





Bohdan Petecki

Prosto w gwiazdy

1978



1.Nad jeziorem

Trzciny zaszumia&#322;y i pochyli&#322;y ku sobie chude, pierzaste g&#322;owy, jakby jedna drugiej powtarza&#322;a najnowsz&#261;, pasjonuj&#261;c&#261; plotk&#281;. Pod p&#322;askim dziobem motolotki przycumowanej do s&#261;siedniego pomostu, zapluska&#322;a fala. Kajaki poruszy&#322;y si&#281; niecierpliwie.

Dwie twarze, przed chwil&#261; patrz&#261;ce z g&#322;adkiej jak lustro wody, zmarszczy&#322;y si&#281;, wykrzywi&#322;y, po czym zacz&#281;&#322;y p&#322;ywa&#263; jak na zepsutym telewizorze.

Popatrz  Lidka oderwa&#322;a r&#281;k&#281; od pomostu, i wycelowa&#322;a palec pionowo w d&#243;&#322;  tam mamy teraz po dwie&#347;cie lat. Okropno&#347;&#263;. Ja nigdy nie b&#281;d&#281; stara  zako&#324;czy&#322;a zuchwale.

Marek, z&#322;y na wiatr, za to, &#380;e zepsu&#322; mu obraz w kt&#243;ry wpatrywa&#322; si&#281; z zach&#322;annym  by nie u&#380;ywa&#263; s&#322;owa: ciel&#281;cym  podziwem, odpowiedzia&#322; bez zastanowienia:

Tak. Ty si&#281; nie zestarzejesz

W jego g&#322;osie brzmia&#322;a ta sama niezachwiana pewno&#347;&#263; z jak&#261; dopiero co sama Lidka oznajmi&#322;a &#347;wiatu, &#380;e zawsze zostanie m&#322;oda i b&#281;dzie wygl&#261;da&#263; tak, &#380;eby ch&#322;opcy chcieli godzinami wpatrywa&#263; si&#281; bodaj w jej odbicie w wodzie. To znaczy tak, jak jej zdaniem powinna wygl&#261;da&#263; dziewczyna, kiedy ma czterna&#347;cie i powiedzmy kr&#243;tko: pi&#281;tnasty rok &#380;ycia. Nie pope&#322;nimy bowiem &#380;adnej niedyskrecji stwierdzaj&#261;c od razu, &#380;e Lidka dobrze, a zdaniem niekt&#243;rych nawet odrobin&#281; zbyt dobrze, zdawa&#322;a sobie spraw&#281; z w&#322;asnej urody. Ta chmurka na jej promiennym sk&#261;din&#261;d charakterze by&#322;a &#347;wietnie znana nie tylko jej rodzinie, lecz tak&#380;e przyjacio&#322;om, a zw&#322;aszcza przyjaci&#243;&#322;kom. Innej chmurce na tym&#380;e charakterze zawdzi&#281;cza&#322;a sw&#243;j domowy przydomek Lidka  Nie. Jak &#322;atwo si&#281; domy&#347;le&#263;, decyduj&#261;c&#261; rol&#281; odegra&#322;o w tym wypadku osobliwe umi&#322;owanie s&#322;&#243;wka nie, od kt&#243;rego nasza pi&#281;kno&#347;&#263; zwyk&#322;a zaczyna&#263; wi&#281;kszo&#347;&#263; odpowiedzi na dobre rady, pro&#347;by i propozycje rodzic&#243;w, a zw&#322;aszcza starszego brata.

Dajmy jednak spok&#243;j chmurkom, tym bardziej &#380;e niebo tego lipcowego przedpo&#322;udnia by&#322;o czyste i b&#322;&#281;kitn&#261;, jak okiem si&#281;gn&#261;&#263;, a s&#322;o&#324;ce pra&#380;y&#322;o tak, &#380;e nawet drewniany pomost parzy&#322; niby rozgrzana patelnia. Zreszt&#261; je&#347;liby chodzi&#322;o akurat o urod&#281;, to powiedzmy sobie szczerze, &#380;e nie jest zbyt trudno darowa&#263; szczypt&#281; zadowolenia z siebie osobie posiadaj&#261;cej puszyste, kasztanowe w&#322;osy o pi&#281;knym z&#322;otawym po&#322;ysku, wielkie orzechowe oczy pod czarnymi brwiami, zgrabny cho&#263; troszeczk&#281; w&#347;cibski nosek, brzoskwiniowe policzki i usta w kszta&#322;cie wyd&#322;u&#380;onego serca. Dodajmy do tego d&#322;ugie, zgrabne nogi i rz&#281;sy jak u &#380;yrafy. Ten ostatni podejrzany komplement pochodzi&#322; z ust samego profesora Kapicy, badacza kosmosu, s&#322;ynnego tak ze swoich osi&#261;gni&#281;&#263; naukowych jak i ze swego roztargnienia Nie ulega&#322;o w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e profesorowi znowu co&#347; si&#281; pomyli&#322;o i patrz&#261;c w oczy Lidki przypomnia&#322; sobie ni st&#261;d ni zow&#261;d, &#380;e &#380;yrafy miewaj&#261; d&#322;ugie szyje. Nauczony wieloletnim do&#347;wiadczeniem Kapica umia&#322; jednak z rzadk&#261; zr&#281;czno&#347;ci&#261; ratowa&#263; si&#281; z opresji, w jakie wp&#281;dza&#322;o go w&#322;asne roztargnienie. Tote&#380; kiedy Lidka, och&#322;on&#261;wszy z wra&#380;enia, spyta&#322;a s&#322;odko  sycz&#261;cym g&#322;osem: dlaczego jak u &#380;yrafy? profesor bez chwili wahania odpowiedzia&#322;:

Bo &#380;yrafy maj&#261; wyj&#261;tkowo pi&#281;kne i d&#322;ugie rz&#281;sy. Nie widzia&#322;a&#347;?

Dziewczyna zagryz&#322;a usteczka i nic nie powiedzia&#322;a.

No w&#322;a&#347;nie! ucieszy&#322; si&#281; Kapica. To id&#378; i zobacz

Rzecz by&#322;a raczej niewykonalna, bo po pierwsze przytoczona wy&#380;ej rozmowa odbywa&#322;a si&#281; na Marsie, gdzie nie ma ani jednej &#380;yrafy, a po drugie trudno dok&#322;adnie obejrze&#263; rz&#281;sy stworzenia, kt&#243;re ma oczy na wysoko&#347;ci drugiego pi&#281;tra. Ku nieopisanej uciesze przys&#322;uchuj&#261;cej si&#281; tej wymianie zda&#324; rodzinki, Lidka nie pisn&#281;&#322;a wi&#281;c s&#322;&#243;wkiem, a okre&#347;lenie rz&#281;sy jak u &#380;yrafy wesz&#322;o na sta&#322;e do repertuaru rodzinnych porzekade&#322; w domu pa&#324;stwa Saperd&#243;w.

Odk&#322;adaj&#261;c na razie na bok roztargnienie profesora Kapicy i jego zdumiewaj&#261;cy refleks, trzeba stwierdzi&#263;, &#380;e rz&#281;sy Lidki by&#322;y naprawd&#281; d&#322;ugie i pi&#281;kne. Kr&#243;tko m&#243;wi&#261;c, mo&#380;na jej za to nie pochwala&#263;, ale trudno si&#281; dziwi&#263;, &#380;e dziewczyna przechwytuj&#261;c zachwycone spojrzenia przedstawicieli brzydszej po&#322;owy rodzaju ludzkiego, zwyk&#322;a przybiera&#263; wyraz twarzy, jakby chcia&#322;a zawo&#322;a&#263; znudzonym g&#322;osem: och, wiem wiem! Tym bardziej trudno mie&#263; za z&#322;e Markowi, &#380;e le&#380;&#261;c od jakiej&#347; godziny na pomo&#347;cie, sp&#281;dzi&#322; ca&#322;&#261; t&#281; godzin&#281; nie odrywaj&#261;c oczu od twarzyczki swojej s&#261;siadki. Ratuj&#261;c resztki m&#281;skiej dumy nie wpatrywa&#322; si&#281; jednak w dziewczyn&#281; wprost, tylko chytrze ch&#322;on&#261;&#322; jej odbicie w rozpo&#347;cieraj&#261;cym si&#281; metr ni&#380;ej lustrze wody.

To ju&#380; mo&#380;e ostatni dzie&#324;  powiedzia&#322;a bez &#380;alu Lidka.

Ch&#322;opiec westchn&#261;&#322;.

Mo&#380;e mrukn&#261;&#322; z pow&#261;tpiewaniem. Natychmiast jednak powesela&#322;. Wakacje przebiegaj&#261; jak dot&#261;d wspaniale, a czeka ich przecie&#380; cudowny lot. Bogdan b&#281;dzie si&#281; spieszy&#322;  doda&#322;.

Bogdan? dziewczyna unios&#322;a brwi.

Od niepami&#281;tnych czas&#243;w m&#243;wi&#281; tacie po imieniu  o&#347;wiadczy&#322; z lekk&#261; przechwa&#322;k&#261; w g&#322;osie Marek.

Od niepami&#281;tnych czas&#243;w  powt&#243;rzy&#322;a Lidka tonem, jakim m&#322;ody student zwraca si&#281; do siwobrodego profesora. Ch&#322;opiec zerkn&#261;&#322; na ni&#261;, otworzy&#322; usta, nast&#281;pnie zamkn&#261;&#322; je na powr&#243;t, jeszcze raz westchn&#261;&#322; i pokornie wr&#243;ci&#322; do poprzedniego zaj&#281;cia.

Le&#380;eli oboje na brzuchach, z g&#322;owami wychylonymi za kraw&#281;d&#378; pomostu. W wodzie jest zawsze tyle ciekawych rzeczy do ogl&#261;dania. W ka&#380;dym razie teraz i w ka&#380;dym razie dla Marka. Myli&#322;by si&#281; jednak kto&#347;,] kto by s&#261;dzi&#322;, &#380;e Lidka wpatrywa&#322;a si&#281; zupe&#322;nie prosto w d&#243;&#322;, a nie troszeczk&#281; w bok, na ukos.

Powiew wiatru, kt&#243;ry zmarszczy&#322; powierzchni&#281; jeziora, umkn&#261;&#322; w stron&#281; brzegu, poros&#322;ego wysokimi sosnami. Woda wyg&#322;adzi&#322;a si&#281;. Ch&#322;opiec przyj&#261;&#322; t&#281; zmian&#281; z zadowoleniem. Twarzyczka odbita w wodzie znieruchomia&#322;a i nabra&#322;a wyrazu. Jego w&#322;asne oblicze z&#322;agodnia&#322;o i rozja&#347;ni&#322;o si&#281; b&#322;ogim &#347;wiat&#322;em.

Szcz&#281;&#347;cie bywa jednak p&#322;oche. Raz got&#243;w je zm&#261;ci&#263; byle wiaterek, kiedy indziej

Ponad odbiciem dw&#243;ch twarzy pojawi&#322;a si&#281; trzecia By&#322;a to pod&#322;u&#380;na, jajowata twarz, na kt&#243;rej malowa&#322; si&#281; sarkastyczny u&#347;mieszek. Marek drgn&#261;&#322; i szybko przewr&#243;ci&#322; si&#281; na bok. Przy tym ruchu uderzy&#322; &#322;okcie o deski pomostu i sykn&#261;&#322;. Dopiero teraz poczu&#322;, &#380;e deski, tak &#322;adnie pachn&#261;ce smo&#322;&#261; i &#380;ywic&#261;, s&#261; niemi&#322;osiernie twarde.

Szanowni pa&#324;stwo oddaj&#261; si&#281; obserwacji przyrody  stwierdzi&#322; do&#347;&#263; cienki m&#281;ski g&#322;os, w kt&#243;rym brzmia&#322;a nutka pob&#322;a&#380;liwej wy&#380;szo&#347;ci. W pewnym wieku to zaj&#281;cie godne pochwa&#322;y

Marek usiad&#322;, podci&#261;gn&#261;&#322; kolana, obj&#261;&#322; je d&#322;o&#324;mi i utkwi&#322; ponure spojrzenie w postaci przyby&#322;ego. By&#322; to kr&#281;py, lecz ani nie za t&#281;gi, ani nie za niski ch&#322;opiec o jajowatej, jako si&#281; rzek&#322;o, g&#322;owie i g&#322;adko zaczesanych ciemnoblond w&#322;osach. Mia&#322; na sobie d&#322;ugie, zielonkawe spodnie i groszkow&#261; koszul&#281; z kr&#243;tkimi r&#281;kawami Przy czekoladowym Marku i ciemnoz&#322;otej opaleni&#378;nie Lidki wygl&#261;da&#322;, jakby w&#322;a&#347;nie wr&#243;ci&#322; z p&#243;&#322;rocznej wyprawy do najg&#322;&#281;bszej jaskini Ksi&#281;&#380;yca. Twarz i ramiona mia&#322; bia&#322;e jak mleko.

W&#322;a&#347;nie postanowili&#347;my  odezwa&#322;a si&#281; miodowym g&#322;osem Lidka, nie odwracaj&#261;c wzroku od wody  &#380;e zawsze zostaniemy m&#322;odzi. Mam zamiar i za sto lat wygl&#261;da&#263; tak jak teraz  doda&#322;a z dum&#261;  a nie jak przedwcze&#347;nie postarza&#322;a glista. Nie znaczy to, &#380;eby&#347;my przestali rozwija&#263; si&#281; umys&#322;owo  zastrzeg&#322;a si&#281; uprzejmie. Musz&#281; by&#263; szczeg&#243;lnie czujna pod tym wzgl&#281;dem, i to w ci&#261;gu najbli&#380;szego roku. Mam odstraszaj&#261;cy przyk&#322;ad we w&#322;asnej rodzinie

Tak tu cicho szybko powiedzia&#322; pojednawczym tonem Marek.

Blady, czyli Jacek Saperda by&#322; b&#261;d&#378; co b&#261;d&#378; rodzonym bratem Lidki, starszym od swojej siostry i od Marka o rok i kilka miesi&#281;cy. Niezale&#380;nie od osi&#261;gni&#281;cia tak imponuj&#261;cego wieku uwa&#380;a&#322; si&#281; za stuprocentowego intelektualist&#281;, co razem wzi&#281;te upowa&#380;nia&#322;o go, jego w&#322;asnym zdaniem, do traktowania bli&#378;nich z wyrozumia&#322;o&#347;ci&#261;, z jak&#261; cz&#322;owiek odnosi si&#281; na przyk&#322;ad do sympatycznej, oswojonej ma&#322;py.

Cicho  przytakn&#261;&#322; Markowi, zak&#322;adaj&#261;c r&#281;ce na plecy, w kt&#243;rej to pozie zwyk&#322; si&#281; przechadza&#263; i prowadzi&#263; uczone dysputy. Przeczyta&#322; bowiem kiedy&#347;, &#380;e dawno temu, w staro&#380;ytnej Grecji, istnia&#322;a akademia, kt&#243;ra skupia&#322;a m&#281;drc&#243;w ho&#322;duj&#261;cych podobnym obyczajom. Cicho i spokojnie  doda&#322; u&#347;miechaj&#261;c si&#281; &#322;askawie. Trzeba jednak mie&#263; wszechstronn&#261; wiedz&#281;, aby nie tylko podziwia&#263;, lecz tak&#380;e rozumie&#263; ten spok&#243;j. Jaki jest naprawd&#281;, je&#347;li si&#281; zwa&#380;y, &#380;e wszystko wok&#243;&#322; nas p&#281;dzi w r&#243;&#380;nych kierunkach  uni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281; i zakre&#347;li&#322; brod&#261; regularne k&#243;&#322;eczko. Ziemia kr&#261;&#380;y wok&#243;&#322; S&#322;o&#324;ca. S&#322;o&#324;ce porusza si&#281; wzgl&#281;dem najbli&#380;szych gwiazd z pr&#281;dko&#347;ci&#261; dwudziestu kilometr&#243;w na sekund&#281;, a wesp&#243;&#322; z nimi osi&#261;ga szybko&#347;&#263; dwustu sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu kilometr&#243;w na sekund&#281;, obiegaj&#261;c centrum Galaktyki. Ta ostatnia z kolei z pr&#281;dko&#347;ci&#261; dwustu czterdziestu kilometr&#243;w na sekund&#281;

Mdli mnie  o&#347;wiadczy&#322;a Lidka, zas&#322;aniaj&#261;c sobie jednak nie usta, tylko uszy. Albo zjad&#322;am co&#347; nie&#347;wie&#380;ego na &#347;niadanie, albo te&#380; widz&#281; czy s&#322;ysz&#281; co&#347; paskudnego. Je&#347;li o mnie chodzi, to co&#347; powinno si&#281; czym pr&#281;dzej oddali&#263; z szybko&#347;ci&#261; co najmniej miliona kilometr&#243;w na sekund&#281;.

U&#347;miech na twarzy Jacka sta&#322; si&#281; odrobin&#281; szerszy.

Kobieta  powiedzia&#322; z zadum&#261;.  M&#322;oda kobieta. Kiedy b&#281;d&#281; dyrektorem instytutu, za&#380;&#261;dam, &#380;eby wprowadzono do program&#243;w szkolnych

sztuk&#281; topienia nudziarzy! wrzasn&#281;&#322;a Lidka, zrywaj&#261;c si&#281; z miejsca. Skoczy&#322;a w stron&#281; brata, kt&#243;ry jednak w ostatniej chwili zdo&#322;a&#322; umkn&#261;&#263;. Nie uda&#322;o si&#281; to natomiast Markowi.

W takiej pozycji, w jakiej siedzia&#322;, to znaczy z d&#322;o&#324;mi splecionymi na kolanach, przetoczy&#322; si&#281; przez kraw&#281;d&#378; pomostu i chlupn&#261;&#322; w wod&#281;, skraplaj&#261;c rz&#281;sistym deszczem Lidk&#281; i jej brata. Ten ostatni burkn&#261;&#322; co&#347; i pospiesznie uciek&#322; na brzeg, natomiast dziewczyna zachichota&#322;a, zrobi&#322;a nagle w ty&#322; zwrot, po czym pi&#281;knym szczupakiem &#347;mign&#281;&#322;a z pomostu, l&#261;duj&#261;c daleko za miejscem, gdzie woda zamkn&#281;&#322;a si&#281; nad Markiem. Blady na wszelki wypadek cofn&#261;&#322; si&#281; jeszcze o p&#243;&#322; kroku.

Chwil&#281; p&#243;&#378;niej dwie g&#322;owy, bardzo jasna oraz kasztanowa, wychyn&#281;&#322;y na powierzchni&#281; i zbli&#380;y&#322;y si&#281; do siebie.

Do drugiego pomostu i z powrotem! rzuci&#322;a Lidka, puszczaj&#261;c si&#281; we wskazanym kierunku pi&#281;kn&#261; &#380;abk&#261;.

Dobrze! odkrzykn&#261;&#322; Marek.

Lidka p&#322;ywa&#322;a najlepiej w ca&#322;ej szkole. Nic dziwnego wi&#281;c, &#380;e kiedy robi&#322;a ju&#380; nawr&#243;t, Markowi pozosta&#322;o jeszcze do s&#261;siedniego pomostu dobre pi&#281;&#263; metr&#243;w. Gdy wreszcie wr&#243;ci&#322; do punktu startu, dziewczyna sta&#322;a ju&#380; na piasku, blisko brzegu i zawzi&#281;cie spryskiwa&#322;a wod&#261; swojego uczonego brata.

Chod&#378; pr&#281;dko! zawo&#322;a&#322;a zdyszana  ma jeszcze suche jedn&#261; nogawk&#281; i p&#243;&#322; g&#322;owy. Zauwa&#380;y&#322;e&#347; mo&#380;e  ci&#261;gn&#281;&#322;a nie przestaj&#261;c zawzi&#281;cie wymachiwa&#263; r&#281;kami  &#380;e czuje si&#281; niezbyt dobrze. Pewnie ma gor&#261;czk&#281;  chlust! nie mo&#380;emy dopu&#347;ci&#263; do tego, &#380;eby ca&#322;kiem zwariowa&#322;  chlust!

Tym razem Marek nie uszanowa&#322; ani wieku, ani uczono&#347;ci Jacka. Zanim ten zd&#261;&#380;y&#322; si&#281; wycofa&#263; na bezpieczn&#261; odleg&#322;o&#347;&#263;, mia&#322; ju&#380; mokr&#261; nie tylko g&#322;ow&#281; i obie nogawki, ale ca&#322;y ocieka&#322; wod&#261;. Lidka i Marek pracowali jednak nadal bez przerwy do chwili, kiedy dobieg&#322; ich wysoki, a raczej piskliwy g&#322;os, dysz&#261;cy, &#347;wi&#281;tym oburzeniem.

Dosy&#263;, m&#243;wi&#281;! Przesta&#324;cie! Szczeniackie zabawy

Lidka znieruchomia&#322;a. Marek wyprostowa&#322; si&#281; powoli. Na pomo&#347;cie obok Jacka pojawi&#322;a si&#281; nowa posta&#263;. By&#322;a to dziewczyna, w kr&#243;tkiej, niebieskiej sp&#243;dniczce i bia&#322;ej bluzce. Ta bluzka i sp&#243;dnica przedstawia&#322;y teraz, obraz r&#243;wnie &#380;a&#322;osny jak spodnie jajog&#322;owego.

Och, przepraszam, kochanie! wykrzykn&#281;&#322;a Lidka. Nie zauwa&#380;yli&#347;my, kiedy przysz&#322;a&#347;. Powinna&#347; jednak wiedzie&#263;, &#380;e kto znajdzie si&#281; w towarzystwie mojego braciszka, temu gro&#380;&#261;, r&#243;&#380;ne nieprzewidziane przykro&#347;ci

Obawiam si&#281;  powiedzia&#322;a ch&#322;odno przypadkowa ofiara leczniczego natrysku, jakiemu zosta&#322; poddany Jacek  &#380;e je&#347;li chodzi o przykro&#347;ci, to m&#243;j brat jest niezast&#261;piony  tu przeszy&#322;a strasznym wzrokiem Marka. Przemawia przeze mnie wieloletnie do&#347;wiadczenie. Nie powinna&#347; zbyt cz&#281;sto przebywa&#263; w jego towarzystwie. Wywiera fatalny wp&#322;yw na otoczenie. Teraz ma przyk&#322;ad

Co teraz? podchwyci&#322; zaczepnie Marek. Wyszed&#322; na brzeg i stan&#261;&#322; na wprost swojej starszej siostry, Anny. Nie trzeba by&#322;o wychodzi&#263; z domu przy takiej pogodzie  ci&#261;gn&#261;&#322; zjadliwie. Albo przynajmniej w&#322;o&#380;y&#263; peleryn&#281;. Upa&#322; jak na Merkurym, a ta ubiera si&#281; tak, jakby za chwil&#281; mia&#322;a zdawa&#263; egzamin z geometrodynamiki. Phi!

Po tym ostatnim okrzyku nasta&#322;a chwila ciszy. Chwilowo przynajmniej konflikt rodzinny Lidki i. Jacka zszed&#322; na drugi plan. Zanosi&#322;o si&#281; natomiast na niez&#322;&#261; scen&#281; w wykonaniu rodze&#324;stwa Sponk&#243;w.

Marek po owym celnym phi! umilk&#322;, zmru&#380;y&#322; oczy i zmierzy&#322; sw&#261; siostr&#281; pogardliwym spojrzeniem. By&#322; od niej wy&#380;szy bez ma&#322;a o g&#322;ow&#281;, tote&#380; maluj&#261;cy si&#281; na jego twarzy wyraz m&#281;skiej przewagi mo&#380;na by&#322;o od biedy uzna&#263; za mia&#380;d&#380;&#261;cy. Poza tym wyrazem jednak, sk&#261;din&#261;d niezmiernie rzadko goszcz&#261;cym na jego weso&#322;ym z natury obliczu, ca&#322;a posta&#263; Marka nie tchn&#281;&#322;a z&#322;owieszcz&#261; si&#322;&#261; staro&#380;ytnego atlety. Brat Anny by&#322; raczej chudy ni&#380; szczup&#322;y, jego w&#322;osy, teraz przylepione mokrymi kosmykami do czo&#322;a, by&#322;y tak jasne &#380;e a&#380; niemal bia&#322;e, mia&#322; szeroko rozstawione szaroniebieskie oczy, kapk&#281; zadarty nos i usta, kt&#243;rych ani rusz nie chcia&#322; si&#281; trzyma&#263; grymas gniewnej powagi.

Mawia si&#281;, &#380;e c&#243;rki s&#261; podobne do ojc&#243;w, a synowie do matek. W rodzinie pa&#324;stwa Sponk&#243;w rzecz mia&#322;a si&#281; dok&#322;adnie na odwr&#243;t. Profesor Bogdan Sponka by&#322; wyro&#347;ni&#281;tym nad miar&#281; blondynem, natomiast jego &#380;ona Zula, c&#243;rka Uzbeczki wychowanej w Kenii i Kenijczyka, znanego badacza Antarktydy, wygl&#261;da&#322;a jak bohaterka filmu, nakr&#281;conego wed&#322;ug Ba&#347;ni z tysi&#261;ca i jednej nocy. A Anna by&#322;a kubek w kubek podobna do matki. Mia&#322;a czarne, d&#322;ugie i l&#347;ni&#261;ce w&#322;osy, grube brwi, zro&#347;ni&#281;te u nasady w&#261;skiego zgrabnego noska, ciemny meszek nad g&#243;rn&#261; warg&#261; i pi&#281;knie zaokr&#261;glone, smag&#322;e policzki. Cho&#263; ni&#380;sza o g&#322;ow&#281; od brata, nie by&#322;a wcale ma&#322;a. A fakt, &#380;e Marek patrzy&#322; na ni&#261; z g&#243;ry, najwidoczniej nic dla niej nie znaczy&#322;.

Phi! odrzuci&#322;a drwi&#261;cy okrzyk jak pi&#322;eczk&#281;.  Patrzcie, on ju&#380; nawet umie wym&#243;wi&#263; s&#322;owo: geometrodynamika! No, no, co za post&#281;p! A je&#347;li chodzi o egzaminy, to ubieram si&#281; na nie tak jak zawsze. Bo ja bywam przygotowana i nie musz&#281; ucieka&#263; si&#281; do sztuczek

Daj spok&#243;j  powiedzia&#322; przez nos Jacek, dolewaj&#261;c oliwy do ognia. M&#322;odo&#347;&#263; ma swoje prawa

Czy jeste&#347; zupe&#322;nie pewien  spyta&#322;a Lidka, zwracaj&#261;c si&#281; z nag&#322;ym zainteresowaniem do Marka  &#380;e och&#322;odzili&#347;my go ju&#380; dostatecznie? Nie gniewaj si&#281;, kochanie  spojrza&#322;a ponownie na Ann&#281;  powiedzia&#322;am przecie&#380;: przepraszam ale naprawd&#281; wygl&#261;dacie, jakby&#347;cie szli zdawa&#263; egzamin oj!..

To ostatnie oj by&#322;o ju&#380; aktem kapitulacji. Lidka popatrzy&#322;a b&#322;agalnie na Ann&#281;, ale utrzymanie powagi przekracza&#322;o jej mo&#380;liwo&#347;ci. D&#378;wi&#281;czny dziewcz&#281;cy &#347;miech poni&#243;s&#322; si&#281; nad cichym jeziorem i wr&#243;ci&#322; s&#322;abym echem, odbity od przeciwleg&#322;ego, wysokiego brzegu. W trzcinach zaskrzecza&#322; gniewnie jaki&#347; ptak.

Chyba p&#243;jdziemy  Jacek odwr&#243;ci&#322; si&#281; z niesmakiem i spojrza&#322; zapraszaj&#261;co na os&#243;bk&#281; ubran&#261; jak zawsze.  Minie co najmniej rok, zanim b&#281;dzie mo&#380;na z nimi rozmawia&#263;

Akurat o ten jeden rok Jacek by&#322; starszy od Lidki, a Anna od Marka. Mimo wsp&#243;lnoty dojrza&#322;ego wieku Anna nie dzieli&#322;a jednak ze swoim r&#243;wie&#347;nikiem przekonania o w&#322;asnej bezgranicznej wy&#380;szo&#347;ci intelektualnej. Mo&#380;e dlatego serdeczny &#347;miech Lidki sprawi&#322;, &#380;e twarz jej si&#281; w ko&#324;cu rozja&#347;ni&#322;a.

W&#322;a&#347;nie wyprasowa&#322;am bluzk&#281;  poskar&#380;y&#322;a si&#281; jeszcze, ale ju&#380; bez gniewu, patrz&#261;c z zabawnym ubolewaniem na swoj&#261; kreacj&#281;.  Jak na egzaminie  powt&#243;rzy&#322;a z uraz&#261;, &#380;eby zbyt &#322;atwo nie ust&#261;pi&#263; z pola walki. Kto powiedzia&#322;, &#380;e na biwaku nie mo&#380;na przynajmniej od czasu do czasu wygl&#261;da&#263; tak jak na egzaminie z czego to? za&#347;mia&#322;a si&#281; wreszcie.

Jacek milcza&#322;. Uni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281; i patrzy&#322; w niebo, jakby w&#322;a&#347;nie ujrza&#322; rakiet&#281; wypisuj&#261;c&#261; dymem najbardziej zawi&#322;e r&#243;wnanie geometrodynamiczne.

Wszystko jedno z czego. Przecie&#380; i tak b&#281;dziesz przygotowana  Marek spojrza&#322; przelotnie na sk&#261;py kostium k&#261;pielowy Lidki, zerkn&#261;&#322; na w&#322;asne slipki, po czym, ca&#322;kiem ju&#380; udobruchany, doda&#322;:  Dlaczego nie zrzucicie tych wspania&#322;ych szat i nie pop&#322;ywacie troch&#281;? Woda jest wspania&#322;a

O tym  zauwa&#380;y&#322;a mimochodem Anna  mieli&#347;my ju&#380; okazj&#281; si&#281; przekona&#263;.

Lidka znowu za&#347;mia&#322;a si&#281; g&#322;o&#347;no. Wysz&#322;a na brzeg i usiad&#322;a na skraju pomostu. Po chwili Marek zaj&#261;&#322; miejsce obok niej. Jego stopy porusza&#322;y si&#281; miarowo, zagarniaj&#261;c wod&#281; jak wios&#322;a.

Popatrzcie, jakie to jezioro jest b&#322;&#281;kitne  powiedzia&#322;a nagle Lidka. Jej wzrok poszybowa&#322; ku przeciwleg&#322;emu brzegowi.

B&#322;&#281;kitne jest niebo i tylko ono  o&#347;wiadczy&#322; Jacek. Reszta to odbicie w wodzie. A niebo jest b&#322;&#281;kitne, poniewa&#380; w g&#243;rnych warstwach atmosfery znajduje si&#281; du&#380;o wodoru. Zgodnie z teori&#261; fluktuacji g&#281;sto&#347;ci Smoluchowskiego &#347;wiat&#322;o ulega rozproszeniu w warunkach bardzo rozrzedzonego gazu, b&#322;&#281;kitn&#261; sk&#322;adow&#261; promieni s&#322;onecznych najbardziej rozprasza w&#322;a&#347;nie wod&#243;r

Je&#347;li nie chcecie si&#281; k&#261;pa&#263; ani i&#347;&#263; na spacer, to mo&#380;e my p&#243;jdziemy? zaproponowa&#322;a uprzejmie Lidka, patrz&#261;c na Marka. Chyba &#380;e znudzi&#322;y ci si&#281; ju&#380; wakacje, i to do tego stopnia, &#380;e pod nieobecno&#347;&#263; profesor&#243;w chcesz wys&#322;ucha&#263;, jak ten wyblak&#322;y robot wyrecytuje z pami&#281;ci ca&#322;y podr&#281;cznik. Ja w ka&#380;dym razie  doda&#322;a wstaj&#261;c  mam jeszcze ochot&#281; pop&#322;ywa&#263; w tej wspania&#322;ej wodzie

Niebo nie straci&#322;o nic ze swego b&#322;&#281;kitu, niemniej nad jeziorem znowu jakby pociemnia&#322;o. Lidka zamiast zgodnie z zapowiedzi&#261; skierowa&#263; si&#281; ku wodzie, przesz&#322;a kawa&#322;ek &#347;cie&#380;k&#261; wiod&#261;c&#261; do obozowiska, przystan&#281;&#322;a, spojrza&#322;a na Marka, po czym widz&#261;c, &#380;e ten nie poruszy&#322; si&#281;, skrzywi&#322;a pogardliwie usta.

Nagle tu&#380; obok pomostu co&#347; g&#322;o&#347;no chlupn&#281;&#322;o.

O, ryba! ucieszy&#322; si&#281; szczerze Marek. Chod&#378;cie, popatrzcie, jaka wielka

Lidka raczy&#322;a zawr&#243;ci&#263; ze &#347;cie&#380;ki. Anna podesz&#322;a do skraju pomostu. Tylko Jacek pozosta&#322; tam, gdzie sta&#322;, na piaszczystym nasypie, daj&#261;cym oparcie prowizorycznej przystani.

Smuk&#322;y, ciemny kszta&#322;t przemkn&#261;&#322; tu&#380; pod powierzchni&#261; wody. Marek, rad w duchu, &#380;e zasz&#322;o co&#347;, co odwr&#243;ci&#322;o uwag&#281; obecnych od s&#322;&#243;w w rodzaju wyblak&#322;y robot, odprowadzi&#322; ryb&#281; spojrzeniem, po czym powiedzia&#322; z zadum&#261;:

M&#243;j pradziadek by&#322; w&#281;dkarzem. Zabiera&#322; mnie czasem na ryby

Jak to na ryby? zdziwi&#322;a si&#281; Lidka.

No Marek zawaha&#322; si&#281; przez moment  on je &#322;owi&#322;.

Co to znaczy &#322;owi&#322;? Wyci&#261;ga&#322; je z wody, czy co?

Czasy by&#322;y troch&#281; inne, moja ma&#322;a siostrzyczko  zacz&#261;&#322; z pob&#322;a&#380;liwym u&#347;miechem Jacek, ale tym razem Anuna przerwa&#322;a mu w p&#243;&#322; s&#322;owa:

Przesta&#324; wygadywa&#263; na pradziadka! zawo&#322;a&#322;a z oburzeniem. To by&#322; Wspania&#322;y cz&#322;owiek! Jeden z pionier&#243;w osadnictwa na Merkurym! Zapomnia&#322;e&#347; ju&#380;, jak ci&#281; kocha&#322;?!

Ale&#380; ja nic z&#322;ego

Ryba nie mo&#380;e &#380;y&#263; bez wody!

M&#322;ody baran!

To &#347;wi&#324;stwo!

Ale ja naprawd&#281; nic z&#322;ego

Przesta&#324;cie m&#243;wi&#263; wszyscy naraz  jajog&#322;owy wreszcie straci&#322; cierpliwo&#347;&#263;, o czym &#347;wiadczy&#322; jego g&#322;os, przypominaj&#261;cy d&#378;wi&#281;k fujarki, kt&#243;r&#261; kto&#347; podstawi&#322; pod dysz&#281; startuj&#261;cej rakiety. Marek nie chcia&#322; powiedzie&#263; nic z&#322;ego o swoim pradziadku  ci&#261;gn&#261;&#322; ju&#380; bardziej ludzkim tonem  ale moja zacna siostrunia tego nie zrozumie. Trzeba jej wybaczy&#263;  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; porozumiewawczo do Anny, po czym przeni&#243;s&#322; spojrzenie na jej brata  jest jeszcze bardzo m&#322;oda i naiwna. Jej si&#281; zdaje, &#380;e ludzie od razu byli bardzo dobrzy, m&#261;drzy i umieli wszystko to co dzisiaj. Fakt, &#380;e kiedy&#347; musieli zabija&#263; zwierz&#281;ta, &#380;eby utrzyma&#263; si&#281; przy &#380;yciu, nie dotar&#322; jeszcze do jej &#347;wiadomo&#347;ci. Syntetyczne bia&#322;ko spad&#322;o po prostu z nieba doda&#322; sarkastycznie. Ale nie martwcie si&#281; o ni&#261;  wpad&#322; w ojcowski ton. Kiedy&#347; zrozumie, &#380;e cz&#322;owiekowi, kt&#243;ry chce i&#347;&#263; naprz&#243;d, poznanie w&#322;asnej przesz&#322;o&#347;ci jest tak samo potrzebne jak umiej&#281;tno&#347;&#263; pilota&#380;u rakietowego

M&#243;j braciszek ju&#380; o tym wie  podchwyci&#322;a zjadliwie Anna, zanim Lidka zd&#261;&#380;y&#322;a och&#322;on&#261;&#263; z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci. Pami&#281;ta, &#380;e pradziadek &#322;owi&#322; ryby. Zapytajcie go, to mo&#380;e przypomni sobie tak&#380;e inne rzeczy. Na przyk&#322;ad jak to kiedy&#347;, na satelicie BX911 u&#322;o&#380;y&#322; si&#281; do snu w zwierciadle baterii s&#322;onecznej, a kiedy satelita wynurzy&#322; si&#281; z cienia zacz&#261;&#322; wrzeszcze&#263;: parzy! parzy! parzy! Narobi&#322; takiego gwa&#322;tu, &#380;e przylecia&#322;o siedem ekip ratunkowych. A kiedy indziej wszed&#322; tu&#380; przed startem do bezza&#322;ogowej rakiety dalekiego zasi&#281;gu. Tam przywita&#322; go pok&#322;adowy robot. Spotkanie musia&#322;o by&#263; arcyprzyjemne, bo Mareczek ucieka&#322; potem tak szybko, &#380;e jeszcze nast&#281;pnego dnia wygra&#322; biegi kr&#243;tkie na mi&#281;dzyszkolnych zawodach. &#346;wiadomo&#347;&#263; w&#322;asnej przesz&#322;o&#347;ci to wielka rzecz, pod warunkiem, &#380;e cz&#322;owiek wykorzystuje swoje do&#347;wiadczenia, &#380;eby i&#347;&#263; naprz&#243;d, jak powiedzia&#322; Jacek. M&#243;j brat to potrafi. Nawet nie tylko i&#347;&#263;, a biec. On zawsze by&#322; ciekawy

Ta nieprawda! wrzasn&#261;&#322; ugodzony do &#380;ywego Marek. Zawody wygra&#322;em, bo najlepiej biegam. A prawdziwy badacz musi by&#263; ciekawy

Prawdziwy badacz nie ucieka z krzykiem, kiedy odkryje co&#347;, z czym si&#281; dot&#261;d nie zetkn&#261;&#322;

Ja ja ja wydysza&#322;a z furi&#261; Lidka, najwidoczniej bezskutecznie poszukuj&#261;c s&#322;&#243;w, kt&#243;re unicestwi&#322;yby bez reszty jedyn&#261; m&#281;sk&#261; latoro&#347;l rodu Saperd&#243;w. Latoro&#347;l ta natychmiast i z ca&#322;&#261; bezwzgl&#281;dno&#347;ci&#261; wykorzysta&#322;a chwilow&#261; s&#322;abo&#347;&#263; siostry. Obiektem zainteresowania jajog&#322;owego sta&#322;a si&#281; jednak nie ona, a Marek.

Ciekawo&#347;&#263; nie poparta wiedz&#261;, bez tezy roboczej, kt&#243;r&#261; chcia&#322;oby si&#281; udowodni&#263;, jest zwyk&#322;&#261; dziecinad&#261;  stwierdzi&#322; autorytatywnie Jacek, unosz&#261;c w g&#243;r&#281; wskazuj&#261;cy palec.

Ty nie jeste&#347; ciekawy? spyta&#322; zaczepnie Marek.

On zaspokaja swoj&#261; ciekawo&#347;&#263; w zaciszu biblioteki ojca, ewentualnie s&#322;ucha, co m&#243;wi&#261; profesorowie.

Lidka odzyska&#322;a wreszcie zdolno&#347;&#263; m&#243;wienia. Gdyby chcia&#322; na przyk&#322;ad wiedzie&#263;, jak teraz wygl&#261;da Instytut  unios&#322;a g&#322;ow&#281; i spojrza&#322;a ponad las, w stron&#281;, gdzie jezioro zataczaj&#261;c &#322;uk gin&#281;&#322;o za zielonym cyplem

to przez my&#347;l by mu nawet nie przesz&#322;o, &#380;eby si&#281; tam wybra&#263;. Poszuka&#322;by w bibliotece plan&#243;w, poprosi&#322;by ojca, profesora Sponk&#281; albo samego Kapic&#281;. Mo&#380;e i Adama, ale to niezbyt pewne. On nie schodzi poni&#380;ej profesor&#243;w

Do Instytutu nie poszed&#322;bym (rzeczywi&#347;cie, bo nie wolno  wycedzi&#322; przez z&#281;by Jacek. Jak b&#281;dziesz starsza, to zrozumiesz mo&#380;e, &#380;e prawdziwa odwaga i prawdziwa ciekawo&#347;&#263;, musz&#261; by&#263; podporz&#261;dkowane dyscyplinie umys&#322;owej. Tak  westchn&#261;&#322;, patrz&#261;c na Lidk&#281; zatroskanym wzrokiem wytrawnego pedagoga.

Mo&#380;e zrozumiesz chocia&#380; to niezbyt pewne  odci&#261;&#322; si&#281;!

Sk&#261;d ci nagle przyszed&#322; na my&#347;l Instytut? Anna spojrza&#322;a z dezaprobat&#261; na Lidk&#281;, kt&#243;ra potrz&#261;sn&#281;&#322;a g&#322;&#243;wk&#261; i zawo&#322;a&#322;a wci&#261;&#380; jeszcze rozz&#322;oszczona:

Och, nie udawajcie! Od trzech tygodni odk&#261;d tu jeste&#347;my, wszyscy my&#347;limy o tym opuszczonym poligonie. Tylko nikt nie chce si&#281; do tego przyzna&#263;

Co do mnie zacz&#261;&#322; przez nos Jacek, ale umilk&#322;. Nawet dla niego prawda przebijaj&#261;ca ze s&#322;&#243;w jego siostry, by&#322;a zbyt oczywista.

Marek zmarszczy&#322; brwi, po czym za&#347;mia&#322; si&#281; niespodziewanie.

Ja rzeczywi&#347;cie nie mog&#281; przesta&#263; my&#347;le&#263; o Instytucie  wyzna&#322;.  Ale was o to nie pos&#261;dza&#322;em. Przecie&#380; to ja jestem taki ciekawy spojrza&#322; wyzywaj&#261;co na Ann&#281;.  Wiecie co  doda&#322; bez zastanowienia  p&#243;jd&#281; tam.

Nonsens! oburzy&#322; si&#281; Jacek.

Ostrzegano nas  powiedzia&#322;a cicho Lidka, patrz&#261;c na Marka szeroko otwartymi orzechowymi oczyma.

Nie przejmujcie si&#281;  rzuci&#322;a zdawkowo Anna. I tak nie.p&#243;jdzie. To tylko szczeniackie gadanie

W ch&#322;opca wst&#261;pi&#322; skrzydlaty demon.

Szczeniackie gadanie? powt&#243;rzy&#322; z furi&#261;.  Pi&#281;knie. Wi&#281;c &#380;eby&#347;cie wiedzieli, p&#243;jd&#281;

To id&#378;, prosz&#281;!  odpali&#322;a bez namys&#322;u Anna. Chcia&#322;abym zobaczy&#263;, jak b&#281;dziesz zmiata&#322;

Aniu  odezwa&#322; si&#281; z nutk&#261; delikatnego wyrzutu Jacek  nie powinna&#347; tak m&#243;wi&#263;

Dlaczego? zaperzy&#322;a si&#281; dziewczyna. Niech idzie, jak taki dzielny. Przyznaj, &#380;e i ciebie korci ten zakazany teren. No to teraz znale&#378;li&#347;my kogo&#347;, kto p&#243;jdzie i opowie nam, jak tam jest. Je&#380;eli oczywi&#347;cie po godzince nie uraczy nas jak&#261;&#347; bujd&#261; bo fantazji mu nie brak!

Demon, kt&#243;ry wst&#261;pi&#322; w Marka, rozpostar&#322; skrzyd&#322;a.

Cze&#347;&#263;, id&#281;! Zgoda, jestem ciekawy. Potem pogadamy, co warta ciekawo&#347;&#263;, a co zdyscyplinowanie  wysycza&#322;.  A co do bajek, prosz&#281; bardzo, kajaki s&#261; dwuosobowe. Kto jedzie ze mn&#261;?

Ja! wyrwa&#322;a si&#281; Lidka.

Jeszcze czego! parskn&#261;&#322; Jacek. Marek zmarkotnia&#322;.

Nie  odpowiedzia&#322;.  Zostaw to starszym i m&#261;drzejszym. Powiedzieliby potem, &#380;e oboje zmy&#347;lamy. No?

Odpowiedzia&#322;o milczenie. Ch&#322;opiec czeka&#322; jeszcze kilka sekund, po czym za&#347;mia&#322; si&#281; tryumfalnie, podbieg&#322; do najbli&#380;szego kajaku, wskoczy&#322; do niego i jednym uderzeniem wios&#322;a odbi&#322; od pomostu.

Marku! przestraszy&#322; si&#281; pierwszy Jacek  wr&#243;&#263;! To nie ma sensu! Z powodu kilku s&#322;&#243;wek

Wracaj! krzykn&#281;&#322;a Anna, kt&#243;ra teraz dopiero och&#322;on&#281;&#322;a i zrozumia&#322;a, &#380;e posun&#281;&#322;a si&#281; za daleko. Wracaj zaraz! To niebezpieczne!

Wr&#243;&#263;, Marku! zawo&#322;a&#322;a Lidka. Gdyby doda&#322;a prosz&#281; ci&#281;, w&#243;wczas ale co tu rozmy&#347;la&#263;, co by by&#322;o, gdyby. Faktem jest, &#380;e to prosz&#281; ci&#281;, je&#347;li nawet pad&#322;o, zabrzmia&#322;o zbyt cicho. W tym momencie ch&#322;opiec wios&#322;owa&#322; ju&#380; jak na zawodach. Dopiero dobre sto metr&#243;w od brzegu uni&#243;s&#322; wios&#322;o nad g&#322;ow&#281;, odwr&#243;ci&#322; si&#281; i spojrza&#322; wyzywaj&#261;co w stron&#281; skupionej na pomo&#347;cie gromadki.

Przywioz&#281; wam stamt&#261;d co&#347; takiego, &#380;eby&#347;cie mi uwierzyli i bez &#347;wiadk&#243;w  krzykn&#261;&#322;.  Je&#347;li poza mn&#261; nie ma tu nikogo naprawd&#281; ciekawego! Przez lito&#347;&#263; nie dodam: odwa&#380;nego!

Wyrzuciwszy to z siebie, na powr&#243;t przyst&#261;pi&#322; ostro do wios&#322;owania. Po up&#322;ywie dw&#243;ch minut kajak sta&#322; si&#281; ciemnym punkcikiem na b&#322;&#281;kitnej wodzie, by zaraz potem znikn&#261;&#263; za cypelkiem.


Ca&#322;a tr&#243;jka sta&#322;a jeszcze w zupe&#322;nej ciszy, ze wzrokiem utkwionym w k&#281;pie zieleni, za kt&#243;r&#261; znikn&#261;&#322; kajak Marka, kiedy na &#347;cie&#380;ce prowadz&#261;cej ku male&#324;kiej przystani ukaza&#322;a si&#281; nowa para. By&#322;a to kobieta z d&#322;ugimi, czarnymi jak sadza w&#322;osami i wysoki szatyn. Kobieta mia&#322;a smag&#322;&#261; cer&#281;, ciemne, weso&#322;e oczy i ol&#347;niewaj&#261;co bia&#322;e z&#281;by. Poza tym by&#322;a wr&#281;cz zdumiewaj&#261;co podobna do Anny. Natomiast u m&#281;&#380;czyzny uderza&#322;a przede wszystkim jego bujna, nieopisanie zwichrzona czupryna. Oboje mieli na sobie stroje k&#261;pielowe.

Ujrzawszy nieruchom&#261; grupk&#281; na pomo&#347;cie, zatrzymali si&#281;. Nast&#281;pnie kobieta, kt&#243;r&#261;, jak &#322;atwo si&#281; domy&#347;le&#263;, by&#322;a Zula Sponka, matka Anny i Marka, szepn&#281;&#322;a cichutko: psst i dotkn&#281;&#322;a porozumiewawczo ramienia swojego towarzysza. Tym ostatnim by&#322; Adam Kapica, m&#322;ody asystent s&#322;awnego Aleksandra Kapicy, zwanego Aleksandrem Wielkim Drugim Nauki, i swojego stryjecznego dziadka w jednej osobie. Prace Adama zdoby&#322;y ju&#380; uznanie matador&#243;w instytut&#243;w cybernetycznych, ale kiedy si&#281; u&#347;miecha&#322;, wygl&#261;da&#322; niemal jak r&#243;wie&#347;nik Jacka i Anny.

W&#322;a&#347;nie w tej chwili u&#347;miechem d&#261;&#322; zna&#263; Zuli, &#380;e zrozumia&#322;, o co chodzi. Zaraz potem udowodni&#322; ponad wszelk&#261; w&#261;tpliwo&#347;&#263;, &#380;e nie przesi&#261;k&#322; jeszcze profesorsk&#261; powag&#261;. Na&#347;laduj&#261;c ruchy filmowego Indianina podkrad&#322; si&#281; na palcach tak blisko milcz&#261;cej tr&#243;jki, &#380;e m&#243;g&#322; bez trudu dotkn&#261;&#263; r&#281;k&#261; stoj&#261;cego nieco z ty&#322;u Jacka i wtedy dopiero wrzasn&#261;&#322; ile si&#322; w p&#322;ucach:

Trzy, dwa, jeden, start!!!

Zar&#243;wno Zula jak i Adam liczyli na efekt swojej, przyznajmy, ma&#322;o dostojnej psoty, ale nie przypuszczali, &#380;e ten efekt oka&#380;e si&#281; a&#380; tak piorunuj&#261;cy. Jacek zrobi&#322; dwa rozpaczliwe susy do przodu, w wyniku czego jego wysychaj&#261;ce ju&#380; nogawki znalaz&#322;y si&#281; z powrotem w wodzie. Lidka wykona&#322;a b&#322;yskawicznie w ty&#322; zwrot, wyrzucaj&#261;c r&#243;wnocze&#347;nie w g&#243;r&#281; ramiona i zastyg&#322;a w takiej pozycji, jakby mia&#322;a zamiar pozowa&#263; do pos&#261;gu lekkoatletki. Dodajmy, lekkoatletki ogromnie czym&#347; poruszonej, o czym &#347;wiadczy&#322;y szeroko otwarte usta i wytrzeszczone w wyrazie bezgranicznego przera&#380;enia oczy.

Mama Marka szybko podesz&#322;a bli&#380;ej. W lot poj&#281;&#322;a, &#380;e pop&#322;och, jakiego byli sprawcami, musi oznacza&#263; co&#347; wi&#281;cej ani&#380;eli zwyk&#322;y przestrach spowodowany niespodziewanym okrzykiem. Kiedy Adam otworzy&#322; usta, &#380;eby b&#261;kn&#261;&#263; przepraszam czy co&#347; r&#243;wnie niewczesnego, Zula rozejrzawszy si&#281; uwa&#380;nie, pierwszym strza&#322;em trafi&#322;a w dziesi&#261;tk&#281;.

A gdzie jest Marek? spyta&#322;a. Pok&#322;&#243;cili&#347;cie si&#281;?

Pierwszy och&#322;on&#261;&#322; Jacek, kt&#243;ry jednak tym razem, czy to ze wzgl&#281;du na og&#243;ln&#261; sytuacj&#281;, czy te&#380; przez szacunek dla naukowc&#243;w jako takich, powstrzyma&#322; si&#281; od wyra&#380;enia swojej opinii o dojrza&#322;o&#347;ci umys&#322;owej m&#322;odych, kto wie, czy nie zbyt m&#322;odych, asystent&#243;w.

My zacz&#261;&#322; i urwa&#322;. Rozejrza&#322; si&#281; z rozpacz&#261; po pozosta&#322;ych. Wreszcie widz&#261;c, &#380;e nikt nie &#347;pieszy mu z pomoc&#261;, bezradnie roz&#322;o&#380;y&#322; r&#281;ce.

No wi&#281;c rzeczywi&#347;cie posun&#281;&#322;a si&#281; krok dalej Anna. Prze&#322;kn&#281;&#322;a g&#322;o&#347;no &#347;lin&#281;, po czym o&#347;wiadczy&#322;a z samozaparciem:  Chyba si&#281; wyg&#322;upi&#322;am

To mo&#380;e si&#281; zdarzy&#263; ka&#380;demu  uspokoi&#322;a j&#261; z g&#322;&#281;bokim przekonaniem mama. Przed chwil&#261; mieli&#347;cie dow&#243;d na naszym przyk&#322;adzie  doda&#322;a niezbyt pedagogicznie. No wi&#281;c gdzie on jest?

Marek wzi&#261;&#322; kajak i pop&#322;yn&#261;&#322; do Instytutu  wypali&#322;a w ko&#324;cu Lidka. Powiedzia&#322;, &#380;e co&#347; stamt&#261;d przywiezie i &#380;e p&#322;ynie z ciekawo&#347;ci. Ale tak naprawd&#281;, to sprowokowali&#347;my go do tego wszyscy  zako&#324;czy&#322;a wielkodusznie.

Mama spowa&#380;nia&#322;a. Obejrza&#322;a si&#281; na Adama, kt&#243;ry sprawia&#322; wra&#380;enie, jakby po&#322;kn&#261;&#322; grudk&#281; soli.

Do Instytutu? wykrztusi&#322;.  Na drugie jezioro?

Tak  przyzna&#322; ponuro Jacek.

Na teren opuszczonego poligonu? Nad Jeziorem Tajemnic? upewnia&#322;a si&#281; Zula.

Tak.

Jeziorem Tajemnic nazwali mieszka&#324;cy wakacyjnego biwaku du&#380;&#261;, &#347;lep&#261; zatok&#281;, do kt&#243;rej droga prowadzi&#322;a przez w&#261;ski przesmyk pod starym drewnianym mostkiem. Nazwa oczywi&#347;cie wi&#261;za&#322;a si&#281; z zakazanym rejonem przylegaj&#261;cym do jeziora.

I pop&#322;yn&#261;&#322; sam? w oczach Adama ukaza&#322; si&#281; l&#281;k.

Uhm powinni&#347;cie byli do tego dopu&#347;ci&#263;  powiedzia&#322;a w zamy&#347;leniu Zula. Wiecie, &#380;e tam nie jest bezpiecznie

Dlatego teren jest zamkni&#281;ty  doda&#322; z jeszcze g&#322;&#281;bsz&#261; zadum&#261; Adam. Dawno odp&#322;yn&#261;&#322;?

Je&#347;li si&#281; nie zm&#281;czy&#322;, jest ju&#380; za przesmykiem  odpowiedzia&#322; przyt&#322;umionym g&#322;osem Jacek. G&#322;upio wysz&#322;o  doda&#322; jakby do siebie.

G&#322;upio  przyzna&#322; szorstkim tonem Adam. Zmarszczy&#322; brwi i utkwi&#322; wzrok w feralnym cyplu, za kt&#243;rym znikn&#261;&#322; kajak Marka. Sta&#322; tak chwil&#281;, po czym jego spojrzenie prze&#347;lizgn&#281;&#322;o si&#281; po przystani i zatrzyma&#322;o na przycumowanej do pomostu motolotce.

Od p&#243;&#322;tora roku nie by&#322;o tam nikogo  mrukn&#281;&#322;a pod nosem Zula. Profesor Kapica m&#243;wi&#322;, &#380;e teren b&#281;dzie zamkni&#281;ty przez najbli&#380;sze pi&#281;&#263; lat. Dopiero potem zlikwiduje si&#281; urz&#261;dzenia, a gospodark&#281; obejmie nadle&#347;nictwo. To znaczy jeszcze przez cztery lata ka&#380;demu, kto si&#281; tam wyprawi, mo&#380;e grozi&#263; &#347;miertelne niebezpiecze&#324;stwo.

G&#322;upio wysz&#322;o  powt&#243;rzy&#322; zd&#322;awionym g&#322;osem Jacek. Lidka spojrza&#322;a na niego z wyrzutem i zagryz&#322;a wargi. Anna wpatrywa&#322;a si&#281; usilnie w koniuszki w&#322;asnych pla&#380;owych pantofli



2.Cz&#322;owieku, czym mog&#281; s&#322;u&#380;y&#263;?

Przesmyk pod drewnianym mostkiem by&#322; p&#322;ytki. Marek wszed&#322; do wody i kilka metr&#243;w ci&#261;gn&#261;&#322; kajak po piaszczystym dnie. Nast&#281;pnie wskoczy&#322; do &#347;rodka, odbi&#322; si&#281; wios&#322;em i po chwili wyp&#322;yn&#261;&#322; na Jezioro Tajemnic. Na przeciwleg&#322;ym brzegu w&#347;r&#243;d drzew i krzew&#243;w widnia&#322;y zarysy wielu budowli. Ci&#281;&#380;kie sze&#347;cienne bry&#322;y, szare i pos&#281;pne, przypomina&#322;y staro&#347;wieckie bunkry pozosta&#322;e po dawnych, dawnych wojnach. Dalej majaczy&#322;y w&#347;r&#243;d zieleni kontury jakiego&#347; niskiego pawilonu, a w g&#322;&#281;bi wznosi&#322;a si&#281; okr&#261;g&#322;a wie&#380;a podobna do ogromnego lejka, ustawionego szerokim otwartym uj&#347;ciem ku g&#243;rze.

Wios&#322;o Marka zacz&#281;&#322;o porusza&#263; si&#281; nieco wolniej. Ca&#322;y teren opuszczonego Instytutu by&#322; ogrodzony wysokim p&#322;otem. Wzd&#322;u&#380; niego bieg&#322;a wyci&#281;ta w puszczy przecinka, na kt&#243;rej co kilka metr&#243;w sta&#322;y tabliczki z napisami: Poligon do&#347;wiadczalny Instytutu Planet Granicznych. Wej&#347;cie grozi &#347;mierci&#261;. Od strony jeziora nie by&#322;o ogrodzenia, ale tablice ostrzegawcze znajdowa&#322;y si&#281; i tutaj. Przymocowano je do d&#322;ugich tyczek wbitych w piaszczyste dno. Ich jaskrawoczerwone tarcze wygl&#261;da&#322;y z daleka jak dziwne wodne kwiaty.

Ch&#322;opiec odruchowo obejrza&#322; si&#281; za siebie. Za przesmykiem, zas&#322;oni&#281;te teraz nasypem starej drogi i mostkiem, rozpo&#347;ciera&#322;o si&#281; poczciwe, swojskie jezioro, nad kt&#243;rym biwakowali ju&#380; tyle dni. Ca&#322;e pierwsze trzy tygodnie wakacji. Zaraz pierwszego dnia Adam, kt&#243;ry kiedy&#347; pod okiem profesora Kapicy odbywa&#322; tutaj sw&#243;j pierwszy sta&#380;, a potem, po specjalistycznych studiach uzupe&#322;niaj&#261;cych podj&#261;&#322; normaln&#261; prac&#281;, powiedzia&#322; im, &#380;eby nigdy, pod &#380;adnym pozorem, nie przekraczali granic zamkni&#281;tego obszaru.

Dlaczego? spyta&#322;a wtedy Lidka z wyrazem buntu w oczach. Przecie&#380; tam ju&#380; od roku nikogo nie ma!

Ale pozosta&#322;y bardzo skomplikowane urz&#261;dzenia wydzielaj&#261;ce szcz&#261;tkowe promieniowanie. Aparatura pewnego typu d&#322;ugo przechowuje zasoby energii, cho&#263;by jej dop&#322;yw by&#322; ju&#380; odci&#281;ty  t&#322;umaczy&#322; cierpliwie Adam. Instytut przeprowadza&#322; zupe&#322;nie nowe do&#347;wiadczenia przy u&#380;yciu bardzo specjalistycznych automat&#243;w. Nikt nie potrafi przewidzie&#263;, jak zachowa&#322;yby si&#281; teraz, gdyby w ich m&#243;zgach pozosta&#322;y resztki energii. Tam s&#261; takie no, takie szczeg&#243;lne pola. Nie chc&#281; was straszy&#263;, ale mo&#380;ecie mi wierzy&#263;, &#380;e &#347;mia&#322;kowi, kt&#243;ry chcia&#322;by teraz pospacerowa&#263; po poligonie, gro&#380;&#261; paskudne niespodzianki a nawet &#347;mier&#263;.

Nie! krzykn&#281;&#322;a przej&#281;ta do g&#322;&#281;bi Lidka.

Zula i Jacek spojrzeli porozumiewawczo po sobie.

Trzy cztery zacz&#261;&#322; jajog&#322;owy.

Lidka  Nie!  wykrzykn&#281;li ch&#243;rem mama Marka, Adam i Jacek, wype&#322;niaj&#261;c tym samym, pod nieobecno&#347;&#263; ojca Lidki i Jacka, rodzinny ceremonia&#322; pa&#324;stwa Saperd&#243;w.

Nie! zawo&#322;a&#322;a wiedziona pierwszym odruchem pi&#281;kno&#347;&#263; o orzechowych oczach. Zaraz jednak nawet i ona musia&#322;a si&#281; roze&#347;mia&#263;.

 &#379;arty &#380;artami  rzek&#322; powa&#380;niej&#261;c m&#322;ody Kapica  ale tam naprawd&#281; nie wolno chodzi&#263;. Wybrali&#347;my z Zul&#261; to miejsce na wasz wakacyjny biwak, bo bywali&#347;my tutaj sp&#243;jrzcie jak pi&#281;knie  zrobi&#322; szeroki gest r&#281;k&#261;, wskazuj&#261;c b&#322;&#281;kitne jezioro, w kt&#243;rym odbija&#322;y si&#281; ciemnozielone korony drzew, puszcz&#281;, trzciny, polank&#281; ze &#347;wie&#380;o ustawionymi trzema namiotami. Poza tym to miejsce zna tak&#380;e profesor Bogdan Sponka, wasz ojciec  spojrza&#322; na Ann&#281; i Marka  wi&#281;c &#322;atwo mu b&#281;dzie trafi&#263;, kiedy przyleci, &#380;eby nas zabra&#263; na Transplutona. Mimo to poszukaliby&#347;my innego jeziora, gdyby&#347;my nie wiedzieli, &#380;e mo&#380;emy wam zaufa&#263;. Prawda?

Mama Marka z powag&#261; skin&#281;&#322;a g&#322;ow&#261;.

Pami&#281;tajcie  powiedzia&#322;a  &#380;e rok temu tylko dlatego przeniesiono poligon na najbardziej odleg&#322;&#261; planet&#281; Uk&#322;adu S&#322;onecznego, &#380;e do&#347;wiadczenia posun&#281;&#322;y si&#281; ju&#380; za daleko by&#322;y zbyt niebezpieczne, by nadal przeprowadza&#263; je na naszej starej, zacnej Ziemi.


Trzy tygodnie. Pe&#322;ne dwadzie&#347;cia jeden dni potrafili opiera&#263; si&#281; pokusie, jak&#261; stanowi&#322; tajemniczy obszar. A teraz, na dwa lub trzy dni przed powrotem ojca, przed odlotem na Transplutona, a wi&#281;c niemal w gwiazdy, do profesora Kapicy i ojca Lidki, on, Marek, p&#322;ynie tam jednak. P&#322;ynie i, co gorsza, nie cofnie si&#281;.

Pewnie, &#380;e Anna i Jacek mieli w tej wpadce sw&#243;j skromny udzia&#322;, ale pi&#281;tnastoletni m&#281;&#380;czyzna nie powinien powodowa&#263; si&#281; przekor&#261; ani fa&#322;szyw&#261; ambicj&#261;. A mo&#380;e jednak zawr&#243;ci&#263;?

Przesta&#322; na chwil&#281; wios&#322;owa&#263;. Pomy&#347;la&#322; o Adamie, potem o Lidce i poruszy&#322; g&#322;ow&#261;, najwyra&#378;niej niezadowolony z samego siebie. Nagle znowu zad&#378;wi&#281;cza&#322;y mu w uszach s&#322;owa Anny: ucieka&#322; tak szybko, &#380;e jeszcze nast&#281;pnego dnia.

Zacisn&#261;&#322; z&#281;by. Niech si&#281; dzieje co chce. B&#281;dzie ostro&#380;ny, &#380;eby nie zepsu&#263; sobie i pozosta&#322;ym tej wycieczki do dalekiej bazy kosmicznej. Wycieczki, kt&#243;ra mia&#322;a by&#263; chytrze obmy&#347;lon&#261; przez Zul&#281; i Bogdana niespodziank&#261; dla pracuj&#261;cego u boku wielkiego Kapicy ojca Lidki i Jacka. Profesor Karol Saperda nie m&#243;g&#322; ani na jeden dzie&#324; opu&#347;ci&#263; stacji Instytutu Planet Granicznych na Transplutonie. Zesp&#243;&#322; Aleksandra Wielkiego Drugiego Nauki przygotowywa&#322; w&#322;a&#347;nie jaki&#347; nies&#322;ychanie donios&#322;y i tajemniczy eksperyment. Czekali tylko na profesora Sponk&#281;, ojca Anny i Marka, oraz na wyniki jego uzupe&#322;niaj&#261;cych bada&#324; na asteroidach, w Instytucie Ma&#322;ych Planet. Bogdan Sponka by&#322; dyrektorem tej ostatniej plac&#243;wki, kt&#243;r&#261; zwyk&#322; &#380;artobliwie nazywa&#263; Ma&#322;ym Instytutem. Od pewnego czasu i on przy&#322;&#261;czy&#322; si&#281; do zespo&#322;u profesora Kapicy i wsp&#243;&#322;pracowa&#322; z nim nad wynalazkiem, kt&#243;ry mia&#322; jakoby otworzy&#263; ludzko&#347;ci ca&#322;y wszech&#347;wiat. Decyduj&#261;cy eksperyment zaplanowano zaraz po powrocie Bogdana, ten s&#261;dzi&#322; jednak, &#380;e kr&#243;tka wizyta dzieci jego przyjaciela Karola Saperdy nie zak&#322;&#243;ci prac przygotowawczych na Transplutonie, a bardzo chcia&#322; sprawi&#263; samotnemu uczonemu radosn&#261; niespodziank&#261;. Po dw&#243;ch dniach Lidka i Jacek w towarzystwie Zuli, Anny i Marka, kt&#243;rzy rzecz jasna tak&#380;e mieli uczestniczy&#263; w wycieczce, wr&#243;c&#261; na Ziemi&#281; jednym ze statk&#243;w badawczych. B&#281;d&#261; to akurat te dwa dni, potrzebne do ostatecznego przygotowania eksperymentu. Tak wi&#281;c zaplanowana w sekrecie wyprawa i niespodzianka dla profesora Saperdy w niczym nie przeszkodz&#261; uczonym. Przeciwnie, powinny stanowi&#263; po&#380;&#261;dane urozmaicenie w ich &#380;yciu, tak daleko od Ziemi, wype&#322;nionym pasjonuj&#261;c&#261;, ale &#380;mudn&#261; prac&#261;. Oczywi&#347;cie pod warunkiem, &#380;e wycieczka w og&#243;le dojdzie do skutku. &#379;e &#380;adne z dzieci na przyk&#322;ad na pi&#281;&#263; godzin przed odlotem nie z&#322;amie nogi lub nie nabawi si&#281; anginy. Lub te&#380; nie wybierze si&#281; do zakazanego, opuszczonego poligonu i tam

Nie, o tym lepiej nie my&#347;le&#263;.

Wyg&#322;upiam si&#281;  mrukn&#261;&#322; na g&#322;os i us&#322;ysza&#322; odpowied&#378;. Obejrza&#322; si&#281; szybko, omal nie fikn&#261;wszy koz&#322;a razem z kajakiem. Ale to tylko on sam w my&#347;lach powiedzia&#322; do siebie: owszem.

Niestety, to odkrycie nie wp&#322;yni&#281;to na zmian&#281; jego plan&#243;w. Musi wej&#347;&#263; do Instytutu i znale&#378;&#263; co&#347;, co przekona&#322;oby Ann&#281; i Jacka, a tak&#380;e Lidk&#281; no, powiedzmy, przede wszystkim Lidk&#281;, &#380;e by&#322; tam naprawd&#281;. Nawet je&#347;li jasno zdaje sobie spraw&#281;, &#380;e pope&#322;nia w ten spos&#243;b paskudn&#261; zdrad&#281; wobec Zuli i Adama.

Wyg&#322;upiam si&#281;  powt&#243;rzy&#322; ch&#322;opiec z g&#322;&#281;bokim przekonaniem. Tym razem nikt nie odpowiedzia&#322; Bo i co mo&#380;na odpowiedzie&#263; komu&#347;, kto wie, &#380;e si&#281; wyg&#322;upia, ba, nawet oznajmia to g&#322;o&#347;no &#347;wiatu, a jednak robi dalej swoje?

Trudno. Marek zmobilizowa&#322; wszystkie si&#322;y, &#380;eby odp&#281;dzi&#263; ponure my&#347;li, i ostro wzi&#261;&#322; si&#281; do wios&#322;a. Przep&#322;ywaj&#261;c tu&#380; obok jednej z czerwonych tabliczek znowu odruchowo zwolni&#322;. Brzeg by&#322; ju&#380; bardzo blisko. Niby makiety przedpotopowych gad&#243;w wyci&#261;ga&#322;y szyje nieruchome kratownice d&#378;wig&#243;w i urz&#261;dze&#324; prze&#322;adunkowych na betonowym nabrze&#380;u. Kiedy&#347; na tym jeziorze l&#261;dowa&#322;y powietrzne i kosmiczne statki przywo&#380;&#261;ce uczonych i materia&#322;y z ca&#322;ej Ziemi, a tak&#380;e z setek stacji satelitarnych i najdalszych planet. Prowadzi&#322;y je sygna&#322;y, emitowane z wielkich, talerzowatych anten. St&#261;d, z brzegu, g&#322;&#243;wne zabudowania Instytutu by&#322;y niewidoczne. Przes&#322;oni&#322;a je bujna ziele&#324; drzew i wysokich krzew&#243;w.

Marek podp&#322;yn&#261;&#322; do pochylni schodz&#261;cej &#322;agodnie ku wodzie. Bezwiednie obejrza&#322; si&#281; w prawo i w lewo. Niebo jakby &#347;ciemnia&#322;o, od l&#261;du powia&#322;o ch&#322;odem. Ch&#322;opiec wzdrygn&#261;&#322; si&#281;. Pospiesznie wyci&#261;gn&#261;&#322; kajak na pochylni&#281; i jednym skokiem znalaz&#322; si&#281; na nabrze&#380;u.

W stron&#281; zabudowa&#324; wiod&#322;o kilka rozchodz&#261;cych si&#281; nieco dalej dr&#243;g. Tu i &#243;wdzie ich nawierzchnie porasta&#322;y ju&#380; k&#281;py paproci i trawy.

Ch&#322;opiec wszed&#322; na &#347;cie&#380;k&#281; i nie przestaj&#261;c si&#281; rozgl&#261;da&#263; ruszy&#322; w stron&#281; najbli&#380;szego budynku. W idealnej ciszy jego kroki odbija&#322;y si&#281; g&#322;o&#347;nym echem. Krzewy, niegdy&#347; pewnie piel&#281;gnowane i strzy&#380;one, rozros&#322;y si&#281; tworz&#261;c nieprzebyte k&#322;&#281;bowiska o fantastycznych kszta&#322;tach. Drzewa sta&#322;y cicho i nieruchomo, ich wielkie li&#347;cie wygl&#261;da&#322;y jak sporz&#261;dzone z grubego plastyku. Nawet od strony jeziora nie dobiega&#322; najs&#322;abszy powiew wiatru.

&#346;cie&#380;ka urywa&#322;a si&#281; nagle. Zamyka&#322;y j&#261; dwa niewysokie stopnie, za kt&#243;rymi zaczyna&#322; si&#281; ruchomy chodnik o g&#322;adkiej, jakby wypolerowanej nawierzchni. Zab&#281;bni&#322; g&#322;ucho pod bosymi stopami Marka, ale nie ruszy&#322; z miejsca. No tak. Opuszczony Instytut by&#322; przecie&#380; pozbawiony dop&#322;ywu energii.

W ka&#380;dym razie sz&#322;o si&#281; po tym chodniku wygodniej ni&#380; po &#347;cie&#380;ce. Jakie&#347; dwadzie&#347;cia metr&#243;w dalej krzewy po obu stronach drogi rozst&#261;pi&#322;y si&#281;, ods&#322;aniaj&#261;c widok na rozleg&#322;y niski budynek o szarych &#347;cianach. Z czterech wielkich drzwi, zamkni&#281;tych metalowymi bramami, wybiega&#322;y chodniki, transportery, jakie&#347; grube rury i p&#281;ki kolorowych kabli. Wok&#243;&#322; ukryte w&#347;r&#243;d krzew&#243;w sta&#322;y anteny, specjalne stacje radarowe i centrale szybkiej &#322;&#261;czno&#347;ci.

Chodnik, kt&#243;rym szed&#322; Marek, dobiega&#322; do jednej z tych czterech bram. Ch&#322;opcu przemkn&#281;&#322;o przez my&#347;l, &#380;e w&#322;a&#347;ciwie wykona&#322; to, co sobie postanowi&#322;, i m&#243;g&#322;by ju&#380; z podniesionym czo&#322;em wr&#243;ci&#263; do obozowiska. Wci&#261;&#380; jednak brakowa&#322;o mu jakiego&#347; przedmiotu, dostatecznie charakterystycznego i wymownego, kt&#243;ry przekona&#322;by tamtych, &#380;e naprawd&#281; by&#322; na terenie Instytutu. A przecie&#380; nie zabierze z sob&#261; centrali &#322;&#261;czno&#347;ci ani kratownicy podtrzymuj&#261;cej stacj&#281; radarow&#261;.

Po chwili wahania ruszy&#322; wi&#281;c w stron&#281; zamkni&#281;tej bramy. Z pewnymi oporami dotkn&#261;&#322; koniuszkami palc&#243;w skomplikowanego automatycznego rygla. Gdyby urz&#261;dzenia by&#322;y pod pr&#261;dem, brama zapewne od razu stan&#281;&#322;aby przed nim otworem. Teraz jednak jej ci&#281;&#380;kie stalowe skrzyd&#322;a nawet nie drgn&#281;&#322;y.

Cofn&#261;&#322; si&#281; i zacz&#261;&#322; i&#347;&#263; wzd&#322;u&#380; &#347;ciany do naro&#380;nika. Zagrodzi&#322;y mu drog&#281; krzewy, przez kt&#243;re przedar&#322; si&#281; z najwi&#281;kszym trudem. Za krzewami by&#322; chodnik prowadz&#261;cy do nast&#281;pnego naro&#380;nika. Doszed&#322; do niego, stan&#261;&#322; i rozejrza&#322; si&#281;.

Wok&#243;&#322; panowa&#322;a martwa cisza. Zaro&#347;ni&#281;te &#347;cie&#380;ki i zmatowia&#322;e konstrukcje potwierdza&#322;y swoim wygl&#261;dem, &#380;e na tym ogrodzonym obszarze od przesz&#322;o roku nie stan&#281;&#322;a stopa cz&#322;owieka.

Niska budowla tak&#380;e i z tej strony posiada&#322;a bramy, z kt&#243;rych wybiega&#322;y chodniki. W przeciwie&#324;stwie do innych, jeden z nich wygl&#261;da&#322; jak &#347;wie&#380;o wygrabiony. Prowadzi&#322; w stron&#281; niewielkiego placyku, z kt&#243;rego dalej wiod&#322;a bardzo szeroka droga a&#380; do owej wie&#380;y w kszta&#322;cie odwr&#243;conego lejka. Teraz ta wie&#380;a jakby uros&#322;a, ponadto okaza&#322;o si&#281;, &#380;e u do&#322;u otacza jej podstaw&#281; kilkupi&#281;trowa hala. Na wprost drogi, w &#347;cianie hali widnia&#322;y wielkie, otwarte na o&#347;cie&#380; drzwi.

Ch&#322;opiec dotar&#322; do placyku i wst&#261;pi&#322; na drog&#281; prowadz&#261;c&#261; ku otwartej bramie. W tym samym momencie zachwia&#322; si&#281;, przez chwil&#281; balansowa&#322;, usi&#322;uj&#261;c odzyska&#263; r&#243;wnowag&#281;, w do&#347;&#263; osobliwej pozycji, bo z zadartymi w g&#243;r&#281; i r&#281;kami, i nogami.

No!.. gro&#378;n&#261; cisz&#281; rozdar&#322; okrzyk, w kt&#243;rym opr&#243;cz przestrachu da&#322;o si&#281; zauwa&#380;y&#263; tak&#380;e nutk&#281; pretensji do kogo&#347; lub czego&#347;. Na dobr&#261; spraw&#281; pretensja ta by&#322;a w pewnej mierze uzasadniona. Je&#347;li bowiem urz&#261;dzenia dawnego Instytutu nie mia&#322;y dop&#322;ywu energii, to jakim prawem ta szeroka droga zamieni&#322;a si&#281; nagle w prawdziwy ruchomy chodnik, kt&#243;ry o&#380;y&#322; akurat w momencie, kiedy dotkn&#281;&#322;y go stopy ch&#322;opca?

Droga p&#322;yn&#281;&#322;a r&#243;wno, spokojnie i bezszelestnie, nios&#261;c Marka prosto ku drzwiom hali pod lejkowat&#261; wie&#380;&#261;. Zachowa&#263; zimn&#261; krew  powiedzia&#322; sobie w duchu ch&#322;opiec. Przejechawszy kilka metr&#243;w w pozycji  co; tu ukrywa&#263;  niegodnej badacza starych instytut&#243;w, najpierw ukl&#281;kn&#261;&#322;, a potem ostro&#380;nie wsta&#322;. W ko&#324;cu  pomy&#347;la&#322;  to tylko zwyk&#322;y ruchomy chodnik, jakich pe&#322;no w ka&#380;dym mie&#347;cie. Fakt, &#380;e nie powinien by&#322; ruszy&#263;, je&#347;li ju&#380; jednak ruszy&#322;, to nawet lepiej. Wygodniej jecha&#263;, ani&#380;eli i&#347;&#263;.

Zaraz za bram&#261;, ju&#380; wewn&#261;trz wielkiej budowli, drogi rozchodzi&#322;y si&#281;. Marek ani si&#281; spostrzeg&#322;, jak wraz z odnog&#261; ruchomego chodnika wp&#322;yn&#261;&#322; do w&#261;skiego korytarza, przypominaj&#261;cego tunel. By&#322;o tu ciemno i ch&#322;odno. Grube &#347;ciany przesuwa&#322;y si&#281; w milczeniu, chodnik bieg&#322; wci&#261;&#380; g&#322;&#281;biej i g&#322;&#281;biej, jakby naprawd&#281;, pogr&#261;&#380;a&#322; si&#281; we wn&#281;trzu ponurego, staro&#347;wieckiego bunkra.

Na szcz&#281;&#347;cie ta nieprzyjemna jazda nie trwa&#322;a d&#322;ugo. Za kt&#243;rym&#347; tam zakr&#281;tem poja&#347;nia&#322;o i otworzy&#322; si&#281; widok na obszern&#261; hal&#281;, pe&#322;n&#261; jakich&#347; urz&#261;dze&#324;, ruchomy chodnik wyp&#322;yn&#261;&#322; na rodzaj owalnego tarasu czy platformy, kt&#243;ra g&#243;rowa&#322;a nad pod&#322;og&#261; o dobre dwa metry. Tutaj chodnik wraz z ch&#322;opcem zacz&#261;&#322; zatacza&#263; &#322;uk, a nast&#281;pnie nie wiedzie&#263; kiedy zmieni&#322; si&#281; w tarcz&#281;, wiruj&#261;c&#261; wok&#243;&#322; w&#322;asnej osi. Marek zrobi&#322; jedno k&#243;&#322;eczko, drugie i dopiero wtedy spostrzeg&#322;, &#380;e nie jest sam. Pod &#347;cian&#261;, obok drzwi, przez kt&#243;re przed chwil&#261; przejecha&#322;, sta&#322;y trzy przera&#380;aj&#261;ce postacie. Przypomina&#322;y troch&#281; zakutych w zbroje rycerzy, ale nie by&#322;y rycerzami. Ci&#281;&#380;kie sze&#347;cienne g&#322;owy mia&#322;y przyozdobione wi&#261;zkami anten, niby pi&#243;ropuszami. Marek, kt&#243;ry dotychczas ca&#322;&#261; uwag&#281; skupia&#322; na rozpo&#347;cieraj&#261;cej si&#281; w dole hali, teraz znalaz&#322; nowy obiekt zainteresowania. &#321;atwo to powiedzie&#263; obiekt zainteresowania, ale trudno naprawd&#281; zainteresowa&#263; si&#281; jakimkolwiek obiektem, kiedy cz&#322;owiek kr&#281;ci si&#281; w k&#243;&#322;ko, stoj&#261;c na jakiej&#347; idiotycznej, wiruj&#261;cej tacy. Nawet w tej sytuacji Marek m&#243;g&#322; si&#281; jednak wystarczaj&#261;co dobrze przyjrze&#263; nieruchomym stworom, by otrz&#261;sn&#261;&#263; si&#281; nagle z g&#322;o&#347;nym bar, jak kto&#347;, kogo chwytaj&#261; dreszcze. A w nast&#281;pnej chwili, z rosn&#261;cym przera&#380;eniem spostrzeg&#322;, &#380;e jeden z potwor&#243;w, stoj&#261;cy najbli&#380;ej wylotu chodnika, poruszy&#322; si&#281;. Chcia&#322; krzykn&#261;&#263;, ale g&#322;os uwi&#261;z&#322; mu w gardle. Ten stw&#243;r z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; m&#243;g&#322; by&#263; poszukiwanym przez ch&#322;opca dostatecznie charakterystycznym przedmiotem. Ale zabra&#263; go z sob&#261;? Bagatela! Ciemna sylwetka, zako&#324;czona pierzast&#261; g&#322;ow&#261;, zacz&#281;&#322;a si&#281; zbli&#380;a&#263;. Sun&#281;&#322;a wolno, nie przejmuj&#261;c si&#281; ani troch&#281; tym, &#380;e chodnik pod jej ci&#281;&#380;kimi, s&#322;oniowatymi nogami z uporem ta&#324;czy walca. W g&#322;owie gro&#378;nej postaci rozjarzy&#322;y si&#281; jakie&#347; &#347;wiate&#322;ka.

Co? zdo&#322;a&#322; bardzo cienko wykrztusi&#263; Marek i umilk&#322;. Potw&#243;r by&#322; ju&#380; bardzo blisko, a ucieczk&#281; w dalszym ci&#261;gu uniemo&#380;liwia&#322;a wiruj&#261;ca pod&#322;oga.

Co? uda&#322;o si&#281; jeszcze raz wybe&#322;kota&#263; ch&#322;opcu i wtedy przera&#380;aj&#261;ce monstrum stan&#281;&#322;o.

Cz&#322;owieku  zabrzmia&#322; skrzypi&#261;cy, metaliczny g&#322;os, kt&#243;ry odbi&#322;, si&#281; g&#322;o&#347;nym, echem od &#347;cian hali. Cz&#322;owieku  zazgrzyta&#322; ponownie potw&#243;r  czym mog&#281; s&#322;u&#380;y&#263;?


Motolotka nie przejdzie pod mostem  powiedzia&#322; stroskanym g&#322;osem Adam.

Mo&#380;e kajakami? Lidka odwr&#243;ci&#322;a g&#322;ow&#281;, niby po to &#380;eby spojrze&#263; na smuk&#322;e &#322;&#243;deczki, przycumowane do pomostu, a w rzeczywisto&#347;ci nie chc&#261;c, aby obecni zauwa&#380;yli, &#380;e jej oczy zasnu&#322;y si&#281; szklist&#261; mgie&#322;k&#261;.

To na nic  o&#347;wiadczy&#322;a Zula. Marek jest niezno&#347;ny, ale wios&#322;uje, jakby na przysz&#322;y rok mia&#322; poprawi&#263; rekord &#347;wiata. Zanim tam przyp&#322;yniemy nie doko&#324;czy&#322;a. W&#322;a&#347;nie, co si&#281; mo&#380;e sta&#263;, zanim kto&#347; dogoni i powstrzyma Marka?

Cho&#263; nie czuj&#281; si&#281; w stu procentach winny zacz&#261;&#322; z namaszczeniem Jacek  to jednak musz&#281; stwierdzi&#263;, &#380;e bardzo mi przykro

Przynajmniej teraz  w g&#322;osie Lidki t&#322;umionej &#322;kanie walczy&#322;o o lepsze z oburzeniem  m&#243;g&#322;by&#347; da&#263; spok&#243;j tej swojej teatralnej pozie

Dosy&#263;, dzieci. uci&#281;&#322;a Zula. O tym, co si&#281; sta&#322;o, mo&#380;emy pogada&#263; p&#243;&#378;niej. Ale s&#261;dz&#281;, &#380;e je&#347;li si&#281; wszyscy troch&#281; zastanowicie, to rozmowy nie b&#281;d&#261; potrzebne. Teraz jednak trzeba dzia&#322;a&#263;

Nie ma rady  westchn&#261;&#322; Adam prostuj&#261;c si&#281;.  Wezm&#281; pantoplan. Przetn&#281; jezioro i za minut&#281; b&#281;d&#281; na miejscu.

Nasta&#322;a cisza. Przybyli tu z miasta ci&#281;&#380;kim pojazdem, przystosowanym r&#243;wnie dobrze do podr&#243;&#380;y naziemnych, morskich, jak i kosmicznych, oczywi&#347;cie na kr&#243;tkich trasach. Specjalnie zostawili go jednak na odleg&#322;ej polance, &#380;eby &#380;aden cudowny wytw&#243;r cywilizacji nie m&#261;ci&#322; im swoim widokiem naturalnego krajobrazu i biwakowych warunk&#243;w, w jakach postanowili sp&#281;dzi&#263; pierwsze tygodnie wakacji. Ba, wy&#322;&#261;czyli nawet radio, chc&#261;c odpocz&#261;&#263; od wiadomo&#347;ci ze &#347;wiata.

P&#243;jd&#281; z tob&#261;  zaproponowa&#322;a Zula.

Nie  sprzeciwi&#322; si&#281; stanowczo Adam. Ja znam Instytut i wiem, jak unikn&#261;&#263; ewentualnych niebezpiecze&#324;stw. Gdyby&#347; mi towarzyszy&#322;a, musia&#322;bym jeszcze uwa&#380;a&#263; na ciebie. Poza tym  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; blado  lepiej nie zostawia&#263; naszych pociech bez opieki. Pokazali dzisiaj, do czego s&#261; zdolni

No wiesz! oburzy&#322;a si&#281; Anna, ale ten ton oburzenia w jej g&#322;osie wypad&#322; jako&#347; dziwnie s&#322;abo.

To odprowadzimy ci&#281; przynajmniej  powiedzia&#322;a Lidka. Oczy dziewczyny nadal podejrzanie l&#347;ni&#322;y w s&#322;o&#324;cu, z czym zreszt&#261; by&#322;o jej szalenie do twarzy.

Dobrze  zgodzi&#322; si&#281; tym razem Kapica, stryjeczny wnuk i asystent Kapicy.

Szli przez las w zupe&#322;nym milczeniu. Polanka z trzema kolorowymi namiotami, &#322;aweczkami zbitymi z suchych brzozowych ga&#322;&#261;zek i paleniskiem, ob&#322;o&#380;onym p&#322;askimi kamieniami zosta&#322;a ju&#380; daleko za nimi. Rozgrzane sosny pachnia&#322;y &#380;ywic&#261;, poszycie roi&#322;o si&#281; od r&#243;&#380;nobarwnych kwiat&#243;w, dwa czy trzy razy tu&#380; obok nich przesz&#322;y nie spiesz&#261;c si&#281; sarny, ale teraz nikt nie zwraca&#322; uwagi na powaby prastarej, &#380;ywej puszczy.

Wreszcie drzewa sta&#322;y si&#281; rzadsze i ujrzeli piaszczyst&#261; por&#281;b&#281;, na kt&#243;rej powinien czeka&#263; ich wierny pantoplan. Powinien, ale nie czeka&#322;.

Adam stan&#261;&#322; jak wryty.

Co si&#281; mog&#322;o sta&#263;?  spyta&#322;a s&#322;abym g&#322;osem Zula.

To na pewno tu.? b&#261;kn&#281;&#322;a Anna, chocia&#380; pomy&#322;ka by&#322;a wykluczona.

Czy kto&#347; zabra&#322; pantoplan? powiedzia&#322;a z niedowierzaniem Lidka. Przecie&#380; to niemo&#380;liwe

Typowa reakcja  mrukn&#261;&#322; kwa&#347;no Jacek. Niemo&#380;liwe, ale prawdziwe. Kiedy b&#281;d&#281; dyrektorem Instytutu, za&#380;&#261;dam skre&#347;lenia tego wyrazu ze s&#322;ownika. Gdyby ludzie cz&#281;&#347;ciej u&#380;ywali s&#322;&#243;wka niemo&#380;liwe, nigdy by&#347;my

Przesta&#324; si&#281; wreszcie m&#261;drzy&#263;!

Teraz nie pora na &#380;arty  Lidk&#281; popar&#322;a Anna. Jacek umilk&#322; natychmiast. Odruchowo powi&#243;d&#322; palcami wzd&#322;u&#380; kant&#243;w swoich zielonkawych spodni, kt&#243;re wreszcie zd&#261;&#380;y&#322;y wyschn&#261;&#263;, po czym za&#322;o&#380;y&#322; r&#281;ce na plecy i zrobi&#322; min&#281;, jakby chcia&#322; powiedzie&#263;: je&#347;li kto&#347; w og&#243;le mo&#380;e udzieli&#263; odpowiedzi na pytanie, co tutaj zasz&#322;o, to ja znam tego kogo&#347;

I ta mina jednak nie pomog&#322;a. Po pierwsze nikt Jacka o nic nie zapyta&#322;, a po drugie pantoplanu nie by&#322;o. Pozosta&#322;o po nim jedynie charakterystyczne wgniecenie gruntu. Kto&#347; niezorientowany m&#243;g&#322;by pomy&#347;le&#263;, &#380;e w tym miejscu wylegiwa&#322;o si&#281; nies&#322;ychanie ci&#281;&#380;kie zwierz&#281; kszta&#322;tu wieloryba.

Nie wystartowa&#322;  mrukn&#261;&#322; Adam, wpatruj&#261;c si&#281; uwa&#380;nie w ziemi&#281;.  Nigdzie nie ma spalenizny po ogniu dyszy nap&#281;dowych. Kto&#347; u&#380;y&#322; naszego superpojazdu jak staro&#347;wieckiego samochodu; Popatrzcie  wyprostowa&#322; si&#281; i wskaza&#322; odci&#347;ni&#281;te &#347;lady, kt&#243;re przypomina&#322;y kolein&#281; wy&#380;&#322;obion&#261; przez holowany pie&#324; drzewa. &#346;lady te prowadzi&#322;y ku biegn&#261;cej skrajem lasu polnej drodze, gdzie znika&#322;y.

D&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; panowa&#322;a cisza.

Ach, ten Marek westchn&#261;&#322; przez nos Jacek.

Marek?! oburzy&#322;a si&#281; Lidka. Marek by tego nigdy nie zrobi&#322;!

Dlaczego tak my&#347;lisz? spyta&#322;a z &#322;agodnym wyrzutem Zula.

Wcale nie my&#347;l&#281;  wycofa&#322; si&#281; po&#347;piesznie jajog&#322;owy, zapominaj&#261;c przez moment, &#380;e przysz&#322;y dyrektor Instytutu musi my&#347;le&#263; zawsze. Tak sobie powiedzia&#322;em  wyzna&#322; z nie spotykan&#261; u niego szczero&#347;ci&#261;.  Przepraszam.

Znowu zaleg&#322;o milczenie.

To by&#322;by pierwszy wypadek kradzie&#380;y, z jakim zetkn&#261;&#322;em si&#281; w &#380;yciu  o&#347;wiadczy&#322; wreszcie Adam. Ale &#380;eby akurat pantoplan i akurat w takiej chwili kto, do miliona meteoryt&#243;w, m&#243;g&#322; to zrobi&#263;?!

Wydawszy ten okrzyk, potoczy&#322; doko&#322;a bezradnym wzrokiem. Ale odpowiedzi nie by&#322;o. Porwa&#263; pantoplan m&#243;g&#322; tylko ob&#322;&#261;kany. A wariaci raczej nie grasuj&#261; po dziewiczych puszczach, tylko odbywaj&#261; kuracj&#281; w szpitalach.

Na polanie zapanowa&#322;a cisza. Gromadka oszo&#322;omionych mieszka&#324;c&#243;w lasu otoczy&#322;a wianuszkiem miejsce, z kt&#243;rego znikn&#261;&#322; pojazd, jakby czekali, a&#380; ten wynurzy si&#281; nagle spod ziemi i powie ludzkim g&#322;osem: a kuku!

Nic takiego jednak nie nast&#261;pi&#322;o. Tymczasem czas p&#322;yn&#261;&#322;. Od momentu, w kt&#243;rym kajak Marka znikn&#261;&#322; za zielonym cyplem, min&#281;&#322;o ju&#380; dobre p&#243;&#322; godziny


Cz&#322;owieku  zaskrzecza&#322; raz jeszcze grobowy g&#322;os  czym mog&#281; s&#322;u&#380;y&#263;?

Cz&#322;owiek robi&#322; co m&#243;g&#322;, &#380;eby zachowa&#263; r&#243;wnowag&#281; na wiruj&#261;cej tarczy, a r&#243;wnocze&#347;nie obraca&#263; si&#281; pod pr&#261;d tak, aby m&#243;wi&#261;cego potwora mie&#263; stale przed sob&#261;. Nic dziwnego, &#380;e w tej sytuacji by&#322;o mu trudno tak od razu wyrazi&#263; jakie&#347; sensowne &#380;yczenie. Tote&#380; zamiast odpowiedzie&#263;, odchrz&#261;kn&#261;&#322; piskliwie. Przez g&#322;ow&#281; przebieg&#322;o mu w szalonym po&#347;piechu tysi&#261;ce my&#347;li. &#379;adna z nich jednak nie zas&#322;uguje na to, &#380;eby j&#261; tutaj przytacza&#263;. I &#380;adna nie pomog&#322;a Markowi w odzyskaniu g&#322;osu.

&#379;elazny stw&#243;r zatrzyma&#322; si&#281; jakie&#347; trzy kroki przed ch&#322;opcem. W jego g&#322;owie nadal &#380;arzy&#322;y si&#281; dwa jasnoczerwone &#347;wiate&#322;ka. Pi&#243;ropusz nad ni&#261; zako&#322;ysa&#322; si&#281; niecierpliwie.

I nagle na Marka sp&#322;yn&#281;&#322;o ol&#347;nienie. Wyprostowa&#322; si&#281; dumnie, jak przysta&#322;o cz&#322;owiekowi, kt&#243;remu co&#347; pragnie us&#322;u&#380;y&#263;. Przy okazji zapomnia&#322; jednak, &#380;e cz&#322;owiek nie jest automatem, potrafi&#261;cym chodzi&#263; i sta&#263; kilka centymetr&#243;w nad ko&#322;uj&#261;c&#261; pod&#322;og&#261;. Tote&#380; dumna postawa ch&#322;opca zamieni&#322;a si&#281; b&#322;yskawicznie w pozycj&#281; zwan&#261; przez znawc&#243;w zapas&#243;w parterow&#261;. I chocia&#380; wiedzia&#322; ju&#380;, z kim ma do czynienia, jego g&#322;os, kiedy wreszcie wydoby&#322; go z siebie, trudno by&#322;oby okre&#347;li&#263; jako godny.

Przede wszystkim  zapiszcza&#322;  zatrzymaj t&#281; pod&#322;og&#281;

Zrozumia&#322;em  zahucza&#322;o w hali. W tej samej chwili Marek poczu&#322;, &#380;e stoi na pewnym, nieruchomym gruncie. Podni&#243;s&#322; si&#281;, nabra&#322; powietrza w p&#322;uca i zapyta&#322; ni&#380; bardziej normalnym tonem:

Dlaczego chodniki s&#261; w ruchu? Kto jest w Instytucie?

Odpowiadam na pierwsze pytanie  zazgrzyta&#322; automat. Chodniki ruszaj&#261;, kiedy wejdzie na nie cz&#322;owiek. Na drugie pytanie nie mog&#281; odpowiedzie&#263;. Przepraszam.

Ca&#322;a cz&#322;owiecza duma ch&#322;opca ulotni&#322;a si&#281; bez &#347;ladu. Nie do&#347;&#263;, &#380;e wyci&#261;&#322; brzydki numer Adamowi i Zuli, to jeszcze tutaj wdepn&#261;&#322; tak, &#380;e lepiej nie mo&#380;na. Zaraz pojawi si&#281; kto&#347;, kto w tajemnicy nadal przeprowadza eksperymenty w rzekomo opuszczonym Instytucie i przy&#322;apie na gor&#261;cym uczynku nieproszonego go&#347;cia, kt&#243;ry zlekcewa&#380;y&#322; wszystkie ogrodzenia i tablice ostrzegawcze. Go&#347;cia w slipach, bosego i, co tu ukrywa&#263;, z lekka zbarania&#322;ego.

Niebawem jednak niezbyt mi&#322;a wizja takiego spotkania ust&#261;pi&#322;a miejsca gorszej. Gdyby kto&#347; pracowa&#322; w Instytucie, to Adam musia&#322;by o tym wiedzie&#263;. Tak samo profesor Saperda i ojciec, najbli&#380;si wsp&#243;&#322;pracownicy profesora Kapicy, tw&#243;rcy ca&#322;ego badawczego kompleksu nad Jeziorem Tajemnic. Tymczasem wszyscy oni przyjmuj&#261;c do wiadomo&#347;ci, &#380;e dzieci wraz z Zul&#261; i Adamem sp&#281;dz&#261; w tej okolicy pierwsz&#261; cz&#281;&#347;&#263; wakacji, m&#243;wili zupe&#322;nie wyra&#378;nie, &#380;e Instytut jest opuszczony. Wtedy w&#322;a&#347;nie ojciec Marka wyja&#347;ni&#322;, &#380;e dawna puszcza&#324;ska sadyba Instytutu Planet Granicznych zostanie zlikwidowana, jak tylko up&#322;ynie do&#347;&#263; czasu, by znikn&#281;&#322;y zagro&#380;enia zwi&#261;zane z t&#261; jak&#261;&#347; szcz&#261;tkow&#261; energi&#261; czy szcz&#261;tkowymi polami, jak si&#281; wyrazi&#322;. &#321;adna mi szcz&#261;tkowa energia! Chodniki je&#380;d&#380;&#261;, wzd&#322;u&#380; sufitu g&#322;&#243;wnej hali p&#322;on&#261; r&#243;wne szeregi lamp, a roboty witaj&#261; go&#347;ci pokornym czym mog&#281; s&#322;u&#380;y&#263;? Tylko &#380;e ich gotowo&#347;&#263; do zaspokajania pragnie&#324; ludzi ko&#324;czy si&#281; w pewnym punkcie. Na przyk&#322;ad s&#261; pytania, na kt&#243;re odmawiaj&#261; odpowiedzi. Tak nie post&#281;puj&#261; &#380;adne automaty na Ziemi ani w kosmosie.

Kr&#243;tko m&#243;wi&#261;c, co&#347; tu jest grubo nie w porz&#261;dku.

Napi&#322;bym si&#281; coli  powiedzia&#322; dyplomatycznie Marek, &#380;eby zyska&#263; na czasie i raz jeszcze sprawdzi&#263;, do jakiego stopnia pozosta&#322; dla tych dziwnych robot&#243;w posiadaj&#261;cych swoje tajemnice istot&#261;, kt&#243;rej rozkazy musz&#261; by&#263; spe&#322;niane natychmiast.

To chwil&#281; potrwa  zazgrzyta&#322; stw&#243;r. Magazyny &#380;ywno&#347;ci s&#261; zamkni&#281;te. Ponadto cola b&#281;dzie mia&#322;a p&#243;&#322;tora roku

Czy jest w lod&#243;wce? zainteresowa&#322; si&#281; ch&#322;opiec. Dyplomacja swoj&#261; drog&#261;, a swoj&#261; drog&#261; pragnienie. Jak tylko wym&#243;wi&#322; s&#322;owo cola, poczu&#322;, &#380;e naprawd&#281; bardzo chce mu si&#281; pi&#263;. A tak&#380;e, &#380;e pomimo panuj&#261;cego we wn&#281;trzu budowli ch&#322;odu &#347;ciekaj&#261; mu z czo&#322;a stru&#380;ki potu.

Automat zamiast odpowiedzie&#263;, poruszy&#322; antenkami. Sekund&#281; p&#243;&#378;niej o&#380;y&#322; jeden z dw&#243;ch pozosta&#322;ych przy drzwiach stalowych potwor&#243;w. Wszed&#322; na chodnik, wbiegaj&#261;cy do tunelu i znikn&#261;&#322; Markowi z oczu.

Tak. Z lod&#243;wki  przytakn&#261;&#322; teraz dopiero pierwszy robot. Ch&#322;opiec pomy&#347;la&#322;, &#380;e w &#347;wiatku tutejszej martwej za&#322;ogi ten w&#322;a&#347;nie aparat musi by&#263; czym&#347; lepszym. Mo&#380;e na przyk&#322;ad pe&#322;ni funkcj&#281; zarz&#261;dzaj&#261;cego domem?

Podkuchenny wys&#322;any po col&#281; wr&#243;ci&#322; szybciej, ni&#380; mo&#380;na si&#281; by&#322;o spodziewa&#263;. Ch&#322;opiec z pewnym oci&#261;ganiem wyj&#261;&#322; z jego kleszczowatych uchwyt&#243;w otwart&#261; butelk&#281;, pokryt&#261; apetyczn&#261; ros&#261;. Nast&#281;pnie cofn&#261;&#322; si&#281; o krok i poczeka&#322;, a&#380; automat wr&#243;ci na swoje miejsce pod &#347;cian&#281;. Dopiero wtedy przytkn&#261;&#322; butelk&#281; do ust i poci&#261;gn&#261;&#322; t&#281;gi &#322;yk.

P&#243;&#322;toraroczna cola nie straci&#322;a nic ze swojego smaku. Instytut musia&#322; by&#263; zaopatrzony w znakomite lod&#243;wki; Nic dziwnego. Przechowywano w nich zapewne nie tylko napoje orze&#378;wiaj&#261;ce.

Nie jest tak &#378;le  podsumowa&#322; w duchu Marek. S&#322;uchaj&#261;. Maj&#261; swoje sekrety, ale s&#322;uchaj&#261;. Zobaczymy, co b&#281;dzie dalej.

Odstawi&#322; opr&#243;&#380;nion&#261; butelk&#281; na pod&#322;og&#281;, przybra&#322; powa&#380;ny wyraz twarzy i powiedzia&#322;:

Teraz chcia&#322;bym zwiedzi&#263; hal&#281;  wskaza&#322; oczami rozpo&#347;cieraj&#261;ce si&#281; poni&#380;ej tarasu rozleg&#322;e wn&#281;trze.:

Zwiedzi&#263; hal&#281;  powt&#243;rzy&#322; pos&#322;usznie automat. Zrozumia&#322;em. Antenki na bry&#322;owatej g&#322;owie robota zadrga&#322;y znowu i natychmiast cz&#281;&#347;&#263; balustrady opasuj&#261;cej pomost opad&#322;a. Z do&#322;u wynurzy&#322;y si&#281; stalowe schodki.

P&#243;jdziesz ze mn&#261;?  spyta&#322; raczej, ni&#380; rozkaza&#322; ch&#322;opiec.

Przepraszam. Nie jestem wyposa&#380;ony w generatory zmiennych p&#243;l grawitacyjnych. Nie mog&#281; zej&#347;&#263; na d&#243;&#322;

To zosta&#324; tutaj  powiedzia&#322; szybko Marek, niezbyt zmartwiony faktem, &#380;e uwolni si&#281; od b&#261;d&#378; co b&#261;d&#378; do&#347;&#263; ponurego towarzystwa. Przez moment  ale tylko przez moment  za&#347;wita&#322;o mu, &#380;e on sam tak&#380;e nie jest wyposa&#380;ony w te jakie&#347; generatory czego to? A, mniejsza z tym. Cz&#322;owiek nie jest w ko&#324;cu automatem, &#380;eby go wyposa&#380;a&#263; w co&#347; takiego jak generatory. A tam, na dole, z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; znajdzie w ko&#324;cu jaki&#347; przedmiot, kt&#243;ry b&#281;dzie m&#243;g&#322; zabra&#263; do obozowiska na dow&#243;d, &#380;e dotar&#322; tam, gdzie zapowiedzia&#322;. We&#378;mie to co&#347; i wr&#243;ci, nie czekaj&#261;c na pojawienie si&#281; tajemniczej osoby czy os&#243;b gospodaruj&#261;cych w nieczynnym jakoby Instytucie. A mo&#380;e naukowcy zostawili tutaj &#380;ywego dozorc&#281;, kt&#243;ry po prostu tylko pilnuje, &#380;eby ta jaka&#347; szcz&#261;tkowa energia roz&#322;adowa&#322;a si&#281; spokojnie i bez &#347;ladu? Mo&#380;e obecno&#347;&#263; kogo&#347; takiego wydawa&#322;a si&#281; Adamowi i ojcu czym&#347; tak naturalnym i niewa&#380;nym, &#380;e nie wspomnieli o niej, m&#243;wi&#261;c o opuszczonym Instytucie. W takim razie by&#322;oby czym&#347; naturalnym, &#380;e samotny dozorca zostawi&#322; sobie do pomocy trzy automaty i utrzymywa&#322; w ruchu przynajmniej jeden chodnik.

Uspokojony t&#261; my&#347;l&#261; ch&#322;opiec odwr&#243;ci&#322; si&#281; i powoli zszed&#322; po niezbyt stromych schodkach.

Hala by&#322;a naprawd&#281; wielka. Wzd&#322;u&#380; &#347;cian ci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; rz&#281;dy jakich&#347; pulpit&#243;w wyposa&#380;onych w wi&#281;ksze i mniejsze ekrany oraz nies&#322;ychane ilo&#347;ci r&#243;&#380;nokolorowych guziczk&#243;w. Bli&#380;ej &#347;rodka ustawiono wi&#281;ksze urz&#261;dzenia o najdziwniejszych kszta&#322;tach. Niekt&#243;re wypuszcza&#322;y z siebie p&#281;ki barwnych przewod&#243;w, inne ukazywa&#322;y za szklanymi pokrywami g&#261;szcz przeka&#378;nik&#243;w, tablic, k&#243;&#322;eczek, drucik&#243;w i przer&#243;&#380;nych miniaturowych mechanizm&#243;w.

Marek szed&#322; &#347;mia&#322;o, rozgl&#261;daj&#261;c si&#281; ciekawie, a&#380; dotar&#322; do centralnego punktu hali. Urz&#261;dzenia rozst&#281;powa&#322;y si&#281; tutaj, pozostawiaj&#261;c du&#380;y kr&#261;g wolnej pod&#322;ogi, wy&#347;cielonej jak&#261;&#347; elastyczn&#261; mas&#261;. Na obrze&#380;u tego kr&#281;gu le&#380;a&#322;y rozrzucone bez&#322;adnie &#380;&#243;&#322;te bry&#322;y, przypominaj&#261;ce pomara&#324;cze. Ch&#322;opiec pomy&#347;la&#322;, &#380;e znalaz&#322; to, czego szuka&#322;, i podbieg&#322; do najbli&#380;szej kuli, &#380;eby j&#261; podnie&#347;&#263;. Jednak osobliwa pomara&#324;cza nawet nie drgn&#281;&#322;a. Marek zebra&#322; wszystkie si&#322;y i  ponowi&#322; pr&#243;b&#281;. Pom&#243;g&#322; sobie nawet cichym: ej rup!  ale i to nie pomog&#322;o. Kulista bry&#322;a by&#322;a albo niesamowicie ci&#281;&#380;ka albo przymocowana w jaki&#347; spos&#243;b do pod&#322;ogi. Dziwne.

Ch&#322;opiec westchn&#261;&#322;. Po kr&#243;tkim namy&#347;le postanowi&#322; jeszcze raz spr&#243;bowa&#263; szcz&#281;&#347;cia i ruszy&#322; ku innej pomara&#324;czy. Jednak zaledwie zrobi&#322; pierwszy krok, poczu&#322;, &#380;e staje si&#281; l&#380;ejszy. Odwr&#243;ci&#322; si&#281; b&#322;yskawicznie, przekonamy, &#380;e to pozostawione na galeryjce automaty p&#322;ataj&#261; mu jakie&#347; g&#322;upie figle, ale ich mroczne sylwetki niezmiennie trwa&#322;y na swoich miejscach, podczas gdy on by&#322; ju&#380; nie tylko l&#380;ejszy, ale zupe&#322;nie lekki. Doznawa&#322; takiego uczucia, jakie bywa udzia&#322;em kosmonaut&#243;w, l&#261;duj&#261;cych na asteroidach, gdzie si&#322;a przyci&#261;gania jest tak niewielka, &#380;e wystarczy zrobi&#263; jeden bardziej energiczny krok, aby w samym skafandrze ulecie&#263; w Kosmos. Rzecz tylko w tym, &#380;e Marek nie znajdowa&#322; si&#281; akurat na asteroidach, tylko na starej, zacnej Ziemi. A mimo to czu&#322;, &#380;e jego stopy powoli, ale nieodwo&#322;alnie odrywaj&#261; si&#281; od pod&#322;ogi.

Hej!!! krzykn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no. To hej! mog&#322;o oznacza&#263; r&#243;&#380;ne rzeczy. Zaskoczenie, oburzenie, apel do miejscowego komputera, kt&#243;ry powinien przecie&#380; czuwa&#263;, skoro urz&#261;dzenia Instytutu by&#322;y w ruchu, wreszcie wezwanie automat&#243;w. W rzeczywisto&#347;ci wyra&#380;a&#322;o jeszcze co&#347; innego, co&#347; dobrze znanego ka&#380;demu, komu po obejrzeniu filmu grozy wydaje si&#281;, dajmy na to, &#380;e w k&#261;cie ciemnego pokoju stoi jaka&#347; posta&#263;.

Cokolwiek by zreszt&#261; to hej oznacza&#322;o, pozosta&#322;o i tak bez odpowiedzi. Bo przecie&#380; trudno uzna&#263; za odpowied&#378; jaki&#347; niewyra&#378;ny, metaliczny odg&#322;os, kt&#243;ry dobieg&#322; z tarasu, to znaczy platforemki, gdzie ruchomy chodnik zmienia&#322; si&#281; w karuzel&#281;. Mimo to ch&#322;opiec uczepi&#322; si&#281; tego d&#378;wi&#281;ku jak ton&#261;cy brzytwy, cho&#263; o jakimkolwiek toni&#281;ciu nie mog&#322;o by&#263; mowy. Przeciwnie, ko&#324;ce palc&#243;w jego st&#243;p straci&#322;y ju&#380; kontakt z pod&#322;og&#261;, a on sam unosi&#322; si&#281; powolutku coraz wy&#380;ej wy&#380;ej

Powiedzenie, &#380;e Marek uczepi&#322; si&#281; tego d&#378;wi&#281;ku, kt&#243;ry wzi&#261;&#322; za odzew na swoje hej, nale&#380;y traktowa&#263; z pewn&#261; rezerw&#261;. Istnieje bowiem prawdopodobie&#324;stwo, &#380;e dialogi jaki teraz nast&#261;pi&#322;, odby&#322; si&#281; bardziej w jego wyobra&#378;ni ani&#380;eli naprawd&#281;.

Marek: Hej!

G&#322;os: H&#380;&#380;&#380;&#380;

Marek: Na pomoc! Lec&#281; w g&#243;r&#281;!

G&#322;os: Nic nie mog&#281; zrobi&#263;. Przecie&#380; m&#243;wi&#322;em, &#380;e nie jestem wyposa&#380;ony w generatory zmiennych p&#243;l grawitacyjnych. Dosta&#322;e&#347; si&#281;, cz&#322;owieku, w pole ujemne. Nie p&#243;jd&#281; tam, gdzie jeste&#347;. Nie pozwala mi na to instynkt samozachowawczy, jaki wbudowano w moje obwody.

Marek (z pretensj&#261; i rozpacz&#261;): Automaty powinny ostrzega&#263; ludzi przed niebezpiecze&#324;stwem! Dlaczego nie powiedzia&#322;e&#347;, &#380;e ja tak&#380;e nie jestem wyposa&#380;ony w wyposa&#380;ony

G&#322;os (uprzejmie): w generatory? Cz&#322;owiek, kt&#243;ry przybywa do Instytutu Planet Granicznych nie potrzebuje takich informacji od automat&#243;w. Nie mamy w programie.

Marek: Ale ja ja

Dialog si&#281; urwa&#322;. Nawet w tej tragicznej sytuacji ch&#322;opcu nie mog&#322;o bowiem przej&#347;&#263; przez gard&#322;o, &#380;e on, chocia&#380; b&#261;d&#378; co b&#261;d&#378; cz&#322;owiek, przyby&#322; do Instytutu nie tylko bez tych jakich&#347; generator&#243;w, ale na domiar z&#322;ego nie wyposa&#380;ony w najprostsze informacje. Zreszt&#261; dalsza konwersacja z automatami, prawdziwa czy wyimaginowana, i tak by&#322;aby bezcelowa. Ju&#380; to ostatnie ja zabrzmia&#322;o jako&#347; dziwnie g&#322;ucho. Marek z przera&#380;eniem zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e znajduje si&#281; we wn&#281;trzu szerokiej, pionowej rury. Odruchowo zadar&#322; g&#322;ow&#281; do g&#243;ry i spostrzeg&#322; nad sob&#261; b&#322;&#281;kit nieba. Rura rozszerza&#322;a si&#281;, ale nie by&#322;a nakryta &#380;adnym dachem. Ch&#322;opiec, tak niespodziewanie przemieniony w balonik, wype&#322;niony lekkim gazem, w&#281;drowa&#322; prosto w niebo &#347;rodkiem owej wielkiej wie&#380;y, przypominaj&#261;cej odwr&#243;cony lejek!

Oczyszczony z urz&#261;dze&#324; kr&#261;g, gdzie le&#380;a&#322;y ci&#281;&#380;kie pomara&#324;cze znajdowa&#322; si&#281; wida&#263; dok&#322;adnie u podstawy wie&#380;y. Ale kto m&#243;g&#322; przewidzie&#263;, &#380;e ten monstrualnych rozmiar&#243;w lejek, to jaka&#347; niesamowita wyrzutnia, wysy&#322;aj&#261;ca w niebo ludzi i automaty nie wyposa&#380;one w generatory zmiennych p&#243;l grawitacyjnych?!

Hej!! zabrzmia&#322; jeszcze jeden s&#322;aby okrzyk, kt&#243;ry wie&#380;a, niby ogromna tuba, skierowa&#322;a ku bezkresnemu b&#322;&#281;kitowi i niewidocznym w &#347;wietle dnia gwiazdom. Tym razem na rozpaczliwe wo&#322;anie cz&#322;owieka nie odpowiedzia&#322; ju&#380; &#380;aden g&#322;os. Natomiast sam cz&#322;owiek wznosi&#322; si&#281; coraz szybciej. G&#322;adkie jak szk&#322;o &#347;ciany wie&#380;y ucieka&#322;y chy&#380;o w d&#243;&#322;, jeszcze kilka, mo&#380;e kilkana&#347;cie sekund, a ch&#322;opiec przemknie obok g&#243;rnej kraw&#281;dzi lejka i wypry&#347;nie w przestworza.

Marek przesta&#322; krzycze&#263;. Zacz&#261;&#322; za to my&#347;le&#263;. P&#243;&#378;no, bo p&#243;&#378;no, ale czy wszyscy potrafiliby w jego po&#322;o&#380;eniu od razu uruchomi&#263; szare kom&#243;rki?

Przede wszystkim  powiedzia&#322; sobie  skoro szybuj&#281; w powietrzu jak najl&#380;ejszy puszek, to znalaz&#322;em si&#281; jakim&#347; cudem w stanie niewa&#380;ko&#347;ci. A przecie&#380; jest to stan doskonale znany wszystkim pilotom pr&#243;&#380;ni. Bo chocia&#380; nie ma ju&#380; rakiet pozbawionych sztucznej grawitacji, to jednak kursy pilota&#380;u obejmuj&#261; nauk&#281; zachowania si&#281; w niewa&#380;ko&#347;ci. Ja za&#347; posiadam dyplom pilota pierwszego stopnia. Co z tego wynika? &#379;e powinienem p&#322;ywa&#263;

Jak postanowi&#322;, tak zrobi&#322;. Najpierw uda&#322;o mu si&#281; przybra&#263; pozycj&#281; poziom&#261;, po czym zacz&#261;&#322; bardzo ostro&#380;nie i powoli wykonywa&#263; ruchy p&#322;ywaka. Nie ulega w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e cwa&#322;uj&#261;ce dot&#261;d w szalonym p&#281;dzie my&#347;li ch&#322;opca w sam czas wr&#243;ci&#322;y na swoje miejsce i, co wa&#380;niejsze, zacz&#281;&#322;y si&#281; uk&#322;ada&#263; w jako tako logiczne konstrukcje. By&#322; ju&#380; wysoko. G&#243;rna kraw&#281;d&#378; wie&#380;y znajdowa&#322;a si&#281; najwy&#380;ej dwa metry nad nim. Tyle &#380;e wznosi&#322; si&#281; nadal &#347;rodkiem szerokiego w tym miejscu lejka, kt&#243;rego obrze&#380;e by&#322;o ju&#380; do&#347;&#263; daleko. Je&#380;eli nie zd&#261;&#380;y dop&#322;yn&#261;&#263; do kraw&#281;dzi, zanim na dobre opu&#347;ci wn&#281;trze tej idiotycznej tuby, pozostanie mu tylko bezpowrotna droga ku b&#322;&#281;kitowi nieba.

Wykona&#322; dwa energiczniejsze wymachy ramion. Zadanie u&#322;atwi&#322; mu fakt, &#380;e szybowa&#322; teraz troch&#281; wolniej, jakby te si&#322;y, kt&#243;re oderwa&#322;y go od ziemi zaczyna&#322;y powoli s&#322;abn&#261;&#263;. Jeszcze kilka ruch&#243;w. Teraz zobaczy&#322;, &#380;e kraw&#281;d&#378; wie&#380;y wygina si&#281; na zewn&#261;trz, tworz&#261;c co&#347; na kszta&#322;t ko&#322;nierza, przypominaj&#261;cego troch&#281; wywini&#281;ty brzeg popielniczki.

Zagarn&#261;&#322; nogami powietrze, dosi&#281;gn&#261;&#322; tego ko&#322;nierza i mocno zacisn&#261;&#322; na nim palce. Uda&#322;o si&#281;. Uda&#322;o Zagi&#281;cie na kraw&#281;dzi dawa&#322;o pewny i wygodny uchwyt. Pod wp&#322;ywem rado&#347;ci z odniesionego zwyci&#281;stwa Marek zapomnia&#322;, &#380;e jego nogi nadal w&#281;druj&#261; w g&#243;r&#281;, co sprawi&#322;o, &#380;e przeobrazi&#322; si&#281; w rozdwojon&#261; chor&#261;giewk&#281;, powiewaj&#261;c&#261; z najwy&#380;szego punktu, opuszczonego, ale wci&#261;&#380; gro&#378;nego dla ludzi Instytutu. Niebawem jednak chor&#261;giewka zosta&#322;a wci&#261;gni&#281;ta, a ch&#322;opiec po&#322;o&#380;y&#322; si&#281; na wewn&#281;trznej &#347;cianie wie&#380;y, korzystaj&#261;c z jej pochy&#322;o&#347;ci.

Chwil&#281; odpoczywa&#322;, po czym ponownie uruchomi&#322; szare kom&#243;rki. Przesta&#322; wzlatywa&#263; w niebo. Dobrze. Teraz wypada&#322;oby wr&#243;ci&#263; na ziemi&#281;. C&#243;&#380;, kiedy ona znalaz&#322;a si&#281; piekielnie daleko. M&#243;g&#322; przerzuci&#263; cia&#322;o przez obrze&#380;e wie&#380;y, ale wtedy pozosta&#322;aby mu pionowa droga w d&#243;&#322;, na p&#322;aski dach hali, rozpo&#347;cieraj&#261;cy si&#281; dobre pi&#281;tna&#347;cie metr&#243;w ni&#380;ej. A sk&#261;d niby mia&#322; mie&#263; pewno&#347;&#263;, &#380;e na zewn&#261;trz lejka tak&#380;e b&#281;dzie wa&#380;y&#322; mniej ni&#380; pi&#243;rko?

Kiedy tak le&#380;a&#322;, a raczej wisia&#322;, szukaj&#261;c wyj&#347;cia z niezwyk&#322;ej powietrznej pu&#322;apki, z do&#322;u dobieg&#322;y nagle odg&#322;osy jakiego&#347; gwa&#322;townego szurania. Marek b&#322;yskawicznie podci&#261;gn&#261;&#322; si&#281; na r&#281;kach, wysun&#261;&#322; g&#322;ow&#281; ponad kraw&#281;d&#378; wie&#380;y i zobaczy&#322; jak&#261;&#347; niewyra&#378;n&#261; posta&#263;, przedzieraj&#261;c&#261; si&#281; przez zaro&#347;la. Raz i drugi mign&#281;&#322;y w&#347;r&#243;d g&#281;stej zieleni r&#281;kawy niebieskiej koszuli.

A wi&#281;c sta&#322;o si&#281;  westchn&#261;&#322; w duchu ch&#322;opiec. Zaraz b&#281;dzie awantura

Tym razem jednak perspektywa spotkania z dozorc&#261; czy kim&#347;, kto gospodarzy&#322; w nieczynnym Instytucie, nie wyda&#322;a si&#281; Markowi zbyt odstraszaj&#261;ca. Z dwojga z&#322;ego lepsza awantura ni&#380; udawanie &#380;elaznego koguta na staro&#380;ytnym ratuszu. Uni&#243;s&#322; si&#281; jeszcze troch&#281; wy&#380;ej i spojrza&#322; z nadziej&#261; na d&#243;&#322;.

Nieznajomy najwidoczniej wybieg&#322; z lasu, otaczaj&#261;cego zabudowania i teraz zmierza&#322; w stron&#281; g&#322;&#243;wnej hali. Ciekawe, dlaczego wybra&#322; drog&#281; przez najwi&#281;kszy g&#261;szcz, zamiast i&#347;&#263; &#347;cie&#380;k&#261;, ale to w ko&#324;cu jego sprawa. W ka&#380;dym razie &#347;pieszy&#322; si&#281; bardzo, o czym wymownie &#347;wiadczy&#322;y odg&#322;osy gwa&#322;townej szarpaniny, zmieszane z trzaskiem &#322;amanych ga&#322;&#261;zek.

Hop, hop! zawo&#322;a&#322; Marek, pr&#243;buj&#261;c przybra&#263; mo&#380;liwie najbardziej niewinny wyraz twarzy.

Przybysz znieruchomia&#322;. Nasta&#322;a zupe&#322;na cisza. Mi&#281;dzy dwoma rozro&#347;ni&#281;tymi ostrokrzewami wida&#263; by&#322;o skrawek niebieskiego materia&#322;u.

Tutaj jestem! krzykn&#261;&#322; ch&#322;opiec. Niech mi pan pomo&#380;e zej&#347;&#263;!

Nieznajomy nie poruszy&#322; si&#281; ani nie odpowiedzia&#322;. Twarz Marka zacz&#281;&#322;a si&#281;, powoli wyd&#322;u&#380;a&#263;. Przesz&#322;o mu przez my&#347;l, &#380;e mo&#380;e tam w zaro&#347;lach z niewiadomego powodu przyczai&#322; si&#281; jeszcze jeden tutejszy robot. W tym momencie jednak przybysz wreszcie o&#380;y&#322;. Ga&#322;&#281;zie rozchyli&#322;y si&#281; nieco i wyjrza&#322;o zza nich oblicze

M&#281;&#380;czyzna mia&#322; bujne, szpakowate w&#322;osy, teraz okrutnie rozczochrane. Jego szczup&#322;a, pod&#322;u&#380;na twarz odcina&#322;a si&#281; od zieleni niezwyk&#322;&#261; blado&#347;ci&#261;. Niebieska koszula nosz&#261;ca wyra&#378;ne &#347;lady walki z ostrokrzewami by&#322;a rozche&#322;stana, a jej przednia cz&#281;&#347;&#263; zwisa&#322;a &#380;a&#322;o&#347;nie wzd&#322;u&#380; niebieskich jak ona sama spodni.

Profesor zacz&#261;&#322; szeptem Marek i nie m&#243;g&#322; powiedzie&#263; nic wi&#281;cej.

Wspomnienia niedawnej powietrznej podr&#243;&#380;y, obawa przed spotkaniem z dozorc&#261;, nadzieja na wybawienie &#380; k&#322;opotliwej, &#322;agodnie m&#243;wi&#261;c, sytuacji  wszystko to ulotni&#322;o si&#281; bez &#347;ladu. Ta poblad&#322;a twarz nale&#380;a&#322;a do kogo&#347;, kogo &#380;adn&#261; miar&#261; nie powinno by&#263; nie tylko tutaj, ale w og&#243;le na Ziemi. Kogo&#347;, kto p&#281;dz&#261;c pracowity &#380;ywot na dalekim Transplutonie, przygotowywa&#322; w&#322;a&#347;nie jaki&#347; nies&#322;ychanie wa&#380;ny eksperyment. Kogo&#347;, komu mieli niebawem z&#322;o&#380;y&#263; wizyt&#281;, przy okazji niespodzianki, jak&#261; zgotowali ojcu Lidki i Jacka, profesorowi Saperdzie.

Marek zna&#322; zbyt dobrze t&#281; twarz, nie tylko z kilku osobistych przelotnych spotka&#324;, ale z fotografii i z trivi, &#380;eby si&#281; pomyli&#263;. Mimo to w pierwszej chwili pomy&#347;la&#322;, &#380;e pad&#322; ofiar&#261; przywidzenia. Niestety! Im d&#322;u&#380;ej wpatrywa&#322; si&#281; w bladego m&#281;&#380;czyzn&#281;, tym dalej ulatywa&#322;y jakiekolwiek w&#261;tpliwo&#347;ci.

Tam w dole sta&#322; we w&#322;asnej osobie profesor Aleksander Kapica, s&#322;ynny Kapica, dyrektor Instytutu Planet Granicznych. To on, zamiast przebywa&#263; ta&#347;m, gdzie s&#322;o&#324;ce jest tylko jedn&#261; z gwiazdek, bieg&#322; przed chwil&#261; jak oszala&#322;y przez kolczaste krzewy. A teraz przygl&#261;da&#322; si&#281; milcz&#261;co i ch&#322;odno jasnej g&#322;owie ch&#322;opca, wyzieraj&#261;cej zza szczytu wie&#380;y. Zupe&#322;nie jakby ten widok stanowi&#322; na przyk&#322;ad naukowy problem, kt&#243;ry nale&#380;a&#322;o niezw&#322;ocznie rozwi&#261;za&#263;.

Problem by&#322; jednak pal&#261;cy nie tylko z naukowego punktu widzenia. Tote&#380; Marek po d&#322;u&#380;szej chwili zupe&#322;nej ciszy postanowi&#322; od&#322;o&#380;y&#263; na p&#243;&#378;niej rozwi&#261;zanie zagadki dziwnego zachowania Aleksandra Wielkiego Drugiego i jego obecno&#347;ci na macierzystej planecie, a na razie sk&#322;oni&#263; uczonego, by przedsi&#281;wzi&#261;&#322; wreszcie co&#347;, co pozwoli&#322;oby i jemu wr&#243;ci&#263; na t&#281; planet&#281;. Jednak w momencie kiedy otwiera&#322; usta, &#380;eby da&#263; wyraz swojemu zrozumia&#322;emu zniecierpliwieniu, po przeciwnej stronie budowli rozleg&#322; si&#281; tupot szybkich krok&#243;w. Ch&#322;opiec obejrza&#322; si&#281; i z rado&#347;ci o ma&#322;o nie pu&#347;ci&#322; kraw&#281;dzi wie&#380;y. Od przystani szed&#322;, a w&#322;a&#347;ciwie bieg&#322; Adam Kapica. A wi&#281;c profesor spotka si&#281; za chwil&#281; ze swoim stryjecznym wnukiem i zarazem asystentem. Wszystkie tajemnice si&#281; wyja&#347;ni&#261;, b&#281;dzie troch&#281; cierpkich uwag, kilka niemi&#322;ych s&#322;&#243;w prawdy, a potem du&#380;a &#347;miechu. Ale zanim jeszcze to wszystko nast&#261;pi, stanie wreszcie obiema nogami na twardej, solidnej ziemi. I odzyska swoj&#261; przyrodzon&#261; wag&#281;.

Halo, Adam! krzykn&#261;&#322;.  Tu jestem! Biegn&#261;cy potkn&#261;&#322; si&#281; z wra&#380;enia, przelecia&#322; kilka metr&#243;w gwa&#322;townie wywijaj&#261;c r&#281;kami, po czym stan&#261;&#322; jak wryty. Min&#281;&#322;o troch&#281; czasu, zanim odszuka&#322; wzrokiem g&#322;ow&#281; Marka, w miejscu gdzie istotnie trudno by&#322;o si&#281; spodziewa&#263; czyjejkolwiek g&#322;owy.

Co tam robisz?! zawo&#322;a&#322; dziwnym g&#322;osem. Sk&#261;d si&#281; tam wzi&#261;&#322;e&#347;?

Ch&#322;opiec wpad&#322; w znakomity humor.

Odpowiadam na pierwsze pytanie  odkrzykn&#261;&#322; na&#347;laduj&#261;c zgrzytliwy g&#322;os automatu. Le&#380;&#281; i patrz&#281;. Odpowied&#378; na drugie pytanie brzmi: nie wiem. Wszed&#322;em do tej hali i nagle zacz&#261;&#322;em si&#281; wznosi&#263;. M&#243;g&#322;by&#347; co&#347; zrobi&#263;, &#380;eby mnie st&#261;d &#347;ci&#261;gn&#261;&#263;?

Adam umilk&#322;. Sta&#322; jak skamienia&#322;y i wpatrywa&#322; si&#281; w Marka, jakby ujrza&#322; ducha. Wreszcie uni&#243;s&#322; wolno r&#281;k&#281; i potar&#322; ni&#261; czo&#322;o. Nast&#281;pnie szybko rozejrza&#322; si&#281; w prawo i w lewo, a dopiero potem ponownie skierowa&#322; wzrok ku wie&#380;y.

Jak wszed&#322;e&#347; do hali? zawo&#322;a&#322; lekko zachrypni&#281;tym g&#322;osem.

Stan&#261;&#322;em na ruchomym chodniku i zatrzyma&#322;em si&#281; dopiero na takiej galeryjce ch&#322;opiec zrobi&#322; pauz&#281;, bo przypomnia&#322; sobie, jak to by&#322;o naprawd&#281; z tym zatrzymaniem si&#281;.  A potem

Potem  przerwa&#322; mu Adam  polaz&#322;e&#347; prosto pod wie&#380;&#281;, tak?!

Tak, ale

I unios&#322;e&#347; si&#281;, w g&#243;r&#281;?  Adam nie pozwala&#322; mu doj&#347;&#263; do g&#322;osu.

Ale ja

Nic nie m&#243;w! rzuci&#322; niespodziewanie ostrym tonem m&#322;ody Kapica. Musz&#281; teraz pomy&#347;le&#263;

&#321;atwo powiedzie&#263;: nic nie m&#243;w! Z jednej strony hali profesor, te&#380; my&#347;li i my&#347;li, jakby tylko po to przedziera&#322; si&#281; przez krzaki zostawiaj&#261;c na nich strz&#281;py koszuli, &#380;eby ujrzawszy zawieszonego mi&#281;dzy niebem a ziemi&#261; Marka, popa&#347;&#263; w zupe&#322;ne odr&#281;twienie. A teraz po przeciwnej stronie z kolei jego stryjeczny wnuk.

Nie. Ch&#322;opcu stanowczo i nieodwo&#322;alnie znudzi&#322;o si&#281; czekanie, a&#380; kt&#243;ry&#347; z tych dw&#243;ch na dole raczy pospieszy&#263; z pomoc&#261;.

Adam! zawo&#322;a&#322; bardzo g&#322;o&#347;no. Zr&#243;bcie co&#347; wreszcie! Tu po przeciwnej stronie budynku stoi profesor i tak&#380;e tylko na mnie patrzy

Kto?!!! Adam skurczy&#322; si&#281;, jakby chcia&#322; jednym skokiem osi&#261;gn&#261;&#263; szczyt lejkowatej wie&#380;y.

Profesor Kapica  powt&#243;rzy&#322; Marek z pewnym zdziwieniem, po czym obejrza&#322; si&#281;, stwierdzi&#322;, &#380;e posta&#263; w resztkach niebieskiej koszuli trwa niezmiennie na stanowisku, i doda&#322;:  Jest tutaj  wyci&#261;gn&#261;&#322; wy&#380;ej g&#322;ow&#281; i wskaza&#322; brod&#261; miejsce, gdzie sta&#322; s&#322;ynny uczony  Pom&#243;&#380;cie mi!.. zako&#324;czy&#322; g&#322;osem, kt&#243;ry mia&#322; zabrzmie&#263; gniewnie, ale niespodziewanie wspi&#261;&#322; si&#281; w podejrzanie wysokie rejestry gamy.

Wtedy nagle zacz&#281;&#322;o si&#281; co&#347; dzia&#263;. Obaj stoj&#261;cy dot&#261;d bez ruchu m&#281;&#380;czy&#378;ni jak na komend&#281; ruszyli z miejsca.

Adam pu&#347;ci&#322; si&#281; ostrym sprintem z widocznym zamiarem okr&#261;&#380;enia budynku. Profesor, cho&#263; bieg&#322; nieco wolniej, mia&#322; jednak znacznie kr&#243;tsz&#261; drog&#281;. Zanim jego m&#322;ody krewniak zd&#261;&#380;y&#322; min&#261;&#263; naro&#380;nik, Aleksander Wielki Drugi osi&#261;gn&#261;&#322; bram&#281;. Marek us&#322;ysza&#322; jakie&#347; odg&#322;osy bezpo&#347;rednio pod sob&#261;. Zerkn&#261;&#322; w d&#243;&#322; akurat w momencie, w kt&#243;rym ja&#347;niejszy kr&#261;g na pod&#322;odze, znajduj&#261;cy si&#281; pod wie&#380;&#261;, przeci&#281;&#322;a niebieskawa plama. Profesor Kapica by&#322; wida&#263; wyposa&#380;ony w to co&#347;, czego nie mia&#322;y ani roboty, ani ciekawscy ch&#322;opcy. Przebieg&#322; najspokojniej w &#347;wiecie przez zakl&#281;te pole i ani mu na my&#347;l nie przysz&#322;o fruwa&#263; do g&#243;ry.

Raptem Marek zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e jego palce ze&#347;lizguj&#261; si&#281; z kraw&#281;dzi wie&#380;y. Moment p&#243;&#378;niej zrozumia&#322;, &#380;e nagle, stanowczo zbyt nagle, odzyska&#322; swoj&#261; zwyk&#322;&#261; wag&#281;. Nie by&#322; na to przygotowany, przecie&#380; utrzymywanie si&#281; w dotychczasowej pozycji nie wymaga&#322;o si&#322;y. Zacz&#261;&#322; nieub&#322;aganie zsuwa&#263; si&#281; po pochy&#322;ej wprawdzie, ale bardzo stromej wewn&#281;trznej &#347;cianie lejka.

Lec&#281;!  krzykn&#261;&#322; rozpaczliwie. Adam!..



3.Strzelaj do wszystkiego

G&#322;adka jak lustro &#347;ciana wie&#380;y urwa&#322;a si&#281; nagle. By&#322; ju&#380; wewn&#261;trz hali. Za u&#322;amek sekundy runie na pod&#322;og&#281;.

Co&#347; go podtrzyma&#322;o. Przed oczami przesun&#281;&#322;a mu si&#281; kula, w kt&#243;rej ze zdumieniem rozpozna&#322; jedn&#261; z tych osobliwych, ci&#281;&#380;kich pomara&#324;cz. R&#243;wnocze&#347;nie poczu&#322;, &#380;e kto&#347; chwyta go za r&#281;k&#281;. Przygotowa&#322; si&#281; na bolesne szarpni&#281;cie, ale nic takiego nie nast&#261;pi&#322;o. Przeciwnie, dozna&#322; uczucia, jakby jaka&#347; niesamowicie elastyczna i mocna tkanina nie tyle nawet os&#322;abi&#322;a jego upadek, co w og&#243;le zatrzyma&#322;a go w locie. Dopiero kiedy najniespodziewaniej ujrza&#322; w g&#243;rze swoje w&#322;asne wierzgaj&#261;ce bezradnie nogi, poj&#261;&#322;, &#380;e to ponownie da&#322;a zna&#263; o sobie ta jaka&#347; si&#322;a, dzi&#281;ki kt&#243;rej cz&#322;owiek na ziemi popada&#322; w stan niewa&#380;ko&#347;ci. Moment p&#243;&#378;niej wyl&#261;dowa&#322; &#322;agodnie na pod&#322;odze, ci&#261;gle z nogami zadartymi do g&#243;ry. Wtedy poczu&#322;, &#380;e ten kto&#347;, kto trzyma&#322; go za r&#281;k&#281;, pu&#347;ci&#322; j&#261; wreszcie, i r&#243;wnocze&#347;nie ujrza&#322; Adama. M&#322;ody naukowiec przystan&#261;&#322; przed jakim&#347; urz&#261;dzeniem i przesun&#261;&#322; stercz&#261;c&#261; z niego d&#378;wigni&#281;. Natychmiast nogi ch&#322;opca, dot&#261;d widoczne na tle nieba, opisa&#322;y szybki &#322;uk i wyr&#380;n&#281;&#322;y w ziemi&#281;.

No c&#243;&#380;, cia&#322;o m&#281;&#380;czyzny w pi&#281;tnastym roku &#380;ycia ma swoj&#261; wag&#281;. A ta si&#322;a, dzi&#281;ki kt&#243;rej wewn&#261;trz lejkowatej wie&#380;y mo&#380;na by&#322;o fruwa&#263; jak w kabinie zepsutej rakiety kosmicznej, znikn&#281;&#322;a znowu.

Aj  krzykn&#261;&#322; Marek, chwytaj&#261;c si&#281; za bose stopy.

Bardzo zgrabnie to zrobi&#322;em  pochwali&#322; si&#281; Adam. Najpierw wy&#322;&#261;czy&#322;em generator pola, &#380;eby&#347; m&#243;g&#322; spa&#347;&#263; z wie&#380;y, a potem, kiedy by&#322;e&#347; tu&#380; nad pod&#322;og&#261;, uruchomi&#322;em go znowu. Tak oto sprowadzi&#322;em ci&#281; mi&#281;kko na ziemi&#281;

Wcale nie tak mi&#281;kko . poskar&#380;y&#322; si&#281; ch&#322;opiec, pocieraj&#261;c obola&#322;e miejsca.

W ostatniej fazie musia&#322;em ci znowu przywr&#243;ci&#263; ci&#281;&#380;ar  wyja&#347;ni&#322; bez cienia skruchy m&#322;ody naukowiec. Inaczej pofrun&#261;&#322;by&#347; z powrotem. No, wstawaj  doda&#322; zmieniaj&#261;c ton. Wszystko to bardzo mi si&#281; nie podoba zako&#324;czy&#322; ju&#380; zdecydowanie ponuro.

Ch&#322;opiec pozbiera&#322; si&#281; z trudem. Jego wzrok spocz&#261;&#322; na aparacie uzbrojonym w feraln&#261; d&#378;wigni&#281;.

Czy to jest ten generator? spyta&#322; patrz&#261;c z niech&#281;tnym podziwem na tajemnicze urz&#261;dzenie.

Tak  odrzek&#322; kr&#243;tko Adam.

Do czego to w&#322;a&#347;ciwie s&#322;u&#380;y?

Do stymulacji zmiennych p&#243;l grawitacyjnych. Rozumiesz?

Aha  mrukn&#261;&#322; z mimowoln&#261; uraz&#261; w g&#322;osie ch&#322;opiec.

Kapica junior za&#347;mia&#322; si&#281;, ale zaraz spowa&#380;nia&#322;.

Opowiem ci o tym dok&#322;adniej, tylko nie teraz. Tutaj przeprowadzali&#347;my wst&#281;pne do&#347;wiadczenia, &#380;eby sprawdzi&#263; teori&#281; mojego dziadka to znaczy, profesora Kapicy  poprawi&#322; si&#281;.

Generatory  mrukn&#261;&#322; Marek szczeg&#243;lnym tonem. Wiesz, chcia&#322;em, &#380;eby automat przyszed&#322; tu ze mn&#261;. Odpowiedzia&#322;, &#380;e nie mo&#380;e, bo ma instynkt samozachowawczy, a nie jest wyposa&#380;ony w

Co do instynktu samozachowawczego  wtr&#261;ci&#322; g&#322;adko Adam  to trzeba b&#281;dzie pomy&#347;le&#263;, co zrobi&#263;, &#380;eby zaszczepi&#263; go niekt&#243;rym &#380;ywym ch&#322;opcom co&#347; ty w&#322;a&#347;ciwie najlepszego zrobi&#322;?  hukn&#261;&#322; nagle gro&#378;nie, jakby dopiero teraz przypomnia&#322; sobie o pedagogicznych obowi&#261;zkach osoby doros&#322;ej.

Marek spu&#347;ci&#322; oczy.

Przepraszam  b&#261;kn&#261;&#322; cicho. I dzi&#281;kuj&#281;. G&#322;upio wysz&#322;o  doda&#322; takim tonem, jakby ujawnia&#322; jaki&#347; nies&#322;ychany sekret

Ju&#380; to dzisiaj s&#322;ysza&#322;em  oznajmi&#322; w odpowiedzi Adam. No, dobrze. Nie m&#243;wmy ju&#380; o tym. Jak to?! zreflektowa&#322; si&#281; nagle  rozmawia&#322;e&#347; z automatami?

Aha mrukn&#261;&#322; ch&#322;opiec, zaskoczony nag&#322;&#261; zmian&#261; tematu.

Do stu ksi&#281;&#380;yc&#243;w! sykn&#261;&#322; m&#322;ody naukowiec. Co tu si&#281; w&#322;a&#347;ciwie dzieje?!

Marek zd&#281;bia&#322;. Wydawa&#322;o mu si&#281; dot&#261;d, &#380;e to on, i tylko on, ma prawo zada&#263; takie pytanie, w dodatku tonem stanowczo bardziej godnym przypadkowej ofiary szcz&#261;tkowej energii ani&#380;eli kogo&#347;, kto w pewnym stopniu m&#243;g&#322; si&#281; czu&#263; gospodarzem starego Instytutu. D&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; milczeli obaj. Adam najwyra&#378;niej. pogr&#261;&#380;y&#322; si&#281; w my&#347;lach, a ch&#322;opiec postanowi&#322; sobie w duchu o nic wi&#281;cej nie pyta&#263;, przynajmniej dop&#243;ki nie opuszcz&#261; tego zakazanego miejsca i nie znajd&#261; si&#281; znowu nad spokojnym, b&#322;&#281;kitnym jeziorem. Niekt&#243;re postanowienia maj&#261; jednak to do siebie, &#380;e dziwnie &#322;atwo si&#281; o nich zapomina.

Wzrok Marka (b&#322;&#261;dz&#261;cy po wn&#281;trzu hali pad&#322; w pewnym momencie na jedn&#261; z &#380;&#243;&#322;tych, ci&#281;&#380;kich pomara&#324;cz.

Czy to  spyta&#322; natychmiast, wskazuj&#261;c okr&#261;g&#322;y przedmiot  tak&#380;e s&#322;u&#380;y&#322;o do eksperyment&#243;w?

Tak  rzuci&#322; zniecierpliwionym tonem Adam, a ch&#322;opiec powiedzia&#322; sobie w duchu, &#380;e jego przygoda nale&#380;a&#322;a wobec tego w pewien spos&#243;b do programu dokonywanych tutaj do&#347;wiadcze&#324;. Uruchamiano te jakie&#347; generatory i wysy&#322;ano w g&#243;r&#281; wie&#380;y przedmioty, kt&#243;re traci&#322;y sw&#243;j ci&#281;&#380;ar. Tyle &#380;e dawniej zamiast nieproszonych go&#347;ci u&#380;ywano do tego celu niezbyt regularnych kul wielko&#347;ci pomara&#324;czy, a wagi doros&#322;ego s&#322;onia.

Ciekawe  odezwa&#322; si&#281; na g&#322;os. Ja polecia&#322;em do g&#243;ry, ta kula tak&#380;e, ale profesor Kapica przeszed&#322; t&#281;dy jakby nigdy nic. Adam, s&#322;uchaj  zawo&#322;a&#322; nagle, przypomniawszy sobie dziwne zachowanie s&#322;ynnego uczonego i &#380;a&#322;osny stan jego ubioru  co on tutaj robi? I gdzie si&#281; schowa&#322;?!

M&#322;ody asystent zmieni&#322; si&#281; raptownie na twarzy. Zmru&#380;y&#322; oczy tak, &#380;e pozosta&#322;y z nich w&#261;skie szparki.

W&#322;a&#347;nie, Kapica! sykn&#261;&#322;, chwytaj&#261;c ch&#322;opca za rami&#281;.  M&#243;wisz, &#380;e wbieg&#322; tutaj, do hali?!

Tak  Marek odruchowo cofn&#261;&#322; si&#281; krok do ty&#322;u, usi&#322;uj&#261;c oswobodzi&#263; rami&#281;. Ale palce Adama zacisn&#281;&#322;y si&#281; tylko mocniej.

Nie mylisz si&#281;?

Sk&#261;d  zniecierpliwi&#322; si&#281; ch&#322;opiec. Widzia&#322;em, jak przebiega&#322; tutaj, pod wie&#380;&#261; czemu ona nie ma dachu?

Adam zignorowa&#322; pytanie.

Czy jeste&#347; pewny, &#380;e to by&#322; on? M&#243;j nie sko&#324;czy&#322;.

Przecie&#380; znam profesora Kapic&#281;.

Stryjeczny wnuk, s&#322;ynnego uczonego umilk&#322; i zamy&#347;li&#322; si&#281;. Na jego czole pojawi&#322;a si&#281; g&#322;&#281;boka bruzda. Wreszcie westchn&#261;&#322; ci&#281;&#380;ko i potoczy&#322; doko&#322;a podejrzliwym wzrokiem. Nast&#281;pnie spojrza&#322; na Marka i teraz dopiero dotar&#322;o do jego &#347;wiadomo&#347;ci, &#380;e ch&#322;opiec wci&#261;&#380; jeszcze stoi wewn&#261;trz owego ja&#347;niejszego kr&#281;gu na pod&#322;odze.

Chod&#378; tutaj  burkn&#261;&#322; rozkazuj&#261;co. Pr&#281;dzej wskaza&#322; Markowi miejsce obok siebie.

Wezwany nie pozwoli&#322; si&#281; d&#322;ugo prosi&#263;, tym bardziej &#380;e s&#322;owom Adama towarzyszy&#322; energiczny ruch r&#281;ki, wci&#261;&#380; jeszcze zaci&#347;ni&#281;tej na ramieniu ch&#322;opca. W tym momencie jednak zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e nie uzyska&#322; dot&#261;d odpowiedzi na najwa&#380;niejsze pytanie.

Dlaczego to wszystko tutaj ci&#261;gle jeszcze dzia&#322;a? Automaty, chodniki i te jakie&#347; agregaty? M&#243;wili&#347;cie, &#380;e Instytut jest opuszczony od roku?!

Bo jest

Bosy badacz nie da&#322; jednak tak &#322;atwo za wygran&#261;.

My&#347;la&#322;em, &#380;e mieszka tutaj dozorca : powiedzia&#322; patrz&#261;c Adamowi prosto w oczy. Ale potem zobaczy&#322;em profesora Kapic&#281;

Nie ma ani dozorcy, ani profesora  burkn&#261;&#322; opryskliwie m&#322;ody naukowiec.

Teraz Marek ostatecznie przesta&#322; ju&#380; cokolwiek rozumie&#263;. Co gorsza, z miny Adama wynika&#322;o, &#380;e on. asystent s&#322;ynnego uczonego, kt&#243;ry zamiast na Transplutonie jest tutaj, gdzie tak&#380;e go nie ma  wie i rozumie niewiele wi&#281;cej.

To kto w ko&#324;cu jest? zdo&#322;a&#322; wyduka&#263; ch&#322;opiec.

Chod&#378; ze mn&#261;  rzuci&#322; zamiast odpowiedzi Adam, ruszaj&#261;c w stron&#281; tarasu, gdzie czeka&#322;y trzy nieruchome pos&#281;pne postacie.

Przeszli przez hal&#281; i wspi&#281;li si&#281; po schodkach, prowadz&#261;cych na galeryjk&#281;.

Ludzie  powita&#322; ich natychmiast skrzypi&#261;cy g&#322;os  czym mog&#281; s&#322;u&#380;y&#263;?

Przynie&#347; miotacz  rzuci&#322; zdecydowanym tonem Adam. Poczekaj  wstrzyma&#322; automat, kt&#243;ry odwraca&#322; si&#281; ju&#380;, by wykona&#263; polecenie. Przynie&#347; dwa. I sprawd&#378;, czy s&#261; na&#322;adowane.

Kiedy robot znikn&#261;&#322; w tunelu, Marek spojrza&#322; na Adama ze zdumieniem i zaniepokojeniem.

Po co miotacz?

Zapytany wzruszy&#322; ramionami.

Nie wiem. W gruncie rzeczy  doda&#322; zamy&#347;lony  powinienem ci by&#263; wdzi&#281;czny. Post&#261;pi&#322;e&#347;  no, sam wiesz jak, ale dzi&#281;ki temu odkryli&#347;my, &#380;e w naszym starym Instytucie dziej&#261; si&#281; bardzo dziwne rzeczy. Bardzo dziwne  powt&#243;rzy&#322; po chwili cicho i jakby do siebie.

Wr&#243;ci&#322; automat. W jego stalowych palcach widnia&#322;y dwa cylindryczne przedmioty, zaopatrzone w uchwyty i j&#281;zyczki spustowe.

Adam odebra&#322; obydwa miotacze, po czym jeden z nich poda&#322; Markowi.

Znasz si&#281; na tym?

Tak  potwierdzi&#322; niepewnie ch&#322;opiec. Strzela&#322;em przecie&#380; na kursach pilota&#380;u. Ale

To dobrze  Kapica junior nie pozwoli&#322; mu sko&#324;czy&#263;. Odwr&#243;ci&#322; si&#281;, zbieg&#322; z powrotem na dolny poziom hali i stamt&#261;d dopiero skin&#261;&#322; na Marka, &#380;eby pod&#261;&#380;y&#322; w jego &#347;lady. Kiedy szli ju&#380; obok siebie mijaj&#261;c pulpity i aparaty, Adam powiedzia&#322;:

Uwa&#380;aj teraz. Id&#378; za mn&#261;. Stale za mn&#261;. Trzymaj si&#281; tak ze cztery, pi&#281;&#263; metr&#243;w z ty&#322;u. Gdyby&#347; zauwa&#380;y&#322;, &#380;e kto&#347; lub co&#347; porusza si&#281; w moj&#261; stron&#281;, strzelaj.

Do tego czego&#347;?

Tak. Oboj&#281;tne, co to b&#281;dzie. Zrobisz tak, jak m&#243;wi&#281;?

A je&#347;li podejdzie profesor?

Powiedzia&#322;em, strzelaj do wszystkiego, co zacznie si&#281; rusza&#263;. Czy&#380;by&#347; czego&#347; nie rozumia&#322;?

Ch&#322;opiec oniemia&#322; z wra&#380;enia. Jak to? Ma strzela&#263; do s&#322;ynnego uczonego? I to na rozkaz jego w&#322;asnego stryjecznego wnuka?

No?! us&#322;ysza&#322; niecierpliwy, ponaglaj&#261;cy okrzyk. Niezbyt przytomnie zacz&#261;&#322; i&#347;&#263; dalej, odruchowo trzymaj&#261;c si&#281; okre&#347;lonej przez Adama odleg&#322;o&#347;ci.

Byli ju&#380; niedaleko pami&#281;tnego ja&#347;niejszego kr&#281;gu pod wie&#380;&#261;, kiedy w umy&#347;le Marka zacz&#281;&#322;y kie&#322;kowa&#263; niejasne na razie podejrzenia. Adam w sam&#261; por&#281; przyszed&#322; mu z pomoc&#261;. Uratowa&#322; go przed nie, lepiej nie my&#347;le&#263; przed czym. Ale czy m&#322;ody naukowiec spieszy&#322; tylko do niego? Powiedzia&#322;, &#380;e nie rozumie, co dzieje si&#281; w Instytucie. Tak, ale potem doda&#322;, mo&#380;e przez zapomnienie, &#380;e Marek nie m&#243;g&#322; widzie&#263; ani dozorcy, ani profesora Kapicy, bo ich tutaj nie ma.

Na jakiej podstawie tak twierdzi&#322;, skoro nie by&#322;o go jeszcze na miejscu, kiedy ch&#322;opiec widzia&#322; jednak profesora? Prawda, &#380;e ten ostatni post&#281;powa&#322; do&#347;&#263; dziwnie, ale czy przypadkiem to jego zachowanie nie wynika&#322;o z obawy przed kim&#347;, kto sprawi&#322;, &#380;e s&#322;ynny uczony musia&#322; si&#281; ukrywa&#263; na opuszczonym poligonie Instytutu Planet Granicznych?

Raz puszczona w ruch wyobra&#378;nia podsuwa&#322;a Markowi wci&#261;&#380; nowe obrazy, a ka&#380;dy nast&#281;pny by&#322; bardziej ponury od poprzedniego.

Jaki cel m&#243;g&#322; mie&#263; Adam w tym, &#380;eby knu&#263; co&#347; przeciwko swojemu stryjecznemu dziadkowi? No c&#243;&#380;, na upartego co&#347; by si&#281; znalaz&#322;o. To co&#347; mia&#322;o na imi&#281; Ina i by&#322;o sza&#322;ow&#261; blondynk&#261; o z&#322;otych oczach. Ch&#322;opiec widzia&#322; j&#261; zaledwie dwa razy w &#380;yciu, ale pokiwa&#322; ze zrozumieniem g&#322;ow&#261;, przypomniawszy sobie, &#380;e Adam uton&#261;&#322; w tych z&#322;otych oczach z kretesem i beznadziejnie. Ina Krasek by&#322;a tak&#380;e asystentk&#261; Aleksandra Wielkiego Drugiego. W przeciwie&#324;stwie do Kapicy juniora, przebywa&#322;a teraz jednak z ich wsp&#243;lnym mistrzem na Transplutonie. Adam bawi&#322; si&#281; niby to weso&#322;o w czasie ostatnich trzech tygodni na biwaku nad jeziorem, niemniej zdarza&#322;y si&#281; chwile, kiedy wpada&#322; w sm&#281;tn&#261; zadum&#281;, a jego zamglone, nieobecne spojrzenie &#347;wiadczy&#322;o wymownie, &#380;e m&#322;ody naukowiec w&#281;druje my&#347;lami gdzie&#347; bardzo daleko.

Czemu nie polecia&#322;e&#347; z profesorem? spyta&#322;a go kiedy&#347; Zula w takiej w&#322;a&#347;nie chwili.

Odpowied&#378; poprzedzi&#322;o d&#322;ugie, ci&#281;&#380;kie westchnienie.

Musia&#322;em doko&#324;czy&#263; moj&#261; cz&#281;&#347;&#263; pracy tutaj, na Ziemi. Tak samo jak tw&#243;j m&#261;&#380; na swoich asteroidach

wyja&#347;ni&#322; Adam. Ale nied&#322;ugo d my obaj b&#281;dziemy ju&#380; ma Transplutonie. Wy odb&#281;dziecie pi&#281;kn&#261; wycieczk&#281;, profesor Saparda u&#347;ciska dzieci, kt&#243;rych nie widzia&#322; od tak dawna, a potem tu oczy mu zab&#322;ys&#322;y  potem wy wr&#243;cicie leniuchowa&#263; dalej, do ko&#324;ca wakacji, a my tam wysoko we&#378;miemy si&#281; do roboty.

Wtedy gdy Adam to m&#243;wi&#322;, wszystko wydawa&#322;o si&#281; jasne i logiczne. Teraz jednak Marek pomy&#347;la&#322;, &#380;e ca&#322;a ta przemowa mog&#322;a by&#263; tylko dymn&#261; zas&#322;on&#261;.

A je&#347;li s&#322;ynny Aleksander postanowi&#322; zrezygnowa&#263; z pomocy swego stryjecznego wnuka przy przeprowadzaniu tego jakiego&#347; superwa&#380;nego eksperymentu? Adamowi by&#322;o zbyt trudno pogodzi&#263; si&#281; z t&#261; decyzj&#261;, tak ze wzgl&#281;du na jego zainteresowania naukowe, jak i, je&#347;li nie przede wszystkim, dlatego &#380;e nie m&#243;g&#322; &#347;cierpie&#263; roz&#322;&#261;ki ze z&#322;otook&#261;, wi&#281;c w jaki&#347; niezrozumia&#322;y spos&#243;b &#347;ci&#261;gn&#261;&#322; starego profesora na Ziemi&#281; i uwi&#281;zi&#322;. Tak, przy takim za&#322;o&#380;eniu Ina Krasek mog&#322;a sta&#263; si&#281; przyczyn&#261; przeobra&#380;enia zdolnego, m&#322;odego asystenta w zbrodniarza, spiskuj&#261;cego przeciwko swojemu wielkiemu i s&#322;ynnemu krewnemu. Przecie&#380; wtedy kiedy Marek powiedzia&#322; mu, &#380;e po przeciwnej stronie budynku stoi ukryty w krzakach profesor Kapica, Adam raczej si&#281; przestraszy&#322;, ni&#380; zdziwi&#322;. Dopiero grubo p&#243;&#378;niej stwierdzi&#322;, &#380;e &#380;adnego profesora tu nie ma.

Ch&#322;opiec pogr&#261;&#380;ony w czarnych jak pochmurna noc rozmy&#347;laniach poczu&#322; nagle dotkliwy b&#243;l.

Aj! sykn&#261;&#322; wykonuj&#261;c seri&#281; podskok&#243;w na jednej nodze.

Adam natychmiast znalaz&#322; si&#281; obok niego.

Co si&#281; sta&#322;o? spyta&#322; gor&#261;czkowo. Kto&#347; rzuci&#322; czym&#347; w ciebie?

Nie  mrukn&#261;&#322; ch&#322;opiec. Spojrza&#322; z uraz&#261; na ci&#281;&#380;k&#261; pomara&#324;cz&#281;, z kt&#243;r&#261; przed chwil&#261; zetkn&#261;&#322; si&#281; wielki palec jego bosej stopy. Potkn&#261;&#322;em si&#281;

M&#322;ody naukowiec lub, jak kto woli, m&#322;ody zbrodniarz, przyjrza&#322; si&#281; podejrzliwie podskakuj&#261;cej postaci.

Uwa&#380;aj  burkn&#261;&#322;.  Jeszcze ca&#322;&#261; t&#281; bud&#281; zwalisz nam na g&#322;ow&#281;.

Poniewa&#380; jednak wspomniana ewentualno&#347;&#263; na razie przynajmniej nie wchodzi&#322;a w rachub&#281;, ruszyli dalej. Ale b&#243;l palca odbi&#322; si&#281; osobliwym echem w g&#322;owie poszkodowanego. Ch&#322;opiec jakby otrze&#378;wia&#322;. Niedawne podejrzenia i zawi&#322;e motywy knowa&#324; Adama wyda&#322;y mu si&#281; nagle &#347;mieszne oraz nonsensowne. Kto niby mia&#322;by dyba&#263; na s&#322;ynnego uczonego? Jego w&#322;asny stryjeczny wnuk, oddany bez reszty swojej pracy oraz perspektywie, jak&#261; nauka otwiera&#322;a przed ludzko&#347;ci&#261;, w&#322;a&#347;nie dzi&#281;ki tajemniczemu wynalazkowi Kapicy seniora? Nonsens. Kosmiczna bzdura! Zreszt&#261; dlaczego niby Aleksander Kapica mia&#322;by pozbawia&#263; Adama mo&#380;liwo&#347;ci uczestniczenia w decyduj&#261;cym eksperymencie? Poza tym gdyby dyrektor Instytutu Planet Granicznych rzeczywi&#347;cie zosta&#322; przez Adama czy kogokolwiek innego uprowadzony ze stacji na Transplutonie, to z pewno&#347;ci&#261; wiedzia&#322;by ju&#380; o tym ca&#322;y &#347;wiat

W tym momencie poja&#347;nia&#322;e oblicze Marka ponownie zasnu&#322;o si&#281; cieniem. Przysz&#322;o mu na my&#347;l, &#380;e ca&#322;y &#347;wiat mo&#380;e od trzech tygodni pasjonowa&#263; si&#281; tajemniczym znikni&#281;ciem uczonego. Ale oni przybywaj&#261;c nad jezioro odci&#281;li si&#281; przecie&#380; od tego ca&#322;ego &#347;wiata. Ba, wy&#322;&#261;czyli nawet.radio. A on jednak widzia&#322; starego profesora. I co mia&#322;y znaczy&#263; s&#322;owa: strzelaj do wszystkiego, co si&#281; poruszy? Przecie&#380; tutaj porusza&#322;y si&#281; tylko roboty, i w&#322;a&#347;nie nie kto inny, jak sam s&#322;ynny Kapica, w postrz&#281;pionej, niebieskiej koszuli

Nie  powiedzia&#322; sobie w duchu ch&#322;opiec. Wszystko to rzeczywi&#347;cie zakrawa na kosmiczn&#261; bzdur&#281;, ale co&#347; tu naprawd&#281; jest grubo nie w porz&#261;dku.

Spojrza&#322; z niech&#281;ci&#261; na miotacz w swojej d&#322;oni. Wyda&#322;o mu si&#281;, &#380;e ch&#322;odna, matowa pow&#322;oka &#347;mierciono&#347;nej broni zacz&#281;&#322;a go nagle parzy&#263;.

Doszli niemal do samego ko&#324;ca hali. Wtedy dopiero Adam zwolni&#322;. Rozejrza&#322; si&#281; raz i drugi, po czym stan&#261;&#322; przed jak&#261;&#347; jakby szaf&#261; zamkni&#281;t&#261; pancernymi drzwiami. Otworzy&#322; je bez trudu i zajrza&#322; do &#347;rodka.

Tak jak my&#347;la&#322;em  mrukn&#261;&#322;.  Uwa&#380;aj teraz  doda&#322; z naciskiem. Ch&#322;opiec odruchowo zacisn&#261;&#322; mocniej pa&#322;ce na uchwycie miotacza. Adam pochyli&#322; si&#281; i wsadzi&#322; g&#322;ow&#281; do wn&#281;trza szafy. Chwil&#281; co&#347; w niej robi&#322;. Marek nie s&#322;ysza&#322; &#380;adnych odg&#322;os&#243;w poza przyspieszonym oddechem swojego towarzysza. Wreszcie g&#322;owa tego ostatniego ukaza&#322;a si&#281; znowu. Zamkn&#261;&#322; powoli pancerne drzwi i spojrza&#322; na ch&#322;opca niezbyt przytomnym wzrokiem.

Tak jak my&#347;la&#322;em  powt&#243;rzy&#322; niemal szeptem.

G&#322;&#243;wne bloki energetyczne s&#261; nieczynne  powiedzia&#322; nieco g&#322;o&#347;niej.

Co to znaczy? spyta&#322; ponuro Marek.

Adam wzruszy&#322; ramionami.

To znaczy, &#380;e do urz&#261;dze&#324; Instytutu nie dociera energia elektryczna  spojrza&#322; na &#347;wiec&#261;ce pod sufitem lampy, na gotowe do us&#322;ug roboty, czekaj&#261;ce na podwy&#380;szeniu po przeciwnej stronie hali, wreszcie utkwi&#322; wzrok w owym feralnym kr&#281;gu, na kt&#243;ry pada&#322;y przechodz&#261;ce przez pust&#261; wie&#380;&#281; promienie s&#322;oneczne.

Jak to? wyj&#261;ka&#322; ch&#322;opiec  wi&#281;c dlaczego to wszystko dzia&#322;a?

W&#322;a&#347;nie, dlaczego? odburkn&#261;&#322; niezbyt przytomnie zapytany. Chwileczk&#281;  o&#380;ywi&#322; si&#281; nagle. Przeszed&#322; kilka metr&#243;w i stan&#261;&#322; przed pulpitem, nad kt&#243;rym umieszczono prostok&#261;tny ekran. Nacisn&#261;&#322; jakie&#347; klawisze i naraz ekran o&#380;y&#322;. Jego tarcza rozja&#347;ni&#322;a si&#281; matowym srebrem.

Kiedy zamkni&#281;to Poligon? spyta&#322; Adam.

Ch&#322;opiec przyjrza&#322; mu si&#281; nieufnie.

M&#243;wi&#322;e&#347;, &#380;e rok temu, ale zacz&#261;&#322;.

M&#322;ody naukowiec przerwa&#322; mu jednak niecierpliwym gestem.

Si&#243;dmego maja ubieg&#322;ego roku  zabrzmia&#322; &#322;agodny m&#281;ski g&#322;os, kt&#243;ry dobiega&#322; nie wiadomo sk&#261;d.

Czy twoje przystawki pami&#281;ciowe maj&#261; pe&#322;ny zapis od tego dnia do dzisiaj? pyta&#322; dalej Adam. Tym razem Marek nie pr&#243;bowa&#322; wyr&#281;cza&#263; w odpowiedzi g&#322;&#243;wnego komputera Instytutu.

W zapisie jest luka od si&#243;dmego do jedenastego maja zesz&#322;ego roku. Przez cztery dni by&#322;em nieczynny. Pow&#243;d  brak dop&#322;ywu energii. Potem wszystko wr&#243;ci&#322;o do normy.

Co robi&#322;e&#347; od jedenastego maja do dzisiaj?

Wykonywa&#322;em polecenia.

Czyje?

Cz&#322;owieka.

Kim jest ten cz&#322;owiek?

Jednym z tych, kt&#243;rzy opracowywali dla mnie programy.

Przecie&#380; m&#243;wi&#322;em, &#380;e to profesor zdo&#322;a&#322; wyszepta&#263; Marek.

psst! przerwa&#322; mu ze z&#322;o&#347;ci&#261; Adam. Sk&#261;d teraz czerpiesz energi&#281;?  zwr&#243;ci&#322; si&#281; ponownie do komputera.

Rezerwowe &#322;&#261;cza baterii s&#322;onecznych  pad&#322;a odpowied&#378;.

Adam uderzy&#322; si&#281; otwart&#261; d&#322;oni&#261; w czo&#322;o tak, &#380;e odg&#322;os siarczystego pla&#347;ni&#281;cia poni&#243;s&#322; si&#281; po ca&#322;ej hali.

Idiota! zawo&#322;a&#322;.  Sko&#324;czony ba&#322;wan! doda&#322; uznaj&#261;c poprzednie zdanie za niewystarczaj&#261;ce. Idioci  zdecydowa&#322; si&#281; w ko&#324;cu na liczb&#281; mnog&#261;.

Chwil&#281; panowa&#322;o k&#322;opotliwe milczenie.

Gdzie jest teraz cz&#322;owiek, kt&#243;ry ostatnio wydawa&#322; ci polecenia?! w tonie tego pozornie niewinnego pytania zabrzmia&#322;a gro&#378;ba.

Instytut  odpowiedzia&#322; komputer swoim niezmiennie pogodnym g&#322;osem. G&#322;&#243;wna hala

Tutaj, wiem! Ale w kt&#243;rej cz&#281;&#347;ci hali?

Blok siedem zd&#261;&#380;y&#322; wym&#243;wi&#263; komputer, zanim niewidoczne g&#322;o&#347;niki wyda&#322;y przenikliwy zgrzyt, po kt&#243;rym nasta&#322;a cisza. R&#243;wnocze&#347;nie zgas&#322;y lampy. Olbrzymia sala pogr&#261;&#380;y&#322;a si&#281; w mroku, rozja&#347;nionym jedn&#261; smug&#261; s&#322;onecznego &#347;wiat&#322;a, wpadaj&#261;c&#261; przez otwart&#261; wie&#380;&#281;.

Szybko za mn&#261;!  Adam wymin&#261;&#322; karko&#322;omnymi skokami kilka najbli&#380;szych maszyn i rzuci&#322; si&#281; w stron&#281; otwartej bramy.

Trudno my&#347;le&#263; biegn&#261;c ile si&#322; w nogach, chocia&#380;by to by&#322;y nogi opromienione s&#322;aw&#261; na zawodach mi&#281;dzyszkolnych. Tote&#380; Marek nie zastanawia&#322; si&#281; nad tym, dlaczego Kapica junior biegnie do wyj&#347;cia, chocia&#380; komputer stwierdzi&#322;, &#380;e poszukiwany przez niego cz&#322;owiek przebywa wewn&#261;trz hali. Robi&#322; tylko co m&#243;g&#322;, &#380;eby nie zosta&#263; zanadto z ty&#322;u.

Min&#281;li bram&#281; i znale&#378;li si&#281; na o&#347;wietlonej s&#322;o&#324;cem przestrzeni. &#346;cie&#380;ka omija&#322;a stalow&#261; kratownic&#281;, na kt&#243;rej rozpiera&#322;a si&#281; talerzowata antena, a nast&#281;pnie wpada&#322;a mi&#281;dzy wysokie krzewy. Za nast&#281;pnym zakr&#281;tem wybiegli na niewielk&#261; polan&#281;, gdzie sta&#322;y jakie&#347; niskie, b&#322;yszcz&#261;ce urz&#261;dzenia. Ch&#322;opiec ju&#380;, ju&#380; chcia&#322; sobie skr&#243;ci&#263; drog&#281; i wskoczy&#263; na p&#322;aski dach pierwszego z nich, kiedy us&#322;ysza&#322; ostry krzyk:

St&#243;j! Sta&#324; zaraz!

Z najwi&#281;kszym trudem uda&#322;o mu si&#281; zatrzyma&#263; kilka centymetr&#243;w przed &#347;ciank&#261; niegro&#378;nie wygl&#261;daj&#261;cej konstrukcja. Adam szarpa&#322; w&#322;a&#347;nie czarn&#261; r&#261;czk&#281;, wystaj&#261;c&#261; z tej &#347;cianki. Co&#347; zasycza&#322;o, po czym z p&#322;askiego dachu wyp&#322;yn&#261;&#322; ob&#322;oczek bia&#322;ego dymu. Teraz dopiero ch&#322;opiec przyjrza&#322; si&#281; bli&#380;ej umieszczonym na polance urz&#261;dzeniom. By&#322;y pokryte drobn&#261; siateczk&#261; zbudowan&#261; z ostrych, lustrzanych szybek. Uprzytomni&#322; sobie, &#380;e jeszcze moment a jego bose stopy dotkn&#281;&#322;yby tego dachu, i sk&#243;ra na nim &#347;cierp&#322;a. Pami&#281;ta&#322; takie siateczki. Z jedn&#261; zawar&#322; ju&#380; raz bli&#380;sz&#261; znajomo&#347;&#263;.

Adam, uporawszy si&#281; z czarn&#261; r&#261;czk&#261;, zacz&#261;&#322; na odmian&#281; wyszarpywa&#263; z wn&#281;trza konstrukcji wielki, czerwony kabel. Kabel pocz&#261;tkowo stawia&#322; op&#243;r, co wyra&#378;nie odbi&#322;o si&#281; na twarzy m&#322;odego m&#281;&#380;czyzny, kt&#243;ra przybra&#322;a pi&#281;kn&#261;, wi&#347;niow&#261; barw&#281;. Gdy nagle pu&#347;ci&#322;, naukowiec polecia&#322; z rozp&#281;du dwa kroki do ty&#322;u i usiad&#322; na wysypanej &#380;wirem &#347;cie&#380;ce. Powietrzem wstrz&#261;sn&#261;&#322; kr&#243;tki, lecz dosadny okrzyk.

Zrobi&#322;e&#347; sobie co&#347;?  zatroska&#322; si&#281; niezbyt szczerze Marek.

Adam zamrucza&#322; gniewnie, po czym niespodziewanie za&#347;mia&#322; si&#281; weso&#322;o.

Ja nie  powiedzia&#322; wstaj&#261;c. Ale ma&#322;o brakowa&#322;o, a ty powt&#243;rzy&#322;by&#347; swoje do&#347;wiadczenia sprzed kilku lat, kiedy to, jak m&#243;wi Zula, ucieka&#322;e&#347; i wo&#322;a&#322;e&#347;: parzy! parzy! parzy!

Marek spochmurnia&#322;.

Wiem, &#380;e to s&#261; baterie s&#322;oneczne  rzek&#322; ura&#380;onym tonem.

Adam przyjrza&#322; si&#281; urz&#261;dzeniom i spowa&#380;nia&#322;.

Tak. St&#261;d bra&#322; pr&#261;d

Kto?!

To ostatnie pytanie pozosta&#322;o jednak bez odpowiedzi. Znad jeziora dobieg&#322; s&#322;aby powiew wiatru. Li&#347;cie na krzewach zaszele&#347;ci&#322;y, po czym ponownie zamar&#322;y w bezruchu. By&#322;o zupe&#322;nie cicho.

Chod&#378;  powiedzia&#322; wreszcie Adam, ruszaj&#261;c w powrotn&#261; drog&#281; do g&#322;&#243;wnego budynku dawnego Instytutu. Teraz nic nam ju&#380; nie grozi  doda&#322; jakby do siebie.

Ch&#322;opiec mimo woli spojrza&#322; na miotacz, kt&#243;ry ci&#261;gle trzyma&#322; w prawej d&#322;oni.

To ju&#380; nie musz&#281; strzela&#263;? Do wszystkiego co si&#281; poruszy?

Mam nadziej&#281;  odrzek&#322; Adam  &#380;e nie b&#281;dzie do kogo. Tutaj ju&#380; nic si&#281; nie poruszy

Marek przemilcza&#322;, &#380;e to ju&#380; bardzo mu si&#281; nie spodoba&#322;o. Jego towarzysz wy&#322;&#261;czy&#322; baterie s&#322;oneczne. Ba, nawet przeci&#261;&#322; g&#322;&#243;wny kabel, kt&#243;rym pr&#261;d wytwarzany przez te baterie p&#322;yn&#261;&#322; do hali. Czy robi&#261;c to zaszkodzi&#322; czemu&#347; lub komu&#347;?

Wewn&#261;trz budowli Adam skierowa&#322; si&#281; od razu w stron&#281; pomostu, na kt&#243;rym nadal sta&#322;y roboty. Tylko pomara&#324;czowe lampki w ich masywnych g&#322;owach ju&#380; si&#281; nie &#347;wieci&#322;y. Tutaj znikn&#261;&#322; ch&#322;opcu z oczu.

Po chwili, w absolutnej ciemno&#347;ci panuj&#261;cej pod galeryjk&#261;, rozleg&#322; si&#281; g&#322;uchy &#322;oskot. Ch&#322;opiec poczu&#322;, &#380;e w&#322;osy je&#380;&#261; mu si&#281; na g&#322;owie. Got&#243;w by&#322; przysi&#261;c, &#380;e ten odg&#322;os wyda&#322;o bezw&#322;adne cia&#322;o cz&#322;owieka, padaj&#261;ce na pod&#322;og&#281;. Chcia&#322; krzykn&#261;&#263;, ale g&#322;os odm&#243;wi&#322; mu pos&#322;usze&#324;stwa. Zachowa&#322; jednak w&#322;adz&#281; w nogach. Sam nie wiedzia&#322;, kiedy stan&#261;&#322; z powrotem pod otwart&#261; bram&#261; wej&#347;ciow&#261; i patrzy&#322; na Adama, kt&#243;ry wy&#322;ania&#322; si&#281; w&#322;a&#347;nie z mroku.

Tam si&#281; &#322;adowa&#322;  mrukn&#261;&#322; m&#322;ody naukowiec, po czym za&#347;mia&#322; si&#281; ponuro. Mo&#380;na powiedzie&#263;, &#380;e urz&#261;dzi&#322; sobie mieszkanko

&#321;adowa&#322; si&#281;? Mieszkanko? Ten odg&#322;os upadku?

Kto? wybe&#322;kota&#322; Marek. Profesor?

Adam bez s&#322;owa odebra&#322; mu miotacz i znowu dok&#261;d&#347; poszed&#322;. Wr&#243;ci&#322; ju&#380; bez broni i nie zatrzymuj&#261;c si&#281; ruszy&#322; prosto w kierunku jeziora. Stan&#261;&#322; dopiero na nabrze&#380;u.

S&#322;o&#324;ce pra&#380;y&#322;o jeszcze silniej ni&#380; przed po&#322;udniem, a mimo to przez plecy ch&#322;opca przebieg&#322; niemi&#322;y dreszcz, kiedy zachowuj&#261;cy si&#281; tak podejrzanie m&#322;ody m&#281;&#380;czyzna po&#322;o&#380;y&#322; nagle r&#281;ce na jego ramieniu i spojrza&#322; mu prosto w oczy. Te zrobi&#322;y si&#281; natychmiast du&#380;e, okr&#261;g&#322;e i niebie&#347;ciutkie jak samo niebo.

Pos&#322;uchaj  powiedzia&#322; &#347;miertelnie powa&#380;nie Adam  nikomu ani s&#322;owa, dobrze? Mam nadziej&#281;, &#380;e jeste&#347; m&#281;&#380;czyzn&#261; i mog&#281; ci zaufa&#263;

Marek chcia&#322; co&#347; odburkn&#261;&#263;, ale ugryz&#322; si&#281; w j&#281;zyk. Zapyta&#322; tylko, sil&#261;c si&#281; na oboj&#281;tny ton:

A co z profesorem?

Spojrzenie Kapicy juniora poszybowa&#322;o daleko, ponad jeziorem.

Z jakim profesorem?

No

Nie by&#322;o tutaj &#380;adnego profesora. Od roku  doda&#322; z naciskiem Adam, znowu zwracaj&#261;c si&#281; do ch&#322;opca. I nie m&#243;wmy ju&#380; o tym. Kiedy&#347; wszystko ci wyt&#322;umacz&#281;  rzuci&#322; zdawkowo. Na razie niech ci wystarczy to, co sam widzia&#322;e&#347; i co prze&#380;y&#322;e&#347;. &#379;e te&#380; nie mia&#322;em ze sob&#261; aparatu fotograficznego! wykrzykn&#261;&#322; nagle z udanym &#380;alem. Cz&#322;owieku! za&#347;mia&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no  to dopiero by&#322;aby bomba! Nowa ilustrowana opowie&#347;&#263; rodzinna! Kiedy siedzia&#322;e&#347; na tej wie&#380;y, a potem l&#261;dowa&#322;e&#347; jak meteoryt. Z zadartymi nogami. Ha, ha, ha Meteoryt z nastroszon&#261; czupryn&#261; i wypi&#281;tym siedzeniem. Ha, ha, ha

Marek zmru&#380;y&#322; oczy i przygl&#261;da&#322; si&#281; pos&#281;pnie rozbawionemu m&#281;&#380;czy&#378;nie. Ten spostrzeg&#322; wreszcie, &#380;e ch&#322;opiec nie podziela jego weso&#322;o&#347;ci. Przesta&#322; si&#281; &#347;mia&#263;, ale jego twarz pozosta&#322;a u&#347;miechni&#281;ta, gdy powiedzia&#322;:

G&#322;owa do g&#243;ry stary! Polata&#322;e&#347; sobie a&#380; mi&#322;o, zobaczy&#322;e&#347; Instytut, a w dodatku pomog&#322;e&#347; mi urwa&#322;. B&#322;ysn&#261;&#322; bia&#322;ymi jak kreda z&#281;bami i zmieni&#322; nieco ton:

Nie r&#243;b takiej ponurej miny. Nic si&#281; nie sta&#322;o chocia&#380; licho wie, do czego mog&#322;oby doj&#347;&#263;, gdyby&#347; mnie tu nie &#347;ci&#261;gn&#261;&#322; panie ciekawski. A teraz wracamy  rzuci&#322; stanowczo. Tamci ca&#322;y czas umieraj&#261; ze strachu. Dalej!

Wydawszy ten rozkazuj&#261;cy okrzyk, wskoczy&#322; do czekaj&#261;cej u nabrze&#380;a motolotki. Rozwin&#261;&#322; link&#281; holownicz&#261;, po czym cisn&#261;&#322; j&#261; Markowi wo&#322;aj&#261;c:

Przyczep kajak!

Ch&#322;opiec nie oci&#261;gaj&#261;c si&#281; d&#322;u&#380;ej zbieg&#322; po pochylni.

Och, jak fajnie  wyrwa&#322;o mu si&#281; mimo woli, kiedy jego obola&#322;e nogi otoczy&#322; koj&#261;cy ch&#322;&#243;d wody. Przywi&#261;za&#322; koniec linki do dzioba kajaka, a nast&#281;pnie wskoczy&#322; do lotki i usiad&#322; obok Adama. Za ruf&#261; zaszumia&#322;o. Sam silnik pracowa&#322; niemal bezg&#322;o&#347;nie.

Jak przep&#322;yn&#261;&#322;e&#347; pod mostkiem?

Wykopa&#322;em kana&#322;  Kapicy juniora nie opuszcza&#322; dobry humor.

&#321;&#243;dka unios&#322;a si&#281; nad powierzchni&#281; i mkn&#281;&#322;a w stron&#281; przesmyku, &#322;&#261;cz&#261;cego Jezioro Tajemnic z b&#322;&#281;kitn&#261;, spokojn&#261; wod&#261;, otoczon&#261; cichym lasem, na kt&#243;rego skraju rozbili wakacyjny ob&#243;z.

Nagle Adam podskoczy&#322;, jakby go co&#347; uk&#261;si&#322;o.

Czy to ty zabra&#322;e&#347; pantoplan?!

Up&#322;yn&#281;&#322;a d&#322;u&#380;sza chwila, zanim Marek oprzytomnia&#322; i m&#243;g&#322; odpowiedzie&#263;. Je&#347;li oczywi&#347;cie godzi si&#281; nazwa&#263; odpowiedzi&#261; co&#347;, co zabrzmia&#322;o mniej wi&#281;cej tak:

Cococo?

Pantoplanu nie ma  poinformowa&#322; go zwi&#281;&#378;le m&#322;ody naukowiec. Pytam, czy to ty go zabra&#322;e&#347;?

Ja? niebotyczne zdumienie w g&#322;osie ch&#322;opca m&#243;wi&#322;o wszystko. Zreszt&#261; Adam najwidoczniej ani przez chwil&#281; nie traktowa&#322; powa&#380;nie przypuszczenia, &#380;e to w&#322;a&#347;nie jego wsp&#243;&#322;pasa&#380;er by&#322; sprawc&#261; znikni&#281;cia ci&#281;&#380;kiego pojazdu. Bo niby kiedy mia&#322;by to zrobi&#263;? Niemal od &#347;witu siedzia&#322; z Lidk&#261; i innymi nad jeziorem, a potem wyruszy&#322; od razu na swoj&#261; wielk&#261; wypraw&#281;.

Na twarz Adama raz jeszcze nasun&#281;&#322;a si&#281; ci&#281;&#380;ka, mroczna chmura. Poruszy&#322; lekko ga&#322;k&#261; przy sterach. &#321;&#243;d&#378; przyspieszy&#322;a. Mostek r&#243;s&#322; w oczach i wkr&#243;tce musieli zwolni&#263;. Lotka osiad&#322;a na wodzie i &#322;agodnie, samym rozp&#281;dem wp&#322;yn&#281;&#322;a na p&#322;ycizn&#281;. Obydwaj wyskoczyli za burt&#281;. Po chwili sapi&#261;c g&#322;o&#347;no unosili &#322;&#243;d&#378;, kt&#243;ra i tak zreszt&#261; szura&#322;a dnem po piaszczystym dnie przesmyku. Marek pomy&#347;la&#322; z mimowolnym uznaniem o Adamie. P&#322;yn&#261;c mu na ratunek (czy tylko?), musia&#322; sobie przecie&#380; radzi&#263; sam. I poradzi&#322; sobie.

Halo!

Ten g&#322;os dobieg&#322; z g&#243;ry. Zatrzymali si&#281; i obejrzeli. Mostek by&#322; tu&#380; za nimi. Musieli dobrze zadrze&#263; g&#322;owy, &#380;eby ujrze&#263; stoj&#261;cego na nim, przechylonego przez por&#281;cz m&#281;&#380;czyzn&#281;.

Halo, panie Adamie  zawo&#322;a&#322; ponownie cz&#322;owiek na mostku. Poznali go od razu. By&#322; to miejscowy le&#347;niczy, Romejko. Na drodze sta&#322; jego lekki &#322;azik, s&#322;u&#380;&#261;cy jako &#347;rodek komunikacji, holownik do ci&#261;gni&#281;cia zwalonych pni i poduszkowiec na wypadek wylew&#243;w. Zaopatrzony by&#322; tak&#380;e w agregaty do gaszenia po&#380;ar&#243;w, chowane p&#322;ozy, dzi&#281;ki kt&#243;rym zim&#261; zmienia&#322; si&#281; w elektryczne sanie i dodatkowo w weterynaryjny sztucer do wstrzeliwania chorym zwierz&#281;tom lekarstwa na odleg&#322;o&#347;&#263;.

Dzie&#324; dobry panu  powiedzia&#322; uprzejmie Adam. Odsapn&#261;&#322; i spyta&#322;.  Czy pan specjalnie tu na nas czeka&#322;?

Tak  stary le&#347;niczy pokiwa&#322; g&#322;ow&#261; i u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.  By&#322; u mnie Jacek. Powiedzia&#322;, &#380;e zgin&#261;&#322; wam ten wielki pojazd, kt&#243;rym mo&#380;na lata&#263; na ksi&#281;&#380;yc  za&#347;mia&#322; si&#281; cicho. Od razu pomy&#347;la&#322;em, &#380;e to jaki&#347; kawa&#322;, bo kt&#243;&#380;by tu krad&#322; jakie&#347; pojazdy! Ostatni raz z&#322;odziej pojawi&#322; si&#281; w tej okolicy dwie&#347;cie lat temu. Czyta&#322;em w kronikach le&#347;nictwa. By&#322; to niejaki Alan Svennson, kt&#243;ry przyjecha&#322; z jakiego&#347; bardzo wielkiego miasta i kiedy zobaczy&#322; kubek pe&#322;en &#380;ywicy, to nie m&#243;g&#322; si&#281; powstrzyma&#263;, &#380;eby go nie ukra&#347;&#263;. Zezna&#322;, &#380;e przedtem nigdy w &#380;yciu nie widzia&#322; prawdziwego drzewa. Teraz w miastach jest ich ju&#380; pono&#263; pe&#322;no, tylko &#380;e zawsze co las to las ale ja sobie gadam, a zatrzyma&#322;em was przecie&#380;, &#380;eby powiedzie&#263;, &#380;e ten &#380;artowni&#347;, kt&#243;ry to zrobi&#322;

Co zrobi&#322;?  nie wytrzyma&#322; wreszcie Adam.

No ten, kt&#243;ry wam zabra&#322; t&#281; wielk&#261; maszyn&#281;  powiedzia&#322; cierpliwym tonem Romejko  nie uprowadzi&#322; jej zbyt daleko. Kiedy Jacek odszed&#322;, pomy&#347;la&#322;em, &#380;e p&#243;jd&#281; sam poszuka&#263; zguby  za&#347;mia&#322; si&#281; znowu. I znalaz&#322;em. Stoi sobie spokojnie na tej polance z trzema &#347;wierkami, kt&#243;r&#261; nazywacie kartoflanym uroczyskiem, czy jako&#347; tak

Kartoflane uroczysko! Tam wybrali si&#281; kiedy&#347; na pieczenie ziemniak&#243;w, kt&#243;re jednak po wyj&#281;ciu z gor&#261;cego popio&#322;u okaza&#322;y si&#281;, delikatnie m&#243;wi&#261;c, niejadalne. Dopiero potem wysz&#322;o na jaw, &#380;e Anna, wys&#322;ana do pobliskiego kombinatu rolnego po ziemniaki, zamiast prawdziwych wzi&#281;&#322;a z jakiej&#347; starej skrzyni syntetyczne, wyprodukowane dla zabawy przez s&#281;dziwego dyrektora gospodarstwa, kt&#243;ry obecnie liczy&#322; sto siedemdziesi&#261;t wiosen, a od stu sze&#347;&#263;dziesi&#281;ciu nie para&#322; si&#281; ju&#380; przetwarzaniem najrozmaitszych odpadk&#243;w w sztuczne kartofle. Polana z trzema &#347;wierkami sta&#322;a si&#281; w&#243;wczas widowni&#261; zbiorowego sza&#322;u weso&#322;o&#347;ci.

Tam jest pantoplan? upewnia&#322; si&#281; z niedowierzaniem Adam.

Pewno. Stoi sobie jakby nigdy nic. Znalaz&#322;em go niemal od razu

Ale Adam zrezygnowa&#322; z wys&#322;uchania dalszego ci&#261;gu opowie&#347;ci sympatycznego pana Romejki.

Pchamy  skin&#261;&#322; energicznie na Marka i na powr&#243;t chwyci&#322; burt&#281; motolotki. Wsp&#243;lnymi si&#322;ami przeci&#261;gn&#281;li &#322;&#243;dk&#281; przez p&#322;ycizn&#281;, wspomagani zach&#281;caj&#261;cymi okrzykami le&#347;niczego.

Kiedy lotka zako&#322;ysa&#322;a si&#281; na g&#322;&#281;bszej wodzie b&#322;&#281;kitnego jeziora, Adam odwr&#243;ci&#322; si&#281;.

Podrzuci mnie pan tam? poprosi&#322; le&#347;niczego.

Przecie&#380; czekam  odpowiedzia&#322; ten spokojnie.

Asystent s&#322;awnego profesora, kt&#243;ry by&#322; i kt&#243;rego nie by&#322;o w opuszczonym Instytucie, ruszy&#322; w stron&#281; zaparkowanego le&#347;nego &#322;azika.

P&#322;y&#324; prosto do obozu  m&#243;wi&#322; do Marka, wspinaj&#261;c si&#281; na stromy brzeg. Powiedz im, &#380;eby przestali szuka&#263;. Pewnie do tej pory buszuj&#261; po lesie, zagl&#261;daj&#261;c za ka&#380;dy krzaczek. Nied&#322;ugo wr&#243;c&#281;. Ale pami&#281;taj  zatrzyma&#322; si&#281; i raz jeszcze spojrza&#322; ch&#322;opcu prosto w oczy  o tamtym ani s&#322;owa!



4.Spisek

Lidka by&#322;a sama. Mia&#322;a na sobie z&#322;ocisty kostium k&#261;pielowy, w kt&#243;rym wygl&#261;da&#322;a jak marzenie. Jej kasztanowe w&#322;osy l&#347;ni&#322;y w promieniach s&#322;o&#324;ca, toruj&#261;cych sobie drog&#281; przez konary sosen.

Dziewczyna siedzia&#322;a na &#322;aweczce przed kuchenk&#261; umieszczon&#261; na kamieniach i przygotowywa&#322;a obiad. Obok niej le&#380;a&#322;y srebrzyste pojemniki &#380;ywno&#347;ciowe i konserwy. Nad promiennikiem drga&#322;o rozgrzane powietrze. Zaj&#281;ta prac&#261; nie spostrzeg&#322;a Marka, kt&#243;ry nadszed&#322; &#347;cie&#380;k&#261; biegn&#261;c&#261; od przystani. Ch&#322;opiec natomiast na jej widok zacz&#261;&#322; zwalnia&#263; zwalnia&#263; a&#380; stan&#261;&#322;. Zapomnia&#322; o bol&#261;cych nogach, pragnieniu, nawet o nieszcz&#281;snym profesorze w postrz&#281;pionej koszuli.

W pewnej chwili odruchowo przyg&#322;adzi&#322; swoj&#261; niesforn&#261;, jasn&#261; czupryn&#281;. Nast&#281;pnie, r&#243;wnie, odruchowo i ca&#322;kowicie bezwiednie powiedzia&#322;:

Ooooch

Dziewczyna podskoczy&#322;a, jakby tu&#380; obok kto&#347; odpali&#322; rakiet&#281;, utkwi&#322;a w Marku spojrzenie szeroko otwartych oczu i opu&#347;ci&#322;a r&#281;ce. Jeden z pojemnik&#243;w potoczy&#322; si&#281; bezszelestnie po grubej warstwie igliwia. Chwil&#281; siedzia&#322;a bez ruchu, po czym z i&#347;cie kobiec&#261; logik&#261;, jak os&#261;dzi&#322; ch&#322;opiec, zrobi&#322;a nad&#261;san&#261; min&#281;.

Dlaczego mnie straszysz?! sykn&#281;&#322;a. Co to za kawa&#322;y?!

Marek przymkn&#261;&#322; na moment oczy, otworzy&#322; je ponownie i bez s&#322;owa usiad&#322; na skraju &#322;aweczki po przeciwnej stronie obozowej kuchni. Nast&#281;pnie bardzo powoli i ostro&#380;nie wyprostowa&#322; nogi. Mimo &#380;e zaciska&#322; z&#281;by, wyrwa&#322;o mu si&#281; ciche sykni&#281;cie.

Sta&#322;o ci si&#281; co&#347;?  Lidka nagle zmieni&#322;a ton. Wiesz, jak si&#281; tu wszyscy o ciebie martwili?!

Niepotrzebnie. Wszyscy?

No

Powiedz mi  ch&#322;opiec przypomnia&#322; sobie, co obieca&#322; Adamowi  gdzie jest reszta? Szukaj&#261; jeszcze pantoplanu?

Sk&#261;d wiesz Marku! To ty zabra&#322;e&#347; pojazd?! wycelowa&#322;a w niego palec. Ch&#322;opiec jednak nie ugi&#261;&#322; si&#281; przed tym oskar&#380;ycielskim gestem.

No wiesz mrukn&#261;&#322; z ura&#380;on&#261; godno&#347;ci&#261; w&#322;asn&#261; uczonego, kt&#243;remu zarzucono, &#380;e nie umie tabliczki mno&#380;enia. Je&#347;li uwa&#380;asz, &#380;e by&#322;bym zdolny do czego&#347; takiego, to nie sko&#324;czy&#322;, ale nie ulega&#322;o w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e odpowied&#378; twierdz&#261;ca spowoduje straszne nast&#281;pstwa.

To sk&#261;d w takim razie wiesz, &#380;e nie ma pantoplamu? Lidka zrobi&#322;a chytr&#261; min&#281;.

Ch&#322;opiec u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; s&#322;abo.

Spotka&#322;em Adama  powiedzia&#322; niepewnie, my&#347;l&#261;c r&#243;wnocze&#347;nie, &#380;e s&#322;&#243;wko spotka&#322;em nie oddaje zbyt wiernie istoty sprawy.

Lidka unios&#322;a si&#281; odrobin&#281;, po czym znowu usiad&#322;a.

By&#322;e&#347; tam? Naprawd&#281;?

Ch&#322;opiec uchyli&#322; si&#281; od odpowiedzi.

A potem le&#347;niczy powiedzia&#322; nam, &#380;e znalaz&#322; pantoplan na tej polance wiesz, tym naszym uroczysku.

Kartoflanym?

Uhm.

Oczy dziewczyny nadal &#347;wieci&#322;y jak dwa p&#322;omyki.

To spotkali&#347;cie Romejk&#281;? Gdzie? Czy by&#322; tak&#380;e tam?

Markowi i tym razem uda&#322;o si&#281; omin&#261;&#263; pu&#322;apk&#281;.

Powiedz mi  poprosi&#322; podnosz&#261;c si&#281; z wyra&#378;nym trudem  gdzie s&#261; Zula, Anna i Jacek? Je&#347;li jeszcze szukaj&#261;

W&#322;a&#347;nie id&#261;  mrukn&#281;&#322;a dziewczyna zawiedzionym tonem.

Ch&#322;opiec odwr&#243;ci&#322; si&#281; i ujrza&#322; tych, o kt&#243;rych pyta&#322;, wychodz&#261;cych w&#322;a&#347;nie na polank&#281;.

Och, jeste&#347;!  krzykn&#281;&#322;a Zula. Przebieg&#322;a kilka krok&#243;w, zanim przypomnia&#322;a sobie, &#380;e s&#261; powody, dla kt&#243;rych powitanie powracaj&#261;cego podr&#243;&#380;nika powinno wypa&#347;&#263; nieco ch&#322;odniej. Zwolni&#322;a i nasro&#380;y&#322;a si&#281;.

Zwariowa&#322;e&#347; do reszty?! wyr&#281;czy&#322;a mam&#281; Anna. Nie do&#347;&#263;, &#380;e uciekasz, niby to do Instytutu, to jeszcze kradniesz pantoplan! Zatrzyma&#322;a si&#281; przed winowajc&#261; i m&#243;wi&#322;a zdyszanym, gniewnym g&#322;osem:  A my przez ciebie zdzieramy nogi po ca&#322;ym lesie. Kiedy przyjedzie ojciec, powiem mu, &#380;e nie powinien zabiera&#263; na Transplutona niedowarzonych sztubak&#243;w!

Gdzie w ko&#324;cu by&#322;e&#347;?  Zula wymin&#281;&#322;a zgrabnie Ann&#281; i stan&#281;&#322;a mi&#281;dzy ni&#261; a Markiem.

Mniejsza gdzie by&#322;em  odpowiedzia&#322; niegrzecznie ch&#322;opiec. Zreflektowa&#322; si&#281; i zawo&#322;a&#322; z wyrzutem:  Mamo!..

Mamo  powt&#243;rzy&#322;a Anna wydymaj&#261;c ironicznie wargi. Lidka wyda&#322;a jaki&#347; cichy okrzyk, niestety lub na szcz&#281;&#347;cie zgo&#322;a niezrozumia&#322;y, a Zula u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; niespodziewanie.

Z cz&#322;owiekiem, kt&#243;ry ma &#347;wie&#380;o za sob&#261; ci&#281;&#380;kie przej&#347;cia, nale&#380;y post&#281;powa&#263; rozwa&#380;nie  stwierdzi&#322;a filozoficznie. My tak&#380;e  obejrza&#322;a si&#281; na Ann&#281; i Jacka  musimy troch&#281; och&#322;on&#261;&#263;. Przestraszy&#322;e&#347; nas ale t&#281; histori&#281; od&#322;&#243;&#380;my na p&#243;&#378;niej. A teraz powiedz, czy wiesz co&#347; o pantoplanie?

Jest na uroczym kartoflisku to znaczy kartoflim no! zez&#322;o&#347;ci&#322;a si&#281; Lidka, kt&#243;ra postanowi&#322;a wyr&#281;czy&#263; Mark&#261;, ale z wielkiego po&#347;piechu popl&#261;ta&#322; jej si&#281; j&#281;zyk.

Na uroczysku? domy&#347;li&#322;a si&#281; Zula. Naprawd&#281;?  spojrza&#322;a pytaj&#261;co na ch&#322;opca.

Tak.

Ty nim tam pojecha&#322;e&#347;?

Nie.

Sta&#322; si&#281; co&#347; dziwnie rozmowny  zauwa&#380;y&#322; od niechcenia Jacek. Jajog&#322;owy bra&#322; udzia&#322; w przetrz&#261;saniu lasu, dotar&#322;, nawet do domu pana Romejki, a mimo to wygl&#261;da&#322;, jakby przed chwil&#261; wr&#243;ci&#322; od fryzjera i zd&#261;&#380;y&#322; si&#281; jeszcze przebra&#263;. Ten fakt nie wiedzie&#263; czemu do reszty wyprowadzi&#322; Marka z r&#243;wnowagi.

M&#243;wi&#281;, jak mi si&#281; podoba  zrobi&#322; kilka krok&#243;w w stron&#281; Jacka i przybra&#322; pozycj&#281; boksersk&#261;.  Masz co&#347; przeciwko temu?

Brat Lidki cofn&#261;&#322; si&#281; i wycedzi&#322; przez z&#281;by:

Sk&#322;onno&#347;&#263; do agresji by&#322;a cech&#261; lud&#243;w pierwotnych. Kiedy b&#281;d&#281; dyrektorem instytutu, zaanga&#380;uj&#281; socjolog&#243;w, na wypadek gdyby&#347;my kiedy&#347; w kosmosie mieli spotka&#263; istoty na ni&#380;szym stopniu rozwoju. Poza tym, powtarzam: w szko&#322;ach powinni lepiej uczy&#263; historii, i to poczynaj&#261;c od m&#322;odszych klas

Opr&#243;cz sk&#322;onno&#347;ci do agresji cech&#261; umys&#322;&#243;w pierwotnych by&#322;o tak&#380;e, o ile mi wiadomo, bezgraniczne zadufanie w sobie  parskn&#281;&#322;a Lidka. W ka&#380;dym razie ja s&#322;ysza&#322;am o tym w m&#322;odszych klasach

Mo&#380;e ju&#380; dosy&#263;?  wtr&#261;ci&#322;a pojednawczym tonem Zula. Poprawi&#322;a wdzi&#281;cznym ruchem swoje pi&#281;kne czarne w&#322;osy i u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;.  Pogadali&#347;cie sobie, a teraz pom&#243;&#380;cie Lidce przygotowa&#263; obiad. Po jedzeniu &#322;atwiej doj&#347;&#263; do porozumienia tego nauczono mnie ju&#380; w najstarszych klasach za&#347;mia&#322;a si&#281; cicho i Marek mia&#322; w tej chwili ochot&#281; obj&#261;&#263; mam&#281;, jak to robi&#322; b&#281;d&#261;c w klasach najm&#322;odszych

D&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; nikt nic nie m&#243;wi&#322;. Lidka nie potrzebowa&#322;a w&#322;a&#347;ciwie pomocy, bo wszystko by&#322;o ju&#380; gotowe. Anna nakry&#322;a tylko sk&#322;adany stolik, a Marek przyni&#243;s&#322; wod&#281; mineraln&#261; i col&#281;, kt&#243;re studzi&#322;y si&#281; w pobliskim, specjalnie pog&#322;&#281;bianym, piaszczystym &#378;r&#243;de&#322;ku.

Usiedli na brzozowej &#322;aweczce i &#322;owili smakowite zapachy, dobiegaj&#261;ce z promiennika.

Wi&#281;c jak to w&#322;a&#347;ciwie by&#322;o z tym pantoplanem? teraz dopiero zagadn&#281;&#322;a Zula.

Wracali&#347;my z Adamem i spotkali&#347;my pana Romejk&#281;. Powiedzia&#322; nam, &#380;e kiedy dowiedzia&#322; si&#281; o zagini&#281;ciu pojazdu, sam zacz&#261;&#322; go szuka&#263;  wyja&#347;nia&#322; Marek  i &#380;e znalaz&#322; go na kartoflanym uroczysku. Wtedy Adam kaza&#322; mi wr&#243;ci&#263; tutaj, &#380;eby&#347;cie przestali szuka&#263;, a sam pojecha&#322; z le&#347;niczym jego &#322;azikiem

To znaczy  skwitowa&#322;a spokojnie mama  &#380;e zaraz powinien by&#263;. Wi&#281;c kto w&#322;a&#347;ciwie zabra&#322; pojazd?

Jacek zrobi&#322; min&#281;, jakby chcia&#322; powiedzie&#263; jeszcze si&#281; pytasz, ale poprzesta&#322; na tym. Anna prychn&#281;&#322;a. Tylko Lidka spojrza&#322;a na Zul&#281; z przej&#281;ciem.

W&#322;a&#347;nie  wyszepta&#322;a. Czy kto&#347; chcia&#322; go ukra&#347;&#263;?

Znowu zapanowa&#322;a cisza.

Takie rzeczy si&#281; nie zdarzaj&#261;  orzek&#322; wreszcie kategorycznie Jacek. Osobi&#347;cie s&#261;dz&#281;, &#380;e

Nikt nigdy nie dowiedzia&#322; si&#281; jednak, co przysz&#322;y dyrektor Instytutu s&#261;dzi o domniemanej kradzie&#380;y, bo z g&#322;&#281;bi lasu dobieg&#322;y odg&#322;osy jakby nadci&#261;gaj&#261;cej burzy. Lekko zadr&#380;a&#322;a ziemia. Na g&#322;owy siedz&#261;cych posypa&#322;y si&#281; suche sosnowe szpilki. Moment p&#243;&#378;niej pomi&#281;dzy drzewami ujrzeli opas&#322;e cielsko pantoplanu. Pojazd zatrzyma&#322; si&#281; tam, gdzie le&#347;na droga przechodzi&#322;a w w&#261;sk&#261; &#347;cie&#380;k&#281;. Us&#322;yszeli stuk zatrzaskiwanej klapy w&#322;azu i po chwili na polank&#281; wbieg&#322; Adam.

Co, obiad?! rzuci&#322; weso&#322;o na widok skupionej przy stole gromadki. &#346;wietnie! Jestem g&#322;odny jak wilk

Umyj r&#281;ce  powiedzia&#322;a zamy&#347;lona Zula.

Adam stan&#261;&#322; zdziwiony.

Co? Oczywi&#347;cie, umyj&#281;

Zula zreflektowa&#322;a si&#281; i parskn&#281;&#322;a &#347;miechem, kt&#243;remu mimo powagi sytuacji zawt&#243;rowali wszyscy obecni.

Jakby&#347; wychowa&#322; dwoje takich ancymonk&#243;w  prze&#347;lizn&#281;&#322;a si&#281; czu&#322;ym spojrzeniem po twarzach Anny i Marka  to tak&#380;e m&#243;wi&#322;by&#347; czasem od rzeczy

To wcale nie by&#322;o od rzeczy  zaprzeczy&#322; rycersko Adam znikaj&#261;c w namiocie, z kt&#243;rego za chwil&#281; wyszed&#322; z r&#281;cznikiem i myd&#322;em. Umy&#322; r&#281;ce i twarz, prychaj&#261;c przy tym z zadowoleniem. Nast&#281;pnie podszed&#322; szybko do sto&#322;u.

Zguba si&#281; znalaz&#322;a  powt&#243;rzy&#322; informacj&#281;, przekazan&#261; ju&#380; przez Marka. Nie wiem, komu przysz&#322;o na my&#347;l pobawi&#263; si&#281; w pilota, ale z pewno&#347;ci&#261; nie by&#322; to nikt z nas. Gorzej nie zachowa&#322;aby si&#281; najbardziej niezdarna ma&#322;pa. Ugrz&#261;z&#322; w piasku i nie tylko nie potrafi&#322; uruchomi&#263; dyszy powietrznych, ale nawet wrzuci&#263; tylnego biegu. Znam tylko jednego cz&#322;owieka obdarzonego przez natur&#281; podobnym antytalentem

Wi&#281;c co si&#281; w&#322;a&#347;ciwie sta&#322;o? spyta&#322;a zniecierpliwiona Anna.

Nic  Adam zrobi&#322; niewinn&#261; min&#281;.  Pantoplanu nie by&#322;o, pantoplan jest. Hokus  pokus. Marka nie by&#322;o  za&#347;mia&#322; si&#281; kr&#243;tko  Marek jest. Czego jeszcze chcecie? Dostaniemy wreszcie co&#347; do zjedzenia?

Czy nie mia&#322;am racji m&#243;wi&#261;c, &#380;e pewnym osobnikom trzeba nape&#322;ni&#263; brzuchy, zanim wydob&#281;dzie si&#281; od nich jakie&#347; ludzkie s&#322;owo? westchn&#281;&#322;a z kosmicznym ubolewaniem Zula. Oczywi&#347;cie  doda&#322;a zaraz  dotyczy to g&#322;&#243;wnie m&#281;&#380;czyzn.

Tak! Adam k&#322;apn&#261;&#322; z&#281;bami i potoczy&#322; doko&#322;a dzikim wzrokiem. Miejcie si&#281; na baczno&#347;ci. Je&#347;&#263;!!!

Lidka wsta&#322;a. Dzisiaj ona mia&#322;a dy&#380;ur i odpowiada&#322;a za zaspokojenie apetyt&#243;w mieszka&#324;c&#243;w puszczy nad b&#322;&#281;kitnym jeziorem.

Mimo wszystko m&#243;g&#322;by&#347; co&#347; powiedzie&#263;  zamrucza&#322;a cierpko Anna. Przecie&#380; biegali&#347;my po lesie wszyscy, a co do Marka spu&#347;ci&#322;a oczy  zgoda, &#380;e przyczynili&#347;my si&#281; do jego wyskoku troch&#281;  zastrzeg&#322;a si&#281; pospiesznie  co go oczywi&#347;cie nie rozgrzesza, ale dalej nie wiemy, gdzie by&#322; i co wyprawia&#322;. A pantoplan

Maaee b&#380;ee biii baa ci&#281;kie wiii zauwa&#380;y&#322; Adam.

Co? zabrzmia&#322; ch&#243;r zdumionych g&#322;os&#243;w.

Przecie&#380; m&#243;wi&#281;!  zirytowa&#322; si&#281; Adam, prze&#322;ykaj&#261;c pot&#281;&#380;ny kawa&#322; syntetycznego indyka. Indyk by&#322; sztuczny, ale najstarsi ludzie twierdzili zgodnie, &#380;e wyrabiane ostatnio koncentraty s&#261; smaczniejsze ni&#380; produkty dawnych farm drobiu. Nic dziwnego, &#380;e Adam chwilowo nie m&#243;g&#322; wyrazi&#263; si&#281; ja&#347;niej. Za moment jednak naprawi&#322; sw&#243;j b&#322;&#261;d:  Marek prze&#380;y&#322; dzisiaj bardzo ci&#281;&#380;kie chwile  powt&#243;rzy&#322; dobitnie, po czym niespodziewanie parskn&#261;&#322; g&#322;o&#347;nym &#347;miechem. Kiedy sobie przypomn&#281; ha! ha! ha! m&#322;ody naukowiec zamachn&#261;&#322; si&#281; widelcem i korzystaj&#261;c z tego, &#380;e mia&#322; w&#322;a&#347;nie otwarte usta, w&#322;adowa&#322; do nich porcj&#281;, kt&#243;ra co najmniej na dalsz&#261; minut&#281; uniemo&#380;liwi&#322;a mu branie udzia&#322;u w rozmowie.

Wiele przemawia za tym  powiedzia&#322;a pogodnie Zula  &#380;e b&#281;dziemy musieli uzbroi&#263; si&#281; w cierpliwo&#347;&#263;.

Kto&#347; jednak wzi&#261;&#322; pantoplan  przypomnia&#322; przez nos Jacek  Ten kto&#347;

Jedz! przerwa&#322;a mu stanowczo Lidka, mierz&#261;c brata karc&#261;cym spojrzeniem. Potem ol&#347;nisz nas swoimi teoryjkami. Nie po to m&#281;czy&#322;am si&#281; przy kuchni, &#380;eby teraz wszystko wystyg&#322;o.

Kobieta! mrukn&#261;&#322; swoje Jacek, ale pos&#322;usznie si&#281;gn&#261;&#322; po widelec.

Wreszcie Adam westchn&#261;&#322; i odsun&#261;&#322; opr&#243;&#380;niony pojemnik.

Przyprowadzi&#322;em go tutaj  skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; w stron&#281; majacz&#261;cego w&#347;r&#243;d drzew pojazdu  bo trzeba przeczy&#347;ci&#263; dysze. Chc&#281; tak&#380;e sprawdzi&#263; uk&#322;ad sterowania. Kto&#347;, kto wybra&#322; si&#281; na nim na przeja&#380;d&#380;k&#281;, nie mia&#322; zielonego poj&#281;cia S&#322;uchaj  zwr&#243;ci&#322; si&#281; nagle powa&#380;nym tonem do Zuli  musz&#281; z tob&#261; porozmawia&#263;

Teraz?

A my? obruszy&#322;a si&#281; Lidka.

A ja? podkre&#347;li&#322; osobno swoje prawa Jacek.

Ciebie tak&#380;e zostawi&#261; na lodzie  uspokoi&#322;a go gorzkim tonem Anna. Nie maj&#261; serca ani dla w&#322;asnych dzieci, ani dla przysz&#322;ych dyrektor&#243;w

Wszyscy pr&#243;cz Jacka za&#347;miali si&#281; kr&#243;tko, ale ten &#347;miech nie zabrzmia&#322; nazbyt weso&#322;o. Jajog&#322;owy natomiast pokr&#281;ci&#322; ze zdumieniem g&#322;ow&#261;, jakby dziwi&#261;c si&#281;, &#380;e co&#347; takiego w og&#243;le mog&#322;o go spotka&#263;. W rzeczywisto&#347;ci jego zdziwienie mia&#322;o nieco g&#322;&#281;bsze przyczyny. Nawet bowiem przyszli wielcy uczeni miewaj&#261; swoje s&#322;abo&#347;ci. W wypadku Jacka ta s&#322;abo&#347;&#263; nosi&#322;a imi&#281; Anna.

Rzecz jasna, jajog&#322;owy nigdy w &#380;yciu nie przyzna&#322;by si&#281; nawet sam przed sob&#261;, &#380;e byle blond g&#322;&#243;wka zaprz&#261;ta jego my&#347;li w stopniu wi&#281;kszym ni&#380; teoria wielkich szybko&#347;ci, fluktuacja czy cho&#263;by wzory geometrodynamiczne. Wi&#281;kszo&#347;&#263; dziewcz&#261;t posiada jednak zdolno&#347;&#263; przenikania tego rodzaju sekret&#243;w, nawet najbardziej ukrywanych, i zdolno&#347;&#263; ta nie by&#322;a obca tak&#380;e siostrzyczce Marka. Dodajmy, &#380;e i j&#261; w pewien szczeg&#243;lny, a mi&#322;y spos&#243;b niepokoi&#322; przysz&#322;y uczony, kt&#243;ry zachowywa&#322; si&#281; dziwnie, traktowa&#322; wszystkich z g&#243;ry, ale wiedzia&#322; rzeczywi&#347;cie du&#380;o ciekawych rzeczy. Nie by&#322;aby jednak siostr&#261; swego brata, gdyby chwilami nie potrafi&#322;a spojrze&#263; na post&#281;powanie Jacka trze&#378;wo i z humorem. Nie m&#243;wi&#261;c o tym, &#380;e musia&#322;aby nie by&#263; m&#322;od&#261;, &#347;liczn&#261; dziewczyn&#261;, &#380;eby jeszcze p&#243;&#378;niej ni&#380; jajog&#322;owy nie strzec swojego sekretu. W tej sytuacji nie trzeba chyba wyja&#347;nia&#263;, &#380;e te sekrety i Anny, i Jacka dla nikogo pr&#243;cz nich samych nie by&#322;y tajemnic&#261;. Co nie zmienia faktu, &#380;e biedny jajog&#322;owy zupe&#322;nie nie spodziewa&#322; si&#281; ataku ze strony &#322;agodnej zwykle, przynajmniej dla niego, dziewczyny. St&#261;d to jego niebotyczne zdumienie i gorzki wyraz w oczach, jakie pojawi&#322;y si&#281; po ostatnim wyst&#261;pieniu Anny. Zula wsta&#322;a.

Obiad by&#322; pyszny  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; do Lidki.

Dzi&#281;kuj&#281;.

Dzi&#281;kuj&#281;  zabrzmia&#322;y s&#322;abo cztery g&#322;osy.

To mo&#380;e przejdziemy si&#281; kawa&#322;ek? Adam nie czekaj&#261;c na odpowied&#378; wzi&#261;&#322; Zul&#281; pod rami&#281; i poprowadzi&#322; j&#261; w stron&#281; pojazdu. &#379;ywo gestykuluj&#261;c lew&#261; r&#281;k&#261; m&#243;wi&#322; co&#347; szybko i z przej&#281;ciem, jednak tak cicho, &#380;e pozosta&#322;a przy stole czw&#243;rka nie us&#322;ysza&#322;a ani jednego s&#322;owa.

Nic nam nie powiedzieli  poskar&#380;y&#322;a si&#281; wreszcie Lidka. Popatrzy&#322;a z wyrzutem na Marka i doda&#322;a:

Przynajmniej ty m&#243;g&#322;by&#347; by&#263; troch&#281; mniej tajemniczy. Gdzie by&#322;e&#347;?

W Instytucie  odrzek&#322; niech&#281;tnie.

Naprawd&#281;?

Naprawd&#281;.

Wi&#281;c jednak? zdziwi&#322; si&#281; uprzejmie Jacek.

Bujda! prychn&#281;&#322;a pogardliwie Anna.

No i co? Lidka przesun&#281;&#322;a si&#281; na &#322;aweczce, przybli&#380;aj&#261;c troch&#281; do Marka.

Czy nie s&#261;dzisz, &#380;e zaczynamy by&#263; tutaj zbyteczni? zauwa&#380;y&#322; Jacek ostentacyjnie oboj&#281;tnym tonem. Jego oczy patrzy&#322;y w niebo ponad przeciwleg&#322;ym brzegiem jeziora.

Ty w ka&#380;dym razie tak! wypali&#322;a Lidka nie odwracaj&#261;c g&#322;owy.

Marek mia&#322; do&#347;&#263;. Bola&#322;y go wszystkie ko&#347;ci, ale znalaz&#322; tylko jedno rozwi&#261;zanie. Zerwa&#322; si&#281; i zmusi&#322; do u&#347;miechu.

Do wody! zawo&#322;a&#322;. Pu&#347;ci&#322; si&#281; biegiem ku brzegowi i po chwili opisawszy w powietrzu niezbyt udany &#322;uk, znikn&#261;&#322; za pomostem. W g&#243;r&#281; trysn&#281;&#322;a prawdziwa fontanna. Tysi&#261;ce kropel wody zal&#347;ni&#322;o w s&#322;o&#324;cu.

Lidka oci&#261;gaj&#261;c si&#281; ruszy&#322;a w kierunku pomostu. Anna tak&#380;e wsta&#322;a i spojrza&#322;a pytaj&#261;co na Jacka. Ten &#347;ci&#261;gn&#261;&#322; wargi.

Nie powinno si&#281; p&#322;ywa&#263; po jedzeniu  stwierdzi&#322; rzeczowo, co jego urocza siostra skwitowa&#322;a swoim pe&#322;nym wdzi&#281;ku: phi!

S&#322;o&#324;ce ukry&#322;o si&#281; za grup&#261; kilkunastu wy&#380;szych drzew jakby ustawionych specjalnie w miejscu, gdzie W lipcowe wieczory zasypia dzie&#324;.

Jeszcze raz wszystko obliczy&#322;em  odezwa&#322; si&#281; p&#243;&#322;g&#322;osem Aldam  i doszed&#322;em do wniosku, &#380;e profesor Sponka mo&#380;e tu by&#263; ju&#380; jutro.

Marek poczu&#322;, &#380;e w zapadaj&#261;cym zmroku jego my&#347;li staj&#261; si&#281; s&#322;oneczne i pogodne. Ojciec. Opowie o wszystkim ojcu. Kto wie co Adam naszepta&#322; Zuli? Mama bardzo lubi&#322;a m&#322;odego Kapic&#281; i zapewne &#322;atwo by&#322;oby mu j&#261; przekona&#263;, ze dzia&#322;a w najlepszej wierze cokolwiek by zrobi&#322;. Ale z ojcem nie p&#243;jdzie mu tak &#322;atwo. Bogdan Sponka uwa&#380;a&#322; Aleksandra Wielkiego Drugiego za jednego z najwybitniejszych &#380;yj&#261;cych uczonych. Kiedy si&#281; dowie, &#380;e Marek na w&#322;asne oczy widzia&#322; starego profesora w op&#322;akanym stanie pod g&#322;&#243;wn&#261; hal&#261; Instytutu, kiedy ch&#322;opiec mu powt&#243;rzy s&#322;owa Adama strzelaj do wszystkiego, kiedy opisze odg&#322;os upadku, tam, w mroku pod galeryjk&#261;

Czy to naprawd&#281; ju&#380; jutro?

Do ko&#324;ca dnia Marek odpowiada&#322; p&#243;&#322;g&#281;bkiem na zadawane mu pytania. Wbrew swemu zwyczajowi nie wybra&#322; si&#281; wraz z innymi na ostatni wieczorny spacer. Poszed&#322; spa&#263;.


Wicher gi&#261;&#322; do ziemi nie tylko smuk&#322;e brzozy i pojedyncze sosny, ale nawet kr&#281;pe, roz&#322;o&#380;yste ostrokrzewy. Nad lejkowat&#261; wie&#380;&#261; Instytutu p&#322;yn&#281;&#322;y ci&#281;&#380;kie, niskie chmury, prze&#347;wietlone ponur&#261; czerwieni&#261;.

Dalej nie p&#243;jdziesz! zabrzmia&#322; g&#322;os podobny do grzmotu.

Marek ujrza&#322; przed sob&#261; trzy stalowe postacie. Zagradza&#322;y wej&#347;cie do g&#322;&#243;wnej hali, gdzie chcia&#322; si&#281; schroni&#263; przed burz&#261;.

W tym momencie za plecami robot&#243;w pojawi&#322;a si&#281; wychud&#322;a posta&#263; w potarganej, niebieskiej koszuli. Profesor! Uni&#243;s&#322; wysoko r&#281;k&#281; i pomacha&#322; ni&#261;, jakby wzywaj&#261;c ch&#322;opca do siebie. Nagle znieruchomia&#322;. Obejrza&#322; si&#281; l&#281;kliwie i znika&#322;. Zamiast niego przed bram&#261; sta&#322; Adam. Zabrzmia&#322; g&#322;o&#347;ny, drwi&#261;cy &#347;miech. Pad&#322;y jakie&#347; s&#322;owa, kt&#243;re jednak zag&#322;uszy&#322; &#347;wist wiatru. Stoj&#261;ce przed Markiem automaty poruszy&#322;y si&#281; i zgodnie da&#322;y krok do przodu. Ch&#322;opiec cofn&#261;&#322; si&#281; odruchowo. To znaczy chcia&#322; si&#281; cofn&#261;&#263;, ale przeszkodzi&#322; mu pot&#281;&#380;ny wicher, dm&#261;cy prosto w plecy. Roboty Zbli&#380;y&#322;y si&#281; jeszcze o krok. Marek otworzy&#322; usta do krzyku, jednak nie uda&#322;o mu si&#281; wydoby&#263; g&#322;osu. B&#322;ysn&#281;&#322;o, ale zamiast grzmotu ponownie rozleg&#322; si&#281; przera&#380;aj&#261;cy &#347;miech. &#346;rodkowy robot zamigota&#322; jaskrawymi lampkami. Wyci&#261;gn&#261;&#322; do ch&#322;opca swoje stalowe wysi&#281;gniki zako&#324;czone pot&#281;&#380;nymi kleszczami.

Nie! wrzasn&#261;&#322; Marek, kt&#243;ry nagle odzyska&#322; zdolno&#347;&#263; mowy. Robot roze&#347;mia&#322; mu si&#281; w nos. Ch&#322;opiec poczu&#322;, &#380;e co&#347; go dotyka, najpierw delikatnie, potem coraz silniej, jakby niecierpliwie. Wreszcie dotyk przeobrazi&#322; si&#281; w brutalne szarpanie. Nie! zapiszcza&#322;a znowu ofiara stalowego potwora.

Co znaczy nie?! powiedzia&#322; robot dziwnie znajomym g&#322;osem, w kt&#243;rym tym razem nie by&#322;o nic strasznego. Burza jakby si&#281; oddali&#322;a. Nie nie  m&#243;wi&#322; ten sam g&#322;os  tylko wstawaj! Woda jak grzana &#322;azienka przygotowana dla ja&#347;nie pana!

Marek z ogromnym zdziwieniem otworzy&#322; oczy i ujrza&#322; tu&#380; nad sob&#261; szerok&#261;, u&#347;miechni&#281;t&#261; twarz ojca. Profesor Sponka mia&#322; na sobie jedynie spodenki k&#261;pielowe i ocieka&#322; wod&#261;.

Nad drzewami &#347;wieci&#322;o s&#322;o&#324;ce. Ga&#322;&#261;zki jag&#243;d i trawa l&#347;ni&#322;y od rosy.

Tato! Marek oprzytomnia&#322; wreszcie i zerwa&#322; si&#281; na r&#243;wne nogi. Sk&#322;adane polowe &#322;&#243;&#380;eczko zaskrzypia&#322;o ostrzegawczo. Tato! powt&#243;rzy&#322; ch&#322;opiec padaj&#261;c ojcu w ramiona. Odskoczy&#322; natychmiast i wzdrygn&#261;&#322; si&#281;.

Brr! zawo&#322;a&#322;, spogl&#261;daj&#261;c na l&#347;ni&#261;c&#261; od wody pier&#347; ojca. Zrozumia&#322;, sk&#261;d wzi&#261;&#322; si&#281; deszcz w jego &#347;nie.

Bogdan! z g&#322;&#281;bi namiotu dobieg&#322; zaspany, ale uradowany damski g&#322;os.

Co si&#281; dzieje? wymamrota&#322; inny, st&#322;umiony g&#322;os. P&#322;achta s&#261;siedniego namiotu wzd&#281;&#322;a si&#281; jak &#380;agiel i po chwili wyjrza&#322;y z niego twarzyczki Anny i Lidki.

Ty wariacie! zawo&#322;a&#322;a przestraszona Zula, bo profesor Sponka, wypu&#347;ciwszy z obj&#281;&#263; syna zaj&#261;&#322; si&#281; z kolei &#380;on&#261;. Porwa&#322; j&#261; z &#322;&#243;&#380;ka i przytuli&#322; mocno do swojej zimnej i mokrej piersi.

Do wody!

Na wszystkich mo&#380;liwych &#347;wiatach znam tylko j&#281;drn&#261; osob&#281;  powiedzia&#322; Adam, kt&#243;ry wyszed&#322; w&#322;a&#347;nie z trzeciego namiotu, okrutnie rozczochrany, ale ju&#380; w spodenkach k&#261;pielowych  zdoln&#261; do urz&#261;dzenia spokojnym ludziom tak okrutnej pobudki. Dzie&#324; dobry, profesorze! za&#347;mia&#322; si&#281;.  Widocznie tam, gdzie pan ostatnio bawi&#322;, by&#322;o troch&#281; sucho. Zat&#281;skni&#322; pan do wody? No to dalej! zako&#324;czy&#322; weso&#322;o.

Marek spochmurnia&#322;. Stan&#281;&#322;y mu przed oczami sceny z poprzedniego dnia. Poczekaj  pomy&#347;la&#322; ponuro  nied&#322;ugo przestaniesz si&#281; &#347;mia&#263;

Wybieg&#322;y Lidka i Anna, obie w kostiumach k&#261;pielowych. Profesor Sponka przy akompaniamencie pisk&#243;w i okrzyk&#243;w u&#347;ciska&#322; c&#243;rk&#281;, nast&#281;pnie stan&#261;&#322; przed Lidk&#261;, przekrzywi&#322; g&#322;ow&#281; i wpatrzy&#322; si&#281; z u&#347;miechem w pi&#281;kne orzechowe oczy, pe&#322;ne jeszcze snu.

Co za dziewczyna! powiedzia&#322; zachwyconym g&#322;osem. Marku? rzuci&#322; nie odwracaj&#261;c si&#281;.  Czy ty, ciekawski, lekkomy&#347;lny m&#322;odzie&#324;cze, zdajesz sobie spraw&#281;, jaki skarb

On sobie zdaje spraw&#281;  zapewni&#322;a ojca Anna.

Bogdan Sponka roze&#347;mia&#322; si&#281; serdecznie.

Moja krew! zawo&#322;a&#322; z dum&#261;. Lidka spu&#347;ci&#322;a skromnie oczy. W tym momencie z namiotu wynurzy&#322;a si&#281; imponuj&#261;ca posta&#263; jajog&#322;owego. Jacek mia&#322; na sobie swoje d&#322;ugie, nienagannie wyprasowane spodnie i &#347;wie&#380;&#261;, zielonkaw&#261; koszul&#281;.

Dzie&#324; dobry, panie profesorze  rzek&#322; przymilnym tonem. Podszed&#322; bli&#380;ej i sk&#322;oni&#322; si&#281; ociekaj&#261;cej wod&#261; i ogromnie zdumionej postaci. Bardzo si&#281; ciesz&#281;, &#380;e pan zako&#324;czy&#322; swoje tak wa&#380;ne badania i przylecia&#322;

A to co znowu?! hukn&#261;&#322; Sponka, kt&#243;ry odzyska&#322; wreszcie g&#322;os. Kpisz sobie z biednego tu&#322;acza?! A poza tym czy masz zwyczaj k&#261;pa&#263; si&#281; w spodniach?

On uwa&#380;a  Lidka zachichota&#322;a cicho  &#380;e przysz&#322;y dyrektor instytutu powinien zawsze wygl&#261;da&#263; tak, jak na posiedzeniu Rady Naukowej. Poza tym rano jezioro jest dla niego zbyt zimne, a w po&#322;udnie oddaje si&#281; rozmy&#347;laniom. Z kolei jest tak&#380;e wrogiem k&#261;pieli po jedzeniu

Wysz&#322;a Zula w czarnym kostiumie, kt&#243;ry zdobi&#322; wyhaftowany wielki, pomara&#324;czowy kwiat. Ze swoj&#261; smag&#322;&#261; cer&#261;, d&#322;ugimi, ju&#380; jako tako uporz&#261;dkowanymi czarnymi w&#322;osami i zgrabn&#261; sylwetk&#261; bardziej ni&#380; kiedykolwiek wygl&#261;da&#322;a jak starsza siostra Anny. Niezbyt starsza, gdyby kto&#347; chcia&#322; wiedzie&#263;.

Co tu si&#281; w&#322;a&#347;ciwie dzieje?! zawo&#322;a&#322; z udanym zgorszeniem Bogdan. Same podlotki! Co&#347;cie zrobili z moj&#261; star&#261; &#380;on&#261;?!

Nigdy nie by&#322;o tu nikogo takiego  o&#347;wiadczy&#322; z przekonaniem Adam. Czy kto&#347; widzia&#322; w ci&#261;gu ostatnich trzech tygodni jak&#261;&#347; star&#261; &#380;on&#281;, do tego jeszcze profesorow&#261;?! popatrzy&#322; doko&#322;a wyzywaj&#261;cym wzrokiem.

Zula za&#347;mia&#322;a si&#281; i kokieteryjnie pogrozi&#322;a mu palcem. Nast&#281;pnie powiedzia&#322;a do Jacka:

Zrzu&#263; to  omiot&#322;a spojrzeniem wspania&#322;y str&#243;j jajog&#322;owego  i chod&#378; z nami do wody.

Jacek odpowiedzia&#322; wymuszonym u&#347;miechem, jeszcze raz z godno&#347;ci&#261; skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; Sponce i oddali&#322; si&#281; do swojego namiotu. Profesor odprowadzi&#322; go os&#322;upia&#322;ym wzrokiem, po czym spyta&#322; cicho:

On tak zawsze?

Nie. Na og&#243;&#322; jeszcze gorzej  orzek&#322;a Lidka, wzbudzaj&#261;c powszechn&#261; weso&#322;o&#347;&#263;.

Musz&#281; z tob&#261; porozmawia&#263;  kiedy ucich&#322; &#347;miech, Adam przysun&#261;&#322; si&#281; do profesora.

B&#322;agam ci&#281;, nie teraz. Jak tu cudownie  Bogdan rozejrza&#322; si&#281; po niebie, wierzcho&#322;kach drzew, b&#322;&#281;kitnej wodzie jeziora. Po tej czerni, gwiazdach, sztucznej atmosferze przez tyle dni  zaczerpn&#261;&#322; g&#322;&#281;boko powietrze i wyprostowa&#322; si&#281;.  Ziemia powiedzia&#322; z zadum&#261;.  Ziemia

Pozostali przygl&#261;dali mu si&#281; przez chwil&#281; w milczeniu.

By&#322;e&#347; na asteroidach? spyta&#322; wreszcie Marek.

Profesor przytakn&#261;&#322; ruchem g&#322;owy.

Sprawdza&#322;em pewne obliczenia w moim Ma&#322;ym Instytucie  za&#347;mia&#322; si&#281;. By&#322;, jak wiadomo, dyrektorem Instytutu Ma&#322;ych Planet, ale nazywa&#322; go zawsze w&#322;a&#347;nie tak, Ma&#322;ym Instytutem, w odr&#243;&#380;nieniu od plac&#243;wki, kt&#243;r&#261; kierowa&#322; wielki Kapica i z kt&#243;r&#261; ostatnio sam si&#281; zwi&#261;za&#322;.  Teraz b&#281;dziemy ju&#380; mogli zaczyna&#263;  zrobi&#322; pauz&#281;.

Co zaczyna&#263;?  nie wytrzyma&#322;a Lidka.

Wytycza&#263; drog&#281; do gwiazd  odpowiedzia&#322; powa&#380;nie Bogdan. Profesor Kapica

Marek podskoczy&#322;, jakby go co&#347; uk&#261;si&#322;o.

Tato! zawo&#322;a&#322;  ja koniecznie musz&#281; ci co&#347; powiedzie&#263;!..

Sponka spojrza&#322; ze zdziwieniem na syna.

C&#243;&#380; to za dzie&#324;!  zawo&#322;a&#322; z udan&#261; zgroz&#261;.  Co za powitanie! Ci&#261;gle kto&#347; chce mi powierza&#263; jakie&#347; tajemnice. Nic z tego, moje dzieci  pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;.  Najpierw k&#261;piel, potem &#347;niadanie i do roboty! Musimy zwin&#261;&#263; ob&#243;z i po&#380;egna&#263; to pi&#281;kne miejsce. A mo&#380;e nie chcecie lecie&#263; ze mn&#261;?  pytanie uzna&#322; wida&#263; za retoryczne, bo nie czekaj&#261;c na odpowied&#378; ci&#261;gn&#261;&#322;:  I tak zasiedzia&#322;em si&#281; na asteroidach d&#322;u&#380;ej, ni&#380; chcia&#322;em. Profesor Kapica na pewno ju&#380; si&#281; niecierpliwi. M&#243;j statek czeka na orbicie, ko&#322;o sztucznego satelity BOB23. Zwijamy ob&#243;z i startujemy.

Ale ja podj&#261;&#322; jeszcze pr&#243;b&#281; Marek, lecz zaraz umilk&#322;. Rozejrza&#322; si&#281; bezradnie. Nie, to na nic. Nie by&#322;o najmniejszych szans odci&#261;gni&#281;cia ojca i zamienienia z nim cho&#263; kilku zda&#324; na osobno&#347;ci. A przecie&#380; musz&#281;  pomy&#347;la&#322; z rozpacz&#261;.

Czym polecimy na satelit&#281;?  spyta&#322;a rozgor&#261;czkowana Lidka.

Macie tu zdaje si&#281; jaki&#347; mi&#281;dzygalaktyczny pocisk  za&#347;mia&#322; si&#281; Bogdan. A ja wyl&#261;dowa&#322;em ko&#322;o le&#347;nicz&#243;wki ma&#322;&#261; jednoosobow&#261; rakietk&#261;. Wezm&#281; j&#261; z powrotem na pok&#322;ad statku. Natomiast wasz pantoplan zostanie na BOB23 i b&#281;dzie tam na was czeka&#322;. O, jest Jacek! Wreszcie wygl&#261;dasz jak cz&#322;owiek! ucieszy&#322; si&#281; lustruj&#261;c wzrokiem mlecznobia&#322;&#261; sylwetk&#281; w czarnych slipach. Jajog&#322;owy odpowiedzia&#322; grymasem, kt&#243;ry od biedy mo&#380;na by uzna&#263; za u&#347;miech.

Przez najbli&#380;sze p&#243;&#322; godziny nad jeziorem rozbrzmiewa&#322;y jedynie odg&#322;osy chlupotania, pluskania i prychania, przerywane rzadkimi okrzykami zachwytu. Dzikie kaczki zaszy&#322;y si&#281; w trzcinach i stamt&#261;d nie&#347;mia&#322;ym pogderywaniem dawa&#322;y zna&#263; &#347;wiatu o swym niezadowoleniu.

A teraz biegi! zakomenderowa&#322; Sponka, kiedy ca&#322;a sz&#243;stka znalaz&#322;a si&#281; z powrotem na trawiastym brzegu. Do tamtej sosny  wskaza&#322; drzewko, rosn&#261;ce w odleg&#322;o&#347;ci stu pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu metr&#243;w. Kto przybiegnie pierwszy, zostanie wodzem wyprawy na Transplut&#243;na. Uwaga start!

Marek biega&#322; naprawd&#281; dobrze. Tu i &#243;wdzie, to znaczy bardziej tu ni&#380; &#243;wdzie, jego cia&#322;o zdobi&#322;y wprawdzie pi&#281;kne, fioletowe siniaki, pami&#261;tki po wczorajszych wzlotach i upadkach, ale poza tym by&#322; w ca&#322;kiem dobrej formie. Nic wi&#281;c dziwnego, &#380;e kiedy g&#322;&#243;wnej grupie biegaczy, kt&#243;rej przewodzi&#322; Bogdan, pozosta&#322;o jeszcze do celu jakie&#347; pi&#281;tna&#347;cie metr&#243;w, Marek okr&#261;&#380;ywszy wskazane drzewo, p&#281;dzi&#322; ju&#380; z powrotem w stron&#281; obozu.

Zbi&#243;rka za&#322;ogi za minut&#281;!  wydysza&#322;, przebiegaj&#261;c obok Jacka, kt&#243;ry stara&#322; si&#281; nad&#261;&#380;y&#263; za profesorem. I prosz&#281; o dobre &#347;niadanie dla dow&#243;dcy

Co to znaczy brak treningu! wysapa&#322; chwil&#281; p&#243;&#378;niej profesor, padaj&#261;c na &#322;aweczk&#281; obok Marka, kt&#243;ry siedzia&#322; ju&#380; spokojnie przy stole. Tam naprawd&#281; nie ma gdzie biega&#263;.

Ktokolwiek by wygra&#322;, i tak pan b&#281;dzie szefem naszej wyprawy  stwierdzi&#322; Jacek, jakby chcia&#322; da&#263; do zrozumienia, &#380;e gdyby istnia&#322;a inna mo&#380;liwo&#347;&#263;, bieg zako&#324;czy&#322;by si&#281; zupe&#322;nie inaczej.

Tak czy owak odpowiedzialno&#347;&#263; spada na Sponk&#281;, mniejsza czy ojca, czy syna  za&#347;mia&#322; si&#281; Bogdan. A czeka nas nie byle jaka podr&#243;&#380;! Dwadzie&#347;cia tysi&#281;cy razy dalej ni&#380; na przyk&#322;ad z Ziemi na Ksi&#281;&#380;yc. Bagatelka!

Ale pan bywa&#322; ju&#380; dalej  zauwa&#380;y&#322; przymilnie Jacek.

Ojciec Marka zrobi&#322; bardzo powa&#380;n&#261; min&#281; i przytakn&#261; ruchem g&#322;owy.

Owszem, Gdzie to ja nie bywa&#322;em, z kim nie miewa&#322;em do czynienia! W&#322;a&#347;nie ostatnio rozmawia&#322;em z doktorem Putilungwatantojad&#322;o z tysi&#261;c dwie&#347;cie osiemdziesi&#261;tej trzeciej galaktyki. Wraca&#322;em stamt&#261;d miliard Jat i przyznam si&#281; wam, &#380;e wraca&#322;em niech&#281;tnie. Doktor Putilungwatantojad&#322;o ma bowiem pi&#281;kne, kasztanowe w&#322;osy, i a&#380; siedem cudownie zgrabnych n&#243;&#380;ek

Dam ja ci doktora Puti co&#347; tam  mrukn&#281;&#322;a obiecuj&#261;co Zula, stawiaj&#261;c na stole tac&#281; ze &#347;niadaniem, co zosta&#322;o powitane zbiorowym pomrukiem uznania. Mama Marka, chc&#261;c uczci&#263; przybycie m&#281;&#380;a, obj&#281;&#322;a nadprogramowy dy&#380;ur i &#347;niadanie rzeczywi&#347;cie wypad&#322;o ol&#347;niewaj&#261;co.

Grunt, &#380;e dostali&#347;my jad&#322;o  profesor machn&#261;&#322; r&#281;k&#261;.  W zwi&#261;zku z tym oszcz&#281;dz&#281; wam opowie&#347;ci o innych powabach doktora Putilungwatanto nie mog&#261; jednak przemilcze&#263;, &#380;e pomijaj&#261;c kwesti&#281; ilo&#347;ci n&#243;&#380;ek, ten uczony z dalekiej galaktyki bardzo mi przypomina pewn&#261; obecn&#261; tu m&#322;od&#261; dam&#281;  to m&#243;wi&#261;c Sponka zrobi&#322; oko do Lidki. Zula wybuchn&#281;&#322;a &#347;miechem, a Marek skupi&#322; ca&#322;&#261; uwag&#281; na swoim talerzu.

Niepotrzebnie pan to m&#243;wi, profesorze  Jacek uni&#243;s&#322; brwi i przybra&#322; ton do&#347;wiadczonego pedagoga. Ona i tak ma przewr&#243;cone W g&#322;owie

Czy&#380;by? mrukn&#261;&#322; przybysz z asteroid&#243;w. To dobrze  zakonkludowa&#322;.  Nie ma nic gorszego, ni&#380; kobieta z kompleksami. Na przyk&#322;ad zazdro&#347;&#263; mojej &#380;ony o doktora Puti nie sko&#324;czy&#322;, bo nad sto&#322;em &#347;mign&#281;&#322;a celnie wymierzona soczysta pomara&#324;cza.

O, prosz&#281;!  wykrzykn&#261;&#322;, pochwyciwszy pachn&#261;cy pocisk i natychmiast j&#261;&#322; ob&#322;upywa&#263; go ze sk&#243;ry.

Jak nie mam mie&#263; przewr&#243;cone w g&#322;owie  za&#347;mia&#322;a si&#281; z lekkim przymusem Lidka zarumieniona po uszy  skoro najwi&#281;ksi uczeni m&#243;wi&#261; mi takie rzeczy. Zreszt&#261; to u nas rodzinne. Jacek ma tak&#380;e nies&#322;ychanie wysokie mniemanie o w&#322;asnej

Urodzie? podchwyci&#322; ze zrozumieniem Bogdan.

Rozumiem, rozumiem pokiwa&#322; z namaszczeniem g&#322;ow&#261;.

Nie! gwa&#322;townie zaprotestowa&#322; napi&#281;tnowany. Wszyscy si&#281; roze&#347;miali.

Na twoim miejscu nie ufa&#322;bym zdaniu uczonych  Zula u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; sceptycznie do Lidki  przynajmniej pod tym wzgl&#281;dem. Zawsze zajmie ich bardziej doktor jaki&#347; tam z siedmioma n&#243;&#380;kami

To prawda  przyzna&#322; z ca&#322;&#261; powag&#261; profesor Sponka. Uczeni nie s&#261; w tej dziedzinie kompetentni. Wystarczy popatrze&#263; na ich &#380;ony. &#379;eni&#261; si&#281; zawsze z najbrzydszymi kobietami w Uk&#322;adzie S&#322;onecznym

Wszyscy spojrzeli na pi&#281;kn&#261;, smag&#322;&#261; twarz Zuli.

Nie mam pod r&#281;k&#261; niczego ci&#281;&#380;kiego  o&#347;wiadczy&#322;a spokojnie najbrzydsza &#380;ona pod s&#322;o&#324;cem  a drugiej pomara&#324;czy nie dostaniesz. Tym razem wi&#281;c ujdzie ci to bezkarnie

Szkoda  westchn&#261;&#322; u&#322;askawiony. Pomara&#324;cze macie naprawd&#281; znakomite

Kiedy b&#281;d&#281; dyrektorem instytutu zacz&#261;&#322; Jacek i ugryz&#322; si&#281; w j&#281;zyk.

O sekund&#281; za p&#243;&#378;no.

B&#281;dziesz dyrektorem? zdziwi&#322; si&#281; uprzejmie Bogdan. Czy naukowcem?

Prosz&#281;!  zawo&#322;a&#322;a tryumfalnie Lidka  i kto ma przewr&#243;cone w g&#322;owie?!

Mo&#380;na by&#263; i uczonym, i dyrektorem  przyszed&#322; Jackowi z pomoc&#261; Adam, kt&#243;ry nie bra&#322; dot&#261;d udzia&#322;u w rozmowie.

Bo ja wiem? profesor dyrektor Sponka pokiwa&#322; z pow&#261;tpiewaniem g&#322;ow&#261;. Odpowiedzia&#322; mu jeszcze jeden ch&#243;ralny wybuch &#347;miechu.

No, do&#347;&#263; tego ob&#380;arstwa  Adam spojrza&#322; porozumiewawczo na profesora. Mog&#281; ci&#281; na chwil&#281; przeprosi&#263;?

Bogdan wzni&#243;s&#322; oczy do nieba i westchn&#261;&#322;.

Znowu? Co si&#281; sta&#322;o?

Tato! Marek zerwa&#322; si&#281; i stan&#261;&#322; mi&#281;dzy ojcem a Adamem. Prosi&#322;em ci&#281;

Ludzie! krzykn&#261;&#322; Bogdan, zas&#322;aniaj&#261;c sobie obiema d&#322;o&#324;mi uszy. Po kolei Czy to co&#347; wa&#380;nego? spojrza&#322; na Adama.

Ten skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Tak.

Profesor wsta&#322;. U&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; przepraszaj&#261;co do syna i powiedzia&#322;:

Zaczynajcie zwija&#263; ob&#243;z. My zaraz si&#281; do was przy&#322;&#261;czymy. Chod&#378;, Adam skin&#261;&#322; na m&#322;odego naukowca i odeszli razem, kieruj&#261;c si&#281; w stron&#281; lasu.

Marek patrzy&#322; za nimi z zas&#281;pion&#261; twarz&#261;. &#379;eby nie wiem co  postanowi&#322; sobie w duchu  porozmawiam z ojcem przed startem. A je&#347;li nie, to po powrocie z Transplutona przyjad&#281; prosto tutaj. Powiem, &#380;e czego&#347; zapomnia&#322;em

Nagle uderzy&#322;a go nowa my&#347;l. A je&#347;li tam na kra&#324;cach Uk&#322;adu S&#322;onecznego powita ich najspokojniej profesor Kapica? Pomimo &#380;e by&#322; tak&#380;e tu, w opuszczonym Instytucie? Mo&#380;e. Adam inaczej rozegra&#322; swoj&#261; ponur&#261; parti&#281;, ni&#380; to sobie Marek wczoraj wyobrazi&#322;? By&#322; jeszcze bardziej przebieg&#322;y? Nie tylko uprowadzi&#322; s&#322;ynnego uczonego z Transplutona, ale podstawi&#322; tam r&#243;wnocze&#347;nie jego sobowt&#243;ra? A wi&#281;c mia&#322; wsp&#243;lnika? Wi&#281;c to by&#322; spisek?

Ch&#322;opiec zamkn&#261;&#322; na moment oczy, tylko po to, &#380;eby zaraz je otworzy&#263; i wzruszy&#263; ramionami. Nonsens  omal nie.powiedzia&#322; tego na g&#322;os. Wsp&#243;lnicy, spisek, wszystko po to, by umo&#380;liwi&#263; Adamowi po&#322;&#261;czenie si&#281; z jego sza&#322;ow&#261; blondynk&#261;, w wypadku gdyby zgodnie z tez&#261; Marka profesor Kapica postanowi&#322; zrezygnowa&#263; z pomocy swego stryjecznego wnuka i asystenta? Zupe&#322;na bzdura. Nie, trzeba koniecznie powiedzie&#263; ojcu.

Powzi&#261;wszy to niewykonalne na razie postanowienie, ch&#322;opiec otrz&#261;sn&#261;&#322; si&#281; ze swoich my&#347;li i zabra&#322; wraz z innymi do roboty przy zwijaniu obozu.

Kiedy Adam i ojciec Marka wr&#243;cili, po biwaku pozosta&#322;y ju&#380; tylko &#347;lady. Ani jeden, ani drugi nie odzywali si&#281; s&#322;owem. Pomogli przy likwidacji kuchni, sto&#322;u i &#322;aweczki oraz spaleniu &#347;mieci w specjalnym promienniku. Nast&#281;pnie wszyscy przyst&#261;pili od razu do przenoszenia baga&#380;u. I Bogdan, i m&#322;ody Kapica sprawiali wra&#380;enie pogr&#261;&#380;onych w my&#347;lach. Na nieliczne pytania odpowiadali monosylabami i nie zawsze przytomnie. Wida&#263; by&#322;o, &#380;e bardzo im si&#281; spieszy.

W pewnej chwili Marek zdecydowa&#322; si&#281;. Podszed&#322; do ojca i dotkn&#261;&#322; jego ramienia.

Wiem, wiem  zamrucza&#322; profesor, nie patrz&#261;c synowi w oczy. M&#243;wi&#322; mi Adam, &#380;e nie wytrzyma&#322;e&#347; i wybra&#322;e&#347; si&#281; do Instytutu. Nie powiniene&#347; by&#322; tego robi&#263;

Tato  w g&#322;osie Marka zabrzmia&#322;a desperacja  ja musz&#281; ci powiedzie&#263;. Tam jest Kapica  szepn&#261;&#322;, przytykaj&#261;c usta do ucha ojca.

Co? spyta&#322; z roztargnieniem Bogdan. Ach tak, Kapica. Wiem, wiem. W&#322;a&#347;nie do niego lecimy.

Marek j&#281;kn&#261;&#322;. Dalsze pr&#243;by wtajemniczenia ojca w spisek, uknuty przeciwko s&#322;ynnemu profesorowi, uniemo&#380;liwi&#322;o mu pojawienie si&#281; Adama.

Powiedzia&#322;e&#347; im ju&#380;?  spyta&#322;, patrz&#261;c przenikliwie na ch&#322;opca.

Marek otworzy&#322; usta, &#380;eby udzieli&#263; jakiej&#347; piekielnie chytrej odpowiedzi, ale okaza&#322;o si&#281;, &#380;e pytanie nie by&#322;o skierowane do niego.

Nie  rzek&#322; ojciec. Ale zaraz powiem. S&#322;uchajcie! zawo&#322;a&#322; g&#322;o&#347;no, &#380;eby wszyscy mogli go us&#322;ysze&#263;  zmienili&#347;my troch&#281;.plany. Ja polec&#281; pierwszy. Przygotuj&#281; bram&#281; tryumfaln&#261; na wasze przyj&#281;cie  usi&#322;owa&#322; si&#281; u&#347;miechn&#261;&#263;, ale rozci&#261;gn&#261;&#322; tylko usta, jakby udawa&#322; &#380;ab&#281;, co wcale nie wygl&#261;da&#322;o &#347;miesznie. W ka&#380;dym razie no i profesor zaj&#261;kn&#261;&#322; si&#281;  wi&#281;c ja wystartuj&#281; teraz, a wy za jakie&#347; p&#243;&#322; godziny. Adam zna tor i has&#322;o wywo&#322;awcze BOB23. Tak To by&#322;oby wszystko. No to  rozejrza&#322; si&#281; niezbyt przytomnie  na razie! pomacha&#322; im na po&#380;egnanie i ju&#380; go nie by&#322;o.

Marek odprowadza&#322; znajom&#261; sylwetk&#281; os&#322;upia&#322;ym wzrokiem. Po raz pierwszy w &#380;yciu z&#322;apa&#322; ojca na k&#322;amstwie. A wi&#281;c sprawy zasz&#322;y a&#380; tak daleko? Adam opowiedzia&#322; jak&#261;&#347; bajeczk&#281;, a profesor Sponka uwierzy&#322;. Uwierzy&#322; tak samo jak przedtem Zula. Prze&#380;ywa&#322; m&#281;ki wyja&#347;niaj&#261;c rzekomy pow&#243;d swojego wcze&#347;niejszego startu, ale zada&#322; sobie ten gwa&#322;t, i to w najlepszej wierze. Co takiego wymy&#347;li&#322; Adam? Ile powiedzia&#322; ojcu i jak uzasadni&#322; swoje post&#281;powanie, &#380;e ten, nie&#347;wiadom prawdziwych cel&#243;w Kapicy juniora, jeszcze mu pomaga&#322;? Bo przecie&#380; nie ulega&#322;o w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e niespoziewany wcze&#347;niej odlot ojca wi&#261;&#380;e si&#281; z tym, co us&#322;ysza&#322;. Ale dlaczego ojciec wystartowa&#322; przed nimi? Co nielojalny asystent chcia&#322; w ten spos&#243;b osi&#261;gn&#261;&#263;?

Chmura, spowijaj&#261;ca my&#347;li ch&#322;opca, sta&#322;a si&#281; czarna i ci&#281;&#380;ka. Niemo&#380;liwe, &#380;eby Adam nam&#243;wi&#322; ojca na co&#347;, co by&#322;oby wymierzone przeciw s&#322;ynnemu uczonemu. Niemniej Aleksander Wielki Drugi pozostanie bez pomocy w opuszczonym Instytucie. Kto zaj&#261;&#322; jego miejsce na Transplutonie?

Przekonamy si&#281;  pomy&#347;la&#322; Marek zaciskaj&#261;c pi&#281;&#347;ci. Na miejscu &#322;atwiej b&#281;dzie zdekonspirowa&#263; oszusta. I przekona&#263; ojca. Wtedy wr&#243;c&#261; od razu po prawdziwego Kapic&#281;.

Na polance ko&#322;o pantoplanu sta&#322; &#322;azik le&#347;niczego Romejki. On sani czeka&#322; oparty o burt&#281;. Kiedy ujrza&#322; nadchodz&#261;cych, przywita&#322; ich u&#347;miechem.

Przyszed&#322;em si&#281; po&#380;egna&#263;  powiedzia&#322;.  Odprowadzi&#322;em tak&#380;e profesora Sponk&#281; i jego za&#322;og&#281;. Warn b&#281;dzie wygodniej  poklepa&#322; d&#322;oni&#261; pancerz pantoplanu. Nie to co tamta zabaweczka. Ledwie si&#281; zmie&#347;cili

Nie lecimy daleko  Zula odpowiedzia&#322;a u&#347;miechem sympatycznemu le&#347;niczemu. Na orbicie czeka na nas du&#380;y statek mojego m&#281;&#380;a. B&#281;dziemy podr&#243;&#380;owa&#263; w luksusowych warunkach.

Do widzenia panu  Anna tak&#380;e u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; do Romejki. Bardzo tu pi&#281;knie u pana. Na pewno b&#281;dziemy wraca&#263; nad nasze jezioro

Kiedy b&#281;d&#281; dyrektorem instytutu, zbudujemy tutaj pomnik na pami&#261;tk&#281; budowniczych pierwszego poligonu do&#347;wiadczalnego  z&#322;o&#380;y&#322; o&#347;wiadczenie Jacek. Mn&#243;stwo ludzi b&#281;dzie do pana przyje&#380;d&#380;a&#263;.

Tylko nie to! za&#347;mia&#322; si&#281; le&#347;niczy. Zreszt&#261;, na szcz&#281;&#347;cie, ca&#322;y teren mojej puszczy &#322;&#261;cznie z dawnym Instytutem ma by&#263; rezerwatem.

Ale nas pan nie wyrzuci? spyta&#322;a przymilnie Lidka, przekrzywiaj&#261;c kokieteryjnie g&#322;&#243;wk&#281;.

Zawsze znajd&#281; dla was &#322;adne i ciche miejsce  odpowiedzia&#322; Romejko, patrz&#261;c z przyjemno&#347;ci&#261; w orzechowe oczy dziewczyny. O ile wy sami nie zapomnicie o moim lasku

Nigdy! zapewni&#322; go gor&#261;co ch&#243;r niedawnych obozowicz&#243;w.

No, kochani  Adam spojrza&#322; na zegarek  czas na nas. P&#243;&#322; godziny min&#281;&#322;o. Do widzenia  pomacha&#322; r&#281;k&#261; le&#347;niczemu, po czym otworzy&#322; pancerny, owalny w&#322;az pojazdu i znikn&#261;&#322; w jego mrocznym wn&#281;trzu. Chwil&#281; p&#243;&#378;niej us&#322;yszeli cichy, wysoki szum. Ruszy&#322;y silniki.

Czy to mo&#380;liwe  my&#347;la&#322; gor&#261;czkowo Marek  &#380;eby nikt nie zwr&#243;ci&#322; uwagi na to, co powiedzia&#322; Romejko? Odprowadzi&#322;em profesora i jego za&#322;og&#281; A potem doda&#322; jeszcze: ledwie si&#281; zmie&#347;cili

Kto by&#322; z ojcem? Kto przywita ich, nie na Transplutonie, ale zaraz, za kilka minut, kiedy spotkkaj&#261; si&#281; w rakiecie dalekiego zasi&#281;gu, kt&#243;r&#261; Bogdan wr&#243;ci&#322; z astroid&#243;w?

Marek zamy&#347;li&#322; si&#281; g&#322;&#281;boko.

Je&#347;li masz zamiar zosta&#263;  dobieg&#322; go przyt&#322;umiony g&#322;os Zuli, ju&#380; z g&#322;&#281;bi pojazdu  to popro&#347; pana Romejk&#281;, &#380;eby ci&#281; st&#261;d zabra&#322;. Nie wolno sta&#263; tu&#380; ko&#322;o startuj&#261;cego pojazdu

Ch&#322;opiec podskoczy&#322;. Jednym susem dopad&#322; w&#322;azu. Zapomnia&#322; nawet pomacha&#263; poczciwemu le&#347;niczemu, kt&#243;rego pojazd oddala&#322; si&#281; pozostawiaj&#261;c za sob&#261; delikatny ob&#322;oczek py&#322;u. Polana by&#322;a piaszczysta.

Trzy dwa jeden zero odlicza&#322; monotonny g&#322;os ma&#322;ego, pok&#322;adowego komputera. Marek po&#347;piesznie wci&#261;ga&#322; na siebie skafander. Niebawem trzeba si&#281; b&#281;dzie przesi&#261;&#347;&#263;. W przestrzeni mo&#380;na to robi&#263; tylko w kompletnych pr&#243;&#380;niowych ubiorach.



5.Ostrze&#380;enie specjalne

Zielona nitka na ekranie szybkiego radaru przemie&#347;ci&#322;a si&#281; w prawo, po czym zatoczy&#322;a ciasny &#322;uk. W rzeczywisto&#347;ci ta nitka, kt&#243;ra wskazywa&#322;a kierunek do BOB23, sta&#322;a ca&#322;y czas nieruchomo. To tylko pantoplan przyst&#261;pi&#322; do manewr&#243;w poprzedzaj&#261;cych spotkanie z inn&#261; jednostk&#261;.

Sztuczny satelita by&#322; ju&#380; blisko. Za iluminatorami widnia&#322;a jego paj&#281;cza konstrukcja, o&#347;wietlona blaskiem pot&#281;&#380;nych reflektor&#243;w. Marek przytkn&#261;&#322; nos do szyby i patrzy&#322; ciekawie. Nagle widok przes&#322;oni&#322;a jaka&#347; czarna masa, wyros&#322;a tu&#380; za owalnym okienkiem.

Zderzenie! krzykn&#261;&#322; ch&#322;opiec odruchowo odskakuj&#261;c od iluminatora. Odpowiedzia&#322; mu cichy &#347;miech Adama.

Tak  potwierdzi&#322; m&#322;ody naukowiec nie odwracaj&#261;c si&#281; od pulpitu sterowniczego  zderzenie. W&#322;a&#347;nie taranujemy statek profesora Sponki

Dziewcz&#281;ta zachichota&#322;y. Jacek mrukn&#261;&#322; co&#347; niezrozumiale i pokiwa&#322; z politowaniem g&#322;ow&#261;.

Marek w milczeniu przesun&#261;&#322; si&#281; z powrotem bli&#380;ej okienka. Nie popisa&#322; si&#281; jako (bywalec kosmosu. Powinien by&#322; zda&#263; sobie spraw&#281;, &#380;e pantoplan ju&#380; dobr&#261; chwil&#281; temu wytraci&#322; szybko&#347;&#263; niemal do zera. Ale gdyby ta rozchichotana gromadka wiedzia&#322;a to co on i gdyby na przyk&#322;ad pod jajowat&#261; czaszk&#261; brata Lidki k&#322;&#281;bi&#322;y si&#281; r&#243;wnie ponure my&#347;li

Zero i zero  powiedzia&#322; Adam. Co u ciebie, profesorze?

Witajcie  pop&#322;yn&#261;&#322; z g&#322;o&#347;nika d&#378;wi&#281;czny baryton Bogdana Sponki. Zapraszam na obiad. Krem pieczarkowy, paszteciki, zrazy a la Saturn, sa&#322;atka s&#322;oneczna, lody po ganimedzku i mro&#380;ona cola. Czym chata bogata

Czy nie da&#322;oby si&#281; jako&#347; przyspieszy&#263; tej przesiadki? zainteresowa&#322;a si&#281; &#380;ywo Lidka.

Tak, w&#322;a&#347;nie? podchwyci&#322;a ochoczo Zula. Anna znowu zachichota&#322;a.

Weso&#322;o im  przemkn&#281;&#322;o przez my&#347;l Markowi. Nie da si&#281; jednak ukry&#263;, &#380;e przera&#380;aj&#261;ca tajemnica, jak&#261; chowa&#322; w sobie ch&#322;opiec, nie przeszkodzi&#322;a mu powoli i dok&#322;adnie przejecha&#263; j&#281;zykiem po wargach.

Moja rakietka jest jeszcze na zewn&#261;trz  m&#243;wi&#322; dalej profesor Sponka ju&#380; powa&#380;niejszym tonem. Spieszy&#322;em si&#281;, &#380;eby wszystko przygotowa&#263; na wasze przyj&#281;cie i nie zd&#261;&#380;y&#322;em zamkn&#261;&#263; jej w &#322;adowni. Dlatego musicie troch&#281; uwa&#380;a&#263;, kiedy b&#281;dziecie przeskakiwa&#263; do statku. Jej dysze nap&#281;dowe wydzielaj&#261; silne szcz&#261;tkowe promieniowanie

Znowu jakie&#347; szcz&#261;tkowe promieniowanie  pomy&#347;la&#322; z ironi&#261; Marek.

No, dzieci, wysiada&#263;  Adam podni&#243;s&#322; si&#281; z fotela pilota i wyprostowa&#322;.  Opuszczamy pantoplan. Potem satelita sam wprowadzi go na odpowiedni&#261; orbit&#281;, a kiedy wr&#243;cicie, podstawi go wam z powrotem. &#379;egnaj, poczciwy gruchocie  za&#347;mia&#322; si&#281;.  Witajcie gwiazdy!..

Gwiazd by&#322;o miliony milion&#243;w. Kiedy po sprawdzeniu szczelno&#347;ci skafandr&#243;w i po kr&#243;tkim pobycie w &#347;luzie ch&#322;opiec stan&#261;&#322; wreszcie w otwartym w&#322;azie, ujrza&#322; doko&#322;a jakby czarnogranatowe niesko&#324;czone pole, na kt&#243;rym jak okiem si&#281;gn&#261;&#263; rozkwitaj&#261; &#347;wiec&#261;ce bia&#322;oz&#322;ote i z&#322;otoczerwone k&#322;osy pszenicy. Tylko wok&#243;&#322; sztucznego satelity gwiazdy gin&#281;&#322;y w blasku reflektor&#243;w, a nieco w dole zas&#322;ania&#322;a je nieregularna plama czerni. Statek ojca. Ta plama by&#322;a przek&#322;uta jednym nik&#322;ym &#347;wiate&#322;kiem, oznaczaj&#261;cym otwarty go&#347;cinnie w&#322;az wielkiej rakiety.

Jacek idzie pierwszy  us&#322;ysza&#322; w s&#322;uchawkach umieszczonych wewn&#261;trz kasku g&#322;os Adama. Wezwany odbi&#322; si&#281; troch&#281; niezgrabnie od progu &#347;luzy i da&#322; nura w czarn&#261; pustk&#281;.

Pistolet! upomnia&#322;a przysz&#322;ego dyrektora Zula.

Nikn&#261;ca w mroku posta&#263; w bia&#322;ym skafandrze da&#322;a o sobie zna&#263; fioletowym ognikiem. Pos&#322;uguj&#261;c si&#281; pistoletem gazowym, kt&#243;rego odrzut pop&#281;dza&#322; cia&#322;o zawieszonego w przestrzeni cz&#322;owieka w po&#380;&#261;danym kierunku, Jacek zmierza&#322; prosto ku czekaj&#261;cemu statkowi. Po Jacku t&#281; sam&#261; drog&#281; odby&#322;y Anna i Lidka. Kiedy przysz&#322;a kolej na Marka, ch&#322;opiec zawaha&#322; si&#281; przez moment. Nie dlatego &#380;eby droga przez pr&#243;&#380;ni&#281; budzi&#322;a w nim l&#281;k. Przeciwnie, uwielbia&#322; takie swobodne &#380;eglowanie pod gwiazdami, czy lepiej w&#347;r&#243;d gwiazd. Ale &#380;al mu by&#322;o tego widoku, tej nie os&#322;oni&#281;tej przestrzeni bez kresu, kt&#243;ra cho&#263; tak ogromna, pe&#322;na najdziwniejszych zagadek, wybuchaj&#261;cych s&#322;o&#324;c, &#347;wiec&#261;cych i czarnych ob&#322;ok&#243;w, jednak ulega&#322;a powoli ludziom, stawa&#322;a si&#281; dla nich drog&#261; wiod&#261;c&#261; ku coraz dalszym galaktykom i tajemnicom.

No, hop! us&#322;ysza&#322; za sob&#261; weso&#322;y okrzyk Zuli. Wtedy westchn&#261;&#322; i zrobi&#322; ten jeden krok, kt&#243;ry pilot&#243;w ery kosmicznej tak cz&#281;sto prowadzi od &#347;wiata Ziemi, kt&#243;rego cz&#261;stk&#261; jest przecie&#380; ka&#380;da rakieta  do &#347;wiata gwiazd.

W&#322;az wielkiego, pokrytego czerwonym pancerzem statku osi&#261;gn&#261;&#322; bez k&#322;opot&#243;w. Chwil&#281; tylko zmarudzi&#322;, kiedy zza burty opuszczonego ju&#380; przez wszystkich pantoplanu wy&#322;oni&#322;a si&#281; Ziemia. Jeziora, lasy, morza i g&#243;ry starej ojczyzny s&#261; bardzo pi&#281;kne. Ale prawdziw&#261; warto&#347;&#263; Ziemi mo&#380;na oceni&#263; dopiero tutaj, kiedy ukazuje si&#281; jako cudowna, kolorowa, opalizuj&#261;ca kula, przypominaj&#261;ca dzie&#322;o natchnionego rze&#378;biarza.

Marek westchn&#261;&#322; ponownie, tym razem z najczystszego zachwytu, po czym ju&#380; bez dalszej zw&#322;oki wp&#322;yn&#261;&#322; do &#347;luzy ojcowskiego statku. Zaraz za nim wyl&#261;dowa&#322;a Zula, a po niej Adam. Wtedy nad w&#322;azem, zap&#322;on&#281;&#322;a pomara&#324;czowa lampka. Klapa zamkn&#281;&#322;a si&#281;, przylgn&#261;wszy szczelnie do pancerza. Czekali jeszcze chwil&#281;, zanim &#347;luza wype&#322;ni si&#281; powietrzem. Wreszcie pomara&#324;czowe &#347;wiate&#322;ko zgas&#322;o, a na jego miejscu ukaza&#322;o si&#281; zielone. Wtedy otwar&#322;y si&#281; drzwi prowadz&#261;ce do wn&#281;trza statku.

Wszyscy pozbywali si&#281; swoich ci&#281;&#380;kich, pr&#243;&#380;niowych stroj&#243;w, jedynie Adam nie zdj&#261;&#322; nawet kasku. Za prze&#378;roczyst&#261; os&#322;on&#261; wida&#263; by&#322;o jego dziwnie powa&#380;n&#261;, skupion&#261; twarz. Marek pos&#322;a&#322; mu kos&#281; spojrzenie. Czy m&#322;ody Kapica znowu co&#347; knuje?

Na co czekasz, Adam? spyta&#322;a Zula, wyg&#322;adzaj&#261;c sw&#243;j b&#322;&#281;kitny, lekki kombinezon, kt&#243;ry mia&#322;a pod skafandrem. Nie interesuje ci&#281; powitalny obiad Bogdana?

Owszem  mrukn&#261;&#322; zagadni&#281;ty. Ale przyjd&#281; troch&#281; p&#243;&#378;niej. Musimy sprowadzi&#263; rakietk&#281; profesora na pok&#322;ad inaczej nie mogliby&#347;my wyruszy&#263;. A przecie&#380; ka&#380;da chwila jest droga. Zjemy, kiedy statek b&#281;dzie ju&#380; w drodze

Masz ci los  u&#380;ali&#322;a si&#281; Lidka. A tak si&#281; &#322;adnie zacz&#281;&#322;o

B&#281;dzie &#322;adnie i potem  uspokoi&#322; j&#261; z u&#347;miechem Adam. To nie potrwa d&#322;ugo

Co oni b&#281;d&#261; robi&#263; z t&#261; rakietk&#261;?  zada&#322; sobie w duchu pytanie Marek. Przecie&#380; ojciec m&#243;g&#322; j&#261; z powodzeniem sam ulokowa&#263; w &#322;adowni.

W tym momencie przypomnia&#322; sobie, &#380;e le&#347;niczy Romejko m&#243;wi&#322; o za&#322;odze profesora Sponki.

W &#322;adowni nie ma powietrza. Nie mo&#380;na tak&#380;e przej&#347;&#263; z niej do mieszkalnej cz&#281;&#347;ci statku. W razie potrzeby automaty same przygotowuj&#261; pomocnicze pojazdy do drogi, wyprowadzaj&#261; je i podstawiaj&#261; pod w&#322;az osobowy. A wi&#281;c? Nie, &#380;eby nie wiem, co, musi zobaczy&#263; na w&#322;asne oczy wprowadzanie tej rakietki na pok&#322;ad i przekona&#263;, si&#281;, dlaczego Adam chce koniecznie asystowa&#263; ojcu przy tej czynno&#347;ci.

Przeszli wygodnym korytarzem i przez otwarte, prze&#378;roczyste drzwi wkroczyli do obszernej kabiny. By&#322;o to najwi&#281;ksze pomieszczenie na statku, jadalnia, salon wypoczynkowy, a tak&#380;e miejsce pracy nawigator&#243;w, o czym &#347;wiadczy&#322;y umieszczone pod &#347;cianami w&#261;skie pulpity. Po&#347;rodku sta&#322; owalny st&#243;&#322; otoczony fotelami.

Rozgo&#347;&#263;cie si&#281;  powiedzia&#322;a Zula.

Mama Marka pracowa&#322;a wprawdzie na Ziemi, ale towarzyszy&#322;a m&#281;&#380;owi w wielu kosmicznych podr&#243;&#380;ach i by&#322;a za pan brat ze wszystkimi mo&#380;liwymi statkami. Sama posiada&#322;a licencj&#281; pilota czwartej klasy, co upowa&#380;nia&#322;o j&#261; do samodzielnych lot&#243;w w ca&#322;ym Uk&#322;adzie S&#322;onecznym, z wyj&#261;tkiem strefy mi&#281;dzy S&#322;o&#324;cem a Merkurym, i to ona w&#322;a&#347;nie mia&#322;a pilotowa&#263; statek stacji badawczej, kt&#243;rym po kr&#243;tkiej wizycie ca&#322;a gromadka z wyj&#261;tkiem Bogdana i Adama b&#281;dzie wraca&#263; na Ziemi&#281;.

To s&#261; pulpity sterownicze komputera  doda&#322;a po chwili, widz&#261;c, &#380;e dzieci przygl&#261;daj&#261; si&#281; ciekawie zainstalowanym pod &#347;cianami aparatom. St&#261;d kieruje si&#281; poszczeg&#243;lnymi sekcjami g&#322;&#243;wnego m&#243;zgu statku i obserwuje wyniki ich pracy na tych ekranach

pokaza&#322;a prostok&#261;tne, oszklone okienka po&#347;wi&#281;caj&#261;ce blado nad ka&#380;dym z pulpit&#243;w. W pok&#322;adowym j&#281;zyku sala nosi nazw&#281; nawigatorni  ci&#261;gn&#281;&#322;a. A tutaj jest kabina pilot&#243;w  spojrza&#322;a w stron&#281; drzwi po przeciwnej stronie korytarza. Te drzwi by&#322;y tak&#380;e otwarte. Za przej&#347;ciem, nad ogromnymi fotelami ci&#261;gn&#281;&#322;y si&#281; tam p&#243;&#322;koliste wielkie ekrany, wida&#263; by&#322;o grube, kolorowe kable, rozmaite skomplikowane urz&#261;dzenia, setki sygnalizacyjnych lampek i wska&#378;nik&#243;w.

Stamt&#261;d wszed&#322; do nawigatorni profesor Sponka.

Prosimy, prosimy  powita&#322; przyby&#322;ych. Niestety  za&#347;mia&#322; si&#281;  co do obiadu, to obawiam si&#281;, &#380;e zbyt wcze&#347;nie narobi&#322;em wam apetytu

Co&#347; bym zjad&#322;a nie wytrzyma&#322;a Lidka, posy&#322;aj&#261;c gospodarzowi najpi&#281;kniejszy ze swoich u&#347;miech&#243;w. Ojciec Marka zrobi&#322; skruszon&#261; min&#281;. By&#322; w pr&#243;&#380;niowym skafandrze, tak samo jak Adam, tylko bez  kasku, kt&#243;ry trzyma&#322; pod pach&#261;.

Bardzo g&#322;odni  mrugn&#261;&#322; do Lidki  mog&#261; ju&#380; zaczyna&#263;.  Tylko chwilowo b&#281;dziecie musieli si&#281; obs&#322;ugiwa&#263; sarni. Musz&#281; jeszcze wyj&#347;&#263;, &#380;eby umie&#347;ci&#263; w grodzi &#322;adunkowej moj&#261; rakietk&#281;. Adam mi pomo&#380;e, wi&#281;c za pi&#281;&#263; minut b&#281;dziemy z powrotem. Ale prosz&#281;

wskaza&#322; nakryty zgodnie z zapowiedzi&#261; st&#243;&#322;  nie chcia&#322;bym nikogo nara&#380;a&#263; na &#347;mier&#263; g&#322;odow&#261;. By&#322;by to pierwszy tak haniebny wypadek na statkach naszych Instytut&#243;w

Poczekamy  zgodzi&#322;a si&#281; wielkodusznie Lidka.

Co do mnie  Zula omiot&#322;a fachowym spojrzeniem apetycznie wygl&#261;daj&#261;ce pojemniki  niczego nie obiecuj&#281;

W kasku, kt&#243;ry Bogdan nadal trzyma&#322; pod pach&#261;, co&#347; zaburcza&#322;o.

Tak, ju&#380;  powiedzia&#322; tw&#243;rca powitalnego obiadu. Marek odwr&#243;ci&#322; si&#281;. W drzwiach korytarza sta&#322; Adam. Oczywi&#347;cie maj&#261;c na g&#322;owie pr&#243;&#380;niowy he&#322;m m&#243;g&#322; porozumiewa&#263; si&#281; z innymi tylko przez radio. Jednak z tych innych jedynie ojciec mia&#322; przy sobie s&#322;uchawki, wprawdzie nie na skroniach, ale dostatecznie blisko, &#380;eby us&#322;ysze&#263;, co m&#243;wi m&#322;ody asystent. Zapewne Adam nalega&#322;, &#380;eby poszli ju&#380; za&#322;atwi&#263; te jakie&#347; dziwne sprawy, dotycz&#261;ce rakietki i jej za&#322;ogi.

Kiedy Adam wraz z profesorem Sponk&#261; znikn&#281;li w korytarzu, Marek spyta&#322; g&#322;o&#347;no:

Gdzie tutaj jest &#322;azienka?

Zula otworzy&#322;a usta, ale ubieg&#322; j&#261; Jacek.

Na statkach tego typu  zacz&#261;&#322; z namaszczeniem  odpadki trafiaj&#261; do stacji filtr&#243;w, gdzie s&#261; oczyszczane i kierowane do zbiornik&#243;w. Dlatego wszystkie pomieszczenia, w kt&#243;rych powstaj&#261; zanieczyszczenia, s&#261; zlokalizowane obok siebie, w pobli&#380;u centralnego ci&#261;gu przepompowni. A poniewa&#380; &#322;azienka nale&#380;y do takich w&#322;a&#347;nie pomieszcze&#324;

 &#321;azienka jest w po&#322;owie korytarza  zdo&#322;a&#322;a wreszcie wtr&#261;ci&#263; si&#281; Zula.

&#379;e te&#380; on nie potrafi dw&#243;ch s&#322;&#243;w powiedzie&#263; po ludzku uzna&#322;a za stosowane dorzuci&#263; Lidka.

Je&#347;li kto&#347; posiadaj&#261;cy kart&#281; pilota&#380;u, kt&#243;r&#261; si&#281; zreszt&#261; chwali na prawo i ma lewo, musi pyta&#263;, gdzie na statku jest &#322;azienka, to nie zas&#322;uguje, &#380;eby mu odpowiada&#263; po ludzku zauwa&#380;y&#322;a ch&#322;odnym tonem Anna. Jacek spojrza&#322; na ni&#261; przychylnym wzrokiem i sk&#322;oni&#322; z uznaniem g&#322;ow&#261;.

W innej sytuacji Marek z pewno&#347;ci&#261; nie by&#322;by pozostawi&#322; tych s&#322;&#243;w bez odpowiedzi. Teraz jednak mia&#322; wa&#380;niejsze sprawy na g&#322;owie. Wiedzia&#322; doskonale, gdzie nale&#380;y szuka&#263; &#322;azienki. Spyta&#322; specjalnie, i to tak g&#322;o&#347;no jedynie po to, &#380;eby obecni przyj&#281;li jego odej&#347;cie jako co&#347; naturalnego i nie dziwili si&#281;, &#380;e go nie ma. Nie pisn&#261;wszy s&#322;&#243;wkiem, okr&#281;ci&#322; si&#281; wi&#281;c tylko na pi&#281;cie i ruszy&#322; w &#347;lad za ojcem i Adamem.

Zaraz za drzwiami przyspieszy&#322;. Min&#261;&#322; szereg wej&#347;&#263; do kabin pasa&#380;erskich, &#322;azienki, salk&#281; z aparatur&#261; medyczn&#261; i znalaz&#322; si&#281; w miejscu, gdzie od korytarza odchodzi&#322;y dwie w&#261;skie odnogi. Lewa bieg&#322;a w d&#243;&#322;, ku maszynowni, prawa natomiast prowadzi&#322;a na wy&#380;szy pok&#322;ad, gdzie mi&#281;dzy innymi znajdowa&#322;a si&#281; ca&#322;a aparatura &#322;&#261;czno&#347;ci i g&#322;&#243;wne zespo&#322;y komputera.

Bez wahania skr&#281;ci&#322; w prawo i po chwili pi&#261;&#322; si&#281; ju&#380; w&#261;skimi kr&#281;conymi schodkami. M&#243;g&#322; skorzysta&#263; z windy, ale ba&#322; si&#281; zwr&#243;ci&#263; na siebie uwag&#281;. A nu&#380; ojciec i Adam zechc&#261; tak&#380;e co&#347; lub kogo&#347; przetransportowa&#263; na wy&#380;sze pi&#281;tro?

Dotar&#322; do niskiego, tr&#243;jk&#261;tnego przedsionka z trzema pancernymi drzwiami. Jedne z nich prowadzi&#322;y do blok&#243;w komputera. Na wprost znajdowa&#322;o si&#281; wej&#347;cie do podr&#281;cznego magazynu. Trzecie by&#322;y otwarte i te w&#322;a&#347;nie wybra&#322; ch&#322;opiec. Wszed&#322; do zupe&#322;nie ciemnego wn&#281;trza i najpierw starannie zamkn&#261;&#322; za sob&#261; drzwi, a nast&#281;pnie bardzo ostro&#380;nie zacz&#261;&#322; posuwa&#263; si&#281; po omacku przed siebie. Niebawem poczu&#322; pod nog&#261; stopie&#324;. Nad nim by&#322; nast&#281;pny. Nie namy&#347;laj&#261;c si&#281; d&#322;ugo, zacz&#261;&#322; powoli wchodzi&#263; pod g&#243;r&#281;, a&#380; stan&#261;&#322; na czym&#347; w rodzaju stalowej platformy. Przed nim w &#347;cianie statku widnia&#322; owalny iluminator, za kt&#243;rym by&#322;a granatowoczarna pr&#243;&#380;nia i gwiazdy. Przytkn&#261;&#322; nos do szyby. Na razie nie widzia&#322; nic, lecz po chwili wy&#322;owi&#322; z mroku kontury rakietki ojca, niemal tu&#380; za iluminatorem. Okr&#261;g&#322;y w&#322;az stateczku przypominaj&#261;cy pokryw&#281; staro&#347;wieckiej Studni, by&#322; uchylony. I akurat w momencie kiedy wzrok Marka oswoi&#322; si&#281; z ciemno&#347;ci&#261; na tyle by rozr&#243;&#380;ni&#263; kszta&#322;ty przys&#322;aniaj&#261;ce gwiazdy, w tym w&#322;azie ukaza&#322;a si&#281; czyja&#347; g&#322;owa. W pojedynczej smudze ma&#322;ego reflektora umieszczonego zapewne na kasku kogo&#347;, kto znajdowa&#322; si&#281; jeszcze wewn&#261;trz rakietki, ch&#322;opiec rozpozna&#322; za prze&#378;roczyst&#261; szyb&#261; he&#322;mu twarz Adama.

M&#322;ody naukowiec wystawi&#322; g&#322;ow&#281; ze stateczku i natychmiast cofn&#261;&#322; j&#261; z powrotem. Akurat w tej chwili zmieni&#322;o si&#281; wzajemne po&#322;o&#380;enie statk&#243;w i sztucznego satelity. Rakietka ojca stan&#281;&#322;a w blasku pot&#281;&#380;nych reflektor&#243;w BOB23. Gdyby Marek szuka&#322; przez miesi&#261;c, nie m&#243;g&#322;by wybra&#263; lepszego punktu obserwacyjnego.

Kask Adama ukaza&#322; si&#281; znowu. Tym razem jednak m&#322;ody Kapica nie zatrzyma&#322; si&#281; we w&#322;azie. Wyp&#322;yn&#261;&#322; w przestrze&#324; i balansuj&#261;c cia&#322;em odwr&#243;ci&#322; si&#281; do g&#243;ry nogami. Oczywi&#347;cie tak naprawd&#281; g&#243;ra i d&#243;&#322; to s&#261; s&#322;owa, kt&#243;re w pr&#243;&#380;ni nie maj&#261; &#380;adnego znaczenia.

Adam jedn&#261; r&#281;k&#261; przytrzyma&#322; si&#281; teraz kraw&#281;dzi w&#322;azu, a drug&#261; si&#281;gn&#261;&#322; do wn&#281;trza. Po chwili zacz&#261;&#322; si&#281; powoli prostowa&#263;, ci&#261;gn&#261;c za sob&#261;

Marek wstrzyma&#322; oddech. Wszystkie w&#322;osy zje&#380;y&#322;y mu si&#281; na g&#322;owie, a ca&#322;e cia&#322;o pokry&#322;a g&#281;sia sk&#243;rka. Przez moment my&#347;la&#322;, &#380;e zasn&#261;&#322; i znowu &#347;ni mu si&#281; co&#347; koszmarnego. Ale to nie by&#322; sen.

Adam ci&#261;gn&#261;&#322; za w&#322;osy jakiego&#347; cz&#322;owieka. Cz&#322;owieka bez kasku. Te w&#322;osy by&#322;y bujne i zmierzwione. Ukaza&#322;a si&#281; chuda, straszliwie bia&#322;a w &#347;wietle reflektor&#243;w twarz. Dalej cienka szyja i ramiona. Rozpi&#281;ta na piersi niebieska koszula

Ch&#322;opiec poczu&#322;, &#380;e na czo&#322;o wyst&#261;pi&#322;y mu kropelki zimnego potu. Ju&#380; wiedzia&#322;. Ten odg&#322;os upadku wtedy w Instytucie, pod tarasem, na kt&#243;rym sta&#322;y roboty. Przecie&#380; &#380;ywy cz&#322;owiek nie mo&#380;e podr&#243;&#380;owa&#263; przez pr&#243;&#380;ni&#281; bez skafandra. Czyli &#380;e profesor Kapica, s&#322;ynny Kapica nie &#380;y&#322;. A sprawc&#261; jego &#347;mierci by&#322; Adam. Natomiast &#347;wiadkiem strasznego czynu stryjecznego wnuka i asystenta Aleksandra Wielkiego Drugiego by&#322; nie kto inny jak on sam, Marek.

Za Adamem i przera&#380;aj&#261;c&#261; postaci&#261; profesora ukaza&#322;a si&#281; tkwi&#261;ca w pr&#243;&#380;niowym kasku g&#322;owa Bogdana Sponki. Marek pami&#281;ta&#322; przecie&#380;, kto przylecia&#322; tutaj tym stateczkiem z, jak to nazywa&#322; poczciwy Romejko, za&#322;og&#261;, a potem wyruszy&#322; z Adamem dokona&#263; wprowadzenia rakietki do grodzi &#322;adunkowej, ale po prostu nie przyjmowa&#322; dot&#261;d do wiadomo&#347;ci, &#380;e ojciec wie.

Na jedn&#261; kr&#243;tk&#261; chwil&#281; ch&#322;opiec oderwa&#322; nos od szyby iluminatora. Z jego piersi wyrwa&#322;o si&#281; podobne do j&#281;ku westchnienie. Oczywi&#347;cie, &#380;e ojciec nie bierze udzia&#322;u w &#380;adnym spisku, wymierzonym przeciw profesorowi Kapicy. Ale obawy Marka znalaz&#322;y potwierdzenie. Bogdan da&#322; si&#281; zwie&#347;&#263; jakim&#347; bajkom opowiedzianym przez Adama.

Biedny tata, nie przypuszczaj&#261;c, by asystent s&#322;ynnego Aleksandra m&#243;g&#322; si&#281; dopu&#347;ci&#263; najmniejszej nielojalno&#347;ci wzgl&#281;dem swojego wielkiego krewnego, przyj&#261;&#322; za dobr&#261; monet&#281; wszystko, co od Adama us&#322;ysza&#322;. Co to mog&#322;o by&#263;? No c&#243;&#380;, ostatecznie wystarczy&#322;o chocia&#380;by zmy&#347;li&#263; histori&#281; o nag&#322;ej chorobie profesora, w wyniku kt&#243;rej ten ostatni nie zdaj&#261;c sobie sprawy z tego, co robi, przylecia&#322; na Ziemi&#281; i ukry&#322; si&#281; w starym Instytucie, gdzie pozbawiony opieki i pomocy umar&#322;. I doda&#263;, &#380;e lepiej b&#281;dzie przetransportowa&#263; jego zw&#322;oki z powrotem na Transplutona, &#380;eby tam pochowa&#263; tw&#243;rc&#281; teorii szybkich lot&#243;w, oraz &#380;e trzeba to zrobi&#263; w tajemnicy przed Zul&#261; i dzie&#263;mi, by oszcz&#281;dzi&#263; im przykrej &#347;wiadomo&#347;ci, &#380;e podr&#243;&#380;uj&#261; z nieboszczykiem. Przecie&#380; profesor Sponka przylecia&#322; nad jezioro bezpo&#347;rednio z kosmosu i m&#243;g&#322; nie s&#322;ysze&#263; komunikatu o zagini&#281;ciu starego Kapicy. Zreszt&#261; za&#322;oga Instytutu Planet Granicznych nie musia&#322;a w og&#243;le nada&#263; takiego komunikatu. Nale&#380;a&#322;o si&#281; przecie&#380; liczy&#263; z tym, &#380;e wiadomo&#347;&#263; o znikni&#281;ciu jednego z najs&#322;ynniejszych uczonych zelektryzuje ca&#322;y &#347;wiat. Mo&#380;e mieli nadziej&#281;, &#380;e odnajd&#261; go w&#322;asnymi si&#322;ami?

Marek pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;. Tak, to mo&#380;liwe

Nie. Niemo&#380;liwe  pomy&#347;la&#322; z rozpacz&#261;. Ojciec ju&#380; po rozmowie z Adamem pogania&#322; ich, m&#243;wi&#261;c, &#380;e nie powinni pozwoli&#263; czeka&#263; na siebie profesorowi Kapicy tam, na Transplutonie. A przecie&#380; nie k&#322;ama&#322;by tak naiwnie, wiedz&#261;c, &#380;e niebawem oni wszyscy wyl&#261;duj&#261; w stacji Instytutu i poznaj&#261; prawd&#281;.

Ca&#322;a ta historia nie trzyma si&#281; kupy.

Pozostaj&#261; fakty. Faktem jest ponury orszak ci&#261;gn&#261;cy przez pr&#243;&#380;ni&#281;, tam za iluminatorem, w &#347;wietle reflektor&#243;w sztucznego satelity.

Nagle Marek, kt&#243;ry z powrotem przywar&#322; twarz&#261; do szyby, ujrza&#322; co&#347;, co swoj&#261; okropno&#347;ci&#261; przewy&#380;sza&#322;o wszystkie dotychczasowe widoki i domys&#322;y. Cz&#322;owiek bez skafandra, w&#281;druj&#261;cy w temperaturze niemal absolutnego zera przez niemal absolutn&#261; pr&#243;&#380;ni&#281;, poruszy&#322; r&#281;k&#261;. Koszmarne przywidzenie? Nie. Prawa r&#281;ka nieboszczyka wleczonego do statku unios&#322;a si&#281; powoli, ruchem charakterystycznym dla stanu niewa&#380;ko&#347;ci. Otwarta d&#322;o&#324; przyg&#322;adzi&#322;a szpakowate w&#322;osy na skroniach, jakby trup przygotowywa&#322; si&#281; na spotkanie z kim&#347;, na kim postanowi&#322; wywrze&#263; korzystne wra&#380;enie. W nast&#281;pnej chwili ca&#322;a tr&#243;jka znikn&#281;&#322;a z pola widzenia ch&#322;opca, wp&#322;ywaj&#261;c za ruf&#281; statku, gdzie czeka&#322; na ni&#261; otwarty w&#322;az.

Tego by&#322;o ju&#380; za wiele. Marek wyda&#322; dziwny zd&#322;awiony okrzyk i rzuci&#322; si&#281; w powrotn&#261; drog&#281; ku drzwiom. Zapomnia&#322; jednak o stopniach. Straci&#322; r&#243;wnowag&#281; i z przeogromnym &#322;omotem zjecha&#322; na pod&#322;og&#281;, na szcz&#281;&#347;cie wy&#322;o&#380;on&#261; grub&#261;, mi&#281;sist&#261; mas&#261;.

Siedzia&#322; jeszcze pr&#243;buj&#261;c pozbiera&#263; nie tyle sponiewierane cia&#322;o, ile my&#347;li, kr&#261;&#380;&#261;ce pod czaszk&#261; w jakim&#347; oszala&#322;ym z po&#347;piechu diabelskim kole, kiedy tu&#380; za drzwiami us&#322;ysza&#322; podejrzany szelest. Odruchowo przesun&#261;&#322; si&#281; do ty&#322;u i przykucn&#261;&#322; za schodami prowadz&#261;cymi na platforemk&#281;, kt&#243;r&#261; przed chwil&#261; opu&#347;ci&#322; w tak b&#322;yskawicznym tempie. Dos&#322;ownie dwie sekundy p&#243;&#378;niej drzwi z korytarza stan&#281;&#322;y otworem. Do kom&#243;rki wpad&#322; snop ostrego &#347;wiat&#322;a. O&#347;lepiony ch&#322;opiec na pr&#243;&#380;no usi&#322;owa&#322; odgadn&#261;&#263;, czy ten blask wydaje latarka przytwierdzona do kasku Adama czy ojca. Jednak nawet gdyby to rzeczywi&#347;cie ojciec wszed&#322; jako pierwszy, ani miejsce, ani pora nie pozwala&#322;y na sk&#322;adanie b&#261;d&#378; przyjmowanie jakichkolwiek wyja&#347;nie&#324;. Skuli&#322; si&#281; wi&#281;c tylko jeszcze bardziej i siedzia&#322; jak mysz pod miot&#322;&#261;.

M&#281;&#380;czyzna w kasku usun&#261;&#322; si&#281;, o&#347;wietlaj&#261;c twarz kogo&#347;, kto szed&#322; za nim. Ta twarz by&#322;a Markowi znana, i to a&#380; za dobrze. O wiele za dobrze, w ka&#380;dym razie jak na to, &#380;eby mog&#322;a nale&#380;e&#263; do cz&#322;owieka &#380;ywego.

Osobnik w niebieskiej koszuli i spodniach, tych samych, w kt&#243;rych chwil&#281; temu bez skafandra podr&#243;&#380;owa&#322; przez pr&#243;&#380;ni&#281;, absolutnie nie zachowywa&#322; si&#281; jednak jak nieboszczyk. Mo&#380;na powiedzie&#263;, &#380;e wr&#281;cz przeciwnie. Wykona&#322; kilka po&#347;piesznych krok&#243;w, jakby go kto&#347; lekko popchn&#261;&#322; w plecy. Rozleg&#322; si&#281; jaki&#347; nieokre&#347;lony pomruk. Tego d&#378;wi&#281;ku nie m&#243;g&#322; wyda&#263; ani Adam, ani ojciec, poniewa&#380; obydwaj mieli jeszcze na g&#322;owach kaski, a Marek ze zrozumia&#322;ych powod&#243;w nie wybra&#322; si&#281; do &#322;azienki ze s&#322;uchawkami. Z pewno&#347;ci&#261; jednak co&#347; do siebie m&#243;wili, chocia&#380; wida&#263; by&#322;o, &#380;e realizuj&#261; plan ju&#380; przedtem przedyskutowany i uzgodniony. Inaczej nie uwin&#281;liby si&#281; tak szybko. Zaledwie bowiem profesor Kapica znalaz&#322; si&#281; w pomieszczeniu, zaj&#281;tym wcze&#347;niej.przez Marka, drzwi zatrzasn&#281;&#322;y si&#281; z g&#322;uchym &#322;omotem i nasta&#322;a cisza.

Ch&#322;opiec siedzia&#322; nadal jak trusia, wlepiaj&#261;c oczy w nieboszczyka, kt&#243;ry nagle o&#380;y&#322;. A raczej w t&#281; nieco ja&#347;niejsz&#261; plam&#281;, jak&#261; jego niebieska koszula odcina&#322;a si&#281; od panuj&#261;cych w kom&#243;rce ciemno&#347;ci.

By&#322; zbyt wstrz&#261;&#347;ni&#281;ty obecno&#347;ci&#261; tej plamy, by oceni&#263; ca&#322;&#261; niezwyk&#322;o&#347;&#263; pechowego przypadku, kt&#243;ry sprawi&#322;, &#380;e ze wszystkich pomieszcze&#324; ca&#322;ego wielkiego statku ojciec i Adam wybrali akurat t&#281; sam&#261; co on &#347;lep&#261; kom&#243;rk&#281;, aby w niej umie&#347;ci&#263; niesamowitego go&#347;cia czy wi&#281;&#378;nia.

Przez d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; nic si&#281; nie dzia&#322;o. Nagle uszu Marka dobieg&#322; lekko zachryp&#322;y chichot, kt&#243;ry w najzwyczajniejszyeh warunkach, w blasku zwyk&#322;ego ziemskiego dnia, m&#243;g&#322; przerazi&#263; najwi&#281;kszego &#347;mia&#322;ka. Co dopiero tutaj!

Chichot umilk&#322; i rozleg&#322; si&#281; spokojny, cho&#263; do&#347;&#263; cienki g&#322;os:

A ty co tutaj robisz?

Gdyby wszystkie gwiazdy zwali&#322;y si&#281; ch&#322;opcu na g&#322;ow&#281;, wra&#380;enie nie by&#322;oby wi&#281;ksze. Ale gwiazd nie by&#322;o wida&#263;. Co gorsza, opr&#243;cz samego Marka nie by&#322;o wida&#263; nikogo, do kogo m&#243;g&#322; m&#243;wi&#263; zmartwychwsta&#322;y profesor Kapica.

Dlaczego si&#281; nie odzywasz? Co tam porabiasz za tymi schodami? A w og&#243;le, to by&#322;bym ci wdzi&#281;czny za informacj&#281;, gdzie w&#322;a&#347;ciwie jeste&#347;my?

Zagadni&#281;ty nadal stara&#322; si&#281; robi&#263; wra&#380;enie, &#380;e go tutaj nie ma. Stara&#322; si&#281; to mo&#380;e nie najw&#322;a&#347;ciwsze okre&#347;lenie. On po prostu czu&#322; si&#281; tak, jakby go nie by&#322;o. Nie tylko tutaj, ale w og&#243;le nigdzie.

Ja&#347;niejsza plama poruszy&#322;a si&#281; niecierpliwie.

Przecie&#380; widz&#281;, &#380;e tam siedzisz!

Ch&#322;opiec zdecydowa&#322; si&#281; otworzy&#263; usta. Potrzyma&#322; je chwil&#281; otwarte, po czym postanowi&#322; wykorzysta&#263; ten fakt i przem&#243;wi&#263;. Pierwsza pr&#243;ba wypad&#322;a fatalnie. Zupe&#322;nie jakby w jego gardle zamieszka&#322; stary &#347;wierszcz cierpi&#261;cy na koklusz.

Co? zdziwi&#322; si&#281; niebieski.

Marek zdecydowanym ruchem si&#281;gn&#261;&#322; do brody i przytrzyma&#322; j&#261; palcami. Nie usz&#322;o jego uwagi, &#380;e te palce wykonuj&#261; jakie&#347; dziwne ruchy, jakby ka&#380;dy z nich &#380;y&#322; swoim w&#322;asnym &#380;yciem. Za to broda wraz z doln&#261; szcz&#281;k&#261; utrzymywa&#322;a teraz jako tako sta&#322;&#261; pozycj&#281;.

Przeprzeciecie&#380; jejest cieciemno  stwierdzenie tego oczywistego faktu wypad&#322;o jednak jako&#347; nieprzekonuj&#261;co.

 &#379;yjesz  zachichota&#322; znowu by&#322;y nieboszczyk. A ju&#380; my&#347;la&#322;em, &#380;e posadzili tam jakiego&#347; zepsutego robota.

W tym momencie Markowi za&#347;wita&#322;a pewna my&#347;l. Niestety, przej&#281;ty swoj&#261; sytuacj&#261;, nie zdo&#322;a&#322; jej po&#347;wi&#281;ci&#263; tyle uwagi, na ile zas&#322;ugiwa&#322;a. Szkoda, bo w przeciwnym razie sam, i to ju&#380; teraz, rozwi&#261;za&#322;by ca&#322;&#261; zagadk&#281;. No, powiedzmy, niemal ca&#322;&#261;. Ale za to z pewno&#347;ci&#261; zapobieg&#322;by czemu&#347;, co omal nie doprowadzi&#322;o do zag&#322;ady ale nie uprzedzajmy wypadk&#243;w.

Co pan tu robi? uda&#322;o mu si&#281; zada&#263; pytanie. O dziwo, g&#322;os, kt&#243;ry wyp&#322;yn&#261;&#322; z jego krtani, brzmia&#322; prawie normalnie. Gdyby jeszcze nie ta broda i palce

Lec&#281; do siebie.

Aha. Leci do siebie. Pewno, &#380;e do siebie. Jakie to proste.

Ale dlaczego tutaj w tej kom&#243;rce? spyta&#322; nies&#322;ychanie chytrze Marek.

Ty tak&#380;e wybra&#322;e&#347; sobie w&#322;a&#347;nie t&#281; kom&#243;rk&#281;  odpowiedzia&#322; zmartwychwsta&#322;y profesor, po czym zachichota&#322; znowu. I nie dziw si&#281;, &#380;e ci&#281; zobaczy&#322;em, chocia&#380; jest ciemno. Jestem wyposa&#380;ony w specjaln&#261; aparatur&#281;. Promienie ultraczerwone, rozumiesz? Nie rozumiesz  odpowiedzia&#322; sam sobie. No, nic poczekaj no  zmieni&#322; nagle ton i umilk&#322;.

Nad ich g&#322;owami, jakby na tej platforemce, na kt&#243;r&#261; prowadzi&#322;y strome schodki, rozleg&#322; si&#281; nieco zniekszta&#322;cony g&#322;os m&#281;&#380;czyzny.

dla rejonu Wielkich Planet  m&#243;wi&#322; nieznajomy. Wiatr s&#322;oneczny w normie. Promieniowanie poni&#380;ej wielko&#347;ci krytycznych. Na ca&#322;ej przestrzeni nie zaobserwowano meteoryt&#243;w pozauk&#322;adowych. Uwaga. Ostrze&#380;enie specjalne dla statk&#243;w, znajduj&#261;cych si&#281; na granicznych orbitach Uk&#322;adu S&#322;onecznego

Do licha! krzykn&#261;&#322; profesor Kapica. Nadaj&#261; komunikat! Musz&#281;  nie sko&#324;czy&#322;.

Marek us&#322;ysza&#322; dudnienie szybkich krok&#243;w na &#380;elaznych schodach. Ja&#347;niejsza plama przed nim znikn&#281;&#322;a jak zdmuchni&#281;ta.

ekipa Instytutu Planet Granicznych przeprowadzaj&#261;ca eksperyment w rejonie Transplutona ostrzega

Co&#347; trzasn&#281;&#322;o, rozleg&#322; si&#281; zgrzyt, jakby kto&#347; przeci&#261;gn&#261;&#322; no&#380;em po szkle, i g&#322;os nieznajomego m&#281;&#380;czyzny czytaj&#261;cego komunikat dla pilot&#243;w nagle umilk&#322;. R&#243;wnocze&#347;nie z g&#243;ry dobieg&#322;o westchnienie ulgi.

Teraz wiem, &#380;e dolecimy! zadudni&#322; g&#322;ucho g&#322;os profesora. No c&#243;&#380;, niezbyt tu wygodnie zw&#322;aszcza dla kogo&#347; takiego jak ty, ale damy sobie rad&#281;. Prawda?

Ch&#322;opiec nie odpowiedzia&#322;. Profesor odczeka&#322; chwil&#281;, po czym z g&#243;ry sp&#322;yn&#261;&#322; znajomy, przejmuj&#261;cy do szpiku ko&#347;ci chichot.

Nie zatrzymaj&#261; si&#281;  powiedzia&#322; niezbyt zrozumiale s&#322;ynny uczony. A ty nie pr&#243;buj robi&#263; ha&#322;asu. Pomy&#347;l&#261;, &#380;e to ja, wi&#281;c i tak nie przyjd&#261;. Bardzo dobrze za&#347;mia&#322; si&#281; znowu.


Uff  odsapn&#281;&#322;a serdecznie Lidka, odsuwaj&#261;c opr&#243;&#380;niony do ostatniej kropelki pojemnik z lodami. To by&#322;o ponad moje si&#322;y. Uczta uczt! Przez tydzie&#324; b&#281;d&#281; teraz na &#347;cis&#322;ej diecie! spojrza&#322;a ze zgroz&#261; po sobie.

Brzuszek ci na razie nie grozi  za&#347;mia&#322; si&#281; Adam z fatalnym skutkiem, poniewa&#380; zapomnia&#322;, &#380;e moment wcze&#347;niej wsun&#261;&#322; w usta &#347;wie&#380;y &#322;adunek zrazik&#243;w a la Saturn oraz sa&#322;atki s&#322;onecznej. Przyszed&#322; p&#243;&#378;niej, razem z ojcem Marka, i teraz skwapliwie nadrabia&#322; zaleg&#322;o&#347;ci.

Jako gospodarz czuj&#281; si&#281; w pe&#322;ni usatysfakcjonowany  o&#347;wiadczy&#322; z dum&#261; profesor Sponka, strzepuj&#261;c z klapy kombinezonu strz&#281;pki sa&#322;atki.

Sam jeste&#347; sobie winien! za&#347;mia&#322;a si&#281; Z ula.

Nie trzeba by&#322;o stawia&#263; tego wszystkiego na stole

Ale pycha! Anna wznios&#322;a oczy do g&#243;ry. Nad jeziorem by&#322;o wspaniale, ale kiedy pewne osoby mia&#322;y dy&#380;ur przy kuchni, cz&#322;owiek mimo woli przypomnia&#322; sobie, co czyta&#322; o staro&#380;ytnych pustelnikach. Podobno &#380;ywili si&#281; suszon&#261; szara&#324;cz&#261;

brr  otrz&#261;sn&#281;&#322;a si&#281; Lidka. Jak mo&#380;esz o tym m&#243;wi&#263; i to przy stole!

Co do mnie  zaprotestowa&#322; &#322;agodnie Bogdan  nie przera&#380;a mnie wizja suszonej szara&#324;czy. W takim towarzystwie zjem absolutnie wszystko

A propos  Zula zwr&#243;ci&#322;a si&#281; do Anny  czy ta mnie mia&#322;a&#347; na my&#347;li, kochanie, m&#243;wi&#261;c o pewnych osobach?

Och, mamo! obruszy&#322;a si&#281; Anna.

Ona my&#347;la&#322;a o Jacku  wyja&#347;ni&#322;a podst&#281;pnie Lidka. M&#243;j uczony braciszek uwa&#380;a&#322;, &#380;e gotowanie jest zaj&#281;ciem uw&#322;aczaj&#261;cym jego godno&#347;ci. W efekcie karmi&#322; nas czym&#347;, co przypomina&#322;o stare podeszwy w sosie w&#322;asnym. Suszone szara&#324;cze by&#322;yby przysmakiem wobec tego, co on potrafi&#322; zrobi&#263; z najlepszej konserwy

My&#347;la&#322;am o Marku  sprostowa&#322;a Anna, patrz&#261;c z wyrzutem w orzechowe oczy Lidki. Te oczy odpowiedzia&#322;y teraz ostrymi ognikami.

Marek radzi&#322; sobie ca&#322;kiem dobrze  burkn&#281;&#322;a siostra jajog&#322;owego, kt&#243;ry z kolei wzruszy&#322; ramionami.

Kiedy zostan&#281; dyrektorem Instytutu zacz&#261;&#322; przez nos.

 nie b&#281;dziesz mia&#322; czasu na gotowanie. Na szcz&#281;&#347;cie dopowiedzia&#322;a g&#322;adko Lidka. Ale, ale, co si&#281; w&#322;a&#347;ciwie dzieje z Markiem? rzuci&#322;a od niechcenia.

Jacek machn&#261;&#322; pogardliwie r&#281;k&#261;.

B&#261;d&#378; spokojna  zdoby&#322; si&#281; na ojcowski u&#347;miech. W tutejszej &#322;azience trudno zab&#322;&#261;dzi&#263;

Adam i profesor Sponka wymienili przelotne spojrzenia. Przez chwil&#281; trwa&#322;a cisza, wreszcie m&#322;ody Kapica b&#261;kn&#261;&#322;:

Je&#347;li za chwil&#281; nie przyjdzie, p&#243;jd&#281; go poszuka&#263;. Szkoda obiadu  doda&#322;, jakby dla podkre&#347;lenia, &#380;e chodzi tylko o powitaln&#261; uczt&#281;.

Wiecie co  powiedzia&#322;a Zula  w&#322;&#261;czcie radio. Komputer utrzymuje wprawdzie &#322;&#261;czno&#347;&#263; ze wszystkimi satelitami i prowadzi nas bezpiecznie do celu, ale ja chcia&#322;abym po prostu pos&#322;ucha&#263; wiadomo&#347;ci. Przez trzy tygodnie wiedli&#347;my wspania&#322;y &#380;ywot dzikich ludzi, ale teraz wracamy do &#347;wiata nauki. Nie wypada zjawia&#263; si&#281; tak tak

Prosto z lasu  podpowiedzia&#322; Adam. Wszyscy si&#281; roze&#347;miali, a Bogdan Sponka wsta&#322; i podszed&#322; do pulpitu pod &#347;cian&#261;. Po chwili z g&#322;o&#347;nik&#243;w pop&#322;yn&#281;&#322;a cicha, pogodna melodia. By&#322;a to ostatnia fraza popularnej suity galaktycznej skomponowanej przez Jana Svenssona do filmu Pilot wszechczas&#243;w, kt&#243;ry to film z ogromnym powodzeniem obieg&#322; wszystkie ekrany &#347;wiata. Po chwili muzyka ucich&#322;a, a z g&#322;o&#347;nika pop&#322;yn&#261;&#322; d&#378;wi&#281;czny m&#281;ski g&#322;os:

Nadajemy komunikat dla &#380;eglugi w obszarze Wielkich Planet. Trwaj&#261;ce na Jowiszu burze spowodowa&#322;y odchylenie pola magnetycznego globu. Za&#322;ogi satelit&#243;w powinny chwilowo pozostawa&#263; w swoich obiektach. Wychodzenie w przestrze&#324; grozi szokiem grawitacyjnym. Przypominam, &#380;e nadajemy komunikat dla rejonu Wielkich Planet. Wiatr s&#322;oneczny w normie. Promieniowanie poni&#380;ej wielko&#347;ci krytycznych. Na ca&#322;ej przestrzeni nie zauwa&#380;ono meteor&#243;w pozauk&#322;adowych. Uwaga. Ostrze&#380;enie specjalne dla statk&#243;w znajduj&#261;cych si&#281; na granicznych orbitach Uk&#322;adu S&#322;onecznego

To dla nas  szepn&#281;&#322;a Anna. Jutro tam b&#281;dziemy.

Tss uciszy&#322; j&#261; niecierpliwie Jacek.

 Ekipa Instytutu Planet Granicznych, przeprowadzaj&#261;ca eksperyment w rejonie Transplutona ostrzega

Po tym s&#322;owie aparat wyda&#322; nagle straszliwy zgrzyt i ucich&#322;. Adam i Bogdan zerwali si&#281; ze swoich miejsc. Podbiegli do pulpitu i zacz&#281;li przyciska&#263; gor&#261;czkowo jakie&#347; klawisze, zadaj&#261;c w ten spos&#243;b pytania komputerowi, kt&#243;ry odpowiada&#322; rz&#281;dami cyfr oraz faluj&#261;cymi liniami ukazuj&#261;cymi si&#281; na ekranach. Wreszcie obaj wyprostowali si&#281; i spojrzeli po sobie. R&#281;ce im opad&#322;y.

Ca&#322;a &#322;&#261;czno&#347;&#263;  szepn&#261;&#322; zd&#322;awionym g&#322;osem Adam. Co

S&#322;uchaj mrukn&#261;&#322; jakby do siebie profesor Sponka. Czy to nie on?

Adam uderzy&#322; si&#281; d&#322;oni&#261; w czo&#322;o.

Do stu ksi&#281;&#380;yc&#243;w! zawo&#322;a&#322; z rozpacz&#261;.  Przecie&#380; tam s&#261; wszystkie przeka&#378;niki anten odbiorczych!


Niebieski dalej robi&#322; co&#347; na g&#243;rze, na platforemce, od czasu do czasu dodaj&#261;c sobie otuchy piekielnym chichotem.

Niech teraz naprawiaj&#261;!  zawo&#322;a&#322; w pewnej chwili tryumfalnie. B&#281;d&#261; mieli zabaw&#281; na ca&#322;e tygodnie!

Co&#347; upad&#322;o na blaszan&#261; pod&#322;og&#281;.

Koniec! rozleg&#322; si&#281; piskliwy, zachrypni&#281;ty &#347;miech. Odpowiedzia&#322;o mu niesamowite echo. Jeszcze dudni&#322;o mi&#281;dzy &#347;cianami zamkni&#281;tej kom&#243;rki, kiedy wmiesza&#322;y si&#281; inne d&#378;wi&#281;ki. Kto&#347; po&#347;piesznie otwiera&#322; drzwi.

Domy&#347;lili si&#281; nareszcie, &#380;e jestem tutaj  przesz&#322;o przez my&#347;l Markowi. Nie znaczy to, &#380;e dozna&#322; uczucia ulgi. Pewno, &#380;e dobrze b&#281;dzie wydosta&#263; si&#281; z tej pu&#322;apki i opu&#347;ci&#263; k&#322;opotliwe towarzystwo. Z drugiej strony jednak teraz wszyscy dowiedz&#261; si&#281; gdzie by&#322;, a niekt&#243;rzy zaczn&#261; ponadto podejrzewa&#263;, co widzia&#322;.

Zamek wreszcie ust&#261;pi&#322; i drzwi stan&#281;&#322;y otworem. Z korytarza wpad&#322;a smuga jasnego &#347;wiat&#322;a. Za ni&#261; zamajaczy&#322;y dwie m&#281;skie sylwetki  tym razem bez skafandr&#243;w i kask&#243;w.

Marek! Marek!

Ch&#322;opiec wyprostowa&#322; si&#281; odruchowo. Zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e w blasku latarek, kt&#243;re obaj m&#281;&#380;czy&#378;ni trzymali w d&#322;oniach, przedstawia widok mo&#380;e malowniczy, ale z pewno&#347;ci&#261; ma&#322;o imponuj&#261;cy. Tote&#380; do&#322;o&#380;y&#322; stara&#324;, &#380;eby przyoblec twarz w wyraz gniewnej powagi.

Adam ockn&#261;&#322; si&#281; pierwszy. Wpad&#322; do kabiny i wyci&#261;gn&#261;&#322; do Marka r&#281;k&#281;.

Nie dotykaj mnie! krzykn&#261;&#322; ch&#322;opiec, kt&#243;rego twarz w okamgnieniu zmieni&#322;a wyraz. Adam zatrzyma&#322; si&#281; os&#322;upia&#322;y. Jego rami&#281; powoli opad&#322;o.

Co co wybe&#322;kota&#322;.

Marek?! w g&#322;osie profesora Sponki, kt&#243;ry tak&#380;e wszed&#322; do kom&#243;rki, zabrzmia&#322;o niebotyczne zdumienie.

Ch&#322;opiec postanowi&#322; porzuci&#263; wszelk&#261; dyplomacj&#281;. Zanurkowa&#322; pod ramieniem Adama i rzuci&#322; si&#281; w stron&#281; ojca. Ten w pierwszym odruchu zrobi&#322; dwa kroczki do ty&#322;u.

Tato! stalowe &#347;ciany zaj&#281;cza&#322;y wysokim echem. Tato! Marek pochwyci&#322; obur&#261;cz klapy ojcowskiego kombinezonu  ja wszystko wiem!

Po tym dumnym wyznaniu nasta&#322;a grobowa cisza. Wreszcie Adam odwr&#243;ci&#322; si&#281; i spojrza&#322; z wyrzutem na profesora Sponk&#281;.

A widzisz? mrukn&#261;&#322;. Ojciec Marka wpatrywa&#322; si&#281; jednak w ch&#322;opca i chyba nie zauwa&#380;y&#322; nawet, &#380;e m&#322;ody Kapica co&#347; powiedzia&#322;.

Co to znaczy wszystko?  spyta&#322; nieswoim g&#322;osem. I dlaczego jeste&#347; taki roztrz&#281;siony? A przede wszystkim co tutaj robisz, kiedy wszyscy inni siedz&#261; przy stole? Zab&#322;&#261;dzi&#322;e&#347;?

Marek ju&#380; otwiera&#322; usta, &#380;eby odeprze&#263; to oburzaj&#261;ce podejrzenie, kiedy nad g&#322;owami ca&#322;ej tr&#243;jki zabrzmia&#322; znajomy chichot.

Jak to co? sp&#322;yn&#261;&#322; z ciemno&#347;ci lekko zachrypni&#281;ty g&#322;os  dotrzymywa&#322; mi towarzystwa! Hi, hi, hi

 &#321;&#261;czno&#347;&#263;!!!  Adam z&#322;apa&#322; si&#281; nagle obiema gar&#347;ciami za w&#322;osy, wypuszczaj&#261;c latark&#281;. Natychmiast schyli&#322; si&#281; po ni&#261; i skierowa&#322; jej &#347;wiat&#322;o na schody. Co zrobi&#322;e&#347; z antenami?!!! wrzasn&#261;&#322;, zupe&#322;nie zapominaj&#261;c o swej powadze naukowca. Chod&#378; tu zaraz do nas!

Nie s&#322;ysza&#322;em, ch&#322;opcze  dobieg&#322;a z g&#243;ry odpowied&#378;  o zwyczaju odzywaniu si&#281; takim tonem do w&#322;asnego stryjecznego dziadka. A mo&#380;e tak nale&#380;y zwraca&#263; si&#281; do swoich profesor&#243;w?

Adam j&#281;kn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no. Bogdan zdecydowanym ruchem odsun&#261;&#322; na bok syna, kt&#243;ry teraz przesta&#322; nie tylko cokolwiek rozumie&#263;, ale w og&#243;le my&#347;le&#263;.

Bardzo ci&#281; prosz&#281;, zechciej zej&#347;&#263; do nas  powiedzia&#322; uprzejmie. P&#243;jdziemy do nawigatorni. Tam w&#322;a&#347;nie podano obiad i czekamy tylko na ciebie.

Czekacie? Hi, hi, hi! To dziwne. Tam czekacie, a tu sami&#347;cie mnie zamkn&#281;li! rozumowaniu niedawnego nieboszczyka trudno by&#322;o odm&#243;wi&#263; logiki. Obiad? powt&#243;rzy&#322; takim tonem, jakby nie wiedzia&#322;, co to s&#322;owo znaczy. Hmm dotychczas nie jada&#322;em

Ale zale&#380;y nam na twoim towarzystwie  rzek&#322; w dalszym ci&#261;gu uprzejmie, a nawet przymilnie ojciec Marka. Wszyscy bardzo chc&#261; ci&#281; pozna&#263;

Tu czuj&#281; si&#281; ca&#322;kiem dobrze odburkn&#261;&#322; g&#322;os z g&#243;ry, po czym jednak rozleg&#322;y si&#281; odg&#322;osy st&#261;pania po blaszanych schodkach. Chwil&#281; p&#243;&#378;niej profesor Kapica stan&#261;&#322; przed nimi w ca&#322;ej swej przedziwnej osobie.

To ty uszkodzi&#322;e&#347; przeka&#378;niki &#322;&#261;czno&#347;ci  Sponka pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;, patrz&#261;c w przymru&#380;one oczy s&#322;ynnego uczonego. Dlaczego to zrobi&#322;e&#347;?

Nie powiem! Hi, hi, hi

Przecie&#380; tak samo jak nam zale&#380;y ci na spotkaniu z profesorem! wykrzykn&#261;&#322; Adam, wprawiaj&#261;c tym odezwaniem my&#347;li Marka w po&#347;pieszny, ob&#322;&#261;kany taniec, je&#347;li mo&#380;na wprawi&#263; w jakikolwiek taniec co&#347;, czego nie ma. Mo&#380;e to zreszt&#261; lepiej, &#380;e pod czaszk&#261; ch&#322;opca panowa&#322;a w&#322;a&#347;nie pr&#243;&#380;nia. Licho wie, co mog&#322;oby si&#281; sta&#263;, gdyby do jego &#347;wiadomo&#347;ci dotar&#322;a odpowied&#378; osobnika w niebieskiej koszuli:

Tak. Chc&#281; by&#263; z sob&#261;. Dlatego doprowadzi&#322;em do tego, &#380;e lec&#281; z Wami

Radio i szybka &#322;&#261;czno&#347;&#263; pomog&#322;yby nam bezpiecznie osi&#261;gn&#261;&#263; cel podr&#243;&#380;y. Wi&#281;c niszcz&#261;c przeka&#378;niki anten, post&#261;pi&#322;e&#347; bez sensu

Mo&#380;e hi, hi, hi! A mo&#380;e nie!.. odpowiedzia&#322; zagadkowo profesor Kapica.

No, do&#347;&#263; tego! warkn&#261;&#322; Adam spogl&#261;daj&#261;c z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci&#261; na s&#322;ynnego uczonego. Chod&#378;my st&#261;d  machn&#261;&#322; zrezygnowany r&#281;k&#261;.

W tym momencie Marek odzyska&#322; je&#347;li nie przytomno&#347;&#263; umys&#322;u, to w ka&#380;dym razie pami&#281;&#263;.

Tato! wskaza&#322; szeroko otwartymi oczami Adama. Ja ja poszed&#322;em do tego opuszczonego Instytutu. Tam by&#322;

Wiem, synu  przerwa&#322; mu &#322;agodnym tonem Bogdan. Wiem tak&#380;e, co wiedzia&#322;e&#347; Adam mi m&#243;wi&#322;

Ale nie powiedzia&#322; ci  wybuchn&#261;&#322; z rozpacz&#261; ch&#322;opiec  &#380;e to on zabi&#322; zabi&#322;

W &#347;wietle latarki ujrza&#322; u&#347;miechni&#281;t&#261; twarz profesora Kapicy, mieszka&#324;ca opuszczonych budowli nad Jeziorem Tajemnic, nieboszczyka, a tak&#380;e swojego wsp&#243;&#322;lokatora w zamkni&#281;tej kom&#243;rce  i zaniem&#243;wi&#322;.

Co&#347; ty?! Co? ja duka&#322; przera&#380;ony Adam.

Nikt nikogo nie zabi&#322;  ojciec u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; przelotnie. Jak mog&#322;e&#347; my&#347;le&#263;

Marku! w g&#322;osie Adama brzmia&#322;o teraz oburzenie i wyrzut.

Mia&#322;e&#347; racj&#281;  profesor spojrza&#322; powa&#380;nie na m&#322;odego naukowca. Widzisz  zwr&#243;ci&#322; si&#281; ponownie do syna  Adam radzi&#322;, &#380;eby ci wszystko wyt&#322;umaczy&#263;. Ale potem postanowili&#347;my zabra&#263; tego tutaj  musn&#261;&#322; wzrokiem jegomo&#347;cia w niebieskiej koszuli  z sob&#261; i doszed&#322;em do wniosku, &#380;e lepiej b&#281;dzie na razie zachowa&#263; to w sekrecie. Nie chcia&#322;em niepokoi&#263; Zuli i dziewcz&#261;t. Zawsze to troch&#281; dziwne towarzystwo To by&#322; m&#243;j pierwszy b&#322;&#261;d  stwierdzi&#322;.  A drugi to zamkni&#281;cie zdalnika akurat tutaj, gdzie s&#261; zespo&#322;y &#322;&#261;czno&#347;ci  dopowiedzia&#322;.  By&#322;e&#347; tam na g&#243;rze?

 Zdalnika? Na wszelki wypadek ch&#322;opiec prze&#322;kn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no &#347;lin&#281; i skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Profesor Sponka westchn&#261;&#322;.

Pewnie ca&#322;y czas siedzia&#322;e&#347; przy iluminatorze. Widzia&#322;e&#347;, jak przeprowadzali&#347;my go do statku?

Tak

Ale jak mog&#322;e&#347; podejrzewa&#263; mnie o Adam najwyra&#378;niej nie m&#243;g&#322; oswoi&#263; si&#281; z my&#347;l&#261;, &#380;e w oczach Marka uchodzi&#322; od wczoraj za zbrodniarza.

A co ty wyobrazi&#322;by&#347; sobie na jego miejscu? pospieszy&#322; synowi na pomoc Bogdan. Powinni&#347;my ci&#281; przeprosi&#263;  znowu u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; blado do ch&#322;opca  musia&#322;e&#347; prze&#380;y&#263; niezbyt mi&#322;e chwile tylko dlatego, &#380;e my dwaj zachowywali&#347;my si&#281; tak tajemniczo. Ale ty tak&#380;e przeskroba&#322;e&#347; wybieraj&#261;c si&#281; do opuszczonego poligonu wi&#281;c powiedzmy, &#380;e jeste&#347;my kwita. Tam na g&#243;rze  zmieni&#322; temat  s&#261; specjalne urz&#261;dzenia z przeka&#378;nikami &#322;&#261;czno&#347;ci. W tym miejscu na zewn&#261;trz statku znajduj&#261; si&#281; anteny. Na szcz&#281;&#347;cie tylko odbiorcze. Inaczej w og&#243;le nie mogliby&#347;my lecie&#263; dalej.

On nic nie widzia&#322;!  za&#347;mia&#322; si&#281; dyszkantem stary Kapica. A ja jestem wyposa&#380;ony

Wiemy a&#380; nadto dobrze, w co jeste&#347; wyposa&#380;ony  przerwa&#322; mu gorzko Adam. A teraz chod&#378;my ju&#380; do nawigatorni. Jeszcze tylko zatrzyma&#322; si&#281; i si&#281;gn&#261;&#322; do kieszonki swojego kombinezonu. Wyj&#261;&#322; z niej jaki&#347; niewielki przedmiot, w kt&#243;rym natychmiast zapali&#322;o si&#281; male&#324;kie, zielone &#347;wiate&#322;ko.

Wzywam pierwsz&#261;, drug&#261; i trzeci&#261; sekcj&#281; automat&#243;w naprawczych  powiedzia&#322; do tego pude&#322;ka. Uszkodzeniu uleg&#322;y przeka&#378;niki &#322;&#261;czno&#347;ci, blok odbiorczy bezpo&#347;rednio pod antenami. Rozpozna&#263; awari&#281; i naprawi&#263;. Czas potrzebny dla usuni&#281;cia szk&#243;d poda&#263; za pi&#281;&#263; minut do dyspozytorni. Koniec.

Profesor Sponka pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;.

Nie ma si&#281; co &#322;udzi&#263;  mrukn&#261;&#322;.  Nie uporaj&#261; si&#281; z tym przed dziesi&#281;cioma godzinami. Wtedy b&#281;dziemy ju&#380; na Transplutonie.

Aleksander Wielki Drugi znowu wyda&#322; z siebie radosny chichot.

Nie poszkapi&#322;em si&#281;. &#321;&#261;czno&#347;&#263; to w pewnym sensie moja specjalno&#347;&#263;, szanowny m&#322;ody kolego

Niestety  zgodzi&#322; si&#281; ponuro Adam. No, idziemy  westchn&#261;&#322;, ruszaj&#261;c w stron&#281; korytarza. Za nim, nie przestaj&#261;c chichota&#263;, pod&#261;&#380;y&#322; jego stryjeczny dziadek. Za dziadkiem Marek, dla pewno&#347;ci zachowuj&#261;c bezpieczn&#261; odleg&#322;o&#347;&#263; od niesamowitej postaci w niebieskiej koszuli. Poch&#243;d zamyka&#322; zatroskany profesor Sponka.



6.EB5 nie odpowiada

Co? co? kto to?

O rany!

Profesor? Tutaj? Jakim cudem? Jak pan wygl&#261;da?! tylko Zuli uda&#322;o si&#281; zada&#263; trzy pytania naraz.

Pozwoli pan, profesorze, &#380;e si&#281; przedstawi&#281;. Jestem Jacek Saperda i czuj&#281; si&#281; zaszczycony

Hi, hi, hi, hi!!!

Zapanowa&#322;a martwa cisza. Przybyli zatrzymali si&#281; w progu, jakby pragn&#261;c nasyci&#263; oczy wra&#380;eniem, jakie wywar&#322;o ich pojawienie si&#281; w dyspozytorni. Wreszcie ojciec Marka z nieco nienaturalnym u&#347;miechem powiedzia&#322;:

Zaraz wam wszystko wyt&#322;umaczymy  powi&#243;d&#322; po obecnych zm&#281;czonym wzrokiem. A ty  zwr&#243;ci&#322; si&#281; do chichocz&#261;cego nieszcz&#281;&#347;nika  siadaj tutaj  wskaza&#322; mu wolny fotel pod &#347;cian&#261;.  Zula, dopilnuj &#380;eby Marek zjad&#322; obiad  u&#347;miech profesora sta&#322; si&#281;odrobin&#281; pogodniejszy  wprawdzie chwilowo straci&#322; zdaje si&#281; apetyt, ale o ile go znam, zaraz mu to przejdzie

Zula nie spuszczaj&#261;c wzroku ze starego Kapicy wzi&#281;&#322;a syna za r&#281;k&#281; i poprowadzi&#322;a go do sto&#322;u.

A pan, panie profesorze, nie usi&#261;dzie z nami? spyta&#322; s&#322;odko  przymilnym g&#322;osem Jacek.

Bardzo dobry obiad  popar&#322;a brata Lidka.

Ja? hi, hi, hi!

Nie usi&#261;dzie  burkn&#261;&#322; niegrzecznie Adam, wzbudzaj&#261;c u obecnych nowy przyp&#322;yw zdziwienia, granicz&#261;cego z os&#322;upieniem. Nast&#281;pnie podszed&#322; szybko do jednego z pulpit&#243;w. Przejdziemy na automatyczny kod? spyta&#322; ogl&#261;daj&#261;c si&#281; na profesora Sponk&#281;.

Ojciec Marka wzruszy&#322; bezradnie ramionami.

Nic innego nam nie pozosta&#322;o  westchn&#261;&#322;.  Jak tam kontrolki nadajnik&#243;w? spyta&#322;, po czym ubiegaj&#261;c odpowied&#378; sam podszed&#322; do pulpitu i stan&#261;&#322; obok Adama. Przycisn&#261;&#322; jaki&#347; klawisz i rzuci&#322; g&#322;o&#347;no przed siebie:

Uwaga, sekcje nadawcze! Opr&#243;cz kodu namiarowego emitowa&#263; bez przerwy a&#380; do odwo&#322;ania nast&#281;puj&#261;cy tekst. Komputer got&#243;w?

Prosz&#281; dyktowa&#263;  pop&#322;yn&#261;&#322; ze &#347;ciany &#322;agodny, mi&#281;kki g&#322;os.

Statek EB5 na torze bezpo&#347;rednim do ZZAA1. Mamy uszkodzone wszystkie anteny odbiorcze. Prosimy o drog&#281;. Statek EB5 idzie z piln&#261; misj&#261; do stacji eksperymentalnej Instytutu Planet Granicznych ZZAA1. Z tego wzgl&#281;du nie przerywamy lotu. Jeszcze raz prosimy o wolny tor. Dzi&#281;kujemy.

Profesor Sponka umilk&#322;, odczeka&#322; chwil&#281;, po czym spyta&#322;:

Przyj&#281;te?

Ten sam &#322;agodny m&#281;ski g&#322;os co poprzednio odpowiedzia&#322; ze wszystkich stron naraz:

Tekst przyj&#281;ty. B&#281;d&#281; go nadawa&#322; r&#243;wnolegle z automatycznym kodem namiarowym a&#380; do odwo&#322;ania. Zrozumia&#322;em. Dzi&#281;kuj&#281;.

Mamy najnowszy model komputera  w g&#322;osie profesora Sponki, kiedy odwr&#243;ci&#322; si&#281; ponownie do zgromadzonych w kabinie pasa&#380;er&#243;w statku EB5, zabrzmia&#322;a nutka dumy. A teraz powiem wam kr&#243;tko, jak wygl&#261;da sytuacja. Kto&#347;, kogo sprowadzili&#347;my na pok&#322;ad bez waszej wiedzy, uszkodzi&#322; przeka&#378;niki odbiorcze ca&#322;ego bloku &#322;&#261;czno&#347;ci. Naprawa potrwa a w&#322;a&#347;nie, poczekajcie

Jeszcze raz zwr&#243;ci&#322; si&#281; twarz&#261; do pulpitu i ponownie uderzy&#322; palcem w klawisz.

Czy obliczy&#322;e&#347; ju&#380;, ile czasu zajmie automatom naprawa uszkodzenia? spyta&#322;.

Zgodnie z rozpoznaniem przeprowadzonym przez automaty naprawcze  odpowiedzia&#322;y &#347;ciany  oko&#322;o jedenastu godzin. Trzeba wymieni&#263; wszystkie przeka&#378;niki i zaprogramowa&#263; na nowo ca&#322;y system sprz&#281;&#380;e&#324;.

Pomyli&#322;em si&#281; o jedn&#261; godzin&#281;  stwierdzi&#322; sm&#281;tnie Adam.

To nasz statek nazywa si&#281; EB5?  Lidka spojrza&#322;a z zainteresowaniem na Marka.

Nie rozumiem, dlaczego nie chce pan zje&#347;&#263; z nami obiadu  nie dawa&#322;a za wygran&#261; Zula, u&#347;miechaj&#261;c si&#281; zach&#281;caj&#261;co do jegomo&#347;cia w niebieskiej koszuli:

Czy to powa&#380;na awaria? spyta&#322; przez nos Jacek.

Tato, kto w&#322;a&#347;ciwie zepsu&#322; radio?! zawo&#322;a&#322;a z przej&#281;ciem Anna. Przecie&#380; to niemo&#380;liwe!

W&#322;a&#347;nie, &#380;e mo&#380;liwe  stwierdzi&#322; w my&#347;li Marek. Nic jednak nie powiedzia&#322;, bo jako&#347; tak mimo woli zainteresowa&#322; si&#281; stoj&#261;cym przed nim pojemnikiem. Zraziki pachnia&#322;y rzeczywi&#347;cie cudownie

Profesor Sponka westchn&#261;&#322;. Przypomnia&#322; sobie, &#380;e mia&#322; wyja&#347;ni&#263; obecnym sytuacj&#281; i powt&#243;rzy&#322;:

Naprawa potrwa jedena&#347;cie godzin. Mo&#380;e dziesi&#281;&#263;. Tymczasem dok&#322;adnie za dziewi&#281;&#263; godzin b&#281;dziemy u celu. Oznacza to, &#380;e przez ca&#322;&#261; drog&#281; nie nawi&#261;&#380;emy &#322;&#261;czno&#347;ci z profesorem Kapic&#261;

Jak to? przerwa&#322;a zd&#322;awionym g&#322;osem Anna. Jej oczy, wpatrzone w chichocz&#261;cego m&#281;&#380;czyzn&#281; rozwalonego najspokojniej w fotelu, sta&#322;y si&#281; wielkie i okr&#261;g&#322;e jak dwa srebrne pieni&#261;&#380;ki.

Nie przerywaj  upomnia&#322; j&#261; &#322;agodnie Adam. O tym za chwil&#281;.

W&#322;a&#347;nie  Bogdan skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.  Wi&#281;c, jak m&#243;wi&#322;em, odb&#281;dziemy lot w troch&#281; nienormalnych warunkach. Ale nie ma powodu do obaw. Wprawdzie my nie b&#281;dziemy mogli odbiera&#263; komunikat&#243;w ani od ZZAA1, ani te&#380; od stacji po&#347;rednich, ale nasz statek, wysy&#322;a normalne sygna&#322;y. Opr&#243;cz nich, jak s&#322;yszeli&#347;cie przed chwil&#261;, nadajemy specjalne ostrze&#380;enie. Us&#322;ysz&#261; je wszystkie jednostki, kt&#243;re ewentualnie mog&#322;yby nam wej&#347;&#263; w drog&#281;. Dolecimy bezpiecznie. Tyle tylko &#380;e po przybyciu na miejsce zastaniemy same niespodzianki, bo przecie&#380; Kapica ani jego wsp&#243;&#322;pracownicy  tu spojrza&#322; przelotnie na Adama, kt&#243;ry ni st&#261;d ni zow&#261;d zarumieni&#322; si&#281; po bia&#322;ka oczu  nie mog&#261; nam przekaza&#263; &#380;adnej wiadomo&#347;ci.

Co to znaczy sprowadzili&#347;my na pok&#322;ad bez waszej wiedzy?  spyta&#322;a po kr&#243;tkiej chwili milczenia Zula. I dlaczego ci&#261;gle m&#243;wicie o profesorze Kapicy, kt&#243;ry czeka na Transplutonie, skoro tutaj zaj&#261;kn&#281;&#322;a si&#281; i urwa&#322;a, ze wzrokiem utkwionym w osobniku znalezionym przez Marka w opuszczonym Instytucie.

Kredowo blada twarz drugiego (a mo&#380;e pierwszego?) Aleksandra Wielkiego Nauki, rozci&#261;gn&#281;&#322;a si&#281; teraz w u&#347;miechu, &#347;wiadcz&#261;cym o zadowoleniu z siebie.

Jestem przyzwyczajony do tego, &#380;e o mnie m&#243;wi&#261;  o&#347;wiadczy&#322; takim tonem, jakby chcia&#322; da&#263; do zrozumienia, &#380;e to co o nim my&#347;l&#261; inni, nie ma dla niego najmniejszego znaczenia. Zula po raz kt&#243;ry&#347; pomy&#347;la&#322;a, &#380;e ten profesor Kapica sprowadzony na pok&#322;ad bez ich wiedzy zachowuje si&#281; zupe&#322;nie inaczej, ni&#380; s&#322;ynny uczony, kt&#243;rego nieraz widywa&#322;a w towarzystwie m&#281;&#380;a. Natomiast Adam sykn&#261;&#322; gniewnie, a nast&#281;pnie powiedzia&#322;:

To dobrze, bo zaraz us&#322;yszysz jeszcze o sobie i to du&#380;o ciekawych rzeczy. Ale zaczniemy chyba od pocz&#261;tku? spojrza&#322; pytaj&#261;co najpierw na Marka, a potem na jego ojca.

Tak, tak! zawo&#322;a&#322;a ochoczo Lidka.

Lidka  Tak  zauwa&#380;y&#322; z przek&#261;sem Jacek, ale nikt si&#281; nie za&#347;mia&#322;.

M&#243;wcie, byle szybko  zniecierpliwi&#322;a si&#281; Zula.

Wszystko sta&#322;o si&#281; z powodu w&#347;cibstwa pewnego m&#322;odego cz&#322;owieka

Ciekawo&#347;ci! poprawi&#322; Marek marszcz&#261;c brwi.

Niech b&#281;dzie ciekawo&#347;ci  zgodzi&#322; si&#281; z u&#347;miechem profesor Sponka. Nie wytrzyma&#322; i poszed&#322; do opuszczonego Instytutu a wtedy Adamowi nie zosta&#322;o nic innego, jak tylko po&#347;pieszy&#263; mu na ratunek. Ale na miejscu okaza&#322;o si&#281;

&#380;e niekt&#243;re agregaty s&#261; czynne  podchwyci&#322; Adam  pomimo &#380;e opuszczaj&#261;c Instytut, jego za&#322;oga wy&#322;&#261;czy&#322;a dop&#322;yw energii. Na przyk&#322;ad aparat do wytwarzania zmiennych p&#243;l grawitacyjnych Aby umo&#380;liwi&#263; ziemskim statkom podr&#243;&#380;e z szybko&#347;ciami nad&#347;wietlnymi, trzeba je wyposa&#380;y&#263; w specjalne urz&#261;dzenia, dzi&#281;ki kt&#243;rym same b&#281;d&#261; sobie stwarza&#263; supersilne pole ale mniejsza z tym  zorientowa&#322; si&#281;, &#380;e zabrn&#261;&#322; za daleko. Tam, na Ziemi, w poligonie Instytutu przeprowadzali&#347;my wst&#281;pne do&#347;wiadczenia. Zbudowali&#347;my mi&#281;dzy innymi urz&#261;dzenie, kt&#243;re lokalnie, na bardzo niewielkiej przestrzeni znosi&#322;o naturaln&#261; grawitacj&#281; naszego globu. Marek wszed&#322; w pole wytwarzane przez to urz&#261;dzenie i zamieni&#322; si&#281; w balonik kt&#243;ry najspokojniej wyl&#261;dowa&#322; na szczycie do&#347;wiadczalnej wie&#380;y

Ch&#322;opiec pomy&#347;la&#322;, &#380;e wyra&#380;enie najspokojniej jest co najmniej nieuprzejme, a Zula zawo&#322;a&#322;a ze zgroz&#261;:

Marku!

Jako umys&#322; zdysycyplinowany  rzek&#322; z przek&#261;sem Jacek  jestem przeciwny poczynaniom, kt&#243;re s&#261; podejmowane wy&#322;&#261;cznie dla zaspokojenia ciekawo&#347;ci

W zasadzie masz racj&#281;  odpowiedzia&#322; niech&#281;tnie profesor Sponka. Tak w ka&#380;dym razie powiniene&#347; my&#347;le&#263; do zako&#324;czenia studi&#243;w. Ale potem zrozumiesz, co znacz&#261; wyobra&#378;nia i ciekawo&#347;&#263;, je&#347;li naprawd&#281; masz zamiar zosta&#263;

dyrektorem instytutu  podrzuci&#322;a Udka.

uczonym i odkrywc&#261;  doko&#324;czy&#322; swoj&#261; my&#347;l Bogdan. Ale przerwali&#347;my ci  spojrza&#322; na Adama.

Z tej wie&#380;y uda&#322;o mi si&#281; &#347;ci&#261;gn&#261;&#263; naszego przysz&#322;ego badacza i odkrywc&#281;  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; m&#322;ody naukowiec  ale nie mog&#322;em stamt&#261;d odej&#347;&#263;, bez wyja&#347;nienia zagadki, dlaczego pomimo braku dop&#322;ywu energii, niekt&#243;re urz&#261;dzenia, automaty i komputer by&#322;ego Instytutu s&#261; czynne. W dodatku Marek patrz&#261;c z g&#243;ry zobaczy&#322; profesora Kapic&#281; we w&#322;asnej osobie  Adam uczyni&#322; gest w stron&#281; siedz&#261;cej pod &#347;cian&#261; postaci. Profesor zachowywa&#322; si&#281; bardzo dziwnie i sprawia&#322; wra&#380;enie lekko pomylonego. Nic dziwnego, poniewa&#380; w&#322;a&#347;nie wraca&#322; z nieudanej przeja&#380;d&#380;ki naszym pantoplanem.

Co?! wyrwa&#322;o si&#281; Annie.

Jak to, profesor porwa&#322; to jest, przepraszam zabra&#322;, to znaczy, chcia&#322;em powiedzie&#263;  zapl&#261;ta&#322; si&#281; Jacek.

Niemo&#380;liwe  zawyrokowa&#322;a z przej&#281;ciem Lidka.

My&#347;leli, &#380;e to ja  mrukn&#261;&#322; ponuro Marek.

Kiedy pantoplan si&#281; znalaz&#322;  podj&#261;&#322; z u&#347;miechem Adam  powiedzia&#322;em wam, &#380;e znam tylko jednego cz&#322;owieka na &#347;wiecie, kt&#243;ry m&#243;g&#322; doprowadzi&#263; nasz pojazd do stanu, w jakim si&#281; znajdowa&#322;. Profesor Kapica, sk&#261;din&#261;d najwybitniejszy umys&#322; naszych czas&#243;w, s&#322;ynie z tego, &#380;e nie potrafi sobie poradzi&#263; z w&#322;asn&#261; maszynk&#261; do golenia, nie m&#243;wi&#261;c ju&#380; o pilota&#380;u. A poniewa&#380; przedtem by&#322;em w instytucie, od razu domy&#347;li&#322;em si&#281;, komu zawdzi&#281;czamy znikni&#281;cie pojazdu. Zabra&#322; go, &#380;eby samemu spr&#243;bowa&#263; polecie&#263; do stacji ZZAA1 na Transplutonie

Co?! powt&#243;rzy&#322;a Anna.

Nic nie rozumiem wyzna&#322;a zdumiona Zula.

Nic nie rozumiem  przytakn&#261;&#322; jak echo Jacek.

Ani ja  zgodzi&#322;a si&#281; Lidka.

Ani ja  orzek&#322;a po namy&#347;le Anna.

Za chwil&#281; zrozumiecie  uspokoi&#322; ich Adam. Ale na razie wr&#243;&#263;my jeszcze do tego, co dzia&#322;o si&#281; wcze&#347;niej w Instytucie. Komputer mi powiedzia&#322;, &#380;e otrzymuje pr&#261;d z baterii s&#322;onecznych, wi&#281;c pobieg&#322;em 1 wy&#322;&#261;czy&#322;em je. Dla Wszelkiej pewno&#347;ci zerwa&#322;em nawet kable. To by&#322;o grube niedopatrzenie  zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Bogdana Sponki, kt&#243;ry przytakn&#261;&#322; ruchem g&#322;owy  &#380;e zostawiono te baterie z kompletnym oprzyrz&#261;dowaniem. Zwa&#380;ywszy, &#380;e profesor Kapica wyposa&#380;y&#322; swojego zdalnika w tak dalece posuni&#281;t&#261; samodzielno&#347;&#263;

Zdalnik  powt&#243;rzy&#322; w my&#347;li Marek. Znowu to niezrozumia&#322;e s&#322;owo. Nie mia&#322; jednak czasu, by pr&#243;bowa&#263; rozgry&#378;&#263;, co ono mog&#322;o znaczy&#263;, bo Adam m&#243;wi&#322; dalej:

Wtedy w umy&#347;le naszego ciekawskiego  ch&#322;opiec poczu&#322;, &#380;e robi mu si&#281; gor&#261;co  wyl&#281;g&#322;y si&#281; najokropniejsze podejrzenia. W dodatku da&#322;em mu miotacz i poprosi&#322;em, &#380;eby strzela&#322; do wszystkiego, co si&#281; poruszy. Ba&#322;em si&#281;, &#380;e samozwa&#324;czy gospodarz opuszczonego poligonu b&#281;dzie troch&#281; zbyt samodzielny skoro potrafi&#322; uruchomi&#263; baterie s&#322;oneczne, doprowadzi&#263; energi&#281; do Instytutu, a nawet porwa&#263; pantoplan. No i skoro uda&#322;o mu si&#281; o&#380;y&#263;, pomimo &#380;e pozostawiono go wy&#322;&#261;czonego. Na szcz&#281;&#347;cie zdalniki maj&#261; wbudowane blokady, kt&#243;re nie pozwalaj&#261; im szkodzi&#263; &#380;ywym ludziom. Tote&#380; bez trudu uda&#322;o mi si&#281; obezw&#322;adni&#263; naszego go&#347;cia  spojrza&#322; wymownie na osobnika w niebieskiej koszuli, kt&#243;ry siedzia&#322; z tak&#261; min&#261;, jakby m&#243;wiono ca&#322;y czas o kim&#347; innym, zupe&#322;nie mu nieznanym.

Wprawdzie zepsu&#322; komputer, kiedy ten mia&#322; mi zdradzi&#263; jego kryj&#243;wk&#281;, ale to w&#322;a&#347;nie naprowadzi&#322;o mnie na jego &#347;lad. Bo wy&#322;&#261;czy&#263; komputer mo&#380;na tylko w jednym miejscu, pod galeryjk&#261; w g&#322;&#243;wnej hali. Poszed&#322;em tam i po chwili by&#322;o ju&#380; po wszystkim. Ale Marek  mrugn&#261;&#322; porozumiewawczo do ch&#322;opca  utwierdzi&#322; si&#281; w swoich podejrzeniach. Powinienem by&#322; mu powiedzie&#263; postanowi&#322;em jednak poczeka&#263; na ciebie  spojrza&#322; na Bogdana. Tak westchn&#261;&#322;.  Dalszy ci&#261;g ju&#380; znacie. Profesor Kapica nie wiedzie&#263; czemu zbudowa&#322; swojego zdalnika tak, &#380;e zewn&#281;trznie jest nies&#322;ychanie podobny do niego samego. Z tego wzgl&#281;du postanowili&#347;my z Bogdanem zabra&#263; go na Transplutona, &#380;eby nasz wielki Aleksander sam zdecydowa&#322;, co z nim zrobi&#263;. Rozumiecie  rozejrza&#322; si&#281; bezradnie po obecnych  by&#322;o nam jako&#347; g&#322;upio niszczy&#263; go lub cho&#263;by wy&#322;&#261;cza&#263; mieliby&#347;my wra&#380;enie, &#380;e robimy co&#347; z&#322;ego prawdziwemu profesorowi mo&#380;e to dziecinada  westchn&#261;&#322;  ale popatrzcie tylko na niego

Wszyscy skierowali wzrok na blad&#261; twarz niezwyk&#322;ego go&#347;cia, kt&#243;ry niespodziewanie znowu zachichota&#322;.

Wi&#281;c to to nie jest profesor? wykrztusi&#322; Jacek.

Podobny, prawda? powiedzia&#322; ponuro Bogdan.

Nic dziwnego, &#380;e Marek Wzi&#261;&#322; go za mojego stryjecznego dziadka  podj&#261;&#322; znowu Adam  najpierw w Instytucie, a potem kiedy zobaczy&#322; przez iluminator, jak transportowali&#347;my go z rakietki do statku. Bo trzeba wam wiedzie&#263;, &#380;e obserwowa&#322; t&#281; scen&#281;, schowany w pomieszczeniu aparatury &#322;&#261;czno&#347;ci

Powiedzia&#322;, &#380;e idzie do &#322;azienki! Zula pokiwa&#322;a g&#322;ow&#261; i pogrozi&#322;a synowi palcem. Czy naprawd&#281; nie ma &#380;adnego sposobu na takich jak on?! roz&#322;o&#380;y&#322;a bezradnie r&#281;ce.

Nie wiem  za&#347;mia&#322; si&#281; Adam. W ka&#380;dym razie pech chcia&#322;, &#380;e naszego go&#347;cia postanowili&#347;my umie&#347;ci&#263; w tej samej kom&#243;rce, kt&#243;r&#261; wybra&#322; Marek. Pan profesor wykorzysta&#322; to od razu w ten spos&#243;b, &#380;e popsu&#322; radio, na szcz&#281;&#347;cie tylko instalacje odbiorcze. Dlatego lecimy teraz na &#347;lepo, wysy&#322;aj&#261;c ten tekst, kt&#243;ry Bogdan podyktowa&#322; komputerowi

D&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; panowa&#322;o milczenie. Przerwa&#322;a je Zula.

Ale jak to si&#281; mog&#322;o sta&#263;, &#380;e wy&#322;&#261;czone baterie s&#322;oneczne starego Instytutu zacz&#281;&#322;y nagle pracowa&#263; na nowo? spyta&#322;a z zadum&#261;.

On by&#322; nieczynny tylko przez tydzie&#324;  mrukn&#261;&#322; Adam, spogl&#261;daj&#261;c z&#322;ym wzrokiem na domniemanego profesora Kapic&#281;.  Czas ju&#380; chyba, &#380;eby&#347;cie si&#281; przekonali, z kim naprawd&#281; mamy do czynienia  doda&#322;.

Odszed&#322; od pulpitu i stan&#261;&#322; przed fotelem, zaj&#281;tym przez osobliwego, chichocz&#261;cego starszego pana.

Jak si&#281; nazywasz? spyta&#322;.  Dzieci ci&#281; nie znaj&#261;  doda&#322; takim tonem, jakby chcia&#322; usprawiedliwi&#263; obcesowo&#347;&#263; swojego pytania.

M&#243;g&#322;by&#347; im sam to powiedzie&#263;  spokojnie odrzek&#322; zagadni&#281;ty. Znasz mnie przecie&#380;. Jestem Aleksander Kapica. Wsp&#243;&#322;pracujemy nad teori&#261; geon&#243;w. A &#347;ci&#347;lej nad jej zastosowaniem do lot&#243;w w nadprzestrzeni

Wi&#281;c jeste&#347; dyrektorem Instytutu Planet Granicznych  skwitowa&#322; wtr&#261;caj&#261;c si&#281; do rozmowy Bogdan Sponka. Dobrze. Dlaczego zatem jeste&#347; tutaj, na statku, a nie w bazie Instytutu, na Transplutonie?

Jegomo&#347;&#263; w niebieskiej koszuli pomy&#347;la&#322; chwil&#281;.

Zostawiono mnie samego na Ziemi.

Ale przecie&#380; eksperymenty na Transplutonie trwaj&#261;. A kieruje nimi nie kto inny, jak w&#322;a&#347;nie profesor Kapica. Jak to mo&#380;liwe, &#380;e jeste&#347; r&#243;wnocze&#347;nie tam i tutaj?

Mo&#380;liwe.

Wi&#281;c was jest dw&#243;ch?

Nie. Jestem jeden.

Tu i tam?

Przecie&#380; wiesz

Ja wiem  powiedzia&#322; z naciskiem ojciec Marka  ale chcia&#322;bym, &#380;eby&#347; to wyja&#347;ni&#322; mojej &#380;onie i dzieciom. Dzieci s&#261; ciekawe doda&#322; podst&#281;pnie. Powiedz dlaczego ty lecisz z nami, a nie zosta&#322;e&#347; w Instytucie na Ziemi?

 &#379;eby prowadzi&#263; do&#347;wiadczenia na Transplutonie.

Przecie&#380; ca&#322;y czas i tak je prowadzi&#322;e&#347;?

Musz&#281; by&#263; razem nie wiem, jak to powiedzie&#263;  po raz pierwszy na bladej twarzy dziwnego cz&#322;owieka odmalowa&#322; si&#281; wysi&#322;ek.

Pomog&#281; ci  rzek&#322; Sponka. Pragniesz by&#263; jak najbli&#380;ej siebie, tego siebie, kt&#243;ry teraz jest na Transplutonie. Czy tak?

Uhm

Dlatego u&#380;y&#322;e&#347; podst&#281;pu, &#380;eby si&#281; tam dosta&#263;. Uruchomi&#322;e&#347; baterie s&#322;oneczne, przeci&#261;gaj&#261;c dodatkowy kabel i czeka&#322;e&#347; na sposobno&#347;&#263;. Czeka&#322;e&#347; d&#322;ugo, bo przesz&#322;o rok. Wreszcie nad s&#261;siednim jeziorem pojawili si&#281; ludzie Przyjechali tam pantoplanem, czyli pojazdem, kt&#243;rym od biedy kto&#347; nie wymagaj&#261;cy zbyt wiele, nie potrzebuj&#261;cy nawet powietrza ani jedzenia, potrafi&#322;by si&#281; dosta&#263; do granic Uk&#322;adu S&#322;onecznego. Ukrad&#322;e&#347; pantoplan i pr&#243;bowa&#322;e&#347; wystartowa&#263;. To by&#322;o wczoraj, prawda?

Umm

Zapomnia&#322;e&#347; o jednym  g&#322;os Bogdana jakby z&#322;agodnia&#322;  a mianowicie, &#380;e profesor Kapica jest szeroko znany nie tylko jako odkrywca. Chyba wszyscy dziennikarze pisali ju&#380; o jego przes&#322;awnym roztargnieniu, a tak&#380;e o tym, &#380;e wielki uczony nie potrafi sobie poradzi&#263; ze zwyk&#322;ym rowerem, nie m&#243;wi&#261;c o pojazdach doby kosmicznej. Tak, tak, m&#243;j drogi  pokiwa&#322; z u&#347;miechem g&#322;ow&#261;  sam czyta&#322;em wiele barwnych anegdot, jak to nie wiedzia&#322;e&#347;, co pocz&#261;&#263; z najprostszymi mechanizmami we w&#322;asnym mieszkaniu, podczas gdy r&#243;wnocze&#347;nie oblicza&#322;e&#347; drog&#281; do najdalszych galaktyk. I ty porwa&#322;e&#347; si&#281; na to, aby ukra&#347;&#263; pantoplan i pr&#243;bowa&#263; na nim dotrze&#263; do Transplutona?

Nie wiedzia&#322;em  burkn&#261;&#322; osobnik w niebieskiej koszuli. Tego si&#281; nie wie o sobie

Je&#347;li nie jest si&#281; sob&#261;  podsumowa&#322; Bogdan. Wi&#281;c powiem im, kim naprawd&#281; jeste&#347;. Zdalnikiem

Kim?

Co?

Zdalnikiem  powt&#243;rzy&#322; profesor Sponka. Automatem, wyposa&#380;onym w &#347;wiadomo&#347;&#263; s&#322;ynnego uczonego Kapicy. On sam go zbudowa&#322;  wyja&#347;nia&#322;, zwracaj&#261;c si&#281; teraz do reszty s&#322;uchaczy  &#380;eby bra&#322; udzia&#322; w eksperymentach. Rozumiecie?

Nikt nie odpowiedzia&#322;. Zula zamruga&#322;a szybko powiekami. Anna potrz&#261;sn&#281;&#322;a g&#322;ow&#281;. Marek odni&#243;s&#322; wra&#380;enie, &#380;e co&#347; jakby zaczyna mu &#347;wita&#263;, ale za nic nie potrafi&#322;by tego &#347;witania wyrazi&#263; w s&#322;owach. Lidka powiedzia&#322;a kr&#243;tko: nie. Tylko Jacek chrz&#261;kn&#261;&#322; znacz&#261;co, po czym rzek&#322; z zastanowieniem:

S&#261;dz&#281;, &#380;e b&#281;dzie lepiej, je&#347;li wyt&#322;umaczy im to pan dok&#322;adniej To im zosta&#322;o wym&#243;wione ze stosownym naciskiem, kt&#243;rym jajog&#322;owy wyra&#378;nie akcentowa&#322;, &#380;e je&#347;li chodzi o niego, wszelkie dalsze wyja&#347;nienia s&#261; najzupe&#322;niej zb&#281;dne.

Ani profesor Sponka, ani Adam nie przej&#281;li si&#281; jednak zbytnio s&#322;owami Jacka. Natomiast ojciec Marka postanowi&#322; p&#243;j&#347;&#263; za jego rad&#261; i wszystko wyt&#322;umaczy&#263;.

Powiedzmy, &#380;e cz&#322;owiek wysy&#322;a eksperymentalny statek do gwiazd  zacz&#261;&#322;.  Oczywi&#347;cie, bez &#380;ywej za&#322;ogi, bo w tej chwali nie mamy jeszcze rakiet, kt&#243;re potrafi&#322;yby wr&#243;ci&#263; z najbli&#380;szych bodaj gwiazdozbior&#243;w przed up&#322;ywem kilkudziesi&#281;ciu, a nawet kilkuset lat. Ot&#243;&#380; aparatura zainstalowana na takim statku przekazuje uczonym dane dotycz&#261;ce lotu, materii mi&#281;dzygwiezdnej, promieniowania s&#322;owem mn&#243;stwo liczb i fakt&#243;w. Nie otrzymujemy jednak wiadomo&#347;ci o tym co najciekawsze, a mianowicie jak czu&#322;by si&#281; tam w dalekiej przestrzeni cz&#322;owiek i jakie by&#322;yby jego wra&#380;enia. Dlatego kto&#347; dawno ju&#380; wpad&#322; na pomys&#322; budowy zdalnik&#243;w. Konstruuje si&#281; bardzo skomplikowan&#261; maszyn&#281; informatyczn&#261;, co&#347; w rodzaju m&#243;zgu elektronicznego, tylko superpojemnego i przelewa si&#281; do takiej maszyny zawarto&#347;&#263; m&#243;zgu jakiego&#347; prawdziwego cz&#322;owieka. To znaczy uczy si&#281; maszyn&#281; wszystkiego, ale to wszystkiego, co ten cz&#322;owiek wie. Nie tylko wiadomo&#347;ci naukowych, ale wspomnie&#324; dotycz&#261;cych prze&#380;y&#263; tego cz&#322;owieka, dzieci&#324;stwa no wszystkiego. A poniewa&#380; ta maszyna jako sztuczny m&#243;zg, potrafi sama my&#347;le&#263;, rozumowa&#263;, obserwowa&#263; otoczenie i wysnuwa&#263; wnioski, wi&#281;c kiedy nawi&#261;&#380;e z ni&#261; kontakt kto&#347;, kto przekaza&#322; jej tre&#347;&#263; w&#322;asnych szarych kom&#243;rek, to jest wtedy tak, jakby ten kto&#347; rozmawia&#322; z samym sob&#261;. Potem taki sobowt&#243;r leci w kosmos, a cz&#322;owiek, jego, &#380;e tak powiem, pierwowz&#243;r, odbiera bezpo&#347;rednio ca&#322;ym swoim uk&#322;adem nerwowym, wszystkimi o&#347;rodkami m&#243;zgowymi wra&#380;enia, jakich tamten doznaje w eksperymentalnej rakiecie. Rozumiecie, jakie to chytre i wa&#380;ne? A co do &#322;&#261;czno&#347;ci, zapewniaj&#261; j&#261; fale biologiczne. Wiecie, a je&#347;li nie, to dowiecie si&#281; wkr&#243;tce  spojrza&#322; przelotnie na Lidk&#281; i Marka  &#380;e ka&#380;dy z nas wysy&#322;a takie fale. Wystarczy je odpowiednio wzmocni&#263;

To nieludzkie wykrztusi&#322;a nagle Lidka. Wszyscy popatrzyli na ni&#261; zaskoczeni.

Dlaczego? zdumia&#322; si&#281; Adam. Wzmacniacze p&#243;l elektromagnetycznych, otaczaj&#261;cych nasze o&#347;rodki m&#243;zgowe to zupe&#322;nie niewinne aparaciki.

Poczekaj  przerwa&#322; mu Bogdan. Zdaje si&#281;, &#380;e wiem, o co ci chodzi  popatrzy&#322; ze zrozumieniem na dziewczyn&#281;.  My&#347;lisz, &#380;e je&#347;li on jest tak wiern&#261; kopi&#261; cz&#322;owieka, to wysy&#322;anie go w bezpowrotn&#261; podr&#243;&#380;, nara&#380;anie na katastrofy, b&#243;l, &#347;mier&#263; i tak dalej, nie m&#243;wi&#261;c o takich uczuciach jak t&#281;sknota czy smutek

W&#322;a&#347;nie! podchwyci&#322;a Anna. My&#347;la&#322;am o tym samym.

Dla nauki zacz&#261;&#322; Jacek, ale Sponka nie pozwoli&#322; mu m&#243;wi&#263;. Przysz&#322;y dyrektor Instytutu stanowczo nie mia&#322; dzisiaj dobrego dnia.

Zaraz was uspokoj&#281;  powiedzia&#322; ojciec Marka, (wyci&#261;gaj&#261;c przed siebie d&#322;onie, jakby chcia&#322; si&#281; obroni&#263; przed czyim&#347; atakiem. Przede wszystkim w zasadzie nie buduje si&#281; zdalnik&#243;w cz&#322;ekokszta&#322;tnych. Ten tutaj jest, o ile wiem, jedynym istniej&#261;cym egzemplarzem. To by&#322; w&#322;a&#347;ciwie taki kaprys Kapicy co&#347; w rodzaju &#380;artu

 &#321;adny mi &#380;art! obruszy&#322; si&#281; tym razem Marek.

Ale to nieistotne  ci&#261;gn&#261;&#322; Bogdan. W ko&#324;cu zdalnik nie musia&#322;by by&#263; cz&#322;ekokszta&#322;tny, &#380;eby czu&#263; jak cz&#322;owiek. Mo&#380;na by mu nada&#263; posta&#263; kuli, skrzyni, oboj&#281;tnie czego. Wa&#380;na jest przecie&#380; tylko aparatura. Ale nawet cz&#322;ekopodobne zdalniki zreszt&#261;, zaraz si&#281; przekonacie.

Odwr&#243;ci&#322; si&#281; na powr&#243;t w stron&#281; fotela zaj&#281;tego przez rzekomego profesora Aleksandra Kapic&#281;.

Kto to jest? spyta&#322; wskazuj&#261;c oczami Adama. Profesor poszed&#322; za jego wzrokiem, po czym wzruszy&#322; ramionami.

Adam Kapica  odpowiedzia&#322; lekko zniecierpliwionym tonem. M&#243;j asystent i stryjeczny wnuk.

To znaczy krewny?

Stryjeczny dziadek swojego asystenta spojrza&#322; na niego spod &#347;ci&#261;gni&#281;tych powiek.

Krewny? powt&#243;rzy&#322; z namys&#322;em.

Kochasz go? spyta&#322; zamiast odpowiedzie&#263; Bogdan.

Bruzda na czole zdalnika pog&#322;&#281;bi&#322;a si&#281;.

Co to znaczy?

Co czu&#322;e&#347;, kiedy Adam ci&#281; uderzy&#322; i zwi&#261;za&#322; pami&#281;tasz, tego dnia, kiedy nie uda&#322;o ci si&#281; uprowadzi&#263; naszego pojazdu?

Ze nie mog&#281; si&#281; rusza&#263;

Nie bola&#322;o?

B&#243;l? Znam to poj&#281;cie, ale

A jak przenosili&#347;my ci&#281; z rakietki do statku, przez pr&#243;&#380;ni&#281;, nie by&#322;o ci zimno? Nie brakowa&#322;o ci powietrza?

Wystarczy  powiedzia&#322;a Zula dr&#380;&#261;cym od emocji g&#322;osem. Teraz ju&#380; Lidka nie b&#281;dzie mie&#263; wam za z&#322;e, &#380;e post&#281;pujecie z nim tak tak nieludzko. Prawda, kochanie?

Och westchn&#281;&#322;a Lidka tak cicho, jakby za oknem przelecia&#322;a &#263;ma.

Bogdan Sponka u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; przelotnie.

Jeszcze jedno pytanie, a potem postaram si&#281; o now&#261; niespodziank&#281;. Jeste&#347; profesorem Kapica, tak? zwr&#243;ci&#322; si&#281; znowu do osobliwego tworu w fotelu.

Tak.

Co to jest teoria geon&#243;w?

Dziecinne pytanie  burkn&#261;&#322; pewnym siebie tonem zapytany. Chodzi o cz&#261;steczki, tworz&#261;ce krzywizn&#281; czasu i przestrzeni. Posiadaj&#261; mas&#281;, a wi&#281;c ulegaj&#261; prawom grawitacji. A skoro tak, to mo&#380;na w substancji naszego dostrzegalnego zmys&#322;ami &#347;wiata znale&#378;&#263; dziury, prowadz&#261;ce do jakiego&#347; innego &#347;wiata. Czyli przedosta&#263; si&#281; do nadprzestrzeni. T&#281; teori&#281; opublikowa&#322; bodaj jeszcze w dwudziestym wieku Wheeler, tw&#243;rca geometrodynamiki. Nasze eksperymenty

W&#322;a&#347;nie  przerwa&#322; mu Bogdan. Wystarczy  doda&#322; szybko, zauwa&#380;ywszy rozpaczliwe znaki, dawane przez Adama, kt&#243;ry obserwuj&#261;c twarze s&#322;uchaczy doszed&#322; do s&#322;usznego ze wszech miar wniosku, &#380;e wywody rzekomo uczonego s&#261; stanowczo nieco zbyt specjalistyczne. Bardzo pi&#281;knie powiedzia&#322;e&#347; o tych geonach  sk&#322;oni&#322; si&#281; zdalnikowi. A teraz, poniewa&#380; jeste&#347; r&#243;wnocze&#347;nie tutaj i na Tratasplutonie, zechciej nam jeszcze wyjawi&#263;, czego dokonali&#347;cie ostatnio? Kiedy wystartuje pierwsza rakieta do lotu w nadprzestrzeni?

Co?

Pytanie chyba jeszcze bardziej dziecinne i proste ni&#380; poprzednie dla jednego z najwi&#281;kszych ziemskich uczonych.

Ja zaj&#261;kn&#261;&#322; si&#281; niebieski.

rok temu straci&#322;e&#347; kontakt z tym drugim sob&#261;, a w&#322;a&#347;ciwie jedynym prawdziwym profesorem Kapic&#261;  rzuci&#322; demaskatorskim tonem Bogdan. W tym ca&#322;a rzecz. Masz ca&#322;y zas&#243;b wiedzy profesora, ale tylko do momentu opuszczenia przez niego Instytutu nad jeziorem. Potem Kapica odrzuci&#322; swoje wzmacniacze fal biologicznych i przerwa&#322; kontakt z tob&#261;. Po przeniesieniu na Transplutona, zbyteczne sprz&#281;ty pozosta&#322;y tam, na dawnym poligonie, a ty by&#322;e&#347; potrzebny jedynie do wst&#281;pnych eksperyment&#243;w. Od momentu zerwania &#322;&#261;czno&#347;ci przez profesora Aleksandra Kapic&#281; powiniene&#347; pozostawa&#263; nieczynny, wy&#322;&#261;czony, bo uruchamiaj&#261; ci&#281; tylko fale biologiczne, kt&#243;re on emituje. Tak to by&#322;o pomy&#347;lane. Ty jednak potrafi&#322;e&#347; o&#380;y&#263; i mog&#281; nawet powiedzie&#263;, jak tego dokona&#322;e&#347;. Profesor  zwr&#243;ci&#322; si&#281; do milcz&#261;cej gromadki  wyposa&#380;y&#322; tego tutaj swojego zdalnika w pewn&#261; samodzielno&#347;&#263;. Z jednej strony jest on kopi&#261; jego m&#243;zgu, kt&#243;ra zaczyna funkcjonowa&#263; zgodnie ze swoim przeznaczeniem tylko wtedy, kiedy nasz wielki Aleksander posy&#322;a mu fale biologiczne. Sk&#261;din&#261;d jednak ten jegomo&#347;&#263;  skin&#261; r&#281;k&#261; w stron&#281; fotela  jest jakby po&#322;&#261;czeniem zdalnika ze zwyk&#322;ym automatem, mo&#380;e nie zupe&#322;nie zwyk&#322;ym, bo dysponuj&#261;c ca&#322;&#261; wiedz&#261; s&#322;ynnego uczonego jest m&#261;drzejszy od przeci&#281;tnego automatu. W ka&#380;dym razie posiada w&#322;asne baterie energetyczne. Ot&#243;&#380; to w&#322;a&#347;nie przerwa&#322; na moment dla zaczerpni&#281;cia tchu  pozwoli&#322;o mu wr&#243;ci&#263; do &#380;ycia nawet w&#243;wczas, gdy profesor Kapica wy&#322;&#261;czy&#322; definitywnie sw&#243;j wzmacniacz fal biologicznych, zrywaj&#261;c z nim &#322;&#261;czno&#347;&#263;. Wiecie, &#380;e nawet zu&#380;yte bateryjki w zwyk&#322;ej latarce, od&#322;o&#380;onej na kilka dni, mog&#261; si&#281; troch&#281; pod&#322;adowa&#263;. Tak samo pod&#322;adowa&#322;y si&#281; jego akumulatory. By&#322; nieczynny przez tydzie&#324;, a potem nagle ockn&#261;&#322; si&#281; i zrozumia&#322;, &#380;e jest sko&#324;czony. Wystarczy&#322;o mu jednak tej szcz&#261;tkowej energii, w akumulatorach, &#380;eby uruchomi&#263; baterie s&#322;oneczne i na&#322;adowa&#263; si&#281; na nowo. Od tego momentu przesta&#322; by&#263; w&#322;a&#347;ciwie zdalnikiem, a sta&#322; si&#281; samodzielnym automatem. Pozosta&#322; sob&#261; tylko co do jednego

Wiem, co chcesz powiedzie&#263;  przerwa&#322; mu nagle jegomo&#347;&#263; w niebieskiej koszuli. Ale znowu stan&#281; si&#281; zdalnikiem, kiedy odzyskam kontakt z sob&#261;

Mo&#380;e  zgodzi&#322; si&#281; bez przekonania Bogdan. Na razie jednak pozw&#243;l mi sko&#324;czy&#263;. Ot&#243;&#380; nasz go&#347;&#263;  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; krzywo do zdalnika  ma wbudowany w sw&#243;j sztuczny system nerwowy pewien jakby to nazwa&#263;  zawaha&#322; si&#281;   instynkt. Tak, instynkt. Mianowicie odczuwa bardzo siln&#261; potrzeb&#281; przebywania stale mo&#380;liwie najbli&#380;ej swojego &#380;ywego pierwowzoru. Rozumiecie? Chodzi o to, &#380;eby eksperymentalnym statkom, na kt&#243;rych polec&#261; zdalniki, da&#263; troch&#281; wi&#281;ksz&#261; szans&#281; powrotu. Automaty, wyposa&#380;one w Mci taki instynkt, zrobi&#261; wi&#281;cej ni&#380; zwyk&#322;e komputery, &#380;eby odnale&#378;&#263; drog&#281; do cz&#322;owieka, z kt&#243;rym chc&#261; si&#281; po&#322;&#261;czy&#263;, a tym samym drog&#281; do bazy. Zreszt&#261;, macie przyk&#322;ad. Przecie&#380; on  jeszcze raz zerkn&#261;&#322; na niebieskiego  tylko dlatego m&#243;g&#322; uruchomi&#263; baterie s&#322;oneczne, czeka&#263; tak d&#322;ugo, porwa&#263; pantoplan i wreszcie trafi&#263; na pok&#322;ad naszego stadku, &#380;e czu&#322; potrzeb&#281; znalezienia si&#281; znowu razem z prawdziwym, &#380;ywym Kapic&#261;. Tak  Sponka wyprostowa&#322; plecy i westchn&#261;&#322;.  Mo&#380;esz by&#263; zadowolony. Lecisz na Transplutona, a tam jest profesor. Tylko dlaczego  m&#243;wi&#322; teraz wprost do zdalnika  skoro znalaz&#322;e&#347; si&#281; ju&#380; na pok&#322;adzie tego statku i skoro Adam powiedzia&#322; ci dok&#261;d lecimy, bo powiedzia&#322; ci przecie&#380;, dlaczego  powt&#243;rzy&#322; podniesionym tonem  zepsu&#322;e&#347; radio?! Przecie&#380; w ten spos&#243;b przynajmniej teoretycznie zmniejszy&#322;e&#347; nasze wsp&#243;lne szans&#281; dotarcia bezpiecznie do celu?

Nie powiem.

Sponka machn&#261;&#322; r&#281;k&#261;.

Mniejsza z tym. Tak czy owak radio jest zepsute i musimy je naprawia&#263;. Nie b&#281;dziemy docieka&#263;, co i dlaczego robi&#261; jakie&#347; zwariowane zdalniki

Wcale nie jestem zwariowany  zaprotestowa&#322; rzekomy Kapota. Przekonacie si&#281; sami Hi, hi  niespodziewanie odzyska&#322; pogod&#281; ducha, je&#347;li naturalnie mo&#380;na m&#243;wi&#263; o pogodzie ducha w wypadku automat&#243;w, nawet przesadnie samodzielnych.

A ja  odezwa&#322; si&#281; s&#322;abym g&#322;osem Marek  podejrzewa&#322;em podejrzewa&#322;em

Daj ju&#380; spok&#243;j  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; Adam. Jestem szcz&#281;&#347;liwy, &#380;e nie przysz&#322;o ci na my&#347;l zabawi&#263; si&#281; samemu w obro&#324;c&#281; uci&#347;nionych i zdzieli&#263; mnie na przyk&#322;ad dr&#261;giem po g&#322;owie, &#380;eby obezw&#322;adni&#263; zbrodniarza i oswobodzi&#263; biednego, prze&#347;ladowanego profesora

Z g&#322;&#281;bi kabiny dobieg&#322; cichy, dziewcz&#281;cy chichot, a ch&#322;opiec poczu&#322;, &#380;e si&#281; czerwieni, przez co jego humor nie sta&#322; si&#281; wcale lepszy.

A co do podejrze&#324;  Bogdan Sponka potoczy&#322; po obecnych surowym wzrokiem  to wy wszyscy nie zgrzeszyli&#347;cie nadmiarem zaufania do nas, naukowc&#243;w. Jak mogli&#347;cie przypuszcza&#263;  spojrza&#322; na Lidk&#281;  &#380;e obdarzamy zdalniki ludzkimi uczuciami godz&#261;c si&#281; z tym, &#380;e u&#380;ywani do eksperyment&#243;w b&#281;d&#261; cierpie&#263;, znosi&#263; b&#243;l, t&#281;sknot&#281;

Zula spojrza&#322;a m&#281;&#380;owi w oczy.

Ale roz&#322;&#261;k&#281; jednak odczuwaj&#261; bole&#347;nie, jak wynika z tego, o czym m&#243;wili&#347;cie  szepn&#281;&#322;a z zastanowieniem.

Przecie&#380; nie powiesz, &#380;e &#380;elazo t&#281;skni do magnesu  zareplikowa&#322; Adam  chocia&#380; przyci&#261;gaj&#261; si&#281; wzajemnie. To sprawa czysto techniczna. Podejrzewasz swojego m&#281;&#380;a lub mnie, &#380;e byliby&#347;my zdolni nara&#380;a&#263; czuj&#261;c&#261; istot&#281; na wieczn&#261; tu&#322;aczk&#281; w pr&#243;&#380;ni, katastrofy, czy chocia&#380;by nigdy nie spe&#322;nione t&#281;sknoty? Nawet umys&#322; superzdyscyplinowany  mrugn&#261;&#322; do Jacka  nie jest zdolny do okrucie&#324;stwa

Niekiedy bywamy nawet za bardzo tolerancyjni  wtr&#261;ci&#322; Bogdan  jak to si&#281; w&#322;a&#347;nie niedawno okaza&#322;o

Powiedziawszy to, podszed&#322; do zdalnika i zanim ten zd&#261;&#380;y&#322; cokolwiek zrobi&#263;, si&#281;gn&#261;&#322; do paska przy jego niebieskich spodniach. Profesor Kapica zamruga&#322; oczami, po czym znieruchomia&#322;.

Wy&#322;&#261;czy&#322;em go  mrukn&#261;&#322; Bogdan, prostuj&#261;c si&#281;.  Powinienem by&#322; to zrobi&#263; od razu, jeszcze na Ziemi. W ka&#380;dej chwili przecie&#380; mo&#380;na z powrotem zanikn&#261;&#263; obwody &#322;&#261;cz&#261;ce jego sztuczny system nerwowy z akumulatorami. Ale nie chcia&#322;em go likwidowa&#263; bez prawdziwego Kapicy to w ko&#324;cu maszyna, stworzona przez niego, posiadaj&#261;ca jego wiedz&#281; i w dodatku podobna do niego jak dwie krople wody wydawa&#322;o mi si&#281; to jakie&#347; jakie&#347; nie&#322;adne. A teraz wszyscy za to cierpimy  doda&#322; gorzko.

W takim razie dlaczego wy&#322;&#261;czy&#322;e&#347; go w&#322;a&#347;nie teraz? spyta&#322;a Zula.

 &#379;eby niczego wi&#281;cej nie popsu&#322;  wyja&#347;ni&#322; jej m&#261;&#380;.  Ale nie tylko dlatego. Obieca&#322;em wam przecie&#380; jeszcze jedn&#261; niespodziank&#281;

O! wyrwa&#322;o si&#281; Lidce. Marek mimo podniecenia wywo&#322;anego ostatni&#261; wypowiedzi&#261; ojca spojrza&#322; na dziewczyn&#281; z zachwytem.

Nie chcia&#322;em tak&#380;e, &#380;eby zdalnik Kapicy zorientowa&#322; si&#281;, &#380;e ma konkurenta  m&#243;wi&#322; dalej Bogdan filuternym tonem. Przesun&#261;&#322; jakie&#347; ga&#322;ki i nagle zgas&#322;y wszystkie lampy. W nawigatorni zapanowa&#322; mrok.

To dla wi&#281;kszego efektu  za&#347;mia&#322; si&#281; profesor Sponka. A teraz uwa&#380;ajcie

Ekran nad pulpitem zaja&#347;nia&#322; matowym, srebrzystym &#347;wiat&#322;em. Po&#347;rodku jego tarczy powsta&#322;a okr&#261;g&#322;a, br&#261;zowa plamka, jak &#378;renica oka.

Ju&#380; nas widzi  ojciec Marka &#347;ciszy&#322; g&#322;os do szeptu.

Dzie&#324; dobry  pop&#322;yn&#261;&#322; sk&#261;d&#347; zza &#347;ciany g&#322;os Bogdana Sponki. Zdaje si&#281;, &#380;e spa&#322;em. Czy lecimy zgodnie z planem?

Co to jest? wymamrota&#322; Adam najwidoczniej zaskoczony, tak samo jak pozostali. Zapytany mrugn&#261;&#322; do niego szelmowsko i po&#322;o&#380;y&#322; palec na ustach.

Tak, tylko mamy awari&#281; radia  odpowiedzia&#322; swojemu w&#322;asnemu g&#322;osowi.

Oko na ekranie rozszerzy&#322;o si&#281; odrobin&#281;.

Awari&#281; radia? &#321;&#261;czno&#347;ci? Jak mog&#322;o do tego doj&#347;&#263;?

Automaty ju&#380; przyst&#261;pi&#322;y do naprawy. Zreszt&#261; nieczynne s&#261; jedynie sekcje odbiorcze. Nadajniki pracuj&#261; normalnie. Wysy&#322;amy namiar, a ponadto specjalny apel do wszystkich stacji i jednostek na naszym kursie.

Mimo wszystka to dziwne  podsumowa&#322; &#347;cienny Spodka. Czy Kapica w og&#243;le wie, &#380;e EB5 jest ju&#380; w drodze?

Nie. Od razu po powrocie na Ziemi&#281; zabra&#322;em pasa&#380;er&#243;w i wystartowa&#322;em.

Powinienem by&#322; jednak po&#322;&#261;czy&#263; si&#281; przedtem z ZZAA1. Stary bardzo nalega&#322; na jak najszybsze przeprowadzenie eksperymentu. Nie podoba mi si&#281; to, &#380;e lecimy nie wiedz&#261;c, co tam si&#281; dzieje.

Tak  zgodzi&#322; si&#281; z sob&#261; m&#281;&#380;czyzna stoj&#261;cy przed pulpitem. Niestety, nie zrobi&#322;em tego.

Trudno. Przynajmniej nie lec&#281; z pr&#243;&#380;nymi r&#281;kami. Te obliczenia, kt&#243;re wykona&#322;em na asteroidach, potwierdzaj&#261; s&#322;uszno&#347;&#263; teoretycznych za&#322;o&#380;e&#324; profesora, W warunkach okre&#347;lonej grawitacji zewn&#281;trznej mo&#380;liwe jest przekroczenie szybko&#347;ci &#347;wiat&#322;a i wej&#347;cie w nadprzestrze&#324;.

M&#243;j syn i moja &#380;ona  Bogdan mrugn&#261;&#322; porozumiewawczo do Zuli i Marka daj&#261;c im zna&#263;, &#380;e teraz powinni wyt&#281;&#380;y&#263; ca&#322;&#261; uwag&#281;  jeszcze nie wiedz&#261; o eksperymencie. Oczywi&#347;cie, wr&#243;c&#261; na Ziemi&#281;, zanim przyst&#261;pimy do decyduj&#261;cej pr&#243;by

M&#243;j syn i moja &#380;ona? powt&#243;rzy&#322;a tym samym g&#322;osem &#347;ciana. Co to znaczy?

Zapominasz, &#380;e masz jeszcze c&#243;rk&#281;  w zupe&#322;nej ciszy zabrzmia&#322; szept Zuli.

W&#322;aw&#322;a&#347;nie rezolutnie upomina&#322;a si&#281; o siebie Amina. Zazawsze o mmimmnie zapominasz

C&#243;rk&#281;?  podchwyci&#322; z widocznym wahaniem drugi zapominalski tata, przemawiaj&#261;cy nie wiadomo sk&#261;d. Nic nie rozumiem

Przecie&#380; s&#261; tutaj. Moja rodzina. Kocham rodzin&#281;, prawda?

M&#243;wi&#281; do&#347;&#263; dziwnie zniecierpliwi&#322; si&#281; g&#322;os.

Mam &#347;liczn&#261; &#380;on&#281;  w tonie profesora Sponki pojawi&#322;o si&#281; rozbawienie, cho&#263; r&#243;wnocze&#347;nie zadrga&#322;a w nim nutka szczerego wzruszenia  urocz&#261; c&#243;rk&#281;, o kt&#243;rej nigdy nie zapominam  odpowiedzia&#322; na niedawn&#261; interwencj&#281; Zuli i Anny  oraz syna, bij&#261;cego wszystkie rekordy ciekawo&#347;ci. Nie poznaj&#281; ich? S&#261; tutaj

To chyba sen?! Miarek uszczypn&#261;&#322; si&#281; w policzek i wiedzia&#322; od razu, &#380;e nie ma mowy o &#380;adnym &#347;nie.

Dlaczego pan m&#243;wi w pierwszej osobie? wykrztusi&#322;a Lidka.

Cich&#322;o b&#261;d&#378;  sykn&#261;&#322; Jacek. On tak musi. Przecie&#380; rozmawia z w&#322;asnym

Polec&#281; w przestrze&#324;  podj&#261;&#322; po kr&#243;tkiej przerwie profesor Sponka, Mo&#380;e nawet w nadprzestrze&#324;.

Czy nie b&#281;d&#281; t&#281;skni&#322; do tych, kt&#243;rych kocham?

T&#281;skni&#322;?  Kocham?  Nie rozumiem  g&#322;os zza &#347;ciany zabrzmia&#322; p&#243;&#322; tonu wy&#380;ej. Operuj&#281; teraz nieznanymi poj&#281;ciami. Musz&#281; by&#263; tylko razem to znaczy ca&#322;y

Bogdan pochyli&#322; si&#281; nad pulpitem. Oko zgas&#322;o. Tarcza ekranu zasnu&#322;a si&#281; cieniem.

Rozumiecie? rzuci&#322; weso&#322;o profesor, tocz&#261;c spojrzeniem po oniemia&#322;ych s&#322;uchaczach. Powiedzia&#322;em wam, &#380;e jest tylko jeden zdalnik, zbudowany na podobie&#324;stwo cz&#322;owieka  zerkn&#261;&#322; w stron&#281; nieruchomej postaci w fotelu. Ale nigdy nie m&#243;wi&#322;em, &#380;e zbudowali&#347;my w og&#243;le tylko jednego zdalnika. Ten, kt&#243;rego s&#322;yszeli&#347;cie przed chwil&#261;, to numer drugi. I nie przypomina cz&#322;owieka, prawda? Oczywi&#347;cie, poza g&#322;osem

To to ty? spyta&#322;a Zula. Na jej twarzy odmalowa&#322;o si&#281; uczucie niech&#281;ci.

Ja do pewnego stopnia  potwierdzi&#322; Bogdan. To znaczy do momentu, w kt&#243;rym ko&#324;czy si&#281; wiedza, a zaczynaj&#261; ludzkie uczucia

Dlaczego w&#322;a&#347;nie ty? g&#322;os Anny brzmia&#322; ju&#380; mniej wi&#281;cej normalnie, chocia&#380; wida&#263; by&#322;o, &#380;e podobnie jak Zul&#281;, niezbyt uradowa&#322;o j&#261; odkrycie drugiego taty w &#347;cianie.

Dlaczego ja? Po prostu dlatego, &#380;e sp&#281;dzi&#322;em w tym statku ostatnie tygodnie i kiedy czeka&#322;em aa wyniki kolejnych bada&#324; przeprowadzonych przez automaty, mia&#322;em czas na zabaw&#281; w konstruktora. Widzicie, to w&#322;a&#347;nie EB5, na kt&#243;rym teraz lecimy, b&#281;dzie bohaterem eksperymentu. To ten statek wejdzie w nadprzestrze&#324; i odb&#281;dzie drog&#281; w&#322;a&#347;nie, dok&#261;d? Kto to wie? roz&#322;o&#380;y&#322; r&#281;ce. Mo&#380;e do najdalszych mg&#322;awic? A razem z nimi na t&#281; pierwsz&#261; w dziejach wypraw&#281;, co si&#281; zowie w nieznane, poleci niejaki Bogdan Sponka. Z ca&#322;&#261; swoj&#261; wiedz&#261; i wra&#380;liwo&#347;ci&#261; poza zdolno&#347;ci&#261; odczuwania b&#243;lu, strachu czy t&#281;sknoty, bo chocia&#380; komputer ma zarejestrowane wszystkie matematyczne, a lepiej: informatyczne odpowiedniki tych uczu&#263;, sam zdalnik waszego starego taty  mrugn&#261;&#322; do Anny i Marka  nie b&#281;dzie t&#281;skni&#322; ani cierpia&#322;. S&#322;yszeli&#347;cie, co odpowiedzia&#322;; kiedy chwali&#322;em urod&#281; jego &#380;ony? Tak, jego  za&#347;mia&#322; si&#281;  bo on jest przecie&#380; mn&#261;. Ale nie wie, co to jest rodzina i co czuje cz&#322;owiek wzgl&#281;dem swoich najbli&#380;szych cho&#263;by byli tak niezno&#347;ni jak pewni szybkobiegacze, kt&#243;rych nie b&#281;d&#281; wytyka&#322; palcami

I pan pan b&#281;dzie z nim, to znaczy z sob&#261;, nie, co ja m&#243;wi&#281;!.. Lidka zamacha&#322;a r&#281;kami.

Ona, jak s&#261;dz&#281;, chcia&#322;a si&#281; upewni&#263;  rzek&#322; swoim zwyczajem przez nos Jacek  &#380;e pan i pana zdalnik b&#281;dziecie w kontakcie podczas eksperymentalnego lotu tego statku.

Tak  odpowiedzia&#322; lekko zniecierpliwionym tonem profesor Sponka. Przecie&#380; po to go skonstruowa&#322;em. Przed startem w&#322;&#261;cz&#281; go znowu, a patem przez ca&#322;&#261; drog&#281; moje i jego nerwy, oczy, palce, o&#347;rodki m&#243;zgowe b&#281;d&#261; (po&#322;&#261;czone niewidzialnymi niteczkami fal biologicznych. B&#281;d&#281; odbiera&#322; te same wra&#380;enia i widzia&#322; to co on Oczywi&#347;cie nie musia&#322;em go tak programowa&#263;, &#380;eby przemawia&#322; moim g&#322;osem ale przyznacie, &#380;e to wcale zabawne, tak sobie pogaw&#281;dzi&#263; z samym sob&#261;.

Nie widz&#281; w tym nic zabawnego  burkn&#261;&#322; obra&#380;onym tonem Marek.

Ani ja  stan&#281;&#322;a wyj&#261;tkowo po stronie brata Anna.

No dobrze  odezwa&#322;a si&#281; po d&#322;u&#380;szej chwili Zula  a co z nim? wskaza&#322;a oczami jedyny egzemplarz zdalnika cz&#322;ekokszta&#322;tnego.

O tym zadecyduje sam orygina&#322;  odpowiedzia&#322; ze &#347;miechem Adam  to znaczy m&#243;j stryjeczny dziadek. Nie chcia&#322;bym znowu nara&#380;a&#263; si&#281; Markowi. Zaraz okrzykn&#261;&#322;by minie zbrodniarzem i pobieg&#322; do jakiej&#347; kom&#243;rki, zaopatrzonej w okienko, przez kt&#243;re m&#243;g&#322;by mnie &#347;ledzi&#263;

Nie! zaprotestowa&#322; gwa&#322;townie m&#322;ody detektyw.

Nie! popar&#322;a go nie wiedzie&#263; czemu Lidka.

Zula spojrza&#322;a na Jacka, a Jacek na Zul&#281;. Ta ostatnia skin&#281;&#322;a nieznacznie g&#322;ow&#261;.

Trzy cztery zacz&#261;&#322; jajog&#322;owy.

Lidka  Nie!  zabrzmia&#322; zgodny duet.

Nie  wykrzykn&#281;&#322;a oburzona dziewczyna.

Kiedy wszyscy wy&#347;miali si&#281; ju&#380; do syta, wzrok Adama ponownie spocz&#261;&#322; na nieruchomym jegomo&#347;ciu w niebieskiej koszuli.

 &#379;ebym tylko wiedzia&#322;, dlaczego zepsu&#322; radio  mrukn&#261;&#322; powa&#380;niej&#261;c m&#322;ody naukowiec.

W ka&#380;dym razie  westchn&#261;&#322;.profesor Sponka  kiedy znajdzie si&#281; ju&#380; na ZZAA1, b&#281;dzie na pewno grzeczny.

Tato  odezwa&#322; si&#281; Marek. a czy ten tw&#243;j zdalnik  uni&#243;s&#322; r&#281;k&#281; i zatoczy&#322; ni&#261; &#322;uk, wskazuj&#261;c wszystkie &#347;ciany kabiny  tak&#380;e ma ten jaki&#347; instynkt? To znaczy, czy tak&#380;e b&#281;dzie tak bardzo chcia&#322; do ciebie wr&#243;ci&#263;?

Owszem  przytakn&#261;&#322; Bogdan. Na przebieg samej pr&#243;by nie b&#281;dzie to mia&#322;o wp&#322;ywu, bo w nadprzestrzeni przestaje funkcjonowa&#263; ca&#322;a informatyka, przynajmniej ta kt&#243;r&#261; dot&#261;d znamy. Je&#347;li oczywi&#347;cie eksperyment si&#281; uda i statek rzeczywi&#347;cie wejdzie w nadprzestrze&#324;. Natomiast potem mo&#380;e zaistnie&#263; sytuacja, &#380;e dzi&#281;ki temu instynktowi, chocia&#380; to niezbyt szcz&#281;&#347;liwe okre&#347;lenie, bo instynkt maj&#261; przecie&#380; tylko &#380;ywe istoty, zdalnik pomo&#380;e sprowadzi&#263; statek z powrotem do bazy. Komputer b&#281;dzie wtedy bezradny, bo zabraknie mu danych dotycz&#261;cych przebytej drogi. Liczymy si&#281; z tym, &#380;e EB5 zostanie na zawsze w kosmosie, ale gdyby mimo wszystko wr&#243;ci&#322;, zyskaliby&#347;my mn&#243;stwo dodatkowego materia&#322;u naukowego jakie&#347; fragmenty zapis&#243;w w b&#281;bnach pami&#281;ciowych komputera, kiedy on sam b&#281;dzie g&#322;upiutki poza czasem i przestrzeni&#261;, jaki&#347; osad na pancerzu no, ale dosy&#263; na dzisiaj  profesor Sponka spojrza&#322; na zegarek i za&#347;mia&#322; si&#281;.  Bez ma&#322;a noc. Ciekawo&#347;&#263; to straszna cecha  pogrozi&#322; z udan&#261; surowo&#347;ci&#261; synowi. Wszystko trzeba t&#322;umaczy&#263; i t&#322;umaczy&#263; w niesko&#324;czono&#347;&#263;.

Tato! zawo&#322;a&#322; bez zastanowienia Marek. Ja i tak nic nie rozumiem

Przynajmniej szczerze  uradowa&#322; si&#281; ojciec. Pociesz si&#281;, &#380;e nie ty jeden. Twoja mama na przyk&#322;ad ma bardzo m&#261;dry wyraz twarzy, co &#347;wiadczy niezbicie, &#380;e obmy&#347;la now&#261; seri&#281; pyta&#324;

Jaka szkoda  mrukn&#281;&#322;a Zula  &#380;e nie mam pod r&#281;k&#261; pomara&#324;czy i to bardzo ci&#281;&#380;kiej.

Tak czy inaczej, teraz Marek zje wreszcie obiad  orzek&#322; Adam. By&#322;a to uwaga ze wszech miar s&#322;uszna, poniewa&#380; ch&#322;opiec zafrapowany przedziwnymi historiami, kt&#243;re opowiadali ojciec i m&#322;ody Kapica, na &#347;mier&#263; zapomnia&#322; o jedzeniu. Na razie do&#347;&#263; o zdalnikach, nadprzestrzeni, eksperymentach i instynktach.

Poza jednym  sprostowa&#322; z powag&#261; Jacek. A mianowicie instynktem samozachowawczym. To on w&#322;a&#347;nie spowoduje, &#380;e Marek, pogodziwszy si&#281; chwilowo z tym, &#380;e nie wszystko rozumie, jednak zje obiad

Wszyscy si&#281; roze&#347;mieli.

M&#243;j brat przem&#243;wi&#322; ludzkim g&#322;osem! zawo&#322;a&#322;a Lidka wznosz&#261;c r&#281;ce ku niebu. A mo&#380;e to jego zdalnik?!

Kiedy b&#281;d&#281; dyrektorem  zacz&#261;&#322; przez nos Jacek, ale przerwa&#322; mu nowy wybuch &#347;miechu.

No, wszystko w porz&#261;dku  podsumowa&#322; Adam.

Na szcz&#281;&#347;cie trzeci zdalnik nie wchodzi w rachub&#281;.

Do&#347;&#263; nam tych dw&#243;ch a zw&#322;aszcza jednego  doda&#322; powa&#380;niej&#261;c.

Do&#347;&#263;, do&#347;&#263;  zgodzi&#322; si&#281; skwapliwie Marek, z ustami wypchanymi zimnymi zrazikami.

W nawigatorni zapanowa&#322;a cisza. Od czasu do czasu dawa&#322;y si&#281; jedynie s&#322;ysze&#263; odg&#322;osy zmagania si&#281; samotnego biesiadnika z kremem, zrazikami, sa&#322;atk&#261; s&#322;oneczn&#261;, lodami i czym tam jeszcze. Ale Marek jad&#322; z mniejszym apetytem, ni&#380; na to zas&#322;ugiwa&#322;a powitalna uczta. Wszyscy pogr&#261;&#380;yli si&#281; w my&#347;lach. Ten statek unosz&#261;cy ich przez niesko&#324;czon&#261; czer&#324; kosmosu, tam gdzie wielkie, z&#322;ote, pra&#380;&#261;ce s&#322;o&#324;ce staje si&#281; tylko jedn&#261; z miliard&#243;w gwiazdek, leci ku swojemu niezbyt jasnemu przeznaczeniu &#347;lepy i g&#322;uchy. Czy eksperyment si&#281; powiedzie i czy ta kabina, teraz tak bardzo swojska, przeniknie do tej jakiej&#347; niepoj&#281;tej nadprzestrzeni, to inna sprawa. Na razie trzeba dotrze&#263; do stacji Instytutu na granicy Uk&#322;adu. A po raz pierwszy w dziejach wsp&#243;&#322;czesnej kosmonautyki zdarzy&#322;o si&#281;, aby tak&#261; drog&#281; odbywa&#322;a rakieta odci&#281;ta od komunikat&#243;w, wskaz&#243;wek satelit&#243;w kierunkowych i g&#322;os&#243;w dy&#380;urnych koordynator&#243;w w bazach orbitalnych oraz plac&#243;wkach nawigacyjnych na ksi&#281;&#380;ycach Jowisza, Saturna, Neptuna i Urana.

Za iluminatorami by&#322;a tylko czer&#324; i niesko&#324;czone mrowie z&#322;otawych szpileczek. Komputer uruchomi&#322; wszystkie zespo&#322;y i sekcje robocze. &#346;wiadczy&#322;y o tym b&#322;yskaj&#261;ce na pulpitach lampki i po&#347;wi&#281;caj&#261;ce linie, wij&#261;ce si&#281; gor&#261;czkowo na tarczach ekran&#243;w. Statek szed&#322; kursem na Transplutona.


Przed p&#243;&#322;kolist&#261;, szerok&#261; tarcz&#261;, w pomieszczeniu przypominaj&#261;cym kopu&#322;&#281; zdj&#281;t&#261; z dachu staro&#380;ytnej katedry i umieszczon&#261; na pot&#281;&#380;nych, &#380;elbetowych fundamentach, starszy m&#281;&#380;czyzna z bujn&#261; szpakowat&#261; czupryn&#261; zwr&#243;ci&#322; si&#281; do swego m&#322;odszego towarzysza.

Co nowego, (kr&#243;lu?

&#321;ysa jak kolano czaszka wykona&#322;a ruch w lewo a potem w prawo. Przez moment zal&#347;ni&#322; na niej niebieskawy refleks jedynej pal&#261;cej si&#281; w g&#322;&#281;bi pomieszczenia s&#322;abej lampki.

Nic. Namiar jest, ale EB5 nadal nie odpowiada.

Za plecami m&#281;&#380;czyzn poruszy&#322;a si&#281; z&#322;ocista g&#322;&#243;wka.

Czy nic nie mo&#380;na zrobi&#263;?  spyta&#322; dziewcz&#281;cy g&#322;os, w kt&#243;rym drga&#322;a t&#322;umiona rozpacz. Przecie&#380; oni przecie&#380;

Uspok&#243;j si&#281;, dziewczyno  powiedzia&#322; &#322;agodnie starszy. Zrobimy wszystko co w naszej mocy. Przerwa&#263; procesu ju&#380; si&#281; nie da, wiesz o tym tak samo dobrze jak my. Ale oni przecie&#380; zd&#261;&#380;&#261;. Musz&#261; zd&#261;&#380;y&#263;. Do stu ksi&#281;&#380;yc&#243;w, kiedy&#347; w ko&#324;cu si&#281; odezw&#261;

Wzywam EB5  rzuci&#322; przed siebie &#322;ysy. Wzywam EB5. Uwaga, wszystkie jednostki! Specjalne wezwanie alarmowe dla EB5. Ktokolwiek zdo&#322;a nawi&#261;za&#263; &#322;&#261;czno&#347;&#263; z rakiet&#261; EB5, le&#380;&#261;c&#261; na kursie Ziemia  Transpluton, niech natychmiast zawr&#243;ci j&#261; z drogi. Polecenie Dyrektora Instytutu Planet Granicznych. Uwaga! Wezwanie alarmowe dla EB5

&#321;ysy przerwa&#322; na chwil&#281;. Gdzie&#347; za &#347;cian&#261; kopu&#322;y jaki&#347; ma&#322;y, drewniany m&#322;oteczek stuka&#322; miarowo, jakby odlicza&#322; czas.

Dalej nic  mrukn&#261;&#322; starszy.

Dalej nic  powt&#243;rzy&#322;a &#322;ami&#261;cym si&#281; g&#322;osem dziewczyna.

Nic  potwierdzi&#322; &#322;ysy. EB5 nie odpowiada



7.Skoro ju&#380; jeste&#347;cie

Wstawaj, &#347;piochu! Godzin&#281; temu przeci&#281;li&#347;my orbit&#281; Plutona!

Mmmeemm odpowiedzia&#322; ze zrozumieniem Marek.

Je&#347;li zaraz nie wstaniesz, zostawi&#281; ci&#281; w statku i wy&#347;l&#281; razem z nim na koniec wszech&#347;wiata! B&#281;dziesz mia&#322; mi&#322;e towarzystwo. Pami&#281;taj, &#380;e m&#243;j zdalnik umie m&#243;wi&#263;  za&#347;mia&#322; si&#281; ojciec.

S&#322;owo zdalnik poruszy&#322;o w ch&#322;opcu jakie&#347; spr&#281;&#380;yny. Wyskoczy&#322; z roz&#322;o&#380;onego fotela jak oparzony.

Co si&#281; sta&#322;o?!

Poza tym, &#380;e za p&#243;&#322;torej godziny b&#281;dziemy na miejscu, na razie nic  uspokoi&#322; go Bogdan. Lecimy szybciej, ni&#380; przewidywa&#322;em, bo pocz&#261;wszy od Jowisza nie ma dzisiaj w przestrzeni &#380;adnego ruchu. Pewnie dlatego, &#380;e wszyscy odbieraj&#261; nasz komunikat i schodz&#261; nam z drogi, ale to mimo wszystko dziwne

A radio? spyta&#322; Marek, kt&#243;remu stan&#281;&#322;y przed oczami wydarzenia wczorajszego dnia.

Ojciec pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;.

Automaty robi&#261; co mog&#261;. Wiesz, obliczy&#322;em w nocy, ile czasu zaj&#281;&#322;aby naprawa, gdyby wykonywali j&#261; ludzie. Zgadnij?

Marek tylko pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;. Po&#347;piesznie ko&#324;czy&#322; toalet&#281; i naci&#261;ga&#322; ju&#380; na siebie lekki, bia&#322;y kombinezon.

Mniej wi&#281;cej dwadzie&#347;cia pi&#281;&#263; lat  o&#347;wiadczy&#322; z dum&#261; profesor. Ta nutka dumy by&#322;a zrozumia&#322;a, zwa&#380;ywszy, &#380;e to przecie&#380; on sam konstruowa&#322; automaty, kt&#243;re pracowa&#322;y o tyle szybciej ni&#380; ludzie.

Ch&#322;opiec zatrzyma&#322; si&#281;. Z jedn&#261; nogawk&#261; zamiataj&#261;c&#261; pod&#322;og&#281; male&#324;kiej kabiny spyta&#322;:

Jak to mo&#380;liwe? Te anteny instalowali chyba &#380;ywi ludzie?

Sk&#261;d&#380;e znowu. Ludzie tylko daj&#261; automatom zadania, a one same sporz&#261;dzaj&#261; plany konstrukcyjne i potem je realizuj&#261;. Czasy kiedy &#380;ywi projektanci sami rysowali plany i sporz&#261;dzali szczeg&#243;&#322;owe programy dla komputer&#243;w, nale&#380;&#261; do zamierzch&#322;ej przesz&#322;o&#347;ci. Nie wiemy i nie chcemy wiedzie&#263;, jak i co robi&#261; automaty. Okre&#347;lamy tylko funkcje, jakie powinno spe&#322;nia&#263; urz&#261;dzenie, kt&#243;re one wyprodukuj&#261;. Kiedy&#347; gospodynie domowe tak&#380;e nie wiedzia&#322;y, co si&#281; dzieje na przyk&#322;ad w pralce automatycznej. Wystarcza&#322;o im, &#380;e wrzuca&#322;y brudn&#261;, a wyjmowa&#322;y czyst&#261; bielizn&#281;. Masz zamiar tak paradowa&#263; przez ca&#322;y dzie&#324;? A mo&#380;e to jaka&#347; nowa moda? spyta&#322; niespodziewanie.

Marek, kt&#243;ry uwa&#380;a&#322;, &#380;e jak po&#347;piech, to po&#347;piech, Skaka&#322; w&#322;a&#347;nie na jednej nodze ku drzwiom, nadal wlok&#261;c po pod&#322;odze nogawk&#281; kombinezonu.

Zawsze mnie zagadasz! odpowiedzia&#322; atakiem.

Ojciec za&#347;mia&#322; si&#281; szczerze.

B&#261;d&#378; zadowolony, &#380;e w przestrzeni trzeba oszcz&#281;dnie gospodarowa&#263; wod&#261;!  zawo&#322;a&#322;.  Inaczej zbudzi&#322;bym ci&#281; o wiele szybciej

Ch&#322;opiec przypomnia&#322; sobie, w jak niegodny spos&#243;b ojciec wyrwa&#322; go ze snu wczoraj nad jeziorem, i nasro&#380;y&#322; si&#281; jeszcze bardziej.

U innych te&#380; ju&#380; by&#322;e&#347;?  burkn&#261;&#322;.

Jackiem zaj&#261;&#322; si&#281; Adam, a dziewcz&#281;tami mama. Mnie jak zwykle przypad&#322;a najtrudniejsza misja. Je&#347;li si&#281; nie po&#347;pieszysz, ze &#347;niadania zostan&#261; &#380;a&#322;osne resztki. A zaraz potem b&#281;dziemy musieli zaj&#261;&#263; si&#281; powa&#380;niejszymi sprawami. Niebawem l&#261;dujemy

Nie wiadomo, co podzia&#322;a&#322;o skuteczniej, s&#322;owo l&#261;dujemy czy te&#380; wzmianka o &#347;niadaniu, do&#347;&#263; &#380;e minut&#281; p&#243;&#378;niej obydwaj wchodzili ju&#380; do dyspozytorni.

Przy stole, zastawionym skromniej ni&#380; wczoraj, ale jak z miejsca oceni&#322; Marek, zupe&#322;nie zadowalaj&#261;co, siedzieli Adam, Jacek i Anna. Zula krz&#261;ta&#322;a si&#281; jeszcze przy syntezatorze &#380;ywno&#347;ciowym, z kt&#243;rego dochodzi&#322;a smakowita wo&#324; jajecznicy.

Ju&#380; jestem  zabrzmia&#322; od progu d&#378;wi&#281;czny g&#322;osik i nagle kto&#347; da&#322; Markowi pot&#281;&#380;n&#261; bomb&#281; w plecy. Ch&#322;opiec wykona&#322; kilka rozpaczliwych podskok&#243;w i znacznie pr&#281;dzej, ni&#380; si&#281; spodziewa&#322;, wyl&#261;dowa&#322; nie tyle przy stole, ile pod nim.

Och, przepraszam! wykrzykn&#281;&#322;a Lidka. To dlatego, &#380;e jeszcze si&#281; na dobre nie zbudzi&#322;am

Mam nadziej&#281;  powiedzia&#322; z powag&#261; Adam  &#380;e we &#347;nie jeste&#347; silniejsza ni&#380; na jawie. Inaczej pan Nizio&#322;ek znalaz&#322;by godnego rywala a raczej, o wstydzie, rywalk&#281;

Nic nie szkodzi  mrukn&#261;&#322; Marek, gramol&#261;c si&#281; na fotel.

Umys&#322; zdyscyplinowany potrafi zapanowa&#263; nad cia&#322;em w ka&#380;dej sytuacji  zauwa&#380;y&#322; Jacek.

Zgadnijcie, co powiedzia&#322;a Lidka, kiedy j&#261; budzi&#322;am? spyta&#322;a z u&#347;miechem Zula.

Nie! wyrwa&#322;o si&#281; znowu dziewczynie. Chwil&#281; p&#243;&#378;niej &#347;mia&#322;a si&#281; ju&#380; wraz z innymi.

Kim jest ten jak powiedzia&#322;e&#347;? Zula zwr&#243;ci&#322;a si&#281; do Adama.

Nizio&#322;ek? Nied&#322;ugo go poznacie. Ma na imi&#281; Dariusz i dlatego profesor Kapica nazywa go kr&#243;lem albo kr&#243;lem kr&#243;l&#243;w, na pami&#261;tk&#281; jakiego&#347; staro&#380;ytnego perskiego w&#322;adcy, kt&#243;ry pono&#263; kaza&#322; si&#281; tak tytu&#322;owa&#263;. Bardzo mi&#322;y cz&#322;owiek. Jest automatykiem i pilotem. Na ZZAA1 pracuje jako technik &#322;&#261;czno&#347;ci. S&#322;ynie z tego, &#380;e potrafi podnie&#347;&#263; solidny, kamienny pomnik &#347;redniej wielko&#347;ci

Si&#322;a fizyczna! parskn&#261;&#322; Jacek z nieopisan&#261; pogard&#261;.

Si&#322;a jak si&#322;a  odpowiedzia&#322; filozoficznie Adam. Czasem si&#281; przydaje. Natomiast sprawno&#347;&#263; fizyczna jest potrzebna ka&#380;demu, kto my&#347;li o gwiazdach. Nizio&#322;ek ma &#322;apy jak koparki, ale potrafi nimi naprawi&#263; urz&#261;dzenie, kt&#243;rego nie wida&#263; go&#322;ym okiem

Automaty zrobi&#261; to i tak lepiej

Automaty nie zawsze s&#261; pod r&#281;k&#261;  uci&#261;&#322; Adam.

Pierwszy sko&#324;czy&#322; je&#347;&#263; profesor Sponka. Wsta&#322;, westchn&#261;&#322; i bez s&#322;owa przeszed&#322; do s&#261;siedniej sterowni. Otwarte drzwi pozwala&#322;y wszystkim obserwowa&#263; jego poczynania. Stan&#261;&#322; nad centralk&#261; &#322;&#261;czno&#347;ci i pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;. Nast&#281;pnie zlustrowa&#322; uwa&#380;nie czujniki, przyjrza&#322; si&#281; ekranom, a wreszcie usiad&#322; w fotelu pilota, znikaj&#261;c za jego wielkim, &#322;&#243;dkowatym oparciem.

Odt&#261;d musimy ju&#380; bez przerwy sami kontrolowa&#263; kurs  mrukn&#261;&#322; pod nosem Adam. Ostatni etap lotu

Jeszcze daleko  powiedzia&#322; lekcewa&#380;&#261;cym tonem Jacek. Niedawno przeci&#281;li&#347;my orbit&#281; Plutona. A Transpluton jest przecie&#380; dwa razy dalej od s&#322;o&#324;ca ni&#380; Pluton, kt&#243;ry przez tyle wiek&#243;w uchodzi&#322; za ostatni&#261; planet&#281; naszego uk&#322;adu

Jako umys&#322; &#347;cis&#322;y i zdyscyplinowany  Adam wym&#243;wi&#322; te s&#322;owa bez &#347;ladu ironii, co nie przeszkodzi&#322;o, &#380;e twarz Lidki rozja&#347;ni&#322;a si&#281; promiennym u&#347;miechem  powiniene&#347; wiedzie&#263;, &#380;e niedawno, dalej i tym podobne s&#322;&#243;wka tutaj trac&#261; jakiekolwiek znaczenie. Jeste&#347;my na granicy Uk&#322;adu S&#322;onecznego i lecimy bez radia

Ale automatyczny pilot nie potrzebuje radia? zdziwi&#322;a si&#281; Anna. Sam m&#243;wi&#322;e&#347;

Automatyczny pilot jest niezawodny w granicach programu, jaki przygotowali dla niego ludzie. Nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie zajdzie co&#347;, co b&#281;dzie wykracza&#263; poza te granice. Automaty s&#261; niezawodne, ale nie potrafi&#261; wyj&#347;&#263; poza to, co da&#322;o si&#281; przewidzie&#263;. Ludzie s&#261; zawodni, jednak nie maj&#261; &#380;adnych ogranicze&#324;. To podstawowa r&#243;&#380;nica mi&#281;dzy Bogdanem a automatycznym pilotem.

S&#261;dzisz, &#380;e co&#347; nam grozi? spyta&#322;a Zula. Adam u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; i potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Nie. Ale gdyby&#347;my chcieli czuwa&#263; tylko wtedy, kiedy nam ju&#380; co&#347; grozi, nigdy nie polecieliby&#347;my do gwiazd. Zabrak&#322;oby w pewnym momencie &#380;ywych kosmonaut&#243;w.

W przysz&#322;o&#347;ci zajm&#281; si&#281; automatami z&#322;o&#380;y&#322; swoje kolejne o&#347;wiadczenie Jacek. Powinny by&#263; tak samo nieograniczone jak ludzie

Lidka prychn&#281;&#322;a gniewnie, co wzbudzi&#322;o odruch protestu u Anny. Natomiast Adam powiedzia&#322; powa&#380;nie:

To niemo&#380;liwe. &#379;adna maszyna nie potrafi traktowa&#263; &#347;wiata dynamicznie, to znaczy z uwzgl&#281;dnieniem wszystkich zachodz&#261;cych w nim proces&#243;w i zmian. Przecie&#380; ka&#380;da sekunda przynosi mn&#243;stwo nowych informacji o kosmosie, o osi&#261;gni&#281;ciach naukowych, o ludziach. Musieliby&#347;my budowa&#263; maszyny w pe&#322;ni niezale&#380;ne, homeostaty

Co? przerwa&#322; niezbyt grzecznie Marek. Co budowa&#263;?

Automaty zdolne do samoorganizowania si&#281; kiedy ju&#380; b&#281;dziesz umys&#322;em zdyscyplinowanym  m&#322;ody naukowiec zerkn&#261;&#322; przelotnie w stron&#281; jajog&#322;owego, kt&#243;ry jednak uda&#322;, &#380;e nie dos&#322;ysza&#322;  a poza tym troch&#281; cia&#347;niej zape&#322;nionym wiadomo&#347;ciami

 &#321;adnie ci si&#281; to powiedzia&#322;o  burkn&#261;&#322; ura&#380;onym tonem ch&#322;opiec. Adam za&#347;mia&#322; si&#281;, ale zaraz spowa&#380;nia&#322;.

Zdolno&#347;&#263; do samoorganizowania si&#281; jest cech&#261; organizm&#243;w &#380;ywych a zw&#322;aszcza ludzi, i zapewnia mi&#281;dzy innymi umiej&#281;tno&#347;&#263; dzia&#322;ania w zmieniaj&#261;cym si&#281; &#347;wiecie  wyja&#347;ni&#322;.  Teoretycznie mo&#380;na budowa&#263; nawet tak nies&#322;ychanie skomplikowane maszyny. Tylko &#380;e wtedy pr&#281;dzej czy p&#243;&#378;niej mogliby&#347;my mie&#263; z nimi k&#322;opoty jak z niegrzecznymi dzie&#263;mi  zako&#324;czy&#322;.  A teraz przepraszam, p&#243;jd&#281; zobaczy&#263;, czy automatyczny pilot sprawuje si&#281; jak przysta&#322;o ograniczonej maszynie.

Wsta&#322; i przeszed&#322; do sterowni, gdzie zaj&#261;&#322; miejsce obok profesora Sponki.

To jeszcze tylko godzina? spyta&#322;a po chwili Lidka. Jej oczy zal&#347;ni&#322;y. Ciekawa jestem, co powie tatu&#347;  szepn&#281;&#322;a rozmarzonym g&#322;osem.

Obawiam si&#281;, &#380;e z niespodzianki nici  powiedzia&#322; niby to od niechcenia Jacek. Gdyby&#347;my mieli radio, nie musieliby&#347;my nawi&#261;zywa&#263; &#322;&#261;czno&#347;ci akurat z ZZAA1. Wystarczy&#322;oby meldowa&#263; si&#281; w stacjach po&#347;rednich. Ale skoro lecimy na o&#347;lep wysy&#322;aj&#261;c na wszystkie strony ostrzegawczy komunikat, musieli go ju&#380; odebra&#263;. A wi&#281;c wiedz&#261;

Jako umys&#322; niezdyscyplinowany stwierdzam, &#380;e rozumujesz nielogicznie  wtr&#261;ci&#322; si&#281; bardzo uprzejmie Marek. Nawet gdyby&#347;my mieli radio, ojciec i Adam daliby zna&#263; profesorowi Kapicy, &#380;e s&#261; ju&#380; w drodze. Przecie&#380; czeka na nich niecierpliwie. Natomiast nie musieliby mu wcale m&#243;wi&#263;, &#380;e my to znaczy Lidka i ty, lecicie razem z nimi, skoro nasza wycieczka mia&#322;a by&#263; niespodziank&#261; dla waszego taty. Ale przecie&#380; pod tym wzgl&#281;dem nic si&#281; nie zmieni&#322;o. W komunikatach ostrzegawczych nie ma najmniejszej wzmianki, &#380;e opr&#243;cz ojca i Adama kto&#347; jeszcze znajduje si&#281; na pok&#322;adzie EB5. Wi&#281;c

Dzi&#281;kuj&#281;, Marku! zawo&#322;a&#322;a Lidka, a ch&#322;opiec znalaz&#322; si&#281; nagle w jakiej&#347; nieziemsko pi&#281;knej krainie, w kt&#243;rej ros&#322;y pi&#281;kne kwiaty i rozbrzmiewa&#322;a nie mniej pi&#281;kna muzyka. Z tej krainy wyrwa&#322; go dopiero ch&#322;odny g&#322;os Jacka.

Rozumowanie bezb&#322;&#281;dne  orzek&#322; lojalnie jajog&#322;owy. Istotnie, pope&#322;ni&#322;em ma&#322;y b&#322;&#261;d. Kiedy b&#281;d&#281; dyrektorem Instytutu, zrobi&#281; ci&#281; swoim zast&#281;pc&#261;

S&#322;yszysz, Marku? ucieszy&#322;a si&#281; podejrzanie g&#322;o&#347;no Zula.

Nie radz&#281;  mrukn&#281;&#322;a Anna. Zaraz pobiegnie do jakiego&#347; zakazanego magazynu, znajdzie pomylonego zdalnika i razem zrobi&#261; zamach stanu. A przynajmniej zepsuj&#261; radio

Gdybym tam nie by&#322; poszed&#322;, ten zdalnik zrobi&#322;by co&#347; znacznie gorszego  odparowa&#322; Marek. Mia&#322; do dyspozycji pot&#281;&#380;n&#261; energi&#281;

Lidka wzdrygn&#281;&#322;a si&#281;, jakby nagle chwyci&#322;y j&#261; dreszcze.

To by&#322;o niebezpieczne wyszepta&#322;a.

Siostra przysz&#322;ego zast&#281;pcy dyrektora pokiwa&#322;a ze zrozumieniem czarn&#261; g&#322;&#243;wk&#261;.

Zw&#322;aszcza &#380;e nasz ciekawski wpad&#322; na trop straszliwej szajki. Adam, ojciec

Daj spok&#243;j, Anno  wtr&#261;ci&#322;a pojednawczo Zula. By&#322;o, min&#281;&#322;o. Na drugi raz Marek podejmuj&#261;c jak&#261;&#347; wielk&#261; wypraw&#281; zaprosi mo&#380;e kogo&#347; do towarzystwa. My&#347;l&#281;  zako&#324;czy&#322;a do&#347;&#263; niespodziewanie  &#380;e na przyk&#322;ad ja bardzo bym chcia&#322;a zobaczy&#263; ten stary poligon nad Jeziorem Tajemnic

Dziecko jest dziedzicznie obci&#261;&#380;one  stwierdzi&#322;a surowym tonem Anna. Jak tu kszta&#322;towa&#263; charakter m&#322;odego cz&#322;owieka, je&#347;li jego rodzona matka

W ka&#380;dym razie nie &#322;ami&#281; dziecku kariery, jak jego rodzona siostra, kt&#243;ra radzi dyrektorowi Instytutu, &#380;eby go nie robi&#322; swoim zast&#281;pc&#261;  przerwa&#322;a ze &#347;mierteln&#261; powag&#261; Zula. Anna u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; kwa&#347;no, a Lidka parskn&#281;&#322;a &#347;miechem, co przekona&#322;o Marka, &#380;e tak&#380;e mo&#380;e si&#281; roze&#347;mia&#263;. Nawet jajog&#322;owy po namy&#347;le wyda&#322; z siebie nik&#322;e: ha, ha, ha.

Zabaw&#281; przerwa&#322; Adam. Stan&#261;&#322; w drzwiach sterowni i zawo&#322;a&#322;:

Za pi&#281;&#263; minut b&#281;dzie radio! A przed nami leci jaka&#347; rakieta. Sygnalizuje laserem

Rakieta?!

Gdzie?

Kto to?

Tata! w okrzyku Lidki zabrzmia&#322;a niezachwiana pewno&#347;&#263;.

Jest na ekranie?

Du&#380;a rakieta?

Mo&#380;emy p&#243;j&#347;&#263; do was?!

Adam oderwa&#322; d&#322;onie od uszu i powi&#243;d&#322; po kabinie nieprzytomnym wzrokiem. Wreszcie potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;, jak cz&#322;owiek, kt&#243;remu przed chwil&#261; przywidzia&#322;o si&#281; co&#347; okropnego, i powiedzia&#322;:

Obcy statek jest widoczny na ekranie czo&#322;owym. Zr&#243;wna&#322; szybko&#347;&#263; z nami i leci przed EB5, naszym kursem. Pewnie specjalnie, &#380;eby nawi&#261;za&#263; kontakt.

Mo&#380;emy przej&#347;&#263; do sterowni? powt&#243;rzy&#322;a za Markiem Zula. B&#281;dziemy si&#281; zachowywa&#263;, jakby nas tam nie by&#322;o  zapewni&#322;a.

Adam zawaha&#322; si&#281; przez moment, po czym machn&#261;&#322; r&#281;k&#261;.

Chod&#378;cie. Tylko nie odzywajcie si&#281; do Bogdana. Jest teraz bardzo zaj&#281;ty

Przestroga by&#322;a o tyle zb&#281;dna, &#380;e profesor Sponka nie zwr&#243;ci&#322;by chyba uwagi na s&#322;onia, gdyby ten nagle stan&#261;&#322; obok niego i przem&#243;wi&#322; ludzkim g&#322;osem. Siedzia&#322; lekko pochylony do przodu i co jaki&#347; czas szybko wdusza&#322; kt&#243;ry&#347; z kolejnych przycisk&#243;w w pulpicie sterowniczym. Twarz mia&#322; zupe&#322;nie nieruchom&#261;, tylko jego oczy przeskakiwa&#322;y z g&#322;&#243;wnego ekranu na wska&#378;nik komputera i z powrotem.

Weszli na palcach i stan&#281;li milcz&#261;cym szeregiem za jego plecami. Marek k&#261;tem oka zauwa&#380;y&#322;, &#380;e Adam daje im jakie&#347; znaki. Spojrza&#322; we wskazanym przez m&#322;odego naukowca kierunku i zobaczy&#322;, &#380;e przez boczny ekran przeskoczy&#322;a cieniutka, ale ostra jak b&#322;yskawica niteczka ognia. Strzeli&#322;a z czerni przed statkiem i pomkn&#281;&#322;a ku gwiazdom.

Nic nie widz&#281;  zabrzmia&#322; tu&#380; przy jego uchu cichutki, rozpaczliwy szept.

Tsss  przestraszy&#322; si&#281; Jacek.

Marek pochyli&#322; si&#281; do Lidki, wzi&#261;&#322; j&#261; za r&#281;k&#281; i wycelowa&#322; jej palec prosto w ten punkcik strzelaj&#261;cy z&#322;otymi szpileczkami.

Interpretacja! powiedzia&#322; nagle profesor Sponka. W zupe&#322;nej ciszy jego g&#322;os zabrzmia&#322; jak wystrza&#322;. Wszyscy drgn&#281;li, a Anna odruchowo wtuli&#322;a g&#322;ow&#281; w ramiona.

Spe&#322;niam polecenie  rozleg&#322; si&#281; ten sam mi&#281;kki g&#322;os, kt&#243;ry przemawia&#322; ze &#347;cian nawigatorni, zanim odezwa&#322; si&#281; niewidoczny zdalnik Bogdana. Przekazuj&#281; znaczenie odebranych sygna&#322;&#243;w. Z pok&#322;adu IPG1 wita was profesor Karol Saperda. Nadaj&#281; wezwanie awaryjne

A m&#243;wi&#322;am! rozleg&#322; si&#281; rozradowany g&#322;osik.

Tato!

Prosz&#281; nie przeszkadza&#263;!  rzuci&#322; nie odwracaj&#261;c si&#281; Sponka. Lidka, a tak&#380;e nie wiedzie&#263; czemu Marek wstrzymali dech w piersiach.

Stacja ZZAA1 nie emituje ju&#380; kodu namiarowego  m&#243;wi&#322; dalej komputer swoim beznami&#281;tnym g&#322;osem. Za&#322;oga opu&#347;ci&#322;a stacj&#281; ZZAA1 osiem godzin temu. Zredagowano komunikat ostrzegawczy. Ruch w ca&#322;ym obszarze Planet Granicznych zosta&#322; wstrzymany

To dlatego dolecieli&#347;my tak szybko  szepn&#261;&#322; Adam. Powinienem si&#281; by&#322; domy&#347;le&#263;, &#380;e co&#347; jest nie w porz&#261;dku

Cisza! hukn&#261;&#322; profesor Sponka. Adam po&#322;o&#380;y&#322; sobie palec na wargach i przybra&#322; pokorny wyraz twarzy. W jego oczach odmalowa&#322; si&#281; jednak niepok&#243;j.

W przestrzeni przed statkiem pojawi&#322;a si&#281; nagle nowa gwiazda. Zacz&#281;&#322;a szybko rosn&#261;&#263;, &#347;wieci&#322;a coraz ja&#347;niej, ja&#347;niej.

Interpretacja!!! rykn&#261;&#322; znowu ojciec Marka, takim g&#322;osem, &#380;e wszystkim obecnym ciarki przesz&#322;y po krzy&#380;ach.

Brak danych  odrzek&#322; &#322;agodnie komputer. Czekam na nowe sygna&#322;y.

Wzywam EB5! Wzywam EB5!  pad&#322;o raptem z g&#322;o&#347;nik&#243;w. Marek przez chwil&#281; by&#322; &#347;wi&#281;cie przekonany, &#380;e to znowu zbuntowa&#322; si&#281; jaki&#347; zdalnik, by tym razem zepsu&#263; komputer. Z b&#322;&#281;du wyprowadzi&#322; go okrzyk Lidki:

Tato!!!

By&#322; to ju&#380; trzeci czy czwarty raz, kiedy Lidka sprzeniewierzy&#322;a si&#281; obietnicy danej przez Zul&#281; w imieniu wszystkich, kt&#243;rych wpuszczono do sterowni. Tym razem jednak nikt nie zwr&#243;ci&#322; na to uwagi. Bo je&#347;li tutaj, w EB5, odezwa&#322; si&#281; g&#322;os profesora Saperdy, to mog&#322;o znaczy&#263; tylko jedno. Automaty naprawcze upora&#322;y si&#281; wreszcie z uszkodzonymi przeka&#378;nikami &#322;&#261;czno&#347;ci

Tu EB5  powiedzia&#322; spokojnie ojciec Anny i Marka. S&#322;ysz&#281; ci&#281;. IPG1. Odbi&#243;r.

No, nareszcie  hukn&#281;&#322;y g&#322;o&#347;niki. Ludzie, za dwie minuty roztrzaskaliby&#347;cie si&#281; o nasz&#261; star&#261; stacj&#281; ZZAA1. Zmienili&#347;my jej orbit&#281; przed eksperymentem le&#380;y nadal na waszym kursie, ale znacznie bli&#380;ej

To ta gwiazda  szepn&#261;&#322; Adam. Z&#322;y na siebie potrz&#261;sn&#261;&#322; niecierpliwie g&#322;ow&#261; i zacisn&#261;&#322; d&#322;onie w pi&#281;&#347;ci.

Poczekaj, Karol  powiedzia&#322; szybko profesor Sponka. Komputer, prosz&#281; sprawdzi&#263; sekcje

Ekran kontrolny komputera zamieni&#322; si&#281; w wiruj&#261;cy z op&#281;ta&#324;cz&#261; szybko&#347;ci&#261; kalejdoskop. Nast&#281;pnie przyblad&#322;, zmatowia&#322;, a u&#322;amek sekundy p&#243;&#378;niej znowu rozleg&#322; si&#281; &#322;agodny g&#322;os:

Wszystkie sekcje sprawne.

Zmiana kursu  powiedzia&#322; dopiero teraz Bogdan. Wszyscy us&#322;yszeli westchnienie ulgi, jakie wyrwa&#322;o si&#281; Adamowi. Ale te&#380; z wyj&#261;tkiem cz&#322;owieka, kt&#243;ry siedzia&#322; przy sterach, nikt lepiej nie zdawa&#322; sobie sprawy, jak blisko byli katastrofy. Rzekoma gwiazda na ekranie czo&#322;owym powi&#281;kszy&#322;a si&#281; ju&#380; do niebezpiecznych rozmiar&#243;w i przybra&#322;a kszta&#322;t du&#380;ej stacji kosmicznej. W tym rejonie znajdowa&#322;a si&#281; tylko ZZAA1. To ona w&#322;a&#347;nie, jak o&#347;wiadczy&#322; przed chwil&#261; profesor Karol Saperda, zmieni&#322;a orbit&#281; i wysz&#322;a im na spotkanie. A przedtem, opuszczona przez ludzk&#261; za&#322;og&#281;, przesta&#322;a ostrzega&#263; o swoim istnieniu. Dlatego komputer steruj&#261;cy automatycznym pilotem prowadzi&#322; EB5 prosto na ni&#261;, kieruj&#261;c si&#281; danymi, jakie otrzyma&#322; przed startem. Gdyby ojciec Lidki i Jacka sp&#243;&#378;ni&#322; si&#281; o kilka sekund, gdyby o te same kilka sekund d&#322;u&#380;ej trwa&#322;a naprawa radia

Teraz statek profesora Saperdy znikn&#261;&#322; z ekranu. IPG1 musia&#322; zej&#347;&#263; z kursu, &#380;eby samemu nie roztrzaska&#263; si&#281; o kosmiczn&#261; stacj&#281;, ale i EB5 wszed&#322; ju&#380; w ostry &#322;uk wymijaj&#261;c ZZAA1. Przelecieli obok stacji tak blisko, &#380;e kto chcia&#322;, m&#243;g&#322; na w&#322;asne oczy zobaczy&#263; za iluminatorem opuszczone schrony, zabudowania, l&#261;dowiska. Wszystko by&#322;o o&#347;wietlone pot&#281;&#380;nymi reflektorami. Na g&#322;&#243;wnym polu startowym zauwa&#380;yli stoj&#261;cy pionowo wysoki zaostrzony u g&#243;ry walec. By&#322;a to, jak potem si&#281; okaza&#322;o, jedyna pozostawiona na ZZAA1 rakieta dalekiego zasi&#281;gu.

Min&#281;&#322;o kilka sekund. Stacja pozosta&#322;a szcz&#281;&#347;liwie za nimi i wtedy ponownie zabrzmia&#322; z g&#322;o&#347;nik&#243;w znajomy g&#322;os.

S&#322;ysz&#281; ci&#281;, Karol  odpowiedzia&#322; niezupe&#322;nie regulaminowo Sponka. Czy teraz mo&#380;esz nam ju&#380; wyja&#347;ni&#263;, co to wszystko znaczy? I dok&#261;d w&#322;a&#347;ciwie lecimy?

Prowadz&#281; was na ZZAA2, do rezerwowej bazy. Le&#263;cie za mn&#261;, to blisko, nie warto wprowadza&#263; korekty do program&#243;w

Ale przecie&#380; na ZZAA2 mieli&#347;my si&#281; przenie&#347;&#263; bezpo&#347;rednio przed eksperymentem  zdumia&#322; si&#281; profesor Bogdan Sponka.

Stary przy&#347;pieszy&#322; termin pr&#243;by  odpowiedzia&#322; Saperda. Gdyby wasze odbiorniki funkcjonowa&#322;y normalnie, musieliby&#347;cie ju&#380; o tym wiedzie&#263;. Od wczoraj id&#261; co chwila komunikaty na wszystkich pasmach, w osiemnastu programach trivi i radio. Ruch w tym rejonie zosta&#322; ca&#322;kowicie wstrzymany.

Ale dlacze pilot EB5 urwa&#322; w p&#243;&#322; s&#322;owa. By&#263; mo&#380;e przysz&#322;o mu na my&#347;l, &#380;e sta&#322;o si&#281; co&#347;, o czym nie powinni wiedzie&#263; Wszyscy zgromadzeni teraz za jego plecami. Profesor Saperda nie m&#243;g&#322; jednak widzie&#263; sterowni pod&#261;&#380;aj&#261;cego jego &#347;ladem statku i po&#347;wi&#281;caj&#261;cych w jej mroku sze&#347;ciu par oczu. Tote&#380; odpowiedzia&#322; jakby nigdy nic:

Odebrali&#347;my nie znane dot&#261;d promieniowanie kosmiczne. Po wst&#281;pnych badaniach okaza&#322;o si&#281;, &#380;e niesie ono pewne informacje. One s&#261; logiczne! Rozumiesz, co to znaczy?

Chyba rozumiem  mrukn&#261;&#322; Sponka. Ale to jeszcze nie musi niczego znaczy&#263;  doda&#322; z zastanowieniem. Brzmienie jego g&#322;osu &#347;wiadczy&#322;o jednak, &#380;e wiadomo&#347;&#263; wywar&#322;a na nim g&#322;&#281;bokie wra&#380;enie.

Nie musi  zgodzi&#322; si&#281; Saperda  ale mo&#380;e. Tak przynajmniej uwa&#380;a stary. Podobnie my&#347;li profesor Zyz.

A ten co tutaj robi?

Kto? szepn&#261;&#322; z mimowolnym niedowierzeniem Marek. Promienie, informacje, logika? Co to wszystko znaczy? Do tego ten jaki&#347; jak mu tam?

Tss Adam ponownie po&#322;o&#380;y&#322; palec na wargach.

Profesor Zyz? powt&#243;rzy&#322; Karol Saperda takim tonem, jakby si&#281; u&#347;miecha&#322;. Przys&#322;ali go z Ziemi specjalnie, &#380;eby obserwowa&#322;, a potem zaopiniowa&#322; nasz eksperyment. Sprzeciwia&#322; si&#281; przyspieszeniu terminu pr&#243;by, ale Kapica potrafi&#322; go przekona&#263;. Chcia&#322;bym zobaczy&#263; takiego  doda&#322; jakby do siebie  kt&#243;rego nasz stary by nie przekona&#322;

Oj, to prawda  tym razem sam Adam nie m&#243;g&#322; si&#281; powstrzyma&#263;, by nie potwierdzi&#263; scenicznym szeptem uwagi pilota IPG1 o swoim stryjecznym dziadku.

Czy namierzyli&#347;cie kierunek tego promieniowania? pyta&#322; dalej Sponka, &#322;ypn&#261;wszy przedtem gro&#378;nie na Adama, kt&#243;ry natychmiast umilk&#322;.

Tak  odpowiedzia&#322; profesor Saperda. Biegnie z okolic gwiazdozbioru Reticulum

Daleko

Uhm A je&#347;li nasz eksperyment uwa&#380;aj, EB5!  rzuci&#322; nagle zmienionym tonem ojciec Lidki i Jacka, nie&#347;wiadom jeszcze ci&#261;gle niespodzianki, jak&#261; zgotowa&#322;y mu jego pociechy przylatuj&#261;c na niewinn&#261;, kilkugodzinn&#261; wycieczk&#281;. A swoj&#261; drog&#261; kto m&#243;g&#322; si&#281; spodziewa&#263;

Kurs zero, zero, jeden, zero widzisz mnie?

W czerni przed dziobem statku rozb&#322;ys&#322;a pojedyncza ognista nitka.

IPG1, widz&#281; ci&#281;  odpowiedzia&#322; natychmiast Bogdan. Id&#281; twoim kursem

Silniki stop.

Silniki stop  powt&#243;rzy&#322; pilot EB5.

Silniki zastopowane. Nap&#281;d na ja&#322;owym biegu  zameldowa&#322; komputer.

Trzyma&#263; kurs.

Trzyma&#263; kurs.

Stacja rezerwowa ZZAA2 wo&#322;a EB5  odezwa&#322; si&#281; tym razem z w&#322;asnej inicjatywy mi&#281;kki, beznami&#281;tny g&#322;os.

IPG1, przerywam &#322;&#261;czno&#347;&#263;  powiedzia&#322; Bogdan Sponka. Dzi&#281;kuj&#281;

Nie ma za co  mrukn&#261;&#322; Karol. Przekazuj&#281; ci&#281; stacji. Do zobaczenia za pi&#281;&#263; minut.

ZZAA2 do EB5! ZZAA2 do EB5

S&#322;ysz&#281;. EB5 odbiera.

Co za licho was przynios&#322;o akurat teraz?! I gdzie zbija&#322;e&#347; b&#261;ki do tej pory?! rozleg&#322; si&#281; ostry, skrzekliwy g&#322;os, kt&#243;ry Markowi od razu wyda&#322; si&#281; znajomy. Ale&#380; tak! To by&#322; g&#322;os to by&#322; g&#322;os

Ch&#322;opiec odruchowo skoczy&#322; do drzwi zajrze&#263; do dyspozytorni i przekona&#263; si&#281;, czy zdalnik profesora Kapicy siedzi dalej grzecznie w swoim fotelu. Dopiero kiedy zobaczy&#322; na w&#322;asne oczy, &#380;e jegomo&#347;&#263; w niebieskiej koszuli jest chwilowo absolutnie niezdolny do przemawiania przez radio, w dodatku z jakiego&#347; innego obiektu kosmicznego, paln&#261;&#322; si&#281; pi&#281;&#347;ci&#261; w czo&#322;o. Przecie&#380; ojciec swojemu zdalnikowi da&#322; tak&#380;e w&#322;asny g&#322;os. Tym bardziej musia&#322; tak post&#261;pi&#263; profesor Kapica, kt&#243;ry zrobi&#322; z niebieskiego swojego wiernego sobowt&#243;ra!

Szybko wr&#243;ci&#322; do sterowni, w sam czas, &#380;eby us&#322;ysze&#263; odpowied&#378; ojca.

Um&#243;wi&#322;em si&#281; z niejakim Aleksandrem Kapic&#261;  rzuci&#322; lekkim tonem Bogdan Sponka  &#380;e przeprowadz&#281;, pewne badania, niezb&#281;dne, jak s&#322;ysza&#322;em, dla powodzenia eksperymentu z rakiet&#261; kolapsacyjn&#261; i &#380;e wr&#243;c&#281; na Transplutona, zanim przyst&#261;pimy do tego eksperymentu. Ale mo&#380;e si&#281; wtedy przes&#322;ysza&#322;em?

W g&#322;o&#347;niku co&#347; zatrzeszcza&#322;o, po czym rozleg&#322;y si&#281; jakie&#347; niewyra&#378;ne pochrz&#261;kiwania. Wreszcie niemi&#322;y g&#322;os raczy&#322; przem&#243;wi&#263; ponownie:

Nie przes&#322;ysza&#322;e&#347; si&#281;, do wszystkich &#347;limaczych mg&#322;awic! Ale spodziewa&#322;em si&#281; ciebie wczoraj. Mia&#322;em wiadomo&#347;&#263; z twojego Instytutu na asteroidach. Odlecia&#322;e&#347; stamt&#261;d dwa dni temu. Wst&#261;pi&#322;e&#347; po drodze na Merkurego, czy co?!

Niewiele si&#281; pomyli&#322;e&#347;, profesorze  Sponka stanowczo nie by&#322; zbyt przej&#281;ty tonem starego Kapicy. By&#322;em na Ziemi. Zabra&#322;em stamt&#261;d ca&#322;&#261; gromadk&#281; pi&#281;knych kobiet i w&#347;cibskich dzieci.

Co?!!!

Wiem, wiem  za&#347;mia&#322; si&#281; ojciec Marka. Troch&#281; nie w por&#281;, jak si&#281; okaza&#322;o. Ale przecie&#380; nie mog&#322;em wiedzie&#263; mieli wr&#243;ci&#263; jutro naszym statkiem. Ten, na kt&#243;rym lecimy, przygotowa&#322;em specjalnie do eksperymentu.

Kogo tam masz?!!!

Syna i c&#243;rk&#281; profesora Saperdy

I co ja z nimi zrobi&#281;!

A tak&#380;e moj&#261; Ann&#281;, mojego Marka i moj&#261; &#380;on&#281;

Tym razem s&#322;ynnemu uczonemu zabrak&#322;o s&#322;&#243;w. G&#322;o&#347;nik zgrzyta&#322; tylko d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281;. W&#322;a&#347;ciwie nie odezwa&#322; si&#281; ju&#380; ludzkim s&#322;owem a&#380; do momentu, kiedy na ekranie czo&#322;owym EB5 pasa&#380;erowie statku ujrzeli o&#347;wietlone reflektorami l&#261;dowisko rezerwowej bazy Instytutu Planet Granicznych. Wielka rakieta przywar&#322;a mi&#281;kko do magnetycznej p&#322;yty. Po chwili komputer zameldowa&#322;, &#380;e w&#322;az jest po&#322;&#261;czony hermetycznym tunelem z budynkiem stacji.

Dopiero teraz Aleksander Wielki Drugi odzyska&#322; zdolno&#347;&#263; mowy.

Chod&#378;cie&#380; wreszcie  zniecierpliwi&#322; si&#281;.  Skoro ju&#380; jeste&#347;cie


W okr&#261;g&#322;ej salce, kt&#243;rej sklepienie przypomina&#322;o wydr&#261;&#380;on&#261; g&#243;rn&#261; po&#322;ow&#281; gruszki, powita&#322; ich ojciec Lidki i Jacka.

A c&#243;&#380; was tu przynios&#322;o?! zawo&#322;a&#322; g&#322;osem, w kt&#243;rym rado&#347;&#263; sz&#322;a o lepsze z trosk&#261;, a nawet l&#281;kiem.

St&#281;sknili si&#281; za tob&#261;  powiedzia&#322; kr&#243;tko Bogdan. U&#347;cisn&#261;&#322; mocno d&#322;o&#324; Karola Saperdy, kt&#243;ra wci&#261;&#380; jeszcze tkwi&#322;a w grubej r&#281;kawicy nale&#380;&#261;cej do pr&#243;&#380;niowego ekwipunku, i usun&#261;&#322; si&#281; na bok.

Marek przyjrza&#322; si&#281; uwa&#380;nie profesorowi. Widzia&#322; go dotychczas zaledwie dwa czy trzy razy w &#380;yciu, i to przelotnie, kiedy przychodzi&#322; po ojca do gmachu Komisji Kosmicznej. Profesor Karol Saperda by&#322; m&#281;&#380;czyzn&#261; &#347;redniego wzrostu, kr&#281;pym, o jasnych w&#322;osach, szerokiej twarzy i weso&#322;ych oczach. Cieszy&#322; si&#281; opini&#261; &#347;wietnego cybernetyka i pilota. Tutaj pe&#322;ni&#322; stanowisko zast&#281;pcy Kapicy, a to m&#243;wi&#322;o ju&#380; samo za siebie. Razem z ojcem Marka by&#322; wsp&#243;&#322;autorem koncepcji lot&#243;w w nadprzestrzeni. Tyle &#380;e Bogdan Sponka mia&#322;, jak wiadomo, sw&#243;j w&#322;asny Instytut, a z Aleksandrem Kapic&#261; zwi&#261;za&#322; si&#281; tylko na czas przygotowa&#324; do decyduj&#261;cego eksperymentu.

Lidka i Jacek tak bardzo chcieli zrobi&#263; panu niespodziank&#281;  powiedzia&#322; niespodziewanie dla samego siebie Marek, patrz&#261;c w zasmucone orzechowe oczy. A my z Ann&#261; skorzystali&#347;my z okazji, &#380;eby wybra&#263; si&#281; na wycieczk&#281;

To moja wina zacz&#281;&#322;a niepewnie Zula.

I moja przerwa&#322; jej lojalnie, cho&#263; tak&#380;e dziwnie cicho Adam.

Oboje winowajc&#243;w pogodzi&#322;a Lidka.

Tato! zawo&#322;a&#322;a niemal ze &#322;zami w oczach  jak na czu&#322;ego ojca przeszed&#322;e&#347; sam siebie!

Nie powinni&#347;my mie&#263; mu tego za z&#322;e  rzek&#322; przez nos Jacek. Prawdziwy uczony zapomina o wszystkim, kiedy jest zaj&#281;ty.

Dalsz&#261; oracj&#281; uniemo&#380;liwi&#322; mu ojciec k&#322;ad&#261;c d&#322;o&#324; na jego ustach. Prawdziwy uczony u&#347;ciska&#322; mocno syna, po czym zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Lidki. Ta zarzuci&#322;a mu r&#281;ce na szyj&#281; i wtuli&#322;a twarz w jego rami&#281;. Ojciec podni&#243;s&#322; j&#261; i okr&#281;ci&#322; w powietrzu.

Oj! dobieg&#322; st&#322;umiony pisk z wn&#281;trza profesora.

Moje rozkoszniaczki  powiedzia&#322; podejrzanie mi&#281;kkim g&#322;osem profesor Saperda, stawiaj&#261;c dziewczyn&#281; z powrotem na ziemi.

Marek mimo woli zerkn&#261;&#322; z niedowierzaniem na jajog&#322;owego. Nie do wiary, &#380;eby taki wyblak&#322;y nudziarz mia&#322; tak sympatycznego ojca. Natychmiast jednak u&#347;wiadomi&#322; sobie, &#380;e ten m&#281;&#380;czyzna by&#322; tak&#380;e ojcem Lidki, i przesta&#322; si&#281; dziwi&#263;.

Nie chc&#281; wraca&#263; do tego, co by&#322;o  sympatyczny ojciec nie wypuszczaj&#261;c z obj&#281;&#263; swojej pi&#281;knej c&#243;rki u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; do &#379;uli i Adama  ale Kapica i tak wam nie daruje. Jest w&#347;ciek&#322;y po swojemu, oczywi&#347;cie. To znaczy, pokrzykuje

Przejdzie mu, kiedy si&#281; dowie, kogo mu przywie&#378;li&#347;my mrukn&#261;&#322; obiecuj&#261;co Adam.

Jeszcze kogo&#347;?! zawo&#322;a&#322; z udan&#261; zgroz&#261; Saperda. Mniejsza z tym  zerkn&#261;&#322; na zegarek i zacz&#261;&#322; m&#243;wi&#263; szybciej. Jeszcze dwie minuty, a nie m&#243;g&#322;bym was przywita&#263; ju&#380; nigdy  powiedzia&#322; to lekkim tonem, nadrabiaj&#261;c min&#261;, ale jego oczy m&#243;wi&#322;y co innego. Zderzyliby&#347;cie si&#281; z ZZAA1. A gdyby&#347;cie przylecieli godzin&#281; p&#243;&#378;niej, dostaliby&#347;cie si&#281; w stref&#281; obj&#281;t&#261; eksperymentem. Teraz zosta&#322;o czterdzie&#347;ci minut. Nie ma si&#281; co dziwi&#263; staremu Kapicy, &#380;e jest troch&#281; zdenerwowany.

Nie mogli&#347;cie przesun&#261;&#263; tego eksperymentu, skoro wiedzieli&#347;cie ju&#380;, &#380;e lecimy? spyta&#322;a z &#322;agodnym wyrzutem Zula. Przecie&#380; odebrali&#347;cie chyba nasz komunikat?

Tak. Ale raz uruchomionego procesu kolapsu grawitacyjnego nie da si&#281; ju&#380; przerwa&#263; przynajmniej na razie tego nie potrafimy. Generatory ruszy&#322;y dok&#322;adnie o p&#243;&#322;nocy. Rozpocz&#281;&#322;o si&#281; odliczanie. Powoli, lecz stale pole grawitacyjne wok&#243;&#322; ZZAA1 ulega zmianom. Za czterdzie&#347;ci minut proces osi&#261;gnie stan krytyczny. Wok&#243;&#322; naszej dawnej stacji powstanie co&#347;, co dwudziestowieczni astrofizycy nazywali czarn&#261; dziur&#261;. Wtedy z ZZAA2 wystartuje do&#347;wiadczalny statek przygotowali&#347;my na wszelki wypadek inny, ale skoro ju&#380; jeste&#347;  zwr&#243;ci&#322; si&#281; do profesora Sponki  skierujemy tam natychmiast tw&#243;j EB5

To dobrze  Bogdan skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.  Po&#347;wi&#281;ci&#322;em sporo czasu, &#380;eby go odpowiednio wyposa&#380;y&#263;. Sam tam b&#281;d&#281;  za&#347;mia&#322; si&#281; kr&#243;tko  kiedy wejdzie w nadprzestrze&#324;.  Ale nie podzi&#281;kowali&#347;my ci jeszcze, Karolu doda&#322; ciszej. Przecie&#380; lec&#261;c przed nami, &#380;eby nam wskaza&#263; drog&#281; do rezerwowej stacji, sam mog&#322;e&#347; si&#281; rozbi&#263; o ZZAA1. Nam zosta&#322;y dwie minuty ale tobie znacznie mniej

Tato!

Tato!

Dwa m&#322;odzie&#324;cze g&#322;osy zabrzmia&#322;y r&#243;wnocze&#347;nie. Sprawcy radosnej niespodzianki teraz dopiero zdali sobie spraw&#281;, &#380;e ich ojciec uratowa&#322; EB5 nie tylko w ostatniej chwili, ale i z nara&#380;eniem w&#322;asnego &#380;ycia.

Saperda skrzywi&#322; si&#281; zabawnie.

Gdybym wiedzia&#322;, kto jest na pok&#322;adzie  powiedzia&#322;, mru&#380;&#261;c jedno oko  zastanowi&#322;bym si&#281; powa&#380;nie nad tym lotem. Rodzina jest dla biednego uczonego fatalnym obci&#261;&#380;eniem.

Dalszy ci&#261;g mowy powitalnej  wymamrota&#322;a Lidka, nie odsuwaj&#261;c si&#281; jednak od ojca.

nast&#261;pi  zako&#324;czy&#322; Jacek. Wszyscy za&#347;miali si&#281;, ale zaraz spowa&#380;nieli

Gdlzie jest Kapica? spyta&#322; profesor Sponka, rozgl&#261;daj&#261;c si&#281; po niewielkim pomieszczeniu. Opr&#243;cz przej&#347;cia na pole startowe znajdowa&#322;y si&#281; tutaj tylko jedne, zamkni&#281;te drzwi. Te w&#322;a&#347;nie wskaza&#322; wzrokiem Karol Saperda.

Wszyscy s&#261; w bunkrze obserwacyjnym  odpowiedzia&#322;.  Nie mog&#261; si&#281; doczeka&#263;. Stary Zyz

A w&#322;a&#347;nie  podchwyci&#322; Bogdan id&#261;c ju&#380; ku wskazanym drzwiom. Wspomnia&#322;e&#347; o nim. Kiedy przylecia&#322;?

Przedwczoraj. Jest oficjalnym delegatem Najwy&#380;szej Rady Naukowej. Od kiedy zacz&#281;&#322;o si&#281; odliczanie, nieustannie zrz&#281;dzi  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; ojciec Lidki i Jacka. By&#322; przeciwny przy&#347;pieszeniu terminu pr&#243;by

I chyba mia&#322; racj&#281;  Jacek wpad&#322; znowu w sw&#243;j uczony ton. Sikoro raz si&#281; co&#347; przemy&#347;la&#322;o i ustali&#322;o

A tobie co si&#281; sta&#322;o? spyta&#322; zdziwiony Saperda.

Cytujesz jakiego&#347; &#347;redniowiecznego m&#281;drka?

Marek poczu&#322;, &#380;e ma ochot&#281; u&#347;ciska&#263; profesora Saperd&#281;, tak jak zrobi&#322;a to Lidka. Swoj&#261; drog&#261;  przesz&#322;o mu przez my&#347;l  biedny uczony musia&#322; ostatnio do&#347;&#263; rzadko widywa&#263; si&#281; z rodzin&#261;, skoro zd&#261;&#380;y&#322; odwykn&#261;&#263; od sposobu bycia swojego jajog&#322;owego.

Chod&#378;my do nich  zaproponowa&#322; Bogdan. Czy omi&#243;t&#322; niepewnym spojrzeniem ca&#322;&#261; liczn&#261; gromadk&#281; zgrupowan&#261; w male&#324;kiej salce  zmie&#347;cimy si&#281; tam?

Tak  powiedzia&#322; Saperda, odrywaj&#261;c wzrok od twarzy Jacka, kt&#243;ra sta&#322;a si&#281; jakby odrobin&#281; mniej blada. Podczas eksperymentu musimy by&#263; wszyscy w bunkrze obserwacyjnym. Te &#347;ciany s&#261; mocne  wzni&#243;s&#322; oczy ku kopulastemu sufitowi  ale nie wiadomo, co zrobi&#261; statki w warunkach kolapsu grawitacyjnego. Czy zamiast ku gwiazdom nie musz&#261; z ZZAA1 akurat tutaj, &#380;eby nas po drodze staranowa&#263;. Poza tym zostanie wyzwolona ogromna energia a pierwsza stacja jest do&#347;&#263; blisko. Bunkier wytrzyma, nawet, je&#347;li ca&#322;a ta &#322;upina, kt&#243;r&#261; zbudowali&#347;my podczas twojej nieobecno&#347;ci  tupn&#261;&#322; nog&#261; w pod&#322;og&#281;  rozleci si&#281; na dziesi&#261;tki tysi&#281;cy okruch&#243;w. Chod&#378;cie  zako&#324;czy&#322; ruszaj&#261;c jako pierwszy.

Przeszli przez niski mroczny tunel i stan&#281;li przed grubymi, pancernymi drzwiami. Karol przesun&#261;&#322; jak&#261;&#347; d&#378;wigni&#281; i ci&#281;&#380;kie skrzyd&#322;o bezszelestnie si&#281; unios&#322;o.

Prosz&#281;  powiedzia&#322; cofaj&#261;c si&#281;, &#380;eby przepu&#347;ci&#263; go&#347;ci.

Za Bogdanem wesz&#322;a Zula ci&#261;gn&#261;c za r&#281;k&#281; Ann&#281;, nast&#281;pnie Lidka i Jacek. Marek chcia&#322; poczeka&#263; na Adama, ale ten pchn&#261;&#322; go lekko w plecy.

Nigdy ju&#380; nie zostawi&#281; ci&#281; samego w miejsca, kt&#243;re mo&#380;esz uzna&#263; za dostatecznie ciekawe, by

Dobra, dobra  mrukn&#261;&#322; ch&#322;opiec, pos&#322;usznie przekraczaj&#261;c niewysoki pr&#243;g. Jako ostatni do bunkra wszed&#322; profesor Saperda. Pancerne drzwi zamkn&#281;&#322;y si&#281; za nim r&#243;wnie bezg&#322;o&#347;nie jak otwar&#322;y.

W pierwszej chwili Marek nie m&#243;g&#322; si&#281; zorientowa&#263; w kszta&#322;tach czy rozmiarach pomieszczenia, ani tym bardziej rozpozna&#263; twarzy obecnych w nim os&#243;b. Dopiero kiedy jego wzrok oswoi&#322; si&#281; troch&#281; z ciemno&#347;ci&#261;, stwierdzi&#322;, &#380;e co do twarzy przebywaj&#261;cych tu ludzi to i tak nie m&#243;g&#322;by ich &#380;adn&#261; miar&#261; pozna&#263;, poniewa&#380; wszyscy siedzieli ty&#322;em do drzwi, wpatrzeni w ogromny, panoramiczny ekran, przekazuj&#261;cy obraz nieba. Czer&#324; nac&#281;tkowana gwiazdami. Tylko w dolnym prawym rogu wielkiej tarczy rysowa&#322; si&#281; o&#347;wietlony reflektorem skrawek p&#322;yty startowej bazy ZZAA2, ze statkiem, kt&#243;rym tak niedawno przybyli z Ziemi.

Karol Saperda chrz&#261;kn&#261;&#322; dwukrotnie, a kiedy to nie pomog&#322;o, powiedzia&#322; bardzo g&#322;o&#347;no:

Przyprowadza&#322;em go&#347;ci

Up&#322;yn&#281;&#322;o jednak jeszcze kilka &#322;adnych sekund, zanim dwie g&#322;owy poruszy&#322;y si&#281;. Przybysze us&#322;yszeli gniewny pomruk, a potem dziwnie skrzypi&#261;cy g&#322;os, kt&#243;ry powiedzia&#322;:

Skoro ju&#380; jeste&#347;cie, znajd&#378;cie sobie jakie&#347; krzes&#322;a i sied&#378;cie cicho. Do startu pozosta&#322;o zaledwie dwadzie&#347;cia dziewi&#281;&#263; minut.

Skoro ju&#380; jeste&#347;cie  powt&#243;rzy&#322; z przek&#261;sem Jacek.

Tsss przestraszy&#322;a si&#281; Lidka.

Jak niespodzianka, to niespodzianka  powiedzia&#322;a pogodnym tonem Zula. Dopiero na d&#378;wi&#281;k jej g&#322;osu jeden z siedz&#261;cych przed ekranem m&#281;&#380;czyzn wsta&#322; ze swojego fotela.

Dzie&#324; dobry pani. Niespodzianka? Wiem co&#347; o tym  zabrzmia&#322; ten obcy, zgrzytliwy i bardzo niezadowolony g&#322;os. Kiedy&#347; moja siostra upar&#322;a si&#281;, &#380;eby pojecha&#263; ze mn&#261;, kiedy zak&#322;adali&#347;my baz&#281; na Uranie. Zaraz po przybyciu na miejsce znikn&#281;&#322;a. Szukali&#347;my jej dwie godziny. Potem si&#281; okaza&#322;o, &#380;e posz&#322;a po jakie&#347; okruchy skalne, &#380;eby ozdobi&#263; nimi wn&#281;trze prowizorycznej stacji. Tam s&#261; takie kolorowe, szpiczaste kamyczki Kiedy j&#261; znale&#378;li&#347;my, w&#322;a&#347;nie sko&#324;czy&#322; jej si&#281; tlen

Kwiatki przyda&#322;yby si&#281; i tutaj  odpowiedzia&#322;a z niezm&#261;conym spokojem Zula  cho&#263;by skalne. Ale ja na razie nigdzie si&#281; nie wybieram o ile oczywi&#347;cie pana wspomnienia, panie profesorze, nie ka&#380;&#261; panu wyrzuci&#263; mnie st&#261;d, kiedy zaczniecie eksperyment. Znam tu kogo&#347;  obejrza&#322;a si&#281; na Bogdana  kto nie zmartwi&#322;by si&#281; zbytnio takim obrotem sprawy

Tak? rozleg&#322; si&#281; &#347;miech, przypominaj&#261;cy skrzypienie k&#243;&#322; muzealnego wozu  w takim razie nie zrobimy temu komu&#347; tej przyjemno&#347;ci. Nie zas&#322;u&#380;y&#322; na ni&#261;, przywo&#380;&#261;c was tutaj. Nie gniewaj si&#281;, moje dziecko.

Marek oniemia&#322;, s&#322;ysz&#261;c, &#380;e jego rodzona mama jest dla tego Obcego cz&#322;owieka dzieckiem, ale zanim zd&#261;&#380;y&#322; zadecydowa&#263;, czy powinien zabra&#263; g&#322;os w tej sprawie, druga posta&#263; oderwa&#322;a si&#281; od ekranu i podesz&#322;a do nich.

Nie przejmujcie si&#281; tym, co on wygaduje  zabrzmia&#322; niemal r&#243;wnie chrapliwy, ale tym razem znajomy g&#322;os. Zrz&#281;dzi od p&#243;&#322;nocy

Cicho b&#261;d&#378;!  ofukn&#261;&#322; go pierwszy. Wi&#281;c, jak powiedzia&#322;em, moja ma&#322;a, wybacz, &#380;e na razie nie z&#322;o&#380;ymy ci ho&#322;d&#243;w, nale&#380;nych tak pi&#281;knej dziewczynie  Marek w tym momencie wypu&#347;ci&#322; z p&#322;uc powietrze i rozchmurzy&#322; si&#281;  ale ci  tutaj, a zw&#322;aszcza Kapica  w jego g&#322;osie zabrzmia&#322;o udane lekcewa&#380;enie  dostali takiego kr&#281;&#263;ka, &#380;e mnie, staremu cz&#322;owiekowi, nie dali si&#281; nawet przespa&#263;, nie m&#243;wi&#261;c ju&#380; o &#347;niadaniu. A wszystko przez to  wzi&#261;&#322; Zul&#281; za r&#281;k&#281; i poci&#261;gn&#261;&#322; j&#261; w mroczny k&#261;t kabiny.

Marek natychmiast ruszy&#322; w ich &#347;lady, a pozostali tak&#380;e nie czekali na zaproszenie.

Z mroku wy&#322;oni&#322; si&#281; do&#347;&#263; d&#322;ugi, prostok&#261;tny pulpit, w kt&#243;rym migota&#322;o kilkana&#347;cie male&#324;kich, kolorowych lampek. Powy&#380;ej umieszczono niewielki owalny ekran. Przez jego &#347;rodek wi&#322;a si&#281; sinusoidalnie cieniutka, po&#347;wi&#281;caj&#261;ca srebrzy&#347;cie nitka.

Chcecie pos&#322;ucha&#263;?  spyta&#322; stary zrz&#281;da, po czym nie czekaj&#261;c na odpowied&#378; wcisn&#261;&#322; jaki&#347; klawisz.

Ta  ti  ta  tta  ta  ta  ti za&#347;piewa&#322;o cichutko.

Spok&#243;j tam! hukn&#261;&#322; z g&#322;&#281;bi sali Kapica.

To ty sied&#378; cicho! ofukn&#261;&#322; go obcy. Sam przez te pi  pi  pi straci&#322;e&#347; resztka zdrowego rozs&#261;dku, a teraz nie pozwalasz nawet pos&#322;ucha&#263; ich swojemu rodzonemu wnukowi

Wcale nie rodzonemu, tylko stryjecznemu  odburkn&#261;&#322; Aleksander Kapica odrobin&#281; &#322;agodniejszym tonem. A poza tym tutaj nie ma &#380;adnych wnuk&#243;w, a ju&#380; w ka&#380;dym razie dziadk&#243;w poza jednym  doda&#322; z naciskiem.

Adam parskn&#261;&#322; &#347;miechem, ale zaraz z przera&#380;eniem zakry&#322; sobie usta d&#322;oni&#261;.

Tymczasem Sponka przygl&#261;da&#322; si&#281; w milczeniu &#347;wiate&#322;kom na tajemniczym pulpicie i faluj&#261;cej na ekraniku linii.

Co to jest? szepn&#261;&#322; Marek wprost do ucha ojca.

Centralka &#322;&#261;czno&#347;ci dalekiego zasi&#281;gu  r&#243;wnie cicho odpowiedzia&#322; zapytany.

Ch&#322;opiec prze&#322;kn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no &#347;lin&#281;.

To te sygna&#322;y? Te niby logiczne?

Tak  odpowiedzia&#322; Saperda, kt&#243;ry nie wiadomo kiedy znalaz&#322; si&#281; za ich plecami. Na razie nie uda&#322;o si&#281; ich odszyfrowa&#263;. Komputer pracuje nad tym od &#322;adnych kilku godzin. Przekazali&#347;my je ju&#380; tak&#380;e centralnym plac&#243;wkom informatycznym na Ziemi. Wiadomo tylko, &#380;e pochodz&#261; z okolic gwiazdozbioru Reticulum.

A wi&#281;c to? zacz&#281;&#322;a najcichszym szeptem Zula i nie sko&#324;czy&#322;a.

Na razie nie wiadomo  mrukn&#261;&#322; Saperda.

Czy? czy? zaj&#261;kn&#261;&#322; si&#281; Marek.

Ojciec spojrza&#322; na niego z powag&#261;.

Chcesz spyta&#263;, czy to przemawia do nas jaka&#347; obca cywilizacja kosmiczna? Mo&#380;e roz&#322;o&#380;y&#322; r&#281;ce i przekrzywi&#322; g&#322;ow&#281;.  A mo&#380;e nie

O rany! zapiszcza&#322;o co&#347; w mroku, za plecami profesora Saperdy.

Fantastyczne! wyrwa&#322;o si&#281; Annie.

Chyba za wcze&#347;nie, by wysuwa&#263; jakiekolwiek hipotezy zauwa&#380;y&#322; filozoficznie Jacek.

Za wcze&#347;nie? westchn&#261;&#322; Sponka. Ano, chyba tak

W ka&#380;dym razie nie da si&#281; wykluczy&#263;, &#380;e s&#322;yszymy mow&#281; mieszka&#324;c&#243;w gwiazd szepn&#281;&#322;a przej&#281;ta do g&#322;&#281;bi Zula.

D&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; panowa&#322;a cisza.

To cudowne! zawo&#322;a&#322;a nagle Lidka. Ten okrzyk zabrzmia&#322; ju&#380; jednak stanowczo zbyt g&#322;o&#347;no, nie tylko dla profesora Kapicy, ale nawet nieznanego starego zrz&#281;dy

Uspok&#243;jcie si&#281;  zawo&#322;ali obydwaj naraz. Sied&#378;cie spokojnie i nie przeszkadzajcie  doda&#322; Aleksander Wielki Drugi. Sikoro ju&#380; jeste&#347;cie!..



8.Nizio&#322;ek, kogo ty tam zamkn&#261;&#322;e&#347;?!

Bogdan Sponka ockn&#261;&#322; si&#281; nagle. Spojrza&#322; na zegarek, po czym zapominaj&#261;c o wszystkich mo&#380;liwych oraz niemo&#380;liwych mieszka&#324;cach gwiazd podszed&#322; szybko do profesora Kapicy i szepn&#261;&#322; mu co&#347; do ucha. S&#322;ynny uczony a&#380; podskoczy&#322;.

Co??? przeszy&#322; kabin&#281; dziki krzyk. Gdzie?!!!

Na moim statku  odpowiedzia&#322; Sponka ju&#380; normalnym g&#322;osem, s&#322;usznie mniemaj&#261;c, &#380;e w tej sytuacji konspiracyjne szepty nie zdadz&#261; si&#281; ju&#380; na nic.

Przed chwil&#261; kto&#347; prosi&#322; o spok&#243;j  zazgrzyta&#322; starszy m&#281;&#380;czyzna, ten sam, kt&#243;ry m&#243;wi&#322; do &#379;uli moja ma&#322;a.

Nie! Nic! Kapica zamacha&#322; gniewnie r&#281;kami. Po co to tu przywioz&#322;e&#347;?! zaatakowa&#322; gwa&#322;townie Bogdana.

Co si&#281; sta&#322;o? dobieg&#322; z mroku dziewcz&#281;cy szept. Marek rozejrza&#322; si&#281;. Adam, kt&#243;ry dotychczas sta&#322; obok nich, gdzie&#347; znikn&#261;&#322;. Ch&#322;opiec wyt&#281;&#380;y&#322; wzrok i dostrzeg&#322; m&#322;odego naukowca po przeciwnej stronie sali. Tu&#380; obok niego widnia&#322;a jaka&#347; ja&#347;niejsza plama. Akurat w tym momencie nieznacznie zmieni&#322;a po&#322;o&#380;enie i znalaz&#322;a si&#281; tak&#380;e na tle ekranu. Od razu przeobrazi&#322;a si&#281; w kobiec&#261; g&#322;&#243;wk&#281;, ozdobion&#261; pi&#281;knymi jasnoz&#322;otymi w&#322;osami. Aha  pomy&#347;la&#322; Marek  znalaz&#322; si&#281; wi&#281;c pow&#243;d, dla kt&#243;rego oczy Adama, jeszcze tam, nad b&#322;&#281;kitnym jeziorem tak cz&#281;sto zasnuwa&#322;a melancholijna mgie&#322;ka. Ina Krasek. To przez ni&#261; Adam przeobrazi&#322; si&#281; w zbrodniarza przynajmniej w wyobra&#378;ni m&#322;odego poszukiwacza przyg&#243;d

Ch&#322;opiec z niesmakiem odp&#281;dzi&#322; od siebie wspomnienie tego, co prze&#380;y&#322; i my&#347;la&#322; w opuszczonym Instytucie oraz kom&#243;rce pod antenami ojcowskiego statku. Z powrotem zacz&#261;&#322; usilnie s&#322;ucha&#263;, o czym m&#243;wi&#261; uczeni, zaj&#281;ci wa&#380;niejszymi sprawami ni&#380; najpi&#281;kniejsze nawet blondynki.

Bogdan Sponka sko&#324;czy&#322; w&#322;a&#347;nie opowiada&#263; profesorowi Kapicy osobliw&#261; histori&#281; jego osobliwego zdalnika. Umilk&#322; na moment dla zaczerpni&#281;cia tchu, po czym powiedzia&#322;:

Teraz trzeba zadecydowa&#263;. Mo&#380;emy go wys&#322;a&#263; razem z moim albo przyprowadzi&#263; tutaj. To zale&#380;y od ciebie

Kapica bez s&#322;owa si&#281;gn&#261;&#322; do r&#281;kawa swojej koszuli. By&#322;a tak samo niebieska jak ta, kt&#243;r&#261; wczoraj ujrza&#322; Marek ze szczytu wie&#380;y, jednak w nieco lepszym stanie. A poza tym w kieszonce na r&#281;kawie mia&#322;a ma&#322;&#261; p&#322;ytk&#281; z przyciskami.


D&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; nic si&#281; nie dzia&#322;o. Nagle ci&#281;&#380;ka klapa drzwi znowu pow&#281;drowa&#322;a w g&#243;r&#281;. Na progu stan&#261;&#322; tak, drugi profesor Kapica.

Jestem tu wreszcie  powiedzia&#322; przyby&#322;y.

Jestem  odrzek&#322; identycznym g&#322;osem &#380;ywy uczony. S&#322;ysza&#322;em, &#380;e narozrabia&#322;em  doda&#322; z przek&#261;sem. Hi, hi, hi

Hi, hi, hi  odpowiedzia&#322;o chrapliwe echo.

Co to jest?!!! spyta&#322; okropnym tonem najstarszy z obecnych.

Nie co, tylko kto  odpowiedzia&#322;a posta&#263; w postrz&#281;pionej koszulinie i niebieskich spodniach. O ile si&#281; nie myl&#281;, jeste&#347;my tu ju&#380; od dawna razem, profesorze Zyz?

Wi&#281;c to jest ten cz&#322;onek Rady! ol&#347;ni&#322;o Marka. S&#322;ynny profesor Zyz, nestor astrofizyk&#243;w! Jeden z kilkunastu ludzi, kt&#243;rzy w sprawach nauki mieli decyduj&#261;cy g&#322;os w ca&#322;ym zamieszka&#322;ym przez cz&#322;owieka &#347;wiecie. Mia&#322; chyba z dwie&#347;cie lat. Nic dziwnego, &#380;e mama pozwoli&#322;a miu m&#243;wi&#263; do siebie per moja ma&#322;a

Masz racj&#281;  powiedzia&#322; Kapica do ojca Marka. Zmierzy&#322; jeszcze raz spojrzeniem swego dziwacznego sobowt&#243;ra i powt&#243;rzy&#322; z obrzydzeniem:  masz racj&#281;. Niech leci razem z twoim. W ten spos&#243;b b&#281;dziemy mie&#263; na  pok&#322;adzie eksperymentalnego statku dw&#243;ch dodatkowych informator&#243;w. Siadaj tutaj  Wskaza&#322; swojemu zdalnikowi fotel, kt&#243;ry opu&#347;ci&#322; przed chwil&#261;.

By&#322;y mieszkaniec porzuconego Instytutu zachichota&#322; i usiad&#322;. Wtedy prawdziwy profesor z cichym westchnieniem ponownie si&#281;gn&#261;&#322; do kieszonki w r&#281;kawie koszuli. Posta&#263; w fotelu znieruchomia&#322;a.

Nie chc&#281; ju&#380; &#380;adnych niespodzianek  g&#322;os Kapicy sta&#322; si&#281; znowu suchy i chrapliwy. Nie pozwol&#281; mu samemu wraca&#263; do rakiety. Nizio&#322;ek go zaniesie

Ch&#281;tnie! za&#347;mia&#322; si&#281; niewidoczny dot&#261;d m&#281;&#380;czyzna, siedz&#261;cy nieco z boku i jak wszyscy inni zapatrzony w ekran. Teraz odwr&#243;ci&#322; si&#281; do profesora. Zobaczyli okr&#261;g&#322;&#261; twarz i czaszk&#281; podobn&#261; do napompowanej pi&#322;ki. Czy kto&#347; widzia&#322; pi&#322;k&#281; z w&#322;osami? No w&#322;a&#347;nie.

Czy nikt mi nie raczy powiedzie&#263;, co si&#281; tu w&#322;a&#347;ciwie dzieje?! zagrzmia&#322; profesor Zyz. Pyta&#322;em, zdaje si&#281;, kto to jest?! spojrza&#322; na niebieskiego, a potem przeszy&#322; strasznym wzrokiem Kapic&#281;.

Zdalnik  wyja&#347;ni&#322; ten ostatni.

Kto?!!!

Nie kto, tylko co  odci&#261;&#322; si&#281; od swojego sobowt&#243;ra profesor. Zdalnik.

Taki?!

A co? Nie&#322;adny? Hi, hi, ni  ucieszy&#322; si&#281; Kapica. Co do mnie  doda&#322; z dum&#261;  uwa&#380;am, &#380;e jest wyj&#261;tkowo przystojny. Hi, hi, hi

Zyz zazgrzyta&#322; z&#281;bami.

Co za czasy! zakrzykn&#261;&#322; wznosz&#261;c oczy do g&#243;ry. Uczeni bawi&#261; si&#281; jak ma&#322;e dzieci! No, przynajmniej b&#281;d&#281; mia&#322; o czym pisa&#263;, sporz&#261;dzaj&#261;c raport dla Rady

Ile zosta&#322;o do startu? Adam oderwa&#322; si&#281; wreszcie od swojej z&#322;otow&#322;osej.

Dwadzie&#347;cia jeden minut  odpowiedzia&#322; profesor Saperda. Zaplanowali&#347;my lot tak, &#380;eby do&#347;wiadczalny statek nie musia&#322; l&#261;dowa&#263; na ZZAA1. Osi&#261;gnie star&#261; stacj&#281; dok&#322;adnie w krytycznym momencie eksperymentu. Inaczej m&#243;wi&#261;c, od razu znajdzie si&#281; w polu kolapsu grawitacyjnego

I zniknie z przestrzeni oraz z czasu  uzupe&#322;ni&#322; ojciec Marka, co zabrzmia&#322;o jak dziwny &#380;art, chocia&#380; ch&#322;opiec wiedzia&#322;, &#380;e obecnym tutaj nie w g&#322;owie &#380;arty, przeciwnie, &#380;e przeprowadzaj&#261; w&#322;a&#347;nie najdonio&#347;lejsz&#261; w dziejach wsp&#243;&#322;czesnej kosmonautyki pr&#243;b&#281;. Je&#347;li eksperyment si&#281; powiedzie, przed lud&#378;mi stanie otworem ca&#322;y wszech&#347;wiat. Tak przecie&#380; m&#243;wi&#322; Adam a potwierdzi&#322; to potem ojciec.

W takim razie  Kapica junior zmierzy&#322; wzrokiem swoj&#261; niedawn&#261;, domnieman&#261; ofiar&#281;  najlepiej by&#322;oby go zabra&#263; od razu. Za chwil&#281; b&#281;dziemy musieli cofn&#261;&#263; hermetyczny tunel &#322;&#261;cz&#261;cy statek z baz&#261; i wtedy pan Nizio&#322;ek mo&#380;e mie&#263; k&#322;opoty

Poradz&#281; sobie  za&#347;mia&#322; si&#281; beztrosko &#322;ysy, a Marek przypomnia&#322; sobie, co m&#243;wiono o jego sile.

Co znowu chcecie zrobi&#263;?  zahucza&#322; profesor Zyz.

Odstawi&#263; minie na pok&#322;ad EB5  odpowiedzia&#322; Kapica. Tam siedz&#281;  Wskaza&#322; fotel.

Ciemno jak w grobie  zauwa&#380;y&#322; nie bez racji cz&#322;onek Rady. Czy nie da&#322;oby si&#281; za&#347;wieci&#263; jakiej&#347; lampy?

Pan Nizio&#322;ek wsta&#322; i podszed&#322; do &#347;ciany. Zabawne  pomy&#347;la&#322; Marek  baza na pograniczu Uk&#322;adu S&#322;onecznego, pe&#322;na automatyka, krok od pr&#243;&#380;ni wszech&#347;wiata, a &#347;wiat&#322;o zapala si&#281; jak w muzeach.

Sal&#281; wype&#322;ni&#322;a &#322;agodna jasno&#347;&#263;.

Idiotyczne &#380;arty! Profesor Zyz doszed&#322; najwidoczniej do wniosku, &#380;e nie wyrazi&#322; jeszcze dostatecznie mocno swojego oburzenia. Sta&#322; dysz&#261;c ci&#281;&#380;ko i wodzi&#322; gniewnym wzrokiem od jednego Kapicy do drugiego.

Kiedy&#347; to by&#322; &#380;art  wyr&#281;czy&#322; jednego z tych dw&#243;ch Kapic&#243;w trzeci, a mianowicie Adam. Teraz zosta&#322; ju&#380; tylko k&#322;opot za&#347;mia&#322; si&#281; cicho.

Zabra&#263; natychmiast jednego z nich!!!

W&#322;a&#347;nie to robi&#281;  powiedzia&#322; weso&#322;o pan Nizio&#322;ek. Odszed&#322; od kontaktu i ruszy&#322; w stron&#281; fotela, zaj&#281;tego przez nieruchom&#261; posta&#263;.

Tato  spyta&#322;a szeptem Lidka  co on robi?

Zabieraj&#261; zdalnika na pok&#322;ad rakiety  wyr&#281;czy&#322; ojca Jacek. Bawi&#261; si&#281;, zamiast my&#347;le&#263; o eksperymencie  doda&#322; tonem jakiego nie powstydzi&#322;by si&#281; sam profesor Zyz. Kiedy b&#281;d&#281; dyrektorem nie sko&#324;czy&#322;, bo raptem zgas&#322;o &#347;wiat&#322;o.

Co si&#281; sta&#322;o? zabrzmia&#322;y zmieszane g&#322;osy.

Komputer?! rzuci&#322; rozkazuj&#261;co Karol Saperda.

Mi&#281;kki, beznami&#281;tny g&#322;os, kubek w kubek podobny do tego, kt&#243;ry przemawia&#322; ze &#347;cian dyspozytorni EB5, odpowiedzia&#322; natychmiast:

Kto&#347; przekr&#281;ci&#322; kontakt. Prosz&#281; po&#322;&#261;czy&#263; obwody. Sytuacja nie wymaga interwencji automat&#243;w naprawczych

Co jest, do licha? mrukn&#261;&#322; pod nosem pan Nizio&#322;ek, wracaj&#261;c z powrotem do kontaktu. Rozleg&#322; si&#281; cichy trzask i sal&#281; ponownie zala&#322;o &#347;wiat&#322;o.

Dziwna historia  powiedzia&#322; z namys&#322;em Bogdan Sponka.

Dziwna  zgodzi&#322; si&#281; profesor Saperda.

Nie dziwna, tylko g&#322;upia! zirytowa&#322; si&#281; Zyz.

Nawet &#347;wiat&#322;a nie potraficie zapali&#263;, a roj&#261; wam si&#281; podr&#243;&#380;e w nadprzestrzeni

Nizio&#322;ek id&#261;c w stron&#281; fotela, w kt&#243;rym siedzia&#322; zdalnik, potkn&#261;&#322; si&#281; nagle o co&#347;, co le&#380;a&#322;o na pod&#322;odze.

A to co takiego? mrukn&#261;&#322;. Przystan&#261;&#322;, pochyli&#322; si&#281; i kopn&#261;&#322; jaki&#347; pr&#281;t, a raczej kawa&#322;ek plastykowej rurki porzuconej przez kogo&#347; w tak niestosownym miejscu. Przysi&#261;g&#322;bym, &#380;e tego tutaj nie by&#322;o wymamrota&#322; jeszcze pod nosem, po czym bez dalszej zw&#322;oki chwyci&#322; niebieskiego pod pachy i przerzuci&#322; go sobie przez rami&#281;. Wyraz jego pogodnej, weso&#322;ej twarzy nie uleg&#322; najmniejszej zmianie. Zupe&#322;nie, jakby podnosi&#322; gumow&#261; lalk&#281;, wype&#322;nion&#261; gazem.

Doszed&#322; do otwartych drzwi i znikn&#261;&#322; w przedsionku poprzedzaj&#261;cym salk&#281; o gruszkowatym sklepieniu.

Jeden k&#322;opot z g&#322;owy  po&#380;egna&#322; go niezbyt uprzejmym pomrukiem profesor Zyz. Nast&#281;pnie zwr&#243;ci&#322; si&#281; do ojca Marka:

Ty tak&#380;e masz na pok&#322;adzie zdalnika, prawda? Ca&#322;e szcz&#281;&#347;cie, &#380;e ten przynajmniej jest troch&#281; mniej podobny do orygina&#322;u! Wiem, wiem  za&#347;mia&#322; si&#281;  to wcale nie dlatego, &#380;eby&#347; by&#322; cho&#263; odrobin&#281; powa&#380;niejszy od Kapicy i &#380;eby tak&#380;e nie przychodzi&#322;y ci na my&#347;l rozmaite psie figle! Po prostu przestraszy&#322;e&#347; si&#281; komplikacji, jakie mog&#322;yby wynikn&#261;&#263;, gdyby twoja pi&#281;kna &#380;ona ujrza&#322;a was obok siebie. Dopiero by&#322;aby heca! Kapicy to na szcz&#281;&#347;cie nie grozi. Starych kawaler&#243;w sta&#263; na najdziksze fanaberie urwa&#322; i spojrza&#322; prowokacyjnym wzrokiem na Aleksandra Wielkiego Drugiego. Ten jednak wbrew oczekiwaniom nie tylko nie odpowiedzia&#322;, ale nawet nie drgn&#261;&#322;. Zyz poczeka&#322; chwil&#281;, po czym wzruszy&#322; ramionami.

A teraz zga&#347;cie &#347;wiat&#322;o i zajmijcie miejsca przed ekranem  powiedzia&#322;.  Za dwana&#347;cie minut statek startuje. Odliczanie dobiega ko&#324;ca. Pospieszyli si&#281;, ale skoro ju&#380; do tego dosz&#322;o, trzeba ratowa&#263;, co jeszcze mo&#380;na  dorzuci&#322; zgry&#378;liwie.

Na pewno wszystko b&#281;dzie dobrze  powiedzia&#322;a z&#322;otow&#322;osa pi&#281;kno&#347;&#263; wynurzaj&#261;c si&#281; zza Adama. Marek, podobnie jak to zrobi&#322; ju&#380; kiedy&#347;, kiedy ujrza&#322; In&#281; pierwszy raz, skin&#261;&#322; potakuj&#261;co g&#322;ow&#261;. Dla tej ol&#347;niewaj&#261;cej blondynki z pewno&#347;ci&#261; niejeden m&#281;&#380;czyzna m&#243;g&#322; porwa&#263; z opuszczonego Instytutu niejednego zdalnika. W dodatku pi&#281;kno&#347;&#263; by&#322;a mi&#322;&#261;, weso&#322;&#261; dziewczyn&#261; i tak samo jak Adam asystentk&#261; samego s&#322;ynnego Kapicy.

Teraz przysz&#322;a gwiazda nauki zast&#261;pi&#322;a przy kontakcie nieobecnego Nizio&#322;ka. Znowu zapad&#322;a ciemno&#347;&#263;, a wraz z ni&#261; nasta&#322;a cisza. Tym dono&#347;niej zabrzmia&#322; g&#322;os Jacka:

Uwa&#380;am, &#380;e je&#347;li zaplanowano tak wa&#380;ny eksperyment na okre&#347;lony termin, to nale&#380;a&#322;o trzyma&#263; si&#281; tego terminu, a nie przez jakie&#347; tam pi  pi  pi nagle przewraca&#263; wszystko do g&#243;ry nogami

Jacku! zawo&#322;a&#322; z wyrzutem profesor Saperda. Na nic wi&#281;cej nie by&#322;o ju&#380; sta&#263; biednego ojca przysz&#322;ego dyrektora, bo j&#281;kn&#261;&#322; tylko g&#322;ucho i umilk&#322;.

No wiesz! obruszy&#322; si&#281; Adam.

Cicho b&#261;d&#378;cie! zgromi&#322; ich Zyz. A ty, filozofie  zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Jacka  pos&#322;ucha&#322;e&#347; sobie tego pi  pi  pi, o kt&#243;rym wyra&#380;asz si&#281; tak pogardliwie?

Tak, ale

 &#379;adne ale!  hukn&#261;&#322; cz&#322;onek Rady. I w tobie samym nic wtedy nie pikn&#281;&#322;o? Wiesz, czym b&#281;dziesz?! Str&#243;&#380;em, a nie uczonym! B&#281;dziesz siedzia&#322; przy kalkulatorze i sprawdza&#322;, czy dobrze liczy. Ja wybrzydzam od wczoraj, bo po pierwsze wszyscy mnie znaj&#261; z tego, &#380;e lubi&#281; zrz&#281;dzi&#263; i gdybym nagle przesta&#322;, to pomy&#347;leliby, &#380;e jestem chory, a po drugie  z zazdro&#347;ci! Tak, tak, z zazdro&#347;ci! Mam, moje biedne, przem&#261;drza&#322;e dziecko, sto trzydzie&#347;ci dziewi&#281;&#263; lat

To moje biedne, przem&#261;drza&#322;e dziecko zabrzmia&#322;o w uszach Marka jak najpi&#281;kniejsza muzyka. Niestety, nie m&#243;g&#322; si&#281; podda&#263; urokowi tej chwili, bo Zyz m&#243;wi&#322; dalej:.

Sto trzydzie&#347;ci dziewi&#281;&#263;  powt&#243;rzy&#322; wysokim, lekko zachrypni&#281;tym tonem. &#379;eby nie wiem co, nie polec&#281; ju&#380; statkiem nadprzestrzennym cho&#263;by z Reticulum rzeczywi&#347;cie przys&#322;ali nam zaproszenie. Natomiast ten smarkacz Kapica niedawno sko&#324;czy&#322; osiemdziesi&#261;t dwa lata. Wszystko jeszcze przed nim. Rozumiesz, dlaczego jemu tak zale&#380;y na czasie i dlaczego ja udawa&#322;em, &#380;e jestem przeciwny przyspieszaniu eksperymentu? Czy s&#261;dzisz, &#380;e gdybym naprawd&#281; tak my&#347;la&#322;, pozwoli&#322;bym temu pomyle&#324;cowi nie czeka&#263; na profesora Sponk&#281;?!

Wyrzuciwszy z siebie te zdania, kt&#243;re m&#243;wi&#322;y o cz&#322;onku Rady Naukowej wi&#281;cej ni&#380; wszystkie encyklopedie i tysi&#261;ce po&#347;wi&#281;conych mu artyku&#322;&#243;w, stary profesor wycelowa&#322; oskar&#380;ycielskim gestem wskazuj&#261;cy palec w plecy pogr&#261;&#380;onego w fotelu Aleksandra Wielkiego Drugiego. Ten ostatni jednak nadal zachowa&#322; zupe&#322;ne milczenie. Zyz jakby tylko na to czeka&#322;.

Widzicie, jaki si&#281; z niego nagle zrobi&#322; milczek? Udaje, &#380;e nie wie o co chodzi! Pr&#243;bowa&#322; nam wm&#243;wi&#263;, &#380;e ma na celu jedynie dobro nauki, a w (rzeczywisto&#347;ci pali si&#281; do tego, &#380;eby jak najpr&#281;dzej wypr&#243;bowa&#263; sw&#243;j diabelski statek i polecie&#263; do tych potwor&#243;w z Reticulum! Co gorsza, o ile go znam  doda&#322; gorzko  zrobi to z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261;. Charakterek ma taki, &#380;e tylko pozazdro&#347;ci&#263; kobiecie, kt&#243;ra nie wysz&#322;a za niego za m&#261;&#380;.

Teraz w sali rozleg&#322;y si&#281; ciche &#347;miechy. Wszyscy wiedzieli, &#380;e nestor astrofizyk&#243;w, znakomity Zyz, darzy nie tylko szacunkiem, ale i sympati&#261; profesora Kapic&#281;. To znaczy wszyscy z wyj&#261;tkiem Jacka, bo przecie&#380; inaczej nie sk&#322;ada&#322;by o&#347;wiadczenia wymierzonego przeciw Kapicy, a popieraj&#261;cego rzekomo opini&#281; Zyza.

Za sze&#347;&#263; minut start  oznajmi&#322; &#322;agodnym g&#322;osem komputer. Automat p&#322;yty startowej rozpoczyna odliczanie. Statek EB5 uruchamia silniki. ZZAA1 przejmuje zdalne sterowanie. Prosz&#281; profesora Sponk&#281; o nawi&#261;zanie kontaktu ze zdalnikiem.

To on wie? zdziwi&#322; si&#281; wymieniony.

Pewnie, &#380;e wie  odpowiedzia&#322; zamiast Kapicy Zyz. Aleksander wiedzia&#322;, &#380;e przylecisz na czas. Co prawda liczy&#322;, &#380;e to nast&#261;pi wcze&#347;niej, ale sk&#261;d mia&#322; wiedzie&#263;, &#380;e przywieziesz szkoln&#261; wycieczk&#281;?

Profesor Sponka zrobi&#322; oko do Zuli, jakby chcia&#322; powiedzie&#263;: widzisz, jacy sympatyczni ludzie, po czym si&#281;gn&#261;&#322; do kieszonki na r&#281;kawie. W pulpicie co&#347; cicho zgrzytn&#281;&#322;o i z g&#322;o&#347;nika pod ekranem pop&#322;yn&#261;&#322; g&#322;os informatycznego sobowt&#243;ra ojca Anny i Marka.

Jestem sam  o&#347;wiadczy&#322; zdalnik. Startuj&#281; sam. To nie jest w porz&#261;dku.

No, w porz&#261;dku! jakby dla zaprzeczenia s&#322;owom zdalnika, rozleg&#322; si&#281; od progu weso&#322;y g&#322;os. Pan Nizio&#322;ek wszed&#322; do bunkra, odczeka&#322;, a&#380; opadnie za nim pancerna p&#322;yta drzwi, po czym zwr&#243;ci&#322; si&#281; do obecnych. Odstawi&#322;em go do kabiny nawigacyjnej. Statek got&#243;w do startu. Cofn&#261;&#322;em ju&#380; korytarz, kt&#243;ry &#322;&#261;czy&#322; w&#322;az EB5 z nasz&#261; stacyjk&#261;

W takim razie  profesor Zyz spowa&#380;nia&#322; i spojrza&#322; na zegarek  teraz wszyscy wk&#322;adamy skafandry. Start to pestka, ale nie wiadomo, co si&#281; stanie, kiedy rakieta osi&#261;gnie ZZAA1 i wejdzie w nadprzestrze&#324;. Ta skorupa  obrzuci&#322; krytycznym spojrzeniem &#347;ciany  jest zdaje si&#281; do&#347;&#263; wytrzyma&#322;a, ale skafandry nie zaszkodz&#261;. No, ju&#380;, ju&#380;!  zako&#324;czy&#322; niecierpliwie.

Nizio&#322;ek podszed&#322; do jednej ze skrzy&#324;, ustawionych mi&#281;dzy pulpitami sterowniczymi komputera i centralkami &#322;&#261;czno&#347;ci, otworzy&#322; j&#261;, po czym zapraszaj&#261;cym gestem skin&#261;&#322; na Zul&#281;.

Pani pierwsza  powiedzia&#322; uprzejmie. Naj&#322;adniejszy, b&#322;&#281;kitny

Wezwana podzi&#281;kowa&#322;a u&#347;miechem, najpierw jednak pomog&#322;a ubra&#263; si&#281; Annie i Markowi, a dopiero kiedy obydwie jej pociechy spojrza&#322;y na ni&#261; zza prze&#378;roczystych szyb wielkich kask&#243;w, sama si&#281;gn&#281;&#322;a po wybrany dla niej b&#322;&#281;kitny skafander. R&#243;wnocze&#347;nie profesor Saperda sprawdza&#322; stroje Lidki i Jacka. Profesor Zyz, Sponka, Adam, a tak&#380;e Nizio&#322;ek ko&#324;czyli toalet&#281; niemal r&#243;wnocze&#347;nie. Tylko starszy Kapica siedzia&#322; nadal nieporuszony w swoim fotelu.

Hej, ty, okrzykn&#261;&#322; go wreszcie niezbyt elegancko Zyz. Na co jeszcze czekasz? Nawi&#261;&#380; kontakt ze zdalnikiem, bo Bogdan zrobi&#322; to ju&#380; pi&#281;&#263; godzin temu, i wk&#322;adaj skafander!

Jednak nawet i tak kategoryczne zaproszenie nie poskutkowa&#322;o. Wielki uczony, autor donios&#322;ego eksperymentu, kt&#243;ry si&#281; w&#322;a&#347;nie zaczyna&#322;, wygl&#261;da&#322; tak, jakby zasn&#261;&#322; akurat w najwa&#380;niejszym momencie. Zyz warkn&#261;&#322; jeszcze kilka s&#322;&#243;w pod jego adresem, a&#380; wreszcie straci&#322; cierpliwo&#347;&#263;, podszed&#322; od ty&#322;u do fotela zaj&#281;tego przez Kapic&#281; i potrz&#261;sn&#261;&#322; profesorem, jakby mia&#322; do czynienia z workiem ziemniak&#243;w. Wtedy dopiero drzemi&#261;ca posta&#263; w niebieskiej koszuli drgn&#281;&#322;a. Pokryta g&#281;stw&#261; szpakowatych w&#322;os&#243;w g&#322;owa odwr&#243;ci&#322;a si&#281; i obecni ujrzeli twarz profesora. Wygl&#261;da&#322;a do&#347;&#263; dziwnie. Pomimo panuj&#261;cych w bunkrze ciemno&#347;ci wszyscy dostrzegli, &#380;e by&#322;a trupio blada. Jeszcze bardziej zdziwi&#322;o ich to, co Kapica powiedzia&#322;:

Jestem sam znowu jestem sam dlaczego? Chcieli&#347;cie, &#380;ebym lecia&#322; sam. My&#347;la&#322;em, &#380;e je&#347;li tu zostan&#281;, ja zostan&#281; tak&#380;e. Dlatego uderzy&#322;em si&#281; w g&#322;ow&#281;  spojrza&#322; na plastikow&#261; rurk&#281;, o kt&#243;r&#261; potkn&#261;&#322; si&#281; przedtem Nizio&#322;ek. Tymczasem wys&#322;a&#322;em mnie zamiast siebie bo chcia&#322;em chcia&#322;em nie sko&#324;czy&#322;.

Bogdan Sponka przyskoczy&#322; do j&#281;cz&#261;cego profesora i bez ceremonii chwyci&#322; go za kark. Nast&#281;pnie pomagaj&#261;c sobie drug&#261; r&#281;k&#261;, tak&#380;e tkwi&#261;c&#261; ju&#380; w szorstkiej, pr&#243;&#380;niowej r&#281;kawicy, wywl&#243;k&#322; Kapic&#281; z fotela, uni&#243;s&#322; go w g&#243;r&#281; na wysoko&#347;&#263; wyci&#261;gni&#281;tych ramion i przyjrza&#322; mu si&#281;.

Obecnym zapar&#322;o dech w piersiach. Wysoko, na tle rozja&#347;nionej granatem tarczy ekranu ukaza&#322;a si&#281; posta&#263; tak, to by&#322; Kapica, to znaczy niezupe&#322;nie

Bo przecie&#380; prawdziwy profesor Kapica mia&#322; na sobie porz&#261;dn&#261;, niebiesk&#261; koszul&#281;, a nie jej strz&#281;py

Nizio&#322;ek!!! wrzasn&#261;&#322; Adam tak, &#380;e pot&#281;&#380;ne, pancerne &#347;ciany bunkra zadr&#380;a&#322;y. Nizio&#322;ek!!! powt&#243;rzy&#322; z rozpacz&#261;.  Kogo ty zamkn&#261;&#322;e&#347; w nawigatorni statku? Za chwil&#281; za chwil&#281;  g&#322;os uwi&#261;z&#322; mu w krtani. Wyda&#322; z siebie jaki&#347; spazmatyczny j&#281;k i umilk&#322;.

Czas?!!! rykn&#261;&#322; Zyz. Ile czasu?!!!

Osiemdziesi&#261;t trzy sekundy osiemdziesi&#261;t dwie pop&#322;yn&#261;&#322; ze &#347;ciany mi&#322;y, oboj&#281;tny g&#322;os.

Marek zrozumia&#322; wszystko. Do startu EB5 pozosta&#322;o niespe&#322;na p&#243;&#322;torej minuty. Tunel &#322;&#261;cz&#261;cy statek z baz&#261; jest ju&#380; &#347;ci&#261;gni&#281;ty. Od rakiety i uwi&#281;zionego w niej przez tragiczn&#261; pomy&#322;k&#281; &#380;ywego profesora dziel&#261; ich pancerne drzwi, korytarz, gruszkowata salka, zewn&#281;trzny w&#322;az, niewielka przestrze&#324; pr&#243;&#380;ni, bo na powierzchni male&#324;kiej sztucznej planetki nie ma przecie&#380; &#380;adnej atmosfery, wreszcie tak&#380;e zamkni&#281;ta ju&#380; na g&#322;ucho klapa wej&#347;ciowa statku.

Siedemdziesi&#261;t sze&#347;&#263; sekund siedemdziesi&#261;t pi&#281;&#263;

Nagle Nizio&#322;ek rzuci&#322; si&#281; ku drzwiom.

Awaryjne otwarcie! rzuci&#322; po&#347;piesznie. M&#243;wi cz&#322;owiek! Odblokowuj&#281; wszystkie automaty!

P&#322;yta zamykaj&#261;ca pomieszczenie &#347;mign&#281;&#322;a w g&#243;r&#281; jak wystrzelona.

Zostaw! us&#322;ysza&#322; ch&#322;opiec w s&#322;uchawkach swojego kasku zd&#322;awiony g&#322;os profesora Saperdy  nie zd&#261;&#380;ysz.

Ale Nizio&#322;ek znikn&#261;&#322; ju&#380; w mroku wype&#322;niaj&#261;cym pierwsz&#261; salk&#281;. Wtedy Marek bez zastanowienia ruszy&#322; ostrym sprintem za nim.

St&#243;j! us&#322;ysza&#322; czyj&#347; g&#322;os, ale nie zatrzyma&#322; si&#281;. W g&#322;owie ko&#322;ata&#322;a mu jedna my&#347;l. Nizio&#322;ek zapewne zaraz otworzy zewn&#281;trzny w&#322;az. Wtedy trzeba b&#281;dzie dobiec do rakiety dostatecznie wcze&#347;nie, by przedosta&#263; si&#281; do jej wn&#281;trza i wyci&#261;gn&#261;&#263; Aleksandra Kapic&#281;. A przy ca&#322;ej swojej sile, Nizio&#322;ek z pewno&#347;ci&#261; nie biega tak szybko jak Marek nawet na male&#324;kim, sztucznym globiku, gdzie nie ma &#380;adnej grawitacji i ludzie chodz&#261; w ci&#281;&#380;kich, magnetycznych butach.

Ch&#322;opiec przyspieszy&#322; i za moment sta&#322; ju&#380; obok Nizio&#322;ka, kt&#243;ry zatrzyma&#322; si&#281; przed wej&#347;ciem do bazy powtarzaj&#261;c swoje awaryjne has&#322;o. Z budynk&#243;w stacji ucieknie zaraz powietrze, ale tym nie ma si&#281; co przejmowa&#263;, ludzie maj&#261; przecie&#380; na sobie skafandry. Kiedy drzwi zamkn&#261; si&#281; za nimi, spr&#281;&#380;arki od razu przywr&#243;c&#261; bazie poprzedni&#261; atmosfer&#281;, a klimatyzatory na powr&#243;t ogrzej&#261; wn&#281;trze ca&#322;ej &#322;upiny zawieszonej w&#347;r&#243;d gwiazd.

Jeszcze u&#322;amki sekund, z kt&#243;rych ka&#380;da teraz mia&#322;a wag&#281; godzin, i Marek znalaz&#322; si&#281; przed budynkiem. Otoczy&#322;a go czer&#324;. Reflektory zgaszono i odsuni&#281;to od pola startowego, aby nie uszkodzi&#322;y ich silniki unosz&#261;ce EB5 ku nieznanemu przeznaczeniu. Tu&#380; przed ch&#322;opcem majaczy&#322;a w mroku posta&#263; Nizio&#322;ka. Teraz przysz&#322;a kolej na to, by zrobi&#263; u&#380;ytek z w&#322;asnych wypr&#243;bowanych n&#243;g. Na kursie pilota&#380;u pokazywano, jak porusza&#263; si&#281; w obszarze pozbawionym przyci&#261;gania. Ch&#322;opiec pochyli&#322; si&#281; nisko, rozpostar&#322; ramiona, jakby udawa&#322; ptaka, i ruszy&#322; do przodu. Wystarczy&#322;o kilka sus&#243;w, by dop&#281;dzi&#322; i przegoni&#322; Nizio&#322;ka. Na tle czarnego, wygwie&#380;d&#380;onego nieba dostrzeg&#322; wysoki sto&#380;ek statku. Ot&#243;&#380; i kratownica prowadz&#261;ca do w&#322;azu. Marek wspi&#261;&#322; si&#281; po niej jak po rusztowaniu i w pierwszym odruchu uderzy&#322; r&#281;kawic&#261; w zamkni&#281;t&#261; pancern&#261; p&#322;yt&#281;. Zaraz potem przypomnia&#322; sobie jednak zakl&#281;cie, jakim Nizio&#322;ek otwiera&#322; drzwi bazy. Powiedzia&#322;:

M&#243;wi cz&#322;owiek. Zarz&#261;dzam awaryjne otwarcie w&#322;azu. Odblokowuj&#281; automaty.

Wyda&#322;o mu si&#281;, &#380;e z aparatury zamka dobieg&#322;o cichutkie westchnienie, ale to musia&#322;o by&#263; z&#322;udzenie. Natomiast sam w&#322;az b&#322;yskawicznie i bez najmniejszego szmeru stan&#261;&#322; otworem.

Wewn&#261;trz panowa&#322;y zupe&#322;ne ciemno&#347;ci. Marek przypomnia&#322; sobie o lampce przymocowanej do jego kasku, zapali&#322; j&#261; i wpad&#322; do komory &#347;luzy. Za sob&#261; s&#322;ysza&#322; ju&#380; gor&#261;czkowe sapanie Nizio&#322;ka.

Nagle ten g&#322;os w s&#322;uchawkach umilk&#322;, jak uci&#281;ty no&#380;em. Ch&#322;opiec odwr&#243;ci&#322; si&#281;. Klapa w&#322;azu wr&#243;ci&#322;a na swoje poprzednie miejsce. Statek by&#322; znowu szczelnie zamkni&#281;ty i got&#243;w do startu. Nie szkodzi. Byleby tylko zd&#261;&#380;y&#322; odnale&#378;&#263; i zabra&#263; profesora, to automaty, na wezwanie cz&#322;owieka ponownie otworz&#261; w&#322;az.

Pobieg&#322; wzrokiem za smug&#261; &#347;wiat&#322;a, padaj&#261;c&#261; z jego czo&#322;owego reflektora. Wewn&#281;trzne drzwi &#347;luzy by&#322;y zamkni&#281;te tak samo szczelnie jak g&#322;&#243;wne wej&#347;cie do rakiety. Stan&#261;&#322; przed nimi i powt&#243;rzy&#322;:

M&#243;wi cz&#322;owiek. Zarz&#261;dzam

Zaledwie sko&#324;czy&#322;, i te drzwi otwar&#322;y si&#281; pos&#322;usznie. Tu&#380; za nimi ujrza&#322; ch&#322;opiec poblad&#322;&#261; twarz tego, kt&#243;rego szuka&#322;. Niestety! Marek zapomnia&#322;, &#380;e Nizio&#322;ek zabra&#322; przecie&#380; rzekomego zdalnika bez skafandra. Ch&#322;opiec nie s&#322;ysza&#322; teraz obliczania komputera, nie wiedzia&#322;, ile sekund pozosta&#322;o do startu, natychmiast jednak zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e nie zd&#261;&#380;y wyszuka&#263; skafandra, pom&#243;c Kapicy si&#281; ubra&#263; i jeszcze go wyprowadzi&#263;. Nagle us&#322;ysza&#322; g&#322;os profesora:

Na co czekasz? Wyskakuj!

A pan?

Ju&#380; ci&#281; tu nie ma! warkn&#261;&#322; stary Kapica, najwidoczniej chc&#261;c ocali&#263; przynajmniej ch&#322;opca. On sam musia&#322; ju&#380; znacznie wcze&#347;niej obliczy&#263; w&#322;asne szanse.

Marek poczu&#322;, &#380;e jego nogi staj&#261; si&#281; ci&#281;&#380;kie jak o&#322;&#243;w. Rzuci&#322; ostatnie, rozpaczliwe spojrzenie profesorowi, po czym skoczy&#322; w stron&#281; zewn&#281;trznego w&#322;azu. Zachowa&#322; jednak&#380;e do&#347;&#263; przytomno&#347;ci umys&#322;u, by krzykn&#261;&#263;:

Niech pan zamknie przej&#347;cie ze &#347;luzy do wn&#281;trza statku! Inaczej ucieknie powietrze! Nast&#281;pnie odwr&#243;ci&#322; si&#281;.

M&#243;wi cz&#322;owiek zacz&#261;&#322; i urwa&#322;. Co&#347; go tkn&#281;&#322;o. Zerkn&#261;&#322; przez rami&#281; i zmartwia&#322;. Znakomity uczony, s&#322;awny Aleksander Wielki Drugi mocowa&#322; si&#281; zawzi&#281;cie z automatycznym zamkiem drugich, wewn&#281;trznych drzwi &#347;luzy, pragn&#261;c najwidoczniej u&#380;y&#263; go jak archaicznej zasuwki. Mamrota&#322; przy tym gniewnie pod nosem i b&#322;yska&#322; w mroku bia&#322;kami szeroko otwartych oczu.

Markowi opad&#322;y r&#281;ce. Nie zrobi&#322; nic. Nie poruszy&#322; si&#281; nawet. Poprzesta&#322; na tym m&#243;wi cz&#322;owiek i umilk&#322;. Sprawa by&#322;a a&#380; nadto jasna. Je&#347;li teraz otworzy w&#322;az, &#380;eby wyskoczy&#263; na zewn&#261;trz, zanim EB5 wystartuje, kosmiczna pr&#243;&#380;nia wedrze si&#281; przez otwart&#261; na przestrza&#322; &#347;luz&#281; i w u&#322;amku sekundy wyssie powietrze ze wszystkich pomieszcze&#324; statku. W tym samym u&#322;amku sekundy profesor Kapica umrze. O tym &#380;eby Marek zd&#261;&#380;y&#322; wyr&#281;czy&#263; uczonego i zatrzasn&#261;&#263; zepsute przez niego wewn&#281;trzne drzwi, nie mog&#322;o by&#263; mowy.

Natomiast je&#347;li nie doko&#324;czy tego, co chcia&#322; powiedzie&#263;, nie ka&#380;e automatom odblokowa&#263; w&#322;azu, prze&#380;yj&#261; obaj. Prze&#380;yj&#261;, tylko &#380;e nigdy ju&#380; nie zobacz&#261; Ziemi Zuli ojca Lidki A mo&#380;e wszystko w og&#243;le sko&#324;czy si&#281; za kilka minut, kiedy statek osi&#261;gnie stacj&#281; ZZAA1, w krytycznym momencie eksperymentu?

Jedno jest pewne. Je&#347;li Marek otworzy zewn&#281;trzny w&#322;az, profesor Kapica nie b&#281;dzie mia&#322; nawet tych kilku minut.

Niech pan to zostawi, panie profesorze  powiedzia&#322;, jak mu si&#281; wyda&#322;o, mniej wi&#281;cej normalnym g&#322;osem. Przeszed&#322; nie spiesz&#261;c si&#281; przez komor&#281; &#347;luzy i stan&#261;&#322; w wewn&#281;trznym korytarzu. W tym momencie pod&#322;oga pod jego stopami zadr&#380;a&#322;a lekko. Ch&#322;opiec odgad&#322; od razu, &#380;e statek ju&#380; leci. Pomy&#347;la&#322;, &#380;e stacja ZZAA2, z jej bezpiecznym bunkrem, Nizio&#322;kiem, Zyzem, jajog&#322;owym i i najbli&#380;szymi lud&#378;mi na &#347;wiecie zosta&#322;a za nimi, pod nimi, z boku  to wszystko jedno w przestrzeni kosmicznej, &#380;e wsi&#261;k&#322;a w wieczny mrok, z rozsianymi w nim dalekimi, zimnymi gwiazdami i nigdy ju&#380; si&#281; nie odnajdzie

Piekielne wynalazki  burkn&#261;&#322; z odraz&#261; Kapica, kiedy Marek bez najmniejszego trudu, lekko i b&#322;yskawicznie poradzi&#322; sobie z zamkiem &#347;luzy.

Gdyby nie tragizm sytuacji, ch&#322;opiec by&#322;by si&#281; musia&#322; u&#347;miechn&#261;&#263;. Przypomnia&#322; sobie, co m&#243;wiono o przedziwnej zaiste niech&#281;ci s&#322;ynnego uczonego do wszystkich, najprostszych nawet urz&#261;dze&#324; mechaniczno  automatycznych. Przecie&#380; i zdalnik profesora tylko dlatego nie odlecia&#322; ich pantoplanem, &#380;e dysponuj&#261;c tymi samymi umiej&#281;tno&#347;ciami co jego orygina&#322;, po prostu nie potrafi&#322; sobie poradzi&#263; z pojazdem, kiedy ten najzwyczajniej ugrz&#261;z&#322; w piachu.

Piekielne wynalazki  powt&#243;rzy&#322; ze z&#322;o&#347;ci&#261; Kapica, po czym zmieni&#322; si&#281; na twarzy, przypomniawszy sobie nagle, gdzie jest i z kim. I c&#243;&#380;e&#347; ty najlepszego narobi&#322;?! wybuchn&#261;&#322; niespodziewanie, obejmuj&#261;c ch&#322;opca ramieniem.

Marka tak zdziwi&#322; ten ludzki odruch u zrz&#281;dliwego profesora, &#380;e a&#380; si&#281; cofn&#261;&#322;. Zaraz jednak uda&#322;o mu si&#281; nawet u&#347;miechn&#261;&#263;. By&#322; to wprawdzie u&#347;miech, kt&#243;ry przypadkowego widza m&#243;g&#322; wp&#281;dzi&#263; w najczarniejsz&#261; melancholi&#281;, ale zawsze u&#347;miech.

Przepraszam, panie profesorze  powiedzia&#322; lekko tylko zachrypni&#281;tym g&#322;osem  wydaje mi si&#281; jednak, &#380;e nie tylko ja zawini&#322;em

Wydaje si&#281;, wydaje si&#281;  powt&#243;rzy&#322; prychaj&#261;c Kapica. Wiesz, gdzie wyl&#261;dujemy? Tam gdzie ko&#324;czy si&#281; to, co jeszcze si&#281; nie zacz&#281;&#322;o. Gdzie nie ima niczego takiego, czego by nie by&#322;o. Rozumiesz?

Niezupe&#322;nie

Hi, hi, hi

Ch&#322;opiec a&#380; si&#281; wzdrygn&#261;&#322;, tak bardzo &#243;w &#347;miech przypomina&#322; d&#378;wi&#281;ki, jakie wydawa&#322; z siebie ten, kt&#243;ry cho&#263; tak podobny do stoj&#261;cego teraz przed nim cz&#322;owieka, nie by&#322; wcale kim&#347;, a tylko czym&#347;.

Kto&#347; przesta&#322; si&#281; nagle &#347;mia&#263;, pos&#322;a&#322; ostatnie, nie&#380;yczliwe spojrzenie piekielnemu wynalazkowi przy drzwiach &#347;luzy i ruszy&#322; szybkim krokiem w stron&#281; dyspozytorni.

Chod&#378;  skin&#261;&#322; na Marka  musimy si&#281; przygotowa&#263;

Przygotowania do niewiadomego polega&#322;y na tym, &#380;e zaj&#281;li miejsca w g&#322;&#281;bokich fotelach. Przedtem profesor Kapica uzbroi&#322; si&#281; w kompletny skafander.

Na wszelki wypadek  powiedzia&#322; chichocz&#261;c. &#379;eby mnie tamci nie wzi&#281;li za wariata, kiedy wyl&#261;dujemy na rynku w samo po&#322;udnie

Tamci to oczywi&#347;cie mieli by&#263; mieszka&#324;cy dalekich, a w&#322;a&#347;ciwie najdalszych gwiazd. Profesor oczywi&#347;cie &#380;artowa&#322;, ale wizja l&#261;dowania na rynku w t&#322;umie cudacznych potwor&#243;w sprawi&#322;a, &#380;e ch&#322;opiec mimo woli przymkn&#261;&#322; oczy i otrz&#261;sn&#261;&#322; si&#281; ze wstr&#281;tem. Nawet ciekawo&#347;&#263; pi&#281;tnastoletniego m&#281;&#380;czyzny ma swoje granice

S&#322;ynny Aleksander Wielki Drugi Nauki nagle spowa&#380;nia&#322;. Spojrza&#322; na ch&#322;opca zza szyby swojego kasku i potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

S&#322;uchaj no, m&#243;j niedosz&#322;y wybawco  spyta&#322;  a czy ty w og&#243;le wiesz, o co w tym wszystkim chodzi?

Marek, bawi&#261;cy my&#347;lami w strasznym, obcym &#347;wiecie, nie od razu zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e co&#347; do niego m&#243;wiono. Zreszt&#261; akurat w momencie, kiedy pad&#322;o to rozumiesz, sp&#322;yn&#281;&#322;o na niego ol&#347;nienie. Nie znaczy to, &#380;e ni st&#261;d ni zow&#261;d zg&#322;&#281;bi&#322; wszystkie tajniki eksperymentu, kt&#243;ry przygotowa&#322; Kapica wraz z Saperd&#261; i jego w&#322;asnym ojcem. Za to przypomnia&#322; sobie, &#380;e przecie&#380; tutaj, na pok&#322;adzie tego statku lec&#261;cego nie wiadomo dok&#261;d, jest Bogdan niestety, nie &#380;ywy, z krwi i ko&#347;ci, ale przynajmniej jego wiedza, pami&#281;&#263;, jego zmys&#322; obserwacyjny i umiej&#281;tno&#347;&#263; wysnuwania wniosk&#243;w. A tak&#380;e jego g&#322;os.

Zerwa&#322; si&#281; na r&#243;wne nogi i podbieg&#322; do pulpitu. Wiedzia&#322;, kt&#243;re klawisze nale&#380;y przycisn&#261;&#263;, &#380;eby nawi&#261;za&#263; g&#322;osowy kontakt z komputerem.

Czy wiesz  spyta&#322; rozgor&#261;czkowanym g&#322;osem  &#380;e na pok&#322;adzie jest zdalnik ojca? To znaczy  poprawi&#322; si&#281; zaraz  informatyczna kopia profesora Sponki? Mog&#281; z nim porozmawia&#263;?

Kapica najpierw zachichota&#322; po swojemu, a potem zacz&#261;&#322; g&#322;o&#347;no chrz&#261;ka&#263;, ale ch&#322;opiec nie zwr&#243;ci&#322; na to uwagi.

Komputer zastanawia&#322; si&#281; przez kilka sekund, zanim odpowiedzia&#322;.

Niestety  przem&#243;wi&#322;y &#347;ciany mi&#322;ym g&#322;osem  stwierdzi&#322;em, &#380;e opr&#243;cz mnie istnieje na EB5 niezale&#380;ny uk&#322;ad informatyczny. Ale wyposa&#380;ono go w zupe&#322;nie odr&#281;bne, samodzielne po&#322;&#261;czenia. Nie umiem nawi&#261;za&#263; z nim &#322;&#261;czno&#347;ci. &#379;a&#322;uj&#281;

Spr&#243;buj! Marek za&#322;ama&#322; z rozpacz&#261; d&#322;onie. Jeste&#347; przecie&#380; tak&#261; m&#261;dr&#261; ma chcia&#322; powiedzie&#263; maszyn&#261;, ale pomy&#347;la&#322;, &#380;e to s&#322;owo mog&#322;oby nie podoba&#263; si&#281; komputerowi.  Taki m&#261;dry wybrn&#261;&#322; wreszcie.

 &#379;a&#322;uj&#281;  powt&#243;rzy&#322; &#322;agodny, oboj&#281;tny g&#322;os  mog&#281; tylko realizowa&#263; przewidziany dla mnie program. Nie uwzgl&#281;dniono w nim mo&#380;liwo&#347;ci podejmowania przeze mnie w&#322;asnej inicjatywy w celu kontaktowania si&#281; z innymi zespo&#322;ami informatycznymi, poza lud&#378;mi. W tej chwili mog&#281; rozmawia&#263; tylko z &#380;ywymi osobami, przebywaj&#261;cymi na pok&#322;adzie statku. Od momentu startu straci&#322;em &#322;&#261;czno&#347;&#263; z ZZAA2. Dzi&#281;kuj&#281;

Nie ma za co  o ma&#322;o nie powiedzia&#322; Marek, co najlepiej &#347;wiadczy&#322;o o stanie jego uczu&#263; i umys&#322;u.

My&#347;l by&#322;a niez&#322;a  odezwa&#322; si&#281; drwi&#261;co Kapica  ale gdyby&#347; spyta&#322; przedtem mnie, a nie maszyn&#281;, to powiedzia&#322;bym ci od razu, &#380;e zdalniki maj&#261; specjaln&#261; &#322;&#261;czno&#347;&#263;. Tw&#243;j ojciec mo&#380;e rozmawia&#263; ze swoim sobowt&#243;rem, kt&#243;ry jest tutaj za &#347;cianami, tylko za po&#347;rednictwem fal biologicznych, kt&#243;re bior&#261; pocz&#261;tek w jego m&#243;zgu. Ale my tego nigdy nie us&#322;yszymy. Chyba &#380;e uda mu si&#281; przestroi&#263; zdalnika tak, &#380;eby ten sam nawi&#261;za&#322; kontakt z tutejszym komputerem. Bo trzeba ci wiedzie&#263;, &#380;e komputery stacji ZZAA2 i naszego statku tak&#380;e nie maj&#261; &#322;&#261;czno&#347;ci. Nie by&#322;a potrzebna, skoro za po&#347;rednictwem zdalnik&#243;w mieli&#347;my dostawa&#263; wiadomo&#347;ci ciekawsze od tych, jakich m&#243;g&#322;by dostarczy&#263; komputer. Dlatego za&#322;oga stacji nie ma wp&#322;ywu na przebieg lotu EB5, bo mog&#322;aby go mie&#263; tylko poprzez wydawanie polece&#324; komputerowi. B&#281;dziemy ca&#322;y czas wiedzie&#263;, &#380;e tw&#243;j tato gaw&#281;dzi sobie jakby nigdy nic z czym&#347;, co siedzi metr od nas  wskaza&#322; pulpit  ale nic nam z tego nie przyjdzie. Nie uda nam si&#281; wtr&#261;ci&#263; w&#322;asnych trzech groszy hi, hi, hi. Nie, m&#243;j drogi  ci&#261;gn&#261;&#322; z uciech&#261;  jeste&#347;my zdani na w&#322;asne towarzystwo. Ja m&#243;g&#322;bym nawi&#261;za&#263; kontakt z moim zdalnikiem, kt&#243;ry zosta&#322; w ZZAA2, ale c&#243;&#380; kiedy on by&#322; na tyle sprytny, &#380;e zabra&#322; mi p&#322;ytk&#281; sterownicz&#261; ze wzmacniaczami p&#243;l m&#243;zgowych wiesz, t&#281;, kt&#243;r&#261; mia&#322;em w kieszonce  poklepa&#322; si&#281; praw&#261; r&#281;k&#261; po lewym ramieniu. Najzwyczajniej wzi&#261;&#322; i wyr&#380;n&#261;&#322; mnie w g&#322;ow&#281;. A kiedy straci&#322;em przytomno&#347;&#263;, pozwoli&#322; Nizio&#322;kowi wynie&#347;&#263; mnie jak zwi&#261;zanego barana zamiast siebie. Bogdan i Adam mieli zdaje si&#281; racj&#281;. Chyba rzeczywi&#347;cie zostawi&#322;em mu odrobin&#281; zbyt wiele samodzielno&#347;ci hi, hi, hi!..

Ale czemu w&#322;a&#347;ciwie nie b&#281;dziemy mogli us&#322;ysze&#263; ojca ani jego zdalnika? To znaczy, dlaczego ta &#322;&#261;czno&#347;&#263; jest taka taka inna? spyta&#322; Marek, kt&#243;ry niezbyt uwa&#380;nie s&#322;ucha&#322; wywod&#243;w starego Kapicy. Profesor wzruszy&#322; ramionami.

Przecie&#380; jeste&#347;my na tym statku raczej przypadkowymi pasa&#380;erami, prawda? Nie mia&#322;o tu by&#263; &#380;adnych ludzi. Po co wi&#281;c by&#322;o instalowa&#263; normaln&#261; &#322;&#261;czno&#347;&#263;? Przecie&#380; zdalniki jako kopie ludzkich umys&#322;&#243;w s&#261; o wiele bardziej skomplikowane ni&#380; najlepsze komputery. Mo&#380;na si&#281; od nich dowiedzie&#263; znacznie wi&#281;cej ciekawych rzeczy. Przewidzieli&#347;my wszystko z wyj&#261;tkiem tego, &#380;e sami pofruniemy na pok&#322;adzie EB5 w charakterze eksperymentalnych robot&#243;w. Hi, hi, hi

Mnie tam wcale nie jest weso&#322;o  zastrzeg&#322; si&#281; nieco oda rzeczy Marek.

Hi, hi, hi raz jeszcze zabrzmia&#322;o w odpowiedzi. Nie ma rady, ch&#322;opcze. Je&#347;li twojemu tacie nie uda si&#281; przekonstruowa&#263; swojego zdalnika, kt&#243;ry leci z nami, tak, &#380;eby samodzielnie nawi&#261;za&#322; &#322;&#261;czno&#347;&#263; z naszym komputerem, to nie mamy na co liczy&#263;. M&#243;j zdalnik b&#281;dzie siedzia&#322; cicho. A komputer poza informacjami, kt&#243;re tkwi&#261; w jego programie, jest g&#322;upiutki jak ma&#322;a ma&#322;pka. Hi zamierza&#322; najwidoczniej zako&#324;czy&#263; swoim zwyk&#322;ym chichotem, ale niespodziewanie umilk&#322; i spowa&#380;nia&#322;.  O czym to m&#243;wili&#347;my? spyta&#322; zmienionym tonem. Aha, chodzi&#322;o o to, czy ty w og&#243;le wiesz o co chodzi? Powiniene&#347; przynajmniej co&#347; nieco&#347; zrozumie&#263; skoro ju&#380; tu jeste&#347; kt&#243;ra to godzina? spojrza&#322; na zegarek i prychn&#261;&#322; gniewnie. Znowu stan&#261;&#322;! Te idiotyczne mechanizmy zawsze si&#281; psuj&#261; akurat wtedy, kiedy s&#261; potrzebne naprawia&#322;em go tak niedawno sam  doda&#322; z dum&#261;, a Marek zrozumia&#322;, dlaczego zegarek Kapicy nie m&#243;g&#322; funkcjonowa&#263; normalnie. Zosta&#322;a nam mo&#380;e minuta, a mo&#380;e mniej  profesor z niesmakiem oderwa&#322; wzrok od zegarka i m&#243;wi&#322; dalej. Potem zbli&#380;ymy si&#281; do ZZAA2, gdzie akurat w tym samym momencie wiesz co&#347; nieco&#347; o geometrodynamice? spyta&#322;, patrz&#261;c spod &#347;ci&#261;gni&#281;tych brwi prosto w niebie&#347;ciutkie i okr&#261;g&#322;e teraz jak dwa guziki oczy ch&#322;opca.

Owszem

Nie szkodzi  stary Kapica zdecydowanie lepiej rozumia&#322; ludzi ni&#380; mechanizmy. Przyjmij &#322;askawie do wiadomo&#347;ci, &#380;e wszech&#347;wiat, czyli tak&#380;e czas i przestrze&#324; s&#261; zbudowane z takich no, takich cz&#261;stek  zamacha&#322; niecierpliwie r&#281;kami. A je&#380;eli co&#347; jest zbudowane z cz&#261;stek, to nie jest ca&#322;kiem puste, prawda? Inaczej m&#243;wi&#261;c, pr&#243;&#380;nia, kt&#243;ra nas otacza, nie jest pusta. Z kolei te cz&#261;steczki jak wsz&#281;dzie, gdzie istniej&#261; jakiekolwiek cz&#261;steczki tworz&#261;ce mas&#281;, s&#261; w pewnych miejscach bardziej zbite, zacie&#347;nione, a gdzie indziej pozostawiaj&#261; dziury. Je&#347;li tak, to dok&#261;d mo&#380;na przedosta&#263; si&#281; przez te dziury? No, dok&#261;d?

Do

Do nadprzestrzeni! wykrzykn&#261;&#322; tryumfalnie Kapica.

Marek przymkn&#261;&#322; na moment oczy.

Nad  przes  trze  ni  przesylabizowa&#322;.  Od wczoraj ci&#261;gle kto&#347; powtarza&#322; to s&#322;owo, ale

Cicho! Przez ten przekl&#281;ty zegarek i tak nie wiem, czy sko&#324;cz&#281;! Nie przerywaj i staraj si&#281; my&#347;le&#263;. Nie, nie! Nie my&#347;l! I tak nie zrozumiesz  zadecydowa&#322;.  Spr&#243;buj tylko zobaczy&#263;. Wyobra&#378; sobie taki olbrzymi wieniec wieniec o czym to m&#243;wi&#322;em? ockn&#261;&#322; si&#281; nagle.

O jakim&#347; wie&#324;cu

Nie o jakim&#347;, tylko o wie&#324;cu, w kt&#243;rym jest wszystko. Uk&#322;ad S&#322;oneczny, galaktyki, metagalaktyki i co tylko istnieje. Gwiazdy p&#281;dz&#261;ce w r&#243;&#380;nych kierunkach po zakrzywionych torach wszystko, no wszystko. A wewn&#261;trz tego wie&#324;ca jest takie co&#347;, co nie tylko umownie nazywamy pr&#243;&#380;ni&#261;, ale w czym naprawd&#281; nie ma nic. W og&#243;le nic. Pusta pr&#243;&#380;nia. Jeste&#347;my w&#347;r&#243;d gwiazd, w czasie i przestrzeni, a wi&#281;c siedzimy w wie&#324;cu jak drobny listek jednej z ro&#347;lin, z kt&#243;rych go uwito. Je&#380;eli ten listek si&#281; urwie, je&#380;eli wpadnie do pustego kr&#281;gu wewn&#261;trz wie&#324;ca, to znajdziemy si&#281; gdzie?

W pustej pr&#243;&#380;ni  odpar&#322; Marek, jak mu si&#281; zdawa&#322;o, do rzeczy.

Hi, hi, hi! Wcale nie! To znaczy tak, oczywi&#347;cie! Ale nie! popisa&#322; si&#281; szczeg&#243;ln&#261; logik&#261; Kapica. Znajdziemy si&#281; w nadprzestrzeni

Znowu? nie wytrzyma&#322; ch&#322;opiec. Profesor nasro&#380;y&#322; si&#281;.

M&#243;wi&#322; dziad do obrazu przecie&#380; przed chwil&#261; rozmawiali&#347;my o geometrodynamice. Naprawd&#281; nie potrafisz zobaczy&#263; tego wie&#324;ca? Wie&#324;ca, no! Takie grube ko&#322;o, a w &#347;rodku pusto

Ch&#322;opcu zab&#322;ys&#322;y oczy.

Tak powiedzia&#322; z namys&#322;em. To widz&#281;. Taka jakby opona, wewn&#261;trz kt&#243;rej zamiast d&#281;tki s&#261; wszystkie gwiazdy, galaktyki, wszech&#347;wiat

Brawo! A teraz zrobimy dziur&#281; w tej oponie i przez t&#281; dziur&#281; wydostaniemy si&#281; do pustej pr&#243;&#380;ni po&#347;rodku ko&#322;a

No dobrze  zas&#281;pi&#322; si&#281; nagle Marek  ale po co? Skoro tam nic nie ma?

G&#322;upi&#347;. Tam nie ma nic i jest wszystko, bo ca&#322;y otaczaj&#261;cy pustk&#281; wieniec jest osi&#261;galny w u&#322;amku sekundy. I nie tylko to miejsce, gdzie wydostali&#347;my si&#281; z naszego &#347;wiata, ale i ka&#380;de inne. Tam przecie&#380; nie ma przestrzeni, a wi&#281;c i odleg&#322;o&#347;ci. Nie ma czasu, czyli przedtem ani potem. Stamt&#261;d mo&#380;na w ka&#380;dej chwili przeby&#263; dowoln&#261; drog&#281;; Przelecie&#263; sobie na przyk&#322;ad trylion kilometr&#243;w po kolacji, &#380;eby dobrze spa&#263;. Wyl&#261;dowa&#263; na najdalszej mg&#322;awicy powiedzmy, sze&#347;&#263; miliard&#243;w lat &#347;wietlnych st&#261;d, obejrze&#263; widoki, mo&#380;e porozmawia&#263; z kim&#347; m&#261;drym, bo niby dlaczego akurat tylko mieszka&#324;cy Ziemi mieliby mie&#263; do&#347;&#263; oleju w g&#322;owie, &#380;eby nie wstydzi&#263; si&#281; w&#322;asnej ciekawo&#347;ci, wr&#243;ci&#263; spokojnie godzink&#281; p&#243;&#378;niej;

Ale&#380; to wspania&#322;e! wyrwa&#322;o si&#281; ch&#322;opcu. Je&#347;li Kapica, co w ko&#324;cu by&#322;o zupe&#322;nie mo&#380;liwe, wyg&#322;asza&#322; sw&#243;j wyk&#322;ad tylko po to, &#380;eby odwr&#243;ci&#263; uwag&#281; Marka od tego, co czeka&#322;o ich ju&#380; nawet nie za ca&#322;&#261; minut&#281;, to jego zamiar powi&#243;d&#322; si&#281; w zupe&#322;no&#347;ci. Wi&#281;c ten eksperyment?

W&#322;a&#347;nie! zakrzykn&#261;&#322; rado&#347;nie profesor. Pomy&#347;la&#322;em, &#380;e z tego naszego pi&#281;knego wianuszka hi, hi, hi mo&#380;na si&#281; wydosta&#263;, stwarzaj&#261;c przed statkami supersilne pola grawitacyjne, jakie od dawna istniej&#261; w przyrodzie. S&#322;ysza&#322;e&#347; co&#347; o czarnych dziurach czy jamach? Tak nazywano je dawniej. To s&#261; gwiazdy posiadaj&#261;ce tak olbrzymi&#261; grawitacj&#281;, &#380;e pod jej wp&#322;ywem wch&#322;aniaj&#261; same siebie do &#347;rodka tego nie tylko nie zrozumiesz, ale i nie zobaczysz, niemniej zg&#243;d&#378; si&#281;, &#380;e s&#261; takie gwiazdy. Pomy&#347;la&#322;em sobie: a gdyby tak przed rakiet&#261; kosmiczn&#261; stworzy&#263; skupisko cz&#261;stek tak g&#281;ste jak te gwiazdy? Tak g&#281;ste, a wi&#281;c tak&#380;e wytwarzaj&#261;ce supersilne pole grawitacyjne? Co by si&#281; sta&#322;o z rakiet&#261;, kt&#243;ra podobnie jak czarne dziury, wessa&#322;aby do &#347;rodka sam&#261; siebie? I doszed&#322;em do wniosku, &#380;e to jest w&#322;a&#347;nie droga z otaczaj&#261;cego nas, spostrzeganego zmys&#322;ami &#347;wiata do innego, do nadprzestrzeni. Wi&#281;c wsp&#243;lnie z twoim ojcem i Saperd&#261; zbudowali&#347;my agregaty, kt&#243;re potrafi&#261; robi&#263; w przestrzeni sztuczne czarne dziury i stwarza&#263; supersilne pola grawitacyjne. Pierwszy, zainstalowali&#347;my na stacji ZZAA1 i postanowili&#347;my skierowa&#263; tam eksperymentalny statek, w&#322;a&#347;nie w momencie kiedy ten agregat osi&#261;gnie pe&#322;n&#261; moc, o p&#243;&#322;nocy uruchomili&#347;my aparatur&#281; kiedy&#347; w przysz&#322;o&#347;ci b&#281;dziemy budowa&#263; lepsze urz&#261;dzenia, ale na razie nie potrafimy zatrzyma&#263; procesu, jaki si&#281; zacz&#261;&#322;, kiedy przycisn&#281;li&#347;my taki male&#324;ki czerwony guziczek hi, hi, hi tak samo jak nie potrafimy zawr&#243;ci&#263; z drogi tego statku, bo zerwali&#347;my &#322;&#261;czno&#347;&#263;, iieby nie komplikowa&#263; przebiegu eksperymentu. A teraz, zamiast zdalnik&#243;w sami przekonamy si&#281; jak to jest, kiedy co&#347; zbudowanego ze zwyk&#322;ych cz&#261;stek zaszczyci swoj&#261; obecno&#347;ci&#261; rejon kolapsu grawitacyjnego. Hi, hi, hi

Kolapsu? powt&#243;rzy&#322; niepewnie ch&#322;opiec marszcz&#261;ca brwi. Przypomnia&#322; sobie, &#380;e ojciec, Saperda i Adam wymieniali w rozmowach s&#322;owo kolapsacyjny, ale pami&#281;ta&#322; r&#243;wnie&#380;, &#380;e nie mia&#322; poj&#281;cia, co to s&#322;owo znaczy

No przecie&#380; m&#243;wi&#281;!  zawo&#322;a&#322; Kapica. Kiedy znajdziemy si&#281; w szczytowym punkcie nat&#281;&#380;enia supersilnego pola grawitacyjnego, czyli w kolapsie

I to niezrozumia&#322;e s&#322;owo by&#322;o ostatnim, jakie dotar&#322;o do uszu ch&#322;opca. Jego my&#347;li rozmy&#322;y si&#281; nagle, jak to bywa czasem tu&#380; przed za&#347;ni&#281;ciem. Przez moment zamajaczy&#322;y mu pod opadaj&#261;cymi powiekami wielkie, z&#322;ociste klapsy spadaj&#261;ce nies&#322;ychanie powoli z dorodnej gruszy, wzdrygn&#261;&#322; si&#281;, gdy pami&#281;&#263; ni st&#261;d, ni zow&#261;d podsun&#281;&#322;a mu wypowiedziane kilka lat temu s&#322;owa Zuli: ej, bo dostaniesz klapsa nast&#281;pnie jego nos pochwyci&#322; mi&#322;y zapach klops&#243;w duszonych z grzybami, kt&#243;re ta sama Zula przyrz&#261;dza&#322;a w spos&#243;b nieosi&#261;galny dla innych &#347;miertelnik&#243;w, wreszcie poczu&#322;, &#380;e fotel ucieka spod niego w otwart&#261; czelu&#347;&#263; bez dna, &#380;e robi si&#281; czarno i tak pusto, jak nie bywa nawet w rozgwie&#380;d&#380;onej przestrzeni wszech&#347;wiata. Zaraz potem g&#322;owa opad&#322;a mu na piersi i straci&#322; przytomno&#347;&#263;.



9.Naucz mnie t&#281;skni&#263;

Adam, zr&#243;b co&#347;  szepn&#281;&#322;a Ina k&#322;ad&#261;c swoj&#261; z&#322;ot&#261; g&#322;&#243;wk&#281; na ramieniu m&#322;odego naukowca. Ten zagryz&#322; wargi. Mimo woli pow&#281;drowa&#322; wzrokiem w stron&#281; Zuli, stoj&#261;cej za plecami m&#281;&#380;a i wpatruj&#261;cej si&#281; martwo w ekran.

Godzina zero, zero  wychrypia&#322; Bogdan. Omi&#243;t&#322; spojrzeniem wska&#378;niki, odchrz&#261;kn&#261;&#322; i doda&#322; zd&#322;awionym g&#322;osem:  ju&#380;

W bunkrze obserwacyjnym panowa&#322;a zupe&#322;na cisza. Eksperyment, na kt&#243;ry wszyscy czekali z tak&#261; radosn&#261;, pe&#322;n&#261; nadziei niecierpliwo&#347;ci&#261;, zmieni&#322; si&#281; nagle w ponur&#261; tragedi&#281;.

Niepotrzebnie bieg&#322;  odezwa&#322; si&#281; w pewnej chwili Jacek. Gdyby zastanowi&#322; si&#281;, jak&#261; ma szans&#281;

Ty by&#347; pewnie oblicza&#322; szans&#281;, gdybym to na przyk&#322;ad ja znalaz&#322;a si&#281; na miejscu profesora Kapicy  sykn&#281;&#322;a oburzona Lidka. Ty

Nie szepn&#261;&#322; jajog&#322;owy. Nie m&#243;w tak Ja przecie&#380;, ja g&#322;os mu si&#281; za&#322;ama&#322;. Poczu&#322; mu&#347;ni&#281;cie czyjej&#347; d&#322;oni na swojej. Obejrza&#322; si&#281; i ujrza&#322; wpatrzone w siebie oczy Anny.

Czemu zawsze robisz wszystko, &#380;eby przedstawi&#263; si&#281; w jak najgorszym &#347;wietle? spyta&#322;a cicho dziewczyna. Tam jest m&#243;j brat i wiem, &#380;e wcale nie my&#347;lisz tak, jak m&#243;wisz

Nie  wymamrota&#322; Jacek. Ja ja nie biegam tak szybko jak on. On si&#281; zachowa&#322; wspaniale Ja chcia&#322;bym tam by&#263; zamiast niego. Ja widzisz, mnie si&#281; czasem co&#347; tak powie, ale

Dajcie spok&#243;j  powiedzia&#322; drewnianym g&#322;osem Adam. Oni ju&#380;  nie sko&#324;czy&#322;.

Znowu zapad&#322;o milczenie. Przerwa&#322; je po d&#322;u&#380;szej chwili Zyz.

Jak to si&#281; mog&#322;o sta&#263;?  zwr&#243;ci&#322; si&#281; uderzaj&#261;co &#322;agodnym tonem do Nizio&#322;ka.

&#321;ysy si&#322;acz drgn&#261;&#322;. Dotychczas, od pierwszej chwili kiedy wysz&#322;a na jaw jego pomy&#322;ka, nie przem&#243;wi&#322; s&#322;owem. Teraz zamruga&#322; rozpaczliwie powiekami.

Wzi&#261;&#322;em go z fotela Wzi&#261;&#322;em go z tego fotela, kt&#243;ry on sam mi wskaza&#322;  za&#322;ama&#322; r&#281;ce. By&#322; nieprzytomny, to znaczy nieruchomy widzia&#322;em przecie&#380;, &#380;e go wy&#322;&#261;czy&#322;

Zyz przeni&#243;s&#322; spojrzenie na posta&#263; w wystrz&#281;pionej koszuli. Wszystkim stan&#281;&#322;a przed oczami scena, kiedy to profesor Kapica postanowi&#322; wys&#322;a&#263; swojego zdalnika w eksperymentalny lot na EB5, razem ze sztucznym sobowt&#243;rem Sponki. Gdy Nizio&#322;ek zmierza&#322; w stron&#281; spoczywaj&#261;cej w fotelu imitacji Aleksandra Wielkiego Drugiego, nagle zgas&#322;o &#347;wiat&#322;o. Nast&#281;pnie &#322;ysy automatyk potkn&#261;&#322; si&#281; o le&#380;&#261;c&#261; na pod&#322;odze rurk&#281;.

Powiedz  Zyz zwr&#243;ci&#322; si&#281; do sprawcy ca&#322;ego nieszcz&#281;&#347;cia  jak to zrobi&#322;e&#347;? Mia&#322;e&#347; tabliczk&#281; sterownicz&#261; profesora?

Zdalnik pokr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261;.

Sam zgasi&#322;em &#347;wiat&#322;o  odpowiedzia&#322;, a wszyscy od razu zrozumieli, &#380;e m&#243;wi&#261;c o sobie, przemawia w imieniu prawdziwego Aleksandra Wielkiego Drugiego Kapicy. Pomyli&#322;em si&#281;. Nacisn&#261;&#322;em na tabliczce sterowniczej nie ten guzik, co nale&#380;a&#322;o

Przynajmniej jedna zagadka znalaz&#322;a wyja&#347;nienie. S&#322;ynny ze swego roztargnienia profesor znowu pokaza&#322;, co potrafi. Kiedy poleci&#322; Nizio&#322;kowi odtransportowa&#263; do statku zdalnika, po prostu przycisn&#261;&#322; o jeden klawisz za du&#380;o. R&#243;wnocze&#347;nie o&#380;ywi&#322; jegomo&#347;cia w postrz&#281;pionej koszuli i zgasi&#322; &#347;wiat&#322;o. Wtedy zdalnik uderzy&#322; prawdziwego profesora plastykowym dr&#261;giem, zdaj&#261;c sobie spraw&#281;, &#380;e go tylko og&#322;uszy. Automaty nie mog&#261; porywa&#263; si&#281; na &#380;ywych ludzi, ale ten automat by&#322; czym&#347; jedynym w swoim rodzaju. Tak&#380;e nie by&#322; zdolny do wyrz&#261;dzenia powa&#380;niejszej krzywdy cz&#322;owiekowi, ale wiedzia&#322;, &#380;e cios zadany kawa&#322;kiem plastykowej rurki jedynie na jaki&#347; czas pozbawi uczonego przytomno&#347;ci. Dlatego on m&#243;g&#322; to zrobi&#263;. Nast&#281;pnie b&#322;yskawicznie ulokowa&#322; profesora w fotelu, w kt&#243;rym sam dot&#261;d siedzia&#322;. Nieprzytomnego Kapic&#281; zabra&#322; Nizio&#322;ek, a zdalnik zbyt p&#243;&#378;no zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e osi&#261;gn&#261;&#322; cel zgo&#322;a odmienny od zamierzonego, co zreszt&#261; sam zaraz potwierdzi&#322;.

Przecie&#380; wszystko co robi&#322;e&#347; do tej pory  g&#322;os Zyza brzmia&#322; nadal &#322;agodnie  na Ziemi i na pok&#322;adzie EB5, kiedy zepsu&#322;e&#347; radio, &#380;eby ludzie nie us&#322;yszeli ostrzegawczego komunikatu i nie zawr&#243;cili, zmierza&#322;o tylko do jednego: chcia&#322;e&#347; znale&#378;&#263; si&#281; jak najbli&#380;ej pro to znaczy siebie  wpad&#322; w spos&#243;b m&#243;wienia zdalnika. Wi&#281;c kiedy by&#322;e&#347; ju&#380; z sob&#261;  zawaha&#322; si&#281;, najwidoczniej nie potrafi&#261;c znale&#378;&#263; odpowiedniego s&#322;owa  dlaczego rozdzieli&#322;e&#347; si&#281; znowu? wybrn&#261;&#322; wreszcie.

Wiedzia&#322;em tylko, &#380;e mam odlecie&#263; sam. Pomy&#347;la&#322;em, &#380;e je&#347;li b&#281;d&#281; nieprzytomny, to zostawicie mnie w bazie. Tymczasem i tak odlecia&#322;em nie trzeba by&#322;o tego robi&#263;

No tak. Prawdziwy Kapica w&#322;&#261;czy&#322; zdalnika, a potem jeszcze raz powiedzia&#322; lub cho&#263;by tylko pomy&#347;la&#322;, co ma robi&#263; Nizio&#322;ek. To wystarczy&#322;o. Przecie&#380; umys&#322; s&#322;ynnego profesora i sztuczny umys&#322; jego informatycznej kopii by&#322;y sprz&#281;&#380;one. W pewnym sensie naprawd&#281; tworzy&#322;y jedno. Zdalnik dowiedzia&#322; si&#281;, co chce zrobi&#263; Kapica i postanowi&#322; temu zaradzi&#263; przy pomocy kawa&#322;ka dr&#261;ga. Za p&#243;&#378;no zorientowa&#322; si&#281;, &#380;e pope&#322;ni&#322; pomy&#322;k&#281;. On przecie&#380; chcia&#322; by&#263; tylko blisko profesora. Z jego punktu widzenia by&#322;o zupe&#322;nie wszystko jedno, czy w przestrze&#324; poleci prawdziwy Kapica czy on. I tak posta&#322;, jak m&#243;wi&#322;, sam.

Dlaczego to zrobili&#347;cie?

Te s&#322;owa, wypowiedziane przez nie&#380;yw&#261;, cho&#263; tak bardzo podobn&#261; do cz&#322;owieka maszyn&#281;, wywar&#322;y na obecnych wstrz&#261;saj&#261;ce wra&#380;enie. W zupe&#322;nej ciszy zabrzmia&#322;y dwa lub trzy g&#322;&#281;bokie westchnienia. Adam sykn&#261;&#322;, jakby go co&#347; zapiek&#322;o. Tylko Zyz odczeka&#322; kilka sekund, po czym powiedzia&#322;:

Teraz powiniene&#347; nam pom&#243;c sprowadzi&#263; siebie z powrotem na ZZAA2. Pomy&#347;l o tym. Jeste&#347; przecie&#380; m&#261;dry

Ja chc&#281; wr&#243;ci&#263; do siebie  odpowiedzia&#322; zdalnik. Ale nie mam z sob&#261; kontaktu. Wzmacniacze p&#243;l m&#243;zgowych i fal biologicznych, jakie mam tutaj  wskaza&#322; tkwi&#261;c&#261; w jego kieszeni p&#322;ytk&#281; odziedziczon&#261; po profesorze  s&#261; za s&#322;abe

W bunkrze obserwacyjnym znowu zapanowa&#322;o milczenie. Wszyscy wiedzieli, &#380;e te wzmacniacze, o kt&#243;rych m&#243;wi&#322; zdalnik, nie s&#261; wcale za s&#322;abe, ale u&#380;y&#263; ich mo&#380;e tylko istota, kt&#243;ra emituje naprawd&#281; fale biologiczne, a wi&#281;c &#380;ywy cz&#322;owiek. &#379;aden sztuczny m&#243;zg, cho&#263;by najwspanialszy, nie wytwarza takich fal. Prawdziwy Kapica m&#243;g&#322;by za pomoc&#261; tej p&#322;ytki porozumie&#263; si&#281; ze swoim zdalnikiem, cho&#263;by ten wyw&#281;drowa&#322; do innej galaktyki. Odwrotna sytuacja nie Wchodzi w rachub&#281;. Tego jednak nie zrozumie ten tw&#243;r, kt&#243;ry uwa&#380;a si&#281; przecie&#380; za prawdziwego profesora. Zatem nie maj&#261; kontaktu i nie b&#281;d&#261; go mie&#263;. Czy nigdy? Jak uzyska&#263; &#322;&#261;czno&#347;&#263; ze statkiem, podr&#243;&#380;uj&#261;cym przez nadprzestrze&#324;? Tam jest zdalnik Sponki ale od niego mog&#261; si&#281; jedynie dowiedzie&#263;, jak przebiega eksperyment, co w tej chwili nie interesowa&#322;o nikogo. Natomiast ten zdalnik nie mo&#380;e mie&#263; najmniejszego wp&#322;ywu na lot statku i za jego po&#347;rednictwem nie po&#322;&#261;cz&#261; si&#281; z Kapica ani z Markiem, bo on sam nie ma nawet kontaktu z komputerem EB5.

Jakie maj&#261; szans&#281;?  spyta&#322;a nagle Zula. Wszyscy a&#380; drgn&#281;li us&#322;yszawszy brzmienie jej g&#322;osu.

Kto&#347; prze&#322;kn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no &#347;lin&#281;. Z miejsca gdzie sta&#322;a Lidka, dobieg&#322; cichy, przejmuj&#261;cy j&#281;k.

Szanse powt&#243;rzy&#322; cicho Adam.

Nie czas teraz my&#347;le&#263; o szansach  powiedzia&#322; nienaturalnie swobodnie profesor Sponka. Trzeba zrobi&#263; wszystko co si&#281; da, &#380;eby ich uratowa&#263;. Nie m&#243;wi&#281; tak dlatego, &#380;e tam jest m&#243;j syn nasz syn poprawi&#322; si&#281;, nie patrz&#261;c w stron&#281; Zuli. Ale

Wezm&#281; rakiet&#281; i polec&#281; za nimi! przerwa&#322; Nizio&#322;ek. M&#243;wi&#322; szybko, podniecony my&#347;l&#261;, kt&#243;ra &#347;wie&#380;o przysz&#322;a mu do g&#322;owy. Wejd&#281; w nadprzestrze&#324; pole grawitacyjne wok&#243;&#322; ZZAA1 jest jeszcze chyba dostatecznie silne. Mo&#380;e ich znajd&#281; to przecie&#380; moja wina moja wina powt&#243;rzy&#322;.  Lec&#281;!  rzuci&#322; si&#281; ku drzwiom.

St&#243;j! hukn&#261;&#322; za nim Zyz. Nie ple&#263; bzdur! Szans na to, &#380;eby odnale&#378;&#263; statek lec&#261;cy gdzie&#347; w nadprzestrzeni, nie masz w og&#243;le &#380;adnych. Ja tak&#380;e jestem przeciwny m&#243;wieniu o szansach, ale co innego rachunek prawdopodobie&#324;stwa, a co innego nonsensowne szale&#324;stwo!

Nizio&#322;ek zatrzyma&#322; si&#281; przy drzwiach i spojrza&#322; z wahaniem po obecnych.

Profesor Zyz ma racj&#281;  rzuci&#322; sucho ojciec Marka. Pozostaje jedna jedyna droga. Zmodyfikowa&#263; &#322;&#261;czno&#347;&#263;, kt&#243;r&#261; utrzymujemy za po&#347;rednictwem mojego zdalnika. Przecie&#380; jestem r&#243;wnocze&#347;nie tam i tutaj, a b&#281;d&#261;c tam, czuj&#281; potrzeb&#281; powrotu tutaj, &#380;eby po&#322;&#261;czy&#263; si&#281; ze mn&#261; samym. One tak m&#243;wi&#261; i my&#347;l&#261;. Zapomnieli&#347;cie?

My&#347;lisz, &#380;e si&#281; uda? mrukn&#261;&#322; z zastanowieniem profesor Saperda. Trzeba by st&#261;d przeprogramowa&#263; zdalnik tak, &#380;eby potrafi&#322; sam skonstruowa&#263; &#322;&#261;czno&#347;&#263; z komputerem EB5. Nie wiem, czy to mo&#380;liwe musia&#322;by&#347; ty sam wyobrazi&#263; sobie schemat takiej &#322;&#261;czno&#347;ci i przekaza&#263; mu go w my&#347;li. Obawiam si&#281;, &#380;e fale biologiczne b&#281;d&#261; za s&#322;abe, &#380;eby przenie&#347;&#263; nie tylko informacje, ale i wol&#281; dzia&#322;ania wiesz, co chc&#281; powiedzie&#263;

Mimo wszystko  powiedzia&#322; Adam  w tym instynkcie tkwi jaka&#347; nadzieja

M&#243;wili&#347;cie, &#380;e to nie instynkt  szepn&#281;&#322;a Zula.

Ani instynkt, ani uczucie, ale nie&#347;wiadomy p&#281;d mojego zdalnika ku stacji ZZAA2, gdzie jeste&#347;my, gdzie jestem ja. Ro&#347;liny tak&#380;e kieruj&#261; si&#281; ku s&#322;o&#324;cu

Czy to nie za ma&#322;o? odezwa&#322;a si&#281; milcz&#261;ca dot&#261;d Ina. Jak powiedzia&#322;e&#347;? Ani instynkt ani uczucie. A gdyby to by&#322;o uczucie? Tak mocne jak twoje?

Ja si&#281; boj&#281;  w oczach Anny zaszkli&#322;y si&#281; &#322;zy. O czym wy m&#243;wicie?

Zula spojrza&#322;a na c&#243;rk&#281; z rozdzieraj&#261;cym u&#347;miechem. Nast&#281;pnie przenios&#322;a wzrok na m&#281;&#380;a.

Gdyby to by&#322;o uczucie powt&#243;rzy&#322;a za In&#261;.  Ale przecie&#380; chodzi o maszyn&#281;. One maj&#261; ten jaki&#347;; instynkt czy jak to nazwiecie. Masz racj&#281;  spojrza&#322;a na z&#322;otow&#322;os&#261;  &#380;e to za ma&#322;o. Ba, gdyby to by&#322;o co&#347; innego! Ale jak tego dokona&#263;? My czujemy. Mo&#380;e dlatego my&#347;limy z nadziej&#261; o zdalnikach? Mimo woli przypisujemy im ludzkie emocje?

Poczekaj, dziewczyno! zawo&#322;a&#322; pog&#322;osem Zyz. W tym co m&#243;wisz urwa&#322; i spojrza&#322; na Bogdana. Ten patrzy&#322; chwil&#281; prosto w oczy profesora, po czym powoli skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Spr&#243;bujemy  wychrypia&#322;. Chod&#378; tutaj wsta&#322; i odwr&#243;ci&#322; si&#281; w stron&#281; postaci, tak bardzo przypominaj&#261;ce s&#322;ynnego uczonego, Aleksandra Kapic&#281;.


Marek siedzia&#322; bez ruchu. Przed sob&#261; mia&#322; nieprzeniknion&#261; czer&#324;. Chcia&#322; sprawdzi&#263;, czy to szyba jego kasku nie zasz&#322;a grub&#261; warstw&#261; sadzy, ale jego r&#281;ka wa&#380;y&#322;a zbyt wiele, by m&#243;g&#322; j&#261; podnie&#347;&#263; do twarzy. Nie uda&#322;o mu si&#281; nawet zamruga&#263; powiekami, chocia&#380; jego oczy by&#322;y ca&#322;y czas szeroko otwarte.

Siedzia&#322; tak od niepami&#281;tnych czas&#243;w. Nie potrafi&#322;by powiedzie&#263;, jak dawno temu odzyska&#322; przytomno&#347;&#263;. Gdyby go kto&#347; spyta&#322;, jak si&#281; nazywa, tak&#380;e nie m&#243;g&#322;by udzieli&#263; odpowiedzi. Niejasno zdawa&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e powinien zdoby&#263; si&#281; na wysi&#322;ek i uruchomi&#263; szare kom&#243;rki, a przynajmniej wyobra&#378;ni&#281;, &#380;eby co&#347; zobaczy&#263;, je&#347;li ju&#380; nie zrozumie&#263; kto&#347; kiedy&#347; radzi&#322; mu co&#347; podobnego kto? kiedy?

Nie, nic z tego. Nadal otacza&#322;a go czer&#324; i taka sama czer&#324; panowa&#322;a pod jego czaszk&#261;.

Nagle us&#322;ysza&#322; jaki&#347; g&#322;os. Tak blisko i wyra&#378;nie, &#380;e gdyby tylko m&#243;g&#322;, niechybnie krzykn&#261;&#322;by z wra&#380;enia.

Mareczku, zejd&#378; stamt&#261;d  powiedzia&#322;a kobieta.

Dzielny smyk! za&#347;mia&#322; si&#281; rubasznie jaki&#347; starszy m&#281;&#380;czyzna. Wlaz&#322; po tej dziurawej kratownicy na sam czubek rakiety! &#379;aden automat nie zrobi&#322;by tego lepiej!..

Niestety  odpowiedzia&#322; inny, m&#322;odszy m&#281;&#380;czyzna  co do mnie, wola&#322;bym, &#380;eby tak samo zgrabnie pos&#322;ugiwa&#322; si&#281; kalkulatorem. Wczoraj w przedszkolu powiedzieli mi, &#380;e pos&#322;u&#380;y&#322; si&#281; nim, &#380;eby wbi&#263; hak w &#347;cian&#281; i powiesi&#263; na nim lin&#281;, po kt&#243;rej wylaz&#322; na wysoko&#347;&#263; pierwszego pi&#281;tra, zanim ktokolwiek to zauwa&#380;y&#322;. A potem, kiedy go &#347;ci&#261;gn&#281;li, rozebra&#322; kalkulator do ostatniej &#347;rubki.

Ten g&#322;os by&#322; znajomy. Tak m&#243;wi&#322;

To i dobrze! za&#347;mia&#322; si&#281; ponownie ten starszy. Nie ma nic gorszego ni&#380; zbyt grzeczne dzieci, kt&#243;re nie pr&#243;buj&#261; przeciwstawi&#263; si&#281; temu &#347;wiatu, rz&#261;dzonemu, przyznacie sami, troch&#281; nudnawymi prawami

Ojciec znowu swoje! za&#347;mia&#322;a si&#281; kobieta i Marek pozna&#322; nagle g&#322;os mamy. Przyj&#261;&#322; to spokojnie, nie m&#243;g&#322; inaczej. Tylko ciemno&#347;&#263;, w kt&#243;rej tkwi&#322;, sta&#322;a si&#281; jakby mniej obca, cieplejsza

Marku, zejd&#378; ju&#380; tylko uwa&#380;aj powiedzia&#322; m&#322;odszy m&#281;&#380;czyzna. Ale&#380; tak! Oczywi&#347;cie &#380;e to by&#322; Bogdan. Tato Wiem, &#380;e jeste&#347; zuch  m&#243;wi&#322; dalej ojciec  pokaza&#322;e&#347; ju&#380;, co potrafisz, a teraz wracaj

Te wszystkie g&#322;osy dobiega&#322;y z do&#322;u. Ch&#322;opiec zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e siedzi na szczycie rakiety, kt&#243;r&#261; dziadek przylecia&#322; z wycieczki na Marsa, niespodziewanie, jak zawsze i wyl&#261;dowa&#322; na placyku przed ich domkiem z otwieranymi prze&#378;roczystymi &#347;cianami. By&#322;a wtedy zima i nad Ba&#322;tykiem kwit&#322;y w&#322;a&#347;nie pomara&#324;cze. Z wysoka ch&#322;opiec widzi ciemnozielone wierzcho&#322;ki drzewek, kt&#243;rych tu podobno sto lat temu wcale jeszcze nie by&#322;o. Dziadek zwyk&#322; mawia&#263;, &#380;e od kiedy &#347;wiatem rz&#261;dz&#261; aurotechnicy, na Ziemi nie ma nawet gdzie uczciwie zmarzn&#261;&#263;. Dlatego tak cz&#281;sto lecia&#322; na zimne globy, &#380;eby poje&#378;dzi&#263; na nartach.

Ch&#322;opiec wiedzia&#322;, co teraz nast&#261;pi. Zula powie, &#380;e m&#281;&#380;czy&#378;ni s&#261; solidarni

Wy, m&#281;&#380;czy&#378;ni  zabrzmia&#322; w dole g&#322;os mamy  jeste&#347;cie zawsze tak obrzydliwie solidarni. Jeden si&#281; cieszy, &#380;e ch&#322;opiec ma najdziksze pomys&#322;y i &#322;azi licho wie gdzie, jak automat albo ma&#322;pa, a drugi dodaje, &#380;e jest zuchem Widz&#281;, &#380;e nie mam tu nic do roboty

Poczekaj, mamo  odezwa&#322; si&#281; nagle nowy g&#322;os, jakby tu&#380; przy uchu Marka. Ten g&#322;os by&#322; bardzo wysoki, &#380;eby nie rzec: cienki i nieco zachrypni&#281;ty.

Aha, teraz mamo!  za&#347;mia&#322; si&#281; tubalnie dziadek i w tym momencie ch&#322;opiec wiedzia&#322; ju&#380;, &#380;e ten piskliwy g&#322;osik nale&#380;a&#322; do niego samego. Zje&#380;y&#322; si&#281; wewn&#281;trznie, bo przypomnia&#322; sobie dok&#322;adnie ca&#322;&#261; t&#281; scen&#281; i wiedzia&#322;, co nast&#261;pi za chwil&#281;.

Popatrz, dziadku, jak on wygl&#261;da! za&#347;mia&#322; si&#281; jeszcze inny, wysoki g&#322;osik. Ca&#322;kiem jak ten szympans, kt&#243;rego widzieli&#347;my w rezerwacie, kiedy schodzi&#322; z palmy

A ty jeste&#347; szympansica! odpowiedzia&#322; ten pierwszy, piskliwy. Wyyy doda&#322; po chwili, przy czym nie ulega&#322;o najmniejszej w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e taki d&#378;wi&#281;k m&#243;g&#322; wyda&#263; tylko kto&#347;, kto r&#243;wnocze&#347;nie wyzywaj&#261;co pokazywa&#322; &#347;wiatu sw&#243;j j&#281;zyk, w ca&#322;ej jego okaza&#322;o&#347;ci.

Zabrzmia&#322;y zmieszane &#347;miechy, kt&#243;re nagle ucich&#322;y.

Mamo! zapiszcza&#322;o Markowi tu&#380; przy skroniach  ona mi zabra&#322;a moj&#261; szapeszk&#281;! Oddaj zaraz! S&#322;yszysz?! Tato!..

Ma&#322;pa, ma&#322;pa, ma&#322;pa! cieszy&#322; si&#281; drugi cienki g&#322;osik, nale&#380;&#261;cy niechybnie do Anny.

Przemi&#322;e rodze&#324;stwo! zagrzmia&#322; dziadek. Oddaj&#380;e mu t&#281; jego szapeszk&#281;  dorzuci&#322; pogardliwie. My&#347;la&#322;em, &#380;e to zuch, a tymczasem kwili jak przestraszony zaj&#261;c. Chod&#378;, szapeszko, p&#243;jdziemy na ryby

W tym momencie wszystko ucich&#322;o. Przez chwil&#281; wok&#243;&#322; ch&#322;opca panowa&#322;a martwa cisza, po czym rozleg&#322;y si&#281; ciche, pojedyncze odg&#322;osy, jakby kto&#347; lekko puka&#322; drewnianym patyczkiem w stalow&#261; blach&#281;. Taki d&#378;wi&#281;k wydaj&#261; przeka&#378;niki, pracuj&#261;ce w pulpicie sterowniczym wielkiego statku kosmicznego

Ekran przed Markiem poja&#347;nia&#322;. Z czarnogranatowego t&#322;a wyp&#322;yn&#281;&#322;y gwiazdy. R&#243;wnocze&#347;nie ch&#322;opiec zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e w nim samym zasz&#322;a jaka&#347; zmiana. Poruszy&#322; r&#281;k&#261;, potem nog&#261;. Wszystkie jego ko&#324;czyny by&#322;y sprawne i pos&#322;uszne, jakby nigdy nic.

Nosi jeste&#347;my  zabrzmia&#322; obok niego g&#322;os profesora Kapicy, tym razem z ca&#322;&#261; pewno&#347;ci&#261; nale&#380;&#261;cy do tera&#378;niejszo&#347;ci. Uda&#322;o si&#281;! Hura!

Marek zmobilizowa&#322; wszystkie si&#322;y, &#380;eby chocia&#380; u&#347;miechem da&#263; do zrozumienia swojemu s&#261;siadowi, &#380;e podziela jego rado&#347;&#263;, ale zamiar okaza&#322; si&#281; niewykonalny.

Panie profesorze! zawo&#322;a&#322; tak cienko, jakby ci&#261;gle jeszcze mia&#322; cztery lata, rozbiera&#322; w przedszkolu kalkulatory i swoj&#261; ukochan&#261; czapk&#281; z daszkiem nazywa&#322; szapeszk&#261;. Ja s&#322;ysza&#322;em to, co dzia&#322;o si&#281; bardzo dawno!..

Co to znaczy s&#322;ysza&#322;em?  spyta&#322; podejrzliwie Kapica.

Ch&#322;opiec zaczerpn&#261;&#322; g&#322;&#281;boko powietrza i powiedzia&#322;, jak by&#322;o.

Mia&#322;em wtedy cztery lata  zako&#324;czy&#322;. Profesor zamy&#347;li&#322; si&#281;.

Ja tak&#380;e s&#322;ysza&#322;em co&#347; dziwnego  mrukn&#261;&#322;, nie wyjawiaj&#261;c bli&#380;ej o co chodzi. Ale nie z przesz&#322;o&#347;ci raczej przeciwnie No c&#243;&#380;  powesela&#322; znowu  jeste&#347;my w nadprzestrzeni. A przynajmniej byli&#347;my w niej, przez zawaha&#322; si&#281; i roz&#322;o&#380;y&#322; bezradnie r&#281;ce.

W tym momencie ch&#322;opca obla&#322; zimny pot. Pomy&#347;la&#322;, &#380;e skoro w nadprzestrzeni naprawd&#281; przestaje istnie&#263; czas, to od momentu ich startu z ZZAA2 mog&#322;o up&#322;yn&#261;&#263; r&#243;wnie dobrze pi&#281;&#263; minut jak i pi&#281;&#263; milion&#243;w lat. Zawo&#322;a&#322; pospiesznie:

Ile?! Ile?!

Przecie&#380; wiesz, &#380;e ten przekl&#281;ty zegarek stan&#261;&#322;  rzek&#322; z nieukrywanym zdumieniem Kapica.

Ale jak dawno opu&#347;cili&#347;my to znaczy, od kiedy oj  westchn&#261;&#322; dziwi&#261;c si&#281;, czemu tak ci&#281;&#380;ko wyrazi&#263; s&#322;owami tak oczywist&#261; my&#347;l jak ta, &#380;e we wn&#281;trzu wie&#324;ca opony, czyli wszech&#347;wiata, czyli w&#322;a&#347;nie poza nim, w pustej pr&#243;&#380;ni, mogli przebywa&#263; tak d&#322;ugo, &#380;e

Ale profesor jakim&#347; cudem odgad&#322; o co chodzi.

Hi, hi, hi! wypowiedzia&#322; si&#281; po swojemu. Na tym w&#322;a&#347;nie polega przewaga podr&#243;&#380;y w nadprzestrzeni, &#380;e cz&#322;owiek dociera tam gdzie chce, niemal od razu, powiedzmy w pi&#281;&#263; minut, gdy na Ziemi up&#322;ywa wtedy tak&#380;e nie wi&#281;cej ni&#380; pi&#281;&#263; minut. Rozumiesz? Inaczej ca&#322;y nasz eksperyment zda&#322;by si&#281; psu na bud&#281;. Od dawna potrafimy budowa&#263; rakiety, kt&#243;re mog&#261; lecie&#263; do najdalszych galaktyk tyle &#380;e do celu dolatywaliby na nich pra  pra  pra  prawnukowie tych, kt&#243;rzy wystartowali, a na Ziemi mija&#322;yby w tym czasie nie miliony, lecz tryliony lat. Po powrocie, potomkowie tych, kt&#243;rzy wyruszyli w &#380;aden spos&#243;b nie potrafiliby si&#281; dogada&#263; z potomkami Ziemian, kt&#243;rzy ich wys&#322;ali, a poza tym przywoziliby wiadomo&#347;ci sp&#243;&#378;nione w&#322;a&#347;nie o miliardy lat bagatela! Nie b&#243;j si&#281;. Nasz lot trwa&#322; kilka, najwy&#380;ej kilkana&#347;cie minut, a na stacji ZZAA2 up&#322;yn&#281;&#322;o ich akurat tyle samo licho wie dok&#261;d zaw&#281;drowali&#347;my  wzruszy&#322; ramionami i zapatrzy&#322; si&#281; w ekran.

Niebo by&#322;o czarnogranatowe, a w&#322;a&#347;ciwie czarne. Oznacza&#322;o to, &#380;e s&#261; bardzo daleko od jakiegokolwiek uk&#322;adu posiadaj&#261;cego jasn&#261;, gor&#261;c&#261; gwiazd&#281;. Dalekie, dalekie s&#322;o&#324;ca uk&#322;ada&#322;y si&#281; we wzory, kt&#243;re w niczym nie przypomina&#322;y zarys&#243;w konstelacji znanych ka&#380;demu kto lubi sobie w pogodn&#261; noc zadrze&#263; g&#322;ow&#281; do g&#243;ry.

Gdybym chocia&#380; mia&#322; sw&#243;j podr&#281;czny aparacik &#322;&#261;czno&#347;ci  warkn&#261;&#322; nagle Kapica  m&#243;g&#322;bym nawi&#261;za&#263; kontakt z tym przekl&#281;tym zdalnikiem. Ale on zabra&#322; mi st&#261;d t&#281; p&#322;ytk&#281;  wskaza&#322; oczami pust&#261; kiesze&#324;  i teraz pewnie &#347;mieje si&#281; z nas w ku&#322;ak

Ch&#322;opcu przesz&#322;o przez my&#347;l, &#380;e je&#347;li zdalnik w wystrz&#281;pionej koszuli rzeczywi&#347;cie &#347;mieje si&#281; teraz w ku&#322;ak, to tak samo post&#261;pi&#322;by w podobnej sytuacji siedz&#261;cy obok &#380;ywy profesor, bo przecie&#380; tamten jest jego wiern&#261; kopi&#261;

Nabra&#322; do p&#322;uc powietrza. Potrzyma&#322; go tam przez moment, po czym wypu&#347;ci&#322; bardzo powoli i zapyta&#322;:

Czy my kiedy&#347; wr&#243;cimy?

Profesor pos&#322;a&#322; mu dziwne, kr&#243;tkie spojrzenie, ale nie odpowiedzia&#322;. Cisza stawa&#322;a si&#281; z ka&#380;d&#261; chwil&#261; trudniejsza do zniesienia. Mija&#322;a sekunda za sekund&#261;. Z tych sekund bardzo, bardzo powoli zacz&#281;&#322;y si&#281; robi&#263; minuty. Statek EB5 ni&#243;s&#322; dw&#243;ch milcz&#261;cych pasa&#380;er&#243;w przez bezkres kosmosu

Ja nie wiem  wychrypia&#322;a posta&#263; w postrz&#281;pionej koszuli. Jego ludzkie oczy nie mia&#322;y &#380;adnego wyrazu, ale w ruchach zdalnika da&#322;o si&#281; zauwa&#380;y&#263; pewn&#261; nerwowo&#347;&#263;.  Ja nie potrafi&#281;

W opuszczonym Instytucie radzi&#322; sobie jako&#347;  zauwa&#380;y&#322; Adam.

Bo mia&#322; szans&#281; dotarcia do miejsca, gdzie znajdowa&#322; si&#281; &#380;ywy profesor  odpowiedzia&#322; Zyz. Minimaln&#261;, ale mia&#322;. Wiedzia&#322;, &#380;e musi tylko dolecie&#263; do Transplutona. Zapewni&#322; sobie dop&#322;yw energii, a potem czeka&#322; na okazj&#281;. Pami&#281;tacie pantoplan? Wtedy ta jego ch&#281;&#263; po&#322;&#261;czenia si&#281; z sob&#261; swoj&#261; drog&#261; co za idiotyzm! warkn&#261;&#322; nagle po swojemu  dawa&#322;a mu bodziec do dzia&#322;ania. Teraz straci&#322; ten bodziec, bo nie wie, gdzie jest Kapica. Nie ma &#380;adnej szansy dotarcia do niego. Takie s&#261; maszyny  prychn&#261;&#322; pogardliwie. Cz&#322;owiek nie opuszcza r&#261;k nawet w najgorszej sytuacji, tylko my&#347;li. Ale cz&#322;owiek potrafi zmienia&#263; &#347;wiat, a wi&#281;c i zmienia&#263; sytuacje a automaty jedynie dostosowuj&#261; si&#281; do nich genialnie, ale to wszystko, na co je sta&#263;. One nie my&#347;l&#261;

One my&#347;l&#261;  zaprzeczy&#322;a bezwiednie Zula  tylko nie czuj&#261;. Mo&#380;e i my machn&#281;liby&#347;my r&#281;k&#261; na ca&#322;y eksperyment, od&#380;a&#322;owaliby&#347;my EB5, gdyby&#347;my nie gdyby&#347;my nie doko&#324;czy&#322;a. Westchn&#281;&#322;a cichutko i odwr&#243;ci&#322;a twarz, &#380;eby Zyz nie ujrza&#322; jej oczu.

Stary profesor umilk&#322;.

Czemu nic nie robicie?! wykrztusi&#322;a po d&#322;u&#380;szej chwili Anna. Tato

Bogdan Sponka nie patrz&#261;c na c&#243;rk&#281; odwr&#243;ci&#322; si&#281; z powrotem do ekranu, na kt&#243;rym wida&#263; by&#322;o granatowoczarne niebo, gwiazdy i nic, ale to nic wi&#281;cej.

Gdzie jestem? spyta&#322; bior&#261;c do r&#281;ki p&#322;ytk&#281;, dok&#322;adnie tak&#261; sam&#261;, jak&#261; przed chwil&#261; bezskutecznie manipulowa&#322; zdalnik profesora Kapicy.

Na pok&#322;adzie EB5. Widz&#281; niebo i kabin&#281;. Obszar nieba nieznany. W kabinie s&#261; ludzie, kt&#243;rych znam. Rozmawiali. Teraz umilkli.

Czy porozumieli si&#281; z pok&#322;adowym komputerem?

Nie wiem. Nie mam &#322;&#261;czno&#347;ci z komputerem. Zdaj&#281; sobie spraw&#281; z jego obecno&#347;ci, ale nie potrafi&#281; wej&#347;&#263; w jego obw&#243;d informacyjny. Mog&#281; rozmawia&#263; tylko z sob&#261;.

Ojciec Anny i Marka zanikn&#261;&#322; na moment oczy, pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;, po czym powiedzia&#322;:

Czy nie czujesz si&#281; osamotniony?

Nie rozumiem s&#322;owa czujesz  pad&#322;a odpowied&#378;.  Sam? Tak, jestem sam. Jestem tutaj i tam. Powinienem by&#263; razem

Co mo&#380;na zrobi&#263;, &#380;eby&#347; znalaz&#322; si&#281; znowu tutaj to znaczy  poprawi&#322; si&#281; szybko  &#380;ebym by&#322; znowu razem?

Sprowadzi&#263; statek z powrotem na ZZAA2.

W jaki spos&#243;b?

Nie umiem powiedzie&#263;. Nie znam pozycji EB5. Nie mam do dyspozycji komputera

Gdyby zdalnikowi twojego ojca uda&#322;o si&#281; wej&#347;&#263; w kontakt z komputerem  szepn&#261;&#322; Adam patrz&#261;c na Ann&#281;  chyba wsp&#243;lnie potrafiliby okre&#347;li&#263; pozycj&#281; statku, a wtedy ju&#380; bez k&#322;opotu obliczyliby kurs na ZZAA2. I pomy&#347;le&#263;  doda&#322; z rozpacz&#261;  &#380;e te dwa automaty s&#261; tam obok siebie, &#380;e dzieli je zaledwie jedna pancerna i ekranizowana p&#322;yta

Ale dlaczego ojciec mo&#380;e rozmawia&#263; ze swoim zdalnikiem, a profesor nie? spyta&#322;a niezbyt przytomnie dziewczyna.

Przecie&#380; s&#322;ysza&#322;a&#347; przed chwil&#261;. &#379;ywy cz&#322;owiek emituje fale biologiczne, kt&#243;re odbiera jego kopia. Potrzebny jest tylko specjalny wzmacniacz elektromagnetycznych p&#243;l m&#243;zgowych

Ta p&#322;ytka  domy&#347;li&#322;a si&#281; wreszcie Anna. Rozumiem. Kapica nie ma jej z sob&#261;, bo zosta&#322;a tutaj

Tak  szepn&#261;&#322; Adam. Ale teraz uwa&#380;aj. Ojciec b&#281;dzie pr&#243;bowa&#322; zaktywizowa&#263; jako&#347; swojego zdalnika, &#380;eby ten dorobi&#322; dodatkowy tor &#322;&#261;czno&#347;ci mi&#281;dzy sob&#261; a komputerem EB5. Pami&#281;taj, &#380;e ten zdalnik nie ma n&#243;g ani r&#261;k, jak ten tutaj  wskaza&#322; oczami niebieskiego. Sk&#322;ada si&#281; tylko z nies&#322;ychanie skomplikowanej siateczki &#322;&#261;czy informatycznych i przeka&#378;nik&#243;w. To bardzo trudna sprawa

Dziewczyna pomy&#347;la&#322;a chwil&#281;.

W takim razie jak on to w og&#243;le mo&#380;e zrobi&#263; to znaczy, za&#322;o&#380;y&#263; t&#281; dodatkow&#261; &#322;&#261;czno&#347;&#263; z komputerem? Je&#347;li nie ma r&#261;k ani &#380;adnych narz&#281;dzi?

Adam potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

M&#243;g&#322;by na przyk&#322;ad spr&#243;bowa&#263; wytworzy&#263; tak wysok&#261; temperatur&#281;, &#380;eby w jednym okre&#347;lonym punkcie przetopi&#263; t&#281; p&#322;yt&#281;, kt&#243;ra ich dzieli. Albo wzbudzi&#263; silne promieniowanie nie wiem. Ale to przecie&#380; w ko&#324;cu automat wyposa&#380;ony w umys&#322; twojego ojca. Wiedzy ma do&#347;&#263;. Pytanie, czy zechce jej u&#380;y&#263;. Musia&#322;by si&#281; bardzo wysili&#263; tss przerwa&#322; nagle  s&#322;uchaj

Uwa&#380;aj teraz  Bogdan Sponka m&#243;wi&#322; powoli, z naciskiem. Jestem sam. Chc&#281; by&#263; razem z sob&#261;. Jestem istot&#261;  zawaha&#322; si&#281; przez moment, ale natychmiast podj&#261;&#322; znowu  tak, istot&#261; rozumn&#261;. Musz&#281; wymy&#347;li&#263; spos&#243;b, &#380;eby wr&#243;ci&#263; do siebie. Bod&#378;cem niech b&#281;dzie &#347;wiadomo&#347;&#263;, &#380;e bardzo, bardzo chc&#281; by&#263; znowu razem

W kabinie zapanowa&#322;a &#347;miertelna cisza. Wszyscy czekali, co odpowie zdalnik, szybuj&#261;cy gdzie&#347; w nieokre&#347;lonym punkcie wszech&#347;wiata, wraz z profesorem Kapic&#261; i Markiem.

G&#322;o&#347;nik milcza&#322; bardzo d&#322;ugo. Wreszcie co&#347; w nim zazgrzyta&#322;o, jakby jaki&#347; cz&#322;owiek, siedz&#261;cy przed mikrofonem wytar&#322; chusteczk&#261; nos.

Chc&#281; wr&#243;ci&#263; do siebie  zabrzmia&#322; g&#322;os tak bardzo podobny do g&#322;osu ojca Anny oraz Marka zagubionego w nadprzestrzeni. Jednak nie chc&#281; a&#380; tak bardzo, &#380;ebym m&#243;g&#322; zmieni&#263; konstrukcj&#281; rakiety. Czy nie da&#322;oby si&#281; wzmocni&#263; tego bod&#378;ca?

Widzisz szepn&#281;&#322;a Zula. On wie, ale nie czuje

Za stary jestem na takie cudactwa! zg&#322;osi&#322; swoj&#261; kapitulacj&#281; profesor Zyz.

A je&#347;li znajdzie si&#281; kto&#347; drugi, kto b&#281;dzie my&#347;la&#322; wraz z tob&#261;, to znaczy ze mn&#261;  Sponka sykn&#261;&#322; z&#322;y na siebie, &#380;e si&#281; zapomnia&#322;  i b&#281;dzie pragn&#261;&#322; tego samego co ja?

Suma identycznych bod&#378;c&#243;w by&#322;o to raczej pytanie ni&#380; odpowied&#378;.

Nie wiem, czy to wystarczy  pop&#322;yn&#281;&#322;o z g&#322;o&#347;nika. Wydaje mi si&#281;, &#380;e niezb&#281;dna by&#322;aby zmiana jako&#347;ciowa. Ale spr&#243;bowa&#322;bym. Tylko &#380;e nie ma przy mnie nikogo, kto my&#347;la&#322;by podobnie jak ja

Poczekaj  rzuci&#322; Sponka. Wy&#322;&#261;czy&#322; kontakt i wsta&#322; z fotela.

Co chcesz zrobi&#263;?  spyta&#322;a Zula.

Spr&#243;buj&#281; po&#322;&#261;czy&#263; sw&#243;j m&#243;zg, za po&#347;rednictwem? fal, kt&#243;re &#322;&#261;cz&#261; mnie z moim zdalnikiem na EB5  wskaza&#322; p&#322;ytk&#281; z przyciskami  z m&#243;zgiem tego tutaj  spojrza&#322; na osobnika w niebieskiej koszuli. Ten chce si&#281; po&#322;&#261;czy&#263; z Kapic&#261;, kt&#243;ry jest tam a drugi ja, kt&#243;ry jestem tam chc&#281; wr&#243;ci&#263; tutaj. M&#243;j zdalnik nie ma kontaktu z komputerem pok&#322;adowym. Ale my tutaj mo&#380;emy przecie&#380; przeprogramowa&#263; i nasz&#261; centralk&#281; &#322;&#261;czno&#347;ci, i komputer. Je&#347;li zdalnik Kapicy uzyska po&#322;&#261;czenie z tutejszym komputerem, a tego z kolei uda mi si&#281; pod&#322;&#261;czy&#263; do w&#322;asnego m&#243;zgu, b&#281;d&#281; m&#243;g&#322; z lepszym skutkiem wp&#322;ywa&#263; na procesy my&#347;lowe drugiego Sponki  przez jego twarz przebieg&#322; nik&#322;y &#347;lad u&#347;miechu. Rozumiecie? Impulsy, jakie st&#261;d pop&#322;yn&#261; do EB5 stan&#261; si&#281; silniejsze i m&#261;drzejsze. M&#243;j zdalnik b&#281;dzie wiedzia&#322; nie tylko to co ja, ale przyjmie tak&#380;e ca&#322;&#261; wiedz&#281; profesora Kapicy a w dodatku ch&#281;&#263; jego zdalnika do po&#322;&#261;czenia si&#281; z sob&#261;.

Dziwny spos&#243;b  wymamrota&#322; niech&#281;tnie Zyz.

Mo&#380;na spr&#243;bowa&#263;  szepn&#261;&#322; Adam.

W ka&#380;dym razie nie wymy&#347;limy nic lepszego  powiedzia&#322; Saperda. Chocia&#380; obawiam si&#281;, &#380;e ten drugi ty  spojrza&#322; na Sponk&#281;  mia&#322; racj&#281;. To: znaczy, &#380;e nie wystarczy samo dodanie do siebie identycznych bod&#378;c&#243;w. On mo&#380;e by i co&#347; wykombinowa&#322;, ale potrzebowa&#322;by potrzebowa&#322;by

Uczucia  dopowiedzia&#322;a z najg&#322;&#281;bszym przekonaniem Ina. Adam natychmiast zbli&#380;y&#322; si&#281; do niej i obj&#261;&#322; j&#261; ramieniem.

Ci&#261;gle kto&#347; gada o uczuciach! zez&#322;o&#347;ci&#322; si&#281; na dobre Zyz. Co to w ko&#324;cu jest?! Eksperyment naukowy czy melodramat?!

Wy, m&#281;&#380;czy&#378;ni, nie doceniacie niekt&#243;rych bod&#378;c&#243;w nie ust&#261;pi&#322;a z&#322;otow&#322;osa.

Z miejsca gdzie sta&#322;a Zula, dobieg&#322;o jeszcze jedno bardzo ciche westchnienie. Saperda, Nizio&#322;ek i Zyz milczeli. Anna i Jacek tak&#380;e wstrzymywali oddech. Tylko kiedy Ina znowu wym&#243;wi&#322;a s&#322;owo uczucie, Jacek poczu&#322; mu&#347;ni&#281;cie ma&#322;ej r&#261;czki Anny na swojej. Twarz ch&#322;opca przybra&#322;a wyraz, jakiego nikt nigdy dot&#261;d u niego nie widzia&#322;. Kto&#347; m&#243;g&#322; pomy&#347;le&#263;, &#380;e Jacek, podobnie zreszt&#261; jak Adam, niezupe&#322;nie zgadza si&#281; ze zdaniem, &#380;e m&#281;&#380;czy&#378;ni nie doceniaj&#261; si&#322;y uczu&#263;, i ten kto&#347; mia&#322;by w dodatku racj&#281;. Przynajmniej je&#347;li chodzi o niekt&#243;re uczucia i niekt&#243;rych m&#281;&#380;czyzn.


Znowu zrobi&#322;o si&#281; czarno. Ale zanim to nast&#261;pi&#322;o, ekran przed Markiem przez moment ja&#347;nia&#322; wszystkimi barwami t&#281;czy. Kolorowe pasy trwa&#322;y u&#322;amek sekundy nieruchomo, potem zacz&#281;&#322;y falowa&#263;, wreszcie zwin&#281;&#322;y si&#281; w barwne ko&#322;a, podobne do tarcz reflektor&#243;w przes&#322;oni&#281;tych pastelowymi szybkami. Chwil&#281; p&#243;&#378;niej wszystko zgas&#322;o i nasta&#322;a noc. A wraz z jej powrotem ch&#322;opca opanowa&#322;a ponownie ta sama niemoc, kt&#243;r&#261; odczuwa&#322;, kiedy EB5 po raz pierwszy wpad&#322; w dziur&#281; w czasie, by przez ni&#261; przenikn&#261;&#263; do nadprzestrzeni.

Siedzia&#322; nieruchomo, wpatrzony szeroko otwartymi oczami w t&#281; najczarniejsz&#261; ze wszystkich mo&#380;liwych nocy. I znowu, jak wtedy, po pewnym czasie odezwa&#322; si&#281; jaki&#347; g&#322;os, pocz&#261;tkowo przyt&#322;umiony i daleki. Kto&#347; m&#243;wi&#322; bardzo &#322;agodnie i mi&#281;kko w znanym Markowi cho&#263; dziwnie zniekszta&#322;conym j&#281;zyku.

Nie macie poj&#281;cia jak tu pi&#281;knie. Jeziora, lasy zwierz&#281;ta. Czy s&#322;yszycie &#347;piew ptak&#243;w, kt&#243;ry przekazujemy kwadrofonami? Oczywi&#347;cie wiedzieli&#347;my, co tu zastaniemy. Nasz&#261; ekspedycj&#281; poprzedzi&#322;y powa&#380;ne studia. Ale to naprawd&#281; trzeba dopiero zobaczy&#263; na w&#322;asne oczy

Jeziora, lasy? Sk&#261;d dobiega ten dziwny g&#322;os, o kt&#243;rym nie spos&#243;b nawet powiedzie&#263;, czy nale&#380;y do m&#281;&#380;czyzny, czy do kobiety? Gdzie ten kto&#347; jest, &#380;e tak zachwyca si&#281; jeziorem, lasem i ptakami?

Ja te&#380; pierwszy raz widz&#281; Ziemi&#281;  odezwa&#322; si&#281; drugi g&#322;os, tak samo nieokre&#347;lony.

Nic dziwnego  odpowiedzia&#322; mi&#281;kko pierwszy. Jeste&#347;my przecie&#380; pierwsz&#261; od stu pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu lat ekip&#261; archeologiczn&#261;, kt&#243;ra uzyska&#322;a prawo do l&#261;dowania na naszej macierzystej planecie. Od kiedy cz&#322;owiek ostatecznie opu&#347;ci&#322; Ziemi&#281; i przystosowa&#322; si&#281; do &#380;ycia w przestrzeni, tutaj powoli powraca&#322;y naturalne warunki

Uczynili&#347;my Ziemi&#281; pomnikiem  wtr&#261;ci&#322; si&#281; drugi  i chocia&#380; niekt&#243;rzy protestowali, otoczyli&#347;my j&#261; &#347;cis&#322;&#261; ochron&#261;. A teraz okazuje si&#281;, &#380;e by&#322;o warto. Tu jest tak pi&#281;knie

Chwil&#281; milczeli obaj czy obie.

Stoimy przed dawnym miastem widzicie je teraz  powiedzia&#322; pierwszy g&#322;os, a Marek zrozumia&#322; w tym momencie, &#380;e oni tylko komentuj&#261; obraz, jaki przekazuj&#261; komu&#347; z Ziemi. Opuszczonej Ziemi? C&#243;&#380; za bzdury! To sen  uspokoi&#322; si&#281; ch&#322;opiec. Mo&#380;e nawet do&#347;&#263; oryginalny. Trzeba go b&#281;dzie opowiedzie&#263; Zuli i Bogdanowi ubawi&#261; si&#281;. A Lidka powie powie.

Marek posmutnia&#322;, chocia&#380; nie wiedzia&#322; wcale dlaczego. Lidka

To pewnie g&#322;upie, co teraz powiem  w drugim g&#322;osie pojawi&#322;a si&#281; nutka wzruszenia  ale przysz&#322;o mi na my&#347;l, &#380;e to musia&#322;o by&#263; przyjemnie istnie&#263; w&#347;r&#243;d &#380;ywej przyrody by&#263; zale&#380;nym od niej ca&#322;ym cia&#322;em, nerwami, zmys&#322;ami, reagowa&#263; na temperatur&#281;, zapachy

Wyja&#347;nijmy  przerwa&#322; mu znowu pierwszy  &#380;e na Ziemi&#281; nawet naukowcom wolno wraca&#263; ty&#322;ka w dawnej, ludzkiej postaci. Popatrzcie na nas  tu nast&#261;pi&#322;a przerwa, widocznie m&#243;wi&#261;cy kierowa&#322; obiektywy kamery na siebie i swojego towarzysza, czy te&#380; towarzyszk&#281;  tak wygl&#261;dali nasi praojcowie

Ostatecznie wcale nie tak strasznie dawno  uzupe&#322;ni&#322; drugi  zaledwie tysi&#261;c osiemset lat temu. Dopiero wtedy zesp&#243;&#322; profesor&#243;w Karaniana, Svensona i Sponki przyst&#261;pi&#322; do eksperymentalnych prac nad uniezale&#380;nieniem m&#243;zgu i systemu nerwowego cz&#322;owieka od warunk&#243;w zewn&#281;trznych. A potem

Nie r&#243;bmy wyk&#322;ad&#243;w z historii  pierwszy przerwa&#322; cichym, &#322;agodnym &#347;miechem. Wprawdzie jeste&#347;my archeologami i przesz&#322;o&#347;&#263; to nasza specjalno&#347;&#263;, ale transmisj&#281; odbieraj&#261; widzowie, kt&#243;rzy podstawowe fakty z dziej&#243;w cywilizacji znaj&#261; tak samo dobrze jak fachowcy

Masz racj&#281;. Popatrzcie wi&#281;c tylko jeszcze na to jezioro, z&#322;ocisty piasek, trzciny, a tutaj, o, tutaj sta&#322; kiedy&#347; pomost. Wida&#263; jeszcze d&#281;bowe pale, wbite w dno. Tysi&#261;ce lat temu pewnie ko&#322;ysa&#322;y si&#281; przy nich te &#322;&#243;deczki, kt&#243;re teraz mo&#380;na ogl&#261;da&#263; w muzeum na Aparacie, w gwiazdozbiorze Strzelca.

A s&#322;yszycie ten szum? wtr&#261;ci&#322; si&#281; pierwszy. To wiatr. Co&#347;, czego nie spos&#243;b przekaza&#263; za pomoc&#261; kamer ani kwadrofon&#243;w. To ruch powietrza. Ga&#322;&#281;zie drzew szeleszcz&#261;, nasze cia&#322;a op&#322;ywa ch&#322;&#243;d, cho&#263; jest bardzo ciep&#322;o to wspania&#322;e uczucie

Wiatr  pomy&#347;la&#322; ch&#322;opiec. Wiatr nad jeziorem Przed nim zrobi&#322;o si&#281; ja&#347;niej. Glosy dziwnych ludzi czy, jak kto woli, dziwne g&#322;osy bardzo dziwnych ludzi, uciek&#322;y razem z ciemno&#347;ci&#261;, jakby mog&#322;y rozbrzmiewa&#263; tylko w najczarniejszej nocy, pozbawionej ksi&#281;&#380;yca i gwiazd. Ukaza&#322;a si&#281; tarcza ekranu, a na niej znowu delikatne kolorowe ko&#322;a. Chwil&#281; p&#243;&#378;niej rozmaza&#322;y si&#281; i Unikn&#281;&#322;y, zanim zd&#261;&#380;y&#322;y utworzy&#263; pasy t&#281;czy.

Wiem! okrzyk Kapicy zabrzmia&#322; jak wystrza&#322;. Marek, kt&#243;ry tkwi&#322; jeszcze w krainie swojego snu, podskoczy&#322; i to tak skutecznie, &#380;e ugryz&#322; si&#281; w j&#281;zyk, nie w przeno&#347;ni, a najzupe&#322;niej dos&#322;ownie.

Aj!

Wiem!

Aj!

S&#322;ynny uczony umilk&#322; i przyjrza&#322; si&#281; nieufnie wykrzywionej twarzy swojego s&#261;siada.

Czy ty sobie stroisz ze mnie kpinki? spyta&#322; strasznym g&#322;osem.

Nnnie M&#243;j jjj&#281;zyk

Ugryz&#322;e&#347; si&#281; w j&#281;zyk? odgad&#322; profesor. Hi, hi, hi! To znaczy, &#380;e chcia&#322;e&#347; powiedzie&#263; jakie&#347; g&#322;upstwo. A ja wiem! zawo&#322;a&#322; znowu tryumfalnym tonem. My nie lecimy po torze oddalaj&#261;cym si&#281; od ZZAA2, tylko wpadli&#347;my na jak&#261;&#347; szalon&#261; orbit&#281;! Rozumiesz?! Kr&#261;&#380;ymy w k&#243;&#322;ko doko&#322;a miejsca, gdzie zacz&#281;li&#347;my nasz&#261; ma&#322;&#261; przeja&#380;d&#380;k&#281;!.

Ch&#322;opiec w dalszym ci&#261;gu niczego nie rozumia&#322;. Nawet gdyby tak bardzo nie bola&#322; go j&#281;zyk, nie potrafi&#322;by podzieli&#263; entuzjazmu uczonego. Raczej nie mia&#322;by nic przeciwko temu, &#380;eby ta ich ma&#322;a przeja&#380;d&#380;ka by&#322;a jeszcze odrobin&#281; mniejsza.

Przecie&#380; drugi raz wpadli&#347;my w obszar kolapsu grawitacyjnego! rzuci&#322; profesor, jakby karci&#322; jakiego&#347; szczeg&#243;lnie t&#281;pego studenta. Co si&#281; tak we mnie wpatrujesz, m&#322;ody cz&#322;owieku?! Baran by zrozumia&#322;, &#380;e wr&#243;cili&#347;my w rejon eksperymentu  wyja&#347;ni&#322; subtelnie. Nie wiem, jak to si&#281; sta&#322;o bo przed chwil&#261; byli&#347;my razem ze statkiem tam, gdzie diabe&#322; m&#243;wi dobranoc, a nawet o wiele, wiele dalej hi, hi, hi ale w nadprzestrzeni wszystko jest mo&#380;liwe. Tego co tam si&#281; wyrabia, nawet ja nie rozumiem  doda&#322; &#322;askawie. Wiem tylko &#380;e byli&#347;my w nadprzestrzeni, i to ju&#380; dwa razy! Hura! powt&#243;rzy&#322; sw&#243;j wykrzyknik sprzed sekund, minut, godzin, czy lat?

Tysi&#261;c osiemset lat  powiedzia&#322; na g&#322;os i raczej niezbyt do rzeczy ch&#322;opiec.

Co?!

Bardzo przepraszam, ja

Znowu ugryz&#322;e&#347; si&#281; w j&#281;zyk? Hi, hi, hi!..

Marek spochmurnia&#322;. Wyprostowa&#322; si&#281; odruchowo i powiedzia&#322; ura&#380;onym tonem:

Wcale nie ugryz&#322;em si&#281; w j&#281;zyk. To znaczy tak, ale nie teraz  u&#347;ci&#347;li&#322; z godno&#347;ci&#261;.  Chcia&#322;em tylko powiedzie&#263;, &#380;e przed chwil&#261; znowu s&#322;ysza&#322;em jakie&#347; g&#322;osy jakby we &#347;nie

A sk&#261;d te tysi&#261;c osiemset lat?  spyta&#322; podejrzliwie Kapica.

Bo oni m&#243;wili m&#243;wili ale to przecie&#380; nonsens.

Powiesz wreszcie czy dalej ka&#380;esz si&#281; ci&#261;gn&#261;&#263; za j&#281;zyk?!

D&#378;wi&#281;k s&#322;owa j&#281;zyk odbi&#322; si&#281; niemi&#322;ym echem w uszach ch&#322;opca d sprawi&#322;, &#380;e przesta&#322; d&#322;u&#380;ej zwleka&#263;.

Oni m&#243;wili, &#380;e tysi&#261;c osiemset lat temu, to jest tysi&#261;c osiemset lat przed tym dniem, w kt&#243;rym rozmawiali, ludzie opu&#347;cili Ziemi&#281;. I &#380;e zrobili z sob&#261; co&#347; takiego, &#380;e nie mieli ju&#380; cia&#322;a jak my, tylko m&#243;zgi, nerwy a w og&#243;le &#380;yli w przestrzeni. By&#322;o ich dw&#243;ch. Przeprowadzali jak&#261;&#347; transmisj&#281; z Ziemi, gdzie byli pierwszy raz i zachwycali si&#281; lasem, jeziorami, wiatrem. Poza tym tu ch&#322;opiec, jak umia&#322;, zrelacjonowa&#322; wszystko, czego dowiedzia&#322; si&#281; pods&#322;uchuj&#261;c rozmow&#281; dw&#243;ch archeolog&#243;w z przysz&#322;o&#347;ci. Ale to przecie&#380; niemo&#380;liwe stwierdzi&#322; z ulg&#261; na zako&#324;czenie.

Profesor Kapica s&#322;ucha&#322; tak uwa&#380;nie, &#380;e nawet ani razu nie zachichota&#322; po swojemu.

To si&#281; dzia&#322;o na Ziemi? spyta&#322;, kiedy ch&#322;opiec umilk&#322;.

Tak

Pomnik? Rezerwat? Uniezale&#380;niony system nerwowy?

Prawda, &#380;e to nonsens?! Marek wzruszy&#322; ramionami, ale znieruchomia&#322;, natrafiwszy na oburzony wzrok uczonego.

 &#379;aden nonsens! zasycza&#322; gniewnie Kapica. Tak b&#281;dzie. Ju&#380; dzisiaj bionicy i genetycy potrafi&#261; zrobi&#263; model umys&#322;u ludzkiego funkcjonuj&#261;cego niezale&#380;nie od cia&#322;a. Bardzo mo&#380;liwe, &#380;e kiedy&#347; ludzie zasiedl&#261; galaktyki i &#380;e b&#281;d&#261; to troch&#281; inni ludzie ni&#380; ci, kt&#243;rych przyzwyczaili&#347;my si&#281; ogl&#261;da&#263;. Ogl&#261;da&#263; powtarzam  doda&#322; z naciskiem  bo pod innymi wzgl&#281;dami b&#281;d&#261; tacy sami jak my tylko odrobin&#281; m&#261;drzejsi. A nawet nie m&#261;drzejsi! T zachichota&#322; znowu  w ka&#380;dym razie nie ode mnie  zastrzeg&#322; si&#281; skromnie  tylko b&#281;d&#261; ju&#380; wi&#281;cej umie&#263;

A te trzy nazwiska  ch&#322;opiec nie by&#322; zupe&#322;nie pewny, czy wypada o tym m&#243;wi&#263;, ale rzecz by&#322;a zbyt kusz&#261;ca.

Jakie znowu nazwiska?!

Oni wymienili nazwiska uczonych, kt&#243;rzy wymy&#347;lili to wszystko  Marek poczu&#322;, &#380;e si&#281; rumieni, ale na szcz&#281;&#347;cie pod kaskiem nie by&#322;o tego wida&#263;. Jaki&#347; Karanian, jaki&#347; Svenson i Sponka.

Aaaa!!! profesor wyda&#322; z siebie tryumfalny hejna&#322;.  Sponka, co?! Tu ci&#281; mam! Pewnie, &#380;e Sponka! Ja na szcz&#281;&#347;cie nie mam dzieci, wi&#281;c &#380;aden z moich potomk&#243;w nie b&#281;dzie s&#322;awniejszy od swojego przodka, hi, hi, hi Ale w takim razie musi mnie pod tym wzgl&#281;dem zast&#261;pi&#263; kt&#243;ry&#347; z moich wsp&#243;&#322;pracownik&#243;w! Sponka! Ha! Tylko nie ciesz si&#281;!  wycelowa&#322; wskazuj&#261;cy palec w pier&#347; ch&#322;opca  to nie b&#281;dziesz ty! &#379;eby biologia stan&#281;&#322;a na g&#322;owie, nie uda jej si&#281; utrzyma&#263; ci&#281; przy &#380;yciu przez tysi&#261;c osiemset lat! I ca&#322;e szcz&#281;&#347;cie  mrugn&#261;&#322; przekornie. Oczywi&#347;cie kiedy&#347; ludzie przestan&#261; umiera&#263;. Po co mieliby to robi&#263;? hi, hi, lii! Przecie&#380; fruwaj&#261;c po kosmosie, uwolnieni od r&#243;&#380;nych idiotycznych cz&#281;&#347;ci cia&#322;a, b&#281;d&#261; mie&#263; do dyspozycji wszystkie mo&#380;liwe ziemie, nie jedn&#261;. Kto wtedy pomy&#347;li o przeludnieniu? Ale na razie niech jeszcze troch&#281; pob&#281;dzie tak, jak jest. Gdyby &#380;ycie ju&#380; teraz trwa&#322;o bardzo d&#322;ugo, mo&#380;e nie spieszyliby&#347;my si&#281; tak z r&#243;&#380;nymi eksperymentami? A przecie&#380; je&#347;li ci dwaj, o kt&#243;rych opowiada&#322;e&#347;, mogli sobie gaworzy&#263; na zacnej starej Ziemi, kiedy ta by&#322;a ju&#380; tylko rezerwatem czy pomnikiem, to dlatego, &#380;e na przyk&#322;ad ja bardzo chc&#281; zd&#261;&#380;y&#263; polecie&#263; nadprzestrzennym statkiem do Reticulum i przyjrze&#263; si&#281; tym gadu&#322;om, kt&#243;rzy zasypuj&#261; nas swoimi pi  pi  pi!

Marek posmutnia&#322;.

Czy pan my&#347;li, &#380;e to si&#281; uda?

. Oczywi&#347;cie, je&#347;li wr&#243;cimy na ZZAA2  odpowiedzia&#322; niezmieszany Kapica. Ale wr&#243;cimy. Je&#347;li nie p&#281;dzimy na o&#347;lep ku przedmie&#347;ciom wszech&#347;wiata, tylko robimy sobie k&#243;&#322;eczka, to w ko&#324;cu wyl&#261;dujemy w naszym poczciwym, solidnym bunkrze i trafimy akurat na obiad. Ja ci to m&#243;wi&#281;.

W g&#322;osie profesora brzmia&#322;a taka pewno&#347;&#263;, &#380;e Marek odruchowo powi&#243;d&#322; wci&#261;&#380; jeszcze obola&#322;ym j&#281;zykiem po wargach. Przypomnia&#322; sobie powitaln&#261; uczt&#281;, jak&#261; zgotowa&#322; im ojciec.

No a teraz  Kapica zmieni&#322; ton  zabierzemy si&#281; serio do naszego m&#243;&#380;d&#380;ku  postuka&#322; d&#322;oni&#261; w pulpit komputera. Niech pr&#243;buje okre&#347;li&#263; po&#322;o&#380;enie statku  wskaza&#322; ekran, na kt&#243;rym widnia&#322;y zarysy znajomych gwiazdozbior&#243;w, chocia&#380; ich kontury by&#322;y jakby troch&#281; przesuni&#281;te. Mo&#380;e zd&#261;&#380;y, zanim znowu wpadniemy w nadprzestrze&#324;. Gdyby mu si&#281; to uda&#322;o  m&#243;wi&#261;c uderza&#322; w kolorowe klawisze  to kto wie, czy nie potrafiliby&#347;my wymin&#261;&#263; obszaru eksperymentu i od razu wzi&#261;&#263; kurs na ZZAA2. Tylko musia&#322;by pracowa&#263; bardzo szybko

Komputer z pewno&#347;ci&#261; pracowa&#322; szybko, ale nie zd&#261;&#380;y&#322;. Zaledwie w kabinie EB5 przebrzmia&#322;y ostatnie s&#322;owa profesora Kapicy, z ekranu znowu znikn&#281;&#322;y gwiazdy. Wszystko powt&#243;rzy&#322;o si&#281; jak w starym filmie. T&#281;cza, barwne ko&#322;a, a potem najczarniejsza noc.


Bogdan Sponka mia&#322; na g&#322;owie wielki, cudaczny he&#322;m, z kt&#243;rego wychodzi&#322;y p&#281;ki cieniutkich przewod&#243;w. Te ostatnie gin&#281;&#322;y w pulpicie sterowniczym g&#322;&#243;wnego komputera stacji, z kt&#243;rego zdj&#281;to obudow&#281;. Taki sam he&#322;m pozwoli&#322; sobie na&#322;o&#380;y&#263; na bujn&#261; szpakowat&#261; czupryn&#281; zdalnik profesora Kapicy. Tak&#380;e i jego &#322;&#261;czy&#322;y z zespo&#322;ami komputera paj&#281;cze, kolorowe druciki. Te druciki zbiega&#322;y si&#281; wewn&#261;trz sztucznego m&#243;zgu ZZAA2, dzi&#281;ki czemu anteny stacji przekazywa&#322;y w kosmos my&#347;li jedynego w swoim rodzaju tr&#243;jumys&#322;u. Twarze wszystkich obecnych by&#322;y powa&#380;ne i skupione. Osiem par oczu wpatrywa&#322;o si&#281; z przej&#281;ciem w profesora Sponk&#281;.

ZZAA2 wzywa EB5  powtarza&#322; ojciec Anny i Marka. EB5, odezwij si&#281;

Jak niedawno sami lecieli tym EB5, martwi&#261;c si&#281;, &#380;e nie odbieraj&#261; &#380;adnych wiadomo&#347;ci. Teraz sytuacja by&#322;a bez por&#243;wnania gorsza. Statek milcza&#322; i nikt nie wiedzia&#322;, gdzie si&#281; znajduje. Nie m&#243;g&#322; nada&#263; &#380;adnego ostrzegawczego komunikatu. A p&#322;yn&#261;cy st&#261;d g&#322;os gin&#261;&#322; w niesko&#324;czono&#347;ci kosmosu.

Nic z tego  mrukn&#261;&#322; Zyz.

Sponka si&#281;gn&#261;&#322; do kieszonki w r&#281;kawie swojej bluzy.

Od d&#322;u&#380;szej chwili wzywam komputer statku EB5. Ale nadal bez skutku  powiedzia&#322;. M&#243;g&#322; poinformowa&#263; o tym swojego zdalnika wy&#322;&#261;cznie my&#347;l&#261;, chcia&#322; jednak, &#380;eby wszyscy od razu wiedzieli, co tamten m&#243;wi. Komputer na statku, kt&#243;rym lec&#261;, nie odpowiada  powt&#243;rzy&#322;.  Czy uda&#322;o mi si&#281; nawi&#261;za&#263; kontakt z lud&#378;mi?

Nie  odpowiedzia&#322; znany g&#322;os.

Kto&#347; westchn&#261;&#322;. Pomy&#347;le&#263;, &#380;e ten g&#322;os dobiega z EB5, na kt&#243;rym s&#261; Marek i Kapica, a oni nie mog&#261; si&#281; dowiedzie&#263; nawet tego, czy statek jest jeszcze w Galaktyce czy miliardy lat &#347;wietlnych st&#261;d. A przecie&#380; wystarczy&#322;oby, &#380;eby ten tw&#243;r, kt&#243;ry w&#322;a&#347;nie powiedzia&#322; nie, nawi&#261;za&#322; &#322;&#261;czno&#347;ci z komputerem statku. Odzyskaliby nie tylko kontakt, ale d mo&#380;liwo&#347;&#263; kontrolowania lotu. Odezwa&#322;yby si&#281; superszybkie radary i radio.

Nie mam &#380;adnych mo&#380;liwo&#347;ci, &#380;eby da&#263; zna&#263; ludziom o swojej obecno&#347;ci  m&#243;wi&#322; dalej zdalnik Sponki nie wiadomo sk&#261;d. Domy&#347;lam si&#281;, &#380;e wiedz&#261; o moim istnieniu, ale nic ponadto. Dwukrotnie ju&#380; przelecieli&#347;my przez obszar kolapsu grawitacyjnego

Jak to by&#322;o? spyta&#322; szybko Zyz.

My&#347;la&#322;em o mnie  odpowiedzia&#322; bez wahania drugi profesor Sponka.

Co teraz czujesz? wtr&#261;ci&#322;a si&#281; Zula w obawie, &#380;e Zyz zapomni o wszystkim innym, kiedy zdalnik zacznie relacjonowa&#263; przebieg eksperymentu.

Nie rozumiem?

Co teraz my&#347;l&#281;?  Bogdan sformu&#322;owa&#322; to pytanie w spos&#243;b zrozumia&#322;y dla swojej kopii.

My&#347;l&#281; nadal, &#380;e powinienem by&#263; razem. Od pewnego czasu my&#347;l&#281; o tym stale i bardziej usilnie szukam rozwi&#261;zania. Czy to ten bodziec, o kt&#243;rym by&#322;a mowa?

Tak. Tu obok mnie jest kto&#347;, kto tak&#380;e chcia&#322;by by&#263; razem z sob&#261;, przebywaj&#261;cym na twoim statku. Po&#322;&#261;czyli&#347;my nasze o&#347;rodki m&#243;zgowe specjaln&#261; aparatur&#261; i kiedy teraz rozmawiam, on rozmawia r&#243;wnocze&#347;nie ze mn&#261;. Czy to nie pomaga?

Suma bod&#378;c&#243;w  powiedzia&#322; g&#322;os. Wiedzia&#322;em, &#380;e tak b&#281;dzie. Przez chwil&#281; my&#347;la&#322;em, &#380;e potrafi&#281; wzbudzi&#263; impuls elektryczny w materiale, z kt&#243;rego sporz&#261;dzono &#347;cian&#281; oddzielaj&#261;c&#261; mnie od zespo&#322;&#243;w komputera. Ale nie uda&#322;o si&#281;

Fale biologiczne  powiedzia&#322; Zyz takim tonem, jakby wymawia&#322; jakie&#347; brzydkie s&#322;owo  dzi&#281;ki kt&#243;rym gadasz z samym sob&#261;, dyndaj&#261;cym na ogonie jakiej&#347; komety. Spr&#243;buj je wzmocni&#263;

Sponka nie odpowiedzia&#322; profesorowi Zyzowi, tylko zwr&#243;ci&#322; si&#281; od razu do osobnika w niebieskiej koszuli:

My&#347;l dalej o tym, &#380;e chcesz by&#263; razem z sob&#261;.

Zdalnik Kapicy na znak zgody skin&#261;&#322; swoj&#261; g&#322;ow&#261;, tkwi&#261;c&#261; w baniastym he&#322;mie. Ja tak&#380;e b&#281;d&#281; my&#347;la&#322;. Jestem w takiej samej sytuacji jak ty

Wiem  powiedzia&#322; cienkim g&#322;osem niebieski. Ojciec Marka spojrza&#322; na niego, jakby chcia&#322; go o co&#347; spyta&#263;, ale nic nie powiedzia&#322;. Zamkn&#261;&#322; oczy i zmarszczy&#322; brwi. Na jego twarzy odmalowa&#322; si&#281; wysi&#322;ek. Zdalnik Kapicy przybra&#322; identyczn&#261; poz&#281;.

Przetrwali tak obydwaj bez ruchu mo&#380;e dwie minuty. Dwie minuty &#321;atwo to powiedzie&#263;!

Ty my&#347;lisz inaczej ni&#380; ja  stwierdzi&#322; nagle zdalnik starego profesora.

Bogdan otworzy&#322; oczy.

Sk&#261;d wiesz?

Przecie&#380; nasze o&#347;rodki m&#243;zgowe i nerwy s&#261; po&#322;&#261;czone! rzuci&#322; niecierpliwie zapytany, tonem, jakiego m&#243;g&#322;by u&#380;y&#263; prawdziwy Aleksander Wielki Drugi.

Ty masz umys&#322; s&#322;ynnego profesora  odrzek&#322; z lekk&#261; uraz&#261; Sponka. Ja nie. Jeste&#347; m&#261;drzejszy

Nie o to chodzi! Nie powiedzia&#322;em, &#380;e jeden z nas my&#347;li bardziej intensywnie, ale &#380;e inaczej

On si&#281; boi o syna i o profesora  szepn&#281;&#322;a Ina do Adama. T&#281;skni

Ja? zdziwi&#322; si&#281; zdalnik, a Ina i Adam byli zaskoczeni, &#380;e niebieski us&#322;ysza&#322; ten nie przeznaczony dla jego uszu szept. Co powiedzia&#322;a&#347;? Ja si&#281; boj&#281;?

Nie ty  sprostowa&#322;a g&#322;o&#347;no Zula  tylko m&#243;j m&#261;&#380;. Widzisz, my bardzo kochamy Marka i pro i tego ciebie, kt&#243;ry jeste&#347; tam

No to co? Nie rozumiem?

Kiedy cz&#322;owiek kocha, to my&#347;li inaczej

Wi&#281;c kto w ko&#324;cu my&#347;li inaczej?

Zula umilk&#322;a, pokonana swoj&#261; w&#322;asn&#261; broni&#261;, natomiast Bogdan zacz&#261;&#322; zastanawia&#263; si&#281;, jak wyt&#322;umaczy&#263; zdalnikowi tak zawi&#322;&#261; spraw&#281;, jak&#261; jest mi&#322;o&#347;&#263;. Ale osobnik w niebieskiej koszuli nie mia&#322; ochoty czeka&#263;, a&#380; profesor Sponka wymy&#347;li wz&#243;r na ludzkie uczucie.

Czy kto&#347; ostatecznie b&#281;dzie &#322;askaw mi powiedzie&#263;, co to wszystko znaczy? To boj&#281; si&#281;, t&#281;skni&#281;, kocham? Chyba, &#380;e ju&#380; nie chcecie, &#380;ebym wam pomaga&#322;?

Ale&#380; chcemy! wyrwa&#322;o si&#281; Lidce.

Chcemy  powt&#243;rzy&#322;y r&#243;wnocze&#347;nie Zula i Ina.

To trudno wyrazi&#263; s&#322;owami  powiedzia&#322; z namys&#322;em Karol Saperda, nie zwa&#380;aj&#261;c na niecierpliwe pomrukiwanie profesora Zyza. Widzisz  zwr&#243;ci&#322; si&#281; do zdalnika  ty tylko my&#347;lisz, &#380;e powiniene&#347; by&#263; znowu razem. A my jeszcze pragniemy tego ca&#322;ym sercem i bardzo t&#281;sknimy.

Znowu okre&#347;lenie, kt&#243;rego nie rozumiem. Mo&#380;e komputer potrafi mi to wyja&#347;ni&#263; jako&#347; bardziej do rzeczy?

To jest pomys&#322;  wykrzykn&#261;&#322; z wyra&#378;n&#261; ulg&#261; Bogdan. Tylko czy komputer? nie sko&#324;czy&#322;, ale dla wszystkich by&#322;o jasne, jakie w&#261;tpliwo&#347;ci go ogarn&#281;&#322;y. Przecie&#380; komputer jest tak&#380;e tylko maszyn&#261;

W ka&#380;dym razie warto spr&#243;bowa&#263;  powiedzia&#322; Nizio&#322;ek, kt&#243;ry dotychczas niemal w og&#243;le nie zabiera&#322; g&#322;osu. On sam nie czuje, ale ma wprowadzon&#261; wiedz&#281; o wszystkich emocjach, jakie bywaj&#261; udzia&#322;em cz&#322;owieka. A t&#322;umaczy&#263; potrafi bardziej logicznie, lepiej ni&#380; cz&#322;owiek.

Cz&#322;owiek? nachmurzy&#322; si&#281; zdalnik. Czy ja nie jestem?

Wy&#322;&#261;czam si&#281;  przerwa&#322; mu szybko Sponka. Oddaj&#281; ci do dyspozycji komputer. Skontaktuj si&#281; z nim

D&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; panowa&#322;a cisza. Ale komputery naprawd&#281; pracuj&#261; szybko. A zdalniki potrafi&#261; stawia&#263; precyzyjne pytania. Dlatego ta cisza nie trwa&#322;a a&#380; tak bardzo d&#322;ugo.

Ju&#380; wiem  o&#347;wiadczy&#322; niebieski. W tonie jego g&#322;osu zabrzmia&#322;a jakby smutna nutka. Rozumiem. Mi&#322;o&#347;&#263;. T&#281;sknota. Wiem teraz dlaczego my&#347;lisz inaczej, chocia&#380; nadal nie s&#261; dla mnie jasne powody, dla, kt&#243;rych ja nie my&#347;l&#281; tak samo jak ty. Ale teraz nie o to chodzi

Bardzo rozs&#261;dnie  pochwali&#322; go nieopatrznie Zyz.

Nie przerywaj! skarci&#322; szacownego cz&#322;onka Rady Naukowej zdalnik. Ot&#243;&#380; ty my&#347;lisz nie tylko inaczej, ale i lepiej. Skuteczniej. Przynajmniej, je&#347;li chodzi o cel, jaki obecnie chcemy wsp&#243;lnie osi&#261;gn&#261;&#263;. Bodziec przekazywany st&#261;d przez nasze po&#322;&#261;czone umys&#322;y na EB5 by&#322;by silniejszy, gdyby&#347;my my&#347;leli tak samo. Mo&#380;e wtedy ten kto&#347; na pok&#322;adzie statku potrafi&#322;by si&#281; zdoby&#263; na wi&#281;kszy wysi&#322;ek

Bogdan Sponka ujrza&#322; oczami wyobra&#378;ni swojego zdalnika tam w kosmosie, jak czeka, &#380;eby oni st&#261;d natchn&#281;li go si&#322;&#261; woli, kt&#243;ra pomog&#322;aby mu wreszcie nawi&#261;za&#263; kontakt z pok&#322;adowym komputerem. Natomiast Zula od razu przyst&#261;pi&#322;a do rzeczy.

Co zrobi&#263;  spyta&#322;a patrz&#261;c b&#322;agalnie na niebieskiego  &#380;eby&#347; ty my&#347;la&#322; tak samo skutecznie jak m&#243;j m&#261;&#380;?

Zdalnik profesora Kapicy nie zawaha&#322; si&#281; ani przez moment.

To proste  odrzek&#322;, wzruszaj&#261;c ramionami. Nauczcie mnie t&#281;skni&#263;



10.Dyrektor Instytutu

Prosz&#281; teraz o zabranie g&#322;osu dyrektora Instytutu Planet Granicznych.

Kole&#380;anki i koledzy  odezwa&#322; si&#281; g&#322;os, kt&#243;ry wzbudzi&#322; w Marku dziwny niepok&#243;j. Ju&#380;, ju&#380; wyda&#322;o si&#281; mu, &#380;e poznaje, do kogo ten g&#322;os nale&#380;y, ale w ostatniej chwili uciek&#322;o mu z pami&#281;ci w&#322;a&#347;ciwe nazwisko i w&#322;a&#347;ciwa twarz.

Jak wiadomo, kontynuuj&#261;c dzie&#322;o naszego niezapomnianego mistrza, profesora Aleksandra Kapicy, poczynili&#347;my pewne post&#281;py, kt&#243;re &#347;wiat przyj&#261;&#322; z pob&#322;a&#380;liwym uznaniem

Rozleg&#322;y si&#281; przyt&#322;umione &#347;miechy. Kto&#347; zawo&#322;a&#322;:

Nie tak skromnie, profesorze!

G&#322;os dyrektora wzni&#243;s&#322; si&#281; p&#243;&#322; tonu wy&#380;ej.

Upominacie mnie s&#322;usznie i nies&#322;usznie zarazem. S&#322;usznie, bo m&#243;wi&#281; w imieniu ca&#322;ego zespo&#322;u naszego Instytutu, kt&#243;ry dzisiaj Rada Naukowa zaszczyci&#322;a tak pi&#281;knym odznaczeniem, i nie mam prawa pomniejsza&#263; osi&#261;gni&#281;&#263; moich znakomitych wsp&#243;&#322;pracownik&#243;w. Szczeg&#243;lnie chcia&#322;bym podkre&#347;li&#263; zas&#322;ugi zast&#281;pcy dyrektora naszej plac&#243;wki, profesora Jacka Saperdy

A wi&#281;c jednak tylko zast&#281;pcy  pomy&#347;la&#322; z mimowoln&#261; satysfakcj&#261; Marek. Natychmiast jednak posmutnia&#322;. Jajog&#322;owy jest profesorem a je&#347;li w tej osobliwej ciemno&#347;ci rozbrzmiewaj&#261; g&#322;osy z prawdziwej przesz&#322;o&#347;ci i prawdziwej przysz&#322;o&#347;ci, to znaczy &#380;e jest teraz &#347;wiadkiem autentycznej sceny, kt&#243;ra rozegra si&#281; no, w ka&#380;dym razie grubo wcze&#347;niej, zanim ludzie uniezale&#380;ni&#261; si&#281; od swoich ko&#324;czyn i w og&#243;le cia&#322;, aby bez k&#322;opot&#243;w zasiedli&#263; ca&#322;y kosmos. Jacek b&#281;dzie profesorem. A on?

Natomiast nies&#322;usznie  ci&#261;gn&#261;&#322; dalej g&#322;os dyrektora  poniewa&#380; wcale nie my&#347;l&#281;, &#380;e nasz zesp&#243;&#322; i ja zrobili&#347;my ju&#380; wszystko, na co nas sta&#263;. Przeciwnie. Przy ca&#322;ej mojej, jak m&#243;wicie, skromno&#347;ci jestem nies&#322;ychanie zarozumia&#322;y sk&#261;d&#347; z dalszego planu znowu rozleg&#322;y si&#281; &#347;miechy, kt&#243;re jednak szybko umilk&#322;y. Uwa&#380;am bowiem  ci&#261;gn&#261;&#322; m&#243;wca  &#380;e jeste&#347;my w stanie dokona&#263; bardzo wiele. Umiemy ju&#380; lata&#263; w nadprzestrzeni do najdalszych zak&#261;tk&#243;w wszech&#347;wiata. Niestety, korzy&#347;ci wynikaj&#261;ce z tych podr&#243;&#380;y dla ca&#322;ej ludzko&#347;ci, s&#261; na razie niewielkie. Trzeba pomy&#347;le&#263; o &#380;yciu w&#347;r&#243;d gwiazd, o pokoleniach, kt&#243;re uniezale&#380;nione od warunk&#243;w zewn&#281;trznych, b&#281;d&#261; rz&#261;dzi&#263; mg&#322;awicami i kszta&#322;towa&#263; kosmos zgodnie ze swoimi potrzebami, a zarazem rozwa&#380;nie, z poszanowaniem podstawowych praw przyrody.

Zdaje si&#281;  pomy&#347;la&#322; w tym momencie Marek  &#380;e ten dyrektor wie, co mi si&#281; tak niedawno &#347;ni&#322;o w nadprzestrzeni to znaczy nie &#347;ni&#322;o, ale tak jakby

Kiedy&#347;, kiedy znikn&#281;&#322;y nier&#243;wno&#347;ci spo&#322;eczne i wielka w&#322;asno&#347;&#263; prywatna, kiedy obalili&#347;my granice, Ziemia sta&#322;a si&#281; portem szcz&#281;&#347;liwym dla istot, kt&#243;re na niej &#380;y&#322;y. Teraz takim portem b&#281;dzie wszech&#347;wiat. Nie wolno nam jednak zapomina&#263;, &#380;e nauka tylko pod tym warunkiem da nam szcz&#281;&#347;cie, je&#347;li nadal zgodnie z nasz&#261; prawdziw&#261; ludzk&#261; natur&#261;, wol&#261;, dobroci&#261; i poczuciem sprawiedliwo&#347;ci potrafimy bez egoizmu dzieli&#263; si&#281; jej zdobyczami. Dzi&#281;kuj&#281; serdecznie Radzie Naukowej w imieniu wszystkich moich kole&#380;anek i koleg&#243;w.

Ostatnie s&#322;owo zag&#322;uszy&#322;y gromkie brawa. Gdy przycich&#322;y, kto&#347; z g&#322;&#281;bi sali zawo&#322;a&#322;:

Profesorze, a kiedy wreszcie zaprzyja&#378;nimy si&#281; z jak&#261;&#347; sympatyczn&#261; cywilizacj&#261;, powiedzmy z Chmury Strzelca?

Nasta&#322;a cisza. Dyrektor odchrz&#261;kn&#261;&#322;, a gdy odpowiedzia&#322;, jego g&#322;os by&#322; rozja&#347;niony u&#347;miechem.

Tam akurat zdaje si&#281; nikogo nie ma  westchn&#261;&#322; z udanym smutkiem. Jakie wiecie, szukali&#347;my ju&#380; tak&#380;e w gwiazdozbiorze Reticulum. Ale nie martwcie si&#281;. W ko&#324;cu kogo&#347; znajdziemy. A je&#347;li nie, to kiedy sami rozbiegniemy si&#281; po wszech&#347;wiecie, nabierzemy po pewnym czasie tak r&#243;&#380;nych przyzwyczaje&#324;, &#380;e staniemy si&#281; dla siebie nawzajem tak samo zagadkowi, jak teraz przedstawiciele innych cywilizacji. Na przyk&#322;ad zobacz&#281; koleg&#281; Saperd&#281; &#322;owi&#261;cego male&#324;kie gwiazdki w Drodze Mlecznej. Te gwiazdki b&#281;d&#261; mia&#322;y kszta&#322;t ryb. Po czym oka&#380;e si&#281;, &#380;e to on sam je wyprodukowa&#322;, poniewa&#380; tam gdzie mieszka, takie gwiazdki podaje si&#281; na deser po kolacji. Ale przedtem musz&#261; by&#263; w&#322;a&#347;nie sk&#261;pane w Drodze Mlecznej

A ja  odpowiedzia&#322; wysoki g&#322;os, przekrzykuj&#261;c &#347;miechy  ujrz&#281; kogo&#347; przemawiaj&#261;cego do gwiazd ustawionych w r&#243;wnych rz&#281;dach jak krzes&#322;a w tej sali i zawo&#322;am: ale&#380; to m&#243;j dyrektor, Marek Sponka!

&#346;miech zabrzmia&#322; znowu, ale ch&#322;opiec popad&#322; w stan takiego os&#322;upienia, &#380;e przez d&#322;u&#380;sz&#261; chwil&#281; przesta&#322; cokolwiek s&#322;ysze&#263;. Marek Sponka?! A c&#243;&#380; to za kawa&#322;y?! Pomy&#347;la&#322;, &#380;e teraz ju&#380; na pewno nie ma mowy o &#380;adnej nadprzestrzeni i kr&#261;&#380;&#261;cych w niej g&#322;osach z prawdziwej przesz&#322;o&#347;ci lub przysz&#322;o&#347;ci. Po prostu zasn&#261;&#322; i &#347;ni mu si&#281; co&#347; g&#322;upiego chocia&#380; nie jest to przykry sen. Marek Sponka? Hm

Zwracam uwag&#281;  odezwa&#322; si&#281; znowu dyrektor i nagle ch&#322;opiec zrozumia&#322;, dlaczego jego g&#322;os wyda&#322; mu si&#281; dziwnie znajomy  &#380;e obydwaj z profesorem Jackiem Saperd&#261; mieli&#347;my szcz&#281;&#347;cie pozna&#263; w m&#322;odo&#347;ci wielkiego Aleksandra Kapic&#281;, a ja odby&#322;em z nim nawet lot w do&#347;&#263; niezwyk&#322;ych okoliczno&#347;ciach. Nic dziwnego wi&#281;c, &#380;e nauczy&#322;em si&#281; przemawia&#263; do os&#243;b, z kt&#243;rych ka&#380;da s&#322;usznie mo&#380;e by&#263; uwa&#380;ana za gwiazd&#281; nauki. A to, &#380;e gwiazdy siedz&#261; w krzes&#322;ach, zamiast b&#322;yszcze&#263; na firmamencie, to ju&#380; naprawd&#281; nie moja wina

Brawo! zawo&#322;a&#322; kto&#347; i w tym momencie panuj&#261;c&#261; wok&#243;&#322; Marka noc rozja&#347;ni&#322;y promienie kolorowego &#347;wiat&#322;a, padaj&#261;ce z ekranu. A wraz z ust&#261;pieniem ciemno&#347;ci, ust&#261;pi&#322;a tak&#380;e owa dziwaczna niemoc, kt&#243;ra ju&#380; po raz trzeci ow&#322;adn&#281;&#322;a pasa&#380;er&#243;w EB5 podczas ich pionierskiego lotu.

Ch&#322;opiec z ogromnym zdumieniem musia&#322; przyj&#261;&#263; do wiadomo&#347;ci, &#380;e naprawd&#281; by&#322; znowu w nadprzestrzeni i naprawd&#281; Nie, to nie by&#322; sen!

Panie profesorze! krzykn&#261;&#322; tak, &#380;e siedz&#261;cy w s&#261;siednim fotelu Kapica podskoczy&#322; i z przera&#380;eniem rozejrza&#322; si&#281; po kabinie, szukaj&#261;c wzrokiem kosmicznego potwora, kt&#243;ry przenikn&#261;&#322; do statku i zaatakowa&#322; m&#322;odsz&#261; cz&#281;&#347;&#263; jego za&#322;ogi. Poniewa&#380; jednak nie znalaz&#322; nic godnego uwagi, musia&#322; w ko&#324;cu obdarzy&#263; &#380;yczliwym zainteresowaniem swojego wsp&#243;&#322;towarzysza.

Potw&#243;r! rykn&#261;&#322; przera&#378;liwie. Teraz na odmian&#281; przestraszy&#322; si&#281; Marek.

Gdzie?!!!

Tu!!! palec w grubej r&#281;kawicy pchn&#261;&#322; ch&#322;opca w pier&#347;.

Potw&#243;r chwil&#281; siedzia&#322; bez ruchu, ale wspomnienie tego co ostatnio us&#322;ysza&#322; w nadprzestrzeni, okaza&#322;o si&#281; silniejsze od zaskoczenia, strachu i uczucia ura&#380;onej godno&#347;ci w&#322;asnej.

Panie profesorze! powt&#243;rzy&#322; piskliwym g&#322;osem, zupe&#322;nie niepodobnym do tego, kt&#243;rym przed chwil&#261; przemawia&#322; dyrektor.

Potw&#243;r  rzek&#322; jeszcze raz Kapica, po czym odsapn&#261;&#322; i spojrza&#322; na Marka z &#380;ywym zainteresowaniem.

No, no? Znowu s&#322;ysza&#322;e&#347; co&#347; ciekawego? Ciekawego! Dobre sobie!

To znowu by&#322;a przysz&#322;o&#347;&#263;! Ale ale nie powiem panu! zdecydowa&#322; z &#380;elazn&#261; logik&#261;.

Hi, hi, hi. Znalaz&#322; si&#281; jeszcze jeden Sponka?! Co?! Hi, hi, hi!

Ch&#322;opiec zamy&#347;li&#322; si&#281;. Po chwili g&#322;&#281;boko westchn&#261;&#322;.

Czy pan jest pewny  spyta&#322;  &#380;e to, co s&#322;yszymy w tej nadprzestrzeni, dotyczy spraw, kt&#243;re wydarzy&#322;y lub wydarz&#261; si&#281; naprawd&#281;?

Kapica chichota&#322; jeszcze jaki&#347; czas, po czym zawo&#322;a&#322;:

Oczywi&#347;cie! Przecie&#380; wszystko, co ktokolwiek kiedykolwiek powiedzia&#322;, ka&#380;dy d&#378;wi&#281;k w&#281;druje przez przestrze&#324; Te d&#378;wi&#281;ki s&#261; w pewnych miejscach i okresach zbyt s&#322;abe, &#380;eby mo&#380;na je z&#322;owi&#263; naszymi ziemskimi antenami, ale poza czasem m&#243;g&#322;by&#347; pos&#322;ucha&#263; przem&#243;wienia Cezara do jego rzymskich legion&#243;w, rozmowy Boles&#322;awa Chrobrego z Ottonem Trzecim, wyk&#322;adu Einsteina a tak&#380;e tego, co dopiero zostanie powiedziane, za&#347;piewane lub zagrane za sto, tysi&#261;c i milion lat! Ci&#261;gle nie rozumiesz, czym jest nadprzestrze&#324;! A my przez ni&#261; siup! krzykn&#261;&#322; i zatar&#322; r&#281;ce. Siup! powt&#243;rzy&#322; z zapa&#322;em. Eksperyment Zwyci&#281;stwo! Hura!

Jakby w odpowiedzi ze &#347;cian kabiny pop&#322;yn&#261;&#322; nagle &#322;agodny g&#322;os komputera.

Informuj&#281;, &#380;e ZZAA2 wzywa EB5  pad&#322;y s&#322;owa, kt&#243;re tak&#380;e mog&#322;y pochodzi&#263; z przysz&#322;o&#347;ci do tego cudownej

ZZAA2 wzywa EB5  powt&#243;rzy&#322;y mi&#281;kko &#347;ciany. Prosz&#281; zwraca&#263; si&#281; do mnie. Mam kontakt z obecnym na pok&#322;adzie statku zdalnikiem cz&#322;owieka pozostaj&#261;cego w bazie

Nie ze zdalnikiem  wtr&#261;ci&#322; si&#281; g&#322;os, kt&#243;rego d&#378;wi&#281;k sprawi&#322;, &#380;e my&#347;l Marka wykona&#322;a ob&#322;&#281;dny radosny taniec  tylko ze mn&#261;

Tato!!!

Dos&#322;ownie w tej chwili uzyska&#322;em tak&#380;e po&#322;&#261;czenie foniczne  uzupe&#322;ni&#322; komputer. Nast&#261;pi&#322;o przebicie pomi&#281;dzy przewodami &#322;&#261;czno&#347;ci a uk&#322;adem zdalnika

Ty znowu swoje? odezwa&#322; si&#281; Bogdan.

To przebicie  kontynuowa&#322; cierpliwie komputer niezmienionym, &#322;agodnym tonem  sprawia wra&#380;enie zaprogramowanego zdalnie. Nie by&#322;o przewidziane w pracy moich zespo&#322;&#243;w. Teraz zwracaj&#261;c si&#281; do mnie, b&#281;dziecie m&#243;wi&#263; r&#243;wnocze&#347;nie do ludzi tu i na ZZAA2. Przepraszam za pierwsz&#261; b&#322;&#281;dn&#261; informacj&#281;. Jeszcze dwie i p&#243;&#322; sekundy temu przebicie umo&#380;liwia&#322;o jedynie &#322;&#261;czno&#347;&#263; przewodow&#261; mi&#281;dzy mn&#261; a zdalnikiem. Teraz sytuacja si&#281; zmieni&#322;a. Dzi&#281;kuj&#281;

Marek? sp&#322;yn&#281;&#322;o ze &#347;cian pytanie, czy raczej pe&#322;en nadziei okrzyk.

Marek? powt&#243;rzy&#322; kto&#347; identycznym tonem.

Tato!!!

Chwil&#281; panowa&#322;a cisza.

Dobrze, nie b&#281;d&#281; powtarza&#322;  powiedzia&#322; ni st&#261;d, ni zow&#261;d ojciec, jakby odpowiadaj&#261;c na czyj&#261;&#347; pro&#347;b&#281;. Ch&#322;opiec zrozumia&#322;, &#380;e ten pierwszy Marek wyszed&#322; z ust prawdziwego Bogdana, a jako drugi wymieni&#322; jego imi&#281; obecny na pok&#322;adzie, ale nieosi&#261;galny dla nich do tej pory zdalnik ojca.

Tato! Tato! Tato!

Hej, tam  zazgrzyta&#322; g&#322;os profesora Kapicy  chyba nie potrzebuj&#281; was zapewnia&#263;, &#380;e ten gawron ko&#322;o mnie czuje si&#281; znakomicie? Takie piekielne ryki mo&#380;e wydawa&#263; tylko stworzenie zdrowe i zadowolone z &#380;ycia

Dzi&#281;kuj&#281;, profesorze  odrzek&#322; Bogdan Sponka. A jak pan si&#281; czuje?

Ja? Hi, hi, hi! A jak mia&#322;bym si&#281; czu&#263;?! Uda&#322;o si&#281;, synu! Rozumiesz?! Uda&#322;o si&#281;! Bujamy sobie po nadprzestrzeni, gaw&#281;dzimy, s&#322;yszymy r&#243;&#380;ne ciekawe rzeczy tu Kapica spojrza&#322; na ch&#322;opca i zmru&#380;y&#322; figlarnie lewe oko. Ostatnio na przyk&#322;ad dowiedzieli&#347;my si&#281; czego&#347; o jakim&#347; Sponce z przysz&#322;o&#347;ci wiemy ju&#380; tak&#380;e, jak b&#281;dziemy wygl&#261;da&#263; za tysi&#261;c osiemset lat

G&#322;o&#347;nik wyda&#322; seri&#281; niezrozumia&#322;ych pomruk&#243;w.

Profesor Zyz prosi, &#380;eby was zapyta&#263;, czy macie komplet danych z przebiegu eksperymentu.

A jak&#380;e  wykrzykn&#261;&#322; towarzysz Marka. Sami jeste&#347;my najlepszymi danymi. Powiedz mu to. Albo nie. Sam mu to powiem, kiedy si&#281; spotkamy. Ty zrobi&#322;by&#347; to zbyt uprzejmie.

Tato? wtr&#261;ci&#322; si&#281; znowu ch&#322;opiec.

Co, synu?

Pozdr&#243;w od nas wszystkich wszystkich

Jak najch&#281;tniej  Marek pozna&#322; go po g&#322;osie, &#380;e ojciec si&#281; u&#347;miecha. Was tak&#380;e pozdrawiaj&#261; wszyscy. Zula, profesor Zyz, profesor Saperda, Anna, Jacek oczywi&#347;cie pan Nizio&#322;ek, kt&#243;remu by&#322;o bardzo przykro

Nie powinno mu by&#263; przykro! przerwa&#322; Kapica. Wprawdzie wyrzuci&#322; mnie ze stacji jak kawa&#322; niepotrzebnego &#380;elastwa, ale czego mo&#380;na si&#281; spodziewa&#263; po osi&#322;ku, kt&#243;ry udaje automatyka?! Dobrze, dobrze, jeszcze porozmawiamy! Ale jestem mu g&#322;&#281;boko wdzi&#281;czny! Ha, ha, za&#347;mia&#322; si&#281; serdecznie, grubiej ni&#380; zwykle. Czeg&#243;&#380; to ja nie prze&#380;y&#322;em! Czego si&#281; nie dowiedzia&#322;em! A wszystko dzi&#281;ki Nizio&#322;kowi! Ca&#322;e szcz&#281;&#347;cie, &#380;e zamiast tego urwa&#322;, bo domy&#347;li&#322; si&#281;, &#380;e jego zdalnik na ZZAA2 s&#322;ucha razem z lud&#378;mi  &#380;e zamiast kogo&#347; innego  wybrn&#261;&#322;  polecia&#322;em sam. Cudowny eksperyment. Bomba!! Brawo, Kapica!

I reszta &#347;wiata  podrzuci&#322; us&#322;u&#380;nie Bogdan.

I reszta &#347;wiata  zgodzi&#322; si&#281; po namy&#347;le Aleksander Wielki Drugi.

Marek us&#322;ysza&#322; cichy &#347;miech ojca.

Hej! zawo&#322;a&#322; raptem do reszty &#347;wiata profesor Kapica, tonem, &#347;wiadcz&#261;cym o tym, &#380;e w&#322;a&#347;nie przypomnia&#322; sobie co&#347; wa&#380;nego. Co to za historia z tym przebiciem? Przecie&#380; zgodnie z programem, &#322;&#261;czno&#347;&#263; mia&#322;a i&#347;&#263; tylko falami biologicznymi?

Tym razem Bogdana Sponk&#281; wyr&#281;czy&#322; jego ukryty na pok&#322;adzie EB5 zdalnik.

W pewnym momencie impulsy sta&#322;y si&#281; dostatecznie silne, by spowodowa&#263; zwarcie. Wytworzy&#322;em lokalnie wysok&#261; temperatur&#281;, kt&#243;ra stopi&#322;a cz&#281;&#347;&#263; obudowy komputera. Nast&#281;pnie przebicie wype&#322;ni&#322;em

Dostatecznie silne? Impulsy? przerwa&#322; niecierpliwie Kapica  Jakie impulsy? Zdalnik nie powinien odbiera&#263; impuls&#243;w silniejszych ni&#380; te, kt&#243;re s&#261; wysy&#322;ane! Czy ci, na stacji, zastosowali jakie&#347; specjalne wzmacniacze?

Nie.

Nie.

Marek?

Marek?

Ch&#322;opiec zorientowa&#322; si&#281;, &#380;e znowu s&#322;yszy prawdziwego Bogdana i powiedzia&#322;:

Co, tato?

Chwil&#281; panowa&#322;o milczenie, po czym odezwa&#322; si&#281; g&#322;os drugiego Bogdana:  dobrze, dobrze. Nie b&#281;d&#281; powtarza&#322;.

Znowu! warkn&#261;&#322; Kapica. Diabelski wynalazek te zdalniki. Co te&#380; strzeli&#322;o mi do g&#322;owy, &#380;eby

Przecie&#380; nic nie m&#243;wi&#281;!  oburzy&#322; si&#281; g&#322;os profesora Sponki.

Przepraszam  powiedzia&#322; profesor Sponka. Chcia&#322;em tylko wyt&#322;umaczy&#263; Markowi, jak dosz&#322;o do tego, &#380;e teraz mo&#380;emy rozmawia&#263;. Ot&#243;&#380; nie przewidzieli&#347;my &#322;&#261;czno&#347;ci z komputerem

Wiem, tato  przerwa&#322; ch&#322;opiec. Profesor Kapica wszystko mi wyt&#322;umaczy&#322;

Nie wszystko  zaprzeczy&#322; szorstko uczony  bo sam ju&#380; teraz nic nie wiem. Co z tymi impulsami?

Wykorzystali&#347;my moj&#261; t&#281;sknot&#281; i ch&#281;&#263; po&#322;&#261;czenia si&#281; obecnego tu zdalnika z profesorem Kapic&#261;.

Co?

Po&#322;&#261;czyli&#347;my sieci&#261; informatyczn&#261; nasze m&#243;zgi z komputerem i w tr&#243;jk&#281; pomogli&#347;my mnie. Temu mnie, kt&#243;ry jest z wami na EB5  wyja&#347;ni&#322; dla unikni&#281;cia nieporozumie&#324;. Pomogli&#347;my wykrzesa&#263; dostateczn&#261; wol&#281; dzia&#322;ania. Ten ja, kt&#243;ry jestem tam u was, skonstruowa&#322; nowy tor &#322;&#261;czno&#347;ci mi&#281;dzy nim a pok&#322;adowym komputerem. A te silniejsze impulsy? No c&#243;&#380;, my&#347;leli&#347;my, jak wspomnia&#322;em, w tr&#243;jk&#281;. A przedtem, z pomoc&#261; komputera stacji, wyt&#322;umaczyli&#347;my zdalnikowi profesora Kapicy, co czuje cz&#322;owiek roz&#322;&#261;czony z lud&#378;mi, kt&#243;rych kocha

Co za bzdury? burkn&#261;&#322; Kapica oddalony od pierwszego, a raczej od drugiego o miliony kilometr&#243;w.

To by&#322; pomys&#322; naszych pa&#324;  zastrzeg&#322; si&#281; Bogdan. A czy bzdura? Nie wiem, skoro teraz jednak rozmawiamy

Co zrobili&#347;cie w&#322;a&#347;ciwie mojemu mojemu

No c&#243;&#380;, nauczyli&#347;my go t&#281;skni&#263;

Do stu ksi&#281;&#380;yc&#243;w!..

A w ka&#380;dym razie nauczyli&#347;my go, co to jest t&#281;sknota  ci&#261;gn&#261;&#322; z niezm&#261;conym spokojem ojciec Marka. Dzi&#281;ki temu potrafi&#322; przekazywa&#263; komputerowi swoje my&#347;li razem z moimi i moje uczucia. A komputer wysy&#322;a&#322; je do was, do mojego zdalnika. Inaczej m&#243;wi&#261;c zastosowali&#347;my zupe&#322;nie nowy rodzaj wzmacniacza fal biologicznych za&#347;mia&#322; si&#281; Sponka. Nawiasem m&#243;wi&#261;c, profesorze  doda&#322; powa&#380;niejszym tonem  wiadomo przecie&#380;, &#380;e emocje, jakich doznaje cz&#322;owiek, wp&#322;ywaj&#261; na intensyfikacje p&#243;l, otaczaj&#261;cych jego centra nerwowe. Wi&#281;c nie mog&#281; si&#281; zgodzi&#263;, &#380;e to by&#322;a bzdura

Tak bardzo za nami t&#281;skni&#322;e&#347;  rzuci&#322; ironicznie uczony.

Mnie osobi&#347;cie by&#322;o zupe&#322;nie oboj&#281;tne, co si&#281; z wami stanie  wpad&#322; w ton Kapicy Bogdan. Ale przypominam, &#380;e to wszystko wymy&#347;li&#322;y nasze panie. A wiadomo przecie&#380;, &#380;e kobiety oj, nie! zako&#324;czy&#322; nieoczekiwanym okrzykiem.

Aleksander Wielki Drugi pokiwa&#322; ze zrozumieniem g&#322;ow&#261;.

Nasze panie potrafi&#261; r&#243;&#380;ne rzeczy  skwitowa&#322; nieoczekiwany obr&#243;t rozmowy.

No dobrze  g&#322;os Marka dr&#380;a&#322; nieco  ale czy to, &#380;e rozmawiamy, pomo&#380;e nam wr&#243;ci&#263;?

Profesor Kapica prychn&#261;&#322; pogardliwie i zachichota&#322;.

Marku, wstyd mi za ciebie  powiedzia&#322; Bogdan. Przecie&#380; skoro komputery stacji i statku nawi&#261;za&#322;y kontakt, to EB5 dostaje normalny sygna&#322; namiarowy. Lecicie do nas z powrotem jak po sznurku omijaj&#261;c okolice ZZAA1 razem z eksperymentalnym supersilnym polem grawitacyjnym W czasie tego lotu nie dacie ju&#380; nurka do nadprzestrzeni. Widzisz w okienku namiaru zielon&#261; nitk&#281;?

Linia namiaru przecina&#322;a pionowo ekran jak pojedynczy promie&#324; zielonego &#347;wiat&#322;a.

Rozumiem, tato  b&#261;kn&#261;&#322; niepewnie ch&#322;opiec.

Jestem troch&#281; troch&#281;  zawaha&#322; si&#281;  wytr&#261;cony z r&#243;wnowagi  znalaz&#322; wreszcie okre&#347;lenie, kt&#243;re jak s&#261;dzi&#322;, nie uw&#322;acza&#322;o jego godno&#347;ci. A w og&#243;le b&#281;d&#281; si&#281; chyba musia&#322; powa&#380;nie wzi&#261;&#263; do nauki  doda&#322;, maj&#261;c w pami&#281;ci s&#322;owa dyrektor Marek Sponka.

Jacek ma racj&#281;  ci&#261;gn&#261;&#322;  &#380;e m&#243;j umys&#322; nie jest dostatecznie zdyscyplinowany. Chcia&#322;bym kiedy&#347; chcia&#322;bym m&#243;wi&#322; jakby do siebie  by&#263; tak&#380;e badaczem, naukowcem. Czeka mnie du&#380;o pracy  westchn&#261;&#322; mimo woli.

G&#322;o&#347;nik zamamrota&#322; niewyra&#378;nie.

Anna chce wiedzie&#263;  przet&#322;umaczy&#322; ze &#347;miechem profesor Sponka  czy ty na pewno nie masz gor&#261;czki?

Nic mi nie och, sam nie wiem! wykrzykn&#261;&#322; Marek, zmieniaj&#261;c nagle ton.

No, no je&#347;li nadprzestrze&#324; ma takie zalety pedagogiczne, to czuj&#281;, &#380;e po rozpowszechnieniu odkrycia profesora Kapicy, wszystkie szko&#322;y przenios&#261; si&#281; na specjalne statki

Nie! zaprotestowa&#322; profesor Kapica. &#379;adnych wi&#281;cej dzieci w nadprzestrzeni! Wydaje si&#281; im, &#380;e s&#322;ysz&#261; jakie&#347; g&#322;osy, a potem nagle udaj&#261; m&#261;drych. Co to, to nie!

Kiedy b&#281;d&#281; dyrektorem instytutu  powiedzia&#322; Jacek, gdy powitalne ochy i achy by&#322;y ju&#380; za nimi, a na stole pojawi&#322;y si&#281; przygotowane przez Zul&#281; specja&#322;y  wszystkie zdalniki wyposa&#380;&#281; w uczucia

Marek ni z tego, ni z owego zakrztusi&#322; si&#281; kremem z chlorelli i zacz&#261;&#322; kaszle&#263;.

Znowu zaczynasz? Lidka popatrzy&#322;a z wyrzutem na brata. Ten natychmiast jakby zmala&#322; i u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; przepraszaj&#261;co do Anny.

Nie wiem, czy b&#281;d&#281; dyrektorem  wycofa&#322; si&#281;  ale nauka powinna lepiej zbada&#263; uczucia. Je&#347;li tak wa&#380;na mo&#380;e by&#263; na przyk&#322;ad t&#281;sknota  w ustach jajog&#322;owego zabrzmia&#322;o to tak uczenie, &#380;e ze zwyk&#322;ej t&#281;sknoty zrobi&#322;o si&#281; s&#322;owo, kt&#243;re z powodzeniem mog&#322;oby figurowa&#263; w s&#322;owniku wyraz&#243;w obcych.

Hi, hi, hi  ucieszy&#322; si&#281; profesor Kapica  Jacek zbuduje pralk&#281;, kt&#243;ra z t&#281;sknoty, kiedy on wyjedzie na wakacje, doprowadzi do zwarcia i zacznie spiskowa&#263; z domowym komputerkiem. A propos  doda&#322; patrz&#261;c z niesmakiem na krztusz&#261;cego si&#281; w dalszym ci&#261;gu Marka  jakie uczucia wzbudza w was ten typ?

Ryczy jak osio&#322; nad pustym &#380;&#322;obem  zauwa&#380;y&#322; Zyz.

Wypraszam sobie uwagi na temat &#380;&#322;oba a zw&#322;aszcza pustego! oburzy&#322;a si&#281; Zula.

W&#322;a&#347;nie  podchwyci&#322;a my&#347;l mamy Anna. Mo&#380;e on nie powinien tyle je&#347;&#263;?  zatroszczy&#322;a si&#281; ob&#322;udnie. Po tych wszystkich przej&#347;ciach?

Poczekaj  Nizio&#322;ek pospieszy&#322; z pomoc&#261; zamierzaj&#261;c najwidoczniej zdzieli&#263; Marka po karku. Przera&#380;ony ch&#322;opiec zerwa&#322; si&#281; i zacz&#261;&#322; ucieka&#263; doko&#322;a kabiny.

Tytylko nnnie tto!! wykrztusi&#322;.

Adam zgrabnie podstawi&#322; Markowi nog&#281;. Skutek przeszed&#322; naj&#347;mielsze oczekiwania. Rozci&#261;gni&#281;ty na mi&#281;kkiej wyk&#322;adzinie pod&#322;ogi ch&#322;opiec przesta&#322; wreszcie kaszle&#263;, ale z kolei zani&#243;s&#322; si&#281; spazmatycznym &#347;miechem.

To ju&#380; koniec  orzek&#322; z powag&#261; Sponka.

To, oj, oj, ha, ha, ha, pocz&#261;tek! odpowiedzia&#322; rezolutnie Sponka junior, ani my&#347;l&#261;c o zmianie wygodnej pozycji. Obiema r&#281;kami trzyma&#322; si&#281; za brzuch, z oczu p&#322;yn&#281;&#322;y mu &#322;zy, ale &#347;mia&#322; si&#281; dalej.

No tak  odezwa&#322; si&#281; profesor Kapica. Ju&#380; na statku zauwa&#380;y&#322;em, &#380;e ma co&#347; tutaj  uni&#243;s&#322; wskazuj&#261;cy palec do skroni i pokr&#281;ci&#322; nim znacz&#261;co. Najpierw rozmawia&#322; z Napoleonem Bonaparte, a potem wybra&#322; si&#281; na wycieczk&#281; w &#347;wiat za tysi&#261;c osiemset lat

Nieprawda! Marek oprzytomnia&#322; na tyle, &#380;e ten pe&#322;en oburzenia krzyk zabrzmia&#322; mniej wi&#281;cej po ludzku. To dlatego, &#380;e Jacek powiedzia&#322; oj, nie mog&#281;  parskn&#261;&#322; znowu. W tym momencie u&#347;wiadomi&#322; sobie jednak, &#380;e wtedy w przysz&#322;o&#347;ci, rozmawiali z jajog&#322;owym przyja&#378;nie, &#380;e &#322;&#261;czy&#322;a ich wsp&#243;lna praca i &#380;e musieli by&#263; z&#380;yci, skoro mogli z siebie nawzajem &#380;artowa&#263;. Poza tym przysz&#322;o mu do g&#322;owy, &#380;e Jacek naprawd&#281; b&#281;dzie dyrektorem Instytutu najpierw wice a potem, kto wie? W ko&#324;cu przecie&#380; to niewa&#380;ne, kto jest szefem, tam gdzie w gr&#281; wchodzi poznanie wszech&#347;wiata i podr&#243;&#380;e w nadprzestrzeni do najdalszych gwiazd po najwspanialsze tajemnice.

Jacek nic z&#322;ego nie powiedzia&#322;!  odezwa&#322;a si&#281; nieco poniewczasie, a jednak w sam&#261; por&#281; Anna.

Przysz&#322;y filar Instytutu Planet Granicznych pozbiera&#322; si&#281; z pod&#322;ogi i spojrza&#322; na siostr&#281;.

Zdaje si&#281;  powiedzia&#322; przenosz&#261;c wzrok na jajog&#322;owego  &#380;e jest w naszym gronie kto&#347;, kto podziela twoje uznanie dla uczu&#263; i

Tym razem roze&#347;miali si&#281; wszyscy opr&#243;cz niego a tak&#380;e Jacka i, rzecz dziwna, Anny. Marek zorientowa&#322; si&#281;, &#380;e strzeli&#322; byka.

Chcia&#322;em tylko powiedzie&#263;, &#380;e ci&#281; rozumiem &#380;e twoja troska o rozw&#243;j nauki &#380;e uczucia mog&#261; pom&#243;c

&#346;miech sta&#322; si&#281; g&#322;o&#347;niejszy. Tym razem ch&#322;opiec zdenerwowa&#322; si&#281; na dobre.

Przecie&#380; nie powiedzia&#322;em nic &#347;miesznego! wybuchn&#261;&#322;.  Czego rechoczecie, jakbym mia&#322; trzy lata i becza&#322;, &#380;e kto&#347; porwa&#322; mi moj&#261; szapeszk&#281;?

Zapad&#322;a cisza. Pierwsza oprzytomnia&#322;a Zula.

A c&#243;&#380; ci si&#281; nagle przypomnia&#322;o? wykrztusi&#322;a z niebotycznym zdumieniem.

Szapeszka?  zagrzmia&#322; ironicznie Zyz. Czy on my&#347;li o kasku pr&#243;&#380;niowym?

Najzupe&#322;niej niespodziewanie w obronie Marka stan&#261;&#322; Jacek Saperda we w&#322;asnej osobie.

Nie wiem o co chodzi  przyzna&#322; na wst&#281;pie  ale przesadzi&#322;em m&#243;wi&#261;c o tym, &#380;e maszyny powinny czu&#263;. Nie mo&#380;na by ich wtedy u&#380;ywa&#263; do eksperyment&#243;w bo gdyby ju&#380; czu&#322;y, to musieliby&#347;my je szanowa&#263;. Nawiasem m&#243;wi&#261;c, w og&#243;le czasem przesadzam. Na przyk&#322;ad z tym dyrektorem Instytutu. To idiotyczne. Ale ka&#380;dy ma swoje s&#322;abo&#347;ci  zauwa&#380;y&#322; filozoficznie. A wracaj&#261;c do wagi, jak&#261; przywi&#261;zuje si&#281; do uczu&#263; w zwi&#261;zku z perspektywami nauki

Nie tylko, nie tylko  wtr&#261;ci&#322; Zyz, ale Bogdan Sponka da&#322; mu znak wzrokiem, &#380;eby nie przerywa&#322;.

perspektywami nauki  powt&#243;rzy&#322; przez ntos Jacek, po czym wr&#243;ci&#322; do poprzedniego tonu  to chcia&#322;bym zauwa&#380;y&#263;, &#380;e Marek tak&#380;e ma tutaj kogo&#347;, z kim m&#243;g&#322;by wymieni&#263; spostrze&#380;enia na ten temat w atmosferze pe&#322;nego zrozumienia

Nie! rozleg&#322; si&#281; z k&#261;ta dziewcz&#281;cy g&#322;os. Profesor Saperda, och&#322;on&#261;wszy z radosnego zdziwienia spowodowanego tak niecodziennym wyst&#261;pieniem przysz&#322;ego dyrektora wymieni&#322; z tym ostatnim b&#322;yskawiczne spojrzenia.

Trzy zacz&#261;&#322; szcz&#281;&#347;liwy tato Lidki i odmienionego Jacka.

cztery  podchwyci&#322; odmieniony.

Lidka  Nie! zawo&#322;ali zgodnie.

Zanim ktokolwiek zd&#261;&#380;y&#322; si&#281; roze&#347;mia&#263;, z k&#261;ta pad&#322;o znowu:  Nie!!!

Kiedy umilk&#322;y odg&#322;osy weso&#322;o&#347;ci, profesor Zyz zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Kapicy:

No co, stary? Teraz chyba ju&#380; polecicie do tego waszego Reticulum?

Marek oderwa&#322; wzrok od Lidki i odszuka&#322; spojrzeniem centralk&#281; &#322;&#261;czno&#347;ci. Nadal b&#322;yska&#322;y lampeczki &#347;wiadcz&#261;ce o tym, &#380;e te pi  pi  pi, z kt&#243;rymi Kapica i jego wsp&#243;&#322;pracownicy wi&#261;zali tak osza&#322;amiaj&#261;ce nadzieje, p&#322;yn&#261; nieprzerwanie z odleg&#322;ego gwiazdozbioru. Ch&#322;opiec spojrza&#322; ze smutkiem na ojca i s&#322;ynnego profesora, my&#347;l&#261;c o czekaj&#261;cym ich rozczarowaniu.

Tam niczego nie chcia&#322; powiedzie&#263;: nie znajdziecie ale ugryz&#322; si&#281; w j&#281;zyk. Po pierwsze, niby dlaczego mieliby mu uwierzy&#263;, a po drugie, wyprawa i tak dojdzie przecie&#380; do skutku. On sam no, ten, kt&#243;ry przemawia&#322; w przysz&#322;o&#347;ci, stwierdzi&#322; wyra&#378;nie: szukali&#347;my ju&#380; w konstelacji Reticulum. Dla Kapicy, ojca, Saperdy i Adama, mo&#380;e tak&#380;e Iny, je&#347;li wezm&#261; j&#261; ze sob&#261;, b&#281;dzie to w ka&#380;dym razie wspania&#322;a przygoda a poza tym wyprawa z pewno&#347;ci&#261; dostarczy materia&#322;u naukowego, kt&#243;ry przyspieszy rozw&#243;j lot&#243;w w nadprzestrzeni. Co w og&#243;le m&#243;g&#322;by zrobi&#263; cz&#322;owiek, gdyby z g&#243;ry wiedzia&#322;, &#380;e jego wysi&#322;ki nie przynios&#261; spodziewanych rezultat&#243;w? A ile&#380; to wspania&#322;ych wynalazk&#243;w powsta&#322;o przypadkiem, bo ich tw&#243;rcy pracowali nad czym&#347; zupe&#322;nie innym i tylko po drodze nagle ze zdumieniem zdawali sobie spraw&#281;, &#380;e zrobili co&#347; zupe&#322;nie nowego. Nie. B&#281;dzie milcza&#322;

Czy co&#347; m&#243;wi&#322;e&#347;?  spyta&#322; podejrzliwie Adam. Marek spojrza&#322; na by&#322;ego domniemanego zbira i spiskowca, przy kt&#243;rym widnia&#322;a u&#347;miechni&#281;ta buzia Iny i na jej wspania&#322;e, z&#322;ote w&#322;osy. Potrz&#261;sn&#261;&#322; przecz&#261;co g&#322;ow&#261;. Pomy&#347;la&#322; jednak, &#380;e je&#347;liby w og&#243;le mia&#322; komu&#347; kiedy&#347; opowiedzie&#263;, co s&#322;ysza&#322; w nadprzestrzeni, to wybra&#322;by chyba w&#322;a&#347;nie jego. No, mo&#380;e jeszcze kogo&#347;

Poczekajcie no  odezwa&#322;a si&#281; Zula. Tyle m&#243;wicie o uczuciach, a zapominacie, &#380;e nauczyli&#347;cie nauczyli&#347;my zaci&#281;&#322;a si&#281; i tylko utkwi&#322;a wymowne spojrzenie w osobniku, paraduj&#261;cym niezmiennie w postrz&#281;pionej, niebieskiej koszuli.

Zapanowa&#322;a konsternacja.

No w&#322;a&#347;nie  burkn&#261;&#322; Zyz. A m&#243;wi&#322;em

Co do mnie  powiedzia&#322; zdalnik profesora  wystarczy mi, &#380;e znowu jestem razem. Uczestniczy&#322;em w wa&#380;nym eksperymencie, kt&#243;ry sam przygotowa&#322;em, i nie rozumiem, dlaczego wszyscy tak na mnie patrzycie?

Nikt nie odpowiedzia&#322;. Sobowt&#243;r Kapicy zacz&#261;&#322; si&#281; niecierpliwi&#263;.

Do stu ksi&#281;&#380;yc&#243;w! krzykn&#261;&#322;.  Oniemieli&#347;cie czy co? Wr&#243;ci&#322;em z nadprzestrzeni i jestem razem. Teraz przede mn&#261;.moc pracy i nie chc&#281; mie&#263; wok&#243;&#322; siebie ludzi, kt&#243;rzy potrafi&#261; tylko wytrzeszcza&#263; oczy, jakby

Nie, tego ju&#380; za wiele! hukn&#261;&#322; cz&#322;onek Rady. Kapica, ty smarkaczu!..

Po pierwsze, nie jestem smarkaczem  odpowiedzia&#322; drugi Kapica, zanim pierwszy zd&#261;&#380;y&#322; mrugn&#261;&#263; okiem  a po drugie, nie &#380;ycz&#281; sobie, &#380;eby na mnie krzyczano. Dotyczy to tak&#380;e starych puchaczy! Zrozumiano?

Powiedzia&#322;bym dok&#322;adnie to samo  wyzna&#322; ze zdumieniem, a r&#243;wnocze&#347;nie zachwytem prawdziwy profesor. Zyz przewr&#243;ci&#322; oczami jak najprawdziwszy puchacz, ale by&#322; zbyt przej&#281;ty, &#380;eby udzieli&#263; godnej odprawy jednemu i drugiemu Otworzy&#322; wprawdzie usta, ale wydoby&#322; z siebie jedynie okropne zgrzytanie.

Rada Naukowa wypowiedzia&#322;a si&#281;, jak zwykle, m&#261;drze i jasno  zauwa&#380;y&#322; Kapica. Mrugn&#261;&#322; porozumiewawczo na swojego zdalnika i wcale si&#281; nie zdziwi&#322;, gdy ten odpowiedzia&#322; mu takim samym mrugni&#281;ciem. Ja natomiast pragn&#281; o&#347;wiadczy&#263;  ci&#261;gn&#261;&#322; profesor  &#380;e odt&#261;d b&#281;d&#281; ju&#380; zawsze razem. Nie wiem, co wyprawiali&#347;cie ze mn&#261;, kiedy by&#322;em tam i tutaj r&#243;wnocze&#347;nie, ale widz&#281;, &#380;e po&#322;&#243;wka Kapicy to a&#380; za du&#380;o dobrego dla niekt&#243;rych moich znakomitych koleg&#243;w

Impertynent! wydysza&#322; Zyz.

Bardzo ci&#281; szanuj&#281;, profesorze  g&#322;os Aleksandra Wielkiego Drugiego brzmia&#322; teraz niemal czule  i musz&#281; wyzna&#263;, &#380;e w ci&#261;gu kilkudziesi&#281;ciu lat czego&#347; tam si&#281; od ciebie nauczy&#322;em

Niewiele  wtr&#261;ci&#322; ponuro cz&#322;onek Rady. W jego oczach pojawi&#322;y si&#281; jednak weso&#322;e iskierki.

 nauczy&#322;em, ale musz&#281; stwierdzi&#263;, &#380;e na uczuciach obydwaj znamy si&#281; jak kura na pieprzu. Ty, patentowany stary kawaler

To przynajmniej prawda

a ja wprawdzie jestem jeszcze m&#322;ody, hi, hi, hi i m&#243;g&#322;bym si&#281; o&#380;eni&#263;, ale co&#347; mi si&#281; zdaje, &#380;e gruchaj&#261;cych parek i tak nam tu nie zabraknie. Kto&#347; w ko&#324;cu musi pracowa&#263;.

Zyz u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; wreszcie.

Wi&#281;c chcesz zostawi&#263; zdalnika jako kamerdynera? To wysz&#322;o z mody jakie&#347; tysi&#261;c lat temu. Pomocnika?

Przede wszystkim nie zdalnika tylko siebie  tym razem autentyczny Kapica zd&#261;&#380;y&#322; uprzedzi&#263; sobowt&#243;ra, kt&#243;ry ju&#380; otwiera&#322; usta, &#380;eby wyrazi&#263; swoje oburzenie  a po wt&#243;re, podobno nauczyli&#347;cie go jakich&#347; ludzkich uczu&#263;. Skoro sam nie mam &#380;adnych, hi, hi, hi to &#347;wietnie b&#281;dziemy si&#281; uzupe&#322;nia&#263;. Ci zakochani  spojrza&#322; z nag&#322;ym zainteresowaniem w sufit, nie widz&#261;c, &#380;e kilka g&#322;&#243;w poruszy&#322;o si&#281; niespokojnie  twierdz&#261;, &#380;e mi&#322;o&#347;&#263; i t&#281;sknota pomagaj&#261; nauce. Mo&#380;e kiedy zawsze b&#281;d&#281; razem  tu podszed&#322; do swojego zdalnika i otoczy&#322; go ramieniem  uda mi si&#281; cho&#263; o dwa dni szybciej polecie&#263; do Reticulum? Kto wie?

A propos zakochanych  zagrzmia&#322; Zyz. Kto ma ochot&#281;, niech idzie si&#281; przej&#347;&#263;. Jest ju&#380; po eksperymencie i nie ma co tkwi&#263; w tym bunkrze jak grzyby w barszczu

Co&#347; ci si&#281; pomyli&#322;o  zauwa&#380;y&#322; &#380;yczliwie Kapica.

Wszystko wraca do normy  Nizio&#322;ek zatar&#322; z uciech&#261; d&#322;onie.

 jak grzyby w barszczu, bo jest nas za du&#380;o, a ja nie lubi&#281; t&#322;oku. Niech zakochani id&#261; na spacer pod gwiazdami, a my z tym m&#322;odzie&#324;cem w dw&#243;ch osobach  sk&#322;oni&#322; si&#281; Kapicy, kt&#243;ry odpowiedzia&#322; zab&#243;jczym grymasem  z tym osi&#322;kiem  pogrozi&#322; &#322;ysemu automatykowi  z profesorami Saperd&#261; i Sponk&#261; zajmiemy si&#281; wreszcie czym&#347; konkretnym. Trzeba przysi&#261;&#347;&#263; fa&#322;d&#243;w. Przede wszystkim zbadamy zapisy komputera w EB5, pami&#281;&#263; zdalnika Sponki na szcz&#281;&#347;cie tego nikt nie nauczy&#322; &#380;adnych g&#322;upstw i przynajmniej nie przypomina cz&#322;owieka

Niemniej  przerwa&#322; Bogdan  rezerwuj&#281; t&#281; rakiet&#281; dla siebie. Ja tak&#380;e chc&#281; by&#263; zawsze razem

Powariowali! hukn&#261;&#322; Zyz.

W ten spos&#243;b stracili&#347;my statek, bo je&#347;li b&#281;dzie lata&#322; tylko ze Sponk&#261;, to pr&#281;dzej czy p&#243;&#378;niej jego synalek porwie go i poleci do Krzy&#380;a Po&#322;udnia, &#380;eby zobaczy&#263;, czy tam przypadkiem nie jest cieplej ni&#380; na Gwie&#378;dzie Polarnej, ale Kapica musia&#322; zaczeka&#263;, a&#380; umilkn&#261; &#347;miechy. mo&#380;e zanim do tego dojdzie, zd&#261;&#380;ysz zrobi&#263; kilka wypad&#243;w, &#380;eby przywie&#378;&#263; co&#347; po&#380;ytecznego dla Instytutu  dopowiedzia&#322; &#322;askawie.

Wi&#281;c najpierw analiza wynik&#243;w eksperymentu, a potem jego wykorzystanie do praktyki lot&#243;w w nadprzestrzeni. Oczywi&#347;cie lot&#243;w kontrolowanych przez cz&#322;owieka. Potem zajmiemy si&#281; tym pi  pi  pi. No, to kto pod gwiazdki, niech czym pr&#281;dzej wychodzi. A my  zwr&#243;ci&#322; si&#281; z nadziej&#261; w oczach do Sponki  zakasujemy r&#281;kawy.

Zdalnik wzi&#261;&#322; wida&#263; to ostatnie zdanie najzupe&#322;niej serio, bo nagle zacz&#261;&#322; podci&#261;ga&#263; r&#281;kawy swojej biednej, niebieskiej koszuliny.

Przez otwarte drzwi wychodzili kolejno Ina z Adamem, Anna i Jacek, Lidka

A ty dok&#261;d? dobieg&#322; z wn&#281;trza stacji zdumiony g&#322;os profesora Kapicy.

Ch&#322;opiec u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; i czym pr&#281;dzej pogna&#322; za Lidk&#261;. Nie us&#322;ysza&#322; ju&#380;, jak jego ojciec odpowiedzia&#322; s&#322;ynnemu uczonemu:

Przecie&#380; sam wygna&#322;e&#347; wszystkich zakochanych na spacer. To czemu teraz pokrzykujesz?

No tak ale

To on powiedzia&#322;, profesorze  za&#347;mia&#322;a, si&#281; Zula. Prosz&#281; nie zapomnie&#263;, &#380;e ja jako kobieta podobno nie mam prawa wyra&#380;a&#263; swojej opinii o roli uczu&#263; w nauce.

Jak wr&#243;cimy  dorzuci&#322; Bogdan  to powiem ci na ucho, zagorza&#322;y stary kawalerze, &#380;e mam &#347;liczn&#261; &#380;on&#281; i, co gorsza, ci&#261;gle jestem zakochany

Widzisz, odkrywco! zarechota&#322; ukryty wewn&#261;trz bunkra Zyz  dobrze ci tak. No c&#243;&#380;, zostaj? nam jeszcze Saperda i Nizio&#322;ek

Tylko jeden z Saperd&#243;w  mrukn&#261;&#322; ojciec Lidki i Jacka.

Czarne niebo wygl&#261;da&#322;o jak sufit cichego pok&#243;j w rodzinnym domu. Gwiazdy sta&#322;y si&#281; bliskie i weso&#322;e. G&#322;adka pow&#322;oka stacji ZZAA2 odbija&#322;a ich blask jak woda ziemskiego jeziora podczas bezksi&#281;&#380;ycowej nocy.

Marku  spyta&#322;a cicho Lidka  czy tam naprawd&#281; by&#322;o tak tak inaczej?

Ch&#322;opiec zwleka&#322; chwil&#281; z odpowiedzi&#261;. Wreszcie westchn&#261;&#322;.

By&#322;o wspaniale. Kiedy&#347; wszystko ci opowiem

Czemu nie teraz?

Bo teraz teraz

Wszystko s&#322;ysz&#281;!  za&#347;mia&#322; si&#281; kto&#347; jakby tu&#380; obok nich. Poznali g&#322;os Jacka.

Czy mam ci pom&#243;c, drogi braciszku? doda&#322;a Anna.

Ch&#322;opiec obejrza&#322; si&#281; niech&#281;tnie. Na tle gwiazdozbioru Oriona sta&#322;y dwie postacie, trzymaj&#261;ce si&#281; za r&#281;ce. Marek od razu odzyska&#322; dobry humor.

Nie chc&#281;  odpar&#322;  bo tylko powt&#243;rzysz, to co przed chwil&#261; sama us&#322;ysza&#322;a&#347;. A ja wol&#281; wymy&#347;li&#263; co&#347; oryginalnego.

Tego nie da si&#281; powiedzie&#263; inaczej  zareplikowa&#322; powa&#380;nie Jacek. Nagle roze&#347;mia&#322; si&#281; g&#322;o&#347;no. Pr&#243;bowa&#322;em  wyzna&#322; z niespotykan&#261; u niego szczero&#347;ci&#261;  ale nic z tego nie wysz&#322;o

Id&#378;cie ju&#380; sobie  nie wytrzyma&#322;a Lidka. Inaczej pomy&#347;l&#281;, &#380;e to wy potrzebujecie pomocy

Kiedy zostali sami, Marek zamy&#347;li&#322; si&#281;. Utkwi&#322; wzrok w gwiazdach i szed&#322; coraz wolniej, wolniej, wreszcie stan&#261;&#322;. Dziewczyna zatrzyma&#322;a si&#281; obok niego.

Nie powiedzia&#322;e&#347;  przypomnia&#322;a cicho.

Ch&#322;opiec westchn&#261;&#322; tak, &#380;e a&#380; szyba jego kasku na mgnienie zasz&#322;a mleczn&#261; par&#261;.

Widzisz zacz&#261;&#322;  b&#281;d&#281; mia&#322; ma&#322;o czasu. Jacek umie wi&#281;cej ode mnie

Jest starszy  zauwa&#380;y&#322;a rzeczowo Lidka.

Tak, ale ja b&#281;d&#281;  urwa&#322; nagle. Ja by&#322;em w nadprzestrzeni i wiem, ile jeszcze trzeba zrobi&#263; Musz&#281; teraz przysi&#261;&#347;&#263; fa&#322;d&#243;w ale ty mi nie uciekniesz  to ostatnie zdanie zabrzmia&#322;o jak stwierdzenie oczywistego faktu.

Jeste&#347; obrzydliwie zarozumia&#322;y  orzek&#322;a ura&#380;onym tonem dziewczyna. Wcale nie wiem

Przepraszam. Ty nie, ale ja wiem

No wiesz!

Wiem!

Marku, bo

Nie gniewaj si&#281;  poprosi&#322;.  Ja ja bardzo och, &#380;eby&#347; ty us&#322;ysza&#322;a to co ja! Powiem ci  zapewni&#322; powt&#243;rnie. Ale jeszcze nie teraz

Teraz tak&#380;e mia&#322;e&#347; mi co&#347; powiedzie&#263;  Lidka nieco z&#322;agodnia&#322;a.

Przecie&#380; wiesz

To co z tego? Kask Marka nap&#281;cznia&#322; od kolejnego westchnienia.

By&#322;oby mi &#322;atwiej uczy&#263; si&#281; no, m&#243;wi&#322;em, &#380;e powinienem, gdyby&#347; gdybym si&#281; z tob&#261; spotyka&#322; stale

Jak zdalnikowi?

Och, nie!

Lidka za&#347;mia&#322;a si&#281;, ale zaraz spowa&#380;nia&#322;a.

Co ty takiego s&#322;ysza&#322;e&#347; w tej nadprzestrzeni? spyta&#322;a nieufnie.

Ch&#322;opiec nabra&#322; g&#322;&#281;boko do p&#322;uc powietrze.

 &#379;e tak&#380;e po wielu, wielu latach b&#281;dziemy razem

Phi!

 &#379;e b&#281;dziesz zawsze przy mnie

Jak zdalnik?

Przesta&#324;!

Lidce dziwnie zadr&#380;a&#322; g&#322;os.

Wiesz  powiedzia&#322;a mi&#281;kko  poprosimy Zul&#281;, &#380;eby na reszt&#281; wakacji zabra&#322;a nas znowu nad b&#322;&#281;kitne jezioro. Tam jest tak &#322;adnie.

Hura! wykrzykn&#261;&#322; ch&#322;opiec. Mama na pewno si&#281; zgodzi

Znowu wszystko s&#322;ysza&#322;em! dobieg&#322; z ciemno&#347;ci g&#322;os jajog&#322;owego.

Marek nie speszy&#322; si&#281; wcale. Przeciwnie, zrobi&#322;o mu si&#281; dziwnie lekko i weso&#322;o. Pomacha&#322; do ledwie widocznych na tle granatowoczarnego nieba Anny i Jacka.

Hop, hop! Nie szkodzi, &#380;e s&#322;ysza&#322;e&#347;! A co my&#347;lisz o powrocie nad jezioro dyrektorze?!

Pomys&#322; jest znakomity! wyr&#281;czy&#322;a dyrektora Anna. Brawo, Lidka! Oczywi&#347;cie &#380;adnemu z nich dw&#243;ch nie przysz&#322;oby to do g&#322;owy!

Przewiduj&#281; k&#322;opoty  mrukn&#261;&#322; zatroskanym tonem Jacek.

Ja si&#281; nie boj&#281;!  odkrzykn&#261;&#322; zuchwale Marek. Zawsze b&#281;d&#281; m&#243;g&#322; im uciec. Hej, k&#322;opoty, go&#324;cie mnie! rzuci&#322; za siebie i pu&#347;ci&#322; si&#281; ostrym sprintem ku pobliskiemu widnokr&#281;gowi, prosto w gwiazdy.





