




Robert Sheckley

Zapach my&#347;li


Prawdziwy k&#322;opot Leroya Cleevyego rozpocz&#261;&#322; si&#281; wtedy, gdy przelatywa&#322; Pocztowcem nr 243 przez nie skolonizowany R&#243;j Seergona. Dot&#261;d trapi&#322;y go codzienne problemy gwiezdnego listonosza: stary statek, porysowane dysze, wadliwie dzia&#322;aj&#261;cy nawigator. Teraz, gdy odczyta&#322; wskazanie kursu, zauwa&#380;y&#322;, &#380;e w jego kabinie zrobi&#322;o si&#281; nieprzyjemnie gor&#261;co.

Westchn&#261;&#322; ci&#281;&#380;ko, w&#322;&#261;czy&#322; klimatyzacj&#281; i po&#322;&#261;czy&#322; si&#281; z naczelnikiem w Bazie. Znajdowa&#322; si&#281; na granicy kontaktu radiowego, g&#322;os naczelnika zanika&#322; w morzu zak&#322;&#243;ce&#324;.

Jaki&#347; k&#322;opot, Cleevy? zapyta&#322; z&#322;owieszczym g&#322;osem cz&#322;owiek, kt&#243;ry rozpisuje harmonogramy i sam w nie wierzy.

Nie wiem pogodnie odpar&#322; Cleevy wszystko jest w porz&#261;dku; poza dyszami, automatycznym nawigatorem i instalacj&#261; elektryczn&#261; nawalaj&#261; tylko izolacje i ch&#322;odzenie.

To ju&#380;, cholera, skandal powiedzia&#322; naczelnik, po czym doda&#322; z nag&#322;ym wsp&#243;&#322;czuciem: Wiem, co czujesz. Cleevy w&#322;&#261;czy&#322; ch&#322;odzenie na pe&#322;n&#261; moc, star&#322; pot z czo&#322;a i stwierdzi&#322;, i&#380; naczelnikowi wydaje si&#281; tylko, &#380;e wie, co on czuje.

Czy&#380; nie prosz&#281; si&#281; bezustannie Rz&#261;du o przydzia&#322; nowych statk&#243;w? naczelnik za&#347;mia&#322; si&#281; ponuro. Im si&#281; chyba wydaje, &#380;e poczt&#281; mo&#380;na przewozi&#263; byle starym pud&#322;em.

W tym czasie Cleevyego przesta&#322;y interesowa&#263; wynurzenia naczelnika. Pomimo &#380;e ch&#322;odzenie prze&#322;&#261;czone by&#322;o na pe&#322;n&#261; moc, statek grza&#322; si&#281; dalej.

Przerw&#281; na chwil&#281; powiedzia&#322;. Poszed&#322; na ruf&#281;, sk&#261;d zdawa&#322;o si&#281; emanowa&#263; ciep&#322;o. Tam stwierdzi&#322;, &#380;e trzy zbiorniki zamiast paliwa zawiera&#322;y rozpalon&#261; do bia&#322;o&#347;ci bulgoc&#261;c&#261; szlak&#281;.

W czwartym gwa&#322;townie zachodzi&#322;a podobna przemiana. Cleevy przygl&#261;da&#322; si&#281; temu przez chwil&#281;, odwr&#243;ci&#322; si&#281; i p&#281;dem pobieg&#322; do radiostacji.

Nie mam paliwa rzek&#322; zasz&#322;a chyba reakcja katalityczna. M&#243;wi&#322;em ci, &#380;e potrzebne s&#261; nowe zbiorniki. Siadam na pierwszej planecie z tlenem, jak&#261; spotkam.

W&#322;&#261;czy&#322; r&#281;czne sterowanie awaryjne i spojrza&#322;. na R&#243;j Seergona.

W tym skupisku nie by&#322;o kolonii, lecz skartografowano planety tlenowe z my&#347;l&#261; o ich przysz&#322;ym wykorzystaniu. Co by&#322;o na nich poza tlenem nikt nie wiedzia&#322;. Cleevy mia&#322; nadziej&#281; to wyja&#347;ni&#263;, je&#347;li tylko jego statek wystarczaj&#261;co d&#322;ugo b&#281;dzie si&#281; trzyma&#322; kupy.

Spr&#243;buj&#281; na 3-M-22! zawo&#322;a&#322;, przekrzykuj&#261;c narastaj&#261;ce zak&#322;&#243;cenia.

Uwa&#380;aj na poczt&#281;! zawy&#322; w odpowiedzi naczelnik. Natychmiast wysy&#322;am statek!

Cleevy odkrzykn&#261;&#322; mu, co my&#347;li zrobi&#263; z tymi dwudziestoma funtami poczty, lecz naczelnik wcze&#347;niej si&#281; wy&#322;&#261;czy&#322;. Cleevy wykona&#322; &#347;wietne l&#261;dowanie na 3-M-22, nad zwyczaj &#347;wietne, zwa&#380;ywszy fakt, i&#380; przyrz&#261;dy by&#322;y zbyt gor&#261;ce, by je dotkn&#261;&#263;, dysze powyginane od &#380;aru, a worek z poczt&#261;, przytroczony do grzbietu, kr&#281;powa&#322; jego ruchy. Pocztowiec nr 243 nadlecia&#322; jak &#322;ab&#281;d&#378;. Dwadzie&#347;cia st&#243;p nad powierzchni&#261; nie wytrzyma&#322; i run&#261;&#322; w d&#243;&#322; jak kamie&#324;.

Cleevy odzyska&#322; przytomno&#347;&#263;, lecz nie by&#322; pewien, czy po tym upadku cho&#263; jedna jego kostka pozosta&#322;a ca&#322;a.

Roz&#380;arzone do czerwono&#347;ci burty statku matowia&#322;y. Potykaj&#261;c si&#281; dotar&#322; do luku awaryjnego, worek z poczt&#261; ciasno przylega&#322; do plec&#243;w.

Z zamkni&#281;tymi oczyma, zataczaj&#261;c si&#281;, odszed&#322; ze sto jard&#243;w. Wtem statek eksplodowa&#322;, podmuch rzuci&#322; Cleevyego p&#322;asko, twarz&#261; do ziemi. Powsta&#322;, wykona&#322; dwa nast&#281;pne kroki, po czym pad&#322; zemdlony.

Gdy odzyska&#322; &#347;wiadomo&#347;&#263;, le&#380;a&#322; na zboczu ma&#322;ego pag&#243;rka, twarz&#261; w wysokiej trawie. Znajdowa&#322; si&#281; w stanie cudownego oszo&#322;omienia. Czu&#322; si&#281; oderwany od w&#322;asnego cia&#322;a, by&#322; jakby nieska&#380;onym umys&#322;em faluj&#261;cym w powietrzu. Wszystkie zmartwienia, odczucia, obawy pozosta&#322;y z cia&#322;em by&#322; wolny.

Rozejrza&#322; si&#281; wok&#243;&#322; i zauwa&#380;y&#322; przebiegaj&#261;ce obok ma&#322;e zwierz&#261;tko. By&#322;o wielko&#347;ci wiewi&#243;rki, lecz futro mia&#322;o matowozielone.

Gdy si&#281; zbli&#380;y&#322;o, stwierdzi&#322;, &#380;e nie ma oczu ani uszu. Wcale go to nie zdziwi&#322;o. Wr&#281;cz przeciwnie, wyda&#322;o mu si&#281; zjawiskiem zupe&#322;nie normalnym. Czemu&#380;, u diab&#322;a, musi mie&#263; koniecznie oczy i uszy? Lepiej, &#380;e nie widz&#261; m&#281;ki i b&#243;lu &#347;wiata, nie s&#322;ysz&#261; pe&#322;nego skargi krzyku.

Zbli&#380;y&#322;o si&#281; inne zwierz&#281; to przypomina&#322;o wielko&#347;ci&#261; i kszta&#322;tem szarego wilka, lecz r&#243;wnie&#380; mia&#322;o zielon&#261; ma&#347;&#263;. R&#243;wnoleg&#322;a ewolucja? W gruncie rzeczy nie mia&#322;o to znaczenia, zdecydowa&#322;. Ten osobnik tak&#380;e by&#322; pozbawiony oczu i uszu, posiada&#322; natomiast rz&#261;d wspania&#322;ych k&#322;&#243;w. Cleevy przygl&#261;da&#322; si&#281; im z nik&#322;ym zainteresowaniem. C&#243;&#380; obchodz&#261; nieska&#380;ony umys&#322; jakie&#347; wilki i wiewi&#243;rki, bez oczu lub jeszcze czego&#347; innego? Zauwa&#380;y&#322;, &#380;e wiewi&#243;rka, znalaz&#322;szy si&#281; nieca&#322;e pi&#281;&#263; st&#243;p od wilka, nagle zamar&#322;a. Ten wolno si&#281; zbli&#380;a&#322;. Wtem, nieca&#322;e trzy stopy od niej, jakby straci&#322; trop. Potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261; i zrobi&#322; ma&#322;e k&#243;&#322;ko. Gdy zn&#243;w ruszy&#322;, posuwa&#322; si&#281; w z&#322;ym kierunku.

Goni&#322; &#347;lepy &#347;lepego, powiedzia&#322; do siebie Cleevy, co wyda&#322;o mu si&#281; prawd&#261; g&#322;&#281;bok&#261; i nie&#347;mierteln&#261;. Gdy patrzy&#322;, wiewi&#243;rka nagle drgn&#281;&#322;a; wilk obr&#243;ci&#322; si&#281; i po&#380;ar&#322; j&#261; trzema k&#322;apni&#281;ciami. Ale&#380; wielkie k&#322;y maj&#261; wilki, pomy&#347;la&#322; Cleevy. Bawi&#322;a go my&#347;l, &#380;e b&#281;dzie pierwszym cz&#322;owiekiem zjedzonym na tej planecie.

Cleevy czu&#322; tu&#380; przy samej twarzy oddech wilka, gdy zn&#243;w zemdla&#322;.

By&#322; ju&#380; wiecz&#243;r, kiedy odzyska&#322; przytomno&#347;&#263;. D&#322;ugie cienie k&#322;ad&#322;y si&#281; po ziemi, a s&#322;o&#324;ce wisia&#322;o nisko nad horyzontem. Cleevy usiad&#322;, spr&#243;bowa&#322; zgi&#261;&#263; ramiona i nogi. Nie wyczu&#322; &#380;adnego b&#243;lu ani &#380;adnych z&#322;ama&#324;.

Ukl&#281;kn&#261;&#322; na jedno kolano, czu&#322; si&#281; otumaniony, lecz w pe&#322;ni w&#322;ada&#322; swymi zmys&#322;ami. Co si&#281; sta&#322;o? Wspomnienie o katastrofie zdawa&#322;o si&#281; odleg&#322;e o tysi&#261;ce lat. Statek sp&#322;on&#261;&#322;, on oddali&#322; si&#281; i zemdla&#322;. P&#243;&#378;niej spotka&#322; wilka i wiewi&#243;rk&#281;.

D&#378;wign&#261;&#322; si&#281; niecierpliwie i rozejrza&#322; woko&#322;o. Ten ostatni epizod musia&#322; mu si&#281; przy&#347;ni&#263;. Je&#347;li wilk istnia&#322; naprawd&#281;, on nie powinien ju&#380; &#380;y&#263;.

Spojrza&#322; w d&#243;&#322; u swych st&#243;p zauwa&#380;y&#322; zielony ogon wiewi&#243;rki, nieco dalej le&#380;a&#322;a jej g&#322;owa.

Gor&#261;czkowo usi&#322;owa&#322; si&#281; skupi&#263;. Wi&#281;c wilk jednak tutaj by&#322;, i to g&#322;odny. Je&#347;li chce przetrwa&#263; do przybycia statku ratunkowego, musi znale&#378;&#263; odpowied&#378;, co si&#281; tu wydarzy&#322;o i dlaczego.

Te zwierz&#281;ta nie mia&#322;y oczu ani uszu. W jaki wi&#281;c spos&#243;b wyczuwa&#322;y sw&#261; obecno&#347;&#263;? Po zapachu? Je&#347;li tak, zatem dlaczego wilk mia&#322; tyle k&#322;opot&#243;w ze znalezieniem wiewi&#243;rki?

Odwr&#243;ci&#322; si&#281;, gdy us&#322;ysza&#322; basowy pomruk. W oddali, nieca&#322;e pi&#281;&#263;dziesi&#261;t st&#243;p od niego, zauwa&#380;y&#322; co&#347;, co wygl&#261;dem przypomina&#322;o lamparta. &#379;&#243;&#322;tobr&#261;zowego, bezokiego i pozbawionego uszu lamparta.

Cholerna mena&#380;eria, pomy&#347;la&#322; Cleevy i przykucn&#261;&#322; w wysokiej trawie. Ta planeta zbyt szybko bra&#322;a go w swoje obroty. Potrzebowa&#322; czasu do namys&#322;u. Czym kieruj&#261; si&#281; te zwierz&#281;ta? Czy&#380;by zamiast wzroku posiada&#322;y zmys&#322; lokacji? Lampart zacz&#261;&#322; si&#281; oddala&#263;.

Cleevy odetchn&#261;&#322; z wi&#281;ksz&#261; swobod&#261;. By&#263; mo&#380;e, gdy znajdowa&#322; si&#281; poza zasi&#281;giem wzroku zwierz&#281;cia, lampart Gdy tylko pomy&#347;la&#322; s&#322;owo lampart, bestia obr&#243;ci&#322;a si&#281; w jego kierunku.

C&#243;&#380; ja takiego zrobi&#322;em? zada&#322; sobie pytanie Cleevy, zakopuj&#261;c si&#281; g&#322;&#281;biej w trawie. Nie czuje mnie, nie s&#322;yszy ani nie widzi. Pomy&#347;la&#322; jedynie, &#380;e lepiej si&#281; trzyma&#263; z daleka od

Z g&#322;ow&#261; uniesion&#261; wysoko ku g&#243;rze lampart zacz&#261;&#322; kroczy&#263; w jego kierunku.

To by&#322;o to. Bez oczu i uszu istnia&#322; tylko jeden spos&#243;b, aby bestia wykry&#322;a jego obecno&#347;&#263;. To musi by&#263; telepatia! Aby zbada&#263; sw&#261; teori&#281;, pomy&#347;la&#322; s&#322;owo lampart, indentyfikuj&#261;c je odruchowo ze zbli&#380;aj&#261;cym si&#281; do niego zwierz&#281;ciem. Lampart rykn&#261;&#322; dziko i skr&#243;ci&#322; dziel&#261;cy ich dystans.

W u&#322;amku sekundy Cleevy zrozumia&#322; mn&#243;stwo rzeczy. Wilk tropi&#322; wiewi&#243;rk&#281; za pomoc&#261; telepatii. Wiewi&#243;rka znieruchomia&#322;a by&#263; mo&#380;e nawet przesta&#322;a my&#347;le&#263;! I wilk zgubi&#322; &#347;lad do czasu, gdy wiewi&#243;rka nie mog&#322;a si&#281; ju&#380; d&#322;u&#380;ej powstrzyma&#263; od my&#347;lenia.

W takim razie, dlaczego wilk nie zaatakowa&#322; jego, gdy by&#322; nieprzytomny? By&#263; mo&#380;e dlatego, &#380;e przesta&#322; my&#347;le&#263; lub przesta&#322; my&#347;le&#263; na d&#322;ugo&#347;ci fali odbieranej przez wilka.

To ostatnie by&#322;o bardziej prawdopodobne.

Teraz jednak problem stanowi&#322; Lampart.

Bestia zn&#243;w rykn&#281;&#322;a. By&#322;a ju&#380; tylko trzydzie&#347;ci st&#243;p od niego i odleg&#322;o&#347;&#263; mala&#322;a gwa&#322;townie.

Jedyne wyj&#347;cie, stwierdzi&#322; Cleevy, to nie my&#347;le&#263; o nim my&#347;le&#263; o czym&#347; innym. W ten spos&#243;b, by&#263; mo&#380;e, zgubi &#347;lad. Zacz&#261;&#322; przypomina&#263; sobie wszystkie dziewczyny, jakie zna&#322;, z najmniejszymi detalami.

Lampart zatrzyma&#322; si&#281; i zacz&#261;&#322; niezdecydowanie skroba&#263; &#322;ap&#261; ziemi&#281;. Cleevy my&#347;la&#322; dalej: o dziewczynach, statkach, planetach, zn&#243;w o dziewczynach i statkach, o wszystkim, byle nie o lamparcie

Lampart zbli&#380;y&#322; si&#281; o nast&#281;pne pi&#281;&#263; st&#243;p.

Niech to cholera, stwierdzi&#322;, jak mo&#380;na nie my&#347;le&#263; o czym&#347;? My&#347;le&#263; w&#347;ciekle o kamieniach, ska&#322;ach, ludziach miejscach i rzeczach, lecz tw&#243;j umys&#322; ci&#261;gle wraca do ty jednak ignorujesz to i skupiasz si&#281; na swej &#347;wi&#281;tobliwej babce, zapijaczonym starym ojcu, siniakach na prawej nodze. (Policz je. Osiem. Policz jeszcze raz. Wci&#261;&#380; osiem.)

A teraz sp&#243;jrz wy&#380;ej, oboj&#281;tnie, widzisz, lecz naprawd&#281; nie rozpoznajesz mimo to wci&#261;&#380; si&#281; zbli&#380;a.

Cleevy stwierdzi&#322;, &#380;e nie my&#347;le&#263;, to jakby zatrzyma&#263; go&#322;ymi r&#281;kami lawin&#281;. Uzmys&#322;owi&#322; sobie, &#380;e rozum ludzki nie da si&#281; &#347;wiadomie i tak sobie ot, zatrzyma&#263;. Trzeba na to czasu i &#263;wicze&#324;. Straci&#322; oko&#322;o pi&#281;tnastu st&#243;p z dziel&#261;cego ich dystansu, usi&#322;uj&#261;c zg&#322;&#281;bi&#263; to, jak nie my&#347;le&#263; o

C&#243;&#380;, mo&#380;na jeszcze pomy&#347;le&#263; o grach karcianych, o przyj&#281;ciach, o psach, kotach, koniach, myszach, owcach, wilkach (a sio), o siniakach, pancernikach, jaskiniach, kryj&#243;wkach, legowiskach, kociakach (uwaga!),1 limitach, r&#243;wnoznacznikach, &#322;azikach, kraw&#281;&#380;nikach, robotnikach, szczeg&#243;likach (takich na osiem st&#243;p), posi&#322;kach, &#380;ywno&#347;ci, ogniu, lisie, sier&#347;ci, kotach, workach, &#322;odziach i 1 1 1

Lampart znajdowa&#322; si&#281; teraz oko&#322;o pi&#281;ciu st&#243;p od niego, szykowa&#322; si&#281; do skoku. Cleevy ju&#380; nie m&#243;g&#322; d&#322;u&#380;ej utrzymac my&#347;li na wodzy. Wtem, w przyp&#322;ywie nag&#322;ego ol&#347;nienia, pomy&#347;la&#322;:

Lamparcica! Lampart, wci&#261;&#380; jeszcze przyczajony, uni&#243;s&#322; podejrzliwie g&#322;ow&#281;.

Cleevy skoncentrowa&#322; my&#347;li na lamparcicy. To o n ni&#261; by&#322;, c&#243;&#380; sobie wyobra&#380;a ten lampart, strasz&#261;c j&#261; w ten spos&#243;b? Jego (jej, szlag by to trafi&#322;) my&#347;li wraca&#322;y do ma&#322;ych kociak&#243;w, ciep&#322;ej jaskini, rozkoszy polowania na wiewi&#243;rki

Lampart powoli zbli&#380;y&#322; si&#281; i otar&#322; o jego bok. Cleevy my&#347;la&#322; rozpaczliwie. &#321;adn&#261; pogod&#281; dzisiaj mamy, i dalej; z tego lamparta ca&#322;kiem przystojny facet, taki du&#380;y i silny, a jakie ma pot&#281;&#380;ne k&#322;y.

Lampart si&#281; naje&#380;y&#322;!

Cleevy po&#322;o&#380;y&#322; si&#281;, zawin&#261;&#322; wok&#243;&#322; siebie wyimaginowany ogon i stwierdzi&#322;, &#380;e pora uda&#263; si&#281; spa&#263;. Lampart przystan&#261;&#322; obok niezdecydowany. Mia&#322; przeczucie, &#380;e co&#347; tu jest nie tak. Wydoby&#322; z gard&#322;a, z samej jego g&#322;&#281;bi, pojedynczy pomruk, po czym odwr&#243;ci&#322; si&#281; i oddali&#322; susami.

S&#322;o&#324;ce w&#322;a&#347;nie zasz&#322;o, ca&#322;a okolica ton&#281;&#322;a w g&#322;&#281;bokim granacie. Cleevy uzmys&#322;owi&#322; sobie, &#380;e trz&#281;sie si&#281; od niepohamowanego, niemal histerycznego &#347;miechu. Gdyby lampart pozosta&#322; chwil&#281; d&#322;u&#380;ej

Z trudem zapanowa&#322; nad sob&#261;. Najwy&#380;szy czas pomy&#347;le&#263; powa&#380;nie. Zapewne ka&#380;de zwierz&#281; posiada sw&#243;j charakterystyczny zapach my&#347;li. Wiewi&#243;rka emitowa&#322;a sw&#243;j. Inny wilk, a jeszcze inny cz&#322;owiek. Zasadnicze pytanie brzmia&#322;o: czy m&#243;g&#322; by&#263; wy&#347;ledzony, gdy my&#347;la&#322; o jakim&#347; zwierz&#281;ciu? Czy te&#380; jego ja&#378;&#324;, jak zapach, by&#322;a wyczuwalna, nawet gdy o niczym konkretnym nie my&#347;la&#322;?

Jasne, &#380;e lampart wytropi&#322; go w chwili, gdy my&#347;la&#322; wy&#322;&#261;cznie o nim. Mog&#322;o to jednak nast&#261;pi&#263; w wyniku dezorientacji. Jego obcy zapach my&#347;li m&#243;g&#322; zmyli&#263; lamparta tym razem.

Pozosta&#322;o mu jedynie bierne wyczekiwanie. Lampart zapewne nie jest g&#322;odny. Po raz pierwszy sp&#322;atano mu takiego figla. A ka&#380;dy figiel udaje si&#281; tylko raz.

Cleevy po&#322;o&#380;y&#322; si&#281; na plecach i patrzy&#322; w niebo. By&#322; zbyt zm&#281;czony, by si&#281; porusza&#263;, bola&#322;o go posiniaczone cia&#322;o. Co mo&#380;e si&#281; wydarzy&#263; teraz, w nocy? Czy bestie dalej poluj&#261;? Czy mo&#380;e zapanuje co&#347; w rodzaju zawieszenia broni? St&#322;amsi&#322; w sobie przekle&#324;stwo.

Do diab&#322;a z wiewi&#243;rkami, wilkami, lampartami, lwami, tygrysami i reniferami.

Usn&#261;&#322;. Nast&#281;pnego ranka nie m&#243;g&#322; si&#281; nadziwi&#263;, &#380;e wci&#261;&#380; jeszcze &#380;yje. Oby tak dalej. Poza tym dzie&#324; zapowiada&#322; si&#281; pi&#281;knie. Pokrzepiony tym uda&#322; si&#281; w stron&#281; statku.

Wszystko, co pozosta&#322;o z Pocztowca nr 243, to kupa powyginanego &#380;elastwa rozsianego na wypalonej ziemi. Cleevy wyszuka&#322; metalowy &#322;om, zwa&#380;y&#322; go w d&#322;oni, po czym wsun&#261;&#322; za pas, poni&#380;ej worka z poczt&#261;. Nie by&#322;a to zbyt pewna bro&#324;, lecz dodawa&#322;a mu nieco pewno&#347;ci siebie.

Statek uleg&#322; kompletnej zag&#322;adzie. Oddali&#322; si&#281; wi&#281;c w poszukiwaniu &#380;ywno&#347;ci. W okolicy ros&#322;o kilkana&#347;cie krzew&#243;w z owocami. Ostro&#380;nie spr&#243;bowa&#322; jednego z nich i stwierdzi&#322;, &#380;e smak maj&#261; cierpki, lecz przyjemny. Pospiesznie prze&#322;yka&#322; owoce popijaj&#261;c wod&#261; z pobliskiego strumienia.

Jak dot&#261;d nie dostrzeg&#322; &#380;adnych zwierz&#261;t. Mog&#322;y one oczywi&#347;cie wiedzia&#322; to ju&#380; z do&#347;wiadczenia zbli&#380;a&#263; si&#281; w&#322;a&#347;nie teraz.

Skasowa&#322; t&#281; my&#347;l i rozpocz&#261;&#322; poszukiwania kryj&#243;wki. Najlepiej trzyma&#263; si&#281; od nich z dala do czasu nadej&#347;cia statku ratunkowego. W&#281;drowa&#322; w&#347;r&#243;d wdzi&#281;cznie pofalowanych pag&#243;rk&#243;w w poszukiwaniu czubka drzewa lub jaskini. Jednak ten sielski krajobraz nie ofiarowa&#322; mu nic wi&#281;kszego poza sze&#347;ciostopowym krzewem.

Min&#281;&#322;o po&#322;udnie, a zm&#281;czony i rozdra&#380;niony Cleevy wci&#261;&#380; przepatrywa&#322; niespokojnie niebosk&#322;on. Dlaczego nie ma statku? Szybkiemu statkowi ratowniczemu podr&#243;&#380; do niego powinna zaj&#261;&#263; nie wi&#281;cej ni&#380; jeden lub dwa dni obliczy&#322;. Je&#347;li naczelnik szuka w&#322;a&#347;ciwej planety!

Co&#347; poruszy&#322;o si&#281; na niebie. Uni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281;, serce &#322;omota&#322;o mu gwa&#322;townie. Tam co&#347; jest!

To by&#322; ptak. Szybowa&#322; wolno nad nim, bez wysi&#322;ku ko&#322;ysz&#261;c pot&#281;&#380;nymi skrzyd&#322;ami. Raz tylko zanurkowa&#322;, p&#243;&#378;niej odlecia&#322;. Ptak zadziwiaj&#261;co przypomina&#322; s&#281;pa.

Cleevy kontynuowa&#322; w&#281;dr&#243;wk&#281;. W nast&#281;pnej chwili znalaz&#322; si&#281; twarz&#261; w twarz z czterema &#347;lepymi wilkami. Za&#322;atwi&#322;o to jedno pytanie. M&#243;g&#322; by&#263; wytropiony po swym charakterystycznym zapachu my&#347;li. Bestie z tej planety wyra&#378;nie zadecydowa&#322;y, i&#380; nie jest na tyle obcy, by go nie mo&#380;na by&#322;o zje&#347;&#263;.

Wilki ostro&#380;nie zbli&#380;a&#322;y si&#281; do niego. Cleevy spr&#243;bowa&#322; sztuczki, kt&#243;rej u&#380;y&#322; wczorajszego dnia. Wysuwaj&#261;c zza pasa metalowy &#322;om, wyobrazi&#322; sobie, &#380;e jest wilczyc&#261; poszukuj&#261;c&#261; swoich szczeni&#261;t. Czy kt&#243;ry&#347; z pan&#243;w pomo&#380;e mi je znale&#378;&#263;? Jeszcze przed chwil&#261; tu by&#322;y. Jedno by&#322;o zielone, drugie c&#281;tkowane, pozosta&#322;e

Te wilki chyba nie maj&#261; c&#281;tkowanych szczeni&#261;t. Jeden z nich skoczy&#322;. Cleevy wyr&#380;n&#261;&#322; go &#322;omem, gdy by&#322; w p&#243;&#322; drogi. Wilk chwiejnie si&#281; wycofa&#322;.

Id&#261;c rami&#281; w rami&#281;, zbli&#380;y&#322;a si&#281; ca&#322;a czw&#243;rka.

Cleevy gor&#261;czkowo usi&#322;owa&#322; wyobrazi&#263; sobie, &#380;e nie &#380;yje. Nic z tego. Wilki wci&#261;&#380; si&#281; zbli&#380;a&#322;y.

Cleevy pomy&#347;la&#322; o lamparcie. On nim by&#322;, wielk&#261; besti&#261;, no i nadarza si&#281; okazja schwytania wilka.

To je powstrzyma&#322;o. Nerwowo &#347;miga&#322;y ogonami, lecz nie ust&#261;pi&#322;y. Cleevy warkn&#261;&#322;, rozora&#322; &#322;ap&#261; ziemi&#281; i chy&#322;kiem ruszy&#322; naprz&#243;d. Wilki wycofa&#322;y si&#281;, lecz jeden z nich wymkn&#261;&#322; si&#281;, by zaj&#347;&#263; go od ty&#322;u.

Cleevy porusza&#322; si&#281; zakosami, aby uniemo&#380;liwi&#263; okr&#261;&#380;enie. Wygl&#261;da&#322;o na to, &#380;e one naprawd&#281; mu nie dowierzaj&#261;. Chyba niezbyt dobrze udawa&#322; lamparta. Przesta&#322;y si&#281; wycofywa&#263;. Jednego mia&#322; z ty&#322;u, reszta sta&#322;a nieugi&#281;cie, z j&#281;zorami wywieszonymi z mokrych, rozwartych pysk&#243;w. Cleevy warkn&#261;&#322; dziko i wywin&#261;&#322; maczug&#261;. Wilk odskoczy&#322;, lecz ten z ty&#322;u odbi&#322; si&#281;, wyl&#261;dowa&#322; na worku z poczt&#261;; cios zwali&#322; Cleevyego z n&#243;g.

W trakcie kot&#322;owaniny Cleevyemu nasun&#261;&#322; si&#281; inny pomys&#322;. Wyobrazi&#322; sobie, &#380;e jest bardzo zimnym, jadowitym w&#281;&#380;em, jego k&#322;y zawiera&#322;y trucizn&#281; zdoln&#261; w jednej chwili u&#347;mierci&#263; wilka.

Wilki natychmiast odpad&#322;y od niego. Cleevy sycza&#322; i wygina&#322; sw&#243;j gi&#281;tki grzbiet. Wilki zawy&#322;y, lecz nie wykazywa&#322;y ochoty do ataku.

Wtedy Cleevy pope&#322;ni&#322; b&#322;&#261;d. Chocia&#380; wiedzia&#322;, &#380;e powinien twardo stawi&#263; im czo&#322;o i nadrabia&#263; bezczelno&#347;ci&#261;, jednak jego cia&#322;em rz&#261;dzi&#322;y inne si&#322;y.

Wbrew woli odwr&#243;ci&#322; si&#281; i zacz&#261;&#322; p&#281;dem ucieka&#263;.

Wilki susami pogna&#322;y za nim. Cleevy spojrza&#322; w g&#243;r&#281;, zauwa&#380;y&#322; s&#281;py, zlatuj&#261;ce si&#281; w nadziei na resztki. Zapanowa&#322; nad sob&#261; i spr&#243;bowa&#322; ponownie zamieni&#263; si&#281; w w&#281;&#380;a, jednak wilki nie zrezygnowa&#322;y z pogoni. Kr&#261;&#380;&#261;ce nad g&#322;ow&#261; s&#281;py nasun&#281;&#322;y mu pewien pomys&#322;. Jako pilot wiedzia&#322;, jak wygl&#261;da ziemia z wysoko&#347;ci. Cleevy postanowi&#322; zamieni&#263; si&#281; w ptaka. W wyobra&#378;ni wzbi&#322; si&#281; ponad ziemi&#281;, lekko &#380;eglowa&#322; na unosz&#261;cej go ku g&#243;rze fali powietrza, spogl&#261;da&#322; z g&#243;ry na pokryty zieleni&#261;, pofa&#322;dowany teren.

Wilki straci&#322;y orientacj&#281;, biega&#322;y w k&#243;&#322;ko, podskakiwa&#322;y w g&#243;r&#281;. Cleevy w dalszym ci&#261;gu si&#281; wzbija&#322;, coraz wy&#380;ej, wy&#380;ej, r&#243;wnocze&#347;nie powoli si&#281; wycofuj&#261;c.

W ko&#324;cu znik&#322;y mu z oczu i nasta&#322; wiecz&#243;r. By&#322; wyczerpany. Prze&#380;y&#322; jeszcze jeden dzie&#324;. Stwierdzi&#322; jednak, &#380;e jego posuni&#281;cia obronne udaj&#261; si&#281; tylko raz. Co wymy&#347;li jutro, je&#347;li nie nadejdzie statek ratunkowy?

Po nastaniu ciemno&#347;ci d&#322;ugo le&#380;a&#322; bezsennie, wpatruj&#261;c si&#281; w niebo. Wida&#263; by&#322;o tylko gwiazdy. Raz po raz dochodzi&#322;o do niego wycie wilka i ryk lamparta &#347;ni&#261;cego o &#347;niadaniu.

Wkr&#243;tce nadszed&#322; ranek. Cleevy przebudzi&#322; si&#281;, by&#322; zm&#281;czony i niewypocz&#281;ty. Po&#322;o&#380;y&#322; si&#281; na wznak i czeka&#322; na dalszy rozw&#243;j wydarze&#324;. Gdzie jest statek ratunkowy? Mieli mn&#243;stwo czasu, argumentowa&#322; sobie. Dlaczego ich nie ma? Je&#347;li b&#281;d&#261; si&#281; zbyt d&#322;ugo oci&#261;ga&#263;, wtedy lampart

Nie powinien by&#322; o tym my&#347;le&#263;. W odpowiedzi us&#322;ysza&#322; z prawej strony ryk.

Powsta&#322; i oddali&#322; si&#281; w kierunku odwrotnym do &#378;r&#243;d&#322;a d&#378;wi&#281;ku. Pomy&#347;la&#322;, &#380;e z dwojga z&#322;ego woli spotkanie z wilkami

Tej my&#347;li powinien tak&#380;e unikn&#261;&#263;, bowiem do ryku lamparta do&#322;&#261;czy&#322; si&#281; teraz zew wilczej zgrai.

Cleevy napotka&#322; zwierz&#281;ta r&#243;wnocze&#347;nie. Z boku rozr&#243;&#380;nia&#322; sylwetki kilkunastu wilk&#243;w. Przez moment przemkn&#281;&#322;a mu my&#347;l, &#380;e mog&#322;yby si&#281; o niego, pobi&#263;. Gdyby wilki obskoczy&#322;y lamparta, on m&#243;g&#322;by w tym czasie uciec

Ich zainteresowanie skupi&#322;o si&#281; jednak na nim. Po c&#243;&#380; bi&#263; si&#281; mi&#281;dzy sob&#261;, uzmys&#322;owi&#322; sobie, je&#347;li maj&#261; jego, emituj&#261;cego wszem i wobec swoj&#261; bezradno&#347;&#263; i trwog&#281;?

Lampart zbli&#380;y&#322; si&#281; w jego kierunku. Wilki pozosta&#322;y w tyle, wyra&#378;nie sk&#322;onne zadowoli&#263; si&#281; resztkami. Cleevy spr&#243;bowa&#322; starej sztuczki z ptakiem, lecz lampart, po chwili wahania, nieugi&#281;cie si&#281; zbli&#380;a&#322;.

Cleevy wycofa&#322; si&#281; w stron&#281; wilk&#243;w, marzy&#322; o czym&#347;, na co m&#243;g&#322;by si&#281; wspi&#261;&#263;. Wstarczy&#322;aby ska&#322;a lub chocia&#380; roz&#322;o&#380;yste drzewo

Tam s&#261; przecie&#380; krzaki! W przyp&#322;ywie inwencji zrodzonej z rozpaczy Cleevy zamieni&#322; si&#281; w sze&#347;ciostopowy krzak.

Nie mia&#322; najmniejszego poj&#281;cia, co czuje krzak, lecz z wszystkich si&#322; wysila&#322; fantazj&#281;.

Teraz w&#322;a&#347;nie kwitn&#261;&#322;. A jeden z jego korzeni trzyma&#322; nieco niepewnie wynik ostatniej burzy. Zwa&#380;ywszy jednak wszystko, by&#322; sobie ca&#322;kiem zgrabnym krzakiem.

Spoza ga&#322;&#281;zi zauwa&#380;y&#322;, &#380;e wilki znieruchomia&#322;y. Lampart okr&#261;&#380;y&#322; go, pow&#261;cha&#322; i w os&#322;upieniu przechyli&#322; &#322;eb na bok.

Prawd&#281; powiedziawszy, pomy&#347;la&#322; Cleevy, kt&#243;&#380; by chcia&#322; gry&#378;&#263; krzak? Mo&#380;e si&#281; tobie zdawa&#322;o, &#380;e jestem czym&#347; innym, lecz obecnie jestem tylko i wy&#322;&#261;cznie krzakiem. Nie masz chyba ochoty na &#322;yk li&#347;ci, nieprawda? Mo&#380;esz przypadkiem wy&#322;ama&#263; sobie z&#261;b na moich konarach. Kto s&#322;ysza&#322; o lampartach jedz&#261;cych li&#347;cie? A ja jestem krzakiem. Spytaj mojej matki. Ona te&#380; by&#322;a krzakiem. Wszyscy byli&#347;my krzakami, pocz&#261;wszy od okresu karbo&#324;skiego.

Lampart nie wykazywa&#322; ochoty do ataku. Z drugiej za&#347; strony, nic nie wskazywa&#322;o, &#380;e zamierza odej&#347;&#263;. Cleevy zastanawia&#322; si&#281;, czy wytrzyma. O czym z kolei powinien my&#347;le&#263;? O urokach wiosny? O gnie&#378;dzie drozd&#243;w w jego koronie?

Niewielki ptaszek wyl&#261;dowa&#322; na jego ramieniu.

Czy to nie urocze, zastanawia&#322; si&#281; Cleevy. On tak&#380;e my&#347;li, &#380;e jestem krzakiem. Uwij sobie gniazdo w&#347;r&#243;d moich ga&#322;&#281;zi. To naprawd&#281; cudowne. Wszystkie inne krzaki b&#281;d&#261; mi zazdro&#347;ci&#263;. Ptaszek delikatnie dziobn&#261;&#322; Cleevyego w szyj&#281;.

Uspok&#243;j si&#281;, my&#347;la&#322; Cleevy. Nie chcesz chyba zniszczy&#263; swego &#380;ywiciela

Ptaszek zn&#243;w dziobn&#261;&#322; dla pr&#243;by, po czym mocno zapar&#322; si&#281; b&#322;oniastymi palcami i zacz&#261;&#322; stuka&#263; w szyj&#281; Cleevyego z cz&#281;stotliwo&#347;ci&#261; pneumatycznego m&#322;ota.

Przekl&#281;ty dzi&#281;cio&#322;, pomy&#347;la&#322; Cleevy, usi&#322;uj&#261;c zachowa&#263; pozycj&#281; krzewu. Zauwa&#380;y&#322; nag&#322;y niepok&#243;j lamparta. Gdy ptak po raz pi&#281;tnasty nak&#322;u&#322; jego szyj&#281;, Cleevy nie wytrzyma&#322;. Pochwyci&#322; ptaszysko i cisn&#261;&#322; nim w lamparta.

Bestia k&#322;apn&#281;&#322;a z&#281;bami, lecz zbyt p&#243;&#378;no. Rozw&#347;cieczony ptak badawczo okr&#261;&#380;y&#322; g&#322;ow&#281; Cleevyego. P&#243;&#378;niej pomkn&#261;&#322; w poszukiwaniu bardziej spokojnych krzak&#243;w.

W jednej chwili Cleevy zn&#243;w by&#322; krzakiem, ale zabawa si&#281; sko&#324;czy&#322;a. Lampart zacz&#261;&#322; go tarmosi&#263;. Cleevy usi&#322;owa&#322; zbiec, lecz potkn&#261;&#322; si&#281; o wilka i upad&#322;.

S&#322;ysz&#261;c warczenie lamparta tu&#380; przy samej twarzy, u&#347;wiadomi&#322; sobie, &#380;e jest ju&#380; trupem.

Lampart zawaha&#322; si&#281;.

Cleevy zmieni&#322; si&#281;, a&#380; po rozp&#322;ywaj&#261;ce si&#281; koniuszki palc&#243;w, w trupa. Nie &#380;y&#322; ju&#380; od wielu dni, tygodni. Jego krew dawno wyciek&#322;a. Cia&#322;o cuchn&#281;&#322;o. Pozosta&#322;a jedynie rozpadaj&#261;ca si&#281; zgnilizna. &#379;adne zwierz&#281; przy zdrowych zmys&#322;ach nie tkn&#281;&#322;oby go, bez wzgl&#281;du na stopie&#324; g&#322;odu.

Lampart jakby podziela&#322; jego zdanie. Wycofa&#322; si&#281;. Wilki zawy&#322;y krwio&#380;erczo, lecz tak&#380;e si&#281; oddali&#322;y.

Cleevy przy&#347;pieszy&#322; sw&#243;j rozk&#322;ad o dalsze kilka dni. My&#347;li skoncentrowa&#322; na tym, jak bardzo by&#322; niejadalny, jak niek&#322;amanie niesmaczny. W g&#322;&#281;bi jednak zakrad&#322;o si&#281; podejrzenie. Nie wierzy&#322; szczerze w sw&#261; niejadalno&#347;&#263;.

Lampart wci&#261;&#380; si&#281; oddala&#322;, za nim pod&#261;&#380;a&#322;y wilki. By&#322; uratowany! Je&#347;li b&#281;dzie trzeba, do ko&#324;ca &#380;ycia pozostanie trupem. Wtem poczu&#322; ko&#322;o siebie wo&#324; prawdziwej padliny. Gdy si&#281; obejrza&#322;, zauwa&#380;y&#322;, &#380;e tu&#380; obok wyl&#261;dowa&#322;o ogromne ptaszysko.

Na Ziemi nazywa&#322;oby si&#281; s&#281;pem.

W tym momencie Cleevy mia&#322; ochot&#281; zap&#322;aka&#263;. Czy ju&#380; nic nie poskutkuje? S&#281;p ko&#322;ysz&#261;cym si&#281; chodem zbli&#380;y&#322; si&#281; w jego kierunku. Cleevy poderwa&#322; si&#281; na r&#243;wne nogi i przegoni&#322; go kopniakiem. Je&#347;li ma by&#263; po&#380;arty, niech to przynajmniej nie b&#281;dzie s&#281;p.

Lampart powr&#243;ci&#322; lotem b&#322;yskawicy, na jego puszystym, &#347;lepym pysku malowa&#322;y si&#281; z&#322;o&#347;&#263; i frustracja. Cleevy uni&#243;s&#322; metalowy &#322;om, marz&#261;c o drzewie, na kt&#243;re m&#243;g&#322;by si&#281; wspi&#261;&#263;, o strzelbie, by z niej wypali&#263;, lub chocia&#380; o pochodni, by si&#281; ni&#261; ogania&#263;

Pochodnia! Natychmiast zrozumia&#322;, &#380;e znalaz&#322; odpowied&#378;. Buchn&#261;&#322; p&#322;omieniem prosto w lamparci pysk, zwierz&#281; odskoczy&#322;o ze skowytem. Cleevy zacz&#261;&#322; pali&#263; wszystko wok&#243;&#322;. Ogie&#324; ogarn&#261;&#322; wysuszon&#261; traw&#281;, przeni&#243;s&#322; si&#281; na krzaki.

Lampart i wilki rzuci&#322;y si&#281; do ucieczki.

Teraz przysz&#322;a kolej na niego. Powinien by&#322; pami&#281;ta&#263;, &#380;e zwierz&#281;ta posiadaj&#261; g&#322;&#281;boko zakorzeniony, instynktowny strach przed ogniem. Rany boskie, zrobi najwi&#281;ksz&#261; po&#380;og&#281;, jaka kiedykolwiek nawiedzi&#322;a to miejsce!

Zerwa&#322; si&#281; lekki wietrzyk, kt&#243;ry przeni&#243;s&#322; jego ogie&#324; na pofa&#322;dowan&#261; okolic&#281;. Z poszycia czmycha&#322;y wiewi&#243;rki, ratuj&#261;c si&#281; ucieczk&#261;, stada ptak&#243;w podrywa&#322;y si&#281; do lotu, pier&#347; w pier&#347; bieg&#322;y lamparty, wilki i inne zwierz&#281;ta, nikt nie my&#347;la&#322; o jedzeniu, jedynym ich pragnieniem by&#322;a ucieczka przed ogniem ucieczka przed nim!

Cleevy niejasno uzmys&#322;owi&#322; sobie, &#380;e sta&#322; si&#281; teraz prawdziwym telepat&#261;. Zamkn&#261;wszy oczy widzia&#322; i wyczuwa&#322;, co si&#281; wok&#243;&#322; dzieje. Par&#322; naprz&#243;d jako hucz&#261;cy po&#380;ar, pal&#261;c wszystko wok&#243;&#322;. Czu&#322; w sobie trwog&#281; po&#380;eraj&#261;c&#261; dusze cwa&#322;uj&#261;cej przed nim gromady.

Tak powinno by&#263;. Czy&#380; cz&#322;owiek nie by&#322; zawsze panem, dzi&#281;ki swej zdolno&#347;ci adaptacyjnej i wy&#380;szej inteligencji? To samo osi&#261;gn&#261;&#322; tak&#380;e tutaj. Pe&#322;en dumy przeskoczy&#322; w&#261;ski strumyk trzy mile dalej, podpali&#322; k&#281;pk&#281; krzew&#243;w, bucha&#322; p&#322;omieniami, tryska&#322; ogniem.

Wtem poczu&#322; pierwsz&#261; kropl&#281; deszczu.

Opali&#322; j&#261;, wnet jednak z jednej zrobi&#322;o si&#281; pi&#281;&#263;, p&#243;&#378;niej pi&#281;tna&#347;cie, a za chwil&#281; by&#322;o ju&#380; ich pi&#281;&#263;set. Przem&#243;k&#322;, a jego paliwo trawa i krzaki wkr&#243;tce ocieka&#322;y wod&#261;.

Zgaszono go.

To nie fair, pomy&#347;la&#322; Cleevy. Wed&#322;ug wszelkich regu&#322; powinien wygra&#263;. Walczy&#322; zgodnie z narzuconymi mu przez t&#281; planet&#281; warunkami i zwyci&#281;&#380;y&#322;by gdyby wszystkiego nie zrujnowa&#322;o zwyk&#322;e zjawisko przyrody.

Ostro&#380;nie zacz&#281;&#322;y powraca&#263; zwierz&#281;ta.

Deszcz lun&#261;&#322; na dobre. Zgas&#322; ostatni z p&#322;omieni. Cleevy westchn&#261;&#322; i zemdla&#322;.

cholernie dobr&#261; robot&#281;. Nie zostawi&#322;e&#347; poczty, a to wskazuje, &#380;e jeste&#347; &#347;wietnym listonoszem. Mo&#380;e uda si&#281; nam za&#322;atwi&#263; jaki&#347; model.

Cleevy otworzy&#322; oczy. Nad nim sta&#322; promieniej&#261;cy dum&#261; naczelnik. Le&#380;a&#322; na koi, nad sob&#261; widzia&#322; krzywizn&#281; metalowych burt. By&#322; na statku ratowniczym.

Co si&#281; sta&#322;o? wykrztusi&#322; chrapliwie.

Znale&#378;li&#347;my ci&#281; w ostatniej chwili odpar&#322; naczelnik. Lepiej jeszcze nie wstawaj. Jeszcze chwila, a pomoc okaza&#322;aby si&#281; zb&#281;dna.

Cleevy poczu&#322; przyspieszenie podrywaj&#261;ce statek i zrozumia&#322;, &#380;e opuszczaj&#261; powierzchni&#281; planety 3-M-22. S&#322;aniaj&#261;c si&#281; dotar&#322; do okienka i spojrza&#322; na &#347;ciel&#261;cy si&#281; poni&#380;ej, pokryty zieleni&#261; krajobraz.

Ogie&#324; by&#322; blisko rzek&#322; naczelnik, kt&#243;ry przystan&#261;&#322; obok i spogl&#261;da&#322; wraz z nim w d&#243;&#322;. W sam&#261; por&#281; uruchomili&#347;my pok&#322;adowy system dzia&#322;ek wodnych. Znajdowa&#322;e&#347; si&#281; w samym centrum najpaskudniejszego po&#380;aru stepu, jaki kiedykolwiek widzia&#322;em.

Spogl&#261;daj&#261;c na nie zabli&#378;nion&#261; ziele&#324;, naczelnik jakby przez moment si&#281; zawaha&#322;. Spojrza&#322; niepewnie, wyraz jego twarzy przypomnia&#322; Cleevyemu wyprowadzonego w pole lamparta.

S&#322;uchaj no jakim cudem ty &#380;e&#347; si&#281; nie spali&#322;?





