;e droga jest wprawdzie naj&#322;atwiejsza, lecz ma&#322;o skuteczna. Z wolna coraz wi&#281;cej entuzjast&#243;w zyskuje idea, aby zamiast przysposabia&#263; si&#281; do natury, przystosowa&#263; j&#261; do naszych wymaga&#324;. Nie wznosi&#263; roj&#243;w planet wok&#243;&#322; gotowych gwiazd, lecz zbudowa&#263; ca&#322;y obszar planetarny dla wszystkich wyobra&#380;alnych form &#380;ycia i zaopatrzy&#263; go w odpowiednie sztuczne s&#322;o&#324;ca. To jest oczywi&#347;cie znacznie trudniejsze, ale te&#380; i bez por&#243;wnania ciekawsze. Przyk&#322;adem takiej wszechstronnie przemy&#347;lanej planety mo&#380;e by&#263; Ora. Rejon budowy ju&#380; wybrano: okolice Syriusza i jego s&#261;siada, bia&#322;ego kar&#322;a zwarty wycinek kosmosu mi&#281;dzy Orionem a Wielkim Psem o obj&#281;to&#347;ci oko&#322;o tysi&#261;ca parsek&#243;w sze&#347;ciennych. W my&#347;l tego projektu na stworzone od podstaw uniwersalne planety z pe&#322;n&#261; automatyzacj&#261; produkcji i us&#322;ug nale&#380;y stopniowo przenie&#347;&#263; wszystkich Niebian, kt&#243;rym jest ciasno i niewygodnie w domu. Na razie jest to pie&#347;ni&#261; przysz&#322;o&#347;ci: plany poszczeg&#243;lnych planet s&#261; jeszcze w stadium szkic&#243;w, bo zespo&#322;y wydelegowane dla uzgodnienia warunk&#243;w &#380;yciowych z przysz&#322;ymi mieszka&#324;cami jeszcze w&#281;druj&#261; po gwiazdozbiorach. Trzeba bowiem ustali&#263; rozmiary glob&#243;w, temperatur&#281; s&#322;o&#324;c, d&#322;ugo&#347;&#263; dnia i nocy, sk&#322;ad atmosfery i si&#322;&#281; ci&#261;&#380;enia, rodzaj pomieszcze&#324; mieszkalnych i pokarmu. Ale ju&#380; teraz, kiedy zbiera si&#281; te wszystkie dane, flotylla Gwiezdnych P&#322;ug&#243;w, powolnych statk&#243;w przestarza&#322;ej konstrukcji, orze kosmos w pobli&#380;u Oriona i wytwarza mg&#322;awice py&#322;owe do dalszej przer&#243;bki na planety lub s&#322;o&#324;ca.

Chocia&#380; sprawa jest a&#380; nazbyt prosta wrzeszcza&#322; Allan ba&#322;aganu i tam nie brakuje. U nas tak zawsze. Najpierw ca&#322;ymi miesi&#261;cami nie mo&#380;emy podj&#261;&#263; decyzji, a potem zaczyna si&#281; pop&#322;och i szturmowszczyzna: Gwiezdne P&#322;ugi chodz&#261; z maksymalnymi- pr&#281;dko&#347;ciami, przestrze&#324; kosmiczna trzeszczy w szwach, na ka&#380;dym kroku ob&#322;oczki py&#322;owe! Niby okre&#347;lono granice, niby wydano instrukcje, ale w&#322;a&#380;&#261; ludziska do rezerwat&#243;w, jakby ju&#380; pustki zabrak&#322;o. Na gwiezdnych trasach dziej&#261; si&#281; okropne rzeczy! W drodze na Or&#281; nasz Sternik o ma&#322;o nie wlecia&#322; do obszaru kompleksowego zniszczenia: przed nami rozpada&#322;a si&#281; jaka&#347; zb&#281;dna gwiazda z kategorii czarnych kar&#322;&#243;w, a po bokach przestrze&#324; zamieniano na pierwotny py&#322; budowlany. Nie wiadomo kt&#243;r&#281;dy lecie&#263;. Min&#261;&#322; czas romantyki mi&#281;dzygwiezdnej. Je&#347;li tak dalej p&#243;jdzie, przestan&#281; lata&#263; i p&#243;jd&#281; budowa&#263; planety.

Popatrzy&#322; na nas roze&#347;mianymi oczami i zako&#324;czy&#322;: Tak wygl&#261;daj&#261; nasze ziemskie sprawy, braciszkowie teraz m&#243;wcie, co wieziecie ze sob&#261; z Perseusza?

Zaraz ci poka&#380;emy na stereoekranie co&#347; ciekawego odpar&#322; Leonid.

Kiedy Leonid przygotowywa&#322; pokaz, zwr&#243;ci&#322;em si&#281; do Olgi:

Czemu spogl&#261;da&#322;a&#347; na mnie co chwila w czasie opowiadania Allana o Ziemi? Patrzy&#322;a&#347; na mnie, jakby&#347; by&#322;a czym&#347; zaskoczona.

Dzi&#347; si&#281; &#347;mia&#322;e&#347; odpowiedzia&#322;a. &#346;mia&#322;e&#347; si&#281; po raz pierwszy od dw&#243;ch lat, Eli!

No i c&#243;&#380; z tego? Spodoba&#322;o ci si&#281; to, czy przerazi&#322;o?

Sama nie wiem. Zdumia&#322;am si&#281;. Zobaczy&#322;am nagle, &#380;e bardzo si&#281; zmieni&#322;e&#347;.



5

Na Orze przenios&#322;em si&#281; z Po&#380;eracza Przestrzeni, kt&#243;ry oddano do dyspozycji Spychalskiego, na Sternika odlatuj&#261;cego na Ziemi&#281;. Lecia&#322;em sam, bo za&#322;oga Po&#380;eracza Przestrzeni musia&#322;a jaki&#347; czas pozosta&#263; na Orze, aby przekaza&#263; gwiazdolot nowemu dow&#243;dcy.

Jeszcze przed startem Sternika na Ziemi&#281; pomkn&#261;&#322; kurier z wiadomo&#347;ci&#261; o naszym powrocie z Perseusza.

W trakcie mojej wielomiesi&#281;cznej choroby na statku zbudowano trzy urz&#261;dzenia do generacji i odbioru fal przestrzeni, niewiele r&#243;&#380;ni&#261;ce si&#281; od tego, kt&#243;re takie us&#322;ugi odda&#322;o nam w gwiezdnym skupisku. Nazwali&#347;my te mechanizmy SFP-1, to znaczy stacja fal przestrzennych model pierwszy. Jedn&#261; SFP-1 przekazali&#347;my Spychalskiemu, drug&#261; przeznaczyli&#347;my dla Plutona, ostatni&#261; natomiast wraz ze wszystkimi notatkami i obliczeniami, wykonanymi w czasie rejsu, zabra&#322;em ze sob&#261;, aby podda&#263; je kontroli na wielkich maszynach.

Trudno mi opisa&#263; zachwyt Spychalskiego, kiedy dowiedzia&#322; si&#281;, do czego s&#322;u&#380;y to urz&#261;dzenie. Trzeba, podobnie jak on, ca&#322;e &#380;ycie strawi&#263; na lotach bez widoczno&#347;ci, a potem nieoczekiwanie zyska&#263; wzrok, aby zrozumie&#263; jego stan. Staruszek rozp&#322;aka&#322; si&#281; obejmuj&#261;c nas wszystkich po kolei.

Do mnie powiedzia&#322;:

Panu podzi&#281;kuj&#281; osobno. Prosz&#281; przyj&#261;&#263; w rewan&#380;u malutki prezencik. Sympatyczny, prawda? Podarkiem okaza&#322;a si&#281; ta&#347;ma z zapisem listu Fioli.

Poszed&#322;em do swego pokoju, aby w samotno&#347;ci prze&#380;y&#263; spotkanie z dziewczyn&#261;. Przesz&#322;o&#347;&#263; ogarn&#281;&#322;a mnie z tak&#261; si&#322;&#261;, &#380;e na moment wyda&#322;a mi si&#281; wa&#380;niejsza od tera&#378;niejszo&#347;ci. Fiola, roz&#347;wietlona i pi&#281;kna, zap&#322;on&#281;&#322;a w p&#243;&#322;mroku tajemniczych las&#243;w planety kr&#261;&#380;&#261;cej wok&#243;&#322; bia&#322;ej Wegi. To by&#322;a Fiola u siebie w domu, nie po&#347;r&#243;d cud&#243;w stworzonych przez cz&#322;owieka, lecz u siebie! Eli, m&#243;j Eli! &#347;piewa&#322;a i jarzy&#322;a si&#281; Fiola. Czekam, obieca&#322;e&#347; przyjecha&#263;, chc&#281; ci&#281; zobaczy&#263;! Zrobi&#322;o mi si&#281; smutno, &#380;e nie mog&#322;em uda&#263; si&#281; do niej, ale cieszy&#322;em si&#281;, &#380;e mnie chce zobaczy&#263;. P&#243;&#378;niej schowa&#322;em ta&#347;m&#281;, aby cz&#281;sto jej nie wyjmowa&#263;. Musia&#322;em my&#347;le&#263; o Ziemi, a nie o Wedze. W ca&#322;ym Wszech&#347;wiecie istnia&#322;o dla mnie jedno tylko poci&#261;gaj&#261;ce miejsce male&#324;ka i pot&#281;&#380;na Ziemia, prawdziwy, a nie geometryczny &#347;rodek &#347;wiata. T&#281;skni&#322;em do niej i ba&#322;em si&#281; jej. Nie by&#322;em pewien, czy zechce by&#263; tym, w co j&#261; chc&#281; zmieni&#263;.

Napisa&#322;em odpowied&#378; na list Fioli i przekaza&#322;em Spychalskiemu, kt&#243;ry obieca&#322; przes&#322;a&#263; j&#261; dziewczynie z pierwszym kurierem, jaki poleci do gwiazdozbioru Lutni.

A sam pan przypadkiem nie zechce si&#281; przespacerowa&#263; na Weg&#281;? zapyta&#322; z u&#347;miechem. Niez&#322;a gwiazdka.

Nie odpar&#322;em. Musz&#281; lecie&#263; na Ziemi&#281;.

Tak, oczywi&#347;cie. Powinien si&#281; pan podleczy&#263;, a gdzie to mo&#380;na zrobi&#263; lepiej ni&#380; na staruszce Ziemi?

On te&#380; zupe&#322;nie mnie nie rozumia&#322;! Nast&#281;pnego ranka wystartowali&#347;my na Ziemi&#281;.



6

Nie mog&#281; sobie teraz przypomnie&#263; tygodnia sp&#281;dzonego na pok&#322;adzie Sternika. Allan nale&#380;y do tego gatunku astronaut&#243;w, kt&#243;rzy powierzaj&#261;c sterowanie automatom nie odchodz&#261; od nich na krok. Spotyka&#322;em go tylko w jadalni. Godzinami siedzia&#322;em na fotelu ustawionym w parku i drzema&#322;em.

Na Plutonie zatrzyma&#322;em si&#281; dwa dni.

Nie pozna&#322;em planety: w starym projekcie planowali&#347;my wspania&#322;&#261; atmosfer&#281; nie gorsz&#261; od ziemskiej, rozleg&#322;e lasy, nawet ocean. Atmosfer&#281; zd&#261;&#380;ono wytworzy&#263;, sady i parki zasadzono, ale oceanu nie by&#322;o, gdy&#380; na jego miejscu rozci&#261;ga&#322;y si&#281; zautomatyzowane hale produkcyjne, bezludne fabryki, ca&#322;e setki i tysi&#261;ce kilometr&#243;w fabryk

Nazywali&#347;my Plutona pracowit&#261; planetk&#261;. Dzi&#347; nale&#380;a&#322;oby go nazwa&#263; hucz&#261;c&#261; planet&#261;. &#321;oskot rozlega&#322; si&#281; wzd&#322;u&#380; r&#243;wnika i pod biegunami, w g&#322;&#281;bi ska&#322; i w stratosferze. Wsz&#281;dzie panowa&#322; taki harmider, jaki nie zdarza si&#281; nawet w czasie trz&#281;sienia ziemi.

To si&#281; nazywa rozmach, co? krzykn&#261;&#322; do mnie Allan, z kt&#243;rym wybra&#322;em si&#281; awionetk&#261; na oblot globu. Przyznaj si&#281;, &#380;e nie oczekiwa&#322;e&#347; czego&#347; podobnego!

Oczywi&#347;cie, &#380;e nie.

G&#322;&#243;wne warsztaty Sojuszu Gwiezdnego

Chcesz zobaczy&#263; nowe gwiazdoloty?

Naturalnie.

Statki s&#261; na Biegunie Po&#322;udniowym, w magazynie wyrob&#243;w gotowych. Surowce wy&#322;adowuje si&#281; na Biegunie P&#243;&#322;nocnym, sk&#261;d rozsy&#322;a si&#281; je po ca&#322;ej planecie do fabryk, a potem ju&#380; w postaci gotowych gwiazdolot&#243;w trafiaj&#261; w&#322;a&#347;nie na Biegun Po&#322;udniowy.

Na Biegunie Po&#322;udniowym przelecieli&#347;my nad obszarem r&#243;wnym co do wielko&#347;ci Europie to w&#322;a&#347;nie by&#322; magazyn wyrob&#243;w gotowych. Tysi&#261;ce kilometr&#243;w kwadratowych, pokrytych ogromnymi iglicami gwiazdolot&#243;w gigantycznej floty galaktycznej zaj&#281;tej ostatnimi robotami wyko&#324;czeniowymi przed startem w otwarty kosmos. Nawet jedyny w swoim rodzaju do niedawna Po&#380;eracz Przestrzeni wyda&#322;by si&#281; karze&#322;kiem w por&#243;wnaniu z tymi ogromami.

Trzeba wraca&#263; powiedzia&#322; Allan po pewnym czasie.

Wracaj sam odpar&#322;em. Ja si&#281; jeszcze troch&#281; pow&#322;&#243;cz&#281; nad planetk&#261;.

Mo&#380;esz nawet pokozio&#322;kowa&#263;, bo zdaje si&#281; lubisz t&#281; zabaw&#281;. Na Plutonie ju&#380; zainstalowano w&#322;asny Wielki Komputer, na razie tylko na dziesi&#281;&#263; milion&#243;w Opiekunek, ale ty, jak wszyscy kosmonauci, jeste&#347; w nim zdublowany.

Co m&#243;wisz! To wielka wygoda, z pewno&#347;ci&#261; skorzystam z okazji.

D&#322;ugo kr&#261;&#380;y&#322;em nad r&#243;wninami Plutona. Nie min&#281;&#322;y nawet pe&#322;ne trzy lata od mego rozstania z tymi okolicami. Wspomnienia t&#322;oczy&#322;y mi si&#281; w m&#243;zgu, ale nigdzie nie mog&#322;em znale&#378;&#263; zapami&#281;tanych widok&#243;w. Nawet s&#322;o&#324;ca &#347;wieci&#322;y inaczej! Jedna gwiazda sztuczna dop&#281;dza&#322;a drug&#261;, dzienna ust&#281;powa&#322;a miejsca wieczornej, a za ni&#261; wytacza&#322;a si&#281; nocna. Niegdy&#347; by&#322;y to r&#243;&#380;ne s&#322;o&#324;ca o odr&#281;bnej charakterystyce, sprzyjaj&#261;ce pracy lub odpoczynkowi. Dzi&#347; wszystkie b&#322;yszcza&#322;y jednakowo jasno, przez okr&#261;g&#322;&#261; dob&#281; panowa&#322; dzie&#324; i planeta nie zna&#322;a odpoczynku. Ten ha&#322;a&#347;liwy, rozpasany Pluton nie znaj&#261;cy snu i wypoczynku podoba&#322; mi si&#281; bardziej ni&#380; dawny, kt&#243;ry zna&#322;em: statecznie pracuj&#261;cy i r&#243;wnie statecznie odpoczywaj&#261;cy po pracy Tam by&#322;a miarowa robota, tu za&#347; natchniona praca, do kt&#243;rej wszyscy t&#281;sknili&#347;my.

Rozp&#281;dzi&#322;em awionetk&#281; do maksimum. G&#243;rskie szczyty gwiazdolot&#243;w odp&#322;ywa&#322;y do ty&#322;u i zapada&#322;y si&#281; poza horyzont. Mog&#322;em poszale&#263; w powietrzu, bo teraz strzeg&#322;a mnie Opiekunka, ale po szamotaninie w nieeuklidesowych sieciach Perseusza straci&#322;em zapa&#322; do psot. Zreszt&#261; jeszcze nieca&#322;kowicie wyliza&#322;em si&#281; z ran.

Lecia&#322;em spokojnie po prostej i pogr&#261;&#380;a&#322;em si&#281; w rozmy&#347;laniach. My&#347;la&#322;em nie o Plutonie, lecz o Ziemi. Po tym, co tu zobaczy&#322;em, ju&#380; nie obawia&#322;em si&#281; spotkania z Ziemi&#261;.

Przed kosmodromem zatrzyma&#322;em awionetk&#281; w powietrzu i zamkn&#261;wszy oczy ws&#322;ucha&#322;em si&#281; w &#322;oskot planety. Lubi&#322;em muzyk&#281; klasyczn&#261;, przed snem zamawia&#322;em sobie indywidualne melodie zgodne z nastrojem, wytrzyma&#322;em nawet Harmoni&#281; Gwiezdnych Sfer Andre, ale niczego r&#243;wnie pot&#281;&#380;nego, podobnego do uczucia, jakie wywo&#322;a&#322; we mnie grzmot tego kosmicznego warsztatu, nigdy przedtem nie dozna&#322;em. Wreszcie pozna&#322;em prawdziw&#261; harmoni&#281; gwiezdnych sfer!

Oddalaj&#261;c si&#281; ju&#380; od Plutona w kierunku Ziemi, nadal czu&#322;em w sobie ten pot&#281;&#380;ny, tw&#243;rczy &#322;oskot



7

Lec&#261;c ku Ziemi spodziewa&#322;em si&#281; wszystkiego, tylko nie tego, &#380;e zgotuj&#261; mi uroczyste powitanie. Wr&#243;ci&#322;em najwcze&#347;niej i zap&#322;aci&#322;em za to: je&#347;li nie wszystkie nale&#380;ne nam ho&#322;dy, to w ka&#380;dym razie wi&#281;kszo&#347;&#263; z nich przypad&#322;a w udziale mnie jednemu. Poczynaj&#261;c od Marsa naszemu gwiazdolotowi towarzyszy&#322;a honorowa eskorta kosmiczna. Nie b&#281;d&#281; opisywa&#322; scen powitania na kosmodromie, gdy&#380; transmitowano je na wszystkie planety Uk&#322;adu S&#322;onecznego. Przez trzy godziny k&#322;ania&#322;em si&#281;, &#347;ciska&#322;em d&#322;onie, u&#347;miecha&#322;em si&#281; i powiewa&#322;em kapeluszem, a&#380; wreszcie zwali&#322;em si&#281; z n&#243;g ze zm&#281;czenia.

Dopiero w domu, w starym mieszkaniu na Zielonym Bulwarze, mog&#322;em odetchn&#261;&#263; z ulg&#261; w otoczeniu przyjaci&#243;&#322;.

Czuj&#281; si&#281; tak, jakbym okrad&#322; koleg&#243;w poskar&#380;y&#322;em si&#281;. Gdybym wiedzia&#322;, nigdy bym sam nie przylecia&#322;.

Powitamy ich r&#243;wnie gor&#261;co pocieszy&#322;a mnie Wiera. A ciebie witano nie tylko jako cz&#322;onka wyprawy. Mam przyjemn&#261; wiadomo&#347;&#263;: tw&#243;j projekt przekszta&#322;cenia Ziemi w ucho, oko i g&#322;os Wszech&#347;wiata zosta&#322; zatwierdzony.

By&#322;em zaskoczony i oszo&#322;omiony, bo jeszcze z nikim swymi my&#347;lami si&#281; nie dzieli&#322;em.

Z dala od Ziemi zapomnia&#322;e&#347; o naszych zwyczajach powiedzia&#322;a Wiera z u&#347;miechem. Czy&#380;by ci nie m&#243;wiono, &#380;e na Plutonie zainstalowano Komputer Pa&#324;stwowy? Spacerowa&#322;e&#347; nad planet&#261;, a Opiekunka zapisywa&#322;a twoje my&#347;li, kt&#243;re uzna&#322;a za tak wa&#380;ne, i&#380; natychmiast przes&#322;a&#322;a je na Ziemi&#281;. Nasz Wielki, tak&#380;e niezw&#322;ocznie, przekaza&#322; je ka&#380;demu cz&#322;owiekowi. Dopiero wchodzi&#322;e&#347; na Plutonie na pok&#322;ad gwiazdolotu, gdy tu ludzie ju&#380; dyskutowali nad twoj&#261; ide&#261;. Na jutro jeste&#347; zaproszony na posiedzenie Wielkiej Rady, gdzie b&#281;dziesz referowa&#322; swoje propozycje.

To znaczy, &#380;e projekt nie zosta&#322; jeszcze zatwierdzony? zapyta&#322;em.

Nic podobnego. Poparli go w zasadzie wszyscy. Ale naturalnie b&#281;dziesz musia&#322; odpowiedzie&#263; na szereg pyta&#324;. Poza tym przed urzeczywistnieniem projektu musisz si&#281; podleczy&#263;, bo stan twego zdrowia wzbudza niepok&#243;j w Komputerze Medycznym.

Mnie stan w&#322;asnego zdrowia nie k&#322;opota&#322;. Spotkanie z przyjaci&#243;&#322;mi i radosna wiadomo&#347;&#263; o przyj&#281;ciu projektu podzia&#322;a&#322;y na mnie lepiej od najskuteczniejszego lekarstwa. Du&#380;y pok&#243;j Wiery ledwo pomie&#347;ci&#322; wszystkich zebranych. Szczeg&#243;lnie wiele miejsca zajmowa&#322; Trub. Na kosmodromie razem z nami wt&#322;oczy&#322; si&#281; do aerobusu, wiedz&#261;c ju&#380; z do&#347;wiadczenia, &#380;e te aparaty lataj&#261; znacznie szybciej ni&#380; Anio&#322;y. Natomiast kategorycznie odm&#243;wi&#322; korzystania z windy i o&#347;wiadczy&#322;, &#380;e samodzielnie wleci na siedemdziesi&#261;te dziewi&#261;te pi&#281;tro. Przyznam si&#281;, &#380;e mu nie uwierzy&#322;em: Trub wa&#380;y oko&#322;o stu kilogram&#243;w, a do pokonania mia&#322; oko&#322;o trzystu metr&#243;w wysoko&#347;ci. Anio&#322; postawi&#322; jednak na swoim. Najpierw odpoczywa&#322; co dwadzie&#347;cia pi&#281;ter w parkach, p&#243;&#378;niej co pi&#261;te pi&#281;tro na werandach, ale dotar&#322; do mego mieszkania. Zdysza&#322; si&#281;, spoci&#322; i by&#322; nies&#322;ychanie z siebie dumny. Trub stopniowo przyzwyczaja si&#281; do ziemskich warunk&#243;w, lecz stara si&#281; zawsze chodzi&#263; w&#322;asnymi drogami. Lusin jest w nim dos&#322;ownie zakochany, do tego stopnia, &#380;e nawet zaniedba&#322; sw&#243;j projekt ptasiog&#322;owego bo&#380;ka.

Mimo wszystko ziemskie mieszkanie, a zw&#322;aszcza kobiece pokoje, nie nadaj&#261; si&#281; dla Anio&#322;&#243;w. Trub sam rozumia&#322;, &#380;e lata&#263; w nich nie mo&#380;na, i stara&#322; si&#281; zachowywa&#263; spokojnie, ale nawet przy najlepszych ch&#281;ciach ka&#380;demu jego poruszeniu lub drgni&#281;ciu skrzyde&#322; towarzyszy&#322; &#322;oskot jakiego&#347; przedmiotu spadaj&#261;cego ze &#347;ciany lub mebli.

W&#347;r&#243;d go&#347;ci nie by&#322;o &#379;anny. Zapyta&#322;em o ni&#261;. Wiera odpowiedzia&#322;a, i&#380; &#379;anna zjawi si&#281; p&#243;&#378;niej.

&#379;anna przysz&#322;a razem z Olegiem, &#322;adniutkim trzyletnim ch&#322;opczykiem z &#380;ywymi, rozumnymi oczami i tak podobnym do ojca, &#380;e wyda&#322;o mi si&#281;, i&#380; widz&#281; malutkiego Andre.

Ze sto razy &#263;wiczy&#322;em w my&#347;li spotkanie z &#379;ann&#261;, wybiera&#322;em s&#322;owa, kt&#243;re jej powiem, i wyraz twarzy, jaki przybior&#281;. Teraz wszystko zapomnia&#322;em. &#379;anna po&#322;o&#380;y&#322;a mi g&#322;ow&#281; na ramieniu i rozp&#322;aka&#322;a si&#281;. Obj&#261;&#322;em j&#261; w milczeniu.

P&#243;&#378;niej wymamrota&#322;em:

Wierz mi, jeszcze nie wszystko przepad&#322;o. Spojrza&#322;a na mnie tak zrozpaczonym wzrokiem, &#380;e tylko ca&#322;ym wysi&#322;kiem woli zmusi&#322;em si&#281;, aby nie odwr&#243;ci&#263; oczu.

Po pewnym czasie, pozostawiwszy Olega go&#347;ciom, poszli&#347;my z &#379;ann&#261; do mego pokoju. Wpatrywa&#322;em si&#281; w ni&#261; z niepokojem. Bardzo si&#281; zmieni&#322;a, ma&#322;o w niej zosta&#322;o z tej przystojnej, kokieteryjnej, dosy&#263; lekkomy&#347;lnej kobiety, jak&#261; zna&#322;em. Mia&#322;em przed sob&#261; powa&#380;nego, g&#322;&#281;boko prze&#380;ywaj&#261;cego cz&#322;owieka, kt&#243;ry nie potrafi&#322; si&#281; pogodzi&#263; ze swoim nieszcz&#281;&#347;ciem.

Opowiedziano mi wszystko o Andre odezwa&#322;a si&#281; wreszcie. Codziennie s&#322;ucham jego g&#322;osu, jego po&#380;egnania ze mn&#261; i Olegiem przed napadem Z&#322;ywrog&#243;w Wiem, &#380;e zrobili&#347;cie wszystko, aby go wyzwoli&#263; lub chocia&#380;by odszuka&#263; jego &#347;lady. Wiem nawet, &#380;e przed &#347;mierci&#261; krzykn&#261;&#322; Eli!, a nie &#379;anno!.

Przed znikni&#281;ciem, &#379;anno. Andre nie zgin&#261;&#322;, lecz zosta&#322; porwany. Dlatego w&#322;a&#347;nie wo&#322;a&#322; mnie, a nie ciebie. Znalaz&#322; si&#281; wprawdzie w niebezpiecze&#324;stwie, ale &#347;mier&#263; mu nie grozi&#322;a i nie zamierza&#322; si&#281; z tob&#261; &#380;egna&#263;.

Czemu tak s&#261;dzisz?

Widzia&#322;em, &#380;e mi nie wierzy. Nikt pr&#243;cz mnie nie wierzy, &#380;e Andre &#380;yje. Z innymi mog&#322;em si&#281; liczy&#263;, ale j&#261; musia&#322;em przekona&#263;.

W&#322;a&#347;nie dlatego. &#379;y&#322;, kiedy go ju&#380; ca&#322;kowicie sp&#281;tali. Romero pewnie ci m&#243;wi&#322;, &#380;e s&#322;yszeli&#347;my jego wo&#322;anie o pomoc, zupe&#322;nie ju&#380; go nie widz&#261;c?

Tak, m&#243;wi&#322;. Romero uwa&#380;a, i&#380; Andre nie &#380;yje. Pos&#322;uchaj teraz mnie, a nie Romera. Gdyby Niszczyciele chcieli Andre zabi&#263;, nie walczyliby z nim, staraj&#261;c si&#281; wzi&#261;&#263; &#380;ywcem. Ma dla nich nieocenion&#261; warto&#347;&#263; jako jedyny przedstawiciel najpot&#281;&#380;niejszych w ich historii wrog&#243;w: Co im da unicestwienie pojedynczego cz&#322;owieka? Jestem przekonany, &#380;e oni lepiej dbaj&#261; o jego zdrowie, ni&#380; ty sama potrafi&#322;aby&#347; to zrobi&#263;!

Zniszczyli&#347;cie cztery kr&#261;&#380;owniki przeciwnika. Andre m&#243;g&#322; by&#263; na ka&#380;dym z nich.

Andre nie mog&#322;o by&#263; na &#380;adnym z nich, bo chocia&#380; Niszczyciele byli w&#243;wczas jeszcze bardzo pewni siebie, z pewno&#347;ci&#261; nie nara&#380;ali je&#324;ca na przypadkowe niebezpiecze&#324;stwo, jakie zawsze mo&#380;e grozi&#263; w czasie walki. Mogli liczy&#263; na zwyci&#281;stwo, ale nie na to, &#380;e nie ponios&#261; &#380;adnych strat, i na pewno natychmiast po wzi&#281;ciu do niewoli umie&#347;cili Andre w bezpiecznym miejscu.

M&#243;wisz tak, jakby&#347; to wszystko widzia&#322; na w&#322;asne oczy.

Po prostu sam bym tak post&#261;pi&#322;, a nie mam podstaw s&#261;dzi&#263;, &#380;e wrogowie s&#261; g&#322;upsi od nas.

&#379;anna zamy&#347;li&#322;a si&#281;. Obudzi&#322;em w niej nadziej&#281;, z kt&#243;r&#261; nie chcia&#322;a si&#281; ju&#380; rozstawa&#263;, l&#281;kaj&#261;c si&#281; r&#243;wnocze&#347;nie, &#380;e nadzieja si&#281; nie spe&#322;ni.

Nagle powiedzia&#322;a:

A czy za &#347;mierci&#261; Andre nie przemawia to, &#380;e niczego nie Rozumiesz mnie, Eli! Romero uwa&#380;a, &#380;e wrogowie starali si&#281; wydoby&#263; z niego nasze tajemnice, ale najwyra&#378;niej niczego si&#281; nie dowiedzieli To przecie&#380; prawda?

Ogarn&#281;&#322;a mnie w&#347;ciek&#322;o&#347;&#263;. Chwyci&#322;em przestraszon&#261; &#379;ann&#281; za ramiona i zajrza&#322;em jej w oczy.

Kocha&#322;a&#347; Andre powiedzia&#322;em dobitnym szeptem. Zna&#322;a&#347; go lepiej od nas wszystkich, &#379;anno! Jak &#347;miesz tak o nim m&#243;wi&#263;? Czy&#380;by&#347; by&#322;a na tyle &#347;lepa, &#380;e nie rozumia&#322;a&#347; w&#322;asnego m&#281;&#380;a?

&#379;anna zn&#243;w si&#281; rozp&#322;aka&#322;a. Nie mog&#322;em i nie chcia&#322;em jej pociesza&#263;, bo to by&#322;oby potwierdzeniem tego, &#380;e Andre nie &#380;yje. Chodzi&#322;em po pokoju i samemu chcia&#322;o mi si&#281; p&#322;aka&#263;.

Opanowawszy si&#281; &#379;anna powiedzia&#322;a:

To wszystko jest tak okropnie trudne, Eli. Gdyby nie Oleg, nie potrafi&#322;abym znie&#347;&#263; takiego nieszcz&#281;&#347;cia. Zastanawia&#322;am si&#281; ju&#380; powa&#380;nie nad tym, czy warto &#380;y&#263;, skoro Andre zgin&#261;&#322;.

Zosta&#322; porwany, &#379;anno!

Tak, zosta&#322; porwany. Czy&#380;bym powiedzia&#322;a inaczej? Ale je&#347;li Andre &#380;yje, to czy istnieje najmniejsza nawet szansa wyzwolenia go z niewoli? Wkr&#243;tce do Perseusza uda si&#281; nowa wyprawa Floty Galaktycznej. S&#261;dzisz, &#380;e Andre uda si&#281; uratowa&#263;?

W ka&#380;dym razie b&#281;dziemy pr&#243;bowa&#263;. Jedno mog&#281; ci obieca&#263;: nie wr&#243;cimy z Perseusza, zanim nie zbadamy ka&#380;dej, nawet najmniejszej planetki, nie przeszukawszy jej cal po calu.

Wsta&#322;a. Musz&#281; ju&#380; wraca&#263; z Olegiem do domu. Dzi&#281;kuj&#281; ci! Dzi&#281;kuj&#281;! Zawsze by&#322;e&#347; serdecznym przyjacielem Andre, czasami nawet by&#322;am o ciebie zazdrosna. Ale teraz, po jego &#347;mierci

Porwaniu powiedzia&#322;em z pasj&#261; w g&#322;osie. Andre zosta&#322; porwany!

Spojrza&#322;a na mnie z przestrachem.

Nie poznaj&#281; ci&#281;. S&#261;dzi&#322;am pocz&#261;tkowo, &#380;e to z powodu choroby tak si&#281; zmieni&#322;e&#347;. Ale to co&#347; innego. Troch&#281; si&#281; ciebie boj&#281;.

U&#347;miechn&#261;&#322;em si&#281; z wysi&#322;kiem.

Niepotrzebnie. Przyjaciele nie musz&#261; si&#281; mnie l&#281;ka&#263;.



8

Po wyj&#347;ciu go&#347;ci zostali&#347;my we dwoje z Wier&#261;. Siedzia&#322;em w jej pokoju, a siostra chodzi&#322;a od drzwi do okna i z powrotem. Pami&#281;ta&#322;em jeszcze z dzieci&#324;stwa, &#380;e potrafi&#322;a tak spacerowa&#263; godzinami, zatrzymuj&#261;c si&#281; czasami przy oknie i patrz&#261;c w milczeniu na miasto. Tak by&#322;o i teraz. Wszystko pozosta&#322;o po staremu.

A jednak wszystko si&#281; zmieni&#322;o. Zmieni&#322;a si&#281; Wiera, zmieni&#322;em si&#281; ja. Trzy lata temu odkry&#322;em ze zdumieniem, &#380;e siostra wcale nie jest star&#261; kobiet&#261;, jak&#261; mi si&#281; zawsze wydawa&#322;a, lecz m&#322;od&#261; dziewczyn&#261;, nieco tylko starsz&#261; ode mnie. Dzi&#347; zobaczy&#322;em, &#380;e Wiera osi&#261;gn&#281;&#322;a wiek dla kobiety prze&#322;omowy: rozkwit bezpo&#347;rednio poprzedzaj&#261;cy powolne wi&#281;dni&#281;cie. Te trzy ubieg&#322;e lata musia&#322;y j&#261; wiele kosztowa&#263;.

Wiero zapyta&#322;em nie pogodzi&#322;a&#347; si&#281; z Paw&#322;em?

Nie k&#322;&#243;cili&#347;my si&#281; przecie&#380;, po prostu zrozumieli&#347;my, &#380;e jeste&#347;my sobie obcy

Je&#347;li dobrze pami&#281;tam, Romero nie chcia&#322; zerwania.

A czy&#380; ja chcia&#322;am? Zerwanie nast&#261;pi&#322;o niezale&#380;nie od naszych pragnie&#324;.

Bolejesz nad tym?

By&#322;oby mi trudniej, gdybym utrzymywa&#322;a znajomo&#347;&#263; z cz&#322;owiekiem, kt&#243;ry sta&#322; mi si&#281; obcy.

A Pawe&#322;? Czy nadal ci&#281; kocha?

Kocha, kocha! Romero kocha przede wszystkim siebie. Jestem przekonana, &#380;e cierpi tylko z powodu ura&#380;onej dumy, a zrujnowana mi&#322;o&#347;&#263; nic go nie obchodzi.

No c&#243;&#380;, Romero jest istotnie dumny

Pom&#243;wmy lepiej o czym&#347; innym powiedzia&#322;a Wiera. Wielki Komputer tak zinterpretowa&#322; tw&#243;j plan: najpierw trzeba zmieni&#263; Ziemi&#281; w gigantyczny nadajnik fal przestrzennych, a dopiero p&#243;&#378;niej rozpoczyna&#263; powa&#380;ne batalie.

Zupe&#322;nie s&#322;usznie.

Zbudowali&#347;my wielk&#261; Flot&#281; Galaktyczn&#261; powiedzia&#322;a w zadumie Wiera. Widzia&#322;e&#347; statki na Plutonie. Ka&#380;dy z nich jest silniejszy od ca&#322;ej eskadry Po&#380;eraczy Przestrzeni. Zapad&#322;a ju&#380; decyzja wys&#322;ania tej floty do Perseusza. Teraz, w zwi&#261;zku z realizacj&#261; twego planu, wyprawa zostanie na pewien czas wstrzymana.

Nie wstrzymana, lecz po prostu odpowiednio przygotowana. Czekaj&#261; nas gigantyczne bitwy, kt&#243;rych skali nawet po powrocie z Perseusza nie potrafimy sobie wyobrazi&#263;. Nie zapominaj, &#380;e przeciwnicy znaj&#261; teraz nasz&#261; pot&#281;g&#281; i nie zasypiaj&#261; gruszek w popiele!

Dlatego wszyscy tak gor&#261;co ci&#281; poparli zauwa&#380;y&#322;a Wiera. Doskonale zaprojektowa&#322;e&#347; wojn&#281;, a teraz trzeba zaplanowa&#263; pok&#243;j.

To jedno i to samo, Wiero. Wojna ko&#324;czy si&#281; zwyci&#281;stwem, a zwyci&#281;stwo jest pocz&#261;tkiem pokoju.

Mylisz si&#281;, to s&#261; r&#243;&#380;ne rzeczy.

Wyt&#322;umacz mi, bo nie rozumiem

Widzisz, wojna nie rozwi&#261;zuje wszystkich problem&#243;w.

Twoim zdaniem pokonanie wrog&#243;w, starcie na py&#322; ich pot&#281;gi wojskowej nie stanowi rozwi&#261;zania problemu?

To tylko pocz&#261;tek rozwi&#261;zania, jego punkt wyj&#347;ciowy, nic wi&#281;cej. Prawdziwym sukcesem b&#281;dzie dopiero wprowadzenie naszych przeciwnik&#243;w na tory &#380;ycia pokojowego.

Popatrzy&#322;em na siostr&#281; z niedowierzaniem.

Zwariowa&#322;a&#347;?! Istotnie spodziewasz si&#281;, &#380;e rozmowy pokojowe z tymi piekielnymi istotami dadz&#261; jakiekolwiek rezultaty?

Gdybym nie mia&#322;a nadziei na pokojowe rozwi&#261;zanie konfliktu, nie g&#322;osowa&#322;abym za budow&#261; floty wojennej. Nie gorzej od ciebie rozumiem, &#380;e perswazjami nic si&#281; nic wsk&#243;ra. Trzeba ich pokona&#263;.

I wszystkich wyniszczy&#263;.

To po prostu niemo&#380;liwe. Nie mo&#380;na przecie&#380; mie&#263; pewno&#347;ci, &#380;e pojedyncze statki Niszczycieli, zawczasu lub po bitwie, nie uciekn&#261; do innych galaktyk i tam wrogowie nie udoskonal&#261; si&#281; tak dalece, &#380;e prze&#347;cign&#261; ludzi jak niegdy&#347; prze&#347;cign&#281;li Galakt&#243;w. Nie mo&#380;esz te&#380; zar&#281;czy&#263;, &#380;e ju&#380; teraz gdzie&#347; w odleg&#322;ych rejonach gwiezdnych nie ma ich kolonii. W samej tylko naszej Galaktyce jest sto pi&#281;&#263;dziesi&#261;t miliard&#243;w gwiazd, a poza jej granicami istnieje niezliczone mrowie innych galaktyk. Nie mo&#380;na ich przecie&#380; wszystkich zbada&#263; pokolei! Czy mo&#380;esz zagwarantowa&#263;, &#380;e nasi wrogowie tam nie dotarli?

Nie mog&#281;. Z&#322;ywrogi mog&#261; by&#263; wsz&#281;dzie. Chodzi jednak o to, aby oczy&#347;ci&#263; z nich skupiska Perseusza.

To znaczy wygra&#263; jedn&#261; bitw&#281; i p&#243;&#378;niej wpl&#261;ta&#263; si&#281; w nic ko&#324;cz&#261;c&#261; si&#281;, wyniszczaj&#261;c&#261; wojn&#281;. Powiesz, &#380;e to jedynie hipotetyczna mo&#380;liwo&#347;&#263;, kt&#243;ra mo&#380;e si&#281; spe&#322;ni&#263;. Ale kiedy okre&#347;la si&#281; polityk&#281; na ca&#322;e tysi&#261;clecie, nale&#380;y bra&#263; pod uwag&#281; wszystkie mo&#380;liwo&#347;ci, nawet najmniej prawdopodobne. Zwyci&#281;&#380;y&#263; w jednej, tak zwanej decyduj&#261;cej bitwie i zostawi&#263; potomkom w spadku niebezpiecze&#324;stwo ca&#322;kowitej zag&#322;ady nie, do tego nie mo&#380;na dopu&#347;ci&#263;!

S&#322;uchaj&#261;c jej przenios&#322;em si&#281; my&#347;l&#261; do Perseusza. Zn&#243;w ujrza&#322;em Z&#322;ot&#261; Planet&#281;. W czym&#347; przypomina&#322;a Plutona takie same kosmiczne warsztaty, w kt&#243;rych wprawdzie nie produkowano gwiazdolot&#243;w, lecz za to zmieniano krzywizn&#281; otaczaj&#261;cego &#347;wiata, zamieniano przestrze&#324; w materi&#281;, wzbudzano pot&#281;&#380;ne pola grawitacyjne. Ile tysi&#281;cy takich planet stoi naprzeciw jednego naszego Plutona? Na ilu tysi&#261;cach takich glob&#243;w przekl&#281;te g&#322;owookie stwory usi&#322;uj&#261; przej&#261;&#263; nasz&#261; umiej&#281;tno&#347;&#263; rozpylania materii, zamieniania jej w nic, jak my przej&#281;li&#347;my od nich sztuk&#281; zmiany g&#281;sto&#347;ci tego &#347;wiatowego nic? Przy ich talencie technicznym zadanie nie jest zbyt trudne, a Z&#322;ywrogi przy tym bardzo si&#281; spiesz&#261; Co b&#281;dzie, je&#347;li nasza flotylla natknie si&#281; na ogie&#324; zaporowy nowo zbudowanych anihilator&#243;w masy?

Na razie mamy nad nimi wielk&#261; przewag&#281; powiedzia&#322;a Wiera. Nie mo&#380;emy jej utraci&#263;.

Powiedzia&#322;a&#347;, &#380;e zwyci&#281;stwo w wojnie to dopiero pocz&#261;tek.

Tak, pocz&#261;tek. Najpierw zmusimy ich si&#322;&#261; do zaniechania okrucie&#324;stw, a nast&#281;pnie stopniowo wci&#261;gniemy do stowarzyszenia rozumnych i wolnych istot Galaktyki. Sam m&#243;wi&#322;e&#347;, &#380;e s&#261; pracowici i odwa&#380;ni, &#380;e maj&#261; ogromne osi&#261;gni&#281;cia techniczne. Czy sumienie pozwoli nam na zawsze odsun&#261;&#263; taki nar&#243;d od wsp&#243;&#322;pracy mi&#281;dzygwiezdnej? Nie widz&#281; mo&#380;liwo&#347;ci wsp&#243;&#322;pracy z nimi.

Do niedawna nie wiedzia&#322;e&#347; nawet o ich istnieniu. Nie by&#322;oby rozwoju, gdyby&#347;my od razu wszystko wiedzieli. Nie wierz&#281; zreszt&#261; w przest&#281;pstwa pope&#322;nione z samej tylko mi&#322;o&#347;ci do z&#322;a. Nasi wielcy przodkowie uczyli, &#380;e u &#378;r&#243;de&#322; polityki le&#380;&#261; potrzeby gospodarcze. Je&#380;eli Z&#322;ywrogi zosta&#322;y przest&#281;pcami, to znaczy, &#380;e przest&#281;pstwa przynosz&#261; im korzy&#347;ci.

Zamierzasz znale&#378;&#263; inny spos&#243;b zaspokojenia ich potrzeb?

Przypomnij sobie: po zjednoczeniu Ziemi, kiedy &#380;aden cz&#322;owiek ju&#380; nie wyzyskiwa&#322; drugiego, ca&#322;a ludzko&#347;&#263; jeszcze d&#322;ugo &#380;y&#322;a kosztem innych, wprawdzie nierozumnych, istot. Ca&#322;e stada kr&#243;w, owiec, kur i kaczek prowadzono na ub&#243;j, aby cz&#322;owiek mia&#322; mi&#281;so. Syntetyczne mi&#281;so z naszych fabryk jest smaczniejsze od zwierz&#281;cego; sztuczne mleko lepsze od krowiego Nie potrzebujemy produkt&#243;w organizm&#243;w &#380;ywych i nikt ju&#380; nie hoduje zwierz&#261;t na pokarm. Czy przypadkiem co&#347; podobnego nie zachodzi u Z&#322;ywrog&#243;w? Zacz&#281;li uciska&#263; s&#261;siad&#243;w, gdy&#380; znale&#378;li &#322;atwy spos&#243;b zaspokajania w&#322;asnych potrzeb. Mo&#380;e znajdziemy inne sposoby ich zaspokojenia, je&#380;eli oczywi&#347;cie te potrzeby s&#261; &#380;yciowo uzasadnione?

Wydaje mi si&#281;, &#380;e m&#243;wi&#261;c o potrzebach, w jakim&#347; stopniu usprawiedliwiasz post&#281;powanie Z&#322;ywrog&#243;w!

Mylisz si&#281;. Zrozumie&#263; nie znaczy usprawiedliwi&#263;. Niewolnictwo nie staje si&#281; moralnie bez zarzutu tylko dlatego, &#380;e niewolnik przynosi w&#322;a&#347;cicielowi korzy&#347;&#263;. Z&#322;o ma p&#281;dy i korzenie. Je&#380;eli zetniemy pie&#324; nie karczuj&#261;c korzeni, korzenie mog&#261; wypu&#347;ci&#263; nowe p&#281;dy. Si&#322;&#261; zmusimy Z&#322;ywrog&#243;w do zaprzestania rozboj&#243;w i uwolnimy ich niewolnik&#243;w zr&#261;biemy pie&#324; wyhodowanego przez nich z&#322;a. P&#243;&#378;niej trzeba wykluczy&#263; sam&#261; mo&#380;liwo&#347;&#263; odrodzenia si&#281; z&#322;a, a do tego nale&#380;y wykry&#263; korzenie, z jakich wyrasta&#322;o. Je&#347;li Z&#322;ywrogom na przyk&#322;ad do podtrzymywania w&#322;asnego istnienia potrzebne s&#261; &#380;ywe tkanki, mog&#261; zaj&#261;&#263; si&#281; hodowl&#261; syntetycznych tkanek i narz&#261;d&#243;w, w czym ch&#281;tnie im pomo&#380;emy.

Powiem tylko, &#380;e przekszta&#322;cenie diab&#322;&#243;w w anio&#322;y nie jest rzecz&#261; prost&#261;.

Podobnie jak nauczanie Anio&#322;&#243;w ludzkich zwyczaj&#243;w. Ale musimy si&#281; tym zaj&#261;&#263;.

W&#261;tpi&#281;, aby nasze pokolenie doczeka&#322;o rezultat&#243;w tych wysi&#322;k&#243;w.

Ju&#380; ci powiedzia&#322;am, &#380;e opracowujemy polityk&#281; na ca&#322;e tysi&#261;clecia. Warto si&#281; stara&#263;, gdyby nawet dopiero wnuki doczeka&#322;y si&#281; wynik&#243;w.

Poszed&#322;em do siebie i zmieni&#322;em ubranie. Zap&#322;on&#281;&#322;a wideokolumna. Po&#347;rodku pokoju sta&#322; Romero opieraj&#261;c si&#281; na swojej nieod&#322;&#261;cznej laseczce.

Gratuluj&#281; szcz&#281;&#347;liwego powrotu, drogi przyjacielu! Prosz&#281; nie wstawa&#263;, doskonale pana widz&#281;, a u&#347;cisn&#261;&#263; sobie d&#322;oni i tak nie b&#281;dziemy mogli. Zechce mi pan uczyni&#263; ten zaszczyt i spotka&#263; si&#281; ze mn&#261; jutro.

Ch&#281;tnie, ale wiecz&#243;r mam zaj&#281;ty. Jestem oczekiwany o tej porze w Wielkiej Radzie.

W takim razie w porze obiadu. Posiedzimy razem przy stole jak za starych, dobrych czas&#243;w. Mam nadziej&#281;, &#380;e nie obrazi&#322; si&#281; pan za to, &#380;e nie by&#322;em na spotkaniu? Rozumie pan, w&#347;r&#243;d witaj&#261;cych by&#322;y osoby

Rozumiem, Pawle. Jutro w porze obiadowej b&#281;d&#281; u pana.

Romero znikn&#261;&#322;.



9

Przez ca&#322;y ranek w&#322;&#243;czy&#322;em si&#281; po ulicach Stolicy, wzlatywa&#322;em w awionetce nad jej spi&#281;trzonymi domami, wyprawia&#322;em si&#281; na okoliczne pola i do las&#243;w, a wreszcie wyk&#261;pa&#322;em si&#281; w kanale. Ch&#322;opcy z mieszcz&#261;cego si&#281; po s&#261;siedzku internatu patrzyli z szacunkiem, jak wychodzi&#322;em z wody: by&#322; ju&#380; listopad. Trzeba na trzy lata zagubi&#263; si&#281; w kosmicznych przestworzach, aby odczu&#263;, jak dobrze jest w domu!

P&#243;&#378;niej wr&#243;ci&#322;em do miasta. Ulice by&#322;y puste. Przechodni&#243;w by&#322;o niewielu.

Przysiad&#322;em na ulicznym skwerku. Naprzeciw wznosi&#322; si&#281; dom z daszkiem otaczaj&#261;cym parter. Pod tym w&#322;a&#347;nie daszkiem w czasie poprzedniego pobytu na Ziemi chroni&#322;em si&#281; przed deszczem. Wspomnia&#322;em nieznajom&#261; dziewczyn&#281; o d&#322;ugiej szyi i szerokich brwiach, Mary Glann, kt&#243;ra w&#243;wczas sta&#322;a obok i wymy&#347;la&#322;a mi.

Co si&#281; teraz z t&#261; niezno&#347;n&#261; Mary dzieje? Czy jest jeszcze w stolicy, czy te&#380;, jak wszyscy, pomkn&#281;&#322;a na jak&#261;&#347; now&#261; budow&#281;?

Kto&#347; usiad&#322; na tej samej &#322;awce. Pocz&#261;tkowo nie zwraca&#322;em na s&#261;siada uwagi i dopiero po d&#322;u&#380;szej chwili obr&#243;ci&#322;em si&#281; ku niemu.

To by&#322;a Mary Glann.

Jej zjawienie si&#281; tak mnie zaskoczy&#322;o, &#380;e zrazu nie potrafi&#322;em wydusi&#263; z siebie s&#322;owa.

Witam pana, Eli! powiedzia&#322;a dziewczyna. Bo pan nazywa si&#281; Eli Gamazin, prawda?

Dzie&#324; dobry! odpar&#322;em. Tak, jestem Eli Gamazin, a pani, je&#347;li si&#281; nie myl&#281;, nazywa si&#281; Mary Glann?

Nie zdziwi&#322;a si&#281; i spokojnie skin&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;.

C&#243;&#380; za przypadek powiedzia&#322;em. Prosz&#281; sobie wyobrazi&#263;, &#380;e przed chwil&#261; my&#347;la&#322;em o pani!

Pan uwa&#380;a to za przypadek? Po prostu chcia&#322;am si&#281; z panem spotka&#263; i poprosi&#322;am Opiekunk&#281;, aby napro-wadzi&#322;a pana na my&#347;l o mnie. Wczoraj by&#322;am w&#347;r&#243;d wita-j&#261;cych na kosmodromie.

Poczu&#322;em si&#281; g&#322;upio. W czasie swych podr&#243;&#380;y zd&#261;-&#380;y&#322;em zapomnie&#263;, &#380;e na Ziemi dzia&#322;aj&#261; Opiekunki. Gdyby moje spotkanie z Mary uzna&#263; nawet za cud, to by&#322; to cud wyt&#322;umaczalny i dobrze zorganizowany.

A wi&#281;c chcia&#322;a si&#281; pani ze mn&#261; spotka&#263; i przygo-towa&#322;a to spotkanie? Nadal jednak utrzymuj&#281;, &#380;e my&#347;la-&#322;em o pani niezale&#380;nie od tego, zastanawia&#322;em si&#281;, gdzie mo&#380;e pani by&#263;. C&#243;&#380; wi&#281;c teraz powiemy sobie, skoro na-sze &#380;yczenia si&#281; spe&#322;ni&#322;y?

Nie spieszy&#322;a si&#281; z odpowiedzi&#261;. P&#243;&#378;niej przekona-&#322;em si&#281;, &#380;e cz&#281;sto jej si&#281; to zdarza&#322;o. Zastanawia&#322;a si&#281; nad czym&#347;, a ja si&#281; jej przygl&#261;da&#322;em. Zapami&#281;ta&#322;em j&#261; jako bardzo brzydk&#261;, ale to nie by&#322;a prawda. Mary by&#322;a zdecy-dowanie &#322;adna. Szczeg&#243;lnie podoba&#322;y mi si&#281; jej ciemne, zamy&#347;lone oczy.

Zawini&#322;am wobec pana powiedzia&#322;a wreszcie Mary. Nie wiem czemu by&#322;am taka opryskliwa w Kai-rze i na tym placu. Postanowi&#322;am pana za to przeprosi&#263; przy najbli&#380;szej okazji. Ale najpierw polecia&#322; pan na Or&#281;, a potem w Plejady i do Perseusza No wi&#281;c, wr&#243;ci&#322; pan i przepraszam!

Wsta&#322;a, ale j&#261; zatrzyma&#322;em. Mia&#322;em ochot&#281; za&#380;ar-towa&#263;.

A czy wie pani, &#380;e przed odlotem pyta&#322;em Infor-macj&#281; o nasz&#261; wzajemn&#261; odpowiednio&#347;&#263;?

Mary zupe&#322;nie si&#281; nie speszy&#322;a.

Tak, wiem. Wiem r&#243;wnie&#380; i to, &#380;e pod &#380;adnym wzgl&#281;dem do siebie nie pasujemy. Powodzenia, Eli.

Nie &#347;mia&#322;em jej d&#322;u&#380;ej zatrzymywa&#263;. Siedzia&#322;em na &#322;awce i patrzy&#322;em, jak odchodzi. Sk&#322;ama&#322;a. Opiekunki nie zdradzaj&#261; osobistych tajemnic, wi&#281;c Mary nie mog&#322;a si&#281; dowiedzie&#263;, i&#380; zwraca&#322;em si&#281; do Informacji. Najwidocz-niej sama pyta&#322;a o nasz&#261; odpowiednio&#347;&#263; i st&#261;d wie, &#380;e nie nadajemy si&#281; dla siebie. Zorientowa&#322;a si&#281;, &#380;e mog&#281; domy-&#347;li&#263; si&#281; jej ma&#322;ego sekretu i odesz&#322;a.

Przypominam, &#380;e czeka na pana przyjaciel powiedzia&#322;a Opiekunka g&#322;osem staruszka.

Wezwana awionetka pojawi&#322;a si&#281; natychmiast, ale mimo to sp&#243;&#378;ni&#322;em si&#281; do Romera o p&#243;&#322; godziny.

Chcia&#322;em ju&#380; lecie&#263; po pana powiedzia&#322; Pa-we&#322; serdecznie mnie obejmuj&#261;c. Informacja poda&#322;a mi, &#380;e zamy&#347;li&#322; si&#281; pan na jednym ze sto&#322;ecznych plac&#243;w. Do-k&#261;d p&#243;jdziemy, m&#243;j m&#322;ody nieszcz&#281;sny Odysie? Do obia-du mamy jeszcze oko&#322;o dw&#243;ch godzin, je&#347;li oczywi&#347;cie nie chce si&#281; pan wcze&#347;niej czym&#347; posili&#263;.

Zachowywa&#322; si&#281; tak swobodnie, jak gdyby&#347;my si&#281; nigdy nie k&#322;&#243;cili. Ch&#281;tnie podtrzymywa&#322;em ten ton. Po sromotnej kl&#281;sce Romerowi by&#322;o chyba nieprzyjemnie i wraca&#263; do naszych dawnych spor&#243;w. Sp&#281;dzi&#322;em z Paw-&#322;em dwie godziny i przekona&#322;em si&#281;, &#380;e uwa&#380;a swe da-wne pogl&#261;dy za spraw&#281; nieby&#322;&#261;, a nawet troch&#281; z nich pok-piwa.

Chod&#378;my na szczyt Pier&#347;cienia Centralnego, chc&#281; stamt&#261;d popatrze&#263; na Stolic&#281;.

Doskonale.

Jad&#261;c na dach budynk&#243;w, przygl&#261;da&#322;em mu si&#281; ukradkiem. Wszyscy moi znajomi bardzo si&#281; zmienili i je-szcze nie przywyk&#322;em do ich nowego wygl&#261;du.

Dawno si&#281; nie widzieli&#347;my powiedzia&#322; Rome-ro z u&#347;miechem.

Zaledwie dwa i p&#243;&#322; roku.

Nie, m&#243;j m&#322;ody przyjacielu, ca&#322;&#261; epok&#281;. Rozsta-li&#347;my si&#281; z jednym uk&#322;adem spo&#322;ecznym, powitali&#347;my dru-gi. Rachub&#281; czasu nale&#380;y prowadzi&#263; wed&#322;ug wydarze&#324;, a nie wed&#322;ug godzin. Czas niczym nie wype&#322;niony wydaje si&#281; kr&#243;tki, natomiast naszpikowany faktami rozci&#261;ga si&#281; niepomiernie.

Wydarze&#324; istotnie by&#322;o wiele

By&#322;a rewolucja, przyjacielu. Wprawdzie w&#322;adza nie przesz&#322;a w r&#281;ce innej klasy, jak to zdarza&#322;o si&#281; u przodk&#243;w, ale tylko dlatego, &#380;e klasy nie istniej&#261;. Nie zmniejsza to zreszt&#261; wagi dokonanego przewrotu.

Nazywa pan to przewrotem?

A pan uwa&#380;a, &#380;e nie mam racji? Dotychczas &#380;y-li&#347;my jedynie dla siebie, a teraz zanim Wielki zaaprobuje jakiekolwiek przedsi&#281;wzi&#281;cie, niew&#261;tpliwie korzystne dla ludzko&#347;ci, b&#281;dzie tydzie&#324; zastanawia&#322; si&#281;, czy nie przynie-sie ono szkody kt&#243;remu&#347; z gwiezdnych narod&#243;w. Zro-zumia&#322;em od razu, &#380;e nie tyle usi&#322;uje sprowokowa&#263; mnie do sporu, ile stara si&#281; wyrzuci&#263; z siebie nagromadzon&#261; go-rycz.

Nazwa&#322;bym to inaczej, Pawle. Po prostu ludz-ko&#347;&#263; tak si&#281; rozwin&#281;&#322;a, &#380;e do wszystkich jej dotychczaso-wych potrzeb dosz&#322;a i potrzeba pomocy innym narodom.

Zostawmy ten temat powiedzia&#322;. Nie za-mierzam nikogo przekonywa&#263;. A propos Kiedy ostatnio Wielki Komputer doni&#243;s&#322; o pa&#324;skich osza&#322;amiaj&#261;cych od-kryciach w Perseuszu, ja, podobnie jak pozostali ludzie, z czystym sumieniem g&#322;osowa&#322;em za projektem pozbawie-nia Ziemi resztek samodzielno&#347;ci.

Rozmowa ta odbywa&#322;a si&#281; ju&#380; na dachu setnego pi&#281;-tra Pier&#347;cienia Centralnego.

Wieczne miasto powiedzia&#322;em wskazuj&#261;c na rozpo&#347;cieraj&#261;c&#261; si&#281; u naszych st&#243;p Stolic&#281;. B&#281;dzie sta&#322;o jeszcze w tysi&#261;c lat po naszej &#347;mierci jako pomnik naszych idei i dokona&#324;.

Umieraj&#261;ce miasto odpar&#322; Romero. Jedy-ne miasto na Ziemi, kt&#243;re zacz&#281;&#322;o umiera&#263; ju&#380; przed swy-mi narodzinami.

Wiedzia&#322;em, &#380;e dla zgrabnego kalamburu Romero got&#243;w jest nie szcz&#281;dzi&#263; niczego, ale jego opinia o mym rodzinnym mie&#347;cie do g&#322;&#281;bi mnie oburzy&#322;a.

Nie zna pan historii Stolicy? zdziwi&#322; si&#281; Pawe&#322;.

Wiem tylko, &#380;e by&#322;o to pierwsze miasto zwyci&#281;s-kiego komunizmu.

W historii Stolicy jest to oczywi&#347;cie najbardziej istotne. Ale poza sprawami zasadniczymi ka&#380;da wiedza obfituje w interesuj&#261;ce drobiazgi. O jednym z takich dro-bia&#380;d&#380;k&#243;w chcia&#322;bym opowiedzie&#263;, je&#347;li pan pozwoli. Wkr&#243;tce po zjednoczeniu ludzko&#347;ci zacz&#261;&#322; Pawe&#322; rozpocz&#281;to poszukiwania wszystkich wybitnych idei, kt&#243;re utalentowani ludzie wymy&#347;lili w epoce rozbicia klasowego i kt&#243;rych w&#243;wczas nie mo&#380;na by&#322;o urzeczywistni&#263;. Chodzi-&#322;o tu o projekty maszyn, przekszta&#322;cenia przyrody, wiel-kich rob&#243;t budowlanych, a w&#347;r&#243;d nich wielkich zamys&#322;&#243;w architektonicznych. Kto&#347; odkry&#322; album rysunk&#243;w dawno ju&#380; w&#243;wczas nie&#380;yj&#261;cego Borysa Landa, architekta pro-jektuj&#261;cego domy mieszkalne, hale sportowe i stadio-ny. Borys byt najwidoczniej jednym z tych, kt&#243;rych w owej epoce nazywano utalentowanymi pechowcami. Dniem opracowywa&#322; rysunki standardowych pomieszcze&#324; mieszkalnych, a noc&#261; wznosi&#322; na papierze niemo&#380;liwe do realizacji miasta. W&#347;r&#243;d jego wspania&#322;ych fantazji znala-z&#322;o si&#281; r&#243;wnie&#380; miasto na dwie&#347;cie tysi&#281;cy mieszka&#324;c&#243;w jeden wysoko&#347;ciowy dom otoczony parkiem Dom-mia-sto m&#243;g&#322; by&#263; &#322;atwo wzniesiony za pomoc&#261; &#347;rodk&#243;w, jakimi dysponowa&#322; pierwszy wiek komunizmu. I cho&#263; ju&#380; wtedy by&#322;o oczywiste, &#380;e miasta-giganty prze&#380;y&#322;y si&#281;, ludzko&#347;&#263; postanowi&#322;a wznie&#347;&#263; Stolic&#281;, miasto-pomnik i miasto pra-cuj&#261;ce, ostatnie ze skoncentrowanych osiedli ziemskich, daj&#261;ce mieszka&#324;com wszystkie wygody, jakie tylko mogli sobie wymarzy&#263;. Wewn&#261;trz pier&#347;cieniowych gmach&#243;w roz-mieszczono fabryki i magazyny oraz miejskie trasy komu-nikacyjne. Na zewn&#261;trz powsta&#322;y tarasowe masywy miesz-kalne poprzedzielane zgodnie z projektem parkami. Zale-ty projektu wkr&#243;tce sta&#322;y si&#281; jego wadami.

Najpierw zb&#281;dne okaza&#322;y si&#281; wspania&#322;e autostrady biegn&#261;ce wewn&#261;trz ka&#380;dego budynku co dwadzie&#347;cia pi&#281;-ter. Zjawi&#322;y si&#281; centralne maszyny bezpiecze&#324;stwa i Opie-kunki, obumar&#322;y wi&#281;c trolejbusy i elektromobile. Nikt nie chcia&#322; wlec si&#281; po szosie, skoro ca&#322;kowicie bezpiecznie m&#243;g&#322; lata&#263; w powietrzu. &#379;ycie i ruch, ukryte w luksuso-wych niczym pa&#322;ace tunelach, zn&#243;w wyrwa&#322;y si&#281; na zew-n&#261;trz.

Nast&#281;pnie przysz&#322;a kolej na fabryki. Zautomatyzo-wano je do tego stopnia, &#380;e przy ca&#322;ych kilometrach linii produkcyjnych trudno by&#322;o spotka&#263; jednego cz&#322;owieka. Buduj&#261;c zak&#322;ady produkcyjne wewn&#261;trz gmach&#243;w miesz-kalnych, zamierzano skr&#243;ci&#263; drog&#281; robotnika do pracy. Ale skoro robotnik przesta&#322; by&#263; potrzebny, fabryki w po-bli&#380;u mieszka&#324; straci&#322;y racj&#281; bytu. Zautomatyzowane, bez-ludne wytw&#243;rnie zacz&#281;to budowa&#263; na pustyniach. Nie-kt&#243;re ze zwolnionych pomieszcze&#324; Stolicy zaj&#281;&#322;y instytuty naukowe, w innych urz&#261;dzono zimowe ogrody i parki ulubione miejsca odpoczynku i staruszk&#243;w, i dzieci. Ale wszystkich pomieszcze&#324; nie zdo&#322;ano zagospodarowa&#263;. Stolica zieje kawernami. Trzech czwartych jej kubatury nie mo&#380;na spo&#380;ytkowa&#263;. Sta&#322;o si&#281; oczywiste, &#380;e idea kon-centracji wielkiej liczby ludzi na niewielkiej powierzchni prze&#380;y&#322;a si&#281; ostatecznie.

W pierwszym miesi&#261;cu rekrutacji ochotnik&#243;w na nowe budowy kosmiczne opu&#347;ci&#322;o Stolic&#281; trzy czwarte jej mieszka&#324;c&#243;w zako&#324;czy&#322; Romero. Na razie jest to je-szcze wielka metropolia. Wkr&#243;tce stanie si&#281; pustym miej-scem, a jeszcze po jakim&#347; czasie miastem niepotrze-bnym

Zatrzymali&#347;my si&#281; przy barierze. W dole, mi&#281;dzy Alej&#261; Wielkich Przodk&#243;w a Alej&#261; Zielon&#261; rozpo&#347;ciera&#322; si&#281; rozleg&#322;y park. Z purpury wi&#281;dn&#261;cych klon&#243;w, lip i d&#281;b&#243;w tryska&#322; w g&#243;r&#281; &#322;a&#324;cuch g&#243;rski Pier&#347;cienia Wewn&#281;trznego. Stolica by&#322;a nie tylko wielkim miastem. By&#322;a pi&#281;knym, najpi&#281;kniejszym z miast zbudowanych kiedykolwiek przez ludzi.

A pan, Pawle? R&#243;wnie&#380; zamierza pan porzuci&#263; Stolic&#281; jako miasto niepotrzebne?

Ja? Sk&#261;d ten pomys&#322;, szanowny przyjacielu? Urodzi&#322;em si&#281; w Stolicy i tu wyci&#261;gn&#281; kopyta, &#380;e u&#380;yj&#281; tego archaicznego zwrotu. Jak panu zapewne wiadomo, zajmuj&#281; si&#281; histori&#261; odkry&#263; technicznych. Dotychczas by&#322;a to nauka dosy&#263; oderwana, aby nie rzec akademicka Po dokonanym przez pa&#324;sk&#261; siostr&#281; przewrocie socjalnym sy-tuacja zmieni&#322;a si&#281; r&#243;wnie&#380; w tej dziedzinie. Kompletuje-my obecnie informacje o naszej kulturze i osi&#261;gni&#281;ciach technicznych i t&#322;umaczymy je na j&#281;zyki nowych przyjaci&#243;&#322;. Nale&#380;y wszak podnosi&#263; szanownych gwiezdnych pobra-tymc&#243;w do poziomu kultury ludzkiej, a najwygodniej ro-bi&#263; to w&#322;a&#347;nie w Stolicy, gdzie skoncentrowano ca&#322;&#261; nasz&#261; m&#261;dro&#347;&#263; Chod&#378;my na obiad, bo stracimy najlepsz&#261; por&#281; na posi&#322;ek.

Jeszcze jedno pytanie, Pawle, i zaraz idziemy. Powiedzia&#322; pan, &#380;e popar&#322; m&#243;j projekt przekszta&#322;cenia Ziemi w galaktyczny generator fal przestrzennych. Dla-czego pan to uczyni&#322;? Zdawa&#322; pan sobie oczywi&#347;cie spra-w&#281;, &#380;e Ziemia przejdzie w ten spos&#243;b na s&#322;u&#380;b&#281; ca&#322;ego So-juszu Mi&#281;dzygwiezdnego.

Nie oczekiwa&#322; takiego pytania i nieco si&#281; zmiesza&#322;. C&#243;&#380; mog&#281; odpowiedzie&#263;? No, po prostu chcia-&#322;em pana poprze&#263; Znudzi&#322;o mi si&#281; p&#322;yn&#261;&#263; pod pr&#261;d. Dlaczego ja jeden mam by&#263; rozs&#261;dny, kiedy wszyscy do-ko&#322;a poszaleli?

Spodziewa&#322;em si&#281; powa&#380;niejszej odpowiedzi, Pawle.

Powa&#380;niejszej? Prosz&#281; bardzo! Do pa&#324;skiego projektu od razu przekona&#322; mnie jego rozmach Skoro ju&#380; wpl&#261;tali&#347;my si&#281;, mimo moich przestr&#243;g, w tak&#261; wielk&#261; wojn&#281;, to nale&#380;y prowadzi&#263; j&#261; na odpowiedni&#261; skal&#281;!

Dobre i to! powiedzia&#322;em weso&#322;ym tonem. S&#261;dz&#281;, &#380;e znajdziemy wsp&#243;lny j&#281;zyk tak&#380;e w pozosta&#322;ych sprawach. Nie, Pawle. Stolica nie umar&#322;a i jeszcze nie czas jej grzeba&#263;. Dzi&#347; poprosz&#281; Wielk&#261; Rad&#281;, aby w wolnych pomieszczeniach miasta zainstalowano do&#347;wiadczaln&#261; sta-cj&#281; fal przestrzennych. Wkr&#243;tce kawerny znikn&#261;.

Romero zdj&#261;&#322; kapelusz i z&#322;o&#380;y&#322; mi ceremonialny uk&#322;on, daj&#261;c w ten spos&#243;b do zrozumienia, &#380;e brak mu s&#322;&#243;w na wyra&#380;enie swego uznania. Zrobi&#322; wszystko, aby jego milczenie by&#322;o wymowne.



10

Dni nie bieg&#322;y, lecz p&#281;dzi&#322;y. Wstawa&#322;em o &#347;wicie i nie zd&#261;&#380;y&#322;em si&#281; nawet obejrze&#263;, kiedy nast&#281;powa&#322; wiecz&#243;r. Spieszy&#322;em si&#281;, ca&#322;a Ziemia si&#281; spieszy&#322;a, gdy&#380; Wielka Flota Galaktyczna po opuszczeniu Plutona ju&#380; skoncentrowa&#322;a si&#281; w pobli&#380;u Ory. Statki trzeba by&#322;o wyposa&#380;y&#263; w superdalekosi&#281;&#380;ne lokatory, bo obecnie bez nich nie mo&#380;na by&#322;o nawet my&#347;le&#263; o wyprawianiu si&#281; w przestworza kosmiczne. Ca&#322;a ta robota spad&#322;a na mnie. Dogl&#261;da&#322;em projektowania gigantycznego nadajnika fal przestrzennych SFP-3 i kierowa&#322;em produkcj&#261; urz&#261;dze&#324; pok&#322;adowych typu SFP-2. Wszystkie wolne pomieszczenia w Stolicy zosta&#322;y oddane nowej wytw&#243;rni, ale powierzchni produkcyjnej zabrak&#322;o i z miasta trzeba by&#322;o wysiedli&#263; kilka instytut&#243;w oraz usun&#261;&#263; magazyny. Nigdy jeszcze za mojej pami&#281;ci Stolica nie &#380;y&#322;a w tak wyt&#281;&#380;onym tempie.

Generatory pok&#322;adowe r&#243;&#380;ni&#322;y si&#281; znacznie od tego, kt&#243;ry tak wielkie us&#322;ugi odda&#322; nam w skupiskach Perseusza. Badania przeprowadzone na Ziemi wykaza&#322;y, &#380;e jego zasi&#281;g jest zbyt ma&#322;y, gdy&#380; z trudem wykrywa obiekty le&#380;&#261;ce zaledwie o dwadzie&#347;cia lat &#347;wietlnych. SFP-1 nadawa&#322;a si&#281; jedynie do przeczesywania bliskiej przestrzeni w rejsach ze S&#322;o&#324;ca ku Syriuszowi lub gwiazdom Centaura, nie dalej. Mog&#322;a te&#380; nawi&#261;zywa&#263; &#322;&#261;czno&#347;&#263; na dalekie dystanse jedynie z pot&#281;&#380;nymi nadajnikami fal przestrzennych, kt&#243;rych w Galaktyce dotychczas nie by&#322;o. M&#243;wi&#281; to na podstawie do&#347;wiadcze&#324; z naszej wyprawy, kiedy to oddalaj&#261;c si&#281; od Perseusza, bardzo szybko stracili&#347;my kontakt z Galaktami.

Natomiast model SFP-2 &#322;atwo lokalizowa&#322; cia&#322;a odleg&#322;e o sto lat &#347;wietlnych. Gwiazdoloty wyposa&#380;one w takie mechanizmy ju&#380; nie traci&#322;y si&#281; nawzajem z oczu i nie l&#281;ka&#322;y si&#281; napadu ze strefy niewidzialno&#347;ci. Poza tym SFP-2 doskonale podtrzymywa&#322;y dwustronn&#261; &#322;&#261;czno&#347;&#263; telewizyjn&#261; w promieniu tych samych stu lat &#347;wietlnych, z silniejszymi za&#347; stacjami mog&#322;y porozumiewa&#263; si&#281; na znacznie wi&#281;ksze odleg&#322;o&#347;ci.

W&#322;a&#347;nie tak&#261; pot&#281;&#380;n&#261; stacj&#281; SFP-3 instalowali&#347;my obecnie na Ziemi. &#379;aden gwiazdolot nie pomie&#347;ci&#322;by podobnie wielkiego urz&#261;dzenia. Pobierana przeze&#324; energia pi&#281;&#263; miliard&#243;w albert&#243;w wielokrotnie przewy&#380;sza&#322;a wydajno&#347;&#263; urz&#261;dze&#324; energetycznych dzia&#322;aj&#261;cych na Ziemi. Wszystkie planety pracowa&#322;y, aby umo&#380;liwi&#263; monta&#380; i uruchomienie SFP-3, kt&#243;ra sta&#322;a si&#281; jedynym wielkim przedsi&#281;biorstwem na Ziemi. Wielka Rada uzna&#322;a instalacj&#281; SFP-3 za najwa&#380;niejsz&#261; budow&#281; Sojuszu Mi&#281;dzygwiezdnego.

Podstawowe budynki i urz&#261;dzenia stacji postanowiono umie&#347;ci&#263; na dawnej pustyni Saharze. Zajmuj&#261;ca dziesi&#261;tki tysi&#281;cy kilometr&#243;w kwadratowych SFP-3 mia&#322;a wed&#322;ug za&#322;o&#380;e&#324; dzia&#322;a&#263; w promieniu dziesi&#281;ciu tysi&#281;cy lat &#347;wietlnych. Do centrum Galaktyki, w rejon Strzelca i W&#281;&#380;ownika, nie si&#281;gali&#347;my, ale skupiska gwiezdne Perseusza, Hiady i Plejady znalaz&#322;y si&#281; w strefie dzia&#322;ania stacji. Ju&#380; niebawem mia&#322;a nast&#261;pi&#263; chwila, kiedy- b&#322;yskawicznie dzia&#322;aj&#261;ca &#322;&#261;czno&#347;&#263; scementuje wszystkie s&#322;o&#324;ca Sojuszu Mi&#281;dzygwiezdnego w jedn&#261; ca&#322;o&#347;&#263;.

Na Saharze budowano gmachy i montowano wielkie konstrukcje, a ja tymczasem pracowa&#322;em w do&#347;wiadczalnej fabryce mieszcz&#261;cej si&#281; wewn&#261;trz Pier&#347;cienia Centralnego Stolicy. Sprawdza&#322;em wraz z pomocnikami obliczenia ca&#322;o&#347;ci i sk&#322;ada&#322;em najwa&#380;niejsze podzespo&#322;y nadajnika.

Prac&#281; t&#281; przerwa&#322;em tylko dwukrotnie. Za pierwszym razem zdarzy&#322;o si&#281; to wtedy, kiedy na Ziemi&#281; powr&#243;ci&#322;a za&#322;oga Po&#380;eracza Przestrzeni. M&#281;cz&#261;ce mnie do tej pory poczucie winy znik&#322;o. Olg&#281; i jej towarzyszy witano znacznie uroczy&#347;ciej ni&#380; mnie. Obchody na ich cze&#347;&#263; trwa&#322;y ca&#322;y tydzie&#324;, musia&#322;em wi&#281;c i ja po&#347;wi&#281;ci&#263; na nie przynajmniej dwa dni.

Drug&#261; pauz&#281; zrobi&#322;em sobie, kiedy Wiera, Lusin (oczywi&#347;cie wraz z Trubem) i wielu innych moich koleg&#243;w odlatywa&#322;o na Or&#281;.

Mam nadziej&#281;, &#380;e nie pozostaniesz na Ziemi zbyt d&#322;ugo? powiedzia&#322;a Wiera przy po&#380;egnaniu. Bez ciebie jako&#347; nie wypada wyrusza&#263; na dalekie wyprawy.

U&#347;miechn&#261;&#322;em si&#281; i wskaza&#322;em na mego pomocnika Alberta Byczachowa, kt&#243;ry tak&#380;e przyjecha&#322; na kosmodrom. Albert, weso&#322;y, bia&#322;ow&#322;osy in&#380;ynier, kierowa&#322; monta&#380;em urz&#261;dze&#324; na Saharze.

To on mnie tu trzyma, Wiero. Nie pu&#347;ci mnie, dop&#243;ki nie zbadamy wszystkich zak&#261;tk&#243;w Perseusza. Zreszt&#261; i wy nie wyruszycie w dalek&#261; drog&#281;, zanim nie zako&#324;czymy swej pracy.

Po&#380;egnanie z przyjaci&#243;&#322;mi wybi&#322;o mnie z rytmu pracy, zapragn&#261;&#322;em wi&#281;c pospacerowa&#263; opustosza&#322;ymi alejami Stolicy.



11

Jesie&#324; w Stolicy jest zawsze &#322;adna, a tego roku by&#322;a wr&#281;cz pi&#281;kna. Chocia&#380; Zarz&#261;d Osi Ziemskiej na wszelkie sposoby reklamuje swoj&#261; w&#322;adz&#281; nad klimatem i rzeczywi&#347;cie potrafi zgodnie z uprzednio sporz&#261;dzonym planem zapewni&#263; dni s&#322;oneczne i s&#322;otne, huraganowe wiatry i nieruchom&#261; cisz&#281;, mrozy i odwil&#380;e, to jego mo&#380;liwo&#347;ci ko&#324;cz&#261; si&#281; na przygotowaniu zjawisk atmosferycznych. Subtelne odcienie pogody, kt&#243;re stanowi&#261; o jej uroku, pozostaj&#261; poza zasi&#281;giem meteorolog&#243;w. Jutro mi&#281;dzy 10 a 14 spadnie czterdzie&#347;ci osiem milimetr&#243;w deszczu, a p&#243;&#378;niej b&#281;dzie pogoda s&#322;oneczna i bezwietrzna. Tego rodzaju komunikaty by&#322;y na porz&#261;dku dziennym, ale nigdy nie zdarzy&#322;o mi si&#281; us&#322;ysze&#263; prognozy: Tegorocznej jesieni jaskrawo&#347;&#263; czerwieni li&#347;ci klonowych przekroczy &#347;redni&#261; wieloletni&#261; 0 18 procent, powietrze b&#281;dzie przejrzystsze o 24 procent, a klangor &#380;urawi nabierze szczeg&#243;lnej d&#378;wi&#281;czno&#347;ci. W gruncie rzeczy zaledwie dajemy sobie rad&#281; z &#380;ywio&#322;owymi si&#322;ami natury, a c&#243;&#380; dopiero m&#243;wi&#263; o kszta&#322;towaniu jej pi&#281;kna! Przyroda swe pi&#281;kno tworzy sama.

Szed&#322;em Gwiezdn&#261; Alej&#261; i cieszy&#322;em si&#281;, &#380;e wok&#243;&#322; jest tak cudownie. Pokryte chmurami niebo nad sam&#261; g&#322;ow&#261;, wiatr szumia&#322; w ga&#322;&#281;ziach drzew i krzew&#243;w, a kiedy nadlatywa&#322; silny poryw wichru, cieniutkim g&#322;osikiem po&#347;wistywa&#322;a trawa. Przechodni&#243;w nie spotyka&#322;em. Ziemia by&#322;a samotna i od&#347;wi&#281;tna.

Na zakr&#281;cie Alei o ma&#322;o nie zderzy&#322;em si&#281; z Mary i Romerem. Zatrzyma&#322;em si&#281; zaskoczony, a kiedy po chwili och&#322;on&#261;&#322;em i chcia&#322;em p&#243;j&#347;&#263; dalej, przystan&#281;li oni.

Jak si&#281; pan czuje, drogi przyjacielu? zapyta&#322; Pawe&#322;. Wygl&#261;da pan nie&#378;le.

Dzi&#281;kuj&#281;, nie narzekam na zdrowie. Przepraszam, ale si&#281; spiesz&#281;.

Mo&#380;e pan i&#347;&#263; zezwoli&#322; &#322;askawie Romero salutuj&#261;c laseczk&#261;. Zawsze by&#322; pan nies&#322;ychanie punktualny.

Oddalaj&#261;c si&#281;, us&#322;ysza&#322;em jeszcze g&#322;os Mary.

Eli m&#243;g&#322;by chyba wybra&#263; si&#281; razem z nami na t&#281; wycieczk&#281;? Jak pan s&#261;dzi, Pawle?

Odpowiedzi Romera ju&#380; nie zrozumia&#322;em. Wycieczek nie znosz&#281; od czas&#243;w szko&#322;y, kiedy nas nimi zam&#281;czano. Zdziwi&#322;em si&#281; jednak, &#380;e Mary nazywa Romera Paw&#322;em.

D&#322;ugo spacerowa&#322;em Alej&#261; Gwiezdn&#261;. Szumia&#322;y lipy i d&#281;by, lekki wiatr przeczesywa&#322; traw&#281;, a ja rozmy&#347;la&#322;em o r&#243;&#380;nych wydarzeniach. Nie ma nic dziwnego w fakcie, &#380;e Romero zna Mary. Pawe&#322; opu&#347;ci&#322; Ziemi&#281; jedynie na rok, a pozosta&#322;y czas sp&#281;dzi&#322; w Stolicy. Miejmy nadziej&#281;, &#380;e z Mary b&#281;dzie szcz&#281;&#347;liwszy ni&#380; z Wier&#261;. Czy warto m&#243;wi&#263; o tym Wierze? Lepiej nie, siostra jest ju&#380; daleko st&#261;d i nie ma sensu jej martwi&#263;

P&#243;&#378;niej usiad&#322;em zm&#281;czony na &#322;awce i zn&#243;w si&#281; poderwa&#322;em. I&#347;&#263; do pracy nadal nie mia&#322;em ochoty. Zapyta&#322;em Informacj&#281;, co mi mo&#380;e zaproponowa&#263; na popo&#322;udnie.

Zdecydowa&#322;em si&#281; na stereoteatr, najstarszy z teatr&#243;w Stolicy, dumny ze swej staro&#347;wiecko&#347;ci i z tego, &#380;e ju&#380; od dw&#243;ch przesz&#322;o stuleci nic si&#281; w nim nie zmieni&#322;o.

Staro&#347;wiecko&#347;ci&#261; tchn&#281;&#322;o na mnie ju&#380; w westybulu. Odda&#322;em p&#322;aszcz robotowi i trafi&#322;em pod natrysk radiacyjny wywo&#322;uj&#261;cy kr&#243;tkotrwa&#322;y dobry nastr&#243;j naiwna gwarancja, &#380;e dowolny program si&#281; spodoba. Inny robot zapyta&#322;, czy wol&#281; sta&#322;e miejsce, czy te&#380; takie, kt&#243;re obiektywnie najbardziej mi odpowiada. Powiedzia&#322;em, &#380;e nie mam sta&#322;ego miejsca i niech mi wobec tego wska&#380;e jego zdaniem najodpowiedniejsze. Zaprowadzi&#322; mnie do pi&#261;tego fotela w trzynastym rz&#281;dzie i poprosi&#322; o wybranie indywidualnego mikroklimatu. Zam&#243;wi&#322;em temperatur&#281; osiemnastu stopni, pi&#281;&#263;dziesi&#281;cioprocentow&#261; wilgotno&#347;&#263;, lekki wietrzyk i zapach &#347;wie&#380;o skoszonej &#322;&#261;ki nagrzanej s&#322;o&#324;cem. Dewiza teatru brzmia&#322;a: Przedstawienie zaczyna si&#281; tu&#380; za drzwiami wej&#347;ciowymi.

Dawano jak&#261;&#347; sztuk&#281; z dwudziestego pierwszego wieku, pe&#322;n&#261; naiwnej romantyki i niezno&#347;nego patosu. Gdybym spotka&#322; jej bohater&#243;w na ulicy, wy&#347;mia&#322;bym ich pewnie za sztuczno&#347;&#263; i nieumiarkowanie w okazywaniu uczu&#263;. Ale tu, w swoim indywidualnie klimatyzowanym fotelu, prze&#380;ywa&#322;em obce cierpienia, kl&#281;ski i rado&#347;ci niczym swoje w&#322;asne.

Przedstawienie tak mnie podnieci&#322;o, &#380;e zn&#243;w nie mog&#322;em my&#347;le&#263; o pracy. Przechodz&#261;c obok kombinatu us&#322;ugowego przypomnia&#322;em sobie, &#380;e od powrotu nie zmienia&#322;em wierzchniej odzie&#380;y, kt&#243;ra ju&#380; si&#281; nieco zniszczyla i sta&#322;a si&#281; niemodna. W kombinacie by&#322;o r&#243;wnie pusto jak na ulicach. Przeno&#347;nik poda&#322; mi trzydzie&#347;ci modeli p&#322;aszczy, garnitur&#243;w i nakry&#263; g&#322;owy mojego rozmiaru. Do jednego z garnitur&#243;w w&#322;o&#380;y&#322;em sw&#243;j adres, aby wys&#322;ano mi go do domu, p&#322;aszcz za&#347; w&#322;o&#380;y&#322;em na siebie. Nowe okrycie by&#322;o &#322;adniejsze, ale nie tak wygodne jak stary p&#322;aszcz. Zawsze czu&#322;em si&#281; nieprzytulnie w nowym ubraniu. Wyszed&#322;em zadowolony, &#380;e pozby&#322;em si&#281; starej odzie&#380;y, i troch&#281; jej &#380;a&#322;uj&#261;c. Nie przeszed&#322;em jeszcze stu krok&#243;w, kiedy nagle zawr&#243;ci&#322;em i wszed&#322;em do kombinatu. Dy&#380;urny automat spyta&#322;, czego sobie &#380;ycz&#281;.

&#379;ycz&#281; sobie, aby&#347;cie mi zwr&#243;cili stary p&#322;aszcz.

Ch&#281;tnie, je&#380;eli jeszcze nie zosta&#322; poci&#281;ty na szmaty. Nie, jeszcze jest na ta&#347;mie. Nowe okrycie r&#243;wnie&#380; pan zabierze ze sob&#261;? Mo&#380;e wys&#322;a&#263; do domu?

Nie, dzi&#281;kuj&#281;.

Nie podobaj&#261; si&#281; panu nasze wyroby? oboj&#281;tnym g&#322;osem zapyta&#322;a maszyna. Prosz&#281; powiedzie&#263;, co panu nie odpowiada, to wykonamy indywidualne zam&#243;wienie.

Wszystko si&#281; podoba. Wspania&#322;a odzie&#380;. Ale przyzwyczai&#322;em si&#281; do starego p&#322;aszcza. Jak by to powiedzie&#263; z&#380;y&#322;em si&#281; z nim.

Rozumiem. W ci&#261;gu ostatniego roku zapotrzebowanie na nowo&#347;ci spad&#322;o o czterna&#347;cie procent, a przywi&#261;zanie do starych rzeczy wzros&#322;o o dwadzie&#347;cia jeden procent. To niezdrowa tendencja. B&#281;dziemy j&#261; zwalcza&#263; przez powszechne polepszenie jako&#347;ci.

W&#322;o&#380;y&#322;em odzyskany p&#322;aszcz i uciek&#322;em.

Wiatr nadal ko&#322;ysa&#322; konarami drzew i str&#261;ca&#322; &#380;&#243;&#322;te li&#347;cie, kt&#243;re szele&#347;ci&#322;y mi pod nogami. Usiad&#322;em na &#322;aweczce i zapyta&#322;em samego siebie, czego potrzebuj&#281;. Nie potrzebowa&#322;em niczego konkretnego, ale nie mog&#322;em sobie znale&#378;&#263; miejsca. Posiedzia&#322;em troch&#281;, a p&#243;&#378;niej po chwili wahania poprosi&#322;em Opiekunk&#281;, aby po&#322;&#261;czy&#322;a mnie z Mary Glann. Mary ukaza&#322;a si&#281; natychmiast po wywo&#322;aniu. Siedzia&#322;a z podkurczonymi nogami na kanapie i patrzy&#322;a na mnie ironicznym wzrokiem.

Ma pan wiele zimnej krwi powiedzia&#322;a. Oczekiwa&#322;am wywo&#322;ania znacznie wcze&#347;niej.

Witam pani&#261; odpar&#322;em. Nie rozumiem, o czym pani m&#243;wi?

No wi&#281;c tak: zbli&#380;a si&#281; &#346;wi&#281;to Pierwszego &#346;niegu. Pa&#324;ski przyjaciel Romero zamierza je uczci&#263; uczt&#261; przy ognisku. Wszystko b&#281;dzie tak jak w staro&#380;ytno&#347;ci. Pawe&#322; r&#281;czy za autentyczno&#347;&#263; obrz&#281;d&#243;w. Chc&#281;, aby pan mi towarzyszy&#322;. Zgoda?

Naturalnie, je&#347;li pani sobie tego &#380;yczy. Ze swojej strony zapraszam pani&#261; i Paw&#322;a na pr&#243;bne uruchomienie stacji dalekiej &#322;&#261;czno&#347;ci kosmicznej. Powinno to pani&#261; zainteresowa&#263;.

Przypisuje pan innym swoje pragnienia zaoponowa&#322;a. Ma pan tam, zdaje si&#281;, swych gwiezdnych przyjaci&#243;&#322;, a ja tam nikogo znajomego nie mam. Podobnie jak pa&#324;ski przyjaciel Romero jestem przywi&#261;zana do Ziemi, a tu do orientacji wystarczy Opiekunka. W&#261;tpi&#281;, aby mog&#322;o mnie tam cokolwiek zaciekawi&#263;.

Przy takiej wsp&#243;lnocie zainteresowa&#324; ziemskich pani jest chyba bli&#380;sza Paw&#322;owi ni&#380; ja odpar&#322;em sucho. A poniewa&#380; nie ciekawi pani uruchomienie &#322;&#261;czno&#347;ci galaktycznej

Zbieramy si&#281; przy Krowie. Czekam! powiedzia&#322;a i znik&#322;a.



12

By&#322;o to ostatnie wielkie &#347;wi&#281;to roku. Poza uroczy&#347;cie obchodzonymi rocznicami wielkich dat wyzwolenia ludzko&#347;ci od niesprawiedliwo&#347;ci spo&#322;ecznej na Ziemi obchodzi si&#281; &#347;wi&#281;ta zwi&#261;zane ze zjawiskami natury: Przesilenie Zimowe, Wielka Odwil&#380;, Przesilenie Letnie, Wielka Burza Letnia, Pierwszy &#346;nieg. W tym roku wszyscy byli przekonani, &#380;e Pierwszy &#346;nieg si&#281; nie uda. Uroczysto&#347;&#263; wymaga&#322;a zbyt wiele energii, a ca&#322;e zasoby Ziemi oddano na budow&#281; SFP-3. Poza tym po&#322;owa ludno&#347;ci planety wyjecha&#322;a na budowy kosmiczne, a ci, kt&#243;rzy pozostali, mieli zbyt wiele zaj&#281;cia z uruchomieniem stacji superdalekosi&#281;&#380;nej &#322;&#261;czno&#347;ci kosmicznej.

Ale Zarz&#261;d Osi Ziemskiej wykona&#322; swoje zobowi&#261;zanie co do joty. Nawet gdyby na Ziemi pozosta&#322; jeden cz&#322;owiek ch&#281;tny do zabawy, wszystkie ustalone &#347;wi&#281;ta zorganizuje si&#281; dla tego jednego.

Moim zdaniem jest to ca&#322;kowicie s&#322;uszne. Albert, widz&#261;c rozmach przygotowa&#324;, wystosowa&#322; wielki protest: Ludzko&#347;&#263; nie ma obecnie czasu na &#347;wi&#281;towanie poza najwy&#380;ej kilkoma weso&#322;kami, czy to nie rozrzutno&#347;&#263;? Na to Wielki odpowiedzia&#322;: Ka&#380;dy cz&#322;owiek ma prawo do tego, do czego ma prawo ca&#322;a ludzko&#347;&#263;. Po takiej odpowiedzi Albert zapomnia&#322; o protestach i nawet w&#322;&#261;czy&#322; do swego harmonogramu kilka godzin po&#347;wi&#281;conych na obchody &#347;wi&#281;ta.

Chmury &#347;niegowe jak zwykle przygotowano zawczasu nad p&#243;&#322;nocnym akwenem Oceanu Spokojnego. Z ciekawo&#347;ci polecia&#322;em tam rakiet&#261; dalekiego zasi&#281;gu, a na Kamczatce przesiad&#322;em si&#281; do awionetki. Opiekunka uprzedzi&#322;a mnie, &#380;e trzeba si&#281; ciep&#322;o ubra&#263;, ale zlekcewa&#380;y&#322;em jej rad&#281;, czego p&#243;&#378;niej &#380;a&#322;owa&#322;em. W chmurach by&#322;o piekielnie zimno. Nie wiedzia&#322;em przedtem, &#380;e chmury &#347;niegowe sk&#322;adaj&#261; si&#281; z drobniutkich kryszta&#322;k&#243;w lodu, kt&#243;re p&#243;&#378;niej rosn&#261; i zamieniaj&#261; si&#281; w gotowe &#347;nie&#380;ynki.

Zaprosi&#322;em Alberta na &#346;wi&#281;to Pierwszego &#346;niegu za zgod&#261; Mary i Romera. Gdy zjawi&#322;em si&#281; przy pomniku Krowy, Albert ju&#380; siedzia&#322; na jego stopniach i co&#347; liczy&#322;.

Nasi przyjaciele sp&#243;&#378;niaj&#261; si&#281; powiedzia&#322; do mnie i zn&#243;w pogr&#261;&#380;y&#322; si&#281; w obliczeniach.

Usiad&#322;em obok niego. To miejsce przed Panteonem jest ulubionym miejscem spotka&#324;. Z niskiego coko&#322;u wykonanego z czerwonej granitowej bry&#322;y wpatrywa&#322; si&#281; we mnie wypuk&#322;ymi oczyma pos&#261;g rogatej krowy. Po raz chyba tysi&#281;czny przeczyta&#322;em napis, kt&#243;ry nie wiadomo dlaczego zawsze mnie rozczula: Swojej karmicielce wdzi&#281;czna ludzko&#347;&#263;. Nikt ju&#380; od dawna nie pije krowiego mleka, ale cz&#322;owiek nie zapomina o swej przesz&#322;o&#347;ci.

Nad kamienn&#261; czerwono-czarn&#261; krow&#261; niespiesznie przesuwa&#322;y si&#281; chmury, zwyk&#322;e jeszcze, nie &#347;wi&#261;teczne. Kasztanowce i klony sta&#322;y obna&#380;one, jedynie wysokie piramidalne d&#281;by nie chcia&#322;y rozsta&#263; si&#281; z porudzia&#322;ym listowiem. Och&#322;odzi&#322;o si&#281; i na ka&#322;u&#380;ach zacz&#281;&#322;y si&#281; tworzy&#263; skorupki lodu.

Na placu wyl&#261;dowa&#322;a awionetka Romera. Kabina pojazdu by&#322;a zastawiona pakunkami i zawini&#261;tkami. Pawe&#322; pomacha&#322; nam r&#281;k&#261;.

Mary jeszcze nie ma? To nic, zaraz j&#261; sprowadz&#281;.

Tymczasem wyl&#261;dowa&#322;o jeszcze kilka awionetek z przyjaci&#243;&#322;mi Romera. Paw&#322;a ci&#261;gle nie by&#322;o. Wreszcie ukaza&#322;a si&#281; jego awionetka poprzedzaj&#261;ca pojazd Mary.

Mary, nie patrz&#261;c na mnie, powiedzia&#322;a gniewnie: Nie spe&#322;nia pan obietnic, Eli. Je&#347;li si&#281; przyj&#281;&#322;o zaproszenie, nale&#380;a&#322;oby wst&#261;pi&#263; po mnie.

S&#261;dzi&#322;em, &#380;e zrobi to Pawe&#322; i okaza&#322;o si&#281;, i&#380; mia&#322;em racj&#281;

Tak mnie zmrozi&#322;a swoim zachowaniem, &#380;e zaczyna&#322;em si&#281; ju&#380; zastanawia&#263;, czy aby nie zrezygnowa&#263; z wycieczki. Gdyby nie Albert, zrobi&#322;bym to na pewno.

Polecieli&#347;my na p&#243;&#322;noc. Romero kierowa&#322; si&#281; ku &#322;ukowi rzeki, kt&#243;ra tworzy&#322;a w tym miejscu zaro&#347;ni&#281;ty drzewami p&#243;&#322;wysep. Wyl&#261;dowali&#347;my na polance.

Zaczynajmy! powiedzia&#322; Romero. &#346;nieg zacznie pada&#263; o szesnastej, czyli za cztery godziny. Zu&#380;yjemy ten czas na rozpalenie ogniska i przygotowanie posi&#322;ku. Dzi&#347; wielu z was prawdopodobnie po raz pierwszy w &#380;yciu skosztuje jad&#322;a i napoj&#243;w, kt&#243;rych nie sporz&#261;dzi&#322;y automaty.

Niepraktyczny zwykle Romero energicznie komenderowa&#322; uczestnikami wycieczki. Ja wraz z Albertem zbiera&#322;em chrust, inni m&#281;&#380;czy&#378;ni oczyszczali miejsce pod ognisko, a kobiety rozpakowywa&#322;y zawini&#261;tka i wydobywa&#322;y z nich niezwyk&#322;e nakrycia porcelanowe talerze, metalowe no&#380;e i widelce, kryszta&#322;owe kieliszki i obrusy z dziwnej tkaniny.

Gdzie pan zdoby&#322; takie starocie, Pawle? zapyta&#322;em.

W muzeum.

Mam nadziej&#281;, &#380;e pokarm nie pochodzi z muzeum? Nie mia&#322;bym ochoty je&#347;&#263; kotlet&#243;w przygotowanych pi&#281;&#263;set lat temu!

Prosz&#281; si&#281; nie obawia&#263;. Z muzeum pochodz&#261; jedynie wina, cho&#263; i one nie licz&#261; Sobie pi&#281;ciuset lat. Przodkowie uwa&#380;ali, &#380;e wino im starsze, tym lepsze. Sprawdzimy, czy mieli racj&#281;. Poza tym pocz&#281;stuj&#281; was szasz&#322;ykiem z prawdziwego jagni&#281;cia, kt&#243;re jeszcze wczoraj biega&#322;o po muzealnym parku!

Za kwadrans czwarta Romero rozda&#322; kieliszki i zacz&#261;&#322; otwiera&#263; butelki. Korki skamienia&#322;y i zassa&#322;y si&#281; w szyjkach tak, &#380;e trzeba je by&#322;o po prostu utr&#261;ca&#263;. Wino wydziela&#322;o silny aromat na po&#322;y przyjemny, na po&#322;y odpychaj&#261;cy.

Opiekunka przekaza&#322;a ka&#380;demu uroczyste bicie zegara. Przys&#322;uchuj&#261;c mu si&#281; w milczeniu, podnie&#347;li&#347;my na sygna&#322; Romera kielichy do g&#243;ry.

Zima idzie, przyjaciele! Za dobr&#261; zim&#281;!

Zacz&#261;&#322; pada&#263; g&#281;sty &#347;nieg. Wypili&#347;my wino. Nie mog&#281; powiedzie&#263;, aby mi smakowa&#322;o. By&#322;o cierpkie i pali&#322;o w ustach niczym kwas. Skrzywi&#322;em si&#281; i powiedzia&#322;em p&#243;&#322;g&#322;osem do siedz&#261;cej w pobli&#380;u Mary:

Nie wiem, co nasi przodkowie jedli, ale pili paskudztwo!

Mary pracowicie &#380;uj&#261;ca kawa&#322;eczek szasz&#322;yka, nagle ze wstr&#281;tem wyplu&#322;a go na ziemi&#281;:

Jedzenie te&#380; jest obrzydliwe! Siedzia&#322;em patrz&#261;c w milczeniu na ogie&#324;.

&#377;le si&#281; pan czuje? zapyta&#322; z niepokojem Albert. Chod&#378;my lepiej do domu. Mnie r&#243;wnie&#380; znudzi&#322;y si&#281; te sm&#281;tne barbarzy&#324;skie obrz&#261;dki.

Wcale nie m&#243;wi&#322;em, &#380;e mi jest nudno zaoponowa&#322;em z niezwyk&#322;ym podnieceniem w g&#322;osie. Ja prze&#380;ywam rozterk&#281;.

W porz&#261;dku, posied&#378;my jeszcze troch&#281; zgodzi&#322; si&#281; Albert. Ale moim zdaniem p&#243;&#378;niej b&#281;dzie jeszcze nudniej.

Zdrzemn&#261;&#322;em si&#281;. Obudzi&#322; mnie &#347;piew siedz&#261;cych przy ognisku ludzi. Popatrzy&#322;em na t&#281;pe, pijane twarze m&#281;&#380;czyzn i kobiet Przerazi&#322;em si&#281;. Chwyci&#322;em Mary za r&#281;k&#281; i krzykn&#261;&#322;em:

Wstawaj! Idziemy st&#261;d!

Co si&#281; z panem dzieje? zapyta&#322;a z przestrachem. Czy&#380;by tak &#378;le na pana podzia&#322;a&#322;o wino? Eli, musi pan za&#380;y&#263; jakie&#347; lekarstwo

Do diab&#322;a z lekarstwem! Idziemy do domu! Siadaj do awionetki!

Podskoczy&#322; do nas uradowany Albert.

No, nareszcie zdecydowali&#347;cie si&#281;! Zuchy! Pop&#281;dzili&#347;my do awionetek, gdzie dogna&#322; nas ci&#281;&#380;ko dysz&#261;cy Pawe&#322;. Chwyci&#322; mnie za rami&#281; i potrz&#261;sn&#261;&#322; tak, &#380;e ledwie utrzyma&#322;em si&#281; na nogach.

No, no szarpn&#261;&#322;em si&#281;. Uwa&#380;aj!

To tak! sycza&#322; Romero. To si&#281; kiedy&#347; nazywa&#322;o podrywaniem dziewczyn kolegom! A mnie, pa&#324;skim zdaniem nie nale&#380;y pyta&#263; o zdanie?

Nie nale&#380;y odpar&#322;em. Przysz&#322;a mi natomiast do g&#322;owy inna my&#347;l. Obr&#243;ci&#322;em si&#281; ku Mary i Albertowi. Le&#263;cie do domu, a ja tu troch&#281; jeszcze zostan&#281;. Mam do pogadania z mym starym przyjacielem Paw&#322;em.

Nie pozwol&#281;! zacz&#261;&#322; Romero, ale sta&#322;em mi&#281;dzy nim a awionetkami, zamilk&#322; wi&#281;c wpatruj&#261;c si&#281; w moj&#261; twarz. Ja tak&#380;e milcza&#322;em.

Czekamy na pana! krzykn&#281;&#322;a Mary i odlecia&#322;a. Teraz mo&#380;emy si&#281; nie kr&#281;powa&#263; powiedzia&#322;em, kiedy i awionetka Alberta znikn&#281;&#322;a w padaj&#261;cym &#347;niegu. Jaki wniosek zamierza pan wyci&#261;gn&#261;&#263; z dzisiejszego wydarzenia, Pawle?

By&#322; kiedy&#347; dobry zwyczaj odpar&#322; Romero &#380;e kiedy mi&#281;dzy dwoma m&#281;&#380;czyznami stan&#281;&#322;a kobieta, konkurenci sami rozstrzygali sw&#243;j sp&#243;r Pojmuje pan, Eli? Godz&#281; si&#281; na ka&#380;dy wariant szpady, pistolety, karabiny Bro&#324; wypo&#380;yczymy z muzeum.

Popatrzy&#322;em uwa&#380;nie w jego rozw&#347;cieczon&#261; twarz, staraj&#261;c si&#281; zorientowa&#263;, czy nie &#380;artuje. By&#322; nieprzytomny z gniewu.

Nie jestem takim mi&#322;o&#347;nikiem staro&#380;ytno&#347;ci jak pan odpar&#322;em. Osobi&#347;cie wola&#322;bym pojedynek na anihilatory

Kr&#243;tko m&#243;wi&#261;c odmawia pan z tch&#243;rzostwa! rzuci&#322; mi wynios&#322;ym tonem. Mog&#281; wi&#281;c panu powiedzie&#263;, &#380;e nikt jeszcze nie zdoby&#322; serca kobiety tch&#243;rzostwem.

Tak? spyta&#322;em, nacieraj&#261;c na niego cia&#322;em. Ma pan oczywi&#347;cie wi&#281;ksze do&#347;wiadczenie, taki zdobywca serc Ale czy nie przysz&#322;o ci, m&#281;&#380;ny rycerzu, do g&#322;owy, &#380;e mog&#281; z&#322;apa&#263; za klapy i wybi&#263; szanown&#261; osob&#261; dziupl&#281; w jednym z tych d&#281;b&#243;w?

Teraz on wpatrywa&#322; si&#281; w moj&#261; twarz, staraj&#261;c si&#281; dociec, jak daleko mog&#281; si&#281; posun&#261;&#263;. Wreszcie odezwa&#322; si&#281;:

No c&#243;&#380;, go&#322;ymi r&#281;kami te&#380; walczono. Wprawdzie nie jestem zwolennikiem neandertalskich metod, ale je&#347;li pan nalega

Nie powiedzia&#322;em. To pan nalega. Ja chc&#281; spa&#263;, a pan nie pozwala mi wr&#243;ci&#263; do domu. Ale moja cierpliwo&#347;&#263; jest ju&#380; na wyczerpaniu!

Ma pan racj&#281;, m&#243;j drogi przyjacielu odpar&#322; Romero dawnym ironicznym tonem. W naszych czasach serca kobiety nie zdobywa si&#281; pi&#281;&#347;ciami. Poza tym zapomnia&#322;em, &#380;e czekaj&#261; na mnie go&#347;cie. Najwidoczniej upi&#322;em si&#281;, bo tak samo jak i pan po raz pierwszy spr&#243;bowa&#322;em starego wina. &#379;ycz&#281; dobrych sn&#243;w.

Odwracaj&#261;c si&#281; straci&#322; r&#243;wnowag&#281;. Podtrzyma&#322;em go. Dumnym gestem odsun&#261;&#322; moj&#261; r&#281;k&#281;.

St&#243;j! powiedzia&#322;em w&#347;ciek&#322;ym g&#322;osem. Czy nie czas porozmawia&#263; jak przyjaciel z przyjacielem? Dlaczego jeste&#347; tutaj, a nie na Orze?

Dziwne pytanie odpar&#322; wzruszaj&#261;c ramionami. Zdaje si&#281; zapomnia&#322; pan, &#380;e tam jest Wiera.

No to co?

Przecenia pan moj&#261; wytrzyma&#322;o&#347;&#263; nerwow&#261;, przyjacielu warkn&#261;&#322; Romero. Z Wier&#261; nic nas nie &#322;&#261;czy. Gdyby pan wiedzia&#322;, jak bardzo pok&#322;&#243;cili&#347;my si&#281; jeszcze wtedy, na statku

Widzia&#322;em wasz&#261; k&#322;&#243;tni&#281;, w&#322;&#261;czy&#322;em si&#281; przypadkowo, ale wszystko widzia&#322;em.

A wi&#281;c widzia&#322; pan, jak mnie z zimn&#261; krwi&#261; wygna&#322;a? Pa&#324;skim zdaniem to mo&#380;na znie&#347;&#263;?

G&#322;upcze! Po pa&#324;skim wyj&#347;ciu Wiera p&#322;aka&#322;a jak szalona Pawle, na Plutona codziennie startuj&#261; trzy ekspresy, zd&#261;&#380;ysz jeszcze na nocny.

Zastanowi&#281; si&#281; odpowiedzia&#322;. A teraz musz&#281; wraca&#263; do go&#347;ci.

Popatrzy&#322;em za nim. Szed&#322; szybko i lekko, jakby wcale nie by&#322; pijany.



13

Rankiem obudzi&#322; mnie Albert. Jego u&#347;miechni&#281;ta twarz promienia&#322;a w wideokolumnie.

Prosz&#281; si&#281; ockn&#261;&#263;! krzycza&#322; m&#243;j pomocnik. Jak samopoczucie po wczorajszej wyprawie? Mary i ja czujemy si&#281; doskonale. Dziewczyna pozdrawia pana Prosz&#281; si&#281; wreszcie obudzi&#263;!

Co si&#281; sta&#322;o? zapyta&#322;em zrywaj&#261;c si&#281; na r&#243;wne nogi. Sk&#261;d taki po&#347;piech?

Czy&#380;by pan zapomnia&#322;, &#380;e dzi&#347; uruchamiamy &#322;&#261;czno&#347;&#263; z Or&#261;? Jestem ju&#380; na Saharze. Kogo z pa&#324;skich przyjaci&#243;&#322; zaprosi&#263;?

&#379;ann&#281; i Mary. Zreszt&#261; ju&#380; je zaprosi&#322;em. A nasz wczorajszy gospodarz Romero? My&#347;l&#281;, &#380;e jest w drodze na Plutom.

Szybko ubra&#322;em si&#281; i polecia&#322;em na dworzec aerobus&#243;w kursuj&#261;cych na Sahar&#281;.

Wszystko by&#322;o ju&#380; przygotowane do uruchomienia &#322;&#261;czno&#347;ci. Z naszej strony mia&#322;a pracowa&#263; SFP-3, na Orze za&#347; wys&#322;ana tam uprzednio SFP-2.

Go&#347;ci by&#322;o niewielu, a w&#347;r&#243;d nich &#379;anna. Zaprowadzi&#322;em j&#261; do sali i usiad&#322;em obok niej. Prosi&#322;a mnie, abym w czasie pr&#243;b zademonstrowa&#322; okolice, w kt&#243;rych toczy&#322;y si&#281; starcia ze Z&#322;ywrogami. Obieca&#322;em jej to.

P&#243;&#378;niej przysz&#322;a Mary i z u&#347;miechem u&#347;cisn&#281;&#322;a mi r&#281;k&#281;.

Co pan zrobi&#322; z Romerem, Eli? Wie pan, &#380;e zaraz po zako&#324;czeniu &#347;wi&#281;ta Pawe&#322; odlecia&#322; na Or&#281;?

Martwi to pani&#261;?

Czy wygl&#261;dam na zmartwion&#261;? Pan zdaje si&#281; my&#347;la&#322;, &#380;e jestem w nim zadurzona?

No c&#243;&#380;, ciesz&#281; si&#281;, &#380;e si&#281; myli&#322;em odpar&#322;em. Stacj&#281; mia&#322; uruchomi&#263; Albert, kt&#243;ry zasiad&#322; w specjalnej kabinie zainstalowanej w sali poza naszymi plecami. Przed nami ciemnia&#322;a obszerna skrzynia podobna do g&#322;&#281;bokiej sceny teatralnej sze&#347;cian odbiorczy stacji.

Fala w przestrzeni powiedzia&#322; Albert punktualnie o dwunastej.

Wszystko odby&#322;o si&#281; bez &#380;adnych efekt&#243;w zewn&#281;trznych: Ziemia nie zatrz&#281;s&#322;a si&#281; i nawet fotele nie drgn&#281;&#322;y. Ale ka&#380;dy z nas wiedzia&#322;, &#380;e w przestrze&#324; kosmiczn&#261; pomkn&#261;&#322; strumie&#324; energii o nie znanej dot&#261;d mocy i koncentracji, zdolny w innej postaci rozpyli&#263; bez &#347;ladu dowolne cia&#322;o niebieskie. Gdyby nasze wysi&#322;ki doprowadzi&#322;y jedynie do sterowanej emisji takich ogromnych strumieni energii, to i tak by&#322;by to wielki sukces.

Gwiazdolot w wi&#261;zce zameldowa&#322; po kilku minutach automat. Na po&#322;owie drogi do Ory.

W sze&#347;cianie odbiorczym p&#322;yn&#261;&#322; samotny, ciemny punkcik, kt&#243;ry po chwili znikn&#261;&#322;.

W wi&#261;zce Ora! krzykn&#261;&#322; Albert wyprzedzaj&#261;c automat.

Ora lecia&#322;a ku nam, szybko zwi&#281;kszaj&#261;c si&#281; w mgie&#322;ce stereoprzestrzeni odbiorczej. Widzieli&#347;my na razie nasze impulsy odbite od powierzchni sztucznej planety. P&#243;&#378;niej w&#322;&#261;czy&#322; si&#281; jej w&#322;asny nadajnik. Ujrzeli&#347;my Sal&#281; Gwiezdn&#261; wype&#322;nion&#261; t&#322;umem ludzi, a w&#347;r&#243;d nich Wier&#281;, Olg&#281;, Allana i Marcina Spychalskiego.

Spychalski odchrz&#261;kn&#261;&#322; i powiedzia&#322; uroczystym tonem:

Rozpoczynamy pierwszy seans dalekosi&#281;&#380;nej &#322;&#261;czno&#347;ci galaktycznej. Meldujemy: znale&#378;li&#347;my si&#281; w waszej wi&#261;zce.

Odpowiedzia&#322;em w imieniu wszystkich znajduj&#261;cych si&#281; na saharyjskiej stacji i wszystkich, kt&#243;rzy nas w owej chwili s&#322;uchali i ogl&#261;dali na Ziemi:

Ziemia gor&#261;co wita was i pozdrawia!

Spychalski zameldowa&#322;, &#380;e urz&#261;dzenie SFP-2 zosta&#322;o ju&#380; wcze&#347;niej wypr&#243;bowane i w &#322;&#261;czno&#347;ci ze statkami w locie, i pobliskimi gwiazdami. P&#243;&#378;niej przeszed&#322; do spraw bie&#380;&#261;cych:

Potrzebujemy jeszcze co najmniej ze dwadzie&#347;cia Gwiezdnych P&#322;ug&#243;w, aby przyspieszy&#263; syntez&#281; materii dla nowych planet i polepszy&#263; komunikacj&#281; w naszym rejonie. Albert nieoczekiwanie zwr&#243;ci&#322; si&#281; do mnie:

Uruchomili&#347;my jeszcze jeden kana&#322; &#322;&#261;czno&#347;ci z Or&#261;. Tamtejsza stacja zg&#322;asza piln&#261; rozmow&#281; z panem. Gdzie zogniskowa&#263; obraz?

Spojrza&#322;em na&#324; ze zdziwieniem i powiedzia&#322;em spokojnie:

Nie mam &#380;adnych tajemnic, prosz&#281; wi&#281;c zogniskowa&#263; w zwyk&#322;&#261; wideokolumn&#281;.

W wideokolumnie zobaczy&#322;em in&#380;yniera z Ory, kt&#243;ry pozdrowi&#322; mnie i zakomunikowa&#322;, &#380;e prze&#322;&#261;cza kana&#322; na Weg&#281;. Tylko trzy minuty uprzedzi&#322;. Niestety na wi&#281;cej nie starcza nam energii! A p&#243;&#378;niej ukaza&#322;a si&#281; Fiola.

Sta&#322;a wraz z przyjaci&#243;&#322;mi w mrocznym parku, do kt&#243;rego nawet w po&#322;udnie nie przenika&#322; promyk &#347;wiat&#322;a. Fiolo! krzykn&#261;&#322;em zachwycony i wyci&#261;gn&#261;&#322;em ku niej r&#281;ce.

Witaj, Eli! &#347;piewa&#322;a dziewczyna. Widz&#281; ci&#281; na dalekiej Ziemi. Wygl&#261;dasz wspaniale, cho&#263; wiem, &#380;e by&#322;e&#347; chory. Jak si&#281; czujesz?

Cudownie! zawo&#322;a&#322;em. A ty?

Te&#380; wspaniale. Chcia&#322;abym ci&#281; zobaczy&#263;, przyjed&#378; do mnie!

Trzy minuty dobiega&#322;y ko&#324;ca i zd&#261;&#380;y&#322;em tylko krzykn&#261;&#263;, &#380;e na pewno przyjad&#281;. Kiedy Fiola wy&#322;&#261;czy&#322;a si&#281;, Mary powiedzia&#322;a zimnym tonem:

Pa&#324;ska przyjaci&#243;&#322;ka jest bezsprzecznie malownicza, ale wygl&#261;d ma niezbyt ludzki. Kiedy pan b&#281;dzie na Wedze, prosz&#281; przekaza&#263; swojej w&#281;&#380;ycy uk&#322;ony od ziemskich dziewcz&#261;t.

Roze&#347;mia&#322;em si&#281; g&#322;o&#347;no. Mary popatrzy&#322;a na mnie z oburzeniem. Zamierza&#322;a powiedzie&#263; co&#347; bardzo z&#322;o&#347;liwego, ale wtedy w przestrzeni odbiorczej pojawi&#322;a si&#281; Wiera.

Ko&#324;czymy przygotowania do wyprawy powiedzia&#322;a siostra. Ju&#380; prawie na wszystkich statkach zainstalowano lokatory fal przestrzennych. Meldujemy Wielkiej Radzie, &#380;e Flota Galaktyczna czeka na rozkaz startu w kierunku Perseusza.

Potem zwr&#243;ci&#322;a si&#281; do mnie:

Na ciebie te&#380; czekamy, bracie.

Ju&#380; nied&#322;ugo odpar&#322;em. Ju&#380; nied&#322;ugo. Albert wy&#322;&#261;czy&#322; Or&#281;. Pierwsza &#322;&#261;czno&#347;&#263; by&#322;a z konieczno&#347;ci kr&#243;tka i nieco od&#347;wi&#281;tna. Teraz trzeba by&#322;o sprawdzi&#263;, jak daleko si&#281;gaj&#261; fale naszego urz&#261;dzenia.

Kieruj&#281; wi&#261;zk&#281; na Hiady powiedzia&#322; Albert. Ukazywa&#322;y si&#281; nam kolejno uk&#322;ady planetarne gromady gwiezdnej, odleg&#322;ej o sto dwadzie&#347;cia lat &#347;wietlnych. Mimochodem zobaczyli&#347;my te&#380; cztery nasze statki znajduj&#261;ce si&#281; w tym rejonie przestrzeni kosmicznej. P&#243;&#378;niej Albert przesun&#261;&#322; wi&#261;zk&#281; i zwi&#281;kszy&#322; moc nadajnika. W stereoprzestrzeni odbiorczej zap&#322;on&#281;&#322;y gwiazdy w Plejadach.

To zdarzy&#322;o si&#281; tam zwr&#243;ci&#322;em si&#281; do &#379;anny. Plejady by&#322;y puste. W przestrzeni nie by&#322;o ani jednego statku. Wspania&#322;a gromada gwiezdna by&#322;a pusta. Centrum skupiska, gdzie rozegra&#322;a si&#281; bitwa naszej eskadry z flotyll&#261; gwiezdn&#261; wroga, nie wykazywa&#322;o najmniejszych przejaw&#243;w &#380;ycia. &#379;anna cicho p&#322;aka&#322;a nie wycieraj&#261;c p&#322;yn&#261;cych &#322;ez, aby nie straci&#263; z oczu planet majacz&#261;cych w stereoprzestrzeni. Nie pociesza&#322;em jej, gdy&#380; mnie samego ogarn&#281;&#322;o silne wzruszenie.

Spr&#243;bujmy teraz dotrze&#263; do Perseusza poprosi&#322;em Alberta.

Nast&#261;pi&#322;a decyduj&#261;ca pr&#243;ba urz&#261;dzenia. Ziemia wysy&#322;a&#322;a swoje pot&#281;&#380;ne promienie na odleg&#322;o&#347;&#263; pi&#281;ciu tysi&#281;cy lat &#347;wietlnych. Za chwil&#281; mia&#322;o si&#281; okaza&#263;, czy obliczenia by&#322;y prawid&#322;owe, czy te&#380; nasze wysi&#322;ki zako&#324;czy&#322;y si&#281; fiaskiem.

Kilka minut przesz&#322;o w milcz&#261;cym oczekiwaniu. P&#243;&#378;niej w stereoprzestrzeni rozb&#322;ys&#322;o najpi&#281;kniejsze skupisko gwiezdne naszej Galaktyki Zna&#322;em ten obraz, przez okr&#261;g&#322;y rok ogl&#261;da&#322;em go codziennie w ster&#243;wce gwiazdolotu mkn&#261;cego ku Perseuszowi Skupisko olbrzymia&#322;o, gwiazdy rozbiega&#322;y si&#281; na boki wi&#261;zka fal przestrzennych znalaz&#322;a si&#281; w centrum gwiazdozbioru. Byli&#347;my teraz gdzie&#347; w okolicy Gro&#378;nej.

W obszarze nad&#347;wietlnym dwie flotylle gwiazdolot&#243;w zameldowa&#322; beznami&#281;tnym g&#322;osem automat. Id&#261; r&#243;wnoleg&#322;ymi kursami z szybko&#347;ci&#261; nie przekraczaj&#261;c&#261; stu jednostek &#347;wietlnych.

Zobaczyli&#347;my punkciki wolno przesuwaj&#261;ce si&#281; w mglistym wn&#281;trzu stereoprzestrzeni odbiorczej. Pierwsza grupa sk&#322;ada&#322;a si&#281; z pi&#281;ciu, a druga z siedmiu kr&#261;&#380;ownik&#243;w. Dok&#261;d zmierza&#322;y? Ku zablokowanym planetom Galakt&#243;w? A mo&#380;e po prostu patrolowa&#322;y nale&#380;&#261;c&#261; do nich przestrze&#324; kosmiczn&#261;?

Prosz&#281; nada&#263; wiadomo&#347;&#263; poleci&#322;em Albertowi.

By&#322; to kr&#243;tki apel, przedyskutowany i zaaprobowany przez ca&#322;&#261; ludzko&#347;&#263;, pierwsze pos&#322;anie cz&#322;owieka skierowane do ca&#322;ego Wszech&#347;wiata:

M&#243;wi&#261; ludzie. S&#322;uchajcie nas, Niebianie. Niesiemy pok&#243;j i dobrobyt wszystkiemu co rozumne i sprawiedliwe. Czekajcie na nas!

Nadaj&#281; apel na drugim kanale zameldowa&#322; Albert. Trzeci kana&#322; w&#322;&#261;czy&#322;em na odbi&#243;r wszystkich zakres&#243;w fal przestrzennych.

Kr&#261;&#380;owniki wroga sz&#322;y nie zmienionym kursem i nic nie wskazywa&#322;o na to, &#380;e odebra&#322;y transmisj&#281;. Oba skupiska Perseusza, wszystkie jego gwiazdy milcza&#322;y, nie odpowiada&#322;y. Odbiorniki rejestrowa&#322;y zmiany g&#281;sto&#347;ci przestrzeni, ale by&#322;y to tylko zwyk&#322;e szumy galaktyczne. U&#347;miechn&#261;&#322;em si&#281;. Milczenie kosmosu nie mia&#322;o znaczenia, bo nie mia&#322;em w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e wkr&#243;tce przem&#243;wi. Mieszka&#324;cy gwiazd musz&#261; mie&#263; czas na zastanowienie si&#281; nad naszym pos&#322;aniem!

Prze&#322;&#261;czam lokatory, nadajniki i odbiorniki na zapis automatyczny powiedzia&#322; Albert i zapali&#322; &#347;wiat&#322;o w sali.

Wyci&#261;gn&#261;&#322;em r&#281;ce ku &#379;annie i obj&#261;&#322;em j&#261;.

Widzia&#322;a&#347; miejsce, gdzie znikn&#261;&#322; Andre i okolice, gdzie jest dzi&#347; wi&#281;ziony powiedzia&#322;em. Nie jest wykluczone, &#380;e nasz apel dotrze do niego i Andre zrozumie, i&#380; my, ju&#380; przygotowani, idziemy go wyzwala&#263;!

&#379;anna wyciera&#322;a zaczerwienione oczy. Odwr&#243;ci&#322;em si&#281; do Mary. Mary nie by&#322;o.

Twoja znajoma wysz&#322;a, kiedy pojawi&#322; si&#281; Perseusz odezwa&#322;a si&#281; &#379;anna. Cichutko wsta&#322;a i wysz&#322;a. Chcia&#322;am ci powiedzie&#263;, ale tak by&#322;e&#347; zaabsorbowany tymi okr&#281;tami Martwi ci&#281; jej ucieczka, Eli?

Wr&#281;cz przeciwnie odpar&#322;em weso&#322;o. Bardzo cieszy.

P&#243;&#378;niej zwr&#243;ci&#322;em si&#281; do Alberta:

A wi&#281;c rozruch mamy za sob&#261;. Zgodnie z decyzj&#261; Wielkiej Rady jestem od tej chwili wolny. &#379;ycz&#281; powodzenia, Albercie.



14

Teraz pozosta&#322;o niewiele do zrobienia. Rzeczy by&#322;y ju&#380; wcze&#347;niej zapakowane i oczekiwa&#322;y mnie na kosmodromie. Do startu wieczornego ekspresu na Plutona mia&#322;em trzy godziny. Wywo&#322;a&#322;em Mary. Opiekunka znalaz&#322;a j&#261; na jednym z miejskich bulwar&#243;w. Mary sz&#322;a do domu, gniewna i zap&#322;akana, co by&#322;o mo&#380;na dostrzec nawet w wideokolumnie.

Drgn&#281;&#322;a, kiedy nieoczekiwanie za&#347;wieci&#322;em si&#281; przed ni&#261;.

Pr&#243;bowa&#322;a pani uciec powiedzia&#322;em ale znalaz&#322;em pani&#261; i chc&#281;, &#380;eby pani niezw&#322;ocznie przylecia&#322;a do mnie. Musz&#281; pani&#261; zobaczy&#263;, Mary

Patrzy&#322;a w bok. Potem rzuci&#322;a niech&#281;tnie:

Dobrze, wieczorem. Je&#347;li b&#281;d&#281; mia&#322;a ochot&#281; na spotkanie z panem

Wieczorem b&#281;dzie za p&#243;&#378;no, Mary. Odlatuj&#281; dzi&#347; na Or&#281;.

Spojrza&#322;a mi zaskoczona w oczy. Zrozumia&#322;a, &#380;e nie &#380;artuj&#281;.

Wobec tego wzywam awionetk&#281;.

Na kosmodromie zjawili&#347;my si&#281; jednocze&#347;nie. Mary nie poda&#322;a mi r&#281;ki i najwidoczniej zamierza&#322;a na po&#380;egnanie powiedzie&#263; mi kilka z&#322;o&#347;liwo&#347;ci, widzia&#322;em to po jej oczach.

Kiedy dotrze pan na Weg&#281;, prosz&#281; przekaza&#263; zacz&#281;&#322;a, ale przerwa&#322;em jej:

Nie wiem, czy uda mi si&#281; w najbli&#380;szym czasie odwiedzi&#263; Weg&#281;. Lecimy do Perseusza. Chc&#281;, aby pani lecia&#322;a razem ze mn&#261;.

Nie lubi&#281; g&#322;upich &#380;art&#243;w! powiedzia&#322;a z oburzeniem. &#379;a&#322;uj&#281; bardzo, &#380;e zgodzi&#322;am si&#281; odprowadzi&#263; pana!

Zatrzyma&#322;em j&#261;.

Wcale nie &#380;artuj&#281;, Mary. Co pani&#261; trzyma na Ziemi? A ze mn&#261; b&#281;dzie pani dobrze, obiecuj&#281;. Na Plutonie mo&#380;na zaopatrzy&#263; si&#281; we wszystko, co niezb&#281;dne do dalekiej podr&#243;&#380;y Bardzo prosz&#281;

Popatrzy&#322;a na mnie z wahaniem. W jej oczach zn&#243;w pojawi&#322;y si&#281; &#322;zy.

Dziwi&#281; si&#281; powiedzia&#322;a wolno. Wygl&#261;da na to, &#380;e pan zacz&#261;&#322; si&#281; zastanawia&#263; nad tym, co jest dla mnie dobre, a co z&#322;e. Dotychczas my&#347;la&#322; pan przewa&#380;nie o sobie.

To dlatego, &#380;e do tej pory cz&#281;&#347;ciej przebywa&#322;em z samym sob&#261; ni&#380; z innymi. Poza tym m&#281;&#380;czy&#378;ni s&#261; wi&#281;kszymi egoistami od kobiet, tak przynajmniej utrzymywali przodkowie. Ale teraz wszystko si&#281; zmieni.

Postanowi&#322; pan wyrzec si&#281; swego m&#281;skiego egoizmu?

Nie, pragn&#281; go zaspokoi&#263;. Pozostawi&#263; pani&#261; na Ziemi i p&#243;&#378;niej nie zazna&#263; chwili spokoju, martwi&#263; si&#281; czy pani przypadkiem nie zakocha&#322;a si&#281; w kim&#347; lub nie zachorowa&#322;a? B&#281;d&#281; znacznie spokojniejszy, maj&#261;c pani&#261; obok siebie M&#243;c do woli patrze&#263; w oczy, m&#243;wi&#263;, spe&#322;nia&#263; kaprysy, wys&#322;uchiwa&#263; z&#322;o&#347;liwo&#347;ci! Jestem zbyt wielkim egoist&#261;, aby przegapi&#263; w&#322;asne szcz&#281;&#347;cie.

To bardzo dziwny egoizm, Eli.

Nic w tym dziwnego. Chod&#378;my, Mary. Pozosta&#322;o kilka minut do odlotu

Ruszy&#322;a w kierunku statku i zatrzyma&#322;a si&#281;.

Ale uprzedzam, Eli, t&#281; pa&#324;sk&#261; pi&#281;kn&#261; w&#281;&#380;yc&#281;

Przerwa&#322;em jej weso&#322;o:

Nasz&#261;, Mary, nasz&#261;. Jestem przekonany, &#380;e serdecznie si&#281; z Fiol&#261; zaprzyja&#378;nicie.





